Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

1000 lat wkurzania Francuzów ebook

Stephen Clarke

5 (3)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 1000 lat wkurzania Francuzów - Stephen Clarke

„Francuzi nienawidzili nas, nienawidzą i już zawsze będą nienawidzić." - powiedział Arthur Wellesley, pierwszy książę Wellington. Te słowa stały się mottem książki 1000 lat wkurzania Francuzów Stephena Clarke'a, autora serii bestsellerów Merde!
Clarke obala powszechne przekonania i mity, na których ufundowana została tożsamość narodowa Francuzów. Czy Francuzi zdobyli Anglię w 1066 roku? Nie, to byli Normanowie! Czy gilotynę wynalazł doktor Guillotin? Ależ nie, wymyślono ją w Yorkshire! A czy bąbelki w szampanie to dzieło słynnego Doma Pérignon? W żadnym wypadku, szampan francuską ma jedynie nazwę, a w rzeczywistości jest dziełem Anglików! To może bagietka jest francuska? Albo croissant? Stek? Nie, nie, nie!
Clarke opisuje tysiąc lat skomplikowanych i trudnych stosunków potężnych sąsiadów, których dzieli dwadzieścia mil kanału La Manche i wiele nierozwiązanych spraw...


Niesamowicie zabawne.

„The Sunday Times"

Każdy, kto kiedykolwiek spotkał zarozumiałego kelnera w Paryżu albo pokonywał Boulevard Périphérique w sierpniu, pokocha tę książkę.
„Daily Mail"

Clarke niestrudzenie i z werwą obraża niemal każdy aspekt francuskiej historii i kultury.
„Mail on Sunday"

Stephenowi Clarke'owi udało się dokonać czegoś, co uważałem za niemożliwe: zacząłem żałować Nicholasa Sarcozy'ego!
„The Spectator"

Choć dzieli nas jedynie dwadzieścia mil, przepaść pomiędzy Anglią a Francją jest znacznie szersza. Clarke dokładnie przygląda się kanałowi (prowokacyjnie zwanemu „angielskim"), dekonstruując dziesięć wieków faktów i fikcji.
„The Guardian"

 


Opinie o ebooku 1000 lat wkurzania Francuzów - Stephen Clarke

Fragment ebooka 1000 lat wkurzania Francuzów - Stephen Clarke

Stephen Clarke

1000 lat wkurzania Francuzów

przełożył Stanisław Kroszczyński

Tytuł oryginału: 1000 Years of Annoying the French

Copyright © 2010, Stephen Clarke

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

W naturze Francuzów leży przesadzanie, skarżenie się i przeinaczanie wszystkiego, gdy nie są zadowoleni.

Napoleon Bonaparte, cesarz Francuzów

W Paryżu, kiedy mówiłem do nich po francusku, tylko się na mnie gapili. Nigdy nie udało mi się sprawić, żeby ci idioci zrozumieli własny język.

Mark Twain

Gdyby tak zastanowić się nad synonimami czasownika „wkurzać”...

Denerwować, wnerwiać, drażnić, irytować, złościć, prowokować, dręczyć, nękać, dokuczać, działać na nerwy i grać na nerwach, zatruwać życie, robić na złość, jątrzyć, wyprowadzać z równowagi, gniewać, rozsierdzać, rozjuszać, obrażać, lżyć, znieważać, oburzać, krzywdzić, ranić, dotykać do żywego, wprawiać w rozgoryczenie, doprowadzać do rozpaczy, doprowadzać do furii/wściekłości/szewskiej pasji/szaleństwa, zachodzić/załazić za skórę, włazić na nagniotek, stawać kością w gardle... oraz wpieniać i po prostu (pardon) wkurwiać.

Tego właśnie i jeszcze więcej doświadczyli Francuzi ze strony Anglików.

Mapa Francji, a na niej słynne i mniej słynne miejscowości, o których mowa w książce.

Wstęp

Oto jedno z najczęściej zadawanych pytań, jakie słyszę, gdy wygłaszam wykłady oraz pogadanki: dlaczego tak skomplikowane, miłosno-nienawistne stosunki panują między Francuzami a kimkolwiek, kto ośmiela się mówić językiem angielskim jako swoim ojczystym?

Co do miłości, nie trudno ją wyjaśnić. Wbrew temu, co zdarza nam się publicznie wypowiadać, uważamy się wzajemnie za niezwykle seksowne nacje. Gorzej z nienawiścią. Przede wszystkim idzie tu raczej o nieufność niż nienawiść. Lecz – tak czy inaczej – skąd bierze się coś takiego w pokojowych czasach świata Zachodu?

Jak każdy, wiem od zawsze, że nieufność owa ma coś wspólnego z inwazją normańską, Agincourt, Waterloo i tak dalej, natomiast zastanawiałem się, czemu przetrwała do dziś. Bądź co bądź, większość tych bitew rozegrała się w nader odległej przeszłości i nie może mieć chyba wpływu na teraźniejszość, prawda? Postanowiłem więc dać nura w czasy minione i wyłowić tam dokładniejszą odpowiedź.

Otóż, napisawszy tę książkę, pojąłem wreszcie, jaki jest rodowód ciągnących się w nieskończoność sporów. Rzecz sprowadza się do tego, że nasza historia wcale historią nie jest. Historia rozgrywa się tu i teraz.

Mówiąc o południowej części USA, William Faulkner stwierdził, że „przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością”. To samo można rzec o Francuzach i Anglosasach; choćbyśmy się starali żyć teraźniejszością, przeszłość zawsze skądś wylezie, żeby dać nam w pysk.

Oto najprostszy przykład: gdy Francuzi odmówili wzięcia udziału w inwazji na Irak w 2003 roku, Amerykanie popadli w szaleństwo historiozoficznej frankofobii: „Co za niewdzięczność, a przecież my ich wyzwoliliśmy w 1944 roku!”, itd., itd. Przyłączyli się do tego Brytyjczycy, dorzucając kilka żarcików na temat miłostek Napoleona. Tymczasem Francuzi okazali się całkiem nieskłonni do skruchy: „Ci Amerykanie wciąż prowadzą agresywną politykę! Na przykład wynaleźli Hollywood tylko po to, aby unicestwić naszą prastarą francuską kulturę. A poza tym, czy oni przypadkiem nie zapominają, że to my dopomogliśmy im podczas ich własnej rewolucji w roku 1776?”. Nie chodziło tu już wyłącznie o pozbycie się bliskowschodniego dyktatora – historyczne bomby zegarowe eksplodowały we wszystkich możliwych kierunkach.

Podczas zbierania materiału do tej książki najbardziej zafascynował mnie fakt, że nasze wersje tych samych wydarzeń przedstawiają się całkowicie odmiennie. Francuzi postrzegają historię przez trójkolorowe szkła, przypisując Brytyjczykom, a mniej więcej po 1800 roku także Amerykanom, winę za wszelkie niemiłe wydarzenia, jakie ich ojczyźnie się przytrafiły. Niekiedy całkiem słusznie – bo w przeszłości zrobiliśmy Francuzom niejedno świństwo – jednak nader często mylą się w przezabawny sposób, dlatego też podjąłem próbę zrekonstruowania rzeczywistego przebiegu wypadków.

Zdaję sobie sprawę, że jakiekolwiek opracowanie przedstawiające zrównoważony obraz historii wprawi przedstawicieli narodu francuskiego w wielką irytację. Cóż, przykro mi, Francjo. Najwyraźniej tysiąclecie wkurzania Francuzów przez Anglosasów jeszcze się nie zakończyło...

Stephen Clarke, Paryż

1 Kiedy Francuz nie jest Francuzem?

Francuzów rozpiera wielka duma, że jako ostatni naród w dziejach podbili Wyspy Brytyjskie. Hitler dotarł tylko do Calais, niedobitki hiszpańskiej Armady pochłonęło Morze Północne, nawet Napoleon, choć cesarz Francuzów, zdołał wysadzić na brytyjskiej ziemi zaledwie garstkę żołnierzy. Tymczasem Wilhelm Zdobywca nie tylko podbił Anglię, lecz objął w swoje władanie cały kraj, przekształcając go we francuską kolonię.

Tyle że, jak to niejednokrotnie się zdarza we francuskiej historiografii, taka wersja wypadków nie jest całkiem zgodna z rzeczywistością. Czy też, mówiąc ściślej, jest prawie całkowicie nieprawdziwa.

Zacznijmy od tego, że pewien Holender, Wilhelm Orański, w 1688 roku dokonał udanej inwazji na Wielką Brytanię. Ponieważ jednak przejął władzę w sposób bezkrwawy, można utrzymywać, że nie tyle podbił ten kraj, co po prostu odpowiedział na błagania ze strony Brytyjczyków, aby przybył i ocalił ich przed nimi samymi.

Co istotniejsze jednak, jeśli przyjrzymy się faktom związanym z normańskim podbojem w 1066 roku, staje się jasne, że głoszone przez Francuzów twierdzenie, jakoby dokonali ostatniej zakończonej powodzeniem inwazji na Wyspy, pozostaje całkowicie nieuzasadnione. Zapewne to dość okrutne, by zaczynać tę książkę od wysadzenia w powietrze jednej z podstawowych idei goszczących we francuskiej zbiorowej świadomości historycznej, lecz jednak trzeba to uczynić...

Wiking czy the king?

Przed rokiem 1066 główne troski mieszkańców obecnego terytorium Wielkiej Brytanii nie sprowadzały się do zagadnień takich jak: „Czy uda mi się dostać porządną pensję?” albo „Czy zdołam spłacić kredyt?”. Umysły tych ludzi zaprzątała raczej następująca kwestia: „Kiedy na horyzoncie pojawi się horda wywijających toporami morderców, by gwałcić kobiety i kraść bydło (a w przypadku niektórych plemion wikingów na odwrót)?”.

Jeśli ludzie nie umierali z głodu lub nie ginęli z rąk grabieżców, a udawało im się zebrać plony i zdążyć je spożyć, życie nie było takie złe. Aby zaś zyskać jaką taką szansę na radowanie się tym luksusem, najbardziej potrzebowali silnego króla. Kogoś, kto obarczyłby ich podatkami tak wysokimi, że z trudem dawałoby się przeżyć za to, co pozostanie – lecz kto zarazem utrzyma ich przy życiu, aby owe podatki mogli płacić. Tak jak w istocie czyni wiele współczesnych rządów.

W IX wieku Brytanią rządził właśnie taki król: Alfred. Posiadał stałą flotę oraz doskonale wyszkoloną armię, dzięki czemu zdołał utrzymać wikingów z dala od Anglii – czy też raczej obszaru, którym rządził, a więc terytorium sięgającego po Anglię Środkową. Alfred zyskał sobie przydomek Wielkiego właśnie dlatego, że dzięki niemu łupieżcze wyprawy do Brytanii stały się misjami samobójczymi.

