Życie towarzyskie i uczuciowe - Leopold Tyrmand - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 910 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 25 godz. 25 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie towarzyskie i uczuciowe - Leopold Tyrmand

Warszawa, ale przede wszystkim warszawka w latach 1946-1959. Któż znał ją lepiej od Leopolda Tyrmanda, pisarza, publicysty, jazzmana, kobieciarza, bon-vivanta, a jednocześnie trzeźwego i uważnego obserwatora otaczającej go rzeczywistości. Człowieka, który nie zgodził się przekroczyć granic dobrego smaku, przez co został wykreślony nie tylko z podręczników, ale i z inteligenckiej świadomości pokoleń Polaków.

Na łamach Życia towarzyskiego i uczuciowego Tyrmand bezlitośnie obnaża małość postaw środowiska inteligencji twórczej, pisarzy, dziennikarzy i filmowców, a przede wszystkim ich służalczość wobec komunistów. Książki nie udało mu się w Polsce wydać, co stało się ostatecznym powodem emigracji pisarza. Fragment, jaki ukazał się w tygodniku Kultura, wywołał skandal. Nic dziwnego. Wielu luminarzy polskiej kultury rozpoznało wśród bohaterów samych siebie.

Opinie o ebooku Życie towarzyskie i uczuciowe - Leopold Tyrmand

Fragment ebooka Życie towarzyskie i uczuciowe - Leopold Tyrmand






Co­py­ri­ght © 2009, Mary El­len Tyr­mand

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw.

ISBN: 978-83-7779-093-9

Pro­jekt okład­ki: Elż­bie­ta Choj­na

Skład i ła­ma­nie: Da­riusz Pudo

Ko­rek­ta: Mi­chał Bo­run

www.wy­daw­nic­twomg.pl

kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


Po­sta­cie, zda­rze­nia, sy­tu­acje i dia­lo­gi po­niż­szej opo­wie­ści nie mają od­po­wied­ni­ków w ży­ciu. Są fik­cją, two­rem ima­gi­na­cji.

Stąd po­cho­dzi, iż każ­dy szcze­bel, na któ­ry wzno­si­my się w świe­cie, od­da­la nas jesz­cze od praw­dy, gdyż lu­dzie bar­dziej boją się zra­nić tych, któ­rych życz­li­wość jest ko­rzyst­niej­sza, a nie­chęć groź­niej­sza. Mo­nar­cha może być po­śmie­wi­skiem ca­łej Eu­ro­py, a tyl­ko on sam nie bę­dzie o tym nic wie­dział. Nie dzi­wię się: mó­wie­nie praw­dy jest ko­rzyst­niej­sze dla tego, komu się ją mówi, ale nie­ko­rzyst­ne dla tych, któ­rzy ją mó­wią, bo ścią­ga­ją na się nie­na­wiść. Owo ci, któ­rzy żyją w po­bli­żu moż­nych, bar­dziej mi­łu­ją wła­sne ko­rzy­ści niż do­bro ksią­żę­cia, któ­re­mu słu­żą; nie pil­no im tedy świad­czyć mu przy­słu­gę, szko­dząc so­bie sa­mym.

Bla­ise Pas­cal, My­śli, Dział Dru­gi, 100 (Mi­łość wła­sna)


CZĘŚĆ PIERWSZA
ŻYCIE TOWARZYSKIE


ROZDZIAŁ PIERWSZY

1.

Więk­szość do­mów w do­rze­czu uli­cy Tam­ka to domy ob­szar­pa­ne. Tu i ów­dzie łata się spar­szy­wie­nia mu­rów, obok po­wsta­ją domy nowe. Na Po­wi­ślu po­ża­ry sza­la­ły oszczęd­niej, to­też za­raz po woj­nie za­miesz­ka­ło tu bar­dzo dużo lu­dzi. Po­ko­je, kuch­nie i ła­zien­ki za­lud­ni­ły się do gra­nic wsty­du i od­por­no­ści psy­chicz­nej, bio­lo­gia ma­sa­kro­wa­ła po­czu­cie jed­nost­ko­wej god­no­ści, a tak­że fu­try­ny i ar­ma­tu­rę sa­ni­tar­ną. Na­to­miast mury nie drgnę­ły, sta­ły się tyl­ko ka­pra­we, całe w li­sza­jach i ły­si­nach. Na­resz­cie w oj­czyź­nie – po­my­ślał An­drzej, wcho­dząc w bra­mę. Skle­pie­nie bra­my zia­ło pust­ką po wy­łu­pa­nej pięt­na­ście lat temu gla­zu­rze, sta­lo­wa obu­do­wa win­dy wy­pru­ta była ze szkła. Pol­ska, co? – pęcz­niał w ser­cu za każ­dym ra­zem, gdy prze­kra­czał gra­ni­cę, kie­dy stwier­dzał, że mu coś sma­ku­je, kie­dy szo­fer tak­sów­ki z war­szaw­ską in­to­na­cją zre­fe­ro­wał mu swe po­glą­dy na sy­tu­ację mię­dzy­na­ro­do­wą.

Na­ci­snął dzwo­nek czte­ry razy, zgod­nie z in­struk­cją na jed­nej z kar­te­czek po­kry­wa­ją­cych drzwi. Drzwi otwo­rzy­ły się, uwal­nia­jąc za­pa­chy ciem­ne­go ko­ry­ta­rza: ko­tów, sma­żo­nej sło­ni­ny, sta­rych me­bli. W szpa­rze po­ja­wi­ła się siwa gło­wa w pa­pie­ro­wych pa­pi­lo­tach. – Dzień do­bry – uśmiech­nął się An­drzej – pani Ste­fa­nio. – Oczy ko­bie­ty zła­god­nia­ły. – A, pan Fe­lak – po­wie­dzia­ła, wy­cie­ra­jąc ręce w far­tuch. – Pro­szę bar­dzo. Jak miło! Kie­dy pan wró­cił? – Wczo­raj – rzekł An­drzej. – Na­resz­cie… – Wy­ma­wiał sło­wa przy­jaź­nie, cie­pło: tym, dla któ­rych były prze­zna­czo­ne, wy­da­wa­ły się we­so­łe i krze­pią­ce.

– Niech pan sia­da – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta po chwi­li, w po­ko­ju czy­stym i cia­snym: dwa wy­so­ko za­sła­ne łóż­ka i jesz­cze ra­dio, na ra­diu lamp­ka i książ­ki, na książ­kach bu­dzik, na bu­dzi­ku mały mu­rzy­nek z ce­lu­lo­idu, na ścia­nie ob­raz z pod­mo­kłą łąką i po­ran­ną mgłą wśród eg­zal­to­wa­nych brzóz i bro­dzą­cych cza­pli, obok ka­len­darz li­nii lot­ni­czych Sa­be­na, pre­zen­tu­ją­cy w tym mie­sią­cu pa­go­dę w Bang­ko­ku.

– Nie ma jak w domu – wes­tchnął An­drzej. – Za­le­ży komu – uśmiech­nę­ła się ko­bie­ta. – Jak ktoś ma ta­kie miesz­ka­nie jak pan. – Za to są inne kło­po­ty. Zna pani Po­la­ka bez kło­po­tów? – Mę­czy­my się – zgo­dzi­ła się ko­bie­ta. – Wie pan jak jest? – Wiem – przy­tak­nął An­drzej skwa­pli­wie. – No więc? – skrzy­wi­ła się. – Pan prze­cież też tak kie­dyś miesz­kał. – Ach – roz­ma­rzył się An­drzej – cu­dow­ne cza­sy… By­łem mło­dy i chcia­ło mi się wszyst­kie­go. Są­sie­dzi pani też la­ta­mi się nie ru­sza­ją? – Do­kąd? – po­wie­dzia­ła na­pa­stli­wie. – Kto im coś da? Krost­ko­wa ma stra­gan na ba­za­rze, Ga­jek jest akwi­zy­to­rem w ubez­pie­cze­niach, pan Torf­man szy­je ko­szu­le dla spół­dziel­ni. Ja sprzą­tam. Tyle że Irka ma szan­sę. W niej cała na­dzie­ja. Jest już na­wet bli­sko na li­ście. – Wła­śnie! – ucie­szył się An­drzej. – Jak Irka? – Le­piej – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. – Bar­dzo jej po­mógł ten or­to­pe­dycz­ny but. Je­zus Ma­ria!… Jesz­cze panu na­wet nie po­dzię­ko­wa­łam… – Pani Ste­fa­nio – uczy­nił gest pro­szą­cy – nie ma o czym mó­wić. – Jak to… – po­ru­szy­ła się nie­cier­pli­wie. – Dok­to­ra pan za­ła­twił i przy­słał pan tę wkład­kę. Na pew­no za do­la­ry, praw­da? – Ale za pań­stwo­we – uspo­ko­ił ją. – Dzię­ku­ję panu – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta ci­cho. – Irka te­raz cho­dzi le­piej, mniej się mę­czy. W pra­cy same awan­se, jest już kie­row­nicz­ką dzia­łu. W ogó­le, do­bra cór­ka, mam z niej po­cie­chę. Po no­cach nie lata, do kina, do te­atru, wszę­dzie ze mną. – Pani Ste­fa­nio, wpad­nie pani do nas po­sprzą­tać? – E, tam – od­par­ła nie­chęt­nie – już zno­wu znie­śli tro­chę świąt ko­ściel­nych. Tyle co nie­dzie­la czło­wie­ko­wi zo­sta­ła. – Parę zło­tych się pani przy­da – rzekł układ­nie – i… – za­wa­hał się – mam jesz­cze do pani mały in­te­res…

