Życie rumiane moje - Anna Wrzalińska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Poezja i dramat Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 884 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie rumiane moje - Anna Wrzalińska

Powieść Anny Wrzalińskiej opowiada o wojnach, rewolucjach, ucieczkach, zdradach, wielkich interesach i wojnie wywiadów, a realia i detale tamtego świata oddane zostały z reporterską dokładnością.

 

Życie rumiane moje ukazuje zakazaną miłość reporterki Marianny do Nikołaja – pułkownika Specnaz-u i szpiega KGB w czasach burzliwych przemian ustrojowych, politycznych i tobyczajowych.

 

Na tle wielkiej miłości powracamy do najważniejszych wydarzeń tamtego okresu: rocznicy Wielkiej Rewolucji, padającego Muru Berlińskiego, Czarnobyla 5 lat po awarii, Turkmenistanu, Kazachstanu, puczu Janajewa, obalania pomnika Dzierżyńskiego na placu Łubianki w Moskwie, oblężonego Sarajewa, a wreszcie ówczesnego Petersburga, gdzie Marianna ma niezwykłą okazję poznać przyszłych – dzisiejszych władców Rosji.

 

W pewnym momencie dziennikarka znika. W swoim pamiętniku nieraz pisała o samobójstwie, ale również o szamanach syberyjskich, szeptuchach, przepowiedniach i klątwach... Nie udaje się odnaleźć ciała…

 

 

Anna Wrzalińska jest z wykształcenia politologiem i negocjatorem, a z zawodu reporterem, copywriterem i mediatorem. „Życie rumiane moje” jest jej debiutem literackim.

Opinie o ebooku Życie rumiane moje - Anna Wrzalińska

Fragment ebooka Życie rumiane moje - Anna Wrzalińska





Strona redakcyjna


Od autora

Najłatwiej byłoby spłacić długi emocjonalne i intelektualne, zamieszczając na przykład alfabetyczną listę nazwisk osób, bez których samego istnienia i udziału ta powieść na pewno by nie powstała. Bo jakże można wyważyć i porównać ważność, ciężar i wielkość tych długów i żadnego nie pominąć???

Te intelektualne choć w części można wyszczególnić w przypisach, co też uczyniłam. Ale jak spłacić dług intelektualny wobec kolegów dziennikarzy z „Polityki”, „Newsweeka” i „Gazety Wyborczej”? Dzięki ich wiarygodnym publikacjom możliwe było zebranie materiałów źródłowych, właśnie historycznych, do tej prawie współczesnej powieści historycznej.

Zawodną pamięć autorki czasami wspomagały też przewodniki turystyczne: MoskwaPetersburg wydane przez „Bibliotekę Gazety Wyborczej” (Mediaplanet, Warszawa 2009), a także przewodnik turystyczny Moskwa. Kreml, matrioszki i Arbat (Wydawnictwo Bezdroża, wyd. I, Kraków 2005) autorstwa J. Madzińskiej i A. Szypielewicz-Zagrodzkiej.

Osobny przeogromny dług intelektualny mam wobec moich nieżyjących już Mistrzów: dr Anny Uhlig, prof. Franciszka Ryszki, prof. Jana Baszkiewicza i Ryszarda Kapuścińskiego. Dlatego, chcąc uczcić ich pamięć, niektórych z nich ożywiłam na tych stronach. To oni zawsze niezłomnie wierzyli we mnie i omawiali ze mną, zupełnie jeszcze do tego niegotową, koncepcję zmierzenia się z materią zatrzymania pamięci o współczesnej nam historii w czymś równie wiarygodnym jak reportaż, a mającym formę nieco mniej serio, lżejszą, która trafi do szerszego grona czytelników. Że warto się z tą karkołomną formułą zmierzyć, bo nic nie jest tak ulotne, jak właśnie Historia. I nic na pierwszy rzut oka przeciętnemu człowiekowi nie wydaje się być tak nudne, jak właśnie Historia. Tę zawartą potem w grubych uczonych tomach piszą i zwycięzcy, i przegrani, i ich ideologowie – każdy swoją i oczywiście „pod kątem”, a dopiero po latach zdystansowani, starający się o tzw. obiektywność zawodowcy. Więc gdzie jest prawdziwa historia, zwierciadło codzienności? Właśnie w... reportażu. W przyzwoicie i rzetelnie udokumentowanym artykule w gazecie. Tam zatrzymywana „na świeżo”, na bieżąco, zamknięta w literach i zdjęciach wydawałoby się na stałe... a jednak umyka z pamięci czytających szybciej niż para znad przed chwilą wyłączonego czajnika. Umyka, ulega przeobrażeniom i zapomnieniu równie szybko, jak prywatna pamięć czytelników. Bo czymże jest historia? Nie papierem w archiwum, a jego treścią. Każdy człowiek jest historią i jego codzienne życie. Każdy z nas jest historią. Okazało się na przykład, że już funkcjonują co najmniej trzy rozbieżne co do daty, miejsca, kolejności wykonania egzekucji a równoważne (sic!) wersje opisu egzekucji na małżeństwie rumuńskich dyktatorów Ceausescu. I takich przykładów jest znacznie więcej. Choć minęło zaledwie... 20 lat.

Prywatna sonda przeprowadzona wśród znajomych młodszych o pokolenie wykazała, że większość z nich o czasach przełomu – o codziennych realiach dosłownego przełamywania się socjalizmu, ZSRR i ówczesnego świata – nie wie zupełnie nic, a puste w treści pyskówki polityków tylko ich zniechęcają i ewentualnie rozśmieszają durną, niezrozumiałą, nadętą martyrologią. Warto jednak by cokolwiek na temat realiów życia w Polsce i najbliższym nam świecie w latach 1968, 1986 – 1992, 2006 wiedzieli, albowiem moim – oczywiście subiektywnym zdaniem – w tamtym czasie tkwią korzenie naszej współczesności. Jest to oczywiście wybór zupełnie osobisty, arbitralny. Moje ryzyko, prawo i... pycha.

Miałam to szczęście i ten przywilej być w tym niezwykłym zaiste czasie aktywnym obserwatorem świata z biletami do pierwszego rzędu – byłam piszącym i publikującym reporterem. Dlatego posyłam swoich bohaterów w miejsca, które sama widziałam.

Bohaterowie powieści, tak jak większość ich przygód, są od początku do końca fikcyjni (nie jest to, Szczygle, reportaż z mojego życia!), jednak wiele reportaży zawartych w powieści faktycznie ukazało się w swoim czasie drukiem, więc są one historią. Ale bardzo mi zależało, by i cała rzeczywistość, w której żyją moi główni bohaterowie, była odtworzona właśnie z reporterską pieczołowitością. By była prawdziwa. Dlatego poboczni bohaterowie, występujący w tle owej rzeczywistości, w znacznej większości też są prawdziwymi ludźmi i od wielu z nich uzyskałam pozwolenie na umieszczenie ich w powieści. Ukłony dla kolegów z „Nie” i Roberta Bernatowicza. Do kilku, z oczywistych względów, nie udało mi się dotrzeć, ale ponieważ są osobami inteligentnymi, publicznymi, medialnymi, ważnymi politykami, a ja nie przekraczam w opisaniu ich ram reportażu i dobrego smaku oraz nie mam najmniejszego zamiaru działania na jakąkolwiek ich szkodę, więc mam nadzieję, że mi ten pisarski wybryk wybaczą.

Na ile udało mi się poprzez trudne i skomplikowane losy bohaterów oddać realność i nastrój tamtych nieodległych przecież czasów – zamkniętych w klamrach 1968 – 2006 i 1986 – 1992 – ocenią czytelnicy. Z pewnością, choć ze wszystkich sił starałam się tego uniknąć, są też w powieści jakieś błędy, nieuświadomione kalki czy przekłamania, i te są już całkowicie moją winą. Za co z góry przepraszam.

Oprócz wyżej wymienionych inspiratorów Życie rumiane moje ma jeszcze dwie pary rodziców bezpośrednich: Anię i Zbyszka Mikołejków oraz Ewę i Mirka Cieślików.

Gdyby nie najlepszy z przyjaciół, Jarek Partyka, powieść napisana w połowie zginęłaby marnie i bezpowrotnie w trzewiach zbuntowanego komputera, a autorka... lepiej nie mówić.

Gdyby nie najlepszy z czytelników (i jego rozległa wiedza) Władek Pająk – taki czytelnik, co czyta z czerwonym długopisem w dłoni i szczodrze go używa, a potem zmusza autora do sprawdzania źródeł, obrony swych twierdzeń i zajętego stanowiska – pewnie nikomu więcej nie miałabym odwagi tekstu pokazać.

Gdyby nie najwspanialsi i najmilsi z sąsiadów: Hania i Zbyszek Gołębiowscy, autorka uschłaby przyssana do klawiatury i ekranu komputera, a jej biedny pies zapadłby w tym czasie na chorobę sierocą.

WARSZAWA, GRUDZIEŃ 2011


Życie rumiane moje

Normandia – na przykład... kwiecień 2007

Siedziała na dnie morza, bo chciała narysować cień słońca. Wtem bolesny naglący skowyt w wirze powietrza. Zza pleców. Niespodziewany dźwięk liznął kobietę drżącym chłodem. Drobiny soli i piachu rzucone tym samym nagłym podmuchem, kłującym rojem spłynęły jej po uchu i karku pod kurtkę, wzdłuż tętnicy szyjnej, aż pod podkoszulek. Zapachniało mokrą wełną i łajnem. Znowu skowyt. Przechodzący w żałosny pisk. Podniosła głowę. I znowu. Tym razem nasłuchiwała. Przyniósł go powiew od lądu, od strony La Rivage, gdzie zwykle pasą się słone czarne barany. Czekała na ten dziwny odgłos, a jednak ją zaskoczył, rozdarł ciszę bez trudu, sparzył jak kropla żrącego kwasu. Mariannie drgnęła ręka, ostry czubek ołówka złamał się, grafit rozkruszył, a ostra drewniana okładzina rozorała środek kartki.

– Merde!!! – zaklęła. – Co to za cholera?

Spojrzała na prawie skończony szkic resztek snujących się pasm mgły i cienia Mont Saint Michel ze słońcem odbijającym się od złotej figury Michała Archanioła wieńczącej dach starego benedyktyńskiego opactwa. Rozdarcie przechodziło przez sam środek rysunku.

– I tak był do niczego... – mruknęła i zgniotła papier w dłoni. Kolejny silniejszy podmuch wiatru szarpnął kartkami szkicownika, a skowyt przeszedł w rozpaczliwe, urywane wycie.

Ja to zawsze mam szczęście! – pomyślała. – Skąd tu pies? Miejscowe nie są takie durne, żeby tu się włóczyć!!! A o tej porze turystów jeszcze nie ma.

Położyła blok i pudełko z ołówkami na skale obok siebie, przycisnęła plecakiem i wstała, żeby się rozejrzeć.

Stała na szczycie okołopółtorametrowej, różowawo-czarnej granitowej skałki, wystającej z solnej, srebrzysto-piaskowej bezkresnej równiny. Znalazła tę skałę dwa tygodnie temu, gdy pierwszy raz sama, bez przewodnika, poszła w głąb morza za falą odpływu. Jeszcze mokra, jakby dopiero co narodzona skała wyglądała wówczas jak wielka zaciśnięta dłoń ziemi ze środkowym palcem skierowanym ku niebu. Geologiczne fuck you. Teraz dochodziło południe, słońce przez przepływające chmury rzucało kleksy szarości, a czasem puszczało świetlne zajączki z powierzchni rozrzuconych gdzieniegdzie wśród połaci słonego piachu granitowych okruchów pokrytych błyszczącą miką – złotem głupców. Ostatnie pasma mgieł rozwiewał wiatr od lądu, ale jak okiem sięgnąć wszędzie wokół panował martwy bezruch. Tylko osypujące się już suche ślady Marianny, lekkim łukiem prowadzące w stronę ukrytego za horyzontem brzegu, i cienie skupionej żałobnej czerni kreślące kontury skalistych wzgórz – wysp Michała Archanioła i Tombelaine – burzyły martwą harmonię dna morskiego porzuconego przez fale. I to zacichające z wiatrem, a jednak – gdy Marianna wytężyła słuch – wciąż obecne rozpaczliwe wycie...

Gdyby to beczał baran albo gdybym wierzyła w upiory, duchy i tutejsze legendy, byłoby może straszniej, ale na pewno łatwiej i nie musiałabym sprawdzać, co to za stworzenie tak płacze – myślała, wiążąc na nowo solidne trekkingowe buty, upychając czerwoną wiatrówkę, blok i ołówki do plecaka.

Gotowa do drogi stanęła i zaczęła nasłuchiwać. Wiatr mylił kierunki, znosił, rozrzucał dźwięki jak garście piachu, ale nieustający skowyt zdawał się dochodzić ze strony Wzgórza Tombelaine, więc Marianna ruszyła na skos między swoimi starymi śladami a błyszczącym tryumfalnie Archaniołem. W linii prostej jej skałę od brzegu dzieliły około dwa kilometry, do Tombelaine mogło być ich prawie cztery. Na szczęście do przypływu, który potrafił tu nadciągać z szybkością galopującego konia, ogromną dziewięcio-, dziesięciometrową wściekłą falą, zostało dobrych kilka godzin, więc miała czas, by sprawdzić, czemu jakiś zwierzak tak strasznie płacze.

Kochała to miejsce, złożone z samych kontrastów i sprzeczności. Teraz wędruje po pustyni, piach chrzęści i skrzypi pod jej stopami, a po zmierzchu w tym samym miejscu głębia zaszumi falami, łodzie zakołyszą się na pienistych grzbietach przypływu. Teraz jest jeszcze w Normandii, ale gdy podejdzie od wschodu i stanie na grobli, jedynie przez pół doby prowadzącej do tysiącletniego opactwa, zdepcze linię graniczną, zrobi trzy kroki na zachód i... znajdzie się w Bretanii. Tu od zarania dziejów była granica religii, kultur, języków, światów całych... Grobla jest jak wibrująca napięta struna – z jednej strony siła, z drugiej mit. A rzeka Couesnon? Czym jest? Granicą czego? Rzeką czy morzem? Słona czy słodka? Płynie do morza czy morze w nią wpływa?

***

Pierwszy raz Marianna trafiła w to miejsce dwadzieścia lat temu, przypadkiem. Wraz z kilkoma kolegami postanowili spożytkować wakacje po drugim roku studiów na pielgrzymkę, ale taką z fantazją – najważniejsze średniowieczne katedry Włoch, Francji i Niemiec. Przedsięwzięcie jak na tamte czasy wydawałoby się zupełnie niewykonalne. Było lato roku 1988. Stał mur berliński. W NRD stacjonowała Zachodnia Grupa Armii Radzieckiej licząca 400 tysięcy żołnierzy. Jugosławia w słońcu dojrzewała do rzezi i gwałtów. Kaukaz kolejny raz stał w ogniu. Irak czekał na swoją gehennę. Z Bejrutu zostały dymiące zgliszcza. Afgański wilk i radziecki niedźwiedź wykrwawiały się nawzajem i słabły. Znany nam świat od 40 lat toczył się utartymi koleinami. Ale pewnego lutowego wieczoru w Warszawie, siedząc smętnie w Harendzie nad „jednym piwem z kilkoma słomkami”, dyskretnie dolewając procentową wkładkę, wszyscy zgodnie stwierdzili, że skoro niedawno przeżyli pół roku na stypendiach w Związku Radzieckim, jak Lisowczycy, Napoleon i hordy Hitlera zaznali rosyjskiej zimy, na placu Czerwonym złożyli bałwochwalczy i bluźnierczy hołd truchłom – Stalina pod Murem Kremlowskim i Lenina w mauzoleum – a po powrocie szczerze, czule i radośnie ucałowali wzorem papieża peron Dworca Centralnego w Warszawie – wzór zachodniej cywilizacji – to znaczy, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych, a zbrukane naukowym komunizmem, przemytem, wódą i kawiorem dusze trzeba by jakoś ratować. Marianna miała tylko zarobić swoją część pieniędzy i ustalić sensowną marszrutę; w końcu jako jedyna w tym bezbożnym towarzystwie miała maturę z religii, no i jeszcze znała francuski. Organizację papierową i techniczną wyprawy chłopaki wzięli na siebie. Granice, paszporty, wizy, noclegi, transport et cetera... Dla nich to było wyzwanie, przygoda, zabawa. Dla niej? Ona pragnęła zapomnieć Moskwę, zagłuszyć pamięć, przysypać czasem, ruchem, miejscami, krajobrazami, wreszcie modlitwą. Mimo wszystko wierzyła, że jest dla Boga ważna, bo On był ważny dla niej. Bo oczywiście wierzyła, że On jest Miłością i że jest miłość, że miłość jest jak upragniony, najpiękniejszy i największy prezent gwiazdkowy dla tych, którzy nań zasłużyli, bo byli grzeczni i dobrzy. W tamto szaleńczo kolorowe lato, w pysznych, chłodnych, wielkich i strzelistych katedrach Marianna modliła się o miłość wbrew temu, co przeżyła w Moskwie. A może właśnie dlatego? I na kolanach zapalała na ołtarzach smukłe przebłagalne ofiarne świeczki, choć przeważnie nie miała monety potrzebnej na ofiarę. Nie wiedziała, nie mogła jeszcze wiedzieć, że jaka ofiara, taki skutek modlitwy. I że nie warto Istoty Najwyższej o nic prosić, bo z jednej strony każdą myślą, każdym oddechem sami wybieramy swój los, a z drugiej strony Najwyższe Bóstwa – Przypadek i jego bliźniak Przeznaczenie – słuchają naszych modłów uważnie. Czasem skurwiele podsłuchują. Bywa niestety i tak, że sprawiedliwie albo dla kawału dostajemy dokładnie to, o co prosiliśmy...

Marianna dwadzieścia lat temu żarliwie pożądała miłości, choć bała się, że nie potrafi kochać...

(Tu kończy się pamiętnik po raz pierwszy).

***

Rozpaczliwe popiskiwanie doprowadziło ją do zapadliska, w którym szamotał się, niemal już po łeb zasypany spływającym, miałkim piachem, pies. Po wyciągnięciu z suchego bagna okazał się około czteromiesięcznym czarnym dobermanem z obciętym klasycznie ogonem i ładnie stojącymi kopiowanymi uszami. Marianna wyciągnęła pasek ze spodni i założyła psu na szyję zamiast smyczy.

– Jesteś zbyt śliczny, kolego, żeby nikt cię nie szukał – pocieszyła go i ruszyła w stronę lądu.