W rezultacie wikingowie, kierowani zrozumiałą frustracją z powodu utraty znacznej części dochodów, postanowili kierować swoje okręty kilka mil dalej na południe i poświęcić się rabowaniu terytorium dzisiejszej Francji, gdzie czekała na nich znacznie łatwiejsza zdobycz. Tak łatwa, że założyli bazy wypadowe na francuskim wybrzeżu, z których urządzali wyprawy w głąb lądu – niejako zbójeckie przyczółki. Wkrótce w całym regionie zapanował taki zamęt, że król Francji musiał ugłaskać napastników, odstępując znaczną część swojego terytorium owym „ludziom z północy”. W 911 roku obszar ten oficjalnie stał się kraina Normanów, czyli Normandią.

Krótko mówiąc, Normandia zawdzięczała swoje istnienie Anglikom, którzy przegonili agresorów od brytyjskich wybrzeży ku Francji. Znamienny początek.

Terytorium rządzone ówcześnie przez francuskich królów ograniczało się do księstewek na północnym wschodzie obecnej Francji, których łatwo było bronić. Jednak marionetkowy zazwyczaj władca z trudem sprawował kontrolę nad własnymi ziemiami, ani więc myślał zagarniać cudze.

Ówcześni monarchowie nawet nie nazywali siebie królami Francji; dopiero ponad sto lat po Wilhelmie Zdobywcy, w 1181 roku, Filip August przybrał tytuł „rex Franciae” (król Francji), w przeciwieństwie do używanego dotychczas „rex Francorum” (król Franków).

Kiedy jeden z owych królów Franków dokonał próby podporządkowania sobie niepokornych Normanów, zakończyło się to katastrofą. W 942 roku książę Normandii noszący dumne imię Wilhelm Długi Miecz został zamordowany, a schedę po nim przejął zaledwie dziesięcioletni Ryszard. Uznawszy chwilę za sposobną, król Franków Ludwik IV postanowił napaść na południową Normandię. Zdołał zdobyć Rouen, ważny port rzeczny położony między Paryżem a wybrzeżem. Jednak młody Ryszard nie był sam, wspierali go potężni wodzowie klanów, noszący imiona takie jak: Bernard Duńczyk, Harald Wiking oraz Sigtrygg Król Morza. Inwazja zakończyła się druzgocącą klęską Franków. Ludwik dostał się do niewoli, wypuszczono go w zamian za zakładników, z których jednym był jego syn, a drugim pewien biskup. Innymi słowy, Normanowie przekazywali w ten sposób czytelny komunikat, że nie poczuwają się do jakiejkolwiek komitywy z Frankami, Burgundczykami, Lotaryńczykami ani też kimkolwiek innym w kraju, który kiedyś miał stać się Francją. Życzyli sobie, żeby zostawić ich w spokoju.

Wszystko to prowadzi do dość oczywistych wniosków: niezależnie od tego, co może nam wmawiać nowoczesny paryżanin, Normanowie wcale nie byli Francuzami. Nazwać Normana z X czy XI wieku Francuzem to trochę tak, jak powiedzieć Szkotowi, że jest Anglikiem; podobny nietakt jeszcze w dzisiejszym Glasgow może zakończyć się rozbiciem nosa.

W gruncie rzeczy Normanowie uważali Franków za zniewieściałych paryżan, którzy zachowują się, jakby cały kontynent był ich własnością, toteż należy dać im porządną nauczkę, jeśli zapuszczą się zbyt daleko poza obszar swojego snobistycznego miasteczka. (Zresztą pod tym względem ich postawa od X wieku zmieniła się niewiele).

I wzajemnie: Frankowie spoglądali z góry na normańskich diuków, uważając ich za niebezpiecznych barbarzyńców z północy, żyjących tylko łowami i wojną oraz uprawiających pogańską poligamię, a więc otoczonych hordami metres oraz dzieci z nieprawego łoża.

Opinia ze wszech miar słuszna. Właśnie w tym kontekście przyszedł na świat Wilhelm.

Wilhelm Bękart

Przyszłego Zdobywcę cechowała spektakularna plama na rodowodzie. Rzecz jasna, z początku nie zwano go bynajmniej „Zdobywcą”, natomiast całkiem prędko stał się znany pod innym przydomkiem: Bastard. Jego nieślubnymi rodzicami byli Robert, młodszy brat ówczesnego księcia Normandii oraz piękna dziewczyna rodem z normańskiego miasteczka Falaise. Jej imię brzmi rozmaicie, zależnie od tego, po jaki podręcznik historii sięgniemy. W źródłach francuskich pojawia się jako Cherleva, Charlotta, Cherlette, Arlot, Allaieve oraz Bellon.1 Istnieją także różne wersje opowieści o tym, w jaki sposób dziewczę i Robert zawarli znajomość. W 1026 lub 1027 roku przyszła wybranka płukała w rzece skóry zwierząt albo tańczyła nad jej brzegiem, a może jedno i drugie. Robert, przejeżdżając przez Falaise po drodze do swojego zamku, zauważył piękną dziewczynę (dla uproszczenia będziemy ją nazywać Cherleva). Natychmiast zaczął planować tak zwany duński ślub, czyli – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – zamierzał zaciągnąć ją do łóżka.

Jak głoszą późniejsze anglosaskie legendy, zmyślone prawdopodobnie po to, by wprawić Normanów w irytację, Robert porwał Cherlevę. Jednak należy oddać mu sprawiedliwość i przyznać, że udał się najpierw do jej ojca, miejscowego garbarza, by powiadomić go o swoich zamiarach. Ojciec usiłował nalegać na małżeństwo, Robert odmówił, głównie dlatego, że Cherleva wywodziła się z nieodpowiednich sfer. Garbarzy uważano za najniższą z najniższych warstw społecznych. Wyprawianie skór odbywało się przy użyciu mieszanki uryny, tłuszczu zwierzęcego, mózgów bydlęcych oraz odchodów (podobno psie kupy doskonale się do tego nadawały), toteż rzemieślnicy tego fachu cuchnęli jeszcze wstrętniej niż czyściciele dołów kloacznych.

Jednak kwestia małżeństwa nie stanowiła zbyt poważnego kłopotu. Normańska szlachta nie musiała swoich wybranek pojmować za żony, dlatego też, gdy tylko zmyto z Cherlevy garbarskie zapachy, wylądowała w zamkowej łożnicy Roberta, stając się frilla, czyli lokalną metresą.

Wkrótce potem starszy brat Roberta, książę Ryszard Normandzki, napadł na Falaise i zdobył zamek (jak to zdarzało się między braćmi pośród wojowniczych Normanów). Zadowolony z siebie Ryszard powrócił do siedziby głównej w Rouen, gdzie wkrótce zmarł w tajemniczych okolicznościach, jak to również nieraz zdarzało się pośród Normanów, zwłaszcza takich, którzy narazili się komuś równie ambitnemu jak Robert.

Przejawiając znamienną skromność, Robert przybrał odpowiedni przydomek i odtąd nazywał się już księciem Robertem Wspaniałym, odzyskał też zamek w Falaise. Tam właśnie pod koniec 1027 lub na początku 1028 roku Cherleva wydała na świat jego syna. Francuzi nazywają go Guillaume, choć nawet ich rodzimi historycy przyznają, że prawdziwe imię nowo narodzonego brzmiało raczej w przybliżeniu jak angielskie William, a na tkaninie z Bayeux widnieje jego wersja o zdecydowanie nordyckim brzmieniu: Willelm.

Od najmłodszych lat okoliczności zbiegały się w taki sposób, by przygotować młodego Bękarta do sprawowania przezeń w przyszłości roli zdobywcy Anglii. W 1035 roku Robert, który nigdy się nie ożenił, ogłosił Williama (po polsku Wilhelma) swoim następcą; wybór ten nie stanowił wstrząsu czy źródła niepokoju dla Normanów. Jak ujął to francuski historyk Paul Zumthor w swojej biografii Wilhelma: „Nigdzie indziej w chrześcijańskiej Europie bękart2 nie mógłby wstąpić na tron”. Wilhelma w wieku chłopięcym powierzono pieczy pewnego kuzyna, pod którego kierunkiem zaczął kształcić się na wojowniczego księcia.

Wkrótce zyskał sobie reputację bardzo poważnego młodego człowieka, którego rozrywki ograniczały się do łowów oraz niekiedy pokazów żonglerskich. Nigdy nie upijał się przy stole, spożywał najwyżej trzy szklanice wina (kolejny dowód na to, że nie był Francuzem) i przejawiał całkowity lub niemal całkowity brak poczucia humoru. Wyśmienicie za to potrafił powodować uszkodzenia ciała u swoich bliźnich, najbardziej zaś mordercze przypływy wściekłości powodowali u niego głupcy na tyle nieostrożni, by żartować sobie z jego nieszczególnie nobliwego pochodzenia.

W wieku lat dwudziestu czterech Wilhelm postanowił wzmocnić swoją polityczną pozycję poprzez odpowiedni ożenek. Nie zamierzał zadowolić się staromodnym „małżeństwem po duńsku”, postanowił pojąć za żonę Matyldę (czy też, jak zwą ją Francuzi Mathilde; w rzeczywistości prawdopodobnie jej imię brzmiało Maheut), córkę hrabiego Flandrii i wnuczkę aktualnie sprawującego rządy króla Franków.

Matylda nie przejawiała wielkiego zapału i nie kryła, że nie chce poślubić bękarta. Wilhelm jednak nie należał do osobników, którzy pozwoliliby komukolwiek obrażać swoją mamusię, dlatego też wskoczył od razu na koński grzbiet i pogalopował z Normandii do Lille, przebywając tym samym niemal czterysta kilometrów. Przejechał dolinę Sekwany, przebrnął przez mokradła nad Sommą, aż znalazł się w samym sercu potencjalnie niebezpiecznego dlań terytorium podległego królom Franków. Spędziwszy kilka dni w siodle, zapewne nie zadał sobie trudu, by wprzódy odświeżyć się lub kupić kwiaty, tylko wpadł jak burza do zamku hrabiego Flandrii, cisnął Matyldę na ziemię i, jak głosi legenda, „podarł jej szatę ostrogami”, co przypuszczalnie nie stanowi metafory dla czegoś w rodzaju „poprosił ją grzecznie, by za niego wyszła”. Wyniosła młoda dama chyba uznała, że „trafiła kosa na kamień”, bo wyraziła zgodę na małżeństwo.

Zapewne do owej nagłej zmiany zdania przyczynił się też jej ojciec. Kiedy bowiem Norman zapuszcza się na cudze włości, a następnie w taki sposób postępuję z czyjąś córką, zachowanie to stanowi zarazem dość jasny komunikat, że w razie potrzeby podobna rzecz może się zdarzyć na większą skalę, mianowicie właśnie na skalę wspomnianych włości. Tymczasem Wilhelm okazał się muskularnym mężczyzną o posturze godnej swojej politycznej pozycji, mierzył bowiem bez mała metr osiemdziesiąt wzrostu, a więc jak na swoje czasy był istnym wielkoludem. Poza tym przeszedł już zwycięsko niejedną wojenną kampanię i niewątpliwie czekała go wielka przyszłość. Nieźle, jak na potencjalnego zięcia.

