Wydawca: AGORA SA Kategoria: Biznes, rozwój, prawo Język: polski Rok wydania: 2014

100 potwornych opowieści o pieniądzach czyli Jak żyć, zarabiać i wydawać z głową ebook

Maciej Samcik  

3.81818181818182 (11)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 416 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka 100 potwornych opowieści o pieniądzach czyli Jak żyć, zarabiać i wydawać z głową - Maciej Samcik

Starożytni Grecy mawiali, że inteligencję człowieka można zobaczyć w tym, jak zarabia pieniądze, zaś jego mądrość w tym, jak je wydaje. Ta książka być może nie uczyni z ciebie miliardera. Do tego potrzeba nie tylko dobrego słowa, ale i kapitału, instynktu łowcy oraz okazji i szczęścia, by znaleźć się w właściwym miejscu w odpowiednim czasie i spotkać tam ludzi ze szczęśliwą ręką.
Po lekturze tej książki będziesz wiedział, jak samodzielnie sterować swoją finansową przyszłością, tak by nie zależeć od banków, doradców finansowych, by pieniądze każdego dnia nie przeciekały ci przez palce. Słowem zachować finansową niezależność.
Pułapek finansowych, które mogą uczynić z ciebie bankruta, jest mnóstwo. Ta książka to zestaw rad popartych wieloma przykładami wziętymi z życia czytelników, a także z doświadczenia i z błędów, które autor sam popełnił.
Dwie trzecie Polaków nie ma żadnych oszczędności, zaś do systematycznego oszczędzania przyznaje się co dziesiąty z nas. A pozostali? W dzisiejszych burzliwych czasach nie mieć zabezpieczenia finansowego to jak przed ulewą wyjść bez parasola. Ta książka będzie dla Twojego portfela takim właśnie parasolem.

Opinie o ebooku 100 potwornych opowieści o pieniądzach czyli Jak żyć, zarabiać i wydawać z głową - Maciej Samcik

Fragment ebooka 100 potwornych opowieści o pieniądzach czyli Jak żyć, zarabiać i wydawać z głową - Maciej Samcik

REDAKTOR: Ariadna Machowska
KOREKTA: Emilia Niedzielak
PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI, MAKIETY I SKŁAD: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART. DESIGN – www.panczakiewicz.pl
Zdjęcia na okładce: Michał Mutor/Agencja Gazeta
Rysunki: Hanna Pyrzyńska
Redaktor naczelny: Paweł Goźliński
Producenci wydawniczy: Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak
Koordynacja projektu: Joanna Cieślewska
© 2014 Maciej Samcik
© 2014 Agora SA
All rights reserved
Wydanie elektroniczne 2014
OD AUTORA

Starożytni Grecy mawiali, że inteligencję człowieka można zobaczyć w tym, jak zarabia pieniądze, jego mądrość zaś – w tym, jak je wydaje. Ta książka być może nie uczyni z ciebie miliardera. Do tego potrzebujesz nie tylko mojego dobrego słowa, lecz także kapitału, instynktu łowcy okazji oraz szczęścia, by znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i spotkać tam ludzi ze szczęśliwą ręką. Ale po jej lekturze będziesz przynajmniej wiedział, jak samodzielnie sterować swoją finansową przyszłością – tak by nie zależeć od banków, doradców finansowych, nie chodzić na pasku firm pożyczkowych, by pieniądze każdego dnia nie przeciekały ci przez palce. Słowem jak zachować finansową niezależność.

Pułapek finansowych, które mogą uczynić z ciebie bankruta, jest mnóstwo. Od 17 lat opisuję je w „Gazecie Wyborczej”, a od ponad pięciu – w blogu „Subiektywnie o finansach”. W tym czasie udało mi się wyciągnąć z tarapatów setki, a może i tysiące ludzi. Ale wielu nie potrafiłem pomóc, bo popełnili po drodze zbyt wiele poważnych błędów. Zgubiły ich kredyty w parabankach, polisy inwestycyjne, zbyt duże kredyty hipoteczne we frankach, a przede wszystkim brak poduszki finansowej, która w większości przypadków pozwoliłaby im wyjść z tarapatów.

Ta książka to zestaw rad, jak uniknąć podobnych wpadek. Rad popartych wieloma przykładami wziętymi z życia moich czytelników. A także z mojego własnego doświadczenia i z błędów, które sam popełniłem. Nie wstydzę się ich, bo uważam, że warto czasem stracić małe pieniądze, by później nie utopić oszczędności całego życia. Choć oczywiście wolałbym nie tracić ani małych, ani dużych pieniędzy. Czego i tobie, Drogi Czytelniku, życzę.

