Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1034 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 1000 słów - Jerzy Bralczyk

Słowa obiecujące.
Słowa niepokojące.
Słowa, którym na nas nie zależy.
Słowa stwarzające.
Słowa, które znaczą coraz więcej.
Słowa milowe.
Słowa podrzutki.
Słowa swojskie.
Jeszcze nie słowa.

„«Mądrej głowie dość dwie słowie» – mówi znane polskie powiedzenie. Jakie to dwa słowa wystarczą za wszystkie inne? «Profesor Bralczyk». Za «profesorem Bralczykiem» kryją się wszystkie polskie słowa, i dzięki nim rozumiemy je wszystkie. Czy można wyobrazić sobie dwa słowa o większym w języku zastosowaniu?” – Michał Ogórek.

„1000 słów” to wyjątkowy słownik do czytania. W błyskotliwych felietonach Jerzy Bralczyk przedstawia niezwykłe, znaczące i najważniejsze słowa, których używamy na co dzień i od święta. Tropi zmieniające się znaczenia wyrazów i zaskakujące powroty słów – wydawałoby się – skazanych na zapomnienie. Obok słów wielkich, które każą stawać na baczność, będą też słowa perełki, które swoim brzmieniem, historią, znaczeniem, emocjonalnym tłem budzą zdumienie i radość z ich ponownego odkrycia. „Bralczykowe” zapiski o słowach to porywająca opowieść o metamorfozach polszczyzny, ale również o przemianach naszej obyczajowości, kultury i polityki.

Opinie o ebooku 1000 słów - Jerzy Bralczyk

Fragment ebooka 1000 słów - Jerzy Bralczyk

Redakcja: Michał Ogórek
Korekta: Teresa Kruszona
Projekt graficzny i skład: Wojtek Kwiecień-Janikowski
Zdjęcie na okładce: Albert Zawada
WYDAWCY:
Prószyński Media Sp. z o.o
ul. Rzymowskiego 28
02-697 Warszawa
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska
REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński
KOORDYNACJA PROJEKTU: Magdalena Kosińska
© copyright by Jerzy Bralczyk 2017
© copyright by Agora SA, Prószyński Media Sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2017
ISBN: 978-83-268-2024-3 (EPUB); 978-83-268-2025-0 (MOBI)
W książce znajdują się teksty publikowane uprzednio na łamach czasopism oraz książek, w tym w publikacjach wydawanych m.in. przez PWN w publikacjach „Świat przez słowa”, „Słownik 100 tysięcy potrzebnych słów”, „Słownik frazeologiczny PWN z Bralczykiem” oraz na stronach sjp.pwn.pl, czasopisma Temidium, magazynu Kontynenty.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Słowa wstępne, czyli kawa na ławę

Każdy z nas – z wyjątkiem autora tego zbioru, prof. Jerzego Bralczyka – używa słów nieprzemyślanie, bezkarnie i niewdzięcznie; tymczasem marzyłoby się, abyśmy robili to choć lekko przemyślanie, karnie i wdzięcznie. Książka stawia sobie to zadanie, z akcentem na lekko.

Zaczyna się więc od tzw. słowa wstępnego, które – jak to zawsze bywa – składa się z bardzo wielu słów i w ogóle to nikogo nie dziwi. Dowodzi tylko, jak dalece słowa nie są materią logiczną, precyzyjną ani konsekwentną i sama nauka nie za wiele w ich uporządkowaniu może nam pomóc.

Klasyfikowanie słów jako rzeczowników, czasowników albo, nie daj Boże, jeszcze jako czegoś odrzeczownikowego nie przydaje im uroku, a nawet może wystraszyć. A przecież używanie słów, mówienie, pisanie (choćby SMS-ów) powinno być żywiołową przyjemnością, i to dostępną każdemu; choć czasem – aż chciałoby się powiedzieć – niestety.

Odwrotnie niż ornitolog, który nie musi, a nawet nie powinien umieć latać, naukowiec językoznawca w obracaniu słowami musi być słowotwórczym artystą. Takim jak autor „1000 słów”, prof. Jerzy Bralczyk, przy którym słowa dopiero dostają skrzydeł.

Dość łatwo Autor zgodził się, aby jego 1000 słów (niewielka część z tych, które zna) posegregować nie zgodnie z językoznawczym kanonem, ale trochę nawet wbrew niemu: według tego, do czego nam służą. Najmniej ambitne to nazywające rzeczy, które istnieją niezależnie od tego, czy – i jak – je nazwiemy (rozdział „Słowa, którym na nas nie zależy”). Dotyczące zjawisk nic nierobiących sobie z tego, jak je określimy, i mające to w nosie. Przykładem choćby właśnie nos.

Dużo poważniejszy kaliber to pojęcia, których bez tego, że je stworzyliśmy, w ogóle by nie było (rozdział „Słowa stwarzające”). Powołujemy coś do życia przez to, że wymyślamy na nie określenie. To wydaje się najdalej idąca funkcja słów, trochę kompetencja boska...

Bowiem coś nazwanego uznajemy następnie automatycznie za istniejące. Nawet jeśli tego tak naprawdę nie ma. Choćby słowo „altruizm” – niebezpiecznie bliskie „truizmowi” – a właśnie w ogóle nie oczywiste, raczej całkowicie wątpliwe...

Najszlachetniejsza jest funkcja słów, które dodają nam otuchy i od nich zbiór się zaczyna. Powiedzmy od razu, że nie chodzi o taki doping jak z tytułu felietonów Stanisława Tyma nawiązującego do trenera motywującego zawodniczkę słowami: „Danka, idziesz, Danka, musisz!”. Jednak to, że czasem jednym słowem można człowieka natchnąć i podbudować, wydaje się czymś fantastycznym. Samo istnienie takich słów jest czasem wystarczające, nawet kiedy nazywane przez nie rzeczy wyobrazić sobie trudno.

Ich odwrotnością są słowa, które nas przed czymś ostrzegają. Klasyfikujemy je jako „niepokojące”, a co w nich jest najbardziej niepokojącego, to to, że zaczynają się od „nie”, czyli zaprzeczenia. Kto wie, czy np. nasze kłopoty z sąsiadami nie wiążą się po części z tym, że Niemiec po polsku też zaczyna się od „nie”, i to od razu dużą literą.

Dlaczego – zamiast wymyślić sobie nowe słowo – ludzie wolą wziąć istniejące i je poprzekręcać? (jak w rozdziale „Słowa, które znaczą coraz więcej”). Słowa nieustannie nie tylko zmieniają swój sens, zakres znaczeniowy, temperaturę emocjonalną, ale bywa, że stają się nawet swoim przeciwieństwem. Znaczą zwykle coraz więcej w miarę, jak rzeczy, którymi się je określa, zaczynają więcej znaczyć. Oznacza to, że słowo też musi mieć szczęście, żeby nazywać sobą akurat coś przyszłościowego. Ale wszystkie, nawet te największe bidule, mają jeszcze szanse; odnosi się do nich polskie powiedzenie: siedź w kącie, a znajdą cię.

A takie właśnie słowa, które trafiają do popularnych powiedzeń, przysłów, cytatów, mają szczęścia najwięcej. Nawet kiedy same przestają już coś znaczyć, ciągle je przywołujemy i zyskały życie pozagrobowe. W książce zostały opatrzone hasłem: „Kamienie milowe”.

Nasze wyobrażenia o tym, co te słowa nazywają, są często fałszywe lub błędne, a na pewno sprowadzone do jakichś klisz i stereotypów. Ale w tej właśnie formie stanowią nasze wyposażenie kulturowe.

Wydaje się, że jako słowa i pojęcia, które przerosły swój czas, powinny być jakoś szczególnie trafne czy metaforycznie poręczne. Ale niekoniecznie – wszak niektóre są dość pokraczne. Dowody w rozdziale „Słowa milowe”.

Do języka wpychają się ciągle nowe, nieproszone słowa. Szczególnie na początku są zwykle rażące, choć, przynajmniej niektóre, z czasem stają się dziećmi przysposobionymi. Z wielu podrzutków (rozdział „Słowa podrzutki”) dorosłe słowa nie wyrosną: z wiekiem wykoślawią się albo w ogóle stracimy je z oczu. Ale wiele założy u nas rodziny, czasem wielopokoleniowe.