W miasteczku spotkali zrozpaczonego właściciela zwierzaka. On z wdzięczności zaprosił Mariannę na kawę, potem na drugą...

I żyli potem razem długo i szczęśliwie...

Tak bardzo bym chciała, aby życie Marianny tak się zakończyło... Kiedyś...

Nie rozumiecie, prawda?

Ja tylko poszukuję Marianny, bo w roku 2006 została uznana za zaginioną. Właściwie boję się, że Marianna nie żyje. A możecie mi wierzyć, wiele przeżyła. I zawsze powtarzała, że jeśli ktoś mówi, że ma za sobą ciężkie chwile, to zwykle dźwiga je pracowicie na plecach w garbie pamięci. Możecie mi też wierzyć, ponieważ była moją przyjaciółką. Jestem jej... ofiarą. Uważała, że nas skrzywdziła. Mnie i mojego męża Saszę. Ja jestem Amelia. Mam 25 lat, miłość, niespełna roczną córeczkę, nuty, muzykę i oszpeconą twarz. Nie mam palców prawej ręki i cierpliwości dla palantów, a to dość szeroka kategoria. Mój Sasza ma mnie, naszą miłość, naszą małą córeczkę i swoją sztukę. Nie ma... światła, to znaczy nie widzi oczami. Jest niewidomy. Ale jego rzeźby są bardzo jasne. Prawie nikt nie potrafi przejść obok nich obojętny.

Kiedy poznaliśmy się dzięki Mariannie, Sasza widział, a ja byłam piękna. I jak większość nieznających nieszczęścia ludzi byliśmy smutni i nieszczęśliwi. Osobno przychodziliśmy płakać jej w rękaw. Wreszcie znalazła sposób na rozwiązanie naszych problemów. Tak została bogiem. Mieliśmy wypadek samochodowy. Przeznaczenie po namyśle oddało nam życie, a zabrało pychę. A potem w nagrodę dorzuciło zdrową, kształtną, śliczną i rudą jak wiewiórka córeczkę. Marianna miała zostać jej matką chrzestną.

Zanim... zanim zaginęła, myślałam, że ją znam. Tylko dlatego, że ją kochałam. Jakże byłam ślepa! Kiedy zniknęła, zaczęliśmy jej szukać. Gdy jesienne wichury i zimowe mrozy zdarły z drzew, słupów i płotów jej zdjęcia – „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” – zrozumieliśmy, że trzeba jej szukać inaczej. W pamięci. Naszej i innych ludzi. W jej pamięci. Im bardziej oddalał się jej głos, tym głośniej i wyraźniej wracało do mnie wszystko, o czym z nią rozmawiałam, niedopowiedzenia, okruchy anegdot, pozornie nieistotne uwagi. I przypomniałam sobie wreszcie, że Marianna pisała pamiętnik. Znalazłam go. Przeczytałam. Ma jakby dwa zakończenia, dwa wpisy z ostatniego dnia, ogromnie różniące się od siebie. Jakby ważyła w sobie jakąś decyzję. Wiele kartek jest wyrwanych. Niestety nie wiem, kiedy je wyrwała ani dlaczego. Czasem analizuje w tym dzienniku każdą sekundę, z kilku stron ogląda ten sam detal, a czasem przez lata całe nie notuje ani jednego słowa. Nie zawsze pisała w pierwszej osobie. Wiele razy tekst stawał się sceną z książki, o której – bywało – mówiła, a której nie zdążyła napisać. Dopiero te słowa, w których pozornie martwy szelest zaklęła swój głos, pozwoliły mi trochę poznać moją przyjaciółkę. W niektóre zdarzenia trudno było mi uwierzyć. Dlatego zaczęłam sprawdzać, próbowałam uzupełnić treść lat, o których nic nie napisała, postanowiłam odnaleźć ją w pamięci innych ludzi i w innych tekstach. W jej tekstach. Przecież była dziennikarką, reporterką. Widziała oblężenie płonącego Sarajewa, w Moskwie Jelcyna broniącego rosyjski parlament w czasie puczu Janajewa i obalanie pomnika Dzierżyńskiego na placu Łubianki, Azję Środkową...

Ale większość jej reportaży powstała przed upowszechnieniem się Internetu i tkwi gdzieś na zakurzonych półkach czytelni czasopism, schwytana w żółknące strony gazet codziennych sprzed ponad dwudziestu lat. Spośród tych, które udało mi się odnaleźć, niektóre dam Wam do przeczytania. W tych słowach widać ją wyraźniej niż na zdjęciach.

Nie mogę pogodzić się z jej utratą. Tym bardziej, że dopiero teraz ją poznałam. Ale to nie znaczy, że ją rozumiem, ani że zrozumiałam, dlaczego zniknęła. Chciałabym, aby każdy, kto przeczyta historię Marianny, zastanowił się przez moment, czy jej kiedyś nie spotkał. Może kupuje z nią rano bułki w jednym sklepie? Jeśli tak, proszę, dajcie mi znać albo zawiadomcie Fundację ITAKA.

Marianna zaginęła. Miała 39 lat.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

20 grudnia 1992. Warszawa, Rakowiecka, areszt śledczy

Mikołaj...

Ucieleśnienie snów nastolatki.

Był moim Przeznaczeniem, a ja jego... zabawką... puchatym, mięciutkim misiem z wydłubanym oczkiem...

...podatnym jego dłoniom i słowom, powolnym jego pragnieniom...

Polem jego gier. Swoistym alibi? Igraszką?

Ale i tak miałam szczęście. Nauczył mnie, czym jest rozkosz. Podarował mi moje ciało i kilka lat życia w odurzających falach czułości, pożądania i adrenaliny.

Kilka chwil bycia czyjąś.

Jego. Aż do śmierci.

Zabili go cztery dni temu.

Nie dowiedział się, że może mieć syna. Myślę, że to był syn...

Już są razem. Misza tuli go i śpiewa: „kto wie, ile życia brakuje malowanym obłokom?”.

26 stycznia 1993. Warszawa, wynajęte mieszkanie

Powiedzieli: jest pani wolna...

Pusto. Jasny warkocz płacze za mnie. Nożyczki. Na podłodze jak złoty wąż bez głowy... tęskni do jego rąk... Jestem pusta... Świat umarł.

Nigdy więcej nie usłyszę: dziewczynko...

Matki Boskiej Gromnicznej 1993. Warszawa

W lutym ziemia na groby jest za twarda. Trudno zasypać trumnę. Wielkie, wygryzione cmentarną koparką grudy zmarzniętej gliny sypały się na wieko jak bryły węgla z taśmociągu w kopalni... waliły z łoskotem... Mama boi się burzy... umarła ze wstydu i zgryzoty. Przeze mnie.

Przeczytała to wszystko, co o mnie i Nikołaju napisano.

To są fakty. Ale nie jest to prawda.

Mama nie chciała słuchać wyjaśnień...

Umarła...

19 grudnia 1992 r. „Gazeta Elekcyjna”

DZIENNIKARKA SZPIEG W ARESZCIE

Wczoraj, Urząd Ochrony Państwa przy współpracy z CIA udaremnił przekazanie operacyjnych funduszy na działalność szpiegowską. Jak podają nasze źródła, Mariannę D. aresztowano w kawiarni „Ambasador” w Alejach Ujazdowskich w Warszawie, gdy po powrocie z Sankt Petersburga wręczała kopertę z pieniędzmi pułkownikowi KGB, Gienadijowi Warennemu, korespondentowi INTER TASS na Polskę i Niemcy. W 1983 roku Gienadij Warennyj został wydalony ze Skandynawii za działalność szpiegowską.

Funkcjonariusze UOP od kilku miesięcy obserwowali młodą reporterkę i innego obywatela Wspólnoty Niepodległych Państw, dawnego Związku Radzieckiego, Nikołaja Pawłowicza Arkanowskiego, do niedawna również korespondenta TASS i przez dwa semestry wykładowcę teorii gier na wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Marianna D. publikowała swoje reportaże na łamach miesięczników „Reporter” i „Porównania”, w popołudniówce „Posłaniec Polski” i na naszych łamach.

BOMBA ATOMOWA W MARRIOTCIE?

Między 15 a 17 grudnia w ekskluzywnym hotelu Marriott w Warszawie UOP udaremnił próbę sprzedania 15 ścigaczy, 30 kilogramów uranu-235 i 6 kilogramów plutonu. Z materiałów tych można wyprodukować bombę atomową.

21 grudnia 1992 r. „Gazeta Elekcyjna”

KGB KONTRA CIA – WYGRYWA UOP

Wczoraj UOP we współpracy z WSI i w asyście przedstawicieli CIA w porcie przeładunkowym w Gdyni zaaresztował rosyjski frachtowiec „Siberia Manu” i zatrzymał transport urządzeń szpiegowskich, służących do wykrywania, monitorowania, nagrywania i magazynowania danych dotyczących promieniowania neutronowego. Urządzenia te były ukryte w dostawie ceramicznych doniczek kwiatowych, zamaskowanych aparatów fotograficznych i niezwykle wyrafinowanych czujników przeznaczonych do badań naukowych. Wszystkie te elementy były przewożone w kontenerze oznaczonym CTTU-1317221. Portem przeznaczenia był Nowy Jork.

Zanim kontener dotarł do Gdyni, przebył jedenaście stref czasowych: Japonia, Nachodka (port na Dalekim Wschodzie), Kolej Transsyberyjska, Sankt Petersburg, Świnoujście, Hamburg, Sankt Petersburg i Gdynia.

Sprzęt służy do rejestrowania natężenia spektrum oraz całkowitej dawki promieniowania neutronowego, a także promieniowania gamma. Zapamiętuje także miejsce dokonania odczytu, ciśnienie atmosferyczne i temperaturę powietrza panującą w chwili pobierania próbki. W tym samym momencie robi też panoramiczne zdjęcie.

Rosjanom chodziło o możliwość lokalizowania wszelkich miejsc produkcji broni jądrowej, jej magazynowania i wyśledzenia punktów węzłowych sieci transportu tych materiałów w obszarze NATO.

Czujniki te potrafią w promieniu 10 metrów zidentyfikować głowicę jądrową z jednokilogramowym ładunkiem plutonu. Czas ich działania bez konieczności doładowywania energią wynosi trzy miesiące.

Nasi informatorzy zbliżeni do kręgów kontrwywiadu donoszą, że aresztowanie dziennikarki Marianny D. ma bliski związek z tą sprawą.

Nasi informatorzy twierdzą również, iż w ostatnich dniach w Petersburgu, w czasie gdy frachtowiec „Siberia Manu” stał w tamtejszym porcie, w ramach porachunków mafijno-szpiegowskich został tam zabity wspominany już w związku z tą rozwojową sprawą i Marianną D., pułkownik Specnazu Arkanowski. Nikołaj Pawłowicz Arkanowski był ostatnio zatrudniony w polskim przedstawicielstwie AMTORGU – radzieckiego przedsiębiorstwa handlu zagranicznego, potem w japońsko-amerykańsko-polskiej spółce Heddo Raito.

22 grudnia 1992 r. „Ekspres Wieczorny”

MIŁOŚĆ, ŚMIERĆ I SZPIEDZY – POLSKA MATA HARI. – WIGILIA W WIĘZIENIU!

Znana z ciekawych reportaży z wojny w Jugosławii i najdalszych zakątków Związku Radzieckiego dziennikarka Marianna D. została aresztowana pod zarzutem szpiegostwa. Podobno w warszawskiej, ekskluzywnej, licznie odwiedzanej przez korpus dyplomatyczny kawiarni „Ambasador” w Alejach Ujazdowskich przekazywała krwawe pieniądze za zdradę ojczyzny znanemu szpiegowi z KGB Gienadijowi Warennemu. Pikanterii całej sprawie dodają dwa fakty: Marianna D. kilka dni przed aresztowaniem straciła kochanka, Nikołaja A., pułkownika Specnazu, który został zabity w porachunkach szpiegowskich w Petersburgu. A w 1987 roku przebywała na stypendium naukowym w Moskwie. Pewnie tam uczyła się technik szpiegowskich. Za to teraz w polskim areszcie kawioru na Wigilię nie dostanie!

25 stycznia 1993 r. „Gazeta Elekcyjna”

Z OSTATNIEJ CHWILI...

Wieczorem PAP podał wiadomość, że Marianna D., nasza redakcyjna koleżanka, została oczyszczona z zarzutów o szpiegostwo i wypuszczona z aresztu.

Sierpień 1994. Francja, Taize

Tu nie pytają o przeszłość. I mało trzeba do życia. Wyszłam z grupy ciszy – dwa miesiące całkowitego milczenia – nauczyłam się znowu spać. Całe cztery godziny dziennie. Sukces. Jestem permanentką, to znaczy, że będę mieszkać w ekumenicznym klasztorze przy Kościele Namiotów na Wzgórzu kolejny rok. Brat Roger się zgodził... Odpowiadam za grupy pracy przy kanalizacji. Prysznice, ustępy... w końcu mam wprawę... Jest co sprzątać w lipcu i sierpniu po 5 tysiącach mieszkających tu w tygodniowych turach młodych ludzi. Na szczęście rzadko sprzątam. Częściej organizuję, tłumaczę z francuskiego na rosyjski lub na odwrót. Polskie grupy zazwyczaj radzą sobie angielskim.

Nie wiem, czy w niebie jest Bóg. Ale tu zagląda często.

...kiedy kilka tysięcy głosów śpiewa w burzową noc kanon Veni Creator, szukając w muzyce i kościele schronienia przed piorunami bijącymi we wzgórze i przed ulewą, bo wiatr pozrywał namioty... a potem: La tenebre n’est pas tenebre devant toi; la nuit comme le jour est lumiere... la – „Z tobą ciemność nie będzie ciemna wokół mnie, a noc tak jak dzień zajaśnieje”. Musiał tu być. Dotykał nas...

...kiedy brat zakonnik odpowiedzialny za kuchnię informuje w czasie południowej odprawy, że nie ma ani jednej bagietki na kolację, a gościmy 3 tysiące osób. A Rożek się uśmiecha i mówi: „do kolacji jeszcze 5 godzin... Dajcie Bogu czas!” i spokojnie idzie się bawić z sierotami z wojny w Jugosławii, a dwie godziny później grupa odpowiedzialna za robienie posiłku, akurat złożona z samych dziewczyn z Chorwacji, Anglii i Austrii łapie wszystkich przechodzących facetów do rozładunku tira z wczorajszym pieczywem z piekarni, darem z pobliskiego Lyonu...

...kiedy po ośmiu godzinach prób udaje się nam (mam to wielkie szczęście, że mogę śpiewać w Coralu – małym chórze prowadzącym modlitwy, podającym ton) wykonać i nagrać czyściutko Trisagion, tu czule nazywany Agateosem na sześć głosów, mój ulubiony kanon po grecku...

Agios o Theos, Agios Ischyros, Agios Athanatos, eleison imas... te suplikacje po grecku unoszą każde niebo... „Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami...”.

Myślę, że w klasztorze w Taize Bóg mieszka w ciszy tysięcy oddechów, muzyce, w śpiewie, na przykład w dwudziestu językach jednocześnie... To taka współczesna wieża Babel a rebours... I we wrześniowych malinach...

On też tu schował się przed światem.

Tu upiory pamięci rozgania dźwięk dzwonów...

Październik 1996. Warszawa

Nie umiem wybierać trumien. Muszą być trzy. Bliźniacy rozbili się samochodem, a ojciec na wiadomość o tym dostał zawału. Wszyscy na śmierć.

Nie widziałam ich prawie cztery lata, a teraz już nie zobaczę. To oni nie chcieli mnie widzieć.

Wszyscy mnie zostawiają, wszyscy odchodzą. Zdrowi, piękni, kompletni, w pełni sił...

Wolą umrzeć niż być ze mną.

A ja? Potwór czekający na zatracenie... Midas śmierci...

Jestem jak zaraza, jak dżuma. Kogo dotknę – zabijam...

Widziałam Stiopę, przyjaciela Mikołaja... Będzie się starał o możliwość praktykowania medycyny w Polsce. Mówił, że Mikołaj nie ma grobu. Jak to szpiedzy u nich... Ale naprawdę miał na imię Nikołaj i kochał mnie, jak nikogo innego na świecie. Stiepan... nie... Nie mogę go widzieć. Nie mogę!!! Kazałam spierdalać.

Listopad 1997. Tworki. Park

Kontrola wypadła pozytywnie. Robię postępy. Tak powiedział lekarz.

Mam wracać do domu, bo zimno. Nie będzie mi mówił, co mam robić!

Wiatr głaszcze mnie po karku, burzy mi włosy i ożywia żółte jak kacze pisklęta liście. Baraszkują i umierają jednocześnie.

Wszystko w życiu jest jednocześnie. Posiedzę i popatrzę.

Najpierw powąchał, czy nie śmierdzę, potem obejrzał mi ręce; wokół paznokci same czarne, ściągające się strupki. Żadnych nowych ubytków tkanki, jak zgrabnie zapisał w karcie. Zachowania kompulsywne pod kontrolą. Zalecenia medyczne: spacerować, słuchać muzyki, dobrze się odżywiać... wychodzić do ludzi. (Po co?). Farmakologia: przechodzimy z halidolu i sineqanu na pramolan i może potem na tranxenne, jeśli nie będę świrować...

Szpitalny wypis na białej kartce trzepocze mi w ręce, wyrywa się do żółtych liści jak spanikowana matka. Mam nowy numer – w ewidencji psychiatrycznej swojego państwa... Kolejny, lubią mnie numery. Jest jeszcze PESEL, numer dowodu osobistego, paszportu, orzeczenia o znacznym inwalidztwie od urodzenia w ZUS, numer w ewidencji więziennej, numer studenckiego indeksu, obronionej pracy magisterskiej... tuż... tuż przed... w...

Nie myśl o tym, wariatko!!!

Wypis trzepocze i tęskni do wiatru, do wolności, do lotu... jak ja na barierce... kiedy patrzyłam w dół, a Wisła pod mostem Poniatowskiego ruszała lśniącą skórą jak wąż w czasie wylinki... rozewrę palce, a wypis odleci... z suchym opisem niczego: przyjęta po próbie samobójczej. Rozpoznanie: depresja z zaburzeniami kompulsywnymi, czas hospitalizacji – osiem miesięcy...

Rozwarłam palce. Papier pofrunął.

Zabrał tylko litery. Pamięci nie dźwignął.

Ja muszę.

Dziewczyny nie płaczą, nie kłamią i nie skarżą. Tajemnic nie zdradzają, obietnic dotrzymują, a kary przyjmują z honorem.