Dwie trzecie Polaków nie ma żadnych oszczędności, do systematycznego oszczędzania pieniędzy przyznaje się zaś co dziesiąty z nas. A pozostali? W dzisiejszych burzliwych czasach nie mieć zabezpieczenia finansowego to jak przed ulewą wyjść bez parasola. Niech ta książka będzie dla twojego portfela takim właśnie parasolem. Owocnej lektury!

Maciej Samcik

Masz dwadzieścia kilka lat i dopiero startujesz w dorosłe życie? Nasłuchałeś się, że powinieneś oszczędzać, bo bez tego na emeryturze będziesz głodował. Wszyscy dookoła straszą, że nie da się oszczędzać bez wyrzeczeń, że ciułanie pieniędzy oznacza tylko krew, pot i łzy. A ty nie masz najmniejszej ochoty odmawiać sobie dziś przyjemności, żeby np. mieć wyższą emeryturę za 40 lat. I masz rację, żyje się raz, a niewykorzystane szanse – na to, żeby coś przeżyć lub zobaczyć – mogą się już nie powtórzyć.

A najgorsze jest to, że patrzysz do portfela i wydaje ci się, że dziś nie masz jeszcze z czego odkładać. Myślisz: „Może za rok, może jak dostanę etat, jak będę więcej zarabiał...”.

Chcę ci powiedzieć: oszczędzanie nie musi boleć. Jeśli zabierzesz się do niego już na początku swojej zawodowej kariery i od razu zaprogramujesz sobie kilka mechanizmów, które pozwolą ci oszczędzać bez wysiłku, to jest duża szansa, że za kilkanaście lat będziesz mógł powiedzieć o sobie: „Jestem zamożnym człowiekiem”. I nie będziesz miał poczucia, że ominęły cię w życiu jakieś przyjemności. Jest tylko jeden warunek: musisz zacząć już dziś. Nie od jutra, nie od przyszłego roku. Im wcześniej zaczniesz, tym więcej osiągniesz.

I TY BĘDZIESZ MILIONEREM?

Milion złotych oszczędności na koncie to suma, która otwiera drzwi do zamożności. Roczne odsetki od takiej kwoty, położonej na 4-procentowej lokacie, wyniosłyby 32 tys. zł (po potrąceniu podatku Belki). Co prawda kwota 2,7 tys. zł miesięcznie wystarczyłaby jedynie na dość skromne życie w dużym mieście, ale z drugiej strony, mając na koncie ten milion, nie musiałbyś już pracować. Pewnie i tak byś pracował, ale tylko dla przyjemności, nie zaś z przymusu ekonomicznego. A to ogromny komfort, na który mało kto może sobie pozwolić. Kiedyś policzyłem, że abym mógł zostać rentierem i nie musiał sobie niczego odmawiać, potrzebuję nie jednego, ale aż 4 mln zł w oszczędnościach. Dziś skupmy się na pierwszym milionie, bo podobno jego zarobić najtrudniej.

Jak długo musiałbyś oszczędzać bez ryzyka, żeby zostać milionerem?

To zależy głównie od tego, kiedy zaczniesz odkładać pieniądze na ten cel. Załóżmy, że odkładasz po 100 zł miesięcznie na konto oszczędnościowe, które po opodatkowaniu przyniesie ci 4 proc. w skali roku. Uskładanie miliona w tych okolicznościach zajęłoby ci... drobne 102 lata. Zwiększenie odkładanej kwoty do 300 zł miesięcznie też niewiele da, bo wtedy na uciułanie miliona potrzebujesz 71 lat. Ba, nawet odkładając po 1000 zł miesięcznie na konto oszczędnościowe oprocentowane na 4 proc. w skali roku, nadal potrzebujesz aż 40 lat, by osiągnąć swój cel!

40 lat to bardzo długo, a 1000 zł miesięcznie to bardzo duża kwota. Ale jeśli zaczniesz odkładać pieniądze już na początku swojej zawodowej drogi – najpierw znacznie mniej niż 1000 zł miesięcznie, ale za to później znacznie więcej – możesz realnie myśleć o statusie milionera jeszcze przed emeryturą. Na kolejnych stronach tej książki zdradzę ci sposób na to, by oszczędzanie miesięcznie 1000 zł nie było marzeniem ściętej głowy, lecz całkiem sensownym planem na przyszłość.