Ich przeciwieństwem są słowa swojskie (rozdział „Słowa swojskie”). Ponieważ niby wszystkie słowa polskie są po polsku, ale czujemy, że jedne bardziej niż inne. Aby wejść do języka literackiego, muszą znaleźć odpowiedniego literata. Ale o to teraz nietrudno, kiedyś musiały na to czekać znacznie dłużej.

Przyznam się, że mnie najbardziej kręcą słowa z zamykającego książkę rozdziału: „Jeszcze nie słowa”. Wyrazy składające się z dwóch liter są już niby pełnoprawnym słowem, ale właśnie: niby. Czy to jest już słowo czy jeszcze nie? Niektóre z nich nie mają nawet odmiany, żadnej liczby: mnogiej czy pojedynczej; nie mają odpowiedników w innych językach. Wydaje się, że są to zaledwie zaczyny słów, które dopiero się z nich rozwiną. Ale to one stanowią o całej barwie języka, który bez tego byłby tylko jakąś suchą tabelą.

Czytelnik łatwo zauważy, że słowa traktowane są w tej książce jak istoty żywe. Mają swój charakter, słabości i ułomności; imponują nam albo brzydzą nas czy drażnią. Nawet jeśli kogoś to śmieszy, to już został wciągnięty w ten krąg, w którym słowo potrafi być ważniejsze od jego desygnatu, jak nazywają się słowa owe gnaty nazywające.

Zainteresowanie słowami jest nie tylko zaraźliwe, ale i podstępne. Nawet kiedy chcemy się nimi tylko posłużyć, samymi się nie zajmując, to „samo wchodzi, nie pytając, bramą”. Te akurat „skrzydlate” czy „milowe” słowa wzięliśmy od Norwida.

Ale i tak wiemy to od Bralczyka.

Michał Ogórek

„Dobre słowo” było kiedyś pewnym rodzajem daru, czasem ewangelicznie poważnego, czasem z obu stron traktowanego jak jałmużna („naści dobre słowo!”). Takie dobre słowa mogły świadczyć o życzliwej empatii, o rytualnej uprzejmości albo tylko o braku wrogości. Ale „dobrymi słowami” możemy nazwać i te, które nazywają coś naszym zdaniem dobrego (dla nas, rzecz jasna) i których sama obecność, nawet gdy brak tego, co określają, daje nam coś dobrego. Same te słowa, ich wypowiadanie i słyszenie, pisanie, czytanie, coś nam dają – bo słowa same z siebie bywają bodźcami. Niektórzy dodatkowo je smakują, z lubością obracają na języku i cieszą nimi siebie i innych.

        Takie słowa i otuchy potrafią dodać, i – jak to się dziś mówi – zmotywować. Pewnie lubię być zmotywowany, choć z drugiej strony, jak sobie uświadomię, że właśnie jestem zmotywowany, to czuję się trochę niepewnie. Ten w końcu przecież bierny imiesłów przymiotnikowy czyni ze mnie kogoś niezupełnie samosterownego. Ale nie muszę tego wiedzieć.

        Jasne, mogą nami te słowa manipulować. Mogą się za nimi kryć rzeczy i sprawy całkiem niemiłe, można nimi zwieść. Wszelkie słowa bywają przecież bez pokrycia.

        Ale co tam, dobrze, że są rzeczy przez nie nazywane, dobrze, że i one same są.

Afirmacja,                                    1–3Akceptacja, Aprobata

Trzy piękne, przyjazne słowa. Podobne znaczeniowo tak bardzo, że słowniki wyjaśniają je jedno przez drugie. Ale nie byłoby powodu, żeby istniały, gdyby znaczyły to samo.

Afirmacja to uznanie czegoś za dobre w myśli lub w mowie, pochwała i przyjęcie czegoś. Nie wymaga wyrażania, zwłaszcza formalnego, wiąże się raczej ze stanem ducha. Prowadzi do wysławiania.

Aprobata to nie tylko sam pozytywny stosunek do czegoś, lecz także jego wyrażenie, zwykle przez kogoś, kto decyduje lub zajmuje wyższą pozycję, choćby tylko w danym względzie. Spodziewamy się aprobaty dla naszych poczynań raczej od zwierzchników niż od podwładnych.

Akceptacja może mieć (choć nie musi) także formalny charakter. Bywa na piśmie, żeby ślad został. Im bardziej formalna, tym mniej może być związana z wewnętrzną, prywatną oceną. Zdarza się nam akceptować nawet rzeczy, które się nam nie podobają – jeśli jakieś inne racje za tym stoją. Trudno.

Najłatwiej nam akceptować to, co aprobujemy. A zdarza nam się aprobować coś, czemu do naszej afirmacji jeszcze dużo brak.

Aktywność                                   4

W okresie słusznie minionym słowo aktywność odnosiło się najczęściej do działalności społecznej.

Aktywni obywatele, a zwłaszcza aktywni członkowie różnych organizacji i partii, przede wszystkim Partii, mogli nawet zasługiwać na miano aktywistów, aktywnie włączając się w różne nurty, a nawet przejawiając inicjatywy. Formuła mówiąca o aktywnej działalności, tak częsta w pozytywnych opiniach, miała pewien niezaprzeczalny walor pochwały, choć przecież łatwo można jej było zarzucić pleonastyczne masło maślane (wyobraźmy sobie działalność nieaktywną, a zwłaszcza działalność bierną lub pasywną!). Siłą rzeczy po jeszcze słuszniejszej przemianie byli już aktywiści traktowani co najmniej z pewną taką podejrzliwością, przez co zaangażowani w inne, nowe działania obywatele i członkowie już tak ochoczo się aktywistami nie nazywali.

Ale sama aktywność nie straciła na pozytywnym znaczeniu. Aktywność zawodowa jest wciąż traktowana nie tylko jako obiektywna charakterystyka osób gdzieś zatrudnionych, ale także jako nazwa pożądanego rodzaju społecznego funkcjonowania; aktywny wypoczynek jest zawsze wyżej stawiany niż zwykłe leniuchowanie, a aktywność fizyczna jest ukazywana jako niezbędny warunek długiego, zdrowego życia. A i aktywność kulturalna, i aktywność społeczna (dziś wykazują ją znów społecznicy, nie zaś aktywiści) są zawsze w cenie.

Przeciwieństwem aktywności w sensie dosłownym, niejako technicznym, powinna być pasywność. Nie jest to jednak słowo zbyt często używane, nie wydaje się też dobrze opisywać naszego nieaktywnego stanu czy funkcjonowania. Pasywność to raczej rodzaj reakcji czy też raczej braku reakcji (który przecież także jest rodzajem reakcji) na to, co nas spotyka. Nie możemy mówić o pasywnym wypoczynku czy nawet pasywnym stosunku do działalności społecznej. Obywatele niewykazujący się aktywnością raczej mogliby być nazwani biernymi. Ten przymiotnik także nie jest szczególnie pozytywny, dość często spotykamy się z zarzutami bierności, a połączenie „bierny, mierny, ale wierny” jeszcze to podkreśla. Tylko w jednym przypadku bierność jest lepsza: bierne prawo wyborcze wyżej jest stawiane od czynnego. Lepiej być czynnym niż biernym, choć to też niekoniecznie wyrazista opozycja, skoro można być czynnym członkiem, ale biernym członkiem już chyba nie.

Może najlepiej być aktywnie czynnym? W czasach emocjonalnego podkreślania zaangażowania wydaje się to całkiem możliwe. A w każdym razie aktywność ma w naszej świadomości wiele aktywów i do każdego aktu aktywności, zwłaszcza dodatkowo aktywizującej, powinniśmy mieć stosunek jak najbardziej aktywnie pozytywny.