Istniała jednak pewna istotna przeszkoda na drodze przyszłego stadła. Otóż Wilhelm zapomniał, czy też świadomie zlekceważył fakt, że on oraz jego nowa narzeczona byli kuzynami. Kościół sprzeciwił się więc ich związkowi. Wilhelm nie należał jednak do ludzi, którzy łatwo się poddają. Postanowił mimo to zawrzeć małżeństwo, co nastąpiło przed końcem 1053 roku.

Związek ów miał burzliwy przebieg. Jak już wiemy, Wilhelm słynął ze skłonności do napadów furii, lecz i Matylda nie była potulną owieczką – chociaż, jak podaje wiele źródeł, miała tylko sto trzydzieści centymetrów wzrostu. Niejednokrotnie odbywali zaciekłe kłótnie; powiada się, że podczas jednej z nich Wilhelm wlókł Matyldę ulicami Caen za włosy, aby pokazać wszem i wobec, kto rządzi w tym stadle. Jednak pomimo incydentalnych przejawów przemocy w rodzinie ich małżeństwo uznawano powszechnie za bardzo udane. Wilhelm być może jako jedyny władca w tamtej epoce nie pozostawił nieślubnego potomstwa, dochowując wierności małżonce3. Podczas trwającego trzydzieści lat małżeństwa na świat przyszło dziesięcioro dzieci: sześć dziewczynek i czterech chłopców.

Ta determinacja w tworzeniu dynastii oraz nieposkromiona wola Wilhelma, by zawsze postawić na swoim, źle wróżyła anglosaskim władcom rządzącym jeszcze tymczasem w Anglii.

Wyszywana propaganda

Wiemy tak wiele o przebiegu podboju Anglii tudzież o obaleniu króla Harolda dzięki tkaninie z Bayeux, która ukazuje nam niezwykle szczegółową wizję historycznych wydarzeń.

Siedemdziesięciometrowa wyszywanka przedstawiająca w ekspresyjnych tableaux wydarzenia prowadzące do podboju, kończąc na śmierci Harolda pod Hastings, to oszołamiająco piękne dzieło sztuki. Każdy, kto choć trochę interesuje się historią, kulturą, hafciarstwem lub wątpi w ludzką pracowitość, powinien wybrać się i obejrzeć ją w Bayeux, małym miasteczku północnej Normandii. Tkanina cudem przetrwała do naszych czasów – w 1792 roku, podczas rewolucji francuskiej, o mało nie pocięto jej, by przykryć wozy z amunicją, a podczas drugiej wojny światowej Goebbels wyłaził ze skóry, żeby ją ukraść. Jest jedyną haftowaną tkaniną tego typu i z tamtej epoki, która zachowała się do naszych czasów.

Jedyną jej wadą jest to, że żadną miarą nie stanowi zapisu faktów historycznych.

Wyobraźmy sobie, że w obecnych czasach eksprezydent Bush zamówił film na temat Iraku. Życzyłby sobie z pewnością, żeby zaczynał się od sfilmowanej broni masowego rażenia należącej do Saddama. Co, nie ma żadnego materiału filmowego pokazującego tę broń? No, to nakręćcie! Potem ma być mnóstwo czołgów i dużo wybuchów, bo ja lubię wybuchy. Torturowanie więźniów? Nie, nie, żadnych przykrych historii tego rodzaju. Aha, a na koniec pokażcie, jak osobiście schwytałem Saddama, okej?

Podobne założenie towarzyszyło powstaniu tkaniny z Bayeux. Jednak, co fascynujące, nie zostało ono w pełni zrealizowane.

Wystarczy wspomnieć choćby o tym, że zadanie uwiecznienia podboju powierzono anglosaskim hafciarkom, słynącym w całej Europie z nadzwyczajnej zręczności, te zaś skorzystały z okazji, by dodać to i owo od siebie. Aby zaś skomplikować sprawy jeszcze bardziej, opowiedziana za pomocą tkaniny historia sprawia wrażenie relacji kogoś, kto pragnął podważyć wszystkie dokonania Wilhelma.

Żeby połapać się w splątanych wątkach i dojść do sedna sprawy, warto przyjrzeć się franko-normańskiej propagandzie, która dotarła do nas przez stulecia, i porównać ją z inną, być może wiarygodniejszą wersją wydarzeń. A więc, po kolei... Krok po kroku.

KROK PIERWSZY: KSIĄŻĘ, KTÓRY MIAŁ ZOSTAĆ KRÓLEM

W latach pięćdziesiątych jedenastego stulecia Wilhelm, wówczas już książę Normandii, pokonał bretońskich i frankijskich najeźdźców, uporał się też ze zbuntowanymi Normanami. Zainspirowany – być może – błędem popełnionym przez zmarłego wuja Ryszarda, który najpierw zdobył zamek w Falaise, a potem pozwolił bratu, by ten go zamordował, Wilhelm opracował prostą, lecz efektywną strategię rozpraw z wrogami. Zdobywać ich zamki, przywłaszczać je sobie, a potem wracać do domu, by dać się zamordować, trucizną czy sztyletem – to nie dla niego. Nie dawał spokoju agresorom czy też komukolwiek, kogo zachciało mu się napaść, dopóki przeciwnik nie poniósł śmierci lub też dopóki nie przejął całego majątku nieprzyjaciela, czyniąc go tym samym całkowicie bezsilnym. Dość prędko rozeszła się wieść, że Wilhelmowi nie warto się narażać, chyba że ktoś byłby w stanie go obalić, na co jednak szanse były nikłe, a to za sprawą jego osobistej armii doskonale wyszkolonych rycerzy, nie mówiąc o tym, że i on sam był nadzwyczaj groźnym wojownikiem.

Wilhelm był również wyjątkowo ambitny, a Anglię miał na oku od dłuższego czasu. Pod rządami Anglosasów stała się bogatym, stabilnym krajem, choć od czasów Alfreda Wielkiego zmieniło się niejedno: Skandynawowie znów napadali wybrzeża, a król Anglii, Edward Wyznawca, był słaby, nie potrafił uporać się z wiecznie prowadzącymi ze sobą wojny hrabiami. Ktoś tak silny i zdecydowany jak Wilhelm mógł pokusić się o przejęcie władzy.

Mało tego, Wilhelm wiedział, że raczej nie czekają go zbyt ciężkie zmagania. Król Edward pojął za żonę córkę jednego z anglosaskich hrabiów, lecz złożył śluby czystości, nie miał więc bezpośredniego spadkobiercy. Edward był kuzynem ojca Wilhelma, toteż teoretycznie Wilhelm mógł rościć pretensje do angielskiego tronu. Co więcej, Edward posiadał wobec Normandii coś w rodzaju długu wdzięczności, bo tam właśnie się schronił, gdy w kraju rządy sprawowali Duńczycy. I, jak to zdarza się Brytyjczykom, którzy mieszkali jakiś czas we Francji, a po powrocie do ojczyzny nadal przepadają za półsurowymi stekami oraz niepasteryzowanym serem, Edward żywił słabość do wszystkiego, co normańskie, otaczał się też dworzanami normańskiego pochodzenia. Wszystkie te czynniki składały się na sytuację, której ambitny młody Wilhelm nie mógł zignorować.

Wybrał się więc do Anglii, by złożyć grzecznościową wizytę swojemu królewskiemu kuzynowi Edwardowi. Jak głoszą normańscy kronikarze, podczas tej podróży potwierdziły się jego odczucia względem Anglii. „Kiedy Wilhelm ujrzał, jak zielona i miła dla oka jest ta kraina, pomyślał, że chętnie zostałby jej królem”. Otóż to. A cynik mógłby jeszcze dodać, że nie tylko miła dla oka, lecz także bogata, obfitująca w żyzne ziemie oraz potencjalnych podatników.

Podobno podczas tych właśnie odwiedzin Edward wyznaczył młodego Wilhelma jako swojego oficjalnego następcę na angielskim tronie. Jeśli wybierzecie się do dawnego klasztoru w Bayeux, gdzie obecnie przechowywana jest tkanina, zostaniecie stanowczym tonem poinformowani, że tak właśnie było. Wilhelm stał się jedynym prawowitym pretendentem do tronu i korony Edwarda, bo Edward właśnie tego sobie życzył.

Po raz pierwszy twierdzenie to zostało zapisane w latach siedemdziesiątych XI wieku przez kronikarza, a zarazem przyjaciela Zdobywcy, Wilhelma z Poitiers; jego opis podboju Anglii jest równie wiarygodny, jak byłaby biografia Dżyngis-chana spisana przez jego wiernych towarzyszy broni. Tymczasem współcześni Normanowie z Bayeux nadal upierają się, że w tę właśnie wersję wydarzeń powinniśmy wierzyć.

Otóż należy zacząć od tego, że zgodnie z obowiązującym w XI wieku anglosaskim prawem, następca angielskiego tronu musiał zostać zatwierdzony przez złożoną z biskupów oraz hrabiów „radę mędrców”, zwaną Witangemot. Innymi słowy, Edward nie miał prawa przekazywać korony, komu zechciał. Jego obietnica, o ile rzeczywiście ją złożył, stanowiła zapewne część układu; niewykluczone, że zależało mu na wsparciu ze strony Wilhelma, gdyby musiał wdać się w wojnę o obronę tronu. Edward, którego matka legitymowała się normańskim pochodzeniem, nie cieszył się popularnością wśród swoich anglosaskich poddanych. Do Anglii przywiózł nie tylko normańskich dworzan, lecz także szeryfów, którzy objęli władzę w różnych częściach kraju – byli to cudzoziemscy wielmoże, którzy nie znali miejscowego języka i nie mieli pojęcia o lokalnych obyczajach. Anglosascy hrabiowie sprawujący władzę nad rozległymi połaciami angielskich ziem niemal bezustannie buntowali się przeciw obecności panoszących się przybłędów, a przy tym czyhali tylko na okazję, by obalić władcę i przejąć tron.

Najpotężniejszym z hrabiów był Godwin z Wesseksu, który żywo się interesował ośrodkiem władzy. Wydał nawet za Edwarda swoją córkę Edytę, lecz ku jego irytacji nie doczekał się z tego związku wnuków. Krążyły nawet pogłoski, że Edward złożył śluby czystości właśnie na złość teściowi.

Godwin żywił zaprzysięgłą niechęć wobec Normanów. W roku 1051 na ulicach Dover przedstawiciele tej nacji wdali się w bójkę; mając znacznie mniejsze doświadczenie w rozróbach po zamknięciu pubów niż tubylcy, zdrowo oberwali. Kilku z nich zginęło, toteż Edward polecił Godwinowi wybrać się do miasta i ukarać jego mieszkańców za tak haniebny brak gościnności wobec cudzoziemskich przyjaciół króla. Hrabia nie tylko odmówił, ale uznał nawet, że tłuczenie Normanów to świetna zabawa, wypowiedział więc wojnę kontynentalnym kumplom Edwarda. Wraz z własną armią pomaszerował na Londyn, gdzie powitano go jak bohatera. Nagle się okazało, że Normanowie przestali już być w Anglii tak bardzo modni.