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, po czym we­szła chu­da, zwię­dła ko­bie­ta. – O, prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła, ale nie wy­szła, tyl­ko tar­ła tłu­sty nos. – Co się sta­ło, pani Krost­ko­wa? – spy­ta­ła Ste­fa­nia po­god­nie. – Niech pani zgad­nie, ile ode mnie chcą za te parę sztuk ny­lo­no­wych maj­tek i kre­my do twa­rzy? – Krost­ko­wa po­sta­wi­ła pro­blem ja­sno i bez wstę­pów. – Te, co mi wczo­raj sio­strze­niec przy­słał z Fran­cji, wie pani? – Z pięć­set zło­tych? – zga­dła Ste­fa­nia fa­cho­wo. – Dzie­więć­set pięć­dzie­siąt z czymś – ob­wie­ści­ła Krost­ko­wa. – Pod­nie­śli cło o dzie­sięć pro­cent. – Coś po­dob­ne­go… – za­fra­so­wa­ła się Ste­fa­nia. – Pod­nie­śli cło? – za­in­te­re­so­wał się An­drzej. – Na wszyst­ko? – Nie wiem – rze­kła Krost­ko­wa zgryź­li­wie. – Na majt­ki i ko­sme­ty­ki, to wiem. – Nie dają lu­dziom żyć – wes­tchnę­ła Ste­fa­nia. – Co to komu szko­dzi, że ja do­sta­nę z za­gra­ni­cy i sprze­dam! – de­ner­wo­wa­ła się Krost­ko­wa. – Ten, co po­trze­bu­je, ma, ja za­ro­bię, a rze­czy w Pol­sce przy­by­wa, no nie? – No tak – zgo­dził się chęt­nie An­drzej. – Co to komu szko­dzi? – Ech, sko­nać moż­na! – pani Krost­ko­wa wy­da­ła z sie­bie ro­dzaj za­wo­dze­nia i opu­ści­ła na­raz po­kój.

– Bied­na ko­bie­ta – uża­lił się An­drzej. – Nie taka bied­na – po­in­for­mo­wa­ła go Ste­fa­nia. – Majt­ki i kre­my nie od sio­strzeń­ca, tyl­ko od jed­nej eme­ryt­ki z ka­mie­ni­cy obok, któ­ra ma ko­goś w Pa­ry­żu. Jak pod­no­szą cło, to łu­pią w sta­rusz­kę, gdyż Krost­ko­wa nie może tra­cić na han­dlu. Zna pan ży­cie? – Znam – przy­znał An­drzej. – Mój szwa­gier – po­wie­dzia­ła Ste­fa­nia z prze­ką­sem – do­stał spa­dek, gdzieś pod Wil­nem. Po­je­chał do Ro­sji, sprze­dał zie­mię i przy­wiózł za to no­we­go mo­skwi­cza. I wie pan co? Taki po­da­tek wła­do­wa­li, że mu­siał sprze­dać mo­skwi­cza i jesz­cze z pen­sji żony do­ło­żyć. A obo­je pra­cu­ją­cy, on na­wet ja­kiś rad­ny w Ra­dzie Dziel­ni­co­wej. I co z tego ma? – Smut­ne – rzekł An­drzej. – Co bę­dzie z pra­niem, Ste­fa­nio? – Dla­cze­go pro­sty czło­wiek nie może so­bie przy­wieźć mo­skwi­cza? – Ste­fa­nia że­glo­wa­ła po za­gad­kach ży­cia, pcha­na wi­chra­mi nie­uko­jo­nych go­ry­czy. – Za wła­sne pie­nią­dze, po oj­cach ro­bot­ni­kach i chło­pach? Pra­nie? – przy­szła do sie­bie. – Kto dziś bie­rze pra­nie? My­dło dro­gie, zdro­wie dro­gie i w ogó­le co za ho­nor? Niech prze­mysł pie­rze… – Ode mnie pani weź­mie… – rzekł An­drzej słod­ko – i niech pani słu­cha: ma do mnie coś przyjść z za­gra­ni­cy. – Co? – spy­ta­ła z na­głą gor­li­wo­ścią. – Pod­ło­ga z two­rzyw sztucz­nych. Wy­glą­da jak pu­szy­sty dy­wan w róż­nych ko­lo­rach. Może wi­dzia­ła pani kie­dyś w ki­nie albo na ilu­stra­cjach? – Nie – po­wie­dzia­ła Ste­fa­nia pod­nie­co­na – ale musi być faj­ne. – Jest – przy­znał An­drzej. – Fir­ma w Szwaj­ca­rii cze­ka na ad­res, aby wy­słać prze­sył­kę. To bę­dzie pani ad­res, do­brze? – Chęt­nie – zgo­dzi­ła się – Dla pana wszyst­ko, pa­nie re­dak­to­rze. Tyl­ko po co ten nu­mer? – Do­sta­nie pani for­sę i za­pła­ci pani cło – rzekł An­drzej. Ste­fa­nia mil­cza­ła, za­sta­na­wia­jąc się, co kry­je się w tym, ale wszyst­ko wy­da­wa­ło się czy­ste i w po­rząd­ku, jak na jej ro­ze­zna­nie. – Może wy­stą­pić o zniż­kę? – spy­ta­ła. – Jako pra­cu­ją­ca. Pra­cu­ję te­raz ofi­cjal­nie, sprzą­tam w Naj­wyż­szej Izbie Kon­tro­li. – Nie – po­wie­dział An­drzej – za­pła­ci pani, ile będą chcie­li. Żad­nych kom­bi­na­cji. To bę­dzie duża prze­sył­ka i cięż­ka, opła­ci się pani ją ode­brać… – Ro­zu­miem… – po­my­śla­ła, spły­nę­ła na nią bło­gość po­zna­nia. Wszyst­ko ka­pu­ję. On nie chce, żeby do nie­go przy­cho­dzi­ły ta­kie luk­su­sy. Czło­wiek na sta­no­wi­sku nie może so­bie na to po­zwo­lić… – Za­ła­twi­my jak na­le­ży – po­wie­dzia­ła usłuż­nie. – Och! – do­da­ła ze współ­czu­ciem – nie dają lu­dziom żyć. Co im to szko­dzi, że ktoś ma pu­szy­stą pod­ło­gę z pla­sti­ku? Że so­bie spro­wa­dzi ze Szwaj­ca­rii? Prze­cież w ten spo­sób kraj się wzbo­ga­ca, nie?…

2.

Urok do­brych dziel­nic – my­ślał An­drzej, wy­sia­da­jąc z tak­sów­ki. Jak koło mo­stu d’Alma, albo na Park Lane. Za­pła­cił szo­fe­ro­wi, do­da­jąc nie­zły na­pi­wek. Szo­fer na­wet nie po­dzię­ko­wał.

Ale­je Ujaz­dow­skie lśni­ły mo­krym as­fal­tem po­śród świe­żej zie­le­ni roz­le­głych, wio­sen­nych par­ków. Wszedł w bocz­ne wej­ście gma­chu o ce­chach ze­szło­wiecz­nej ar­chi­tek­tu­ry rzą­do­wej: po obu stro­nach ta­bli­ce z go­dłem na­ro­do­wym od­ry­so­wa­nym skru­pu­lat­nie, co do jed­ne­go pió­ra. Ci­chy, czy­sty ko­ry­tarz, wy­ło­żo­ny ma­li­no­wym chod­ni­kiem, pro­wa­dził wśród bia­łe­go la­kie­ru dwu­skrzy­dło­wych drzwi o klam­kach umiesz­czo­nych wy­so­ko i wzbu­dza­ją­cych re­spekt przed na­ci­śnię­ciem; w po­wie­trzu uno­sił się za­pach wła­dzy ad­mi­ni­stra­cyj­nej Eu­ro­py Środ­ko­wej, jed­na­ki w ta­kich gma­chach po­mię­dzy Woł­gą a Re­nem. Nie jest to zresz­tą naj­gor­szy za­pach – za­ku­rzo­nych akt, ko­bie­cych per­fum, do­bre­go ty­to­niu, sta­rych dy­wa­nów i no­wej far­by nie­usta­ją­cych od­nów – mą­dre księ­gi na­szej kul­tu­ry prze­sy­co­ne są nim do­szczęt­nie.

Za­pu­kał do drzwi i wszedł: w głę­bi wą­skie­go po­ko­ju o ogrom­nym oknie se­kre­tar­ka unio­sła gło­wę. – Moje na­zwi­sko Fe­lak – rzekł, pod­cho­dząc do biur­ka. – Te­le­fo­no­wa­łem rano.

– Tak – po­wie­dzia­ła se­kre­tar­ka – pan re­dak­tor Fe­lak. – Uśmiech­nę­ła się uj­mu­ją­co: mia­ła ład­ne oczy w zmę­czo­nej twa­rzy, ma­ki­jaż nie był w sta­nie za­trzeć dłu­gie­go dnia pra­cy. – Po­wia­do­mi­łam mi­ni­stra o pań­skim te­le­fo­nie. Bar­dzo prze­ła­do­wa­ny dzień… Pro­szę, niech pan spo­cznie – se­kre­tar­ka wsta­ła i ob­cią­gnę­ła w ta­lii pu­lo­wer z cien­kiej weł­ny. Była bar­dzo zgrab­na, – Zo­ba­czę, co się da zro­bić – uśmiech­nę­ła się i na­ci­snę­ła ostroż­nie klam­kę obi­tych drzwi. An­drzej za­pa­lił pall mal­la i usiadł przy pseu­do­em­pi­ro­wym sto­le, po­kry­tym sta­ry­mi nu­me­ra­mi „Przy­jaź­ni”, „Kra­ju Rad” i „Po­lo­nii”. Się­gnął po po­piel­nicz­kę, drzwi od ko­ry­ta­rza otwo­rzy­ły się i sta­nę­ła w nich ele­ganc­ko ubra­na pani.