...najgorsze było karmienie przez rurę... jak gęś na fois grasse... na pasztet z gęsich stłuszczonych wątróbek... może tak pasztet z ludziny?... w rzeźni czasem śmierdzi podobnie... och, kiedyś pod Kościanem widziałam piękną, nowiutką przemysłową rzeźnię... to już lepiej jeść, choć świat smakuje gorzką tekturą, a gardło ściska drut kolczasty...

Amelia długo nie chciała się im poddać. I często krzyczała. Zwiewny cień dziewczyny namalowany na muślinowej chuście... Szesnastoletnia anorektyczka... Śpi dobrze, gdy głaskać jej stopę. Została tu. Już sama trochę je. Miłe dziecko. Lubimy się. Trzeba ją odwiedzać...

Czerwiec 1998

Jutro jadę do Taize, we wrześniu znowu nagrywamy płytę... Wańkowicz twierdził, że cukier krzepi, ale mnie krzepi śpiew... Brat Emmanuel napisał, że tym razem trzeba wzmocnić alty... więc zamiast linii melodycznej w sopranach będę śpiewać ozdobniki i zakrętasy... też fajnie! Jak śmiesznie mieć szeroką skalę głosu... jak przyjemnie... Jedzie też Kuba – skończył dyrygenturę na Akademii Muzycznej i gra na flecie poprzecznym, altowym...

Wańkowicz miał trochę racji z tym cukrem... z reklamy można żyć... można czasem dorobić... copywriterka, póki nie chodzi na prezentacje do klientów, nie musi być miss Polonia...

Miałam propozycje powrotu do zawodu, ale za każdym razem lekarze pytali, gdzie kupię nowe oko. Jeśli mam widzieć, nie mogę długo pracować na komputerze. Zdjęć też już nie będę robić, bo nie wolno mi dźwigać reporterskiej torby ze sprzętem, jeśli mam chodzić... więc jak to mówią: po ptokach... Czasem coś piszę dla znajomych, do dodatków weekendowych. Tam jeszcze mieszczą się reportaże... zawód psieje... dziennikarze od lat wchodzą do sejmu jak służba, kuchennymi schodami... ale to już nie mój problem.

Sen bez snów. Słońce nie faluje czernią. Prochy odstawione i głowa trochę ruszyła. Amelia nadrabia szkołę i ma kontakt z rodzicami. Normalnie, świat się śmieje! Cała beczka miodu, po prostu. A teraz łyżka dziegciu, ale mała, malutka, udaję, że jej nie ma... wczoraj nie mogłam się odgiąć po umyciu wanny... i już koło południa śluzówka oczodołu tak nabrzmiewa, że proteza w ogóle nie chce się trzymać... ale to nic, to nic... Jutro jadę!!!

11 października 1998. Warszawa

Stiopa przyprowadził Saszę, syna... Mikołaja. Przynieśli mi torbę szaronu, kaki – moje ulubione owoce z... Rosji... z Moskwy. Leżą na półmisku... twarda, jaskrawopomarańczowa, krągła, krucha słodycz z suchym kwiatem liści...

Nie będę płakać. Oko i tak boli.

Styczeń 1999. Warszawa, szpital im. Orłowskiego

...przeszczepiona skóra najpierw staje się niebieska. Coś między turkusem a błękitem pruskim. Wtedy jest dobrze.

Gdy staje się zimna w dotyku, koloru zmrożonych kartofli, to potem szybko gnije, śmierdzi, odpada i bardzo boli...

Jeśli nawet autoprzeszczep na twarzy nie chce się przyjąć, jest sposób ostateczny. Odcina się kawałek skóry z przedramienia, ale tylko z trzech stron i przyszywa się go do miejsca, w którym ma zostać. Ręka, odciętą skórą przyszyta do głowy od skroni do policzka, tkwi w drewniano-metalowo-gipsowej, podtrzymującej cały bark i obojczyk konstrukcji około miesiąca. Przez pierwsze dwa tygodnie musi tkwić bez ruchu, żeby przeszczep się przyjął, więc właściciel ręki i reszty, też musi leżeć dwa tygodnie bez ruchu. Nie można płakać, bo chlorek sodu w płynie zaognia i rozpulchnia tkankę...

...żyjesz z kroplówki, a i tak salowa ma po czym podcierać ci tyłek...

...Kto powiedział, że człowiek – worek gówna – to brzmi dumnie?

A upokorzenie nie czyni pokornym.

Wręcz przeciwnie!

***

Mój ulubiony szpital...

Zamiast pyska mam spuchniętą, druciano-błękitną bryłę, skrzyżowanie ET z R2, ale może będzie dobry dołek na protezę!!! Jeszcze tylko dwie operacje!

Już nigdy nie będę narzekać, że jestem brzydka. Przyrzekam, Panie Boziu, przyrzekam!!!

Choć bycie upiorem ma czasem i swoje dobre strony... zabawne... Można z innymi potworami zejść na dół do szpitalnego bufetu w szczycie odwiedzin i dostać w bufecie co się chce, bez kolejki. Bo jak siadamy przy stoliku w trzy albo we cztery potwory z oddziału urazowej chirurgii plastycznej, po trzech minutach wszystkie miejsca są puste! Ludzie mają fascynujące miny, gdy uciekają na nasz widok.

Warszawa. Za chwilę lato... 2001

Hura! Hura! Hura! Stiopa zdał nasz egzamin lekarski i będzie w Polsce medykiem!

A stary koń Sasza – toż ma dwadzieścia dziewięć lat! – dostał się na warszawską ASP... Mikołaj byłby dumny!

***

Amelia jest prześliczna. Wysoka, szczuplutka, brązowe, łagodne, duże oczy błyszczące za przeproszeniem jak u źrebaka... Jakby powiedział stary satyr Zagłoba: „krew z mlekiem dobrodzieju, krew z mlekiem!!!”. Już nie chce zniknąć, po anoreksji ani śladu! Nadrobiła szkołę. Zdała maturę bardzo dobrze! Śpiewa jak anioł. Jest wesoła i zdrowa. Nie rozumiem jej rodziców – w domu awantura, bo w tajemnicy przed nimi przystąpiła do egzaminów w Akademii Muzycznej. Jest w klasie śpiewu. Ale siedzi u mnie na tapczanie i kończy trzecią paczkę chusteczek. Bo nie dostała się na polonistykę na UW, na którym to wydziale studiują porządne i posłuszne córki.

To jakieś szaleństwo i absurd. Nigdy nie rozumiałam, jak ktoś zamiast delektować się wierszami, może chcieć zaglądać w odbyt poetom...

Szaleństwo? Absurd? Mikołaj by mnie wyśmiał. Mówił, że tych słów – wytrychów do niczego – używają patentowani, leniwi umysłowo głupcy.

Szaleństwo? Absurd? One nie istnieją – mówił. – Nie bądź niemądra, dziewczynko! Nie ma czegoś takiego. To tylko niezrozumienie sytuacji od strony drugiego człowieka. Ważniejsze od tego, co ludzie robią, jest to, czego nie robią! Ważniejsze, jak i o czym kłamią, niż to, co mają za prawdę!

Nic nie rozumiem...

12 października 2001. Warszawa

Właśnie wyszedł Sasza. Studia studiami, ale ma jakieś problemy z zalegalizowaniem pobytu. Smutny i przybity. Obiecałam poczytać przepisy i sprawdzić parę rzeczy u znajomych w MSW.

Wczoraj wpadła Amelia. W oczach duch buntu i smutek. W domu awantury. Teraz to już nie chodzi raczej o jakąkolwiek naukę, a tylko o władzę. O zmuszenie dorosłej córki do posłuszeństwa. Posłuszeństwo... Nienawidzę tego słowa!

Chyba powinnam zacząć brać opłaty za seanse terapeutyczne od przyjaciół... Najlepiej w naturze: w ananasach i kiwi...

Właściwie jak to się stało, że Amelia i Sasza się nie znają? Odpowiedź: istnieją w światach równoległych mojego życia i świadomości.

I dlaczego traktuję ich jak dzieci? A oni mnie trochę jak... zastępczą matkę? Odpowiedź: bardzo dobre pytanie!

Przecież oboje są dorośli. Amelia jest dwudziestoletnią młodą kobietą, zaś Sasza jest młodszy ode mnie tylko o pięć lat... Fizycznie nie mogliby być moimi dziećmi... no, może Amelia trochę... Ja mam trzydzieści cztery lata, biologicznie mogłabym mieć jeszcze tuzin dzieci...

...cholera!

Muszę, muszę to choć napisać, jakoś się z tym zmierzyć, bo... bo minęło dziewięć lat, a ja...

...nie mogę o tym myśleć!!! Nie mogę!!!

1 listopada 2001

Wróciłam z cmentarza bardzo szybko. Uciekłam. Zapaliłam znicze, położyłam po kwiatku i uciekłam. Przeraża mnie i rani do głębi ten odpustowy spęd zaduszny. Zaduszki... ni grama, ni cienia w tym duszy... Rejwach, okrzyki, nawoływania, śmiechy, pośpiech i puszenie futer i kożuchów... licytacja pozorów pamięci... tabuny, stada przerażone pobytem na cmentarzu, w bliskości, w kupie, w poczuciu chwilowej, z lęku przed śmiercią i grobami – wymuszonej wspólnoty... Myślą o wódzie i kotlecie, obgadują groby sąsiadów, a swoich zmarłych i tak, i tak gnijących tam w dole, obojętnie czym przygniecionych – ziemią, granitem, piaskowcem, marmurem czy lastryko – dociążają kopiastą stertą kwiatów, wieńców, doniczek, wiązanek – plastikowych i bajecznie kolorowych albo kwiatów ściętych, nieżywych... setką zniczy – z barankiem, krzyżykiem, jabłuszkiem... świeczek, serduszek, kokardek, matek boskich... wiatraczki, wazoniki... jeszcze tylko fontanna z wodotryskiem jak z Promenady i piórko w tyłek na szczycie. I obrzydliwie słodka, wyrywająca plomby z zębów pańska skórka, oczywiście do gębusi, bo raczej zimno i mimo tłoku jakoś straszno. A wszystkie te graty są po to, żeby umarli zostali tam, gdzie są. Nie popełzli za nimi do domów. Tłuszcza za tłuszczą... Nie znoszę Wszystkich Świętych! Moi zmarli nie byli święci.

Oprócz... to maleństwo, które nie zdołało we mnie przeżyć... ono było niewinne.

A może nienawidzę tego święta, bo zwyczajnie zazdroszczę ludziom. Oni są razem. Ja zawsze sama. I chodzę na groby tych, których kochałam, a którzy nie chcieli mnie znać. Innych grobów nie mam.

Ci, którzy mnie kochali, nie mają grobów.

To tak, jakby nigdy nie istnieli...

***

Nie chcę, nie mogę wierzyć, że po śmierci, jak twierdzą buddyści, duch człowieka przez czterdzieści dni i nocy pozostaje przy ciele, zanim odejdzie z powrotem w koło karmy... Dlatego dobrze jest czuwać przy zwłokach i recytować Księgę Śmierci. Opisuje ona drogę, niebezpieczeństwa, zadania i możliwości wyboru dla duszy. Inaczej dusza może się zagubić... więc potrzebuje przewodnika. Jest nim głos mnicha recytującego...

Mikołaj był silny... i na pewno w końcu gdzieś ktoś go pochował.

Ale moje maleństwo... poroniłam w areszcie... skrzep krwi, odpad medyczny – powiedzieli – nic wielkiego... będziesz mieć inne dzieci...

Gdzie Ono było?

Gdzie jest?

16 listopada 2001. Warszawa

Wczoraj skończyłam trzydzieści cztery lata. Zapisana cyframi jest to niewielka liczba. Ludzie mówią, że jestem jeszcze młoda. Ciągle wiekowo mieszczę się w Taize w grupie... młodzieży.

Dorabiam do renty pisaniem głupot reklamowych, mam nowy oczodół, z którego proteza nie wypada i który boli dużo, dużo mniej, twarz krzywą jak zwykle, kręgosłup jak zwykle, rozmiar ciuchów 46-48. Nawet propozycje kawy, jakichś randek... Ale sądzę, że ci faceci sobie żartują...

No, może nie Jakub, dyrygent, znajomy z Taize nie żartuje... Śpiewanie czasem jest jak seks... rodzi niepojętą bliskość i intymność... głosy bywają głodne jak ciała... a jedyny raj wart każdego grzechu to intymność, czułość i bliskość... ale on jest o osiem lat młodszy... Bez sensu. I nie jest Mikołajem.

Jak bardzo liczby kłamią... jak nieprawdziwe są fakty...

Moich lat jest niewiele, lecz mają skrzydła z ołowiu.

Co jest miarą młodości?

Mam pomysł, jak rozwiązać problemy Amelii i Saszy. Ona nie ma gdzie mieszkać, więc męczy się i drze koty ze starymi. Jest uwiązana i zależna. Sasza ma dwupokojowe mieszkanie i pracę, ale też i kłopoty z wizą. Nie chcę ich swatać, choć myślę, że dobrze by się uzupełniali, że pasują do siebie. Ale mogę ich wreszcie poznać ze sobą i przedstawić swój pomysł. Białe, papierowe, urzędowe małżeństwo rozwiąże ich problemy.

Jestem genialna.

Może jednak nie? Przeklęty Kieślowski i jego Trzy kolory...

21 marca 2002. Milanówek

Oto świeżo zaobrączkowani państwo młodzi: Amelia i Aleksander Arkanowscy – taki psikus na powitanie wiosny – właśnie wsiedli do pożyczonego od Stiopy auta (mówią o nim pasat, ale ja aut nie odróżniam od siebie!) i pojechali na tydzień na Mazury. Konkretnie do Rucianego, rodzice koleżanki Amelii mają tam domek letniskowy... Moim zdaniem zamarzną, ale nakrzyczeli, że gderzę jak starucha...

Trochę posiedzieliśmy ze Stiopą nad koniakiem, jak starzy rodzice... Kocham go jak brata. Umiemy razem milczeć o tym, o czym ja nie mogę nawet myśleć. Mój zgorzkniały, złośliwy, stary medyk... Stary? Zaraz, a ile Stiepan ma lat? Przyjaźnił się z Mikołajem jak ja z Saszą... i chyba jest... był... Jak to będzie zgrabnie po polsku, do diabła? Mikołaj był starszy od niego dokładnie o pięć lat. Więc Stiopa ma teraz 50 lat...?

Dzieciaki podpisały papiery w tutejszym USC. Byliśmy ich świadkami. Rodziców Amelii oczywiście nie było... skąd ja to znam... Jeśli wiedzą, kto to wymyślił, pewnie zakłuwają szpilami voodoo moją kukłę trzy razy dziennie...

A teraz szoruj spać, starucho! Zęby, siusiu, zgasić światło... Stiopa chrapie, że słychać przez ścianę. To niedobrze... starszy braciszek medyk ma bezdech senny...

***

Rano zadzwonił telefon. Samochód Stiepana jest do kasacji. W wyniku kolizji osoby nim jadące walczą o życie w szpitalu w Ostrołęce... Jedziemy tam zaraz...

...przekleństwo Midasa... czego dotknę, zabijam... winna, znowu winna...

1 kwietnia 2003. Warszawa

Niechcący zostałam bogiem.

Byłam dziennikarką i dziewczyną szpiega z KGB. Chyba... Na pewno?

Tak w każdym razie teraz o sobie myślę. W tamtych ciekawych niezwykle czasach tak zwanych przemian ustrojowych myślenie nie było moją najmocniejszą stroną. Żyłam więc bez myślenia o następnej „rundzie”. Aż nadeszła. Potem następna. A potem...

Zbyt wielu z tych, których kochałam, umarło.

Tych, którzy przeżyli, skrzywdziłam.

Teraz mam żyletkę. I boję się żyć, a nie potrafię umrzeć.

Jeszcze nie teraz...

Od zawsze mam też tylko jedno oko.

Ogólnie znana i uznawana mądrość ludowa głosi, że oczy są zwierciadłem duszy. Moje zwierciadło czy też dusza są czasem – właściwie dosyć często – w połowie plastikowe, a w połowie puste, bo noszenie protezy przez całe życie, przez okrągłą dobę, jest zwyczajnie bolesne. I nic się w tej materii mimo postępu techniki i medycyny nie zmienia... Chyba że na gorsze.

Od dziecka się zastanawiałam, czy w związku z tym, że mam tylko połowę oczu, to mam też jedynie połowę duszy?

A może mam duszę z dziurą, zatykaną przez kilka godzin dziennie plastikowym erzacem?

Kiedy pytałam o to księży na lekcjach religii, wyrzucali mnie z salki katechetycznej za bezczelność i kazali przychodzić z rodzicami.

Starałam się wtedy, żeby chociaż Bóg we mnie wierzył.

Teraz przestało to być takie ważne.

Przestałam się zajmować duszą.

W ogóle.

Bo wiem, że Bóg też już we mnie nie wierzy. Bo wreszcie przestałam zabiegać o jego względy i uwagę. Więc on też przestał mi zawracać głowę.

Ale, niestety, nie oznacza to, że stałam się osobą racjonalną, o naukowym, wolterowskim światopoglądzie. Chyba bym nawet chciała tak postrzegać świat, lecz nie pozwala mi na to swoisty determinizm mojego losu dyktowany przez ciało.

Ciało...

Ono uporczywie ćwiczy mnie w pokorze, uległości i posłuszeństwie. Jest dla mnie zawsze i wszędzie obecnym... Bogiem. Surowym, pamiętliwym i karzącym. Kiedyś myślałam, że tak jak tego drugiego, chrześcijańskiego Boga, można go przebłagać, ugłaskać tym, czego żądają obaj. Czyli... posłuszeństwem.

Tylko tego jednego chcieli ode mnie wszyscy, gdy byłam dzieckiem.

I Bóg, i ciało, i dorośli wokół.

Ja chciałam, by mnie kochali.

Dlatego aż do siódmego roku życia rzeczywiście byłam dość posłuszną dziewczynką.

Aż zdarzyło się w moim życiu... to.

Materia kontra emocje.

Od tamtej, jakże brzemiennej w skutki dla mojego charakteru i Losu, pamiętnej, lecz na długie lata wypartej ze świadomości i potem odzyskanej pamięci o lekcji na początku pierwszej klasy podstawówki, nie obchodzą mnie już niczyje racje, oprócz moich własnych, ani cudze standardy moralności, odpowiedniości, prawdy, grzeczności...

Co mi się wówczas... przydarzyło?

Gacie pełne gówna i rzyganie z obłędnego strachu.