Godwin zażądał, by cudzoziemscy dworzanie opuścili królestwo, na co Edward musiał przystać. Możemy sobie wyobrazić nieszczęsnego króla, jak nudzi się samotnie w swoim pałacu i tęskni za normańskimi koleżkami, a czasem błaga swoich minstreli, aby zagrali mu Je ne regrette rien. Rzekome przyrzeczenie tronu Wilhelmowi miało nastąpić właśnie w tym okresie – cóż, niewykluczone.

Jednak Edwardowi dane było znaleźć pociechę. Godwin miał nader przystojnego syna – jasnowłosego Harolda – a Edward lubił przystojnych młodych mężczyzn. (Istnieją teorie o innych niż tylko pobożność przyczynach bezdzietności Edwarda.) Tak więc, na początku lat sześćdziesiątych, najwyraźniej zapominając o składanych Wilhelmowi obietnicach, Edward obrał sobie Harolda za nowego faworyta. Dzielny, rycerski młodzieniec anglosaskiego pochodzenia cieszył się sympatią nie tylko króla, lecz także Witangemotu oraz ludu, toteż wszystko coraz bardziej wskazywało na to, że stanie się kandydatem do angielskiego tronu.

Co bardzo nie przypadało do gustu komuś po drugiej stronie La Manche...

KROK DRUGI: ZAKŁADNIK, CZYLI GOŚĆ, KTÓRY JESZCZE NIE WRACA DO DOMU

Jak na młodego człowieka, którego rodzina od lat wyrażała się niegrzecznie o Normanach, Harold, syn Godwina, zachował się wyjątkowo pochopnie. W 1064 roku, mając przy sobie tylko kilku towarzyszy oraz psy myśliwskie, wybrał się do Normandii. Trochę tak, jakby Martin Luther King wpadł na zebranie Ku-Klux-Klanu. Pytanie brzmi, dlaczego ktoś wywodzący się z tak zorientowanego politycznie i przezornego rodu postąpił równie nierozsądnie?

W Bayeux usłyszymy jedną z możliwych odpowiedzi. Jeśli nie jesteśmy specjalistami w odczytywaniu łacińskich inskrypcji ani ekspertami w dziedzinie wczesnośredniowiecznej ikonografii, muzeum służy cenną pomocą, mianowicie urządzeniami przypominającymi gigantyczne telefony komórkowe z lat osiemdziesiątych, które opowiedzą nam o podboju głosem jakiegoś Anglika przemawiającego ze staromodnym akcentem godnym najlepszych czasów radia BBC. Głosem, który wprost wymusza zaufanie. Trudno więc nie wierzyć, kiedy informuje, że Harold przybył do Normandii z wiadomością od starzejącego się króla Edwarda Wyznawcy, iż władca pragnie jednak Wilhelma na swojego następcę.

Ale kiedy na chwilę odsuniemy owo urządzenie od ucha, kiedy przestanie działać hipnotyzująca moc głosu, można się zastanowić, dlaczego, u licha, Harold miałby taką misję wykonać, skoro sam był prawdopodobnym kandydatem na angielski tron.

Otóż niewykluczone, że podróż podjął z zupełnie innej przyczyny. Istnieje domniemanie, że Harold przebył La Manche, aby uwolnić dwóch członków swojej rodziny porwanych w 1051 roku przez Normanów i przetrzymywanych od tego czasu w charakterze zakładników. Całkiem prawdopodobne. Gdyby Harold został królem Anglii, wprawiając tym samym w gniew zachłannego Wilhelma, obu nieszczęsnych Godwinów gnijących w normańskim lochu czekałby los nie do pozazdroszczenia.

Tak więc pierwsza scena tkaniny mogłaby przedstawiać Harolda, który otrzymuje zgodę króla Edwarda na podjęcie wyprawy w celu uwolnienia więźniów – nie zaś Edwarda wydającego upokarzające dla rodu Godwinów polecenie, by przekazać Wilhelmowi potwierdzenie jego praw do angielskiego tronu.

Tak czy inaczej, pech chciał, że niepomyślne wiatry zepchnęły z kursu okręt Harolda. Wylądował w Ponthieu (część księstwa Normandii), nad którym sprawował rządy znany z częstych porwań dla okupu hrabia Wido. Nieoczekiwane przybycie Harolda, bogatego Anglosasa, wprawiło Widona w wielką radość.

Niestety dla niego, wieść o tym zdarzeniu dotarła do suwerena hrabiego, czyli do Wilhelma, który oświadczył, że więzień należy do niego. Zgodnie z prawdą – bo jako księciu Normandii przysługiwało mu prawo własności do wszystkiego, co zostanie wyrzucone na brzeg morski, wliczając w to liczne zwłoki wielorybów, cenne źródło oleju oraz kości.4

Jako więzień swojego normańskiego rywala Harold miał prawo obawiać się o swoje życie, przypuszczalnie nie groził mu jednak prezent powitalny w postaci pchnięcia mieczem. Wilhelm zazwyczaj nie uśmiercał szlachetnie urodzonych przeciwników – chyba że nie byli mu już do niczego potrzebni lub pozwolili sobie na niestosowny żarcik dotyczący kwestii związanych z wyprawianiem skór. Wolał raczej nakłonić ich do złożenia feudalnego hołdu i wiernopoddańczej przysięgi, co oznaczało, że odtąd ciążył na nich obowiązek (pod karą śmierci tudzież wiecznego smażenia się w ogniach piekielnych) dzielenia z nim częścią wszelkich zysków oraz – gdyby zaszła taka potrzeba – udzielania zbrojnej pomocy podczas obrony książęcej domeny. Krótko mówiąc, Wilhelm wyrzynał przeciwników ubogich, bogatych zaś doił.

Co do Harolda, zyskać mógł nawet więcej: przysięga wasalna mogłaby unieszkodliwić ród Godwinów jako pretendentów do angielskiej korony, bo musieliby się usunąć z drogi swojego suwerena, Wilhelma. Jak głoszą saksońskie źródła, Harold złożył przysięgę, lecz nie miał pojęcia, że pod stołem ukryto święte relikwie, przez co zwykła obietnica nabrała rangi uroczystego ślubowania. W opinii Wilhelma oraz Normanów niewiedza Harolda nie stanowiła o niczym. W tamtych czasach ludzie traktowali dość dosłownie rozmaite religijne nakazy. Jeśli ktoś przysiągł na kość pacierzową świętego, że coś uczyni, uczynić to musiał, w przeciwnym razie groziła mu plaga monstrualnych pcheł, które zalęgną się pod kolczugami jego rycerzy, czy też inne podobne nieszczęścia. Tak więc w oczach Normanów przysięga Harolda stała się jak najbardziej wiążąca, bo złożona wobec Pana Boga.

Wilhelm na tym nie poprzestał; zacieśnił jeszcze więzi z Haroldem – zaręczając go ze swoją córką Aélis. Była już, co prawda, formalnie po słowie z pewnym tamtejszym rycerzem, ale dowodzi to tylko, że wszystkie normańskie przysięgi należało traktować poważnie, zwłaszcza jednak niektóre.

Zniewoliwszy Harolda okowami nierozerwalnych przysiąg, Wilhelm pozwolił mu odpłynąć do Anglii. Tkanina ukazuje Harolda, jak stoi przygarbiony przed królem Edwardem i opowiada mu swoją historię, ten zaś wyciąga oskarżycielskim gestem dłoń w jego stronę, jakby chciał powiedzieć: „Co, pojechałeś do Normandii i nie przywiozłeś mi ani jednego camemberta?!”.

W nagranym komentarzu pojawia się wzmianka o „upokorzeniu” Harolda, lecz jeśli misja tegoż polegała na oznajmieniu Wilhelmowi, że normański książę ma zostać królem, na czym miało polegać owo upokorzenie? Przekazał wieść i zaprzysiągł wierność przyszłemu królowi. Wycieczka trwała trochę dłużej, niż przewidywał, zapomniał przywieźć prezenty, lecz poza tym wszystko odbyło się według planu.

Jednak Harold rzeczywiście miał wszelkie powody, by czuć się przygnębionym, jeżeli podjęta przezeń próba uwolnienia krewnych spełzła na niczym i nie tylko powrócił do Anglii bez nich, lecz w dodatku dał się wrobić w wasalną przysięgę złożoną Wilhelmowi – podczas gdy Edward sposobił właśnie jego, Harolda, na następcę tronu.

Nigdy nie poznamy prawdy, ale jedno jest pewne: kiedy 5 stycznia 1066 roku Edward Wyznawca wyzionął ducha, Harold przyjął nominację Witangemotu i stał się prawowitym królem Anglii. Po drugiej stronie La Manche umilkły pomruki samozadowolenia Wilhelma, zamiast nich rozległy się groźby. Normański władca zamierzał domagać się urzeczywistnienia swoich praw. Wszak Harold złożył przysięgę, wobec świadków, na kość łokciową świętego, więc nie wolno mu było sięgać po koronę. Normanowie natychmiast zarzucili nowego króla oskarżeniami o złamanie przysięgi, czyli w systemie feudalnym najohydniejszą z możliwych zbrodni.

Harold nie musiał jednak zatrudniać najlepszych adwokatów, aby znaleźć całkiem wiarygodną linię obrony. Co znaczy przysięga złożona pod przymusem, przez uwięzionego zakładnika? Odkąd to normańska jurysdykcja rozciąga się na teren Anglii?

Obawiając się, że racje Harolda mogą wziąć górę, książę Wilhelm Normandzki posunął się wręcz do tego, że poprosił o poparcie ze strony Świętego Kościoła Rzymskiego. Tak, tego samego Kościoła, który zlekceważył zupełnie, kiedy przyszła mu ochota ożenić się z kuzynką. W nagrodę za nawrócenie papież przysłał Wilhelmowi poświęcony sztandar, doskonale uwidoczniony na tkaninie, całkiem jak firmowe logo podczas wyścigów Formuły 1: „Sponsorem tego najazdu jest Bóg Ojciec Wszechmogący”, czy coś w tym rodzaju.

Widzimy na niej także dziwny obiekt przypominający z wyglądu latawiec w kształcie sadzonego jajka. To kometa Halleya, która pojawiła się na niebie pod koniec kwietnia 1066 roku. Normanowie, rzecz jasna, uznali ją za znak dany od Boga, dodatkowy argument przemawiający za tym, że Harold to niecny krzywoprzysięzca, którego bogobojny, prawy Wilhelm powinien czym prędzej obalić. Pomyślnym zbiegiem okoliczności Wilhelm właśnie się do tego przygotowywał.