Na­tych­miast na jej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz en­tu­zja­stycz­nej ra­do­ści, bar­dzo ko­le­żeń­ski, a jed­no­cze­śnie pe­łen dys­tyn­go­wa­ne­go trze­po­ta­nia po­wiek i rzęs – czy­li taki wy­raz twa­rzy, za po­mo­cą ja­kie­go wy­twor­ne damy uda­ją ser­decz­nych sier­żan­tów, wi­ta­ją­cych nie­wi­dzia­ne­go od lat kum­pla; uczy­ni­ła pół­przy­siad, wy­chy­li­ła gło­wę do przo­du i krzyk­nę­ła: – An­drzej! – za­cho­wu­jąc kon­tro­lę nad do­no­śno­ścią okrzy­ku i jego dziar­sko­ścią, aże­by nie ze­psuć cha­rak­te­ru wi­do­wi­ska, a jed­no­cze­śnie ni­ko­mu nie prze­szka­dzać. – An­drzej! – po­wtó­rzy­ła z umiar­ko­wa­ną fre­ne­zją. – Ty w War­sza­wie? Już? – Ro­zej­rza­ła się uważ­nie na stro­ny, jak­by nie wie­dzia­ła, że w po­ko­ju ni­ko­go poza nimi nie ma. – Nie mo­że­my tu ro­bić tyle ha­ła­su… – ści­szy­ła głos jak mały chło­piec w kon­spi­ra­cji przed ro­dzi­ca­mi. – Jesz­cze nas stąd wy­rzu­cą… – Mó­wiąc to, zda­wa­ła się wie­rzyć, że ktoś kie­dyś ze­chciał­by ją skądś wy­rzu­cić, cho­ciaż jest mo­ro­wa, słod­ka, bez­rad­na, usto­sun­ko­wa­na, cza­ru­ją­ca, wy­kwint­na, dow­cip­na oraz pięk­na. – Teo­do­zja! – ucie­szył się An­drzej i po­ca­ło­wał ją w oba po­licz­ki. – Nie wie­dzia­łem, że już je­ste­ście w kra­ju. Jak An­to­ni? – An­to­ni… – za­czę­ła Teo­do­zja ta­jem­ni­czo, jak­by szy­ko­wa­ła się do opo­wie­ści z ży­cia Tom­ka Sa­wy­era. – Ach, An­to­ni ma mi­lion kło­po­tów – zmie­ni­ła na­gle ton na wiel­ko­świa­to­wy. – Przede wszyst­kim… zło­te ryb­ki. Wy­obraź so­bie, że te naj­rzad­sze oka­zy ja­poń­skie… na­zy­wa­ją się „Ble­ek” czy coś ta­kie­go, tego nikt na pew­no nie wie… co to je An­to­ni zbie­rał la­ta­mi i kosz­to­wa­ły ma­ją­tek… wy­obraź so­bie, nie mogą się w Pol­sce za­akli­ma­ty­zo­wać. Dwie już zde­chły. Coś im się tu­taj nie po­do­ba. Jak my­ślisz, co?… – Uśmiech­nę­ła się ca­łym gar­ni­tu­rem olśnie­wa­ją­cych zę­bów, pie­lę­gno­wa­nych w naj­droż­szych ame­ry­kań­skich in­sty­tu­tach; te zęby, cięż­kie blond wło­sy ko­lo­ru sta­re­go zło­ta i czar­ne, cie­pło pa­trzą­ce oczy były je­dy­ny­mi atry­bu­ta­mi sku­tecz­nych walk w twa­rzy dość po­spo­li­tej, utrzy­my­wa­nej w sta­nie go­to­wo­ści bo­jo­wej przez osią­gnię­cia współ­cze­snej che­mii. An­drzej śmiał się dys­kret­nie: – Ach, Teo­do­zjo, za­wsze taka sama… – Pra­gnął zri­po­sto­wać jej alu­zję, lecz nie po­tra­fił: czuł się za­wsze gor­szy w obec­no­ści tej ko­bie­ty, mę­czył go przy niej nie­do­wład by­stro­ści i dow­ci­pu, za co jej nie cier­piał. Zda­wał so­bie jed­nak w peł­ni spra­wę, ja­kim grze­chem jest nie zno­sić ko­goś tak uczyn­ne­go, uży­tecz­ne­go i usto­sun­ko­wa­ne­go, prze­to ją uwiel­biał.

– A ty? – szep­nę­ła Teo­do­zja. – Na co tu cze­kasz?

– Mam kło­po­ty z sa­mo­cho­dem – rzekł An­drzej z prze­ję­ciem. – To zna­czy z cłem. Wóz stoi jesz­cze w urzę­dzie cel­nym.

– Je­śli by­łeś po­nad rok za gra­ni­cą nie po­trze­bu­jesz w ogó­le pła­cić cła! – po­wie­dzia­ła Teo­do­zja trium­fal­nie. – Zu­peł­nie nic. Nie wiem, czy o tym wiesz? Tak jak my.

– Nie do­cią­gną­łem do roku. Gdzie mnie do was? – do­dał z zja­dli­wą życz­li­wo­ścią. – Mu­szę pła­cić. A na co ty tu cze­kasz? – Nie zdo­łał się po­ha­mo­wać, acz­kol­wiek wie­dział, że nie na­le­ży py­tać.

– Ko­cha­nie – Teo­do­zja była samą wy­lew­no­ścią – czy my­ślisz, że moż­na coś za­ła­twić w tym kra­ju? Wszy­scy po­ma­ga­ją ci jak mogą i cią­gle ci cze­goś brak. Ach, żeby wresz­cie po­czuć się na­praw­dę za­in­sta­lo­wa­nym i móc za­pro­sić was na san­dwi­cza i bu­tel­kę cam­pa­ri!

– Cóż wam bra­ku­je? – do­bro­tli­wą iro­nią usi­ło­wał wy­rów­nać jej nie­do­mó­wie­nia.

– Kil­ku­set rze­czy – od­pa­ro­wa­ła szyb­ko. – Od pie­nię­dzy do cza­su. Po­przez mi­lio­ny par poń­czoch dla mo­ich có­rek i nu­mer re­je­stra­cyj­ny dla psa. Nie poj­mu­ję tyl­ko, po co tu przy­sze­dłeś.

An­drzej wska­zał na wy­pol­ste­ro­wa­ne drzwi. – Są­dzę, że on mi coś po­mo­że.

– Nie, z prze­mi­łym uśmie­chem nie za­ła­twi ci ni­cze­go, uszczę­śli­wio­ny, że nie musi ci ni­cze­go od­mó­wić. Po­in­for­mu­je cię tyl­ko, że te spra­wy za­ła­twia han­del za­gra­nicz­ny lub Cen­tral­ny Za­rząd Ceł. Po czym po­li­czy in­for­ma­cję za wy­świad­czo­ną ci przy­słu­gę. Uwa­żaj, to twar­dy ka­wał ło­tra!

An­drzej uśmiech­nął się po­błaż­li­wie. – Nie za­mie­rzam za­do­wo­lić się grzecz­ną in­for­ma­cją. Po­pro­szę o te­le­fo­nik. Je­den i sku­tecz­ny. Do han­dlu za­gra­nicz­ne­go lub Za­rzą­du Ceł.

– Po co? – oczy Teo­do­zji były peł­ne od­da­nia. – Pan re­dak­tor Fe­lak sam może udać się gdzie trze­ba i za­ła­twić co trze­ba, bez stra­ty punk­tu tam, gdzie nie trze­ba. Zresz­tą…

– Co zresz­tą? – spy­tał czuj­nie.

– Coś mi przy­szło do gło­wy…

– Teo­do­zjo… – głos An­drze­ja wy­peł­nił się proś­bą i po­dzi­wem.

– Jesz­cze dziś do cie­bie za­dzwo­nię. Ach, prze­cież i tak spo­tka­my się wie­czo­rem…

An­drzej skło­nił się lek­ko. – Ty i ja? – spy­tał zna­czą­co, na pod­kła­dzie ochron­nej drwi­ny. Nig­dy nie za­mie­rzał dać jej do zro­zu­mie­nia, że jest go­tów, nig­dy też nie po­wie­dział jej tego otwar­cie, bo­jąc się śmiesz­no­ści.

– Oba­wiam się, że nasz czas jesz­cze nie nad­szedł… – Teo­do­zja wes­tchnę­ła za­lot­nie: była to za­lot­ność uni­wer­sal­na, pa­so­wa­ła do każ­de­go; prze­su­nię­cie w bar­wie gło­su zmie­nia­ło ją do­wol­nie na szy­der­stwo, kor­dial­ność albo so­lid­ną pro­po­zy­cję ero­tycz­ną. – Po pro­stu zo­ba­czy­my się u pani Stoll. Mó­wi­ła, że bę­dzie­cie.