Potem kilka razy w życiu bałam się dużo bardziej. Powiedzmy, że miałam... lepsze powody.

Ale już nigdy więcej w życiu nie byłam bezwolnie posłuszna.

Nigdy. Nikomu.

Mimo to przeżyłam.

Jakimś cudem przeżyłam. Choć to może za dużo powiedziane. Bardziej: przetrwałam. Przetrzymałam aż do tej pory. Ale nie nauczyłam się żyć. Nie wiem czemu... Czy dlatego, że w Polsce ktoś, kto ma pół duszy i tylko jedno oko może w ostateczności nauczyć się sztuki przetrwania, utrzymywania się przy życiu z przyzwyczajenia, ze strachu lub z przekory, ale za żadne skarby świata nie przyjmą go na ekskluzywne salony życia ludzi zdrowych, chudych, pięknych i kompletnych? Szybko nauczyłam się wstydzić swojego ciała, próbowałam więc je ignorować i o nim zapomnieć. Ale im bardziej się go wstydziłam, tym bardziej ono ogromniało i dominowało moje życie. Ciało sprawia do dziś, że inne cechy i osiągnięcia nie są ważne. Pozostał wstyd. Tylko teraz wstydzę się renty inwalidzkiej.

W Polsce mniejszy wstyd żyć z kurewstwa i złodziejstwa, niż okradać budżet Najjaśniejszej Rzeczypospolitej z jałmużny na chleb, gdy brakuje człowiekowi zdrowia, by na niego zarobić. Nie zasługuję więc ani na życie, ani tym bardziej na śmierć, bo eutanazja na własną prośbę nawet osób chorych na raka, którym zostało kilka miesięcy życia w niewyobrażalnym cierpieniu i bólu, jest niemoralna, ale skazywanie na to cierpienie jest jak najbardziej etyczne i moralne, podobnie jak wykluczenie z życia społecznego osób niepełnosprawnych.

Przed owym wykluczeniem zawsze ratowały mnie książki. A gdy dorosłam – podróże. Ciekawe, że poza granicami naszego zaścianka zawsze czułam się cudownie zwyczajna... ale o tym być może opowiem nieco później, jeśli... żyletka pozwoli.

Tak więc książki pozwalały mi przetrwać, ale nie sposób było nauczyć się z nich wspaniale bogatej, zwłaszcza w młodości obfitej, nabrzmiałej słodyczą obietnic i ich spełnieniem, mięsistej materii życia.

Książki...

To jak lizanie cukierka przez szybkę...

A ja niegdyś bardzo pragnęłam żyć.

Lubiłam też słodycze. I pewnie dlatego, bez względu na dezaprobatę bywalców salonów życia, wpychałam się między nich na siłę. Lekce sobie ważąc ich głośne protesty i grymasy obrzydzenia.

Czasem nawet z perwersyjną uciechą napawałam się tą ich odrazą.

Miałam wiele pragnień i marzeń. Tak było. A jak jest teraz?

Teraz trochę się siebie z tamtych czasów... wstydzę... Chyba się w końcu poddałam. Wiem, że nie będę piękna jak z okładki ani zdrowa, więc i bogata.

Gdy odzwyczaiłam się od słodzenia czegokolwiek i zapomniałam, jak smakuje cukier, co nastąpiło dość wcześniej, dużo, dużo później odkryłam, że gorycz też ma wiele smaków. Można w niej zagustować.

Zostało mi już tylko jedno pragnienie.

Chcę zrozumieć, jak to wszystko się stało...

Czy zdradziłam? Kiedy? I... kogo?

Nie umiem też odgadnąć, zrozumieć, kim się stałam, kim teraz jestem...

I nie umiem jeszcze umrzeć.

***

Ale podobno umiem opowiadać.

***

Najpierw miałam trochę szczęścia.

Dużo.

Rodzice nie oddali mnie do domu dziecka.

Bo w czasach mojego wtargnięcia w świat wadliwe fizycznie, odmienne, nieudane psychicznie – kalekie dzieci były nad Wisłą powodem do wstydu nie tylko dla tych, którzy je spłodzili, czyli dla rodziców, lecz przede wszystkim dla całej rodziny.

Samym swym istnieniem rzucały cień hańby. Były namacalnym dowodem kary za winy ojców, za niewątpliwe przypuszczalne grzechy przeszłych pokoleń. Stanowiły ohydną plamę na nieskazitelnie pięknej i czerstwej puli genetycznej narodu. Jawny stygmat sromoty. Dlatego wskazane było usuwanie tych wybryków natury sprzed oczu wrażliwej estetycznie publiki...

Trzeba też pamiętać, że konieczność opieki nad potworkami zakłócała państwu i pechowym rodzinom marzenia o świetlanej przyszłości, o wykonaniu planu pięcioletniego i o talonie na własną syrenkę (a za chwilę, wraz z nastaniem towarzysza Gierka, na inny cud techniki: małego fiata), wreszcie na wczasy w Bułgarii, NRD... i tym podobne, i tak dalej...

Tak więc... urodziłam się. Sądzę, że kiedy zobaczyłam i poczułam ciało, w którym przyszło mi żyć, natychmiast chciałam wracać tam, skąd przybyłam. Jednak lekarze i pewien nierozsądny ksiądz byli innego zdania i nie pozwolili mi umrzeć. Gdy obie babcie, smutne, ale z niejaką ulgą już, zamawiały msze święte za moją niedorozwiniętą duszę, ja po trzech dniach i kilku operacjach w końcu poddałam się i zaczęłam żyć... a raczej swoim nieopatrznym istnieniem zaburzać rzeczywistość innym.

Oczywiście trzeba było mnie zaraz ochrzcić, żebym nie poszła do piekła, gdyby przypadkiem któraś kolejna reanimacja się nie powiodła. Natychmiast wezwano księdza. Z tej nagłości zapomniał olejów świętych, ale i tak ochrzcił mnie „z wody” i... legalne świadectwo zostawił. Mądry był człowiek i przewidujący! Dzięki jego zapobiegliwości ceremonii nie musiano powtarzać, a rodzina uniknęła wydatków i skandalu uroczystego pokazywania mnie światu w kościele. I sprawienia porządnym ludziom kłopotu odmawiania podawania mnie do chrztu. Odmowa, jak wszyscy wiedzą, przynosi pecha i dziecku, i odmawiającym. Dlatego we wspomnieniach rodziców w zależności od humoru i stopnia zdegustowania moim istnieniem ojcem chrzestnym był podobno ten uparty stary lekarz, który zmusił mnie do życia, lub ledwie trzymający się na nogach po przepiciu palacz z kotłowni szpitalnej, a matką chrzestną równie posunięta w latach pielęgniarka oddziałowa, która przez dobę nosiła mnie w pozycji pionowej, żebym się nie udusiła (rodzice w tamtych czasach mogli tylko posiedzieć w szpitalnej poczekalni, a i to nie za długo), lub stara salowa. Ów lekarz/palacz i pielęgniarka/salowa sami się zaofiarowali. I do ratowania mnie w płaszczyźnie fizycznej i duchowej. Niestety, umarli, zanim zdążyłam ich poznać. Ale podobno charakter dziedziczy się właśnie po rodzicach chrzestnych, więc przynajmniej od razu, od samego początku było wiadomo, dlaczego w żaden sposób nie pasuję do bogoojczyźnianego, ckliworomantycznego, sarmackobutnego rodzinnego stada nie tylko kalekim ciałem, ale i duchem.

A wiem to wszystko „od zawsze”, bo zamiast jak pozostałym wnuczkom i wnukom opowiadać i mi bajki o królewiczach i królewnach, babcie zwykle najpierw tkliwie i życzliwie podkreślały, jak wiele rodzice dla mnie poświęcają, jak ogromnie powinnam być im wdzięczna i jak szczerze modlić się do Bozi, aby mnie nie odumarli, bo nikt inny mnie do siebie nie weźmie. A takie szkaradki jak ja nie mają łatwego życia w sierocińcu... Dopiero po owej pokazującej mi moje miejsce... katechezie... ewentualnie nadchodził czas na bajki.

Dlatego przez pierwsze osiemnaście lat życia modliłam się zawzięcie, żarliwie; bo bardzo chciałam być taka sama, jak wszyscy wokół.

Starałam się. Uparcie i okropnie. Bezskutecznie.

Potem spotkałam Nikołaja Pawłowicza Arkanowskiego.

Takie nazwisko miał wpisane w paszporcie, który widziałam wielokrotnie. Musiał mieć ich więcej. I paszportów, i nazwisk. Pod takim uczył chwilami teorii gier na uniwersytetach w Moskwie, Warszawie, Berlinie i w Lejdzie, a także podpisywał korespondencje dla TASS.

Takie nazwisko dał synowi.

Swojemu.

Nasz... nasze dziecko umarło półtora dnia po ojcu. Po nas.

Straciłam to, czego jeszcze nie miałam.

Poroniłam.

Mikołaj... Dla świata Nikołaj, Kola. Dla mnie Misza. Ocalił mnie. Ożywił.

Podarował mi moje ciało.

Wnuczka i krewniaczka powstańców listopadowych, styczniowych, zesłańców, sybiraków, żołnierzy wszystkich możliwych polskich – a czasem i nie – armii, zamiast iść do klasztoru, gdzie zgodnie z wiekową tradycją Bogu wciskano nierokujące sukcesu na rynku matrymonialnym panny z tej rodziny, oddała swe święte, drogocenne dziewictwo rosyjskiemu najeźdźcy, wrogowi gorszemu od Niemca i została kochanką radzieckiego, komunistycznego szpiega. Gziła się z nim bez wstydu, umiaru i ślubu... choćby tylko urzędowego. Na domiar złego wszystko wydało się publicznie. Zostało opisane w gazetach!

Nie tak, jak skrzętnie zamiecione pod wycieraczkę rodowej pamięci i bardzo sporadycznie, acz z dużą nostalgią wspominane w zalanym własnoręcznie pędzonym bimbrem z okazji rzadkiego rodzinnego spędu rycerskim gronie niegdysiejsze, nieopatrznie opisane w pamiętniku, który ocalał wbrew historii – męskie przewagi najświętszej pamięci stryja Cezarego pod Napoleonem w Hiszpanii, (Pułk Lansjerów Nadwiślańskich, Saragossa 1808-1809)... ciekawe tylko, co by o tych przewagach opowiedziały spływające krwią kobiet i dzieci pod ich pikami i szablami uliczne rynsztoki i spacyfikowane, wybite do pnia hiszpańskie wioski oraz brutalnie zgwałcone przezeń tamtejsze kobiety... aleć stryj Cezary chędożył w obronie ojczyzny! A ja?

Ja nieodwracalnie zszargałam ich honor i przez stulecia niepokalane hańbą nazwisko. Jedyny majątek po minionej świetności rodu. Nie licząc dwóch kompletów wytartych, srebrnych, złoconych łyżek z herbem rodziny, wraz z pamiętnikiem jurnego stryja Cezarego przechowywanych przez babcię z pietyzmem godnym tabernakulum i rzymskiej hostii.

Współczuję im.

Musieli się mnie wyrzec.

A mój Mikołaj?

Uratował mnie po trzykroć i umarł.

Nie. Nie umarł.

Został zabity.

Ja przeżyłam i zostałam bogiem.

Przeżyłam, by nauczyć się umierać. Zapłacić z lichwiarskim procentem za każdą sekundę szczęścia. Płacić bez końca...

Przeżyłam, żeby stracić niewinność. Skrzywdzić tych, których odważyłam się pokochać...

17 kwietnia 2003. Warszawa

Ale wróćmy jeszcze do moich początków...

Kiedy lekarzom udało się dość znośnie wydłużyć moją sporo krótszą i wyrwaną przy porodzie ze stawu biodrowego nogę, po roku spędzonym w szpitalach, w bezruchu w różnych aparatach tortur i w gipsie, z odleżynami i odparzeniami na ciele, po trzech zapaleniach płuc i kilku kolejnych operacjach – powiedzieli oni (owi lekarze) na koniec moim biednym rodzicom, że mogą mnie uczyć chodzić, ale przy takim kręgosłupie i tak czeka mnie wózek inwalidzki.

Raczej wcześniej niż później. W ogóle mieli nie robić sobie wielkich nadziei co do mnie. Bo choć udało się lekarzom uratować mi jedno oko, to istnieje duże – ich zdaniem graniczące z pewnością – prawdopodobieństwo, że za kilka lat stracę wzrok całkowicie. O pomniejszych, pobocznych moich problemach zdrowotnych nie wspominając...

To były moje pierwsze bajki na dobranoc. I książeczka z serii Poczytaj mi MamoO Kotku, który stracił mamę. Biedak przytulał się do radia, bo mrugało jak mama zielonym, okrągłym okiem, do szczotki, bo miała sierść i długi ogon, do wycieraczki przed drzwiami, bo była puchata i grzała... Niestety, nie pamiętam, czy tę mamę kotek odnalazł. Pamiętam, że nie było spania bez tej książeczki i postanowienia, że ja swojej mamy nie zgubię. Zasypiając, zawsze kurczowo trzymałam ją za włosy. Jeśli byłam wystarczająco grzeczna, by zasłużyć sobie na usypianie.

To chyba z tamtego nieświadomego okresu życia pozostały mi trzy rzeczy: duża odporność na ból fizyczny, kompletny brak lęku przed szpitalem i... przekonanie, że na wszystko od innych ludzi trzeba sobie zasłużyć. Że jeśli nie jest się zdrowym i ślicznym, żeby przeżyć, trzeba być grzeczniejszym, milszym, zabawniejszym, nawet tylko odrobinę i obojętne w czym, ale jednak... lepszym od tych dobrych i normalnych, ślicznych i zdrowych.

I choć wiele z moich dziecinnych przekonań czas roztarł na pył i zabrał z odchodzącą falą przemijania, to ten wniosek oparł się wszelkim sztormom i jest ciągle aktualny. Do dziś niektórzy z moich przyjaciół potrafią mieć swoją sympatię do mnie za... dobry uczynek, różniący ich in plus od reszty nietolerancyjnego społeczeństwa. I nie zdają sobie sprawy, ile w tym jest bezwiednej, a raniącej pogardy...

Jak już napisałam, miałam szczęście, że moi rodzice potrafili oprzeć się naciskom otoczenia, że chcieli zaryzykować i zatrzymać mnie w domu.

Mieli siłę i determinację. A ja najwidoczniej wtedy chciałam żyć.

Gdy skończyłam trzy lata bardzo też chciałam do dzieci. Byłam duża, silna, bystra i mocno nad wiek wygadana. Wszystkie znajome dzieci szły do przedszkola. Mnie nikt nie chciał. Dobrze pamiętam te fałszywie uśmiechnięte panie dyrektorki kolejnych przedszkoli i ich przesłodzone głosy pytające wciąż o to samo:

– Często boli cię oczko, dziecino?

– Często.

– A lubisz swoje okulary?

– Nie lubię, ale mama i doktor każą nosić.

– Co zrobisz, jak ktoś niechcący ci je zrzuci?

– Nie zrzuci! Są na sznureczku. Jak biegam, to chowam do kieszonki.

– A kiedy oczko boli to płaczesz?

– Nie. Nie. Jak bardzo boli, to chowam do kieszonki, ale mama i doktor krzyczą, że nie wolno chodzić bez oczka i że zgubię...

Zwykle ta albo podobna kwestia kończyła próbę zapisania mnie do kolejnego przedszkola. Aż pewnego razu stał się cud. W tym momencie rozmowy pani dyrektor, też w okularach – czego nie omieszkałam ze zdziwieniem zauważyć, bo okulary nosiło wówczas równie wiele osób, a zwłaszcza trzyletnich dzieci, co dziś podpiera się kulami inwalidzkimi, startując w biegu przełajowym lub maratonie – z czarnymi kręconymi włosami i fascynującymi, zadziwiająco długimi ciemnoczerwonymi paznokciami i ustami, poprosiła rodziców, żeby wyszli, bo... chce ze mną porozmawiać na osobności. Gdy po chwili wahania wyszli i zostałyśmy same, przez moment siedziała i uważnie mi się przyglądała. A ja jej. Często patrzyli na mnie obcy dorośli. Byłam przyzwyczajona i nie peszyło mnie to. Wreszcie moja ciekawość zwyciężyła i zapytałam:

– Skąd masz takie czerwone paznokcie? I długie jak baba-jaga?

– Pomalowałam lakierem – taką specjalną farbą do malowania paznokci. Dlaczego pytasz, Marianno?

– Bo ładne. Takich nie widziałam.

– Włosy też mam czarne jak baba jaga... a ty się mnie boisz, Marianno? Nie ma tu mamy i taty...

– To co? Są za drzwiami. Jedna pani doktor od oczka też ma czarne włosy. Ja jestem sama swoja i się nie boję nawet prawdziwej baby-jagi!

– Prawdziwej? Widziałaś kiedyś prawdziwą czarownicę?

– Coś ty! Nie widziałam, bo nie ma! Prawdziwe są tylko w bajkach!

– Powiedz mi proszę, Marianno, dlaczego chcesz chodzić do mojego przedszkola?

– Bo tu są dzieci. Dużo dzieci! Ja lubię dzieci!

– Ale masz dzieci na podwórku...

– Nieprawda! Same małe zostały! Duże i mądre chodzą do przedszkola... tylko mnie nikt nie chce!

– Dlaczego uważasz, że nikt cię nie chce?

– Bo jestem za duża, mam okulary i wyjmowane oczko! I wszystkie panie, kiedy myślą, że nie słyszę, mówią tacie, że nikt mnie nie polubi!

– A dzieci na podwórku lubią cię? Nie przezywają?

– Trochę przezywają. Ale wszystkich przezywają. A jak mam cukierki i zabawki to nikt nie przezywa i lubią. Tak jak ja nikt nie umie rysować, najszybciej jeżdżę na rowerze i tylko ja umiem prawdziwy szpagat! Zobacz!

Długo uważałam, że przyjęli mnie do tego przedszkola, bo pani dyrektor tak jak ja nosiła okulary i pokazałam, jak się robi prawdziwy szpagat.

Niestety, ta wyjątkowość kwalifikacji koniecznych na każdym kolejnym szczeblu mojej edukacji okazała się stałą i żelazną regułą. Od tamtego czasu już zawsze musiałam i muszę do dziś udowadniać swoją przydatność, a często choćby prawo do obecności i uczestnictwa w tym, co dla większości ludzi jest zwyczajne i normalne.