Inne wymowne znaki skrzętnie natomiast zignorowano. Zrazu sztorm zapędził normańskie okręty z powrotem do francuskich wybrzeży, a najeźdźcy musieli odczekać dwa tygodnie, nim podjęli kolejną próbę przebycia La Manche. Kiedy zaś flota dotarła wreszcie 28 września 1066 roku do Hastings, odnotowano kolejny potencjalnie zły omen: gdy Wilhelm wychodził na brzeg, przewrócił się i upadł na twarz. Uspokoił jednak przesądnych, powiadając: „Pochwyciłem Anglię obiema rękami”.

Na tkaninie z Bayeux lądowanie Normanów ukazane jest w wyjątkowo niekorzystnym dla nich świetle. Przybysze spędzają tyleż czasu na bijatykach, co na budowie pierwszych umocnień dla Wilhelma. Możemy też podziwiać żołnierzy rabujących bydło, pastuszka broniącego się przed rosłymi wojami, którzy kradną jego owce, płonący dom, kobietę błagającą o litość.

Wiedząc to i owo na temat Wilhelma Zdobywcy, trudno uwierzyć, by ujrzał kiedykolwiek te obrazy na tkaninie, bo gdyby tak się stało, zapewne nie dotrwałaby do naszych czasów. Lecz może po prostu przeskoczył pierwszą część opowieści, żeby od razu przejść do scen bitewnych...

KROK TRZECI: BROŃ MASOWEGO RAŻENIA

14 października 1066 roku jest być może najważniejszą datą w brytyjskiej historii – a ściśle mówiąc, w dziejach całego anglojęzycznego świata. Tego właśnie dnia Wilhelm Zdobywca zmierzył się ze swoim rywalem, królem Haroldem, w bitwie pod Hastings. Wszyscy znamy jej finał (choć jeśli jednak ktoś nie zna, powinien pominąć resztę niniejszego akapitu, by nie psuć sobie suspensu), w którym Anglosasi Harolda ponieśli druzgocącą klęskę. Na pierwszy rzut oka można ją uznać za zwycięstwo kultury francuskojęzycznej (jak wciąż uparcie twierdzą Francuzi), lecz jak się wkrótce przekonamy, świat anglojęzyczny wcale by nie zaistniał, gdyby to Harold odniósł triumf – do czego zresztą o mało nie doszło.

Na dwa tygodnie przed bitwą pod Hastings Harold wyruszył ze swoją armią z Londynu do Yorkshire, by stawić czoło innemu najeźdźcy pragnącemu zasiąść na jego tronie; był nim krwiożerczy wiking Harald Hardrada.

Harry z Harrym spotkali się 25 września w Stamford opodal Yorku, przy moście na rzece Derwent. Jak głosi wieść, bitwa rozpoczęła się raczej niepomyślnie dla Anglików, gdyż pojedynczy wiking uparcie uniemożliwiał im wstęp na most, kładąc trupem około czterdziestu żołnierzy Harolda, którzy próbowali przejść na drugą stronę. Wreszcie jeden z Anglików wsiadł do pustej beczki, popłynął w niej aż pod most, tam zatrzymał się, po czym dźgnął włócznią między deskami, trafiając wikinga w podbrzusze. Może i nieszczególnie sportowe zachowanie, ale w końcu facet sfaulował wcześniej czterdziestu zawodników.

Potem nastąpiła krwawa bitwa, poległo w niej wielu najznamienitszych rycerzy Harolda, lecz w końcu udało się raz na zawsze unicestwić przeciwnika. Kronikarze zapisali, że wikingowie, którzy zdołali ujść z życiem, zmieścili się na dwóch tuzinach długich okrętów – z trzystu, którymi przybili do angielskiego brzegu.

Dokonawszy tego wyczynu, osłabione już przecież wojska Harolda musiały pomaszerować z powrotem na południe – kolejny tydzień morderczej wędrówki – aby spotkać się z Wilhelmem, który tymczasem oddawał się mało wyczerpującym rozrywkom, takim jak łupienie bezbronnych wieśniaków z hrabstwa Sussex oraz urządzanie na plaży pikników, podczas których spożywał owoce grabieżczych poczynań – ściślej rzecz ujmując, raczej mięso i warzywa.

Normanowie dysponowali jeszcze jedną przewagą nad wycieńczoną armią Harolda. Blisko ćwierć z siedemdziesięciu metrów długości tkaniny z Bayeux poświęcona jest wizerunkom normańskich rycerzy przemierzających konno okolice Hastings. Wojowie Harolda walczyli pieszo, mieli do swojej dyspozycji tylko małe, juczne koniki typu szetlandzkiego, bezużyteczne w bitwie – chyba żeby zechcieli posłużyć się nimi dla rozśmieszenia przeciwników, a tym samym rozproszenia ich uwagi. Tymczasem Normanowie doskonale opanowali technikę walki konnej i przywieźli ze sobą na okrętach mnóstwo rosłych bojowych wierzchowców, które zdążyły już na dobre ochłonąć po przeżyciach związanych z przeprawą.

Haft uwiecznił też grad strzał zasypujących Harolda i tę najważniejszą, która trafia w cel, zabijając króla. Fryz ciągnący się przez większą część czterech paneli dzieła ukazuje długą linię normańskich łuczników wspierających kawalerię swoim ostrzałem, podczas gdy małe grupki dzielnych Anglosasów, niekiedy nieokrytych zbrojami i niezasłoniętych tarczami, bronią szczytu wzgórza. Anglosasi zazwyczaj nie posługiwali się łukami masowo – hołdowali raczej koncepcji walki jeden na jednego, topór na topór, dwóch wojowników zmagających się w śmiertelnym pojedynku.5 Wilhelm nie miał takich skrupułów, wolał naszpikować Anglosasów strzałami, a następnie roznieść niedobitków na kopytach koni swoich jeźdźców.

Krótko mówiąc, bitwa pod Hastings przypominała spotkanie dwóch bokserów wagi ciężkiej podczas mistrzostw Europy, z tym że jeden z nich odbył właśnie bieg maratoński oraz trwającą piętnaście rund walkę z mistrzem świata, podczas gdy drugi wylegiwał się na brzegu basenu, zabawiając się niekiedy lekkim sparringiem z uczniami okolicznej szkoły. A kiedy obaj zawodnicy znaleźli się już na ringu, ten drugi wygarnął do pierwszego z granatnika, rozbijając go w puch.

Jasne, dla Anglika to jeszcze żaden powód, żeby ponieść klęskę.

Tak się składa, że wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu Harold był zdumiewająco bliski zwycięstwa w tej bitwie. Jego ludźmi, choć wycieńczonymi, powodowała determinacja, by przegonić ze swojej ziemi kolejnych najeźdźców. Normański kronikarz Wace powiada, że gdy walka się rozpoczęła, Normanowie zawołali „Niech Bóg będzie z nami!”, na co Saksoni odpowiedzieli okrzykiem „Precz!”. Choć zapewne Anglosasi w rzeczywistości użyli kilku znacznie barwniejszych sformułowań.

Z początku wydarzenia nie toczyły się po myśli Wilhelma. Dysponował przewagą liczebną – miał około ośmiu tysięcy wojowników przeciw siedmiu i pół tysiąca żołnierzy Harolda, lecz Anglosasi zdołali zawczasu zająć korzystną pozycję na szczycie wzgórza. Pierwsza fala normańskich strzał nie poczyniła większych szkód w szeregach bezpiecznie ukrytych za murem z tarcz obrońców. Szarża piechoty, która nastąpiła po niej, została odparta, napastnicy zepchnięci w dół zbocza, przy czym Normanowie ponieśli nadzwyczaj ciężkie straty. Nie powiodła się również pierwsza szarża kawaleryjska, bo konie Normanów przelękły się dzikiego tłumu wyjących i wywijających toporami Anglosasów. Upadł nawet wierzchowiec, którego dosiadał Wilhelm; aby żołnierze nie poddali się panice, władca musiał zerwać hełm z głowy i ukazać im swoje oblicze.

W myśl pronormańskich legend, właśnie wtedy Wilhelm dokonał mistrzowskiego posunięcia. Widząc, że liczni Anglosasi ruszyli w pościg za cofającymi się jeźdźcami, normański władca zarządził ponoć pozorowany odwrót na wielką skalę, skłaniając w ten sposób nieprzyjaciół do złamania szyku i opuszczenia korzystnej pozycji. Gdy tylko Anglosasi znaleźli się na otwartym terenie, jazda zawróciła i odcięła ich od reszty wojsk.

Istnieje jednak bardziej prawdopodobne wyjaśnienie tego, co się zdarzyło. Owszem, znaczna liczba żołnierzy Harolda zbiegła ze wzgórza, siekąc bezlitośnie umykających Normanów i zadając im niemałe straty. Część armii Wilhelma, złożona głównie z Bretonów, wycofywała się w nieładzie, zmuszając do odwrotu również swoich normańskich kolegów, w przeciwnym bowiem razie Anglosasi mogliby zajść ich z flanki, a następnie otoczyć. Wówczas Wilhelm wpadł na pewną myśl. Kiedy tak wielu Anglosasów rozbiegło się po nizinie, bariera utworzona z tarcz na szczycie wzgórza stała się słabsza i tym samym straż przyboczna Harolda, waleczni huskarlowie, zgromadzeni za pierwszą linią obrony, zostali bardziej wystawieni na ostrzał. William rozkazał tedy łucznikom mierzyć wyżej, tak by strzały przelatywały nad pawężami. Dał także piechocie oraz jeździe rozkaz do przeprowadzenia kolejnego ataku; tym razem udało się im przebić linię obrony. Wierni huskarlowie polegli co do jednego, padł także Harold we własnej osobie, zapewne trafiony w oko strzałą lub rozniesiony na normańskich mieczach. Obok słynnego wizerunku rycerza ze strzałą wbitą w oko widnieje na tkaninie napis „Harold Rex Interfectus Est” – „Król Harold zostaje zabity”.

I to właśnie dziwi. Jest rzeczą wysoce wątpliwą, by Wilhelm użył takiego sformułowania czy też kazał komukolwiek się nim posłużyć. Kronikarze tamtej epoki cechowali się wyjątkową stronniczością, toteż prawdopodobnie komentarz „pronormański” brzmiałby mniej więcej następująco: „Zdradzieckiego uzurpatora Harolda spotyka koniec, na jaki ów samozwańczy władca zasłużył; za sprawą wyroków Pańskich strzała ugodziła go w najczulszą część ciała, aby ukarać niegodziwca, który usiłował pozbawić szlachetnego Wilhelma królewskiej godności”. Tekst przydługi może i nie zmieściłby się na tkaninie, ale z całą pewnością Wilhelm, który uważał siebie za prawowitego króla, a Harolda za samozwańca, nakazałby pominąć lub usunąć słowo „Rex”.

Jeszcze jeden dowód na to, że ktoś usiłował w ten sposób dokuczyć Wilhelmowi czy też ogólnie Normanom.

KROK CZWARTY: POJEDZIEMY NA ŁUP, NA ŁUP!