Te wszystkie wyliczenia opierają się na założeniu, że lokujesz zaoszczędzone pieniądze bardzo konserwatywnie, nie podejmując żadnego ryzyka i trzymając się wyłącznie konta oszczędnościowego albo lokaty w banku. Te 4 proc. w skali roku, o których piszę, to również ostrożne założenie. Tak niskie oprocentowanie pieniędzy jest charakterystyczne dla okresów, w których na rynku panują niskie stopy procentowe, a nie zawsze tak jest. Zdarzały się w ostatnich dziesięciu latach momenty, gdy na lokacie bankowej można było zarobić 6–7 proc. w skali roku. Jest więc całkiem prawdopodobne, że nie będziesz musiał miesięcznie oszczędzać 1000 zł, żeby po 40 latach zostać milionerem, lecz wystarczy do tego mniejsza kwota. Umówmy się jednak, że jesteśmy czarnowidzami i zakładamy najtrudniejszą możliwą drogę.

Pierwszy milion: plan B dla tych, którzy nie mają już 18 lat

Jeśli dopiero startujesz w dorosłość, to masz szansę, by tak zaprogramować swoje życie finansowe, że osiągnięcie statusu milionera będzie dla ciebie tylko kwestią czasu. Nawet jeśli jednak nie masz już 18 lat, to droga do pierwszego miliona też nie jest dla ciebie całkowicie zamknięta. Tyle że przestaje to być szeroka autostrada, a zaczyna się bardziej kręta, ryzykowna dróżka, wymagająca podjęcia ryzyka. Pieniądze będą musiały pracować dla ciebie szybciej niż w banku, a więc przynajmniej część z nich będziesz musiał ulokować na rynku kapitałowym – w obligacjach, akcjach, funduszach inwestycyjnych.

Odkładając po 500 zł miesięcznie przy przeciętnym zysku 7,5 proc. w skali roku (po opodatkowaniu), możesz zostać milionerem za 40 lat, odkładając zaś po 1000 zł – możesz na to liczyć w ciągu 30 lat. Nawet jeśli masz już trzydziestkę na karku, wciąż teoretycznie możesz walczyć o status milionera na emeryturze. Zysk w wysokości średnio 7,5 proc. w skali roku to trudne wyzwanie, ale taki wynik nie jest niemożliwy do osiągnięcia. W ponaddwudziestoletniej historii warszawskiej giełdy średnie zyski inwestorów wyniosły 9 proc. w skali roku. O tym, w jaki sposób można w miarę bezpiecznie i rozsądnie inwestować pieniądze na rynku kapitałowym, piszę w kolejnych rozdziałach.

Inflacja a droga do pierwszego miliona

Oczywiście musisz pamiętać, że ów milion za 30 lat będzie wart mniej więcej połowę tego co dziś, bo twój rosnący kapitał będzie stopniowo nadgryzany przez inflację. Ale z drugiej strony twoje pieniądze wpłacane co miesiąc też będą stanowiły coraz mniejszą część twoich dochodów. Jeśli chcesz mieć po sześćdziesiątce pieniądze, które realnie będą odpowiadały wartością obecnemu milionowi, to wystarczy, że co roku będziesz sobie „waloryzował” swoje oszczędzanie o wartość inflacji.

Na skróty do pierwszego miliona?

Świadomie pomijam wszystkie inne sposoby na zarobienie pierwszego miliona niezwiązane z lokowaniem pieniędzy w banku i na rynku kapitałowym. Możesz przecież zainwestować w swoją firmę, osiągnąć sukces i zarobić takie pieniądze w kilka lat. Możesz wymyślić nowego Facebooka albo zostać prezesem banku (najlepiej wynagradzany menedżer bankowy w Polsce ma 4,5 mln zł rocznej pensji) lub – dajmy na to – słynnym piłkarzem (pensja Roberta Lewandowskiego w Bayernie Monachium to podobno 45 mln zł rocznie).

Żyjemy w czasach internetu, w których każdy dobry pomysł można bardzo szybko przekuć na pieniądze. Ale niezależnie od tego, jakie pomysły na zarabianie pieniędzy chodzą ci po głowie, rekomenduję równoległe pójście moją drogą, czyli budowanie zasobu finansowego, który powoli będzie rósł i stanowił twoje zabezpieczenie na wypadek, gdyby wszystkie inne możliwości zawiodły.