Se­kre­tar­ka wy­szła ci­cho z ga­bi­ne­tu. – Dzień do­bry, pani – uśmiech­nę­ła się do Teo­do­zji. – Ko­cha­nie – roz­pro­mie­ni­ła się Teo­do­zja – dla­cze­go taka mi­zer­na? Za­pra­co­wa­ne bie­dac­two… – Uśmiech se­kre­tar­ki skrzy­wił się nie­co: tro­skli­wość Teo­do­zji była dla niej za­szczy­tem, uwa­gi na te­mat wy­glą­du mo­bi­li­zo­wa­ły na­tu­ral­ną wro­gość; w po­ko­ju znaj­do­wał się męż­czy­zna, nie za­le­ża­ło jej na nim zu­peł­nie, ale był.

– Pan mi­ni­ster – za­czę­ła se­kre­tar­ka ostroż­nie – prze­pra­sza pana re­dak­to­ra, ale oba­wia się…

Co się bar­dziej opła­ca? – my­ślał An­drzej. – Ob­ra­zić się czy oka­zać do­bro­dusz­ną wy­ro­zu­mia­łość? Mi­ni­ster nie był ani po­li­ty­kiem, ani ar­ty­stą, ani czło­wie­kiem z to­wa­rzy­stwa, lecz dy­gni­ta­rzem, urzęd­ni­kiem, któ­re­go nie spo­ty­ka się pry­wat­nie. – Ro­zu­miem – prze­rwał se­kre­tar­ce z przy­ja­znym gry­ma­sem. – Nie ma o czym mó­wić. Po pro­stu wpa­dłem nie­umó­wio­ny.

– Pan mi­ni­ster prze­pra­sza i pro­po­nu­je… – se­kre­tar­ka usi­ło­wa­ła po­wie­dzieć do­kład­nie, co mia­ła na­ka­za­ne: była zna­ko­mi­tą se­kre­tar­ką i wie­dzia­ła, że świat sto­sun­ków jest nie­prze­nik­nio­ny, wy­my­ka się wszel­kie­mu po­zna­niu, ście­ra­ją się w nim cha­otycz­nie siły naj­bar­dziej nie­opa­no­wa­ne­go przy­pad­ku. – Ależ nie ma o czym mó­wić – prze­rwał An­drzej i wy­cią­gnął do niej rękę, po­da­ła mu swo­ją z le­d­wie za­uwa­żal­ną uni­żo­no­ścią. An­drzej trzy­mał jej dłoń o uła­mek se­kun­dy dłu­żej w swo­jej: nie uczy­ni­ło jed­nak to na niej wra­że­nia, a przy­najm­niej ni­czym nie dała po­znać, że ode­bra­ła sy­gnał. – Za­te­le­fo­nu­ję – rzekł An­drzej – i umó­wię się. Czy pani tu za­wsze urzę­du­je? – Zmie­nia mnie ko­le­żan­ka – po­wie­dzia­ła se­kre­tar­ka – ale ją uprze­dzę. Nie bę­dzie pan miał żad­nych trud­no­ści, pa­nie re­dak­to­rze.

– Może pani po­zwo­li – rze­kła se­kre­tar­ka do Teo­do­zji.

Uchy­li­ła wy­pol­ste­ro­wa­ne drzwi. – Pa – ski­nę­ła Teo­do­zja An­drze­jo­wi. – Tym­cza­sem – od­parł An­drzej. – Do wi­dze­nia. – I wy­szedł. Teo­do­zja szyb­kim ru­chem zrzu­ci­ła na krze­sło płaszcz z de­li­kat­nej skó­ry śmie­tan­ko­we­go ko­lo­ru, po­pra­wi­ła wło­sy i roz­ło­ży­ła ra­mio­na ru­chem ta­necz­nym, a tak­że nie­co ru­basz­nym, lecz bez nad­mier­nej po­ufa­ło­ści. – Ko­cha­ny! – za­wo­ła­ła w głąb ga­bi­ne­tu. – Nie wi­dzie­li­śmy się od wie­ków! Po­nad dwa dni, czyż nie?… – We­szła lek­kim kro­kiem do środ­ka.

Se­kre­tar­ka za­mknę­ła za nią ci­cho drzwi i po­de­szła do krze­sła, na któ­rym le­żał płaszcz. Dłu­go ba­da­ła koń­ca­mi pal­ców wraż­li­wą mięk­kość skó­ry, gła­dząc jej chłod­ną po­wierzch­nię, po czym wło­ży­ła płaszcz i przej­rza­ła się do­kład­nie w szy­bie otwar­te­go okna, opar­tej o ciem­ną szto­rę.

3.

W miesz­ka­niu pa­no­wał nie­ład: ku­rze nie­ście­ra­ne od mie­się­cy, ścia­ny i me­ble po­kry­te war­szaw­skim wszę­dzie prze­ni­ka­ją­cym py­łem, roz­rzu­co­ne wa­liz­ki, bie­li­zna i przy­bo­ry to­a­le­to­we.

An­drzej krę­cił się nie­zde­cy­do­wa­nie, wresz­cie wy­brał od­le­głą pół­kę w sza­fie ścien­nej i po­ło­żył tam książ­kę. Usi­ło­wał od­wie­sić płaszcz, lecz wszę­dzie było brud­no, wo­bec tego rzu­cił go na krze­sło. Fo­tel, na któ­rym chciał usiąść, aby przej­rzeć stos pocz­ty, był tak za­ku­rzo­ny, że do­tyk jego po­rę­czy po­kry­wał ręce war­stwą bru­du. Sta­nął więc przy oknie, dość bez­rad­nie. Lu­bił to miej­sce: ma­szy­na do pi­sa­nia sta­ła na biur­ku, w głę­bi po­ko­ju, za­zwy­czaj scho­dził parę kro­ków przez dy­wan ku oknu, o sto­pień ni­żej, w okien­ną wnę­kę, i opie­rał łok­cie o pa­ra­pet. Wra­cał za­wsze do tego miesz­ka­nia z uczu­ciem czło­wie­ka wzru­sza­ją­ce­go się je­dze­niem ulu­bio­nej po­tra­wy. Z okna wi­dać było prze­ciw­le­gły brzeg Wi­sły, as­fal­to­wą jezd­nię bul­wa­ru, nad nią drze­wa Ogro­du Zoo­lo­gicz­ne­go, nad nimi ogrom­ną kon­struk­cję neo­no­wych li­ter: ZOO; z le­wej ro­sły punk­tow­ce Pra­gi II. My­ślał nie­chęt­nie: Nowa pod­ło­ga ze Szwaj­ca­rii wy­ma­ga cze­goś lep­sze­go niż to miesz­ka­nie. Paw­ła nie moż­na w nie­skoń­czo­ność trzy­mać w Gdań­sku, dwa po­ko­je z kuch­nią to tro­chę za mało dla trzech osób i po­mo­cy do­mo­wej.

Spu­ścił wie­ko roz­ło­ży­stej se­kre­ta­ry i po­ło­żył na­rę­cze ko­pert, li­stów i dru­ków; po tej czyn­no­ści wi­zy­ta w ła­zien­ce sta­ła się nie­unik­nio­na. Żół­te i czar­ne ścia­ny ła­zien­ki, po­kry­te far­bą emul­syj­ną, spro­wa­dzo­ną w ze­szłym roku z Ho­lan­dii, wy­da­ły mu się ob­la­złe i wy­le­nia­łe, w wan­nie peł­no było sa­dzy. Z od­krę­co­ne­go kur­ka po­to­czy­ło się parę kro­pel że­liw­nej wody, po czym rury umil­kły i tro­chę bru­nat­ne­go szla­mu ze­bra­ło się na dnie umy­wal­ni. W tym kra­ju – po­my­ślał – ka­na­li­za­cja ma ży­cie wła­sne, nie­za­leż­ne od woli czło­wie­ka…

Prze­cho­dząc obok te­le­fo­nu wy­krę­cił nu­mer, sły­chać było łą­cze­nie, lecz po dru­giej stro­nie nikt się nie mel­do­wał. Co się dzie­je z tą idiot­ką? – po­my­ślał z roz­draż­nie­niem. Wy­krę­cił nowy nu­mer.

– Halo? – roz­legł się głos le­ni­wy i znu­dzo­ny. – Czy to ad­mi­ni­stra­cja? – spy­tał An­drzej. – Zga­dza się. Co jest? – U nas nie ma wody – rzekł An­drzej układ­nie. – A kto mówi? – głos oka­zał po­gar­dę dla no­wi­ny. – Fe­lak – rzekł An­drzej i po­czuł się pew­niej, jak za­wsze gdy zry­wał z ano­ni­mo­wo­ścią. – Aaa, re­dak­tor Fe­lak – głos prze­ja­wił ce­chy ura­do­wa­nia. – Do­brze, że pan dzwo­ni. Wła­śnie skie­ro­wa­li­śmy pań­ską spra­wę do sądu. – Moją? – zdzi­wił się An­drzej. – A to dla­cze­go? – He, he, he, pa­nie re­dak­to­rze, nie pła­ci pan je­de­na­ście mie­się­cy ko­mor­ne­go i pyta pan dla­cze­go… – Zo­sta­wi­łem pi­smo w ad­mi­ni­stra­cji, za­po­wia­da­ją­ce mój wy­jazd służ­bo­wy. Czy jest kie­row­nik Ko­py­ciń­ski? – Nie ma – od­parł głos bez­tro­sko – i już nie bę­dzie. Aresz­to­wa­ny. Jest nowy kie­row­nik. – Czy to zna­czy, że nowy kie­row­nik nie za­ła­twia sta­rych spraw? – Nie znam się na tym – głos ochłódł wy­raź­nie. – Kie­row­nik ma pra­wo nie wie­dzieć, co pan za­ła­twiał ze sta­rym kie­row­ni­kiem. Za­rząd Go­spo­dar­ki Miesz­ka­nio­wej wier­cił mu dziu­rę w brzu­chu, po­dał do sądu i ma spo­kój. – Niech mu pan po­wie – rzekł An­drzej – że jak nie wy­co­fa na­tych­miast skar­gi, to gorz­ko tego po­ża­łu­je. I wy wszy­scy. Co z wodą? – Nie moja rzecz – głos ob­ra­ził się. – Ja je­stem od in­ka­sa. Od wody są hy­drau­li­cy. – An­drzej po­ło­żył słu­chaw­kę bez sło­wa.