Inna znamienna cecha opowieści wysnutej na tkaninie z Bayeux to stosowanie wobec najeźdźców określenia „Franci”, nie „Normanni”. Takie pomieszanie pojęć to nic nowego. Na długo przed inwazją Wilhelma hrabia Godwin przekonywał, że „francuscy” dworacy Edwarda Wyznawcy zyskali sobie zbyt wielkie wpływy na królewskim dworze. Jednak to mylące określenie, zarówno z punktu widzenia geograficznego, jak i etnicznego. Godwin i spółka prawdopodobnie z rozmysłem stosowali takie uogólnienia, całkiem jak współcześni Francuzi, kiedy pragną potępić jakiekolwiek przewiny świata angielskojęzycznego. Ignorując istnienie Celtów, Afroamerykanów oraz wielu innych odgałęzień anglofońskiego świata, Francuzi winić będą za wszystko „Anglosasów”.6

Co prawda określenie „Franci”, widniejące na tkaninie, jest nieco trafniejsze, bo najeźdźcza armia Wilhelma nie składała się wyłącznie z wiernych Normanów. Planując podbój, Wilhelm rozesłał wieść, że oto pojawia się perspektywa zdobycia wielkich łupów. Zachęciło to do udziału istną zbieraninę Normanów, Bretonów, Bulończyków, Andegawenów oraz innych „francuskich” najemników, którzy połakomili się na pieniądze i seks z angielskimi kobietami – krótko mówiąc, kierowali się tymi samymi motywami, które zawsze sprowadzały młodych Francuzów do Londynu.

Nie należy jednak wysnuwać z tego wniosku, że była to „francuska” inwazja. Po pierwsze, ani Normanowie, ani Bretonowie nie zaliczali się do Franków – byli bowiem wikingami i Celtami. Wilhelm cieszył się tak znakomitą reputacją jako wódz zapewniający godne pożądania (w każdym sensie) łupy, że przybyli wojownicy nawet z tak odległych okolic jak normańska kolonia w Italii. Po drugie, i chyba ważniejsze, inicjatywy podboju nie podjął ówczesny król Franków (Filip I). Owszem, książę Normandii podlegał w ściśle feudalnym tego słowa znaczeniu Filipowi I, czyli winien mu był posłuszeństwo oraz wierność. Jednak Wilhelm w znacznym stopniu decydował niezależnie o swoich poczynaniach, a jego atak na Anglię – z politycznego punktu widzenia – był jedynie normańskim najazdem, którym chciał zapewnić sobie rozszerzenie swojej władzy na obszary położone po drugiej stronie La Manche oraz zdobycie ziem dla siebie i swoich współplemieńców. Bliscy sojusznicy zapewnili okręty oraz żołnierzy, a w zamian Wilhelm obiecał im zdobyczne tereny. Część funduszy ofiarowali normańscy biskupi czy opaci, którzy doskonale zdawali sobie sprawę, że w przypadku powodzenia Wilhelmowego przedsięwzięcia może im się trafić jakaś całkiem nowiutka katedra albo opactwo. Każde celnie wymierzone uderzenie miecza musiało rozbrzmiewać w uszach tych, którzy udzielili Wilhelmowi wsparcia, niczym donośne brzęknięcie kiesy pełnej złota.

Gdy zakończyła się bitwa, a zwycięzcy krążyli po pobojowisku, odcinając członki i głowy martwym nieprzyjaciołom (nawet jeśli nie byli jeszcze całkiem martwi, obcięcie głowy, rzecz jasna, rozstrzygało sprawę), by łatwiej było zedrzeć z nich cenne kolczugi, Normanowie oraz ich nienormańscy sprzymierzeńcy wiedzieli doskonale, że to dopiero początek zabawy. Przed nimi rozciągała się owa zielona i żyzna kraina, na którą Wilhelm ostrzył sobie zęby już od wielu lat, i tylko czekała, by ją objąć w posiadanie.

Zwycięski Wilhelm wyruszył w głąb lądu do Winchesteru (dawnej stolicy króla Alfreda), aby przywłaszczyć sobie zawartość królewskiego skarbca. Następnie zwrócił się na północ, rabując na potęgę i pogrążając południową Anglię w chaosie, jakiego nie widziała od czasów sprzed panowania Alfreda Wielkiego. Mścił się na ojczystej krainie Harolda, czyli hrabstwie Wessex, a zarazem dokonywał demonstracji siły na użytek przebywających w Londynie i rozważających dalsze poczynania anglosaskich hrabiów. Chodziło o to, żeby pomóc im rozstrzygnąć następujący dylemat: próbować zgromadzić armię i stawiać opór czy może lepiej złożyć Wilhelmowi wiernopoddańczą przysięgę, aby zachować we władaniu chociaż część swoich majątków?

Gdy Wilhelm dotarł do przedmieść Londynu, mieszkańcy tychże pokazali hrabiom, co ich zdaniem należy czynić. Tubylcy z Southwark zaatakowali najeźdźców, co wprawiło Wilhelma w tak wielką złość, że spalił całe miasto, po czym zajął się plądrowaniem jego okolic, niszcząc świeże zbiory, mordując wieśniaków – i odcinając w ten sposób londyńczykom podstawowe źródło żywności.

Ów pokaz siły unaocznił chyba anglosaskim hrabiom różnicę między chlebem z masłem a brakiem nie tylko masła, ale i chleba (nawiasem mówiąc, masło sprowadzano wówczas wyłącznie z Normandii), toteż w drodze głosowania podjęli wspólną decyzję o uznaniu prawa Wilhelma do tronu.

Nowy król Anglii został koronowany w Boże Narodzenie 1066 roku w opactwie westminsterskim. Miejsce to wybrane zostało nieprzypadkowo – kościół wybudował Edward Wyznawca i tamże przywdział na swoje skronie koronę zaledwie kilka miesięcy wcześniej samozwańczy Harold.

Ceremonia musiała nieco przypominać ślub pod przymusem – pognębieni Anglosasi przyglądali się, jak otoczony kordonem swoich rycerzy Wilhelm dokonuje uroczystego objęcia władzy. Gdy tylko korona znalazła się na jego głowie, jak można się było spodziewać, doszło do rozruchów. Jednak wcale nie ze strony buntowników próbujących zakłócić uroczystości. Otóż wewnątrz świątyni rozległ się okrzyk na cześć nowego króla, tymczasem normańskie straże zgromadzone wokół opactwa uznały ów zgiełk za oznakę, że doszło do zbrojnego wystąpienia przeciwko władcy, toteż przypuściły na wszelki wypadek prewencyjny atak na zgromadzony tłum. Nim strażnicy zdali sobie sprawę z omyłki, padło wielu londyńczyków i spłonęło kilka budynków. Był to zaledwie przedsmak mających nastąpić wkrótce w Anglii wydarzeń.

W poczuciu niestabilności nowo nastałego porządku Wilhelm zabrał się czym prędzej do budowy twierdzy, dzisiaj nazywanej Tower of London. Najpierw powstała drewniana palisada, a kiedy dostarczono sławny biały kamień z Caen, wzniesiono zamek, którego pozostałości możemy oglądać do dziś.

Podczas gdy trwały prace przy budowie londyńskiej siedziby Wilhelma, król posłał swoje wojska w objazd po Anglii, bynajmniej nie po to, żeby zaznajomiły się z lokalnymi tańcami ludowymi, lecz aby Anglosasi dowiedzieli się, kto teraz nimi rządzi. Normanie dokonali tego, budując zamki w każdym większym mieście kraju, zazwyczaj zrównawszy uprzednio z ziemią całe dzielnice, aby uczynić miejsce na wzniesienie fortecy wewnątrz murów miejskich. Na przykład w Lincoln wyburzono sto sześćdziesiąt sześć domów, w Cambridge dwadzieścia siedem, w Gloucester szesnaście – i tak dalej. Nie zachowały się wzmianki o tym, by Wilhelm konsultował swoje poczynania z mieszkańcami tych miast.

W przekonaniu, iż należy mu się nieco przyjemności od życia, Wilhelm kazał wysiedlić z New Forest dwa tysiące ludzi, dzięki czemu obszar leśny o powierzchni siedemdziesięciu pięciu tysięcy akrów stał się gigantycznym prywatnym terenem łowieckim, całkowicie odtąd bezludnym. W podobny sposób oczyszczono lasy w całej Anglii, ustanawiając zarazem straszliwe kary grożące Anglosasom, którzy ośmieliliby się wynagrodzić sobie zniszczone lub skradzione zbiory, posilając się mięsem należącego do nowego króla jelenia, zająca lub choćby jeża. Za kłusownictwo kastrowano lub ucinano dłonie oraz stopy.

Podczas gdy jego ludzie burzyli domostwa i dokonywali czystek etnicznych, sam Wilhelm zajął się robotą administracyjną, która wiązała się ze skonfiskowaniem 1422 posiadłości należących uprzednio do Edwarda Wyznawcy lub rodu Godwinów, a także wszystkich ziem w całej Anglii, które kompletnie zdewastowali jego ludzie, przejąwszy je pod pretekstem zaniedbania majątków, jakiego dopuścili się ich właściciele.

Gromadził też całe stosy złota, klejnotów, drogich tkanin oraz innych skarbów; kiedy w 1067 roku wpadł znów do Normandii, aby spotkać się z żoną i przeliczyć wyrzucone na brzeg morski wieloryby, nawet zarozumiali paryżanie, którzy mieli okazję ujrzeć Wilhelma oraz jego dwór, „zdumieni byli pięknością ich strojów wyszywanych złotem”.

Wilhelm zadbał, by spłacić należycie swoich inwestorów – zwłaszcza Pana Boga. W miejscu bitwy pod Hastings wybudował opactwo, aby podziękować za zwycięstwo. Nazwał je po prostu Battle (Bitwa), aby Sasi nigdy nie zapomnieli, czemu powstało. Wilhelm nie zaliczał się do ludzi subtelnych. Jeszcze dziś, wędrując po Normandii, nie sposób nie zauważyć, w jak wielu małych miasteczkach wznoszą się ogromne opactwa i katedry, a wszystko to za angielskie pieniądze.

Brat Wilhelma, Odo, był biskupem Bayeux. Możemy go podziwiać na tkaninie, jak rusza na końskim grzbiecie do bitwy, dzierżąc w dłoni ciężką maczugę zamiast miecza lub włóczni. Osobom duchownym wolno było bowiem jedynie rozbijać głowy nieprzyjaciół, nie zaś ich dźgać, co uznawano za czyn bezbożny. Dzięki wykazanej przez Odona gorliwości w miażdżeniu czaszek na służbie brata oraz Boga biskup zgromadził fortunę, którą w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze ocenia się na mniej więcej pięćdziesiąt pięć miliardów funtów. Kościelny dostojnik sowicie korzystał ze swojego bogactwa, lecz poświęcił też niemałą część majątku na wspaniałą katedrę w samym centrum normandzkiego miasteczka targowego Bayeux, wznoszącą się ku niebiosom niczym sztaba złota pośród polnych kamieni.