Lubiłam przedszkole. Bo choć dziewczynki często nie chciały się ze mną bawić w królewnę, gdy nie godziłam się wyłącznie na rolę czarownicy czy potwora, ani zwykle nie chciały stać obok mnie na zdjęciu ze Świętym Mikołajem, bo mówiły, że jestem brzydka i gruba i że ich mamy mówią, że zepsuję im zdjęcie, to po roku – już w zuchach – chłopcy mówili, że dziewczyny tak gadają, bo są głupie i zazdrosne, a ja mam najładniejsze w całym przedszkolu włosy i kokardy, najwięcej kieszeni w spodniach, najlepiej jeżdżę na wrotkach i na łyżwach, nie boję się robali, potrafię walnąć pięścią w nos, nie skarżę pani i fajnie przeklinam.

To był dobry, uśmiechnięty czas. Marzyłam już tylko o... starszym bracie, który broniłby mnie na podwórku przed łobuzami. A dostałam wujka Mariana.

Ów młodszy brat mamy, po którym noszę imię, właśnie wtedy wyszedł z wojska i na jakiś czas zamieszkał z nami. Najpewniej całkowitemu wyczerpaniu rodziców moim dotychczasowym, składającym się głównie ze szpitali, lekarzy i rehabilitacji istnieniem zawdzięczam, że pozwolili mu się mną zajmować, swemu szczęściu, że wydawałam mu się zabawną i miłą odmianą po służbie zasadniczej w komandosach... jego młodzieńczej ignorancji zawdzięczam odwagę w trenowaniu i zabawianiu mnie, a całemu legionowi aniołów stróżów, lub jak kto woli biesów, że karku nie skręciłam i do teraz chodzę, a nie jeżdżę na wózku inwalidzkim; co zdaniem większości znanych mi ortopedów jest wbrew naturze i nauce.

Medycy ci uczeni twierdzą również, że co się odwlecze, to nie uciecze...

No cóż... może zanim uwiedzie mnie żyletka, zapiszę swoje ciało medykom... niech się uczą...

Znowu dygresja. Wracając do byłego komandosa Mariana i prawie czteroletniej dziewczynki Marianny...

Był rok 1971. Z wysokości jego karku i dających świetny uchwyt, spektakularnie odstających uszu żadna woda, drzewo, zwierz, odległość i wysokość nie były mi straszne.

Pamiętam go dobrze, bo mnie kochał.

Pływanie, czytanie, karuzela łańcuchowa, najwyższe gałęzie, płoty, murki, skakanie z nich, jazda na wszystkim, co się ruszało... wszystko to ze związanymi sznurkiem z tyłu głowy zausznikami okularów i ze szklaną protezą w kieszeni, bo niewygodna i wypadała. Na ból gardła duże lody, na uczulenie ogromna kałuża z gęstym błotem po burzy, na wredne bachory pięść.

Dziewczyny nie płaczą, nie kłamią i nie skarżą. Tajemnic nie zdradzają, obietnic dotrzymują, a kary przyjmują z honorem.

W nagrodę zabierał mnie na Gwardię na swój trening bokserski, za karę na tydzień odbierał procę. Niestety, gdy mając lat chyba ze sześć, zademonstrowałam dzieciakom z podwórka, jak można wsuwką do włosów otworzyć kłódkę zamykającą drzwi prowadzące na dach i siedzieć sobie na krawędzi ośmiopiętrowego wieżowca, machając wesoło nogami, zobaczyli to też dorośli z moją mamą na czele. W efekcie owej nieprzemyślanej akcji reklamowej mojej odwagi i niezwykłych umiejętności ulubiony wujek został natychmiast wyrzucony z domu i z mojego życia, a jakiś czas potem zginął w wypadku. Póki był ze mną, nie bałam się nikogo i niczego.

Prawie.

Jednego miejsca zawsze bałam się śmiertelnie, aż do narodzin mojego rodzeństwa. I nawet wujek na to nie pomagał, bo nigdy nie odważyłam się powiedzieć mu o tym. Najstraszniejszych lęków nigdy nie wypowiadamy w obawie, by się nie spełniły. A już na pewno nie mówimy o nich tym, których kochamy...

Na rogu ulic Żeromskiego i Przybyszewskiego, sąsiadując z podstawówką nr 5, potem imienia polskiego polarnika A.B. Dobrowolskiego, kilka lat temu przekształconą w gimnazjum, mieścił się na warszawskim Żoliborzu Dom Małego Dziecka, inaczej sierociniec dla dzieci małych, tzn. do lat trzech; ale mieszkało tam też czasami trochę dzieci i nieco starszych, gdy jakiś światły, odważny i nieprawomyślny urzędnik nie chciał rozdzielać rodzeństwa lub w zwykłym domu dziecka akurat przez jakiś czas nie było miejsca, lub natychmiastowej możliwości transportu bachora do odległej placówki...

Moi rodzice bywali tam często – zanosili ubrania po mnie i zabawki. Szukali syna. Nienawidziłam tam chodzić, ale rodzice kazali. Mówili, że dobre dziecko dzieli się z innymi tym, co ma i współczuje biednym sierotom bez domu i rodziców. A ja nie mogłam zapomnieć o tym, co zawsze powtarzała mi mama ojca: że miałam być synem, ale mojej mamusi coś się nie udało. I że mam się modlić do Bozi o braciszka, bo ród zaginie!

Jakże bym mogła powiedzieć rodzicom, że nie chcę tam z nimi chodzić, przyznać, że nie jestem dobrym dzieckiem i że się boję, że mnie zamienią na lepsze, udane dziecko?

A kiedy ja podczas wizyty w sierocińcu udawałam, że grzecznie się bawię, panie wychowawczynie głośno i z zapałem zachwalały moim rodzicom tamtejsze dzieci:

– Proszę popatrzeć! Robercik z Kasią już państwa pokochali, a Pawełek bardzo lubi bawić się z Manią i ma takie śliczne niebieskie oczka!

Po czymś takim mogłam jedynie uszczypnąć młodszego trochę ode mnie Pawła dotkliwie, acz dyskretnie, ugryźć i uszczypnąć tamtych, żeby przestali być tacy mili i śliczni, uderzyli mnie, zaczęli płakać i przestali się tak podobać dorosłym!... Bo dopiero wtedy nabierałam przekonania, że może jednak jeszcze i tym razem mi się uda, i to jednak mnie rodzice zabiorą z powrotem do domu z tego okropnego miejsca, a nie zamienią na śliczne, grzeczne dzieci, które na dodatek podobno nigdy nie chorują.

Po koszmarze wizyty w sierocińcu starałam się, jak mogłam, zgadywać wszelkie życzenia dorosłych i byłam wzorem dziecka – przynajmniej wtedy, gdy ktoś na mnie patrzył. Nikomu się nie skarżyłam. Rodzicom mój sposób myślenia podobno nigdy nie przyszedł do głowy. Ale ja wówczas nie mogłam o tym wiedzieć i własne obawy wydawały mi się jak najbardziej uzasadnione i poprawne. Dopiero kiedy urodziły się bliźniaki, rodzice zaprzestali częstych odwiedzin w sierocińcu, a ja uwierzyłam, że nie zamienią mnie na lepsze, zdrowe, ładniejsze i grzeczniejsze dziecko.

Dlaczego?

Bo udało mi się pójść do szkoły podstawowej razem z innymi dziećmi z przedszkola i mama potrzebowała pomocy przy maluchach.

Mogły sobie być ładne.

Ja byłam mądra, starsza i potrzebna!

Nauczeni poprzednim, przykrym doświadczeniem poszukiwania dla mnie pierwszej jednostki edukacyjnej i zgodnie z radą pani dyrektor w okularach, rodzice o rok wcześniej, niż nakazywał to obowiązek szkolny, zaczęli szukać dla mnie podstawówki.

Był rok 1973. Miałam sześć lat i byłam już przyzwyczajona do tego, że i dorosłych, i dzieci muszę przekonywać, że choć wyglądam inaczej, to jeśli mi tylko pozwolą, udowodnię im, że zasługuję na bycie razem z nimi i że można mnie polubić.

Dzieci są twarde i bardzo wytrzymałe; może dlatego, że jak zwierzęta żyją w teraźniejszości. Teraz – jest ich całym światem. Jeśli czegoś chcą, potrzebują, to dążą do tego, prą ze wszystkich swoich sił, nie tracąc czasu na refleksję. Szczęśliwie, nawet nie znają obleśnego, wstrętnego słowa refleksja!

Akceptują świat w całości. Biorą rzeczywistość taką, jaka akurat jest – niejako automatycznie i łatwo się przystosowują. Bo tylko to mogą zrobić.

I ja też taka byłam. Dopiero wiele lat później – właściwie niedawno – uświadomiłam sobie, jak bardzo trudne, obrzydliwie upokarzające, musiały być dla moich rodziców te wszystkie sytuacje żebrania o konsultacje i proszenia o zaświadczenia lekarskie, tłumaczenia, że nie spadnę z pierwszych schodów i nie umrę od siedzenia w ławce, to wodzenie mnie do wszystkich świętych w roli jarmarcznego niedźwiedzia okazującego ucieszne sztuczki...

Walczyli o moją przyszłość ze wszystkich swoich sił. Pewnie dlatego zabrakło im tych sił, żeby mnie jeszcze kochać... Tak jak kochali swoje następne dzieci. Niekłopotliwe, spełniające wszelkie zdrowotne i estetyczne standardy.

Z wiekiem zaczynam rodziców rozumieć, przestaję nienawidzić.

Myślę, że czasami mieli chęć się poddać.

Ale ja nie chciałam do żadnych innych, dziwnych, chorych dzieci.

Ja chciałam do takiej samej, do tej samej szkoły co wszyscy.

Ze zwykłymi, wspaniałymi, normalnymi, zdrowymi dziećmi.

Więc bez szemrania i z zapałem znowu pokazywałam, jak dobrze skaczę na skakance i robię szpagat, mówiłam, że jednym oczkiem tak samo dobrze widzę literki, jak inne dzieci, obiecywałam, że nie będę wyjmować protezy w klasie, bo wiem, że dzieci się mnie wtedy boją, że zawsze będę nosić okulary z czarnym szkłem, żeby protezę zasłonić i że nie będę bić tych, którzy się ze mnie śmieją.

Poza tym umiałam dobrze czytać, znałam wierszyki i kawały i miałam świetne opinie z przedszkola.

Ale i tak do swojej szkoły przyjęła mnie po znajomości koleżanka pani dyrektor z czerwonymi paznokciami. I to jej właśnie obiecałam, że będę bardzo posłuszna, bo inaczej cofną mnie z powrotem do przedszkola i będzie ogromny wstyd. I że zapamiętam, że dla tych co chuliganią – to i w szkole znajdą się woreczki do klęczenia z grochem i solidna, drewniana linia do bicia po łapach i po pupie za karę.

Tak więc możliwość chodzenia do szkoły – to, co dla wielu dzieci było trudnym i uciążliwym obowiązkiem – dla mnie stanowiła nie lada osiągnięcie i nagrodę. Może nie byłam taka jak inne dzieci, ale mogłam znowu robić to co one. Prawie.

Nie do końca była to prawda.

Ale ja szczęśliwie o tym nie wiedziałam. Z rówieśnikami radziłam sobie dobrze, z nauką doskonale. Z czasem jednak udowadniali mi to dorośli – najczęściej skutecznie.

Dzięki ich staraniom przez następne kilka lat ugruntowało się we mnie przekonanie, wręcz pewność, iż żadne moje dążenia, przymioty ducha ani osiągnięcia nigdy nie wyrównają, nie zrównoważą grzechu krzywej twarzy, chorego kręgosłupa, braku oka i grubego ciała.

I choć od tamtych dni kilka rzeczy w życiu udało mi się osiągnąć, wielu doświadczyć, to bycie chorym i ułomnym, nawet w sumie tylko tak nieznacznie innym fizycznie (szczęśliwie moje choroby trzymam w zasadzie w środku) od tych... normalnych, wciąż jest powodem mojego wykluczenia, stanowi dla mnie powód do wstydu.

Choć wiem, że to wstrętne, sama od zawsze i teraz też unikam jak ognia wszelkich kontaktów z osobami niepełnosprawnymi – żeby użyć tego politycznego eufemizmu. Nie dlatego, że się nimi brzydzę. Boję się ich. Ale inaczej niż ludzie zdrowi. Zdrowi boją się niepełnosprawnych, bo przy nich czują się winni swego zdrowia, kierowani podświadomym magicznym myśleniem nie chcą wywoływać wilka z lasu – „z kim przestajesz, takim się stajesz” – i wstydzą się niepełnosprawnych, bo nie rozumieją ich i nie wiedzą, jak z nimi rozmawiać, jak im pomóc.

Ja boję się ludzi niepełnosprawnych, kontaktów z nimi, dlatego że przez całe życie walczę, by nikt mnie do tej grupy nie zakwalifikował, nie utożsamił z nimi, z... gorszymi.

Dziś wiem, że ta walka od początku była skazana na przegraną i że – może poza nielicznymi wyjątkami – jedyną osobą, którą udawało mi się czasem przekonać o przynależności do stada zwykłych, normalnych ludzi byłam... ja sama.

Nikołaj, gdy mnie dotykał, szeptał, że jestem piękna.

Umiał świetnie kłamać.

Dlatego, wiem na pewno, z pary: wózek inwalidzki / ślepota – żyletka, gdy nadejdzie ten moment, wybiorę żyletkę.

Bo mniejszym wstydem jest w Polsce odbycie kary więzienia za złodziejstwo czy rozbój niż bycie osobą niepełnosprawną. Przerażają mnie i oburzają programy telewizyjne pokazujące wspaniałych, dzielnych, szczęśliwych niepełnosprawnych – rodzynki w cieście mające mądre, ciepłe, kochające ich i troszczące się o nich rodziny, którym na dodatek udało się zwrócić na siebie uwagę fundacji i ludzi dobrej woli, mających pieniądze na lekarstwa i wieczną rehabilitację, nie mówiąc już o realizowaniu pasji życiowych... Te programy potwornie fałszują rzeczywistość setek tysięcy osób niepełnosprawnych w naszym kraju. Telewidz – zwykły i prosty – patrzy na takiego kwitnącego, spełnionego, rozprawiającego o pasjach życia niepełnosprawnego i myśli sobie: on, ten obrzydły pokurcz ma lepiej niż ja, zdrowy, normalny, porządny człowiek, bo ja nie mam pracy, moje dzieci książek do szkoły, a za miesiąc kończy mi się zasiłek. Gdzie tu sprawiedliwość?

21 kwietnia 2003. Warszawa

Na szczęście, jak już napisałam, ta wiedza o życiu i świecie nie od początku była mi dana.

Byłam dzieckiem.

Ciągle chciałam żyć.

Płacze, prośby i awantury zmusiły moich rodziców, by już od pierwszej klasy na własną odpowiedzialność – wbrew opiniom lekarzy – pozwolili mi ćwiczyć razem z resztą dzieci na lekcjach wychowania fizycznego i przekonali do tego pomysłu nauczyciela WF-u. Ale niestety, nie pomogły w kwestii... wirującej spódniczki mini. Tu mama była nieubłagana.

– Przecież wiesz, Marianno, że jesteś gruba i masz za grube nogi! Wszyscy będą się śmiali, jeśli założysz tak krótką spódniczkę! – ucięła dyskusję.

Nawet babcie, pocieszające się dotąd, że choć może nie jestem udana, to przynajmniej dobrze wyglądam, potwierdziły, że mini nie jest dla mnie. Miałam siedem lat i byłam jedyną dziewczynką w klasie, która nie miała króciutkiej wirującej spódniczki i wiedziała bez najmniejszych wątpliwości, że... jest brzydka.

Ale pamiętając przestrogi pani dyrektor z przedszkola, z całych sił starałam się być w szkole przynajmniej w miarę grzeczna. Potrzebowałam, żeby nowa pani też mnie polubiła. Znałam na to tylko jeden sposób. Posłuszeństwo. Do bólu. Do przesady. Do czasu, gdy doprowadziło mnie ono do katastrofy. Katastrofy, którą pamiętała mi cała moja klasa. Czyli cały mój ówczesny świat. I oczywiście dzieciaki nigdy nie wahały się tej pamięci używać. Dodatkowe piętno, taki rodzaj... stygmatu...

Dzięki posłuszeństwu poznałam wtedy gryzący, palący aż do trzewi i bez miary odurzający wręcz smak... goryczy, upokorzenia i wstydu. Gorzkie efekty posłuszeństwa.

Potem już nigdy w życiu nie byłam posłuszna.

Zakazów, nakazów, poleceń i próśb dorosłych słuchałam, a gdy sama dorosłam każdej władzy, każdego autorytetu i każdego szefa słuchałam tylko i wyłącznie wtedy, gdy uznałam, że ma rację, że zasługuje na mój szacunek, i gdy chciałam posłuchać. Jeśli któryś z powyższych warunków nie był spełniony, nie słuchałam. Nie byłam posłuszna. Nie? To nie!

Niestety, jestem całkowicie odporna na kij i cudze argumenty siłowe, straty potencjalne i natychmiastowe, kary ostracyzmu i wykluczenia, nawet na ból czy bezpośrednie zagrożenie fizyczne. Sprawdziłam to parę razy w... realu. Kilka razy było... blisko, bardzo blisko. Można mnie zabić, bo nie potrafię się ugiąć i ustąpić.

Widocznie wtedy bezpowrotnie przepaliły się we mnie gen uległości i umiejętności kalkulowania korzyści w sytuacji przymusu.

Dowolnego przymusu. Nie mam odruchów samozachowawczych. Moje impulsy nerwowe ignorują wszelkie inne drogi i połączenia neuronalne i aktywują automatycznie tylko reakcje nieposłuszeństwa, czyli walki. Trudno z tym żyć. To jest tak, jakbym zamiast brakującego oka, miała trzecią nogę, czepliwy ogon, kotwicę, która gdy rozum nakazuje uciekać, wpuszcza korzenie w podłoże i zatrzymuje mnie na miejscu, bym stawiła czoła, walczyła, wygrała lub zginęła.

***

Po prawie trzydziestu latach od tamtego wydarzenia – dziś, patrząc z perspektywy czasu i pozycji dorosłego człowieka, wydarzenia nawet zabawnego i nieco głupawego – nic się w mojej głowie nie zmieniło. No, może teraz czasem udaje mi się jednak momentami w sytuacjach zupełnie beznadziejnych, korzystając z pedału rozsądku, jak z samochodowego pedału gazu, aktywować niekiedy resztki ucieczkowej reakcji obronnej – zwyczajne odwrócenie się, odejście, święte wycofanie.