DLACZEGO NIGDY NIE BYŁO MNIE STAĆ NA OSZCZĘDZANIE?

Jak znaleźć w domowym budżecie wystarczająco duże luzy, żeby móc pozwolić sobie na odkładanie pieniędzy? Kiedy miałem 22 lata i jeszcze jako student czwartego roku publicystyki ekonomicznej i public relations zaczynałem w 1997 r. pracować w „Gazecie Wyborczej”, odpowiedź na to pytanie wydawała mi się prosta – wystarczy, że będą mi lepiej płacili. Rzeczywiście, na początku zarabiałem niewiele, moja pensja wynosiła 1,2 tys. zł (choć ówczesna siła nabywcza tych pieniędzy była wyższa niż dziś). Z czasem mój status finansowy się poprawiał, lecz skłonność do oszczędzania pozostawała nadal na poziomie bliskim zera.

Po dwóch latach pracy w „Wyborczej” zarabiałem już 2,4 tys. zł, ale wciąż nie miałem z czego odkładać. Nie zastanawiałem się jednak dlaczego. Przyjąłem milcząco, że widocznie wciąż płacą mi za mało, by było mnie stać na oszczędzanie. Lata płynęły, moje dochody szczęśliwie rosły, a w kasie wciąż było zero, a czasem nawet manko. Zacząłem podejrzewać, że coś tu nie gra.

Któregoś dnia spotkałem starego druha, z którym razem chodziliśmy do liceum. Pytam, co u niego. „Wszystko super, mam dobrą pracę, zarabiam wagony złotówek, mam dom, żonę, trójkę dzieci, tylko czuję się zmęczony tą ciągłą gonitwą za pieniędzmi. Im bardziej gonię, tym bardziej nie mogę związać końca z końcem” – powiedział mi ów kolega, którego miesięczne dochody przekraczały wówczas 30–40 tys. zł.

Poprosiłem, by zrobił mi uprzejmość i przez miesiąc spisywał swoje wydatki. Nie mieściło mi się w głowie, że można zarabiać 40 tys. zł miesięcznie i nie móc związać końca z końcem. Po miesiącu poszliśmy na piwo i pokazał mi swój rejestr wydatków. I co się okazało? Facet rzeczywiście wydał wszystko, co zarobił! Na koncie zostało mu „drobne” 500 zł.

Bo: wypasiona willa na kredyt we frankach szwajcarskich, z ratą jakieś 6 tys. zł miesięcznie (rata poszła mocno w górę po wzroście kursu waluty w 2009 r.). W domu czterej etatowi pracownicy – dwie nianie do dzieci (jedna z nich również gotowała), pani do sprzątania oraz pan do zarządzania domem i ogrodem. Dwa samochody, w tym jeden na kredyt (rata 1,5 tys. zł miesięcznie), oba dość intensywnie użytkowane (wydatki na paliwo – 1,5 tys. zł miesięcznie). Jedno dziecko w prywatnym przedszkolu (czesne prawie 1,5 tys. zł), dwoje starszych – w niepublicznej szkole podstawowej (po 2 tys. zł za każde, łącznie z książkami, wycieczkami, zieloną szkołą, zajęciami dodatkowymi, obiadami). Do tego 2 tys. zł miesięcznie na lekcje tenisa i szkółkę piłkarską dla najstarszego dziecka.

Oprócz tego mój znajomy oczywiście co miesiąc płacił za prąd, gaz, ogrzewanie i poprosił inne koszty związane z domem, przedstawił mi rachunki na 3 tys. zł z kawiarni i restauracji, a w ramach spowiedzi dodał, że trzy razy w roku wyjeżdżają całą rodziną za granicę (koszt jednej takiej eskapady – 15–20 tys. zł). I to by było na tyle.

Jaki z tego wniosek? Niezależnie od tego, ile masz pieniędzy, zawsze wszystkie możesz wydać na podniesienie komfortu życia oraz na przyjemności. Gdy twoje dochody rosną z 2 tys. zł miesięcznie do 3 tys. zł, kupujesz sobie auto. Za kolejny 1000 zł miesięcznie wymieniasz je na nowsze. Potem kupujesz mieszkanie, potem sprzęty do tego mieszkania. Następnie zaczynasz „inwestować” w elektronikę (iPady, komputery, kino domowe) i gadżety. Potem zaczynasz wydawać pieniądze na jedzenie na mieście, rozrywki, a wreszcie – na podróże.