Inni przedstawiciele Kościoła w Normandii otrzymali skromniejsze, choć wcale nie skromne apanaże. Jezus, co prawda, wspominał kiedyś o tym, że bogaczowi trudniej dostać się do nieba niż wielbłądowi przejść przez ucho igielne, lecz Kościół normański nie musiał się tym przejmować. Odtąd jego przedstawiciele dysponowali wystarczającą ilością gotówki, by sporządzać bardzo duże ucha igielne.

KROK PIĄTY: OD HASTINGS PO DZIEŃ SĄDNY

Król Wilhelm dysponował znacznie mniejszą niż dzisiejsze głowy koronowane ilością czasu na włóczenie się po klubach nocnych oraz dobroczynność – musiał bowiem wciąż przemierzać kraj, nauczając Anglików moresu. Tylko w roku 1067 wybuchły bunty w Northumbrii, Hereford, Exeter oraz posiadającym kluczowe znaczenie porcie Dover, który niemal udało się odbić z rąk Normanów.

Wreszcie nowy król rozzłościł się na dobre. Anglosasi albo otwarcie buntowali się, albo też składali lenną przysięgę, a potem – całkiem jak obmierzły wiarołomca Harold – łamali dane słowo. Wilhelm wydawał rozkazy, na mocy których dokonano zbrodni wojennej, która według dzisiejszych kryteriów zapewniłaby mu wiele długich lat w wygodnym haskim więzieniu.

Wilhelm polecił swoim wojskom wymordować wszystkich i zniszczyć wszystko na terenie rozciągającym się od Lancaster do Yorku, od Morza Północnego po Morze Irlandzkie, na obszarze o rozmiarach sto osiemdziesiąt kilometrów na siedemdziesiąt kilometrów. Trudno doszukać się wiarygodnych danych co do liczby zabitych oraz wygnańców, kronikarze odnotowują jednak, że mieszkańcy całych wsi woleli kryć się po lasach, przymierając głodem, niż stawać oko w oko ze szturmowcami Zdobywcy. Poczyniono tak wielkie spustoszenia, że północ Anglii pozostała zupełnym pustkowiem jeszcze przez następne pięćdziesiąt lat.7

Wobec tak nagminnej praktyki składania przysiąg oraz ich łamania, proces grabieży ziem stał się okropnie skomplikowany. Spory o własność, o to, co jest czyje i kto komu co za jakie ziemie jest winien, stały się tak powszechne, że w 1085 roku Wilhelm wezwał do Gloucester swoich najlepszych doradców inwestycyjnych, czyli prawników i rachmistrzów. W zasadzie należała mu się taka czy inna część dochodów prawie każdego mieszkańca Anglii, jednak władca pragnął wiedzieć dokładnie, kim są jego lennicy oraz ile zarabiają – żeby nie mogli go oszukiwać.

Konsultanci znaleźli rozwiązanie: wystarczy sporządzić listę wszystkich posiadłości w Anglii, włączając w to niewolników, czyli chłopów pańszczyźnianych. Powstała w rezultacie Domesday Book, Księga Dnia Sądnego, przywodzi na myśl dziennik maniakalnego, drobiazgowego trainspottera.

Na początku 1086 roku posłano w drogę komisarzy spisowych, a kiedy uporali się ze swoim zadaniem, zgromadziwszy niezbędne dane, sprawdzono je powtórnie, posyłając kolejnych inspektorów. Księga stanowi nie tylko rejestr wszystkich ziem, włości i bogactw, jest też wykazem zależności feudalnych i spisem wszystkich długów fiskalnych, począwszy od najdrobniejszych właścicieli ziemskich i zaściankowych lordów, aż po samego króla Wilhelma.

Już nazwa, nadana księdze w XII wieku, uzmysławia nam, na jaką skalę było to przedsięwzięcie. Rejestr zawierał tak wiele informacji, że porównywano go do Księgi Życia, katalogu uczynków spisanych po to, by Bóg w dniu Sądu Ostatecznego mógł orzec o losie każdego ze śmiertelnych. A wszystko to dla człowieka, który niemal z całą pewnością nie potrafił czytać. Może to właśnie dlatego podwładni Wilhelma nie zdradzili mu wszystkiego – pośród danych dotyczących włości w Londynie oraz na Dalekiej Północy znajdują się rozległe luki. Były to niespokojne okolice, w których inspektorzy woleli nie zadawać zbyt wielu kłopotliwych pytań.

Inne, jeszcze bardziej znamienne niedopatrzenie: wino stanowiło ulubiony napój Normanów, a jeszcze bardziej ich frankijskich kolegów. W spisie wymieniono czterdzieści sześć winnic. Jednak, jeśli wierzyć Domesday Book, zaledwie jedna z nich (należąca do zamku Rayleigh w Essex) wydawała plony. Najwyraźniej rachmistrze Dnia Sądnego sprzysięgli się, by nie zamieścić w rejestrze składów winnych; zapewne skłoniły ich do tego łapówki w płynie lub – płynna gotówka.

Tak czy inaczej, Wilhelmowi nie było dane zbyt długo cieszyć się ową lekturą do poduszki, bo zmarł we wrześniu 1087 roku, wkrótce po ukończeniu spisu. Dokonał żywota w sposób godny króla Anglii – w trakcie dawania nauczki Francuzom.

Król Franków, Filip I, napadł na Vexin, część Normandii położoną na południowy wschód od Paryża. Kiedy Wilhelm za pośrednictwem posłańców ostrzegł go i polecił mu się wycofać, Filip, w przekonaniu, że Zdobywca jest już stary i z pewnością nieźle się utuczył na swoich zdobyczach, odpowiedział: „Kiedy ten grubas wreszcie urodzi dziecko?”.

Pomimo dwudziestu jeden lat panowania na angielskim tronie Wilhelm wciąż nie nabrał poczucia humoru, zwłaszcza gdy żarty dotyczyły jego osoby. Postanowił więc wybrać się na wyprawę i spalić coś francuskiego. Jego wojska przypuściły szturm na miasto Mantes, położone tuż pod Paryżem, Wilhelm kłusował sobie w najlepsze przez wypalone uliczki, kiedy, jak głosi legenda, jego wierzchowiec potknął się o belkę ze zburzonego domu, a jeździec runął na ziemię, odnosząc przy tym rozległe obrażenia wewnętrzne.

Umierał przez straszliwe sześć tygodni potwornego cierpienia, w którym zapewne niewielką ulgę przynosił fakt, że francuscy doktorzy wciąż przewracali go na bok i usiłowali wetknąć w tylną część ciała rozmaite zioła. Opływowe, łatwe do wprowadzenia czopki zostały wynalezione znacznie później.

Kronika anglosaska, spisywane rok po roku przez ówczesnych skrybów annały, z dużą radością przedstawiają pogrzeb Wilhelma. Autor długiego, obraźliwego poematu wypominał Zdobywcy ciężkie przejścia, jakie spotkały Anglię za jego sprawą:

Swój lud do cna wykrwawił,

Bez potrzeby to sprawił.

Popadł w skąpstwo nadmierne,

A chciwy był przy tym szalenie.

Mnich-kronikarz przypisuje zgon Wilhelma gniewowi niebios. Powiada, że śmierć władcy nastąpiła po tym, jak zniszczył Mantes „oraz wszystkie świątynie pańskie w całym mieście”. Kronikarz użala się nad „dwoma świątobliwymi mężami, którzy Bogu służyli, a żywcem spłonęli”, a potem opisuje nie bez satysfakcji, jakie straszliwe cierpienia spotkały Wilhelma, a po nich okrutna śmierć, za sprawą której „ten, który był potężnym królem i panem ogromnych włości, teraz panuje nad kilkoma tylko stopami ziemi”. Bez dwóch zdań, oto Anglik, który powiada sobie „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”. Otóż chichot ten miał się nieść jeszcze przez długi, długi czas...

Parlez-vous English?

Od 1066 roku normański dialekt oparty na języku francuskim stał się oficjalnym językiem podbitej Anglii; jeszcze przez jakieś następne trzysta lat mówili nim królowie Anglii oraz cała klasa rządząca. Jednak anglosascy chłopi byli zbyt liczni i ciemni, by dać sobie wcisnąć nowy język, a zresztą przeciętny Anglosas posługiwał się franko-normańskimi słowami wyłącznie, kiedy chciał sprzedać swój towar szlachcicowi lub błagał o litość żołdaka, który chciał go wykastrować za uśmiercenie jeża.

Tak więc stopniowo, jak przekonamy się w dalszych rozdziałach, język anglosaski i franko-normański z czasem zbliżyły się do siebie. Jakoś trzeba było sobie radzić, toteż obie strony szły na kompromis, aż narodził się elastyczny, przystosowany do bieżących potrzeb język, w którym słowa można było zapożyczać lub wymyślać i nikt nie musiał zawracać sobie głowy właściwymi końcówkami form czasownikowych w zdaniu czy też przestrzegać ścisłych zasad dotyczących szyku wyrazów. W rezultacie powstała najpierwotniejsza forma późniejszego języka angielskiego.

Wszystko to dowodzi, że podbój normański był równie ważny dla rozwoju języka, jak moment, gdy pierwsze morskie stworzenia wypełzły na brzeg. Ktokolwiek miał do czynienia z zawiłościami współczesnej francuskiej gramatyki, z pewnością potrafi docenić swobodę, jaką daje język angielski. Zawistni o tę wolność francuscy gramatycy zapewniają, że angielski jest językiem nieczystym, lingwistycznym bękartem. To prawda, a najzabawniejsze w tym wszystkim, że powstał dzięki Wilhelmowi, normańskiemu bękartowi urodzonemu na terenie dzisiejszej Francji.

Początek końca (początku)

Podsumowując, normańskiego podboju nie da się w żaden sposób uznać za triumf Francji nad Anglią. Przeciwnie, zapowiadał on Francuzom mnóstwo kłopotów. Dokonana przez Wilhelma inwazja rozbiła w puch dawny anglosaski porządek, lecz przyczyniła się do powstania nowej nacji, która wkrótce wyrosła ponad swój pierwotny status normańskiej kolonii, by dołączyć do grona liczących się państw europejskich. I, jak wszyscy wiemy, z czasem język angielski rozpowszechnił się poza Europą, zapuścił korzenie na drugiej półkuli, podlegając dalszej ewolucji w brytyjskich koloniach, aż utworzył kulturę, którą Francuzi niesłusznie (i pogardliwie) nazywają „anglosaską” – kulturę, którą Francja tak często oskarża o to, że usiłuje stłamsić francuską literaturę, film i język, spychając je w niebyt.

Zapewne umierający w wyniku obrażeń odniesionych podczas antyparyskiej wojny Wilhelm ucieszyłby się, gdyby mógł wiedzieć, że jako twórca Anglii zapoczątkował całe tysiąclecie katuszy Francuzów.

W spadku po angielsko-francuskich rodzicach Henryk II otrzymał Andegawenię i Normandię, a kiedy pojął za żonę bogato wyposażoną w ziemie byłą małżonkę francuskiego króla, w angielskich rękach znalazła się ponad połowa Francji.