Roz­legł się od­głos klu­cza w zam­ku i we­szła Elż­bie­ta. – Nie ma wody – po­wie­dział An­drzej.

– Woda jest – rze­kła Elż­bie­ta. – Rano, jak wy­sze­dłeś, za­czę­ła się na­gle lać ze wszyst­kich kur­ków. Do­zor­ca za­krę­cił coś w kuch­ni.

An­drzej zna­lazł pod zle­wem okrą­głe, ostre kół­ko i zra­nił so­bie od razu pa­lec. Po czym roz­legł się do­no­śny szum i w ca­łym miesz­ka­niu po­pły­nę­ła wart­ko woda z kur­ków. Umył szyb­ko ręce i rzu­cił się do za­krę­ca­nia.

W po­ko­ju Elż­bie­ta sta­ła nad otwar­tą szu­fla­dą ko­mo­dy imi­tu­ją­cej styl bie­der­may­er. – Przy­nio­słam rano pocz­tę – po­wie­dzia­ła spo­koj­nym gło­sem, za­cie­ra­jąc le­ciut­ko kon­tu­ry słów. – Aha… i to było jesz­cze dziś w skrzyn­ce.

Po­da­ła An­drze­jo­wi dużą ko­per­tę, z któ­rej wy­jął bia­ły kar­to­nik, po­kry­ty wy­kwint­nym dru­kiem: pod tło­czo­nym her­bem wid­nia­ło za­wia­do­mie­nie o przy­jem­no­ści, ja­kiej do­zna am­ba­sa­dor Fran­cji, je­śli bę­dzie miał oka­zję ucie­szyć się to­wa­rzy­stwem re­dak­to­ra An­drze­ja Fe­la­ka wraz z mał­żon­ką na przy­ję­ciu o cha­rak­te­rze kok­taj­lo­wym. – Nie dają czło­wie­ko­wi spo­ko­ju – po­wie­dział. – Już na kok­tajl.

– Co ty po­wiesz? – zdzi­wi­ła się uprzej­mie Elż­bie­ta; wie­dzia­ła, rzecz ja­sna, co za­wie­ra­ła nie­za­pie­czę­to­wa­na ko­per­ta. Kok­tajl sta­no­wił oko­licz­ność sprzy­ja­ją­cą, Elż­bie­ta uwa­ża­ła, że trze­ba szyb­ko po­ka­zać to, co się ma do po­ka­za­nia po przy­jeź­dzie z Pa­ry­ża: na­le­ża­ło być pierw­szą na ryn­ku osią­gnięć, to li­czy­ło się w ży­ciu, po­dziw i za­zdrość in­nych da­wa­ły ci­che uko­je­nie ser­cu.

An­drzej grze­bał w na­rę­czu pocz­ty. – By­łem u Ste­fa­nii – po­wie­dział.

– Zgo­dzi­ła się?

– Zgo­dzi­ła.

– Świet­nie – Elż­bie­ta po­de­szła do An­drze­ja i po­gła­dzi­ła go po po­licz­ku. – Ję­dru­siu, uwierz swo­jej głu­piej żo­nie. Tak jest le­piej. Za­le­d­wie za­pła­cisz cło za sa­mo­chód, we­zwą cię do urzę­du skar­bo­we­go, gdzie dłu­go i wy­czer­pu­ją­co bę­dziesz tłu­ma­czył, skąd wzią­łeś pie­nią­dze na jego kup­no.

– To samo cze­ka Ste­fa­nię.

– Już ty się o nią nie martw. Wie, że za­pła­cisz za nią po­da­tek. I do­ło­żysz za fa­ty­gę.

– Bę­dzie mu­sia­ła zło­żyć wy­ja­śnie­nia, skąd ta pod­ło­ga.

– Le­piej, że ona skła­mie, niż że­byś ty po­wie­dział praw­dę. Po­wie, że przy­słał jej Char­lie Cha­plin. Jest z nim spo­krew­nio­na lub był jej ko­chan­kiem w Hisz­pa­nii pod­czas woj­ny do­mo­wej.

– Moja dro­ga – An­drzej wzru­szył ra­mio­na­mi – te­raz jest in­a­czej. Do­ga­nia­my ka­pi­ta­lizm. Kie­row­nic­two wi­dzi chęt­nie ogól­ny pęd do ni­we­la­cji róż­nic mię­dzy nami a za­cho­dem. Każ­dy na swój spo­sób: je­den ku­pu­je mo­to­cykl mar­ki Ju­nak, inny pod­ło­gę z two­rzyw sztucz­nych. W tym nie ma nic zdroż­ne­go. Wszy­scy ulep­sza­ją swe ży­cie po­wsze­dnie, wzbo­ga­ca­ją sie­bie oraz łącz­ną sumę dóbr użyt­ko­wych kra­ju…

– Ko­cha­nie, niech inni wzbo­ga­ca­ją się na oczach ogó­łu. Ty wzbo­ga­caj się tak, żeby tego nikt nie wi­dział.

– Wy­star­czy spoj­rzeć na cie­bie – uśmiech­nął się krzy­wo.

– Do­brze ubra­na żona jest świa­dec­twem two­jej po­zy­cji – uśmiech­nę­ła się nie­ustę­pli­wie. – A pod­ło­ga z dłu­gim wło­sem to fa­na­be­ria. Wca­le nie je­stem pew­na, czy się spodo­ba róż­nym lu­dziom, mimo że ty wiesz le­piej, cze­go dziś kie­row­nic­two chce.

– Nie przy­pusz­czam, żeby pod­ło­ga mo­gła mi zruj­no­wać opi­nię.

– To się oka­że. Róż­ni lu­dzie zaj­mu­ją się tyl­ko roz­mo­wa­mi o tym, co kto ma i ile. Nie są groź­ni ci, któ­rzy dep­czą u nas tę pod­ło­gę, lecz ci, któ­rzy o niej mó­wią. Te po­ga­węd­ki za­czy­na­ją się już w urzę­dzie skar­bo­wym.

An­drzej za­pa­lił pa­pie­ro­sa i mil­czał. – Roz­trzą­sa­nia te trze­ba uciąć z miej­sca, od razu – po­wie­dział. – Za­ro­bi­łem, ku­pi­łem i już. Ko­niec. Mam pra­wo za za­ro­bio­ne pie­nią­dze ku­pić, co chcę.

– Co ty po­wiesz? – zdzi­wi­ła się Elż­bie­ta. – Za­ro­bi­łeś aż tyle, że ci star­czy­ło na po­byt tam, sa­mo­chód i tę cho­ler­ną pod­ło­gę? No, to za­raz spraw­dzi­my, czy wszyst­ko się zga­dza… tak po­wie­dzą in­spek­to­rzy po­dat­ko­wi. Nie miej ich za głup­szych, niż są. Chy­ba że… – Elż­bie­ta za­wa­ha­ła się i spoj­rza­ła ostro, bez­li­to­śnie na An­drze­ja.

– Chy­ba że co? – twarz An­drze­ja wy­ra­ża­ła obo­jęt­ność za wszel­ką cenę.

– Chy­ba – po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta chłod­no – że opo­wiesz o tej for­sie, któ­rą do­sta­łeś od Szwaj­ca­rów za ko­rek­tu­ry agen­cyj­ne…

Twarz An­drze­ja zmarsz­czy­ła się. – Tak, krzycz o tym na całe mia­sto, idiot­ko! – rzekł ci­cho, zwil­ża­jąc raz po raz war­gi. – Naj­le­piej leć do Ban­ku Na­ro­do­we­go i po­proś, żeby ob­li­czy­li, ile za­ro­bi­łem! Żeby za­żą­da­li wy­rów­na­nia, po któ­rym już w ży­ciu nie pod­nie­sie­my się…

– Czy ty tro­chę nie prze­sa­dzasz, Ję­dru­siu? – po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta. – Czy nie za­wo­dzą się ner­wy? Osta­tecz­nie, je­ste­śmy sami w miesz­ka­niu, je­śli nie li­czyć pa­ją­ków. Mąż i żona, jed­na du­sza w dwóch cia­łach, czyż nie?

Nie… – po­my­ślał An­drzej. – Wca­le nie… – Ko­cha­nie – rzekł po­wo­li – mu­si­my pa­mię­tać o przy­szło­ści. Nie mo­że­my być za­wsze za­leż­ni od za­faj­da­nych diet, wy­rwa­nych Pra­sie z gar­dła, od tych paru nędz­nych do­la­rów na po­dróż i ho­tel.