Niespodziewanie w twoim życiu pojawiają się dzieci i – jak mawia jeden z moich redakcyjnych kolegów – „kończy się etap akumulacji kapitału, a zaczyna się jego dystrybucja”. Osiągasz trzydziestkę, potem czterdziestkę, a to – jak wynika z opublikowanych w 2013 r. badań Narodowego Banku Polskiego – ten moment w życiu, w którym większość z nas osiąga apogeum dochodów.

Cóż, być może jest jakiś poziom dochodów, powyżej którego – mimo najszczerszych chęci i usilnych starań – nie będziesz w stanie przejeść wszystkiego, co zarobisz. Ale obawiam się, że jest on tak wysoko, że nie powinieneś uzależniać od jego osiągnięcia początku oszczędzania.

NIEZAWODNE SPOSOBY NA BEZBOLESNE ODKŁADANIE PIENIĘDZY
Zarządzanie podwyżką, czyli siła przyzwyczajenia

Najprostszym sposobem na bezbolesne oszczędzanie pieniędzy jest... nieprzyzwyczajanie się do luksusu. A więc wdrożenie – najlepiej już na początku kariery zawodowej – prostego mechanizmu. Połowę każdej podwyżki dochodów przeznaczam na „nagrodę” dla siebie, ale drugą połowę – na oszczędności.

Nie ma bardziej bezbolesnego sposobu na zgromadzenie potężnej górki oszczędności jak korzystanie z podwyżki wynagrodzenia, a więc z pieniędzy, które masz ekstra i bez których do tej pory jakoś sobie radziłeś. Odkładając połowę podwyżki, nie pozbawiasz się niczego, co do tej pory posiadałeś. Nie musisz sobie niczego odbierać od ust. Przeciwnie – i tak twój standard życia idzie w górę, bo połowę dodatkowych pieniędzy przeznaczasz na jego podwyższenie.

Jak w ciągu 14 lat zgromadzić pół miliona? Powiedzmy, że masz 26 lat i zarabiasz miesięcznie 2,5 tys. zł na czysto (nieważne, czy jest to umowa o pracę, czy umowa cywilno-prawna). Załóżmy, że po dwóch latach dostajesz 1000 zł netto podwyżki, po kolejnych trzech latach – kolejny 1000 zł. W wieku 35 lat (a więc po kolejnych czterech latach) ponownie dostajesz do ręki 1000 zł więcej. Potem jeszcze 1000 w wieku 40 lat. Załóżmy też, że przez cały ten czas obowiązuje zasada 50:50, czyli połowa podwyżki idzie na wydatki, a połowę odkładasz. Załóżmy też dla uproszczenia, że z tych odłożonych pieniędzy nie masz ani grosza zysku.

Ile będziesz miał oszczędności w wieku 50 lat – tylko z tej połowy zaoszczędzonych podwyżek? Drobne 396 tys. zł. Gdyby do tych pieniędzy dodać oprocentowanie, byłoby – ostrożnie licząc – jeszcze ze 100 tys. zł więcej. Nie ma bardziej efektywnej drogi pomnażania oszczędności bez wysiłku niż korzystanie z nowych pieniędzy, czyli dodatkowych dochodów.

Ta sama zasada powinna dotyczyć wszystkich ekstra dochodów: nagród, bonusów rocznych, 13. pensji (podobno jeszcze coś takiego występuje w przyrodzie). Z tym że w przypadku takich dochodów „premia” dla ciebie powinna być wyższa. A więc: 70 proc. dochodu idzie na przyjemności i podwyższenie standardu życia (albo na spłatę długów), pozostałe 30 proc. zaś – na oszczędności.

Bądź swoim własnym menedżerem. Stosowanie opisanej wyżej zasady oznacza, że do swojej pracy będziesz podchodził jak typowy menedżer. Za każde dodatkowo zarobione pieniądze trzeba się wynagradzać, odpalać sobie działkę i wydawać ją na przyjemności. Wówczas zarabianie pieniędzy i ciężka praca nie będą się kojarzyły z wyrzeczeniami, lecz z przedsmakiem nagrody.

Stosuję tę metodę od pewnego czasu i przyznam, że sprawdza się nieźle. Niezależnie od tego, czy mam akurat finansową górkę, czy dołek, każde zarobione ekstra pieniądze dzielę na dwie części – tę oszczędnościową i tę, którą „wypłacam” sobie jako premię za dobrze wykonaną dodatkową robotę, której się podjąłem kosztem wolnego czasu.