Nie obchodzą mnie już niczyje racje, oprócz moich własnych, ani cudze standardy moralności, odpowiedniości, prawdy, grzeczności... Właściwie można nawet powiedzieć, że mam... alergię z tendencją do natychmiastowych reakcji anafilaktycznych na kontakt z tzw. władzą, siłą, przemocą i przymusem w dowolnej postaci.

Do tego, co tak mocno i nieodwracalnie skrzywiło moją siedmioletnią, dosyć odporną przecież psychikę, przeorało niewinne bruzdy mózgowe, ostatecznie ukształtowało charakter, w rezultacie zaważyło na moim całym późniejszym życiu i, niestety, kieruje mną aż do teraz, doszłam kiedyś na jednej z sesji u psychoanalityka. Przez długie lata siedziało sobie to wydarzenie wyparte i zakopane głęboko w najciemniejszym zakamarku, zabitym dechami niepamięci kącie mojej głowy i rządziło mną niedostrzegalnie, acz niepodzielnie, jak księżyc rządzi przypływami i odpływami oceanów.

Co mną rządziło tak skutecznie, widowiskowo i przemożnie?

Kupa.

Materia kontra emocje.

Śmieszne, proste, banalne i elementarne.

Jak wszystko to, co w życiu najważniejsze.

Tragedia i groteska w jednym. Sytuacja koszmarnie zabawna. Jak zwykle – ocena zależy tylko od tego, czy jest się widzem, czy bohaterem... Dla mnie wtedy koszmarna niewyobrażalnie. Dla reszty moich kolegów i koleżanek pierwszoklasistów niewypowiedzianie wprost atrakcyjna, obrzydliwa i właśnie zabawna.

Jak już napisałam, pamiętając przestrogi pani dyrektor z przedszkola, z całych sił starałam się być w szkole przynajmniej grzeczna. Potrzebowałam, aby nowa pani, w tym nowym, ważnym, ciekawym, wytęsknionym i upragnionym miejscu dla dużych i mądrych dzieci, też mnie polubiła. Jeśli chodziło o zdobywanie serc dorosłych, znałam na to tylko jeden skuteczny sposób.

Posłuszeństwo.

Dlatego, gdy pewnego wrześniowego dnia na którejś z lekcji zachciało mi się kupę, grzecznie podniosłam rękę do góry, chcąc poprosić panią o możliwość wyjścia do łazienki. Ale pani, zirytowana dużą liczbą podobnych próśb w trakcie poprzednich zajęć, wysłuchała mojej prośby, lecz... nie pozwoliła mi wyjść. Widocznie na moim przykładzie postanowiła wytłumaczyć świeżutkiej jeszcze pierwszej klasie, do czego w szkole służą pauzy – przerwy między lekcjami. Kazała mi poczekać z łazienką do przerwy. Kolejne moje coraz bardziej rozpaczliwe prośby zupełnie ignorowała. Po prostu udawała, że nie widzi mojej sterczącej do góry ręki i kręcenia się w ławce. A ja się bałam, że jak wyjdę z klasy bez pozwolenia pani, to nie pozwolą mi więcej chodzić do szkoły! Mój duch dzielnie walczył z fizjologią. Ale z fizjologią nie można wygrać. Na chwilę przed dzwonkiem wieszczącym koniec lekcji dzieciaki doniosły pani, że smrodzę, i uciekły z okolicznych ławek, zatykając nosy i bekając, bo gremialnie zbierało im się na wymioty...

Siedziałam w ławce jak skamieniała, zesztywniała z szoku, z zaciśniętymi oczami i pięściami, paznokciami wbitymi w skórę dłoni... Granatowy fartuch, do którego rano uparcie dobierałam kolor kokardy we włosy, był mokry od łez rozpaczy i umazany gilami upokorzenia, a majtki były pełne gówna. Gdy pani wreszcie do mnie podeszła, ze strachu zwymiotowałam...

Potem, kilka razy w życiu bałam się dużo bardziej. Powiedzmy, że miałam... lepsze powody.

Ale już nigdy więcej w życiu nie byłam tak posłuszna.

Nigdy. Nikomu.

Mogę więc z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to kupa zwalona w gacie w pierwszej klasie, do spółki z samą szkołą, w ogromnym stopniu ukształtowała mój charakter i los.

24 kwietnia 2003

Mieliśmy też w szkole zespół grający na tzw. dzwonkach chromatycznych, inaczej cymbałkach – dla klas młodszych, i dla klas starszych – chór szkolny. Oba prowadzone przez niezwykle ambitną panią od muzyki. (Do teraz potrafię czytać nuty; umiejętność tyleż egzotyczna, co czasem jednak w moim życiu przydatna!). I zespół, i chór każdego roku stawały w szranki zawodów międzyszkolnych, a czasem międzywojewódzkich. Lubiłam grę na cymbałkach, a potem śpiewanie w chórze, w „drugim głosie”. Nie mnie oceniać, jak dobrze lub jak źle mi to wychodziło. Ale dawało wiele przyjemności, zapewniało jednocześnie poczucie uczestnictwa i dobrej wyjątkowości... ekscytację oczekiwania na święto publicznego występu w konkursie...

No tak... lecz nie do końca...

Owszem, pani pozwalała mi uczestniczyć w próbach, mogłam też brać udział w występach... jednak tylko na terenie szkoły.

Kiedy dzieciaki wyjeżdżały w inne miejsca, na prawdziwy konkurs, prawdziwy występ, pani od śpiewu – zresztą moja wychowawczyni – nigdy mnie nie zabierała. Tłumaczyła, że kiedy się czegoś wystraszę, to wypada mi proteza, a poza tym jestem za gruba i będę brzydko wyglądała w scenicznych strojach najpierw zespołu, a potem chóru... że zepsuję im wrażenie artystyczne i mogą wtedy przeze mnie przegrać, a tego przecież nie chcę...

Równie szczerze potraktowała mnie pod koniec podstawówki, na początku ósmej klasy, pani psycholog, gdy przyszła ze mną rozmawiać o wyborze nowej szkoły i przyszłej drogi życiowej.

– Czy wiesz, Marianno, że w liceum, które wybrałaś, w zeszłym roku przypadało dziesięciu kandydatów na jedno miejsce i w tym roku będzie podobnie? A egzaminy będą bardzo trudne? – zapytała.

– Wiem. Ale chcę spróbować. Przecież dobrze się uczę i stopnie mam bardzo dobre...

– Dlaczego chcesz się tak męczyć? – przerwała mi. – W Jankach jest szkoła dla dzieci niewidomych i niedowidzących. Tam byłoby ci lżej. Oszczędzałabyś swoje oko, nie musiałabyś tak dużo się uczyć i czytać... Pomyślałaś, co będzie, gdy stracisz wzrok?!

Ten przewrotny argument słyszałam już nie raz i nie dwa, więc miałam gotową odpowiedź:

– Normalni, zdrowi ludzie też mogą stracić wzrok, gdy zachorują albo na przykład w wypadku. A ja, proszę pani, nie chcę do końca życia robić szczotek w spółdzielni dla inwalidów. Chcę zdać maturę i pójść na studia, żeby zostać lekarzem albo nauczycielką! – zapaliłam się jak zawsze do tych swoich planów.

Ale pani psycholog patrzyła na mnie z politowaniem:

– Dziecko drogie, ktoś musi ci wreszcie otworzyć oczy i powiedzieć prawdę! Piękne plany, ale nie z twoim zdrowiem i wyglądem... – przerwała mi i nie pozwoliła dokończyć. – Uważasz, że w nowej szkole poradzisz sobie, że będziesz mieć przyjaciół, że nowa klasa cię przyjmie i zaakceptuje? Nawet jeśli tym razem dokonasz tej sztuki, to i tak nigdy nie będziesz uczyć! Nauczyciel nie może mieć wad fizycznych, bo musi mieć u dzieci autorytet. Nie może uczniów straszyć ani śmieszyć swoim wyglądem. Wiesz przecież doskonale, jakie dzieci są spostrzegawcze i okrutne!

A lekarz ma bardzo trudną i ciężką pracę i na pewno, nawet po najlepiej zdanej maturze, twoja karta zdrowia zablokuje ci drogę na medycynę! – tu zaczerpnęła oddechu i zmieniła ton z ganiącego na współczujący: – Szkoda twojego wysiłku i złudzeń... Naszarpiesz się tylko, dziecko, zajmiesz miejsce komuś zdrowemu, a i tak się rozczarujesz i kiedyś sama przyznasz mi rację!

Przez lata szkolne wydawało mi się, że przywykłam do podobnych w treści, tonie i zamiarach przemówień i rozmów. Ale aż tak otwarcie i bezapelacyjnie samego prawa do marzeń nikt jeszcze nie próbował mi odebrać...

– Co to panią obchodzi, czy będę miała kolegów i przyjaciół? – wrzasnęłam. – Nic pani o mnie nie wie! Nie mogę uczyć ani leczyć ludzi?! To może zostanę bibliotekarką albo weterynarzem!? Książki i zwierzęta lubią mnie na pewno!!! Nic a nic mnie nie obchodzą te pani głupie testy i papiery!!! – wrzeszczałam dalej.

I zanim pani psycholog zdążyła zareagować, chwyciłam wazon z kwiatami stojący na biurku i wylałam jego zawartość, jak się okazało dość już śmierdzącą, na rozłożone dokumenty i papiery.

Do dziś w całej tej sytuacji najzabawniejszy wydaje mi się fakt, że to właśnie pani psycholog miała rację.

To nic, że pomimo nagannego stopnia z zachowania dostałam się do wymarzonego ogólniaka i po czterech latach zdałam egzamin maturalny. Wychowawca i tak nie chciał podpisać moich papierów na studia, a kilku lekarzy miało problem z podpisaniem kwitu, że mój wygląd nie jest odrażający. Fortunnie znalazł się jeden odważny lub pozbawiony uprzedzeń estetycznych, który był odmiennego zdania i kwit podpisał. Zamiast wychowawcy podpis na moim podaniu o przyjęcie na uczelnię złożył dyrektor szkoły. Na medycynie w przedbiegach zdyskwalifikowała mnie rzeczywiście karta zdrowia, a zaraz po studiach lekarze z zawodowej przychodni nauczycielskiej nie podpisali mi świstka o przydatności do wykonywania zawodu nauczyciela – argumentując to względami estetycznymi – choć miałam podstawowe kwalifikacje nauczycielskie wpisane w świadectwo maturalne, bo w czwartej klasie ogólniaka zrobiłam odpowiedni kurs pedagogiczny, podczas studiów zaliczyłam praktyki zawodowe i miałam konkretną propozycję etatu nauczania języka polskiego w pewnym technikum... Ale wybiegam za daleko w czasie, a chcąc zachować logikę wydarzeń, gubię się w dygresjach o sprawach mniej istotnych. Musimy wrócić...

26 kwietnia 2003. Warszawa

Lato ’86. O dziwo, okazało się, że egzaminy na Uniwersytet Warszawski poszły mi nadspodziewanie dobrze – lokata w pierwszej dziesiątce na wydziale, na który zdawałam. Ale, niestety, zabrakło mi punktów za zaledwie średnie świadectwo maturalne, nieodpowiednie klasowo pochodzenie społeczne i fatalne, bo stołeczne, miejsce zamieszkania. Nie dostałam się na wymarzone dziennikarstwo. Ale za to dostałam się na Nauki Polityczne. Poniekąd.

Prawie.

Bo dla tych, którzy mimo wadliwego pochodzenia klasowego, rokowali zdaniem władz Uniwersytetu Warszawskiego jakieś nadzieje, istniała wówczas pewna furtka. SHP. Studencki Hufiec Pracy. Członkowie SHP zostawali studentami warunkowo, na jeden rok akademicki. Oczywiście z automatu wpadali do ZSP. Przez ten czas byli na cenzurowanym. Mieli obowiązek zaliczyć określoną, dość niewielką ilość zajęć i egzaminów z pozytywnym wynikiem, a także wykazać się prawidłową postawą społeczną i polityczną, pracując na trzy czwarte etatu na wskazanych przez uniwersytet stanowiskach robotników do tzw. pracy lekkiej, by nauczyć się szacunku do klasy robotniczej.

Miałam wreszcie upragnioną legitymację studencką Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych i nie zamierzałam jej stracić. Więc udowadniałam i... byłam nieziemsko dumna.

Pomimo wszystko.

Od września ’86 do czerwca roku następnego od poniedziałku do soboty codziennie rano o 5.30 po podpisaniu listy obecności w Biurze Gospodarczym Uniwersytetu, rozdzielano nam pracę. Kierowniczka mnie nie lubiła, bo jej śliczna i wszechstronnie utalentowana córka, mimo niewątpliwej protekcji, słabiutko zdała egzaminy, a taki kocmołuch jak ja – kaleki, niepewny klasowo i z gorszą maturą – studiował...

Szybko nauczyłam się, że pod żadnym pozorem nie wolno mi do pracy lepiej się ubrać ani tym bardziej przyznać, że mam dużo nauki. Wtedy na pewno dostawałam do wykonania najbardziej upokarzającą – dla nadętej swą wyjątkowością młodej idiotki, którą byłam – i możliwie najbrudniejszą pracę: szorowanie uniwersyteckich kibli.

Najgorzej myje się kible na własnym wydziale. Jeśli jednak człowiek musi robić to nawet po kilka razy w tygodniu po 6 godzin dziennie przez prawie 10 miesięcy, można nieco zobojętnieć i nabrać wprawy. Dzięki SHP świetnie też operuję szmatą do podłogi i elegancko maluję ławki i wszelkie ogrodzenia. Jeśli kierowniczka była zadowolona z wykonanej przeze mnie pracy, wówczas o 12.30 mogłam porzucić, na przykład zimą, szuflę do odgarniania śniegu – to znaczy zdać sprzęt, wpisać w książce obecności obok godziny przyjścia godzinę wyjścia i... zacząć właściwe życie. Szczęśliwie dla mnie, pierwszy rok tradycyjnie miał wyznaczone najgorsze, bo popołudniowe godziny zajęć. A przed zajęciami i wykładami lub po nich, no i oczywiście w weekendy, był czas na moje prywatne życie studenckie – na naukę.

Czas ten, dzielony między miotłę, szuflę do śniegu, szmatę i wiadro, uporczywe chodzenie na wszystkie, a nie tylko wyznaczone zajęcia, orgiastyczne czytanie książek, o których kiedyś mogłam tylko pomarzyć, koniecznych podręczników i robienie całych gargantuicznej wielkości tomów notatek w zimnych bibliotekach (o dobrodziejstwie ksero nikt nawet nie śnił, wszak było najgroźniejszym narzędziem walki z panującym miłościwie ustrojem); pierwszy i ostatni autobus numer 116 z pętli i na pętlę wożący waciakową, obrzydliwie „swojsko” własnym potem, gnojem, a nierzadko nieprzetrawioną do końca wódą woniejącą klasę robotniczą do i z Matki Huty – bo Huta Warszawa wtedy jeszcze działająca pełną parą – wszystkich przygarniała w swe pracujące na trzy zmiany, szeroko otwarte ramiona...

Czas ten to gdzieś w przelocie połykana w pośpiechu i zwykle na sucho kajzerka, zagryzana mocno twardawym serem topionym, a jeśli była chwila – zmiękczana lurowatą sypaną, ale przeważnie gorącą herbatą Madras lub Indyjską, względnie zupą pomidorową w Karaluchu- barze mlecznym tuż przy bramie uniwersytetu... Kto bywał w Karaluchu, kto jadał rozpływające się w ustach leniwe pogiętym z lekka, średnio domytym aluminiowym widelcem, ten rozumie czar epoki. Kto nie, niech obejrzy Misia Barei. Ten czas, te klimaty...

Teraz to wszystko też wydaje mi się niezwykle zabawnym, a życie, które wówczas wiodłam, po prostu i zwyczajnie szczęśliwym.

To życie moje, prawie studenckie, okraszone było... zazdrością o prawo do noszenia czapki studenckiej Uniwersytetu Warszawskiego, którego to prawa zwyczajowo nabierało się dopiero po zaliczonym pierwszym roku, razem z prawem do ponownego zdawania nieudanych egzaminów. Na pierwszym roku egzaminy można było zdawać jeden raz. Kto nie zdał, odpadał. Ci, którzy przetrwali pierwszoroczną selekcję, nabywali prawo do noszenia białej rogatywki z lakierowanym czarnym daszkiem, czerwonym sznureczkiem na otoku i z metalowym znaczkiem, symbolem UW, wpinanym w górny róg tuż nad czołem.

Czapki te robił na indywidualne zamówienie chyba jeden jedyny kapelusznik w Warszawie. O ile pamiętam, politechnicy nosili czapki brązowe, korporacjoniści granatowe, a medycy mieli na jasnych czapkach jakieś inne otoki...

W najgorsze dni przy życiu trzymała mnie nadzieja na... tę szczególną, własną czapkę, potwierdzającą w końcu mój status legalnego, pełnoprawnego studenta.

Więc przez tamten rok byłam prawie studentką.

Owo „prawie” zawsze było, jest i chyba już pozostanie swoistym rodzajem normy, żelazną regułą, podstawową zasadą formującą moje życie. Wyjątki, jeśli się nawet zdarzały, tylko ją potwierdzały.

Ale wtedy nawet owo „prawie” i tak zwykle napełniało mnie poczuciem szczęścia, jak nadtlenek azotu znieczulający ból katowanego kręgosłupa, unosząc wysoko do góry ponad drobne niedogodności koniecznego obcowania ze smrodem i brudem.

Dziś wiem, że młodość zwykle gdy trwa – a zawsze, gdy przeminie – prawie każdemu człowiekowi z perspektywy czasu wydaje się jakoś tam szczęśliwa.

Dopiero potem, gdy niepostrzeżenie od nas odchodzi (w doroślejącym osobniku całkowicie zanika pewien subtelny organ – grasica), wówczas jak tłusta sadza w zatkanym kominie kumuluje się, z początku niedostrzegalnie, na nieubłaganie rogowaciejącej naszej skórze brud życia, nazywany niewinnie doświadczeniem.

Maj ’87, tuż po zdanych niejako z rozpędu w zerowym terminie egzaminach, gdy powoli przytomniałam i miałam siłę dostrzec ulicę, zamiast pędzić z punktu A do punktu B, zaskoczył mnie nie tyle kwiatami kasztanowców i widokiem jakoś coraz odważniej publicznie przytulających się na tej ulicy par zakochanych, ile... wezwaniem przed oblicze dziekana.