Ambicja                                   5

Dobrze, gdy nasze zamierzenia, plany, cele są ambitne. Możemy stawiać wobec innych, gdy ich wysoko cenimy, ambitne wymagania, nawet żądania. Szanujemy, czasem podziwiamy ambitne przedsięwzięcia, ambitną twórczość. To, co ambitne, jest bowiem wartościowe – na różny sposób. Albo wymaga wiedzy, zdolności, wysiłku, albo artystycznie czy też intelektualnie jest na wysokim poziomie. Jest trudne do osiągnięcia, czasem wymaga „mierzenia sił na zamiary”, jak pisał wieszcz. Z kolei jeśli powiemy, że czyjeś dzieła czy zamiary są mało ambitne, może to być eufemistycznym określeniem czegoś już nadto bezpretensjonalnego, czegoś, czemu wartości odmawiamy.

Ale o ile nazywanie spraw ambitnymi jest ich jednoznaczną pochwałą, o tyle z mówieniem w ten sposób o ludziach może być różnie. Określanie ludzi jako ambitnych cechuje się pewną ambiwalencją. Mało ambitny to oczywiście wada, ale słowo ambitny używane bywa także, a może przede wszystkim, w stosunku do ludzi o ambicji wygórowanej, takiej, która nam przeszkadza lub zwyczajnie się nie podoba. Taka nadmierna czy właśnie wygórowana ambicja to ambicja ponad miarę, która nie przystoi. Mówi się tak o ludziach, których predyspozycje nisko oceniamy, a także o tych, po których możemy się spodziewać, że w dążeniu do spełnienia swoich ambicji nie cofną się przed niczym. U Szekspira Marek Antoniusz, wygłaszając pean na cześć zabitego Juliusza Cezara, ironicznie cytuje Brutusa, który Cezara nazwał ambitious, co niektórzy nasi tłumacze przełożyli na władzy chciwy – inni zaś na ambitny, w ten sposób sankcjonując te negatywne skojarzenia.

Taka ambicja ma coś wspólnego z pychą, a jednym z jej przeciwieństw zdaje się tak szanowana u ludzi skromność. Tu jest zresztą nieco inaczej niż z ambicją: skromny w odniesieniu do osiągnięć, oczekiwań czy zamiarów jest określeniem częściej negatywnym, człowiek skromny raczej zasługuje na szacunek (może z wyjątkiem tego politycznego przeciwnika Churchilla, o którym ten mówił, że jest skromny, ale ma powody taki być).

Już łacińskie ambitio było nazwą ‘żądzy sławy, czci, uznania’. Wysokie aspiracje właściwie powinniśmy cenić. Jeśli ambicje są szlachetne, to przyświecają i dobrze jest, gdy są zaspokajane. Ale chyba częściej przeszkadza nam cudza ambicja. Taka ambicja może zżerać, a potem nawet trawić – to z nami czynią niedobre uczucia. Taką ambicją można się unosić, jak gniewem. A inni mogą ją podsycać – albo ranić.

I kiedy mówimy o młodych ambitnych – to w tej pozornej pochwale jest za dużo już niezbyt dobrodusznej ironii.

Amnestia                                   6

Adam Michnik powiedział kiedyś w dyskusji o rozliczeniach politycznych, że jest za amnestią, nie za amnezją. Te dwa słowa wyglądają nieco podobnie, są spokrewnione ze sobą i w znaczeniach mają wspólny element, ale mylić ich nie należy.

Amnezja to nazwa przypadłości, choroby – po grecku amnesia to ‘zapominanie’. Nie jest to na ogół pożądane, choć zdarzają się sytuacje, kiedy chcemy o różnych rzeczach, a czasem i o wszystkim, zapomnieć. Grecki imiesłów amnestos to ‘niepamiętany’, amnesteo – ‘zapominam’. A amnestia to po grecku ‘zapomnienie, puszczenie w niepamięć’.

Amnezja jest niezależna od tego, kogo dotyka. Zapomina on, choć nie dzięki swojej woli. Amnestia jest wynikiem decyzji: chcę zapomnieć. Ale przecież zapomnieć naprawdę się nie da, rozkazu „precz z mej pamięci”, jak pisał poeta, „pamięć nie posłucha”. Próbowano kiedyś stosować techniki zapominania, taką umiejętność nazywano amnestyką, lecz to okazało się nader trudne, przepisy na usuwanie pamięci się nie sprawdzały. Ale zapomnienie ma kilka znaczeń, między innymi wyrażane ładnym frazeologizmem puszczenie w niepamięć. Jeśli ktoś zrobił nam coś złego, czasem potem prosi, byśmy mu tego nie pamiętali – nie, żebyśmy o tym nie pamiętali w ogóle, lecz żeby to nie ciążyło na naszych stosunkach. W słowniku Lindego z początków XIX wieku amnestya to ‘zapomnienie, puszczenie w niepamięć jakowej urazy, przebaczenie’. No, przebaczenie to już dużo. Inni wolą słowo darowanie jako polski synonim amnestii. To chyba bliżej. Zapomnienie – puszczenie w niepamięć – darowanie – przebaczenie, taki ciąg dałoby się wysnuć.

Czy gdy zrobimy coś złego, chcemy zapomnienia, czy przebaczenia? W życiu prywatnym, przy naszych złych uczynkach, chyba najpierw przebaczenia, potem zapomnienia, ale rzeczywistego, wyrzucenia z pamięci. Ale w sytuacji przewinienia przeciw społeczeństwu, które to przewinienie jest ujęte w ramy prawne i zagrożone karą, liczy się też odstąpienie od tej kary, jej zaniechanie, jej darowanie jako skutek realny, zmniejszający dolegliwość. W dawnych słownikach języka polskiego eksponuje się jako tego, kto amnestii udziela, „panującego”. Potem w słownikowych definicjach decyzje o zaniechaniu karania wiązano z głową państwa, a jako „akt prawny” amnestia w słownikach pojawiła się stosunkowo późno. Najpierw była zatem w naszej świadomości językowej raczej indywidualnym aktem łaski, ułaskawieniem. Dziś amnestia i ułaskawienie są od siebie odleglejsze znaczeniowo. Czasem mówi się o amnestii jako o „zbiorowym akcie łaski”, ale czy nawet ci, których ona dotyka, myślą o niej w kategoriach łaski i łaskawości? Jak ma być amnestia, to będzie, przyczyny mogą być różne – polityczne, ekonomiczne, prawne. Ale łaska? To niedobre, niepasujące tu słowo.

Jak amnestia, to amnestia. Bez łaski.

Arcydzieło                                   7

Najwyższy stopień uznania wyrażamy dziś cząstką super-, czasem zastępując ją jakimś innym kawałkiem o nieuświadomionym starożytnym pochodzeniu, jak mega- czy ekstra-. Łączą się one z przymiotnikami, przysłówkami, najczęściej z rzeczownikami – czasem pojawią się i same, jeśli coś jest naprawdę super.

Jakiś czas temu bywało jeszcze ultra-, dziś rzadkie... A jeśli ktoś sięgnie po arcy-, to widać, że albo starszy, albo jakiś kulturalny. Rzadko zdarzają się rzeczy i sprawy arcyciekawe, a superciekawych – całkiem sporo. I super.

Ale arcy- przetrwało tam, gdzie silniej zrosło się z drugim członem – i choć pewnie jest wiele dzieł, które są super, to superdzieła nie mamy. Żeby coś arcydziełem nazwać, trzeba wziąć sporą odpowiedzialność na siebie. Tak mogą orzec wielcy specjaliści, w których kompetencje i obiektywizm wątpić się nie da, albo pokolenia odbiorców. Bo arcydzieło to coś bliskiego ideału, a skąd wiemy, jaki jest ideał? Arcydzieła są ponadczasowe, choć do czasu bywają silnie przypisywane: mówimy o arcydziełach epoki, na przykład średniowiecza. To takie dzieła, które nie tylko o epokach mówią, ale tworzą te epoki, tak jak same są przez epoki tworzone. Arcydzieł nie może być zbyt wiele, dla pewności jednak czasem mówiąc o arcydziele, dodajemy słowo prawdziwe, żeby już wątpliwości nie było (niestety, ten dodatek często takie wątpliwości właśnie budzi, bo je usprawiedliwia).