2 Nękanie Francuzów u zarania dziejów

W ciągu dwustu pięćdziesięciu lat, jakie upłynęły od śmierci Wilhelma Zdobywcy aż do wybuchu wojny stuletniej, doszło do niejednego historycznego wydarzenia. Nic dziwnego, bądź co bądź właśnie dwa i pół wieku dzieli wynalezienie roweru od skonstruowania bomby atomowej (otóż to, rozwój niekoniecznie musi oznaczać postęp).

Na przykład spisano wówczas i podpisano Magna Charta, zamordowano Tomasza Becketa, heroicznych czynów dokonywali legendarni bohaterowie tacy jak: Ryszard Lwie Serce, Robert Bruce oraz Robin Hood (ten ostatni, rzecz jasna, to postać wyłącznie legendarna).

Przede wszystkim jednak był to czas, jakiego potrzebowała Anglia, by z normańskiej kolonii przerodzić się w państwo na tyle potężne i zwarte w poczuciu tożsamości narodowej, by odwróciły się role i mogła przypuścić atak nie tylko na swoich dawnych kolonialnych władców, lecz nawet pokusić się o podbój całej Francji.

Był to proces czasochłonny, ponieważ w większości angielscy królowie normańskiego pochodzenia nadal uważali siebie samych za władców Normandii dysponujących drugą siedzibą w Londynie i niemal wszyscy z nich postrzegali Anglię oraz jej mieszkańców jako źródło funduszy umożliwiających realizację rozmaitych hobby. Niekiedy chodziło o coś równie pospolitego i nudnego, jak polowania, czasem jednak sprawa dotyczyła znacznie bardziej wyszukanych rozrywek, takich jak wyprawy krzyżowe w basenie Morza Śródziemnego (Ryszard Lwie Serce), wybryki architektoniczne (Henryk III) lub krycie domów strzechami (Edward II).

Jednak wszyscy królowie8 rządzący w latach 1087–1327 przyczynili się, każdy na swój sposób, do marszu Anglii ku wojnie stuletniej, choć czasem czynili to zupełnie przypadkowo...

Walka o prawo do imprezowania

Zrazu sprawy rozkręcały się powoli, bo następca Wilhelma I okazał się kompletnym nieporozumieniem.

Po śmierci Zdobywcy Normandię odziedziczył jego najstarszy syn, Robert. Anglia tymczasem dostała się w spadku drugiemu pod względem starszeństwa z pozostałych przy życiu jego synów, czyli Wilhelmowi II, zwanego też Rudym. Tak, Anglia stanowiła zaledwie nędzną drugą nagrodę w rodzinnej loterii.

Wilhelm cierpiał na chroniczny syndrom zepsutego dzieciaka ze słynnej rodziny, stanowił coś w rodzaju średniowiecznej Paris Hilton, bo podzielał ponoć jej upodobanie do makijażu, strojów tudzież dziamgotliwych małych piesków. Większą część swojego krótkiego panowania (1087–1100) przepędził na imprezach wyprawianych w rozmaitych angielskich zamkach; poza tym odznaczył się nakładaniem na swoich poddanych wyjątkowo wysokich podatków mających sfinansować jego kosztowne fanaberie. Cieszył się tak małą popularnością, że kiedy „przypadkowo” trafiła go strzała, przeszywając płuco, po czym wykrwawił się na śmierć w tym samym miejscu, gdzie upadł, nikt nie zamierzał kłopotać się przeprowadzaniem dochodzenia. Tak się złożyło, że Rudy dokonał żywota w czasie polowania na terenie New Forest, obszaru „oczyszczonego” z Anglosasów na rozkaz jego ojca.

Jak głosiły pogłoski, śmiercionośna dla Rudego strzała została wystrzelona na rozkaz jego młodszego brata, Henryka, który w spadku po Wilhelmie Zdobywcy otrzymał tylko trochę pieniędzy na zakup ziemi. Henryk uczestniczył w niefortunnej wyprawie łowieckiej, a wkrótce po „wypadku” oddalił się w pośpiechu i bez żadnej racjonalnej przyczyny.

Zwolnił się tron; starszy braciszek, Robert, przebywał na dalekiej krucjacie, toteż Henryk czym prędzej objął rządy jako król Henryk I. Okazał się zupełnie innym władcą niż jego poprzednik. Jednak podobnie jak Rudy przepadał za imprezami i, jak wieść głosi, dał życie około dwudziestu pięciorgu dzieciom z nieślubnego łoża, lecz przy tym cechował się bystrym umysłem i politycznym wyczuciem – dzięki czemu zyskał przydomek Beauclerc. Nie miał wątpliwości, jak istotna może okazać się kwestia połączenia dwóch najważniejszych ludów zamieszkujących Anglię, toteż pojął za żonę wywodzącą się z Anglosasów Eadgyth (którą dziś najczęściej zwie się dla uproszczenia Edith, Edyta), potomkinię Alfreda Wielkiego. Warto odnotować, że ślub miał miejsce 11 listopada 1100 roku, bez wątpienia datę wybrano z rozmysłem, aby przydać znaczenia numerologicznego temu wydarzeniu – rzecz istotna w owej hołdującej rozmaitym przesądom epoce.

W odpowiedzi na skargi przebywającej w Anglii normańskiej szlachty, że imię Eadgyth tak trudno wymówić, Henryk I po prostu zmienił je, nadając małżonce imię swojej matki, Matylda.9

Henryk obiecał, że położy kres niegodziwościom, do jakich doszło za rządów jego brata, między innymi uwięził pierwszego ministra Wilhelma II, normańskiego biskupa zwanego Ranulfem Flambardem („Ranulfem Gorącą Głową”), którego zadaniem było gromadzenie środków pieniężnych dla króla. Wywiązywał się z tego zadania znakomicie, sprzedając wysokie urzędy kościelne. Jednak Flambard jako pierwszy więzień w historii zdołał umknąć z nowo wybudowanej Tower, a następnie schronił się w Normandii u Roberta, który właśnie wrócił z krucjaty i rozmyślał, jak by tu przechwycić angielski tron i pozbyć się nieznośnego braciszka, Henryka.

Robert, który z powodu klocowatych nóg nosił przydomek „Curthose” („Krótkie Spodnie”), cechował się równie gorącą głową, jak Flambard, a większość swojego dorosłego życia spędził na wojnach prowadzonych z ojcem, Wilhelmem Zdobywcą. Zdarzyło im się nawet stanąć twarzą w twarz podczas bitwy, a wówczas syn powalił starzejącego się już ojca, lecz w ostatniej chwili oszczędził życie pokonanego. Podpuszczony przez Flambarda, w 1101 roku Robert dokonał kolejnej normańskiej inwazji na Anglię. Wylądował z niewielką armią w Portsmouth. Jednak angielscy baronowie, którzy obiecali się doń przyłączyć, nie stawili się, a to dlatego, że Henryk I zyskiwał sobie coraz większą popularność jako król. Jedna z najsprytniejszych jego reform polegała na zagwarantowaniu baronom, że nie będzie ich nadmiernie obciążał podatkami. W końcu doszło do pokojowych rokowań między braćmi; w zamian za stały dochód oraz ziemie należące do Henryka w Normandii Robert zgodził się zrezygnować ze swoich pretensji do tronu.

Jednak Henryk nie ufał starszemu bratu, nie liczył, że Robert dotrzyma układu. Udowodnił więc, że Anglia jest już dość silna, by decydować o własnym losie i dokonał inwazji na Normandię. Napaść przebiegła zdumiewająco pomyślnie. Henryk zdobył Bayeux i Caen w 1105 roku, powrócił na krótko do Anglii, by wziąć udział w dyskusjach co do tego, czy to on, czy może papież powinien mianować angielskich biskupów, po czym następnego roku podjął kampanię. Do ostatecznego starcia doszło 28 września 1106 roku nieopodal zamku Tinchebray pod Caen. Henryk pokonał Normanów w ciągu godziny, Robert dostał się do niewoli.

Anglia dokonała skutecznego podboju Normandii dokładnie czterdzieści lat po tym, jak Wilhelm Zdobywca wylądował na angielskiej ziemi – kolejny numerologiczny omen.

Henryk I stał się teraz równie potężny, jak jego ojciec. Aby utrzymać ten stan rzeczy, na dobre wykluczył z gry starszego brata. Robert został uwięziony – ironia losu – w normańskim zamku w Cardiff. Po nieudanej próbie ucieczki Henryk kazał wypalić bratu oczy i trzymał go w niewoli aż do końca jego dni. Najwyraźniej Anglonormanowie nie mieli w genach czułości dla bliskich krewnych.

Ryba psuje się od głowy, a w Normandii koronowane głowy psują się od ryb

W 1135 roku król Henryk I był już starcem, miał przecież ponad sześćdziesiąt lat, toteż nadszedł czas, by pomyśleć o następcy tronu. Jesienią tego roku udał się do Normandii, żeby odwiedzić swoją córkę Matyldę, która zawarła strategiczny związek małżeński z Francuzem Gotfrydem, hrabią Andegawenii, sprawującym rządy nad terenami rozciągającymi się bezpośrednio na południowy zachód od normandzkiej domeny Henryka. Pomimo niedawnych narodzin dwojga wnucząt stosunki między ojcem, córką i zięciem były dość napięte. Być może dlatego, że król bezskutecznie usiłował wyjaśnić córce, że choć jest jedyną prawomocną spadkobierczynią tronu Anglii, odziedziczyć go nie może. W tamtych bowiem czasach, żeby zostać władcą Anglii, trzeba było móc wylegitymować się penisem.

Tak czy inaczej, po intensywnym, całodziennym polowaniu Henryk powrócił do siedziby Matyldy i Gotfryda, czyli normandzkiego zamku Lyons (nie mylić z miastem Lyon w środkowej Francji), gdzie zasiadł do uczty, by raczyć się jedną ze swoich ulubionych potraw, smażonymi minogami. Te wstrętne, przypominające węgorze stworzenia smoczkouste, o zębach jak szpilki, rozgryzają brzuchy swoich ofiar, by wyssać ich wnętrzności. Obecnie to gatunek niemal wymarły ze względu na upodobanie do niezanieczyszczonych wód rzecznych, jednak w średniowieczu stanowiły istny przysmak. Na przykład na każde Boże Narodzenie miasto Gloucester składało monarsze w podarunku pasztet z minogów. Henryk uwielbiał to obrzydlistwo. Jak wieść głosi, 1 grudnia 1135 roku objadł się minogami „w takim nadmiarze”, że zmarł z przejedzenia.

Jednak, co ciekawe, oficjalna francuska wersja tej historii głosi, że zjadł lamproies avariées – czyli zepsute minogi. Francuz nie potrafi dopuścić możliwości, by przyczyną nieszczęścia mógł stać się nadmiar jakiegokolwiek przysmaku. Co prawda, biorąc pod uwagę specyfikę owej niespokojnej epoki, nie sposób wykluczyć, że ulubioną potrawę Henryka wzbogacono o jakiś dodatkowy składnik – na przykład stosowną dawkę trucizny.