– Oczy­wi­ście – zgo­dzi­ła się Elż­bie­ta. – I dla­te­go le­piej bę­dzie, jak na­bę­dziesz tę pod­ło­gę tu, na miej­scu. Od nie­ja­kiej Ste­fa­nii, któ­ra otrzy­ma­ła ją ze Szwaj­ca­rii.

– Za­kła­da­jąc, że dana Ste­fa­nia nig­dy nie ujaw­ni tego ma­łe­go ko­ło­wrot­ku.

– Prze­cież to twój czło­wiek. Wier­ny i od­da­ny. – To była praw­da, a przy­najm­niej An­drzej chciał, żeby to była praw­da, wo­bec tego nic już nie mógł po­wie­dzieć. Elż­bie­ta od­wró­ci­ła się do nie­go i uśmiech­nę­ła: usta jej roz­chy­la­ły się okrą­gło w uśmie­chu, gię­ły de­li­kat­nie i mięk­ko, uka­zu­jąc nie­zbyt rów­ne, nie­co krót­kie zęby, pod­bró­dek sta­wał się peł­ny, dzie­cin­nie cięż­ki; ten po­god­ny uśmiech bu­dził nie­gdyś w An­drze­ju tkli­wość. – Dzwo­ni­ła pani Stoll – po­wie­dzia­ła. – Pój­dzie­my? – Sta­ra snob­ko – po­wie­dział czu­le. – Jak­byś mo­gła po­mi­nąć taką oka­zję…

– Co z książ­ką? – spy­ta­ła.

– Go­to­wa. Nie­ba­wem uka­że się w skle­pach.

Wy­cią­gnę­ła rękę po ko­le­żeń­sku, ser­decz­nie. – Win­szu­ję. Moje gra­tu­la­cje… A jak w re­dak­cji?

– For­sy mniej, niż się spo­dzie­wa­li­śmy. Na rękę do­sta­łem tyl­ko dzie­sięć ty­się­cy.

– Mat­ko świę­ta… – wes­tchnę­ła Elż­bie­ta. – Za książ­kę wzię­li­śmy już wszyst­ko. Jak my so­bie damy radę?

– Nie wiem – wes­tchnął An­drzej. – Mu­szę pi­sać.

– Kie­dy po­je­dzie­my po dziec­ko?

– Mu­szę się wresz­cie wziąć do ro­bo­ty – po­wtó­rzył. – To naj­pew­niej­szy spo­sób za­ro­bie­nia pie­nię­dzy.

– Co z dziec­kiem? – spy­ta­ła kłó­tli­wie.

Te­raz na­le­ża­ło ustą­pić od razu lub przy­jąć wal­kę. – Nie będę się od­ry­wał od na­gro­ma­dzo­ne­go z ta­kim tru­dem ma­te­ria­łu – po­wie­dział. – Nie rzu­cę pra­cy, nie­za­ła­twio­nej spra­wy auta, nie­za­pła­co­nych dłu­gów dla bzdur­ne­go kon­we­nan­su. Po­je­dziesz sama.

– Do­brze – zgo­dzi­ła się zim­no. – Cho­ciaż uwa­żam to za świń­stwo. Zresz­tą… czy­taj – wy­ję­ła z to­reb­ki list i po­da­ła An­drze­jo­wi.

An­drzej nie wy­cią­gnął ręki. – Opo­wiedz wła­sny­mi sło­wa­mi – rzekł.

– Po­dob­no Pa­weł za­cho­wu­je się aro­ganc­ko w szko­le i w domu. Pysz­ni się, że ma ro­dzi­ców za gra­ni­cą. Kłu­je w oczy swym oj­cem, sław­nym re­dak­to­rem, i od­no­si się do in­nych dzie­ci z po­gar­dą. Ostat­nio gro­ził na­uczy­ciel­ce, że jak mu się spodo­ba, to po­pro­si ta­tu­sia, żeby ją wy­rzu­ci­li z po­sa­dy, bo ta­tuś może w War­sza­wie wszyst­ko za­ła­twić. Co ty na to?

– Nic – po­wie­dział An­drzej obo­jęt­nie. Nie we mnie się wro­dził… – po­my­ślał za­wzię­cie. – Nie­zu­peł­nie wie­rzę w to, co pi­sze two­ja mat­ka. Zbyt do­brze ją znam.

– Nie wia­do­mo – po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta – co w to­bie bar­dziej po­dzi­wiać? Głu­po­tę czy brak wy­cho­wa­nia?

Za­raz usły­szę o mym po­cho­dze­niu… – po­my­ślał An­drzej ze znu­że­niem – mogę jej to zresz­tą uła­twić. – Prze­cież za­wie­ziesz im pre­zen­ty – rzekł swo­bod­nie. – Na pew­no będą z nich bar­dzo za­do­wo­le­ni.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła ci­sza. – Mam na­dzie­ję – po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta – że po­my­śla­łeś już o pie­nią­dzach dla wuja Raj­mun­da?

Było to ude­rze­nie nie­ocze­ki­wa­ne i moc­ne. – Moje głów­ne zmar­twie­nie – mruk­nął An­drzej. – Nie chciał­bym, żeby wuj Raj­mund źle so­bie o mnie po­my­ślał.

– I tak so­bie o to­bie źle my­śli – uśmiech­nę­ła się Elż­bie­ta po­god­nie. – Tym się nie przej­muj. Waż­ne jest, co uczy­ni, gdy od­wle­czesz mu w nie­skoń­czo­ność zwrot tej po­życz­ki. Jak za­cznie roz­ra­biać, plot­ka roz­nie­sie się i cała kom­bi­na­cja na nic. Dro­ga z lon­dyń­skie­go klu­bu Ogni­sko do war­szaw­skich władz fi­nan­so­wych jest krót­sza, niż się na po­zór wy­da­je.

Mia­ła ra­cję i An­drzej o tym wie­dział. Elż­bie­ta nie zna­ła do­kład­nie prze­bie­gu per­trak­ta­cji. „Dla­cze­go mam ci po­móc? – py­tał wuj Raj­mund z szy­der­czym uśmiesz­kiem pod pło­wym wą­sem – czy dla­te­go, że słu­żysz ko­mu­ni­stom? Że ro­bisz wszyst­ko, cze­go od cie­bie żą­da­ją?”. Do­wiódł mu, że wła­śnie dla­te­go. „W ten spo­sób masz mnie w ręku”, po­wie­dział bra­wu­ro­wo i ta bra­wu­ra zo­bo­wią­zy­wa­ła ich oby­dwu, tyl­ko że An­drze­jo­wi ser­ce wa­li­ło jak źle pod­łą­czo­ny młot pneu­ma­tycz­ny, wuj Raj­mund zaś zda­wał się roz­ba­wio­ny. „Za­wsze mo­żesz zde­ma­sko­wać moje wa­lu­to­we ma­chloj­ki i po­grze­bać mnie, słu­gu­sa ko­mu­ni­stów, ty, uczci­wy, pol­ski pa­trio­ta!”. Oka­za­ło się że wuj Raj­mund ba­wił się do­sko­na­le. „Prze­cież w Pol­sce nie wol­no mieć sa­mo­cho­dów, nie? Jest źle wi­dzia­ne przez wa­sze wła­dze?”. An­drzej ode­tchnął z ulgą: te­raz miał go, ryba po­łknę­ła ha­czyk. „Tym bar­dziej po­wi­nie­neś cie­szyć się, że so­bie ku­pu­ję… To mnie wy­koń­czy w oczach to­wa­rzy­szy par­tyj­nych i rzą­do­wych!”. Wuj Raj­mund wes­tchnął i rzekł: „Do­brze. Je­dy­ne, co mnie cie­szy, to fakt, że w ten spo­sób wy­pom­pu­ję z kra­ju tro­chę do­brych do­la­rów…”.

– I tak cud się stał, że go na­mó­wi­łeś – po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta, w oczach jej mi­go­ta­ło uzna­nie.

An­drzej za­pa­lił pa­pie­ro­sa, zbli­żył się do Elż­bie­ty i dmuch­nął jej żar­to­bli­wie dy­mem w twarz, po czym za­raz po­ca­ło­wał w po­li­czek. – Bro­nił się jak lew – po­wie­dział.

– Co te­raz zro­bisz?

– La­ver­tis­se i Groh­mann prze­ka­żą mu de­wi­zy. Mu­szę tyl­ko bar­dzo szyb­ko im tu za­pła­cić w zło­tych.

– Po co im pol­skie pie­nią­dze?

– Na dziw­ki.

Elż­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­wie­dzia­ła: – Nie do wia­ry… – Słu­chaj – do­da­ła – mam na­dzie­ję, że po­my­śla­łeś o paru ty­sią­cach dla mnie?

– Na co? – An­drzej usiadł w fo­te­lu, po­ło­żył so­bie stos li­stów na ko­la­nach i wer­to­wał je po­wo­li.

– Na wy­jazd do Kry­ni­cy. Je­stem zmę­czo­na tym nie­ustan­nym krę­ce­niem się po Eu­ro­pie. No i mu­szę wresz­cie za­cząć le­cze­nie, nie?

– Tak – rzekł nie­chęt­nie. – Mu­sisz. To fakt. – Wstał, za­pa­lił no­we­go pa­pie­ro­sa i pod­szedł do okna: na­le­ża­ło szyb­ko kon­stru­ować prze­ko­nu­ją­ce nie­za­do­wo­le­nie. – Czy­li że mam zo­stać sam z Paw­łem, pra­co­wać i opie­ko­wać się dziec­kiem. Stać w ko­lej­ce po ma­sło i szyn­kę i rów­no­cze­śnie ro­bić dal­szą ka­rie­rę. Czy tak?