Mniej wymagający Doroszewski pisze, że arcydzieło to „dzieło wyróżniające się, celujące”, dodając, że oprócz dzieła sztuki może to być też rękodzieło lub twór przyrody. Znamienne, że w najnowszym słowniku PWN, zwanym „Uniwersalnym”, to nie tylko dość skromnie „dzieło wybitne, znakomite”, lecz i „wybitne osiągnięcie w czymś, rzecz umiejętnie, kunsztownie przeprowadzona” – tak arcydziełami stać się mogą ludzkie zachowania... Te już ponadczasowe być nie mogą. Ale to znaczenie przenośne. Bo z jednej strony oszczędni jesteśmy w przypisywaniu cechy arcydzielności, ale z drugiej strony tak to ładnie brzmi. A jak bardzo będziemy chcieli, to i zdrobnić arcydzieło możemy i powstanie wtedy arcydziełko (na wszelki wypadek dodajemy wtedy jeszcze przymiotnik małe).

Greckie arche to był ‘rząd, władza’, a także ‘początek’, łacińskie arci- i za nim takież czeskie, z którego i my skorzystaliśmy, już intensyfikowało. W polszczyźnie mamy je od dawna w wielu użyciach. Linde pisze o nim jako o przysłówku o znaczeniu ‘bardzo, wielce nadzwyczajnie’, dawne słowniki wskazują na użycie samego arcy („było arcy” tak jak dziś „było super”). Przykłady wskazują na łączliwość pozytywną, i rzeczywiście w związku z przymiotnikami tak na ogół było: arcyzacny, arcyciekawy, arcygłęboki były chyba częstsze niż arcypodły czy arcypłytki (arcynudny już bywał). Ale z rzeczownikami było już inaczej nieco. Po pierwsze, spora grupa takich arcy- to były tytuły, godności, rytualne określenia. Takimi arcy- określano takich dostojników, jak: arcykról i arcyksiążę, arcykanclerz i arcypodkomorzy, arcycześnik i arcypodstoli nawet; dalej arcybiskup i arcykomtur, którzy byli przecież arcypasterzami, a i arcydiakon; właściwie to i arcymistrza w tym towarzystwie umieścić można. Ciekawe, że religijny kontekst działał w drugą stronę: słowniki odnotowały grzesznika, heretyka, kacerza i odszczepieńca... I wreszcie mieliśmy, co dziwne, a nawet jeszcze mamy, wiele określeń negatywnych, przy ubóstwie pozytywnych: byli i arcyzdrajca, i arcyzłodziej, i arcyłotr, i arcyszelma, i arcyłgarz, i arcyoszust, i arcyrozbójnik... U Sienkiewicza szlachcic zaklinał się „jeśli łżę, jestem arcypies, nie szlachcic”, a Kmicic tak stopniował obelgi wobec Kuklinowskiego: „jesteś szelma, zdrajca, łotr, rakarz i arcypies”.

W nie najlepszym więc towarzystwie znalazło się w XVIII wieku arcydzieło, któremu towarzyszyły początkowo podobne znaczeniowo arcytyp i arcytwór, dziś już zapomniane. Ale słowo to piękne, poważne i arcydzielne. Przy współczesnej tendencji do przesady i zachwytu nad coraz to dziwniejszymi tworami kultury, także tej niekoniecznie najwyższej, z uznaniem można jednak stwierdzić, że słowem arcydzieło nie szafuje się zanadto. Może dlatego, że o tym, czy mamy, czy nie mamy do czynienia ze współczesnym arcydziełem, będą mogły powiedzieć dopiero następne pokolenia.

Audiotele                                   8

Konkurs telewizyjny, w którym widzowie, żeby móc wylosować nagrodę, wskazują poprawność jednej z podanych odpowiedzi na zadane pytanie.

Z łac. audio – ‘słucham’ i greckiego tele – ‘daleko’. Cząstki audio- (odnoszące się do słuchania) i tele- (odnoszące się do odległości) współtworzące wiele nowo powstałych wyrazów tu się spotykają. Tele w tym wypadku odnosi się do telewizji i telefonu zarazem, bo telewidzowie rozmawiają z telewizją telefonicznie. Audio- właściwie jest mniej uzasadnione. Z jednej strony oczywiste, bo żeby rozmawiać, trzeba słyszeć. Z drugiej – pytanie, na które trzeba odpowiedzieć, bardziej widać, niż słychać. Ale połączenie takich dwóch elementów znamionuje pełną technologiczną nowoczesność i fonetycznie jest dość miłe.

Bajka                                   9

W bajki wierzycie? Nie wierzymy, i to nie wierzymy aż tak bardzo, że kiedy w coś nie wierzymy, mówimy, że to bajka, a czasem dodajemy też, że nie wierzymy w bajki. Ale trochę szkoda, bo bajki lubimy ogromnie, pewnie też i dlatego, że zwykle się dobrze kończą. Przynajmniej te bajki dla dzieci, te o śpiących królewnach i dobrych wróżkach, stąd też zresztą mówimy czasem o nazbyt optymistycznych wizjach, że to bajeczki dla grzecznych dzieci.

Dorośli czasem słuchają bajek, uważając, że w każdej bajce jest coś z prawdy lub pragnąc powrócić w zaczarowany bajek świat, ale częściej, nawet prawdziwym opowieściom nie wierząc, słuchają ich jak bajki o żelaznym wilku. I zdarza się, że aby się nie łudzić, za Krasickim chcemy między bajki włożyć to także, co być może. I wtedy trzeba zapewniać: to nie bajka! Czasem zresztą to, czy to prawda, czy nie, nie musi być tak bardzo ważne – czy to bajka, czy nie bajka, myślcie sobie, jak tam chcecie... jak pisała Konopnicka.

Ale przeważnie tak to właśnie jest: wiemy, że jeśli coś jest bardzo piękne, to nie może być prawdziwe. Może być co najwyżej gdzieś jak w bajce, jakiś krajobraz na przykład może być bajkowy albo jakaś powiedzmy uczta może być bajeczna. To najwyższe pochwały. Czasem zdarza się usłyszeć bardziej powściągliwą pochwałę: to jeszcze bajki! (‘to nic, głupstwo’). No i jeszcze bajki, gdy bajki są tylko po prostu bajkami, gorzej, że bajki bywają także wierutne, więc zupełnie wiary niegodne, jak bzdury jakieś. A jak się do słowa bajka doda miły skądinąd przymiotnik czysta – to już i ziarna prawdy w tym nie ma.

Bajki się snuje, plecie, gada. Niektórzy podejrzewają, że tak jak gadanie było kiedyś dawno ‘rytualnym wróżebnym przepowiadaniem’, tak i bajanie miało charakter liturgiczny i że nasi pogańscy przodkowie, wypowiadając obrzędowe formuły, bajali właśnie – a później, z chrześcijaństwem, te dawne gadania i bajania zdeprecjonowano jako byle jakie opowiadanie głupstw. Prawdą jest, że stary rdzeń bhai- dał u nas bajanie i potem bajkę, a u Rzymian słowo fabula, i że można go połączyć i z famą, i z fatum.

Jeśli bajka jest już zbyt oddalona od prawdopodobieństwa i jeszcze do tego ma mniej wdzięku, staje się bajdą, i takiego bajdurzenia już nic nie usprawiedliwia. I mówimy wtedy temu, kto bajdurzy, do rymu: baj, baju, będziesz w raju – bo bajem albo i bają nazywano takiego niewiarygodnego opowiadacza.

Ale miejmy nadzieję, że bajki i jako lżejsze odmiany poważniejszych baśni, stosowane przez tradycyjnie usposobionych rodziców czy częściej dziadków do rozbudzającego wyobraźnię usypiania dzieci, i jako wdzięcznie moralizujący utwór poetycki – mają jeszcze przed sobą przyszłość.

Chociaż... czyżbyśmy wierzyli w bajki?

Bankomat                                   10

Umieszczony w publicznym miejscu automat bankowy, z którego można na podstawie karty magnetycznej elektronicznie identyfikującej posiadacza pobrać pieniądze.