Potęga oszczędzania na resztówkach

Na czym polega ból oszczędzania? Wcale nie na tym, że masz przez to mniej pieniędzy dla siebie. I tak wydajesz część z tych pieniędzy na rzeczy zupełnie niepotrzebne. Ból oszczędzania tkwi w głowie – polega na tym, że czujesz, iż musisz sobie czegoś odmówić. Gdybyś nie wiedział, że oszczędzasz, nie czułbyś się z tym źle, bo nie interpretowałbyś odkładania pieniędzy jako czegoś, co „kosztuje”. Jeśli nie wiesz, że coś tracisz, to cię to nie martwi. Proste? Teraz wystarczy przekuć to na konkretne rozwiązanie finansowe.

Kiedyś – jeszcze przed nastaniem ery kart płatniczych, gdy byłem młodym, początkującym dziennikarzem – postanowiłem przetestować prosty sposób, który znałem od babci. Drobne z reszty od każdych zakupów chowałem nie do portfela, lecz do kieszeni. A stamtąd – do skarbonki. Nie uwierzysz, ale w pierwszym miesiącu uzbierało się 60 zł, w drugim – 130 zł. Dużo? Wystarczy, że tylko dwa razy dziennie kupię coś w sklepie, i... już mam 60 operacji, z których pozostaje jakaś reszta! W ciągu kilkunastu miesięcy w ten sposób uzbierałem na nowy komputer.

Teraz podobny mechanizm mam „podpięty” do konta w swoim banku. Od każdej swojej transakcji finansowej – przelewu bankowego, zakupów w sklepie opłaconych kartą, wypłaty z bankomatu – odkładam 3 zł. Z tego „autopodatku” w ciągu dwóch lat uzbierało mi się ponad 6 tys. zł. I nawet tego nie poczułem!

Takie programy autooszczędzania ma już kilka banków w Polsce, a jestem przekonany, że wkrótce będzie to standardowe rozwiązanie, dołączane do każdego konta osobistego. Banki, które udostępniają ten mechanizm, dają zwykle trzy rozwiązania do wyboru. Możesz odkładać określoną kwotę od każdej transakcji dokonanej kartą płatniczą i każdego przelewu (np. tak jak ja – po 3 zł za każdą transakcję). Możesz poprosić bank o zaokrąglanie każdej transakcji do pełnego złotego albo do pełnych 10 zł (np. płacisz w sklepie spożywczym 67,5 zł, ale bank ściąga ci z konta 70 zł i nadwyżkę przekazuje na konto osobiste). Możesz wreszcie poprosić o powiększenie każdej transakcji o pewien procent, np. o 1 proc. Jeśli płacisz w sklepie 67,5 zł, bank ściągnie o 67 gr więcej. Sposób autooszczędzania możesz w każdej chwili zmienić, ale najważniejsze jest, żebyś go miał. Gwarantuję ci, że bez większego wysiłku zdobędziesz potrzebną poduszkę finansową.

Jak zapomnieć, że oszczędzasz?

Pewnie próbowałeś już nieraz umówić się ze sobą i co miesiąc przyoszczędzić te 100–200 zł, by 30 zł zrobić przelew na konto oszczędnościowe. I zapewne zawsze znalazł się jakiś powód, by te pieniądze wcześniej wydać. Zepsuła się pralka, kupiłeś prezent żonie, poszliście do restauracji albo wydałeś na zakupy spożywcze więcej, niż się spodziewałeś. I nici z przelewu na konto oszczędnościowe.

Jedynym sposobem na to, by nie wydawać pieniędzy przeznaczonych na oszczędności, jest... zapomnieć o tym, że one w ogóle są! Zdefiniuj zlecenie stałe z datą przypadającą na kilka dni po przelewie wynagrodzenia, na kwotę odpowiadającą np. 5 proc. domowego budżetu (tej jego części, która pozostaje po opłaceniu wszystkich stałych rachunków, jak prąd, gaz czy telefon). Jeśli się obawiasz, że te 5 proc. to zbyt ryzykowny poziom – niech będzie 3 proc. Nieważne ile, ważne, żeby to była stała kwota, która będzie co miesiąc wypływała z twojego konta poza twoją kontrolą i świadomością.