Z duszą na ramieniu, w myślach licząc niepotrzebne, niepolityczne, ale dla mnie nieuniknione pyskówki z kierowniczką SHP w pracy, szłam do dziekanatu jak na ścięcie.

A tam? Tam powiadomiono mnie, że legitymację studencką mogę zatrzymać do końca studiów, że nie jestem już na próbę ani też żadna warunkowa! Potwierdzał to uroczyście stempel w indeksie, informujący o zaliczeniu roku pierwszego! A ponieważ oprócz dobrych wyników egzaminów, nienagannie pracując, udowodniłam w ciągu minionych 10 miesięcy swój pozytywny stosunek do klasy robotniczej i byłam najlepsza na roku z języka rosyjskiego, to wydział miał dla mnie wyjątkową propozycję, właściwie nagrodę: jedno semestralne stypendium naukowe do Moskwy. Zwykle dostawali taką szansę studenci ze starszych roczników, ale w tym roku Rada Wydziału...

Razem z kilkuosobową grupą najlepszych studentów wybranych także z innych wydziałów UW mogłam przez dwa miesiące szczytnie reprezentować WDiNP przy budowie Moskiewskiego Pałacu Młodzieży i przez następny semestr przyszłego roku akademickiego studiować na odpowiadającym mojemu Wydziale Nauk Politycznych Moskowskowo Gosudarstwiennowo Uniwiersiteta im. M.W. Łomonosowa – jeśli tylko wyrażę taką chęć...

Chęć, zamiar, możliwość... reprezentować... nagroda, wyjazd... Moskwa... Moskwa!!!

Nie wiem, jaka nazwa geograficzna, jakie miasto na kuli ziemskiej może dziś w dwudziestolatkach budzić takie emocje. Tokio? Nowy Jork? Las Vegas? Pekin? Buenos Aires? Bo przecież nie banalny dla nich Londyn czy weekendowy Paryż – dla mnie tylko swego rodzaju symbole istniejące wyłącznie na mapie, w marzeniach i piosenkach... Ach, Paryż... wówczas w mojej świadomości mentalny, niemal równie tajemniczy i pociągający bliźniak właśnie... Moskwy!!!

Odebrało mi mowę. Krew ruszyła. Zawrzała. Zastygła. Zaszumiało mi w uszach. Zlodowaciały dłonie. Zapomniałam... zapomniałam oddychać...

Słowa: Moskwa, nauka, nagroda, stypendium... wirowały w mojej głowie i budziły echa: Wysocki, Okudżawa, Jesienin, Bułhakow... bąbelki... miliardy łaskoczących bąbelków, jak w gigantycznym wstrząśniętym mocno i nagle syfonie, unosiły się i unosiły z mojego brzucha aż do gardła i w mózgu wybuchały kakofonicznym wrzaskiem radości: podróż! Prawdziwa podróż! Zagranica, wyjazd daleko za granicę!!! Przygoda!

Siedziałam na brzeżku z lekka odrapanego krzesła dla interesantów po drugiej stronie biurka dziekana i czułam się tak, jakbym rozmawiała... z Bogiem! Tym razem dobrotliwym, który łaskawie postanowił zdjąć ze mnie klątwę mojego dotychczasowego życia, owo przeklęte, przebrzydłe „prawie”!!!

Przypuszczam, że tak właśnie mogą się czuć dziewczyny zakwalifikowane do finałów Miss World... ale co ja mogę o tym wiedzieć...

Zatrzęsły mi się ręce, zakręciło w głowie... Wreszcie znalazł się ktoś, kto nie uważał, że jestem tylko: prawie, nie całkiem, nie do końca, niezupełnie, odpowiednia do czegoś, a nawet wręcz przeciwnie, że jestem najodpowiedniejsza z wielu innych osób!!!

Zostałam wybrana!!!

Ten, kto nigdy nie był na siłę, często wbrew protestom innych dzieci, dołączany na rozkaz nauczyciela lub z litości do już skompletowanych zespołów w grach zbiorowych na szkolnych lekcjach WF-u, kto nie stał, czekając, często bezskutecznie, na możliwość zagrania w dwa ognie i musiał się zadowolić – musiał – przynoszeniem piłki innym dzieciom, gdy poleciała za daleko, kogo rodzice innych dzieci zabraniali zapraszać na urodziny, ten nie wie i nigdy się nie dowie, nigdy nie zrozumie, czym dla mnie wówczas była świadomość, że mądrzy ludzie, nauczyciele akademiccy, naukowcy, których bezkrytycznie prawie podziwiałam, właśnie mnie do czegoś ważnego wybrali!!!

Znalazłam się wśród najlepszych: Ja – grubas bez oka i z krzywą twarzą!!! I dostaję nagrodę! Możliwość nauki za granicą! Gdy dotychczas najdalej byłam raz w Rzeszowie i raz w Szczecinie...!

Przemiły ów profesor przez chwilę jeszcze coś mówił, ale ja go już... nie słyszałam, nie słuchałam... Nie mogłam. Nie musiałam.

Miałam reprezentować Polskę, uniwersytet, Warszawę! Mój wydział chciał się mną pochwalić!!!

Nie zamieść pod dywan czy zamknąć w piwnicy, czy ukryć jak wstydliwy wybryk natury, a właśnie... pokazać mnie innym i się mną pochwalić!!!

Mogłam wystąpić o paszport! Miałam dobry powód! I było prawie pewne, że paszport dostanę! I wizę!!!

Paszport!!!

Podróż!!! Magiczne słowa!

Byłam w Raju.

Szczegóły nie miały większego?... nie miały żadnego! znaczenia!

Wątpliwości się nie liczyły! Nie istniały.

Gdy po dłuższej chwili dziekan przestał poruszać ustami i zaczął mi się uważnie przyglądać, zrozumiałam, że czeka na moją odpowiedź.

– Tak, panie profesorze! Oczywiście chętnie i... bardzo dziękuję! – wydukałam nieprzytomna ze szczęścia i z... obawy, że się rozmyśli, i z nadzieją, że jest to prawidłowa reakcja na jego pytanie, którego przecież... nie słyszałam!

Szczegóły dopadły mnie potem, na miejscu, w Moskwie.

I okazały się... więcej niż istotne!

Wątpliwości przez moment wypuściły wątłe pędy, ale zaraz zginęły pod lawiną żądzy przygody, pychy i radości!

1 maja 2003. Warszawa

Dobrze pamiętałam dzwonienie swoich zębów, ściśniętych bardziej emocjami i niepewnością niż lękiem, i drżenie szyb w sobotę 12 grudnia 1981 roku wieczorem, gdy z okna swojego pokoju w bloku przy ulicy Broniewskiego patrzyłam na kolumnę czołgów, z mdlącym, brzęczącym stukotem mielących gąsienicami słoną, błotno-śniegową breję zalegającą na mojej ulicy, i transporterów jadących w stronę Huty Warszawa. I pamiętam niedzielny poranek bez Teleranka w telewizorze, za to z generałem w czarnych okularach na ekranie, strach mamy, nagłą, lecz na szczęście krótką, nieobecność ojca zatrzymanego w pracy, ciszę umarłego telefonu, a potem drewniano-śmieszno-straszny głos w słuchawce: „rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana...”, ale także dreszczyk podniecenia jak z Czterech Pancernych i Psa czy Zorro, gdy po godzinie policyjnej przekradaliśmy się przez niebezpiecznie szeroką ulicę Żeromskiego do kościoła Świętego Zygmunta na zakazaną religię i rankiem na roraty... Także przedziwnie ostry w smaku i zjadliwie pomarańczowy żółty ser z zagranicznych kościelnych darów... wreszcie nadętych urzędowo milicjantów odprowadzających nas – świeżo upieczonych czternastoletnich abiturientów podstawówki, nucących Za ostatni grosz Budki Suflera – małymi grupkami i pojedynczo do domów po zakończonej pożegnalnej dyskotece klasowej, bo obowiązywał surowo! nawet czternastolatków! ustawowy zakaz... publicznych zgromadzeń.

Oczywiście były też msze za ojczyznę u Stanisława Kostki, płomienne kazania księdza Popiełuszki, zomowcy, pały i obłoki gryzącego gazu i wbrew, i na przekór victorie z palców, pieśni patriotyczne, koncerty i kasety z Kaczmarskim, szkolne demonstracje, koledzy zrywający czerwone, pierwszomajowe flagi, autobus pełen ZOMO z Golędzinowa w moim liceum, wezwany przez dyrekcję w reakcji na trzygodzinny strajk uczniów po wydarzeniach w Kopalni Wujek, szok po zabójstwie Grzegorza Przemyka i księdza Jerzego, oba pogrzeby... pogrzeb prymasa Wyszyńskiego...

Ale choć dotykałam na co dzień tego wszystkiego – jak każdy człowiek żyjący w owym miejscu i czasie, choć tak czy inaczej uczestniczyłam w tych wydarzeniach, choć często poruszały mnie one emocjonalnie, wzruszały i przerażały – nie były to jednak moje nastoletnie sprawy.

Dlaczego?

Może dlatego, że ci koledzy, mocno z mojej perspektywy zaangażowani wzorem swoich rodziców w walkę o „Solidarność”, rwący flagi, przynoszący do szkoły bibułę, zakazane książki i informacje, organizatorzy protestów i strajków, owe gwiazdy licealnej opozycji wyraźnie mną... gardziły!

Nawet najbardziej szczytne cele walki z diabelskim systemem nie usprawiedliwiały jakichkolwiek kontaktów wojowników światła z brzydkimi, kalekimi i grubymi potencjalnymi wojowniczkami, które nie potrafią szybko biegać i są ostatnie w szkole na 60 metrów... Nie angażowałam się. Oni nie chcieli mnie, a ja obrzydzałam sobie ich.

A może też wskutek buntu przeciw zatęchłej, pogrążonej w patriotycznym – wręcz schizofrenicznym samobiczowaniu – samozadowoleniu tradycji rodzinnej, wielbiącej zmurszałe truchła, groby i klęski? I panicznie bojącej się rzeczywistości. Trudno mi określić bezpośrednie powody.

I tak byłam wyrzutkiem. Zewsząd. I od zawsze.

Wszyscy wokół byli antyradzieccy, byli przeciw systemowi, ale... jakimś cudem też świetnie za przykładem swoich rodziców radzili sobie w życiu. I jak było trzeba, to karnie, bez zająknięcia uczyli się na przysposobieniu obronnym o wrednych zachodnich imperialistach, czyhających za progiem naszej socjalistycznej ojczyzny z interwencją wojskową i palcem na guziku odpalającym bombę atomową, ćwiczyli chowanie się pod ławki i ściany w razie wybuchu jądrowego i recytowali co trzeba na wychowaniu obywatelskim, nagle wstydliwie i w pośpiechu przed maturą przemianowanym na wiedzę o społeczeństwie... wiadomo, walka walką, ale matura, studia, trzeba jakoś żyć...

Istotny niezmiernie dla mojego rodzącego się braku poglądów politycznych i – osobno – braku szacunku dla gatunku polonistów był wreszcie... mój wychowawca z liceum. Solidarnościowy od włochatych łydek, obleśnie już od wiosny wystających ze stylizowanych na słowiańskie parcianych portek, zagranicznych spodni, po koniec długachnej, wiecznie rozwichrzonej starocerkiewnie brody, nawet pierdzący we własnym mniemaniu antysystemowo, wiecznie powtarzający mnie i paru innym, niestandardowym i niepokornym uczniom, że jesteśmy kompletne dno, beztalencia, głupole i tłumoki... że nasze miejsce w uczelni-mordowni, zawodówce handlowej dla imbecyli, tuż naprzeciwko!!! Milusi był człowiek, życzliwy i skromny... Zwykle skreślał moje wypracowania i pisał jedno słowo: styl, i ocenę: niedostateczny.

Jedno co mogło mnie uratować w ogólniaku przed szaleństwem i chyba uratowało, to przekora.

Dlatego, kiedy w czasie dni otwartych UW usłyszałam o tym, że na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych mówi się pogardliwie „czerwone pająki”, że ich hymnem wydziałowym jest pieśń hiszpańskich rewolucjonistów walczących z generałem Franco, przejęta potem przez kubańskich rewolucjonistów Bondiera Rossa, wiedziałam z całą pewnością, że nic tak nie zdenerwuje, nie zaskoczy i nie zniesmaczy, nie obrazi mojej rusofobicznej rodziny, nauczycieli z przyzwoitego poglądowo ogólniaka czy kolegów, jak mój odkryty właśnie zamiar zdawania na ten właśnie odsądzany od czci i wiary wydział. Wersję o pieśni kubańskich rewolucjonistów sprzedali mi wówczas o rok starsi, słabo zorientowani koledzy. Tak naprawdę Bondiera Rossa jest to rewolucyjna pieśń włoska z 1908 r. Walka z generałem Franco – OK, na pewno śpiewali ją żołnierze międzynarodowej włoskiej Brygady im. Garibaldiego. Czy na Kubie – hm, może... Tłumaczono ją na różne języki, więc pewnie i na hiszpański.

I byłam pewna, powtarzam, że nic tak nie zdenerwuje, nie zaskoczy i nie zniesmaczy, nie obrazi mojej rusofobicznej rodziny, nauczycieli z przyzwoitego poglądowo ogólniaka czy kolegów, jak zamiar zdawania na ten właśnie odsądzany od czci i wiary wydział.

Nic, prócz mojego ewentualnego... dostania się tam!

A kiedy tej sztuki już dokonałam, nic a nic mnie nie obchodziła historia. Ani ta przez małe, ani ta przez duże H. Ani też cudze krzywdy, stare czy nowe, ideologia jedna czy druga... Żeby się takimi sprawami ekscytować i zajmować na serio, trzeba nie mieć innych problemów. Moje własne życie, codzienna walka z opornym i niechętnym mi ciałem, wieczne udowadnianie każdemu, że nie jestem wielbłądem, choć może i wyglądam jak słoń morski, to nie mam mózgu i inteligencji pierwotniaka, mozolne wspinanie się na kolejne garby dni wypełniało mnie zbyt szczelnie i do samego końca, bym była zainteresowana sporami quasi-moralnymi między prawomyślnymi rycerzami z NZS a prawowiernymi wojownikami ZSP.

Dobrze potem poznałam i jednych, i drugich, gdy agitowali kolejnych i kolejnych pierwszorocznych na wydziale, a także potem... Jak zwykle chodziło w sumie nie tylko o idee, ale bardziej o... pieniądze na tzw. działalność i o dostęp do uczelnianych lokali organizacyjnych... Wódkę pili chłopcy w tych samych ilościach, często w tych samych miejscach, czasem nawet razem, i niezwykle zgodnie dymali... wyposzczone, wypieczone w żeńskim sosie własnego wydziału panienki z polonistyki. Że o tzw. tajnych pokazach filmów, takich jak Pokajanie (Pokuta) czy Łowca jeleni, nie wspomnę – tak to pamiętam, choć jest to dziś zakazana wykładnia historyczna.

A wiem to niejako z pierwszej ręki, bo w mojej grupie i na roku byli aktywni działacze obu studenckich organizacji. Szczerze ich podziwiam. Teraz. Już wówczas wiedzieli, czego chcą w życiu i jak to osiągnąć. Wiedzieli, do czego ma im służyć praktyczne uprawianie polityki. I muszę także przyznać, że kilku z nich swój cel osiągnęło i żyje z polityki do tej pory. Jeden z nich został nawet wyjątkowo wpływowym i uczciwym w swym zdeklarowanym cynicznym światopoglądzie człowiekiem – jest niekwestionowanym królem polskiego pornobiznesu. Zawsze lubiliśmy się z Jarkiem.

Wtedy mnie ich publicznie toczone pokazowe spory bawiły, a praktyka organizacyjna brzydziła. Tak też zostało.

5 maja 2003. Warszawa

Zanim wyraziłam entuzjazm, który poczułam z powodu propozycji wyjazdu do Moskwy, wszystko to, jak tabun przerażonych, spłoszonych koni, przegalopowało przez moją głowę i zostawiło tumany kurzu – szybko zwiewanego wiatrem przekory.

Wyobraziłam sobie także u dziekana przerażenie, wstręt i szok mojej bliższej i dalszej rodziny na wieść o moim wyjeździe i studiowaniu w paszczy komunistycznego szatana, który to czyn byłby ich zdaniem – wiedziałam to na pewno – świadomą zdradą własnego narodu i rodziny i aktywnym wspieraniem zbrodniczego systemu!

Nic chyba wówczas nie mogłoby mi sprawić większej satysfakcji niż sprawienie im tej przykrości!

Miałam w ręku sposób na ukaranie ich i przykucie ich uwagi.

Jako wyrzutek, outsider z urodzenia, zawsze byłam wolna. A może raczej zawsze tak o sobie myślałam. Wolnością całkowitego... zniewolenia, narzuconą, nie wybraną. Pełną bólu, wstydu i samotności. Małpy w zoo, póki pozostają na swoim wybiegu, też są wolne. Ale można się przyzwyczaić. To wydaje się być truizmem i pustosłowiem, ale do wszystkiego w życiu można się przyzwyczaić. Człowiek to istota tak skonstruowana, że gdy nawet zbyt długo pada deszcz, żeby nie oszaleć, uczy się cieszyć z rozmaitości kropli. I z tego, że z nieba leci deszcz, a nie na przykład... kwas solny. Kiedyś żyłam jak małpy na wybiegu. Wolna w ten mocno, lecz dyskretnie ograniczony sposób. Mogłam szokować, kogo chciałam. Robić, co chciałam. Tyle że zawsze sama. Jeśli nie liczyć publiki za fosą i ogrodzeniem. Ale to zwyczajna cena wolności. Tego, że kosztem wolności jest ponoszenie konsekwencji swoich wyborów aż do śmierci, jeszcze nie wiedziałam.

Pojęcie kosztów było mi wówczas obce. Kurs ekonomii miałam mieć dopiero na drugim roku studiów, po powrocie z Moskwy. I dopiero w tym samym czasie zaczęłam przeczuwać, dostrzegać, choć jeszcze bardzo mgliście, konsekwencje swoich wyborów.

Która małpa jest wolna? Ta całkiem dzika z rezerwatu w Afryce, ta słabo oswojona, żyjąca na wybiegu, plująca na widownię, czy ta niemal uczłowieczona, mieszkająca z opiekunem w domu, chodząca w spodniach i jadąca do szkoły na siedzeniu samochodu, jak w amerykańskim filmie dla dzieci? Pewnie ta czwarta, uciekająca przed robotnikami i maszynami wycinającymi lasy równikowe...