Z połączenia bank(owy) + (aut)omat. Urządzenie coraz powszechniejsze i coraz bardziej niezbędne, choć niektórym wciąż przypominające dawne baśnie, w których magiczne stuknięcie, choćby w ścianę, dawało różne dobra, choćby talary. Nazwa ma swój udział w tym, że nas bankomat nie dziwi: nazwy różnych automatów, jak alkomat czy parkomat, oswajają z działaniami dawniej trudnymi do wyobrażenia. Kiedyś obiecywano likwidację pieniądza, dziś na tę likwidację się nie zanosi, mamy za to do czynienia z coraz bardziej wygodnymi, wręcz automatycznymi, ale i skomplikowanymi zasadami korzystania z naszych zasobów pieniężnych.

Bezpieczeństwo                                   11

Gdy mi kto powie, że mogę czuć się bezpiecznie, albo też gdy zapyta, czy czuję się bezpiecznie, pojawia się u mnie nie tyle poczucie bezpieczeństwa, ile na odwrót – poczucie czegoś w rodzaju zagrożenia, a przynajmniej możliwości zagrożenia, co czasem wystarczy, bym poczuł się niepewnie. Paradoksalnie najbezpieczniej zapewne czuję się wtedy, gdy sobie tego nie uświadamiam – tak jak myśląc o zdrowiu, sprawiam zwykle, że nie jawi się ono jako oczywiste, a gdy nie myślę, znak to zdrowia. A potrzeba bezpieczeństwa, a może nawet raczej potrzeba poczucia bezpieczeństwa, jest dla człowieka podstawowa (tak zresztą jak i poczucie zdrowia). I w sumie, nawet gdy temu poczuciu towarzyszy świadomość, nie jest tak źle.

Przeciwieństwem bezpieczeństwa wydaje się niebezpieczeństwo, ale sprawa nie jest taka prosta. Niebezpieczeństwo, dziwne słowo z podwójnym przeczeniem (nie i bez), odpowiada czemuś bardziej konkretnemu, jakiemuś wyobrażalnemu zagrożeniu, i jako takie jest zewnętrzne, a bezpieczeństwo jest bardziej abstrakcyjne i wewnętrzne. Asymetria sięga dalej, bo niebezpieczny to częściej ten (lub to), co zagraża lub może zagrażać, a bezpieczny rzadziej odnosi się do bytów niezagrażających, częściej tak określamy tego (czy to), co zagrożeniu nie podlega.

Strukturalnie znaczenie przymiotnika bezpieczny, przysłówka bezpiecznie i rzeczownika bezpieczeństwo wydaje się dziwne i niejako nielogiczne. Na ogół wiemy, że dawne słowo piecza oznaczało ‘opiekę, troskę, staranie’. Dlaczego zatem to, co nie jest zagrożone, często właśnie dlatego, że otoczone opieką, traktowane jest jako coś tej opieki pozbawione, czyli pozostawione bez pieczy? Otóż nazywano bezpiecznym (dawniej przezpiecznym) tego, którego dziś określilibyśmy jako beztroskiego, czyli ‘nieostrożnego, lekkomyślnego’. Sam siebie nie pilnował, piecza i troska o siebie była mu obca. Taki ktoś był też przez to odważny i pewny siebie, stąd też znaczenie rozszerzyło się i objęło także tych, którzy nie byli niczym zagrożeni.

A przez ciekawe, ale często spotykane przeniesienia znaczeń – także tych, którzy sami niczemu nie zagrażali. Oprócz tego jako bezpiecznych nazywano także ‘spokojnych’, ‘poufałych’, a także ‘pewnych siebie’. Słowo niebezpieczny zaś z początku odnosiło się do ‘niespokojnych, niepewnie się czujących’, czyli pewnie jakoś zagrożonych, a potem też, na wyżej wspomnianej zasadzie, do ‘zagrażających’. Ponieważ częściej zdarzało nam się myśleć i mówić o niebezpieczeństwach niż o bezpieczeństwie (a zwłaszcza o bezpieczeństwach, bo tu liczba mnoga niemal nie występuje), znaczenie słowa bezpieczny daje się łatwiej oddać przez potrójne już zaprzeczenie jako ‘nieniebezpieczny’.

Dziś bezpieczeństwo to jednak zdecydowanie coś innego niż beztroska, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie tych, co formalnie dbając o nasze bezpieczeństwo, potrafili wywołać stan od niego odległy – słowo to przecież szczególnie chętnie pojawia się w nazwach niektórych urzędów, służb i agencji. W związku z tym powstawały różne neologizmy wskazujące na niezbyt pozytywny stosunek do tego zinstytucjonalizowanego bezpieczeństwa.

Niełatwo wywołać czy przywrócić poczucie bezpieczeństwa, gdy uświadamiamy sobie możliwość zagrożenia. W ograniczonym zakresie próbują to czynić niektóre urządzenia, których nazwy tak łatwo się metaforyzują. I wtedy zdarza się nam mówić o hamulcu bezpieczeństwa, o zaworze czy klapie bezpieczeństwa, a nawet o wentylu bezpieczeństwa. O tym, co jest na wszelki wypadek, i dobrze, że jest. W razie niebezpieczeństwa.

Bingo                                   12

Okrzyk radości będącej wynikiem trafienia, odgadnięcia, zwycięstwa. Także nazwa gry, pewnego rodzaju loterii, oraz najwyższej wygranej w tej grze.

Z angielskiego. Tak zaczęliśmy na wzór amerykański wyrażać swoją satysfakcję, gdy trafimy – fizycznie czy intelektualnie. Gdy odgadniemy coś trudnego, ale nie tyle dzięki inteligencji, ile, przynajmniej po części, dzięki szczęściu. Udało się nam. Ale też życzliwie kwitujemy tak sukcesy innych – to także tyle, co „trafiłeś w dziesiątkę!”. Ten fonetycznie atrakcyjny okrzyk ma być spontaniczny, czy raczej wyrażać spontaniczność, o ile można mówić o działaniu konwencjonalnym w celu wyrażenia spontaniczności. W pewien sposób przypomina onomatopeję, słyszymy w nim dźwięcznie drgającą strzałę naszej radości. I spełnienia.

Blask                                   13

Nawet w brzmieniu słowa blask można wyczuć coś jasnego i przez to wspaniałego. W żadnym innym słowie też, jak się zdaje, nie łączą się tak naturalnie te dwie cechy: bardziej konkretna, związana z optycznym postrzeganiem jasności; i bardziej abstrakcyjna, wiążąca się z naszym postrzeganiem ocennym, wartościującym.

Wprawdzie używamy też słowa blask jako zwykłego zastępnika słowa światło i zamiast światło latarni można powiedzieć blask latarni, można coś zobaczyć nie tylko w blasku księżyca, w blasku świecy czy wręcz w blasku zapałki, ale słownikarze, definiując słowo blask, muszą do objaśniającego je słowa światło dodać przymiotniki tak mocne jak mocne czy jaskrawe. Przy tym pierwsze źródło blasku, które nam do głowy przychodzi, to oczywiście słońce. Słownik warszawski uzupełnia, że blask to ‘światło jakiś czas trwające’, blask to nie błysk. Kiedyś było blaskowi blisko do błysku, prasłowiański czasownik blszczeti znaczył tyle, co ‘jaśnieć, błyszczeć’, a związany z nim rzeczownik blesk to było podobno ‘światło oślepiające’. Dziś mamy trzy czasowniki: błyszczeć, błyskać i błysnąć, do wszystkich jakoś błysk pasuje – ale blask żadnego odpowiadającego mu czasownika nie ma.

Za to blask sam w sobie, gdy nie łączymy go z żadnym jego źródłem, jest po prostu silny i wspaniały, tak wspaniały, że nasze oczy mogą go nie znieść, może oślepiać. Błysk bywa metaforyczny, zawsze może nam coś błysnąć bardziej abstrakcyjnie niż optycznie, na przykład jakiś pomysł, ale blask pozostaje majestatyczny i godny. Karpiński, szukając wyraźnych oksymoronicznych sprzeczności, napisał: „ogień krzepnie, blask ciemnieje”. Blask ściemnieć nie może. Drugie znaczenie tego słowa, wiążące się zresztą z podobną do światłości świetnością, jest skądinąd tak naturalne, że tu nawet metafory nie dostrzegamy. Jeśli coś występuje w pełnym blasku, to, rzecz jasna, mowa tu o jakiejś maksymalnej okazałości, świetnej wspaniałości, ale też jasne jest, że chodzi o występowanie w jaskrawym świetle, na pełnym widoku. Czy da się to rozłączyć? Czy to wręcz nie to samo?