– Przyj­mie­my słu­żą­cą. – Elż­bie­ta usia­dła w opusz­czo­nym przez An­drze­ja fo­te­lu i za­głę­bi­ła się w roz­plą­ty­wa­niu srebr­ne­go łań­cusz­ka.

– Zro­bi­my in­a­czej. Za­bie­rzesz Paw­ła do Kry­ni­cy. Przy­da mu się tro­chę gór­skie­go po­wie­trza po nad­mor­skiej wil­go­ci.

– Wy­klu­czo­ne. Mu­szę wy­po­cząć. – Elż­bie­ta przy­twier­dza­ła łań­cu­szek do okrą­głe­go ze­gar­ka, sta­re­go i srebr­ne­go, z od­ska­ku­ją­cym wiecz­kiem: ta­kie ze­gar­ki no­si­ły na ob­fi­tych biu­stach damy II Ce­sar­stwa. Pro­wa­dzi­ła grę przej­rzy­stą i bez­względ­ną: mały żan­darm, do­no­si­ciel i za­wa­li­dro­ga, miał mu spa­ra­li­żo­wać wszel­ką swo­bo­dę ru­chów na czas jej nie­ogra­ni­czo­nej wol­no­ści; je­śli się nie zgo­dzi, bę­dzie po pro­stu złym oj­cem. Wsta­ła i za­ło­ży­ła łań­cu­szek na szy­ję: ze­ga­rek wi­siał ni­sko, nie­mal na bio­drach. – Ład­nie? – spy­ta­ła rze­czo­wo.

– Zna­ko­mi­cie – rzekł An­drzej. – Kie­dy je­dziesz do Gdań­ska? Bar­dzo się za nim stę­sk­ni­łem. – Mięk­ka po­jed­naw­czość chro­ni­ła nie­co przed jej ta­len­tem osa­cza­nia.

– Po kok­taj­lu u Fran­cu­zów.

Twarz An­drze­ja zła­god­nia­ła, ma­lo­wał się na niej przy­mil­ny spo­kój. Co z Te­re­są? – po­my­ślał nie bez tro­ski. – Gdzie ona się włó­czy? – W grun­cie rze­czy je­steś nie­oce­nio­na – po­wie­dział.

– Praw­da? – od­par­ła Elż­bie­ta i unio­sła ku nie­mu twarz. Było coś w Elż­bie­cie, w jej chę­ciach, od­ru­chach, za­mia­rach, oso­bie, twa­rzy, co obez­wład­nia­ło An­drze­ja mimo wszel­kich jego prze­wag. Ta twarz szczu­pła i krą­gła, o uwy­dat­nio­nych szczy­tach po­licz­ków, nie­rów­no osa­dzo­nym, mięk­kim no­sie pod wy­so­kim czo­łem i dość ubo­gi­mi wło­sa­mi, wy­glą­da­ła nie­usta­ją­co in­a­czej: wy­star­czy­ło spoj­rzeć na nią z jed­nej, a po­tem z dru­giej stro­ny, by to stwier­dzić. I cią­gle jesz­cze wy­star­czy­ło An­drze­jo­wi za­wie­sić na niej wzrok o kil­ka­na­ście se­kund dłu­żej, aby prze­siąk­nąć po­żą­da­niem, być może już nie­zbyt do­tkli­wym. Co w niej wi­dzą męż­czyź­ni? – za­sta­na­wiał się nie­raz. – Dla­cze­go wiecz­nie wo­kół niej krą­żą, przy­mie­rza­ją się, le­pią? Prze­cież nie jest ani cu­dem świe­żo­ści i kształ­tów z „Vo­gue’a”, ani pło­mie­niem na­mięt­no­ści. Prze­cież jest pu­sta i nud­na… Wie­dział aż za do­brze, w jaki spo­sób osią­ga się efekt her­me­ty­zmu za po­mo­cą obo­jęt­no­ści i umie­jęt­nej sty­li­za­cji ba­na­łu; lecz pa­trząc na jej nie­wy­so­ką, szczu­płą syl­wet­kę o ni­kłych pier­siach, wą­skich bio­drach i po­ślad­kach, o drob­nych udach i łyd­kach, ro­zu­miał, jak da­le­ce wie­dza ta jest po­zo­rem. Miał wte­dy przed sobą od­sło­nię­ty sche­ma­cik po­tę­gi ro­dzą­cej się z prze­mia­łu ma­te­rii w ener­gię: jak­że nie­waż­ny wy­da­wał się fakt, że ma­te­rii było nie­wie­le, re­kom­pen­so­wa­ła bra­ki dzia­ła­niem. Pierw­szy od­krył to Mi­ko­łaj, An­drzej zaś wie­rzył Mi­ko­ła­jo­wi in­stynk­tow­nie, acz­kol­wiek był­by zdu­mio­ny i obu­rzo­ny, gdy­by ktoś po­wie­dział, że mu wie­rzy– całe swe ży­cie był prze­ko­na­ny, że nie przy­wią­zu­je naj­mniej­szej wagi do jego są­dów ani słów. „Elż­bie­ta – mó­wił nie­gdyś Mi­ko­łaj – sprze­da­je sie­bie nie­ustan­nie, bez chwi­li prze­rwy na sen lub je­dze­nie. Jest jak ge­nial­nie skon­stru­owa­ny apa­rat do wy­dzie­la­nia ko­bie­co­ści, któ­re­go pre­cy­zyj­ny werk krę­ci się na za­sa­dzie per­pe­tu­um mo­bi­le. To nic, że apa­rat wy­ko­na­ny jest z li­che­go ma­te­ria­łu, obu­do­wa na nim tan­det­na, prze­wo­dy i złą­cza z na­mia­stek, cien­kie i wą­tłe. Ale funk­cjo­nu­je. Bez ustan­ku drga, ru­sza się, ocie­ra, wy­pi­na, co może i jak może. Dzia­ła… – Ko­cha­nie – po­wie­dział An­drzej – to szcze­ra praw­da. Cóż uczy­nił­bym bez cie­bie? Od sze­ściu lat… – do­dał z dwu­znacz­ną po­wa­gą.

– Pa­mię­ta­łeś? – Elż­bie­ta się za­ru­mie­ni­ła. Umie się tak mie­szać na za­wo­ła­nie – po­my­ślał An­drzej. – Ju­tro bę­dzie od sze­ściu lat – po­wie­dział – w związ­ku z czym po­zwo­lę so­bie zło­żyć ci coś w da­rze…

Przy­niósł książ­kę i wrę­czył Elż­bie­cie. – Chłop­cze – po­wie­dzia­ła cie­pło – nie przy­zna­łeś się, że już masz eg­zem­plarz… – An­drzej usiadł na fo­te­lu i po­cią­gnął Elż­bie­tę na ko­la­na. – Ser­decz­ne gra­tu­la­cje z oka­zji rocz­ni­cy ślu­bu – rzekł bar­dzo ofi­cjal­nie; wtu­lił twarz w oko­li­ce jej ucha, ca­ło­wał szy­ję i wło­sy. Elż­bie­ta wa­ży­ła w ręku książ­kę: na jej okład­ce wid­niał ty­tuł: Pi­kiel­hau­ba z plek­si­gla­su, ry­su­nek twa­rzy pru­skie­go ofi­ce­ra w mo­no­klu i heł­mie z epo­ki Bi­smarc­ka na tle no­wo­cze­snej ar­chi­tek­tu­ry, oraz na­zwi­sko „An­drzej Jó­zef Fe­lak”. Skrzy­wi­ła le­ciut­ko usta: mo­gło to ozna­czać za­rów­no ura­do­wa­nie, jak iro­nię. Pre­zent – my­śla­ła so­bie – dość tani. Wręcz gra­ti­so­wy. Mógł­by się szarp­nąć na pier­ścio­nek z nie­du­żym bry­lan­ci­kiem… An­drzej my­ślał: Jest roz­cza­ro­wa­na. Po tej licz­bie kur­tek za­mszo­wych i szpi­lek od Jo­ur­da­in’a, jaką za­in­ka­so­wa­ła w cza­sie ostat­niej po­dró­ży… – Za­po­mnia­łeś mi za­de­dy­ko­wać ten eg­zem­plarz – po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta. – Nie za­po­mnia­łem – rzekł An­drzej: tuż za kar­tą ty­tu­ło­wą, na pu­stej stro­nie, wy­dru­ko­wa­ne były sło­wa: „Elż­bie­cie – mo­jej żo­nie”. – Tę książ­kę to­bie po­świę­cam… – uzu­peł­nił żar­to­bli­wie. Ob­ję­ła go obu­rącz za szy­ję, uf­nie i go­rą­co, i przy­tu­li­ła po­li­czek do jego po­licz­ka, dzię­ku­jąc żar­li­wie, jak mała dziew­czyn­ka za naj­więk­szą w ży­ciu lal­kę; po czym po­wo­li po­ca­ło­wa­ła go w usta, dłu­go, nie­co na­tręt­nie, lecz ze znaw­stwem nie­uchron­ne­go skut­ku. My­śla­ła przy tym: To nie obo­jęt­ność ani skąp­stwo ka­za­ło mu dać taki pre­zent, lecz skłon­ność do pod­nio­słych na­stro­jów. Dzię­ki temu wła­śnie zro­bi wiel­ką ka­rie­rę, osią­gnie w ży­ciu mnó­stwo, zaj­dzie wy­so­ko… Będę u jego boku w cza­sie osią­gnięć i ukło­nów ze wszyst­kich stron. Cóż wte­dy zna­czą bry­lan­ty, fu­tra, sza­fy peł­ne su­kien, po­dró­że i ho­te­le w oko­li­cy pla­cu Ven­dôme?… Są na­tu­ral­nym skład­ni­kiem co­dzien­no­ści, nie trze­ba ich na­wet pra­gnąć… Ręka An­drze­ja po­wę­dro­wa­ła wzdłuż ud Elż­bie­ty, unio­sła lek­ko spód­ni­cę. – Rocz­ni­ca? – szep­nę­ła Elż­bie­ta ła­god­nie. – Czy bie­rzesz to aż tak se­rio? – Wła­ści­wie – po­my­ślał An­drzej – będą trud­no­ści z miej­scem. Wszę­dzie peł­no ku­rzu, brud­no… Chy­ba że w sy­pial­ni. Ale… czy war­to tasz­czyć się aż do sy­pial­ni? Za­mi­go­ta­ło mu na­raz zu­peł­nie coś in­ne­go w wy­obraź­ni, inna chęć, inne do­zna­nie. – Prze­pra­szam – rzekł sztyw­no. – Czy masz mi to aż tak za złe? – Jak­że na rękę był mu ten cień opo­ru: moż­na się było ob­ra­zić, wy­co­fać się. – Skąd­że zno­wu… – Elż­bie­ta była już w peł­ni sobą. – Masz do tego wszel­kie pra­wa – po­wie­dzia­ła. Chwi­lę mil­cze­li, przy­le­ga­jąc do sie­bie bez żad­ne­go po­wo­du ani uza­sad­nie­nia.