Oczywiście, przez pierwszy miesiąc będziesz jeszcze pamiętał, że ta przysłowiowa stówka ci ucieka. Będziesz o tym pamiętał również za dwa i trzy miesiące. Ale za pół roku zaczniesz traktować ten przelew jak coś naturalnego, tak jak płatność za prąd, gaz i telefon komórkowy. I o to chodzi! Pieniądze po cichu będą się gromadziły na koncie oszczędnościowym, a ciebie to wcale nie będzie bolało, twój budżet domowy zaś szybko dostosuje się do tej zmiany. A jeśli się nie dostosuje, to... patrz kolejny podrozdział.

Raz w roku sprawdź, ile jesteś wart

Znasz już bezbolesne sposoby na budowanie oszczędności. Czas zadbać o drugą stronę tego równania, czyli zmotywować się do tego, by zarabiać coraz więcej. Bo przecież od tego zależy nie tylko „nagroda” w postaci lepszego standardu życia, lecz także przyszłe oszczędności. Jak najłatwiej zmotywować się do bardziej efektywnej pracy, czyli do osiągania coraz większych dochodów? Ano poprzez „wewnętrzne współzawodnictwo”.

Pieniądze nie są w życiu najważniejsze, a wartość człowieka w żaden sposób nie zależy od wysokości salda na jego koncie bankowym Ale ja zawsze staram się wiedzieć, choćby tylko orientacyjnie, ile „jestem wart”. Tak wymiernie, od strony czysto finansowej. Swej wartości nie oceniam jednak przez pryzmat bieżących zarobków – bo przecież można dużo zarabiać, a i tak wszystko wydawać na przyjemności – lecz z perspektywy „osiągnięć” bardziej trwałych, czyli zgromadzonego majątku, oszczędności długoterminowych oraz długów.

Jak oszacować wartość majątku netto? Majątek to nieruchomości, samochody. Oszczędności to wszystko, co trzymam na długich lokatach, w obligacjach, funduszach inwestycyjnych, inwestycjach alternatywnych. Nie wliczam pieniędzy na koncie oszczędnościowym ani salda ROR-u. Zakładam, że ta część mojego majątku nie ma charakteru trwałego i w każdej chwili mogę ją wydać na życie. Do długów zaś wliczam kredyt hipoteczny i wszystkie długi konsumpcyjne, które nie są debetem na koncie osobistym lub limitem na karcie kredytowej. Zakładam, że te długi są „chwilowe” i spłacę je z najbliższej pensji.

Ile dziś jestem wart? Rachunek jest prosty. Jeśli majątek i oszczędności są większe niż zaciągnięte kredyty, moja wartość jest dodatnia. Dziś jest. Oczywiście, gdybym miał mniej szczęścia, mogłaby być ujemna. Mieszkanie – jak duża część z was – kupiłem na kredyt we frankach (choć na dobrych kilka lat przed szczytem kredytowego boomu), więc mój dług w ostatnich latach rósł, a wartość nieruchomości spadała. Z tej przyczyny przez pewien czas „moja wartość” rosła bardzo wolno, a był moment, gdy nawet spadała.

Po co ta buchalteria? Żeby mobilizować się do oszczędzania i walczyć z naturą utracjusza. Raz na kilka lat robię sobie finansowy bilans. Jeśli okazuje się, że moja wartość się zmniejszyła, zastanawiam się, jakie są tego przyczyny i jak je wyeliminować.

Ty też policz swoją wartość. Ale nie po to, by się przejmować tym, co ci wyjdzie, lecz po to, by... policzyć ją również za rok. A potem za dwa lata. I za trzy. Życzę, by wtedy była choć trochę wyższa.

Jak wycenić godzinę swojej pracy?

Zastanawiałeś się kiedyś, ile warta jest każda godzina twojej pracy? Wiedząc to – i od czasu do czasu aktualizując tę wiedzę – łatwiej będziesz mógł ocenić, czy w drodze do zamożności, niezauważenie dla siebie, nie zatrzymałeś się albo wręcz nie zszedłeś w jakieś krzaki. Nie chodzi o to, by się zadręczać, a w konsekwencji zapracowywać, ale jeśli zrobisz przynajmniej raz w roku podsumowanie swojej wydajności pracy, to będziesz miał więcej motywacji, by dbać o właściwy przebieg swojej kariery.