Blaskiem czegoś można kogoś lub coś otaczać (Polskę na przykład – blaskiem potęgi i chwały), z drugiej zaś strony można kąpać się czy wręcz tonąć w blasku czegoś (lub czyimś) – wtedy ten blask jest nie tylko czymś zewnętrznym, ale też wszechstronnie ogarniającym, jakąś wspaniałą szczęśliwością. Ale jest i inna frazeologia: oto blask bije, uderza, także razi (pamiętajmy, że razić to pierwotnie ‘bić, uderzać’). Taki blask jednak również wcale nie jest postrzegany negatywnie: bijący skądś, od czegoś blask także tylko wspaniałości dodaje.

Światło jest dla nas niesłychanie ważne. A znaczenia słowa blask czynią to jeszcze jaskrawiej jasnym.

Bogactwo                                   14

Bogactwo wyraża się często produktami natury: miodem i mlekiem. Żeby było ciekawiej, mleko czasem jest ptasie, ale wtedy właściwie go nie ma, brakuje go, tylko jego. A bardzo bogatym nie brakuje. Miód jest, gdy ma się raczej pszczoły niż dzieci. Gdyby dzieci były, kłopotu by z nimi nie było, bo kołysałby je diabeł. Bogactwo to złoto, pieniądze, ich obfitość. Mamy ich tyle, ile lodu. Tak się jednak składa, że lodu mało miewamy. Nawet ci bogatsi.

Bonus                                   15

Rodzaj premii, nagrody, dodatkowego wynagrodzenia za dokonanie jakiejś czynności, na przykład zakupu.

Z angielskiego, od łacińskiego bonus – ‘dobry’. Bonus to piękne łacińskie słowo. Rodzaj żeński: bona. Coś dobrego, ktoś dobry. Rzymianie lubili proste, pewne określenia. Tymczasem w polszczyźnie, w ślad jak zwykle ostatnio za angielszczyzną, ten bonus ogranicza swój zasięg do nazywania bardzo specyficznych dodatków, którymi nas kuszą. Jak coś kupisz, dostaniesz coś jako bonus. Co? No to właśnie, taki bonus. Dobrze go już znamy, wiemy, że w ten sposób wchodzi w cenę. Ale wmawia się nam, że to dodatkowo, niejako gratis, albo przynajmniej niespodziewanie. Ale spodziewamy się tej niespodzianki, nie może jej nie być. Dobre i to, ale nazywać to bonusem?

Burza mózgów                                   16

Czyli ‘burzliwa, nieskrępowana dyskusja, która ma wyłonić najlepsze pomysły’.

Wiara, że najlepsze pomysły mogą się wziąć raczej z chaosu niż z porządnego, zaplanowanego przedstawienia racji, sama wydaje się produktem myślenia bezładnego. Przy tym nieco paradoksalne jest to, że ten chaos ma być jednak na pewien sposób kiełzany przez organizatorów: burze mózgów są przecież właśnie celowo urządzane.

Charyzma                                   17

‘Nadzwyczajny dar pozwalający na zjednywanie sobie ludzi, tworzący możliwość kierowania nimi’. Człowiek obdarzony charyzmą ma niekwestionowany autorytet, charyzmatyczny przywódca pociąga za sobą tłumy. Kiedyś silniej wiązano to z łaską bożą – dziś liczni zapaleńcy wierzą, że charyzmatyczność jest do osiągnięcia. Miejmy nadzieję, że się mylą.

Chyży                                   18

To rzadkie słowo, wolimy dziś mówić szybki lub prędki, choć pewien osobny odcień znaczeniowy w chyżym wyczuwamy. Może chyżość straciła popularność ze względów ortograficznych – co prawda chybki, zbyt zresztą bliski szybkiemu, by być często używanym, też ma ch, ale na przykład hoży, tak do chyżego w wymowie i pewnej stylistycznej wartości podobny, już ma samo h... Nie rezygnujmy zbyt chyżo z tego słowa. Używanie utrwala świadomość pisowni.

Ciekawość                                   19

Angielska nazwa marsjańskiego łazika to Curiosity. Słowo curiosity przekłada się na polski jako ‘ciekawość’, czyli ‘chęć poznania’, albo jako ‘osobliwość, ciekawostka’. Z pewnością sam pojazd jest osobliwością, czyli kuriozum, ale tu chyba bliżej do pierwszego znaczenia. Tylko czy moglibyśmy po polsku taki przyrząd do zaspokajania naszej ciekawości nazwać po prostu ciekawością? Raczej nie.

W polszczyźnie rzadko się także zdarza, że obiekt i stosunek do tego obiektu mają tę samą nazwę – tak jest na przykład w przypadku rzeczownika miłość, który może mieć te dwa znaczenia (przez co moja miłość jest właśnie przedmiotem mojej miłości); ciekawość to drugie znaczenie dawno temu miała, dziś zostało ono tylko w ciekawostce, która z kolei ‘małą ciekawością’ wcale nie jest. Ale pojawia się tu inna dwuznaczność: przymiotnik ciekawy odnosimy zarówno do tego (rzeczy), co wydaje się szczególnie godne poznania, jak i do tego (człowieka), kto właśnie chce to poznać. Ciekawy człowiek widzi wokół siebie wiele ciekawych rzeczy. I, co ciekawe, ta dwuznaczność wcale nam nie przeszkadza.

Curiosity, podobnie jak polska ciekawość, może być godna pochwały – ale i niebezpieczna. Czasem nawet bywa przywarą. Mówi się, że curiosity kills the cat – polska ciekawość kotów nie zabija, ale bywa pierwszym stopniem do piekła. Większość naszych przysłów o ciekawości widzi ją jako coś wartego nagany lub co najmniej kpiny. Nawet jak ktoś umiera z ciekawości, to mu nie współczujemy, wręcz przeciwnie. Rosjanie odróżniają szlachetną ljuboznatielnost’ od ljubopytstwa, które jest raczej wadą – my widzimy w obu tych ciekawościach wiele wspólnego. Nie ma jednej bez drugiej, a w każdym razie granica między jedną a drugą jest nieostra. I często u siebie tę gorszą widzimy jako tę lepszą. U bliźnich oczywiście na odwrót.

Ten ciekawy Marsa pojazd nazywany bywa łazikiem – ‘pojazd poruszający się po powierzchni ciała niebieskiego’ to dziś jedno ze znaczeń tego słowa, które kiedyś oznaczało tylko człowieka: ‘łazęgę, powsinogę, obieżyświata’. Ciekawe, że łazik człowiek w pewien sposób łączy się językowo z ciekawością. Otóż przymiotnik ciekawy oznaczał kiedyś kogoś ‘szybko biegającego, lubiącego biegać’! W XVI, a nawet jeszcze w XVIII wieku ciekać znaczyło ‘biegać’, stąd zresztą mamy dzisiejsze uciekać. A i wyciekać, i ociekać z tym się łączą, bo to formy częstotliwe: ciec to ‘płynąć’, ogólniej ‘być w ruchu’, a ‘często ciec’ – to właśnie pierwsze znaczenie czasownika ciekać. Taki człowiek ‘skłonny do biegania’, czyli ciekawy, był oczywiście ‘ruchliwy, prędki’, a zatem ‘skłonny do poznawania nowych rzeczy’.

Poznawania oczywiście zwłaszcza rzeczy ciekawych, wśród których najciekawsze wydają się osobliwości, zwane też kuriozami. Łacińskie curiosus znaczyło kiedyś ‘staranny, pilny, troskliwy’, bo wzięło się ze słowa cura, oznaczającego ‘troskę, pieczę’. Ale taki ‘pilny i staranny’ człowiek był często ‘żądnym wiedzy, wrażeń’, i przez to ‘ciekawym’ różnych rzeczy. Które też z kolei ciekawymi były dla niego – ciekawymi, osobliwymi, kuriozalnymi wreszcie. A naprawdę ciekawe jest to, co nas ciekawi. Co nas interesuje.