4.

An­drzej wią­zał kra­wat przed lu­strem w sy­pial­ni. Wóz daje moż­li­wo­ści… – my­ślał ze zło­ścią. – Trze­ba go grzać, moż­na sko­czyć po ben­zy­nę. A tak, bez wozu… Elż­bie­ta sta­nę­ła w drzwiach: była w sa­mej kom­bi­na­cji, czar­nej, bar­dzo krót­kiej; twarz mia­ła bla­dą i świe­żą, po my­ciu, lecz przed ma­ki­ja­żem. Po­de­szła do An­drze­ja i po­gła­dzi­ła dłoń­mi kla­py ma­ry­nar­ki. – Świet­nie wy­glą­dasz – po­wie­dzia­ła. – Wła­ści­wie zro­bi­łam z cie­bie czło­wie­ka. – Ujął ją obu­rącz w ta­lii i po­ca­ło­wał w oczy. Znów na­szło go zby­tecz­ne po­żą­da­nie. Za­wsze mam na nią naj­więk­szą ocho­tę – my­ślał z upodo­ba­niem – tuż przed spo­tka­niem z inną. – Za­raz będę go­to­wa – od­par­ła i na­le­ża­ło jej wie­rzyć, była spraw­na, go­spo­dar­na i nie spóź­nia­ła się nig­dy. – Może zej­dę po tak­sów­kę? – spy­tał nie­pew­nie. – Oczy­wi­ście – za­wo­ła­ła z ła­zien­ki – idź. Za­raz będę na dole. – Wy­zna­wa­ła za­sa­dę, że trze­ba uła­twiać małe, przej­rzy­ste pod­stę­py, aby nie zmu­szać prze­ciw­ni­ka do po­szu­ki­wań trud­niej­szych do prze­nik­nię­cia.

Ry­nek Sta­re­go Mia­sta był oży­wio­ny, choć ciem­na­wy, pe­łen aut, tu­ry­stów i po­bla­sków zło­ceń ze szczy­tów ka­mie­nic. Na pocz­tę czy do Kro­ko­dy­la? – sku­pił się przed istot­ną de­cy­zją. Pro­blem wy­ła­niał się za­wsze w nie­zmien­nym kształ­cie: re­dak­tor Fe­lak nie miał po­wo­du po­słu­gi­wać się ani ka­wiar­nia­nym au­to­ma­tem, ani ka­bi­ną w urzę­dzie pocz­to­wym na rogu, miesz­kał tuż obok i na pew­no ma te­le­fon w domu. Kiosk te­le­fo­nicz­ny w Kro­ko­dy­lu był po­nad­to oszklo­ny, eks­po­no­wał roz­ma­wia­ją­ce­go jak pi­ja­ka na środ­ku jezd­ni, a ka­bi­ny na po­czcie sta­le za­ję­te. Po­zo­sta­wał jesz­cze au­to­mat w ka­wiar­ni przy Ka­mien­nych Schod­kach, lecz wi­siał na ścia­nie, tuż obok sto­li­ków wiecz­nie ob­le­pio­nych przez nie­śmia­łych biu­ra­li­stów, pa­lą­cych pa­pie­ro­sy na­prze­ciw nie­śmia­łych ma­ga­zy­nie­rek, któ­rych rand­ki prze­bie­ga­ły pod zna­kiem nie­po­rad­ne­go mil­cze­nia; i jesz­cze te­le­fon w szat­ni na­roż­ne­go domu kul­tu­ry, peł­ne­go wy­staw ma­lar­skich i mod­nych klu­bów w ja­skra­wo po­pstrzo­nych piw­ni­cach, lecz w szat­ni sie­dzia­ła nie­zmien­nie ta sama sta­ra ko­bie­ta i bra­ła udział w każ­dej roz­mo­wie za po­mo­cą po­nu­re­go, ba­wo­le­go spoj­rze­nia. Sa­mo­chód prze­no­sił w cią­gu paru mi­nut na pocz­tę przy Mio­do­wej lub do Klu­bu Li­te­ra­tów, dziś trze­ba było przy­jąć trud­niej­sze roz­wią­za­nie. W kil­ku spiesz­nych kro­kach do­padł pocz­ty i wbiegł na górę. Obie ka­bi­ny były wol­ne. W pierw­szej wrzu­cił pięć­dzie­siąt gro­szy do au­to­ma­tu i za­czął wy­krę­cać nu­mer: w słu­chaw­ce nie usta­wa­ło bu­cze­nie sy­gna­łu, dal­sze krę­ce­nie tar­czy sta­ło się bez­ce­lo­we. Dwa moc­ne ude­rze­nia dło­nią na płask w au­to­mat nie po­pra­wi­ły sy­tu­acji. Dru­ga ka­bi­na była już za­ję­ta i cze­ka­ły przed nią dwie za­no­szą­ce się od śmie­chu dziew­czy­ny w ce­ra­to­wych wia­trów­kach. – Ze­psu­ty? – spy­ta­ła jed­na, kie­dy wy­szedł, pod­czas gdy dru­ga, ko­na­jąc z we­so­ło­ści, usta­wi­ła się ase­ku­ra­cyj­nie przed na­stęp­ną ka­bi­ną. Zbiegł na dół i ru­szył w lewo. Przed Kro­ko­dy­lem na­dział się na krę­pe­go fa­ce­ta w wel­we­to­wych spodniach i czar­nym swe­trze, roz­cią­gnię­tym be­stial­sko przy szyi i wi­szą­cym do ko­lan. – An­drzej – po­wie­dział fa­cet. – Kopę lat. – Jak się masz? – uśmiech­nął się An­drzej zdaw­ko­wo; nie mógł się nie za­trzy­mać, ta­kie były pra­wa dziel­ni­cy. – Co sły­chać? – spy­tał z re­zy­gna­cją. – U mnie? – fa­cet zmarsz­czył ciem­ną, sfał­do­wa­ną twarz, usia­ną naj­róż­niej­szym bru­dem, od wą­grów po ani­li­no­wo-olej­ne plam­ki. – Co może być… Ma­lu­ję bez­na­dziej­nie i do upo­je­nia. Nie wiem po co? – Dla gło­wy – skrzy­wił się An­drzej. – Sły­sza­łem o to­bie na­wet w Pa­ry­żu. – Bar­dzo nie lu­bił sły­szeć o kimś w Pa­ry­żu. – Gów­no sła­wa – rzekł fa­cet i splu­nął na prze­jeż­dża­ją­ce­go mer­ce­de­sa. – Po­trze­bu­ję pie­nię­dzy. Chcę so­bie ku­pić ka­jak z ża­glem. Ale ty, bra­cie, co za roz­głos! Wszyst­kie ga­ze­ty nic, tyl­ko re­dak­tor Fe­lak… Pol­ski Kisch! – Nie od­cze­pi się… – po­my­ślał An­drzej z roz­pa­czą. – Cie­szę się, że cię zno­wu wi­dzę – krzyk­nął. – Pa! – Do­padł wej­ścia do Kro­ko­dy­la w sam czas, by umknąć prą­cej nań ko­bie­cie o po­tęż­nych lę­dź­wiach w blue dżin­sach: nio­sła na­rę­cze bu­te­lek wody mi­ne­ral­nej w siat­ce i wy­dę­ła na jego wi­dok wy­łu­pia­ste oczy z po­wi­tal­nym en­tu­zja­zmem. Za­mknął się w ka­bi­nie, na­krę­cił nu­mer i w słu­chaw­ce roz­legł się nie­mal od razu głos Te­re­sy. – Halo? – spy­ta­ła le­ni­wie i ci­cho.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.