Jak obliczyć wartość swojej „godzinówki”? Kto ma nienormowany czas pracy, musi najpierw mniej więcej ustalić, ile godzin dziennie spędza w robocie lub jej okolicach. Ci, którzy po prostu „odbijają kartę na zakładzie”, mają łatwiej – bierze się zarobki (brutto albo na rękę, jak kto woli), dzieli przez 160 godzin (osiem godzin dziennie i statystyczne cztery tygodnie, nie licząc sobót i niedziel) i gotowe. Nie zapominamy dodać ewentualnych nadgodzin. Przy założeniu, że średnia płaca netto w sektorze przedsiębiorstw wynosiła na początku 2014 r. 2,8 tys. zł (po odliczeniu od pensji brutto 525 zł składki na ZUS, 297 zł na ubezpieczenie zdrowotne oraz 273 zł zaliczki na podatek dochodowy), otrzymujemy wartość roboczogodziny Polaka szaraka na poziomie 17,1 zł.

Gdy przeciętny Polak pracuje za 17 zł na godzinę, czyli 24 zł brutto, to taki np. Portugalczyk dostaje równowartość 29 zł. Włoch – równowartość 60 zł, Brytyjczyk i Francuz – 80 zł. Niemiec wyciągnie równowartość 100 zł, a Szwajcar – 125 zł, Norweg zaś będzie chciał 145 zł. Oczywiście mam świadomość, że porównywanie płac bez porównywania cen i wartości nabywczej pieniądza nie ma sensu, ale... np. wynajem mieszkania w Warszawie i Berlinie kosztuje mniej więcej tyle samo.

A co, jeśli zobaczę, że przez kilka lat z rzędu moja wartość przestała rosnąć? Wtedy albo zacznę pracować efektywniej (np. od czasu do czasu napiszę jakąś książkę), albo spróbuję wziąć na siebie inne obowiązki, wiążące się z wyższą „rentownością” mojego czasu, czy też po prostu zmienię pracę. Dzięki wzrostowi dochodów będę mógł nadal oszczędzać, nie obniżając przy tym stopy życiowej. I nie ograniczając wolnego czasu. Wzrost ma mieć charakter „jakościowy”. Czyli: pracować „drożej”, a nie „dłużej”.

Zainwestuj w siebie. Pieniądze, które uzyskasz dzięki odkładaniu części podwyżki, możesz trzymać na czarną godzinę albo... zainwestować w taki sposób, by następne twoje podwyżki były jeszcze większe.

W co dziś najlepiej zainwestować 5 tys. zł, żeby możliwie najwięcej zarobić? – takie pytanie zadałem wiele lat temu analitykowi giełdowemu. Jego reakcja mocno mnie zaskoczyła.

Myślałem, że zacznie rysować wykresy, opowiadać o akcjach, obligacjach, funduszach i produktach strukturyzowanych. A on – gość zarządzający kilkunastoma miliardami złotych – uśmiechnął się tylko i powiedział, że najlepiej zrobię, jeśli te 5 tys. zainwestuję w... swoją podwyżkę. Bo nie ma takiej hossy ani takiej giełdy, która pozwoliłaby moim pieniądzom rosnąć szybciej niż po trafionej inwestycji w siebie.

Analityk miał na myśli zainwestowanie pieniędzy we wzrost kwalifikacji – naukę języka obcego, szkolenie za granicą... Wszystko, co daje szansę, że obecny lub przyszły pracodawca będzie chciał płacić mi więcej niż dziś. Zacząłem liczyć. Średni zysk z długoterminowej inwestycji na rynku kapitałowym do 7–8 proc. w skali roku (polska giełda w swojej dotychczasowej historii dawała nawet nieco więcej, bo 9 proc. rocznie, mimo że po drodze było kilka potężnych krachów). Wkładając dziś w spółki zaliczane do głównego indeksu giełdowego WIG np. 5 tys. zł, za dziesięć lat miałbym 10–11 tys. zł. Gdybym zainwestował w wyjątkowo dobre spółki – może 20–30 tys. zł. Gdybym te same pieniądze – dzięki uzyskaniu nowych umiejętności – zdołał „przetworzyć” na wzrost miesięcznego wynagrodzenia o 500 zł, to w ciągu dziesięciu lat zwrot z inwestycji w podwyżkę wyniósłby... 60 tys. zł. Jest tylko jedno ale. Inwestycja w siebie, choć potencjalnie bardzo zyskowna, jest obarczona wysokim ryzykiem. Może nawet wyższym niż lokowanie w akcjach giełdowych spółek. Nigdy nie wiesz, czy, kiedy i o ile w przyszłości wzrosną twoje dochody dzięki temu, że masz wyższe kwalifikacje. Widać nawet tu obowiązuje złota zasada: im większy zysk, tym większe ryzyko.