I choć Wyspiański nieco drwiąco mówił, że „wszystko zawsze jest ciekawe, wszystko interesujące”, nasza ciekawość wciąż najbardziej skierowana jest na to, co osobliwe.

Czary                                   20

Pojedynczy czar oznacza najczęściej coś pięknego, czarującego, czarownego, czar to wdzięk, urok i powab, który ma w sobie coś dodatkowo tajemniczego i powoduje oczarowanie.

Poddajemy się czarowi tych, którzy taki czar rozsiewają. Kto taki czar posiada, potrafi zdobyć wielką sympatię, a nawet miłość. Taki czar właściwie bardzo rzadko występuje w liczbie mnogiej. Jeden w zupełności wystarczy, nie można mieć ich wielu.

Czary w liczbie mnogiej to coś innego, choć pewien związek widać. I te mnogie czary były u nas wcześniej, zanotowano je już w XV wieku – podczas gdy pojedynczy czar w dzisiejszym znaczeniu pojawił się dopiero w wieku XIX, na wzór francuskiego charme i niemieckiego Zauber, które też z ich czarów się wzięły. Te czary to po pierwsze działanie sił nadprzyrodzonych, a częściej jeszcze – magiczne działania ludzi, mające na celu wywołanie takich nadprzyrodzonych zjawisk. Kiedyś to były szczególne obrzędy, sztuki czarnoksięskie; miały na celu także rozpoznawanie przyszłości – takie wieszczenie odbywało się często w szczególnym miejscu pod świątynią, w miejscu, gdzie płynęła woda – to miejsce też czarami zwano.

Przeczuwanie przyszłości to jedno, a wpływanie na nią – co innego. Takie czary polegały czasem na posługiwaniu się magicznymi, trudnymi do zdobycia rzeczami, a najczęściej na wypowiadaniu różnych magicznych formuł – było to więc zwane i gadaniem (stąd tajemniczość zagadek), i zamawianiem. Miały niestety zwykle służyć wywoływaniu czyjegoś nieszczęścia, stąd czarownicy, a zwłaszcza czarownice, nie bywali najlepiej widziani, choć trzeba przyznać, że czarodzieje, a zwłaszcza czarodziejki, cieszyli się opinią o wiele lepszą.

Czary zapewne wzięły się z prasłowiańskiego kero-, odnoszącego się do czynności magicznych – wcześniejszy rdzeń kuer-, praindoeuropejski, znaczył w ogóle ‘czynić, robić’. Taki źródłosłów wskazywałby na związek czarów z czynieniem czegoś naprawdę. A i u nas, jeśli nawet nie czyniono uroków, to je przecież odczyniano.

Czy dzisiaj wierzymy w czary? Już na początku XVII wieku odnotowano przysłowie „kto wierzy w czary, tego porwie diabeł stary”. Słowo gusła, używane na określenie nieracjonalnych działań, które mają do czegoś doprowadzić, ma odcień pogardliwy, a rzeczownik czary dawno strywializowaliśmy prostą rymowanką czary-mary. Kiedy ktoś próbuje nas oszukać, mówimy, że czaruje – i trochę się z niego nabijamy. A pytanie „w czary wierzysz?” ma pokazywać naiwność naszego rozmówcy.

Ale zdarza się nam też o niewytłumaczalnych zjawiskach powiedzieć „to chyba czary” lub „to istne czary”...

Dobranoc                                   21

Gdy o jakiejś nocy chcemy powiedzieć, że jest, była lub będzie dobra, używamy dwóch słów, przymiotnika dobra i rzeczownika noc, zwyczajnie przypisując pewną cechę pewnemu bytowi. Ale gdy stosujemy konwencjonalne życzenie, które jest zarazem wieczornym pożegnaniem, łączymy te dwa słowa w jedno, często zresztą nie w pełni świadomi, że wtedy mówimy o jakiejś nocy, że dobra. W mowie akcentujemy inaczej, jak jedno słowo – i jako jedno słowo piszemy.

Druh                                   22

Jedno z rzadkich polskich słów z samym h na końcu. Druh, w przyjaźni wyparty dziś przez przyjaciela, zachował się w harcerstwie. Bliski, nie tylko brzmieniem, duchowi – zwłaszcza gdy uważamy, że druh powinien dodawać nam ducha. I być zuchem. Samo h, bo jest drużyna. Żeński (dziewczęcy) odpowiednik druha to druhna, obecna nie tylko w drużynie, lecz i przy ślubie. Tam spotykani byli i druch, i druchna, i bywa drużka, ale tej dróżka utrudnia drogę do tekstów.

Energia                                   23

Dla Arystotelesa energeia była formą – w przeciwieństwie do materii; aktem, działaniem – w przeciwieństwie do możliwości; była w opozycji do potencji. Energia to to, co czynne, aktualne, urzeczywistnione; potencja – to, co bierne i zaledwie możliwe. Łacińskie słowo actus, odpowiednik greckiego energeia, wcieliło się w ‘akt’ jako ‘działanie’ – energia jednak zaraziła się potencjalnością. W potocznym rozumieniu jest siłą, która może być wyzwolona, ale nie działaniem tej siły. I należy do natury, ale także do nas, ludzi. Jest najpierw nasza.

Różne znajdowano dla niej synonimy, jak się zdaje, zawsze w świadomości małej adekwatności. Były tam moc i siła, hart i dzielność, tęgość i sprężystość, a także właśnie skłonność i zdolność do działania. Wiązano ją z wolą i charakterem, jedna z ciekawie metaforycznych (jak dziś ją możemy traktować) definicji słownikowych określa ją jako ‘sprężystość i niezłomność woli zdolnej i gotowej zawsze do czynu’. Ponieważ jest to hasło słownika z końca lat 30. ubiegłego wieku, skłonni jesteśmy upatrywać w tym pewnego ideologicznego nastawienia.

Linde jako jedyną definicję podawał ‘moc albo zwięzłość wymowy’, choć potem w haśle łączył energię także z charakterem. W następnych naszych słownikach energię wiązano z cechami człowieka, niedwuznacznie z pozytywnymi konotacjami. Jako kolejne dopiero podawało się (i podaje) znaczenia określane jako fizyczne, przy czym te ostatnie są albo redukowane do lakonicznego ‘zdolność wykonywania pracy’, albo naukowo rozszerzane do ‘wyrażana w jednostkach pracy skalarna wielkość fizyczna określająca zdolność ciała lub układu ciał do wykonywania pracy przy przejściu z jednego stanu do drugiego’ – oba te sposoby ujęcia zdają się jednakowo trudne do zrozumienia.

Ludzka energia prowadzi do przymiotnika energiczny, fizyczna – do przymiotnika energetyczny. W znaczeniu fizycznym, dla wielu z nas już dziś podstawowym, najpierw się nasuwającym, słowo energia łączy się z takimi przymiotnikami, jak: atomowa (budząca dawniej grozę), chemiczna, cieplna, elektryczna (dziś, gdy przymiotnik pomijamy, o nią zwykle chodzi), kinetyczna, świetlna. Co ciekawe, wśród typowych połączeń słownych pojawia się wyraz potencjalna, co Arystotelesowi zapewne by się nie podobało.

Czy ta fizyczna energia ma wiele wspólnego z ludzką? Zapewne tak. W końcu i o człowieku mówi się, że dysponuje energią fizyczną (w pewnej niekoniecznej opozycji z energią duchową), która czasem z niego tryska, jeśli jest jej pełen, która potrafi być niewyczerpana albo gasnąca, którą można pobudzać albo odbierać komuś, która wreszcie może być, choć to dziwne, zdwojona.

Obie te energie poddają się metaforyce wody, na co wskazują takie wyrażenia jak źródło energii, przypływ (w przypadku człowieka) lub przepływ (gdy chodzi o fizyczność) energii – bo do jakiegoś wyobrażenia musimy energię odnieść. Ale czym jest naprawdę, nie wiemy. Niech będzie, że aktywną formą istnienia. Albo aktywnością.

Hart                                   24

Nazwa psa zapisywana miękkim i bezdźwięcznym ch nie ma nic wspólnego z żelazną twardością, już niestety nie do usłyszenia w tym słowie. Sam zresztą rzeczownik hart jest coraz rzadziej używany i sporadycznie tylko odnoszony do hartowania, teraz łączy się najczęściej z duchem. Bywamy jeszcze czasem zahartowani, ale raczej mówimy wtedy o wytrzymałości czy odporności, nie zwracając uwagi na to, jak jej nabyliśmy.

Hojność                                   25

Za nasze cechy, tak cnoty, jak i przywary, często czynimy odpowiedzialne części naszego ciała: serce, wątrobę, ręce, nogi. Hojność to ręka, to ona bywa szczodra, hojna – taką rękę gdy mamy, rozdajemy nią i wspomagamy. Taka ręka bywa ciepła i wykonujemy nią gesty: pańskie, wielkopańskie, szerokie. Ważne, żeby taki gest był w liczbie pojedynczej. Wtedy wystarczy go mieć, wykonywać nie trzeba.

Hoży                                   26

Pokusa używania w zapisie tego przymiotnika ch bierze się poniekąd stąd, że w wymowie jest identyczny z mnogim męskoosobowym przymiotnikiem chorzy, od którego jednak znaczeniowo jest bardzo odległy. Hoży jest właśnie zdrowy, nawet więcej niż zdrowy, co dałoby się lepiej usłyszeć, gdybyśmy wymawiali dźwięczne h zamiast bezdźwięcznego, szepcząco-rozlazłego ch. Podobnie hu, ha! jest o wiele bardziej dziarskie od poczciwie ocieplającego chuchania.

Jasnowidzący                                   27

O jasnowidzu mówimy tak dlatego, że jest jasnowidzący (w każdym razie, gdy za takiego go niektórzy uważają). Gdy sami widzimy coś jasno, pięknego daru jasnowidzenia sobie raczej nie przypisujemy – notabene jeśli mamy jasny ogląd spraw, jeśli świat widzimy jasno, raczej nie wierzymy w żadne jasnowidzenia. Natomiast możemy o sobie mówić, oby zasadnie, żeśmy jasno widzący, dwoma słowami, z których jedno określa drugie. Jasno określa.

Kongenialny                                   28

To taki, który jest równie genialny jak wzór, oryginał. Kongenialny przekład jest równie dobry jak tekst oryginalny, kongenialne wystawienie dorównuje klasą wystawianej sztuce. Kongenialność to także pokrewieństwo w geniuszu, ale genialność rzadko przyznaje się do krewnych.

Koniunktura                                   29

Warunki, w których łatwiej osiągnąć powodzenie. Jeśli chcemy być precyzyjni, mówimy o dobrej lub sprzyjającej koniunkturze. Przekonanie o koniunkturze rodzi optymizm, ale odbiera nam czasem zasługi – sukcesy zawdzięczamy wtedy sprzyjającym okolicznościom, nie sobie. Na szczęście inni też.

Konsens                                   30

To słowo dawniej oznaczało ‘pozwolenie na coś’, czyli coś w rodzaju koncesji. Dziś ma znaczenie ideologiczne – oznacza zgodę społeczną, porozumienie ponad podziałami. Dla większości jest to coś niezwykle pozytywnego i pożądanego – tyle że głównie wtedy, gdy można określać jego warunki.

Lekarz                                   31

Nie do końca wiadomo, czy wyraz lekarz wzięty został z języków germańskich (w Szwecji na przykład nazywa się lekarza bardzo podobnie jak po polsku), czy rozwinął się na gruncie słowiańskim, z prasłowiańskiego słowa lekar, które z kolei wzięło się z niezmienionego od tamtych czasów słowa lek, podobnie zresztą jak słowo leczyć (lecziti). Goci mieli słowo lekeis oznaczające lekarza, a ‘uzdrawiać’ to było lekinon, co odnosiło się głównie do szamanów i znachorów. Wolimy uważać, że słowiański lek wziął się wprost z praindoeuropejskiego leik, co miało oznaczać ‘pozostałość’, czego ślady pozostały jeszcze jako relikt w słowie relikt.

W każdym razie od XIV wieku mamy już naturalnie brzmiącego lekarza, który leczył wcześniej niż dopiero XVI-wieczny medyk, o którym nie można było powiedzieć, że medykował. Lekarz leczy lekami – i to podobieństwo form może lekarzy uwiarygodniać, a chorym dodawać otuchy. Leki zresztą możemy nazwać nieco bardziej wymyślnie i uczenie lekarstwami, co może zwiększać wiarę w ich skuteczność, ale też językowo prowokować skojarzenie z tak małą ilością czegoś pożądanego, że jest tego jak na lekarstwo, albo zgoła z zupełnym brakiem, gdy nie ma czegoś ani na lekarstwo. Od strony języka jesteśmy więc raczej homeopatami i łączymy leki z wyobrażeniem małych dawek.

Lekarze, medycy uchodzili od dawna za tak uczonych, że samo określenie kogoś uczonego, czyli słowo doktor, które w łacinie (doctor) oznaczało ‘nauczyciela’ (z docere, ‘uczyć’), a potem uczonych w Piśmie i adeptów najwyższych uniwersyteckich stopni naukowych, odnosi się u nas od kilkuset lat przede wszystkim do lekarzy, a osoby z tytułami doktora z innych dyscyplin czasem muszą się tłumaczyć ze swej nieumiejętności leczenia.

Lekarz – to nie tylko zawód, to powołanie, to jedna z najważniejszych społecznych funkcji. Przywołujemy to określenie, gdy metaforycznie mówimy o uzdrawianiu wszystkiego, co powinno być zdrowe (a wszystko przecież powinno być zdrowe), a czas, jedynego naszego prawdziwego wroga (jak uważał Joseph Conrad), nazywamy kornie „najlepszym lekarzem”. Pana Boga zresztą też tak czasem nazywamy.

Chociaż... czy w ten sposób nie podważamy zaufania do lekarzy prawdziwych, zdając się nie na nich, lecz na Boga czy czas? Tym bardziej że poczucie zależności od lekarza nie przeszkadza nam czasem zakpić z niego przysłowiem mówiącym, że „błędy lekarzy pokrywa ziemia” (Francuzi bardziej jeszcze złośliwie powiadają, że „mimo lekarzy żyjemy aż do śmierci”); czasem zdeprecjonować nieco jego uczoność i wyjątkowość, twierdząc, jak Stańczyk (wprawdzie z ostrzem ironii skierowanym bardziej ku bliźnim), że lekarzy na świecie najwięcej; czasem wreszcie pouczać lekarzy, by się sami leczyli (z łacińskiego medice, cura te ipsum!). Stąd wniosek, że do lekarzy mamy stosunek ambiwalentny. Z jednej strony uczeni doktorzy – z drugiej konowały (to wcześniej odnosiło się do nieco mniej obdarzanych szacunkiem weterynarzy) i łapiduchy (co odnosiło się także do świadczących usługi pogrzebowe). Bywa jeszcze spotykany nieco ironiczny eskulap, wzięty wprost z mitycznego Asklepiosa, któremu, choć był śmiertelny, oddawano boską cześć. Z lekarskiej rodziny Asklepiadów pochodził zresztą już całkiem realny grecki lekarz Hipokrates, znany też jako autor wielu mądrych aforyzmów i – przede wszystkim – przysięgi, którą tak chętnie wszystkim lekarzom przypominamy, oczekując od nich więcej niż od siebie samych.

Szanujemy lekarzy. Kiedyś, „kto był niby chory, zwoływał zaraz doktory, lecz czując się bardzo słaby, prosił chłopa albo baby” – wierzyliśmy bowiem raczej w ludową, niepopartą lekarską wiedzą medycynę. Dziś wolimy uczonych doktorów, a baby, o których pisał Mickiewicz, przychodzą do nich nawet w anegdotach.

[...]