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wolność jest ideą nie do zrealizowania w moim życiu. Być może w niczyim. Bo idee nie są do realizowania. Oczywiście wszystko zależy od przyjętej definicji i okoliczności. Determinizm gatunkowy i ewolucja sprawiły, że żadna małpa, żyjąc na jednej planecie z człowiekiem, nie jest wolna. Ja też zawsze mogłam wybrać, co najwyżej, rodzaj niewoli. Chyba że sam ten wybór nazwiemy wolnością...

Dlatego wątpliwości dotyczące przyjęcia tego stypendium do Moskwy, kiedy był czas na podjęcie decyzji, przez moment wypuściły nawet w mojej zakręconej głowie jakieś pędy, ale zaraz zginęły bez śladu przygniecione i zaduszone pod lawiną żądzy przygody, pychy i radości. A także najważniejszej cechy charakteru osób naiwnych, hardych i krnąbrnych, pijanych młodością i zachłyśniętych otwierającym się nagle światem: przenajświętszej przekory.

Czy jest małpa, która nie wyjdzie z klatki, gdy otworzą się drzwi?

13 maja 2003. Warszawa

Niechcący zostałam bogiem.

Przyczyną.

Impulsem.

I choć przeraża mnie to, co za moją namową i pośrednictwem się stało, muszę wierzyć, że nie jestem też samym diabłem.

Najwyżej jego narzędziem. Tak jak samochód czy mgła.

Golemem.

Cierniem.

Może gdybym chciała ich skrzywdzić, byłoby lepiej?

Nie mogę już dłużej z tym żyć, a nie umiem umrzeć.

Nie wiem, dlaczego to wszystko nam się zdarzyło.

Piszę nam, mimo tego, że mnie przecież nic nie jest. Ja tylko... To oni zapłacili całą cenę. Syn mojego przeznaczenia i siostra mojego serca.

Przeżyli, są w domu. Rehabilitacja przynosi podobno efekty...

Czasem, gdy ich odwiedzam, gdy spoglądam na jego rzeźby albo słyszę jej głos nucący w kuchni, zanim przyniesie na stół świeżo zaparzoną kawę, żałuję, że przeżyli, żałuję, że byli moimi przyjaciółmi, żałuję, że nie potrafię tak jak oni pogodzić się z utratą, zmianą i bólem... Nie moim...?

Myślą o mnie jako o kimś bliskim, trwającym przy nich przez lata.

Nie wiedzą, że to trwanie jest karą, pokutą bez oczekiwania na rozgrzeszenie... Za bycie bogiem, za pełne dobrych chęci, aroganckie przekonanie, że mogę komuś pomóc, że potrafię rozwiązywać cudze problemy. Za wulgarne w swej prostocie i głupocie przekonanie, że coś wiem.

Że jestem to winna... Mikołajowi.

Chyba że to on był diabłem. Zaledwie szpiegiem. Z KGB. Najemnikiem pewnie też. Najpierw, gdy się poznaliśmy, nic takiego w ogóle nie przyszło mi do głowy. Potem, póki był ze mną, nie miało żadnego znaczenia, czym się zajmuje naprawdę. Nigdy tego nie dociekałam. Dla świata był docentem nauk politycznych, dyplomatą i korespondentem TASS.

A dla mnie?

Z pewnością był demiurgiem. W każdym razie stworzył mnie pod wieloma względami na nowo.

Jego fałsz stał się moją prawdą.

Po latach mój fałsz stał się prawdą dla nich.

Nie umiem wybaczyć sobie, ani tym bardziej im, tego, że mnie nie obwiniają i są razem tak, jak im to kiedyś dość cynicznie, choć w dobrej wierze, doradziłam...

Mówią: to był wypadek... Dystans... cisza... ezoteryka moralna... prawie jak u Kieślowskiego... ohyda...

Tylko ja tu jakoś słabo pasuję. Zbyt dosłowna, wulgarna...

W jakiś sposób obraża mnie, że żyją, bo pomimo wszystko chcą żyć. Boję się tej ich pogody – tfu! – ducha i wzajemnej czułości... kalek.

Bo tak właśnie o nich myślę.

Bo tym właśnie są.

Kalekami. Jak ja.

On stracił wzrok. Ona wszystkie palce prawej dłoni. Oboje są poparzeni, bez szans na przeszczepy skóry.

Zwyczajne wielkie pragnienia i nadzieje ludzi fizycznie oszpeconych i okaleczonych. Ludzi walczących z odrzuceniem ich ciał przez świat i przez nich samych. Znam dobrze te bolesne pragnienia, odkąd pamiętam. Bo taka, nieco... inna, już się urodziłam.

Ale oni, Amelia i Sasza, oni... każde z nich znało smak bycia normalnym, kompletnym ciałem. I mimo tej utraty błogosławieństwa zwyczajności, właśnie dopiero w tych, jakże odmienionych, oszpeconych ciałach odnaleźli swoje pragnienia. Spełnione.

Może dlatego im się udało? Bo kiedyś byli zwykli. Kompletni? W całości.

Ja nigdy nie miałam tej szansy. Mnie się nie udało.

Jeśli nie liczyć Mikołaja...

Jednaki dreszcz obrzydzenia, współczucia, przerażenia i... fascynacji jeży mi włoski na karku i przedramionach, gdy wyobrażam sobie miłość ich... kalekich ciał. To samo czują inni na mój widok. I czasem nawet niektórzy potrafią mi to wprost powiedzieć. Nieraz słyszałam... Reszta politycznie milczy i umyka wzrokiem. Jakby okaleczenie ciała odbierało człowiekowi prawo do miłości cielesnej... jakby była jakaś inna...

Może odbiera...?

Amelia i Sasza.

Nie lubię ich, ale im... zazdroszczę. Fascynują mnie jak para jednodniowych motyli z naderwanymi skrzydłami za wszelką cenę podejmująca taniec godowy...

I wcale mnie nie obchodzi, jaki będzie koniec ich historii; lecz zanim umrę, chcę zrozumieć, dlaczego straciwszy tak wiele, zyskali siebie i miłość?

Gdy tego się dowiem, może przestanę tylko pragnąć śmierci, może wreszcie odważę się umrzeć...?

Dlatego opowiadam.

16 maja 2003. Warszawa

Napisałam: zyskali siebie i... długo wahałam się przed użyciem słowa... miłość.

Bo słowo miłość jest straszne i śmieszne zarazem. Konieczne i nieogarnione. Prawie... niemożliwe – jak zdjęcie zapachu ziemi...

Dźwiga dwa garby. Garb patosu i garb banału.

Jest dla mnie niepojęte niczym kosmiczna czarna dziura.

Ale być może owa moja niemożność zrozumienia tego słowa jest tylko moją kolejną... osobniczą skazą.

Bo miłość jest też jak... chleb. Każdy człowiek na świecie obudzony w środku najstraszliwszej nocnej burzy z piorunami i zapytany, czy wie, co to jest chleb odpowie: wiem. I zrobi to natychmiast, bez wahania, odruchowo niemal.

I – czy ów chleb jest niedościgłym mirażem gasnących oczu, palącym pragnieniem obleczonych już tylko w pergaminową skórę kości palców, wystających żeber, obojczyków, przyschniętego do krzyża, skurczonego żołądka, obrzękłych nóg i wodą wydętych z głodu brzuchów, czy tylko... przedwczorajszą bułką, nadającą się do śmietnika, dla spasionych kaczek w parku, ewentualnie do kotletów mielonych; bez względu na brzmienie owego słowa w dowolnym ludzkim języku, bez względu na kształt, smak, zapach, rodzaj ziarna, sposób przyrządzania tego, co każdy człowiek ma na myśli, mówiąc: chleb – wierzymy mu!

Wierzymy. Wiemy, że wie.

Tak samo jest z miłością.

Nieuchwytną Istotą Wszystkiego.

25 maja 2003. Warszawa

Ostatnio powiedziałam im, że wyjeżdżam.

Skłamałam.

Nie mam siły ich odwiedzać.

Nie mam siły patrzeć, jak się... dotykają, jak tyle zwykłych rzeczy robią razem, wspólnie.

Patrząc na nich, wiem, że już tego nie umiem.

Nie umiem kochać.

Ta część mnie, która umiała: ufna bezwzględnie i bezrozumnie... odeszła. Tamtego świtu wraz z nocą przeciekła do nicości wraz ze strumykami krwi Mikołaja płynącymi przez moje niezgrabne, niemogące mu pomóc palce. Z jego krwią wsączającą się wolno w szpary między popękanymi, krzywymi, oszronionymi płytami petersburskiego chodnika uchodziło też i moje życie, choć jeszcze tego nie czułam, nie wiedziałam. Nie wiedziałam, że umiera się zawsze samotnie. Nawet, gdy ktoś jest obok, najbliżej... nawet, gdy jest w tobie. Nasze umieranie obscenicznie obnażał, jaskrawo podkreślał, wyrywał z ciepłego półmroku życiodajnej nocy reflektor obojętnie wschodzącego słońca.

Znam pożądanie, czułość, fascynację, troskę, współczucie, pragnienie, odrzucenie, zaspokojenie, rezygnację, seks, przywiązanie, zazdrość, ból, rozkosz, przemoc, przyjemność, odchodzenie...

Ale... ale nie umiem kochać.

Może jestem kotem w ludzkiej skórze łaknącym jedynie mięsa i lubiącym polizać ciastko z bitą śmietaną?

Więc i chleb, i miłość nie są dla mnie?

Kot je chleb, gdy umiera z głodu.

Wtedy je wszystko...

Ciekawe, dlaczego wciąż łatwiej mi uwierzyć we własną... niezdolność do kochania, niż przyznać, że... to ja nie wzbudzam w nikim miłości?

...to ja nie wzbudzam w mężczyznach miłości...

Bywa, że mężczyźni chcą mnie przelecieć, sprawdzić, jaka jestem w łóżku, wielu przyjaźni się ze mną... ale sądzę, że wstydzą się ze mną... być.

Publicznie się pokazywać.

Jestem trochę jak... papier toaletowy... niezbędna, ale wstydliwa. Jednorazowego użytku.

28 maja 2003. Warszawa

Jak to się dzieje, jak to możliwe, dlaczego ja – odkąd pamiętam – postrzegam innych ludzi poprzez uczucia, a sama żadnych nie wzbudzam?

Żadnych, oprócz... podziwu. Tu znowu bieg czasu niczego nie zmienia.

...podziwiam twoją wytrwałość, hart ducha i siłę... – te bzdury słyszałam i słyszę niemal zawsze i od zawsze. Kiedyś zadowalałam się nimi jak rozbitek na oceanie oszukujący pragnienie słoną wodą. Z czasem dzięki Mikołajowi coraz lepiej rozumiałam, że te pozornie dobre słowa były zawsze, są... zamiast!

Zamiast przytulenia, pogłaskania, zaproszenia do tańca na klasowej dyskotece, na urodziny do najładniejszej koleżanki czy do kina z resztą paczki... Że tylko podkreślają moją... inność, są podstawą odrzucenia, rodzajem pogardy i litości...

Świadomych lub nie. Ale to bez znaczenia.

Boli tak samo.

Każdy człowiek, gdy jego ciało obudzi się z dzieciństwa, pragnie pasji i czułości. Często nieświadomie, ale z bezwolną, przemożną determinacją instynktu, czy jak kto woli – biologii, dążymy do wzajemnej intymności ciał.

Miałam prawie dwadzieścia lat i cała byłam tym nigdy przedtem niespełnionym pragnieniem.

Wtedy w moim życiu pojawił się Nikołaj.

Świadomy mojego niespełnienia, doświadczony, mądry, starszy, piękny, bezwzględny i... niezmiernie szczodry w tym, co wzięłam za miłość...

Dzięki temu, czym mnie obdarzał, doświadczyłam różnicy.

I wiem, czym jest podziw.

Niczym. Pustką.

Podziw... czysta farsa, szalbierstwo, oszustwo!

Co mi po ludzkim podziwie? Jest jak cymbał fałszywie brzmiący, pusty, zimny emocjonalnie, niewiążący, ba... nawet niekoniecznie niosący w sobie treści pozytywne... jak kobieta z brodą, cielę z dwoma głowami, szczególnie sparszywiała ropucha... podziwiane z odrazą dziwadła z bestiarium.

Podziw...

Jest bardzo wygodny i bezpieczny.

Sprytny bliźniak słówka „interesujący”.

Interesujący – przymiotnik wytrych; słóweczko używane przez zdystansowanych, kulturalnych, okrutnych z natury i obojętnych Francuzów, gdy starają się nie obrazić rozmówcy, bo inaczej musieliby zupełnie niedyplomatycznie wyrazić o danej rzeczy, osobie czy sytuacji sąd zgoła niepochlebny...

Interesujące bywa i zło, i dobro, i kultura, i chamstwo, i piękno, i brzydota, choć zło, chamstwo i brzydota bywają jednak... ciekawsze; podziw zaś budzi i mądrość, i głupota, i pożar, i fiołek... – kwestia skali, oczekiwań i nastroju.

Ale najważniejszą, immanentną cechą, podstawowym przesłaniem, elementarną treścią słowa „podziw” jest zawarty, ukryty w nim dystans, chłód, inność, obcość.

Dla wielu osób interesujące zdają się być języki narodów syberyjskich i afrykańskich – podziwiają ich gardłowo-szeleszczące dźwięki i intuicyjność... lecz prawie nigdy nikt z „podziwiających” nie usiłuje i nie chce na poważnie ich poznać, nauczyć się, poświęcić im swego czasu i włożyć wysiłku, nikt nie chce ich uczynić... swoimi... Och, podziwiamy, podziwiamy „ze szczerego serca” morze bawiące się księżycem w pełni, poszarpany majestat szczytów górskich, wschody i zachody słońca, fakirów i kosmonautów, Hannibala Lectera i Matkę Teresę... ale gdy już sobie popodziwiamy, odchodzimy, odwracamy się od przedmiotów podziwu i... zapominamy. Nie są one i nie będą codzienną treścią naszych zajęć, trosk czy pragnień...

Jedynym prawdziwym lekarstwem, skutecznym antidotum na podziw jest inne, dość skromne słówko, zwyczajny zaimek dzierżawczy „mój”.

To niewielkie słowo wyraża, zawiera w sobie to wszystko, czego brakuje „podziwowi”. Po brzegi jest pełne... przynależności. Bycia czyimś. Posiadania kogoś i czegoś.

Podobnie zaimek osobowy liczby mnogiej „my”. Świadek bycia razem. Niekoniecznie uświadamiane sobie świadectwo ścisłej wspólnoty, jedności w przestrzeni, czasie, uczuciach i przekonaniach... Używany niejako automatycznie, bez namysłu, odruchowo stanowi dowód... przynależności.

„Mój” i „my”... Te dwa małe słówka niosą w sobie znaczenia i sensy całych światów. Zawsze dotyczą tego, co człowiekowi najbliższe, co osobiste, swoje, własne, tożsame, niezbędne, niezbywalne...

Dopóki ktoś mówi o nas: mój, moja... – istniejemy naprawdę. Jesteśmy bezpieczni. Dla kogoś ważni. Bo przynależność jest ważna. Więcej... jest niezbędna. Jak powietrze. Można nauczyć się przez jakiś czas wstrzymywać oddech; można żyć i być niczyim...

Ale przynależność jest ważna. Tylko ona łagodzi szczerbaty uśmiech żyjącego w nas Niebytu. Chwila po chwili, cierpliwie i bez ustanku ogrzewa głaszczące nas codziennie po karku lodowate dłonie śmierci...

1 czerwca 2003. Warszawa

Dzień Dziecka.

...Kurwa, co za koszmar... Święto na święcie i świętem pogania... Jak nie Wigilia, Boże Narodzenie i Wielkanoc, to Walentynki i Zaduszki...

...ciekawe czyjego...?

***

Tak więc Amelia i Sasza.

...nienawidzę ich; i zazdroszczę im...

Znalazło ich to, czego nie szukali.

Otrzymali to, czego nie stracili.

Przez nich? z ich powodu? ja ostatecznie utraciłam najważniejszą resztę siebie: niewinność.

(Nie mylić z inicjacją seksualną i naiwnością!!!).

Dlaczego tak jest w życiu, że każdy wcześniej czy później musi utracić to, co w sobie cenił najbardziej, a inni nazywają tę amputację dorastaniem?

Ostatecznie więc i ja straciłam dziecięcą wiarę w nieuchronną logikę bajek z morałem, ostatnią nadzieję na... usprawiedliwienie racji mojego bytu. Na istnienie w życiu jakichkolwiek... sensów, zakończeń... prócz tych... niemożliwych.

Kolejny raz utraciłam to, czego być może nigdy nie miałam...

Czyż mogłam nie zostać bogiem? Narzędziem?

A może byłam nim od zawsze... Jak każdy, kto się urodził... tylko o tym nie wiedziałam...

Czy miałam wybór?

Kiedyś tam miałam... ulubione bajki. Ale już nie wiem, czy to ja sama je wybrałam spośród wielu usłyszanych? Przeczytanych? Czy też może były to ulubione bajki mojej mamy? Jej ojca? Innych dorosłych? Dlaczego je czytała swojemu dziecku? Bo sama je lubiła? Pamiętała z własnego dzieciństwa? Akurat te, a nie inne książki z bajkami były wówczas do kupienia? A może były... najtańsze? Miały kolorowe obrazki i twarde okładki? Lub krótkie albo intrygujące tytuły? Bo niosły nadzieję i zwyciężało dobro? Czy raczej chodziło o ukaranie zła...?

Tak wiele tych opowieści pamiętam. Rodziców, dziadków, stryjenek, wujów... dziedzictwo, posag... balast krwi i bagaż tradycji... Niezliczona wielość liter i dźwięków. Wojny, wyroki, bitwy, samobójstwa, egzekucje, łagry, ucieczki, powstania, więzienia, aresztowania, wysiedlenia... Są we mnie. Ciężar rodzinnej historii od... Średniowiecza podobno... I w tej wzniosło emocjonalnej historii nagle taki wstyd, czyli... ja. Wstyd to przyznać, ale w nich, w tych opowieściach, w tej historii też jestem – z racji dziedzictwa krwi – wyrokiem biologii. Łycha piachu w makowcu wśród miodu, maku i bakalii. Ni zjeść, ni wypluć. Ość w gardle. Bo zamiast w „barbarzyńskiej” Sparcie, zrzucającej nowo narodzone kalekie dzieci z urwiska, jak głosi mit, z wyroku Losu urodziłam się w „litościwej”, cywilizowanej Polsce, wtedy jeszcze nazywanej PRL-em. Moim zdaniem nasza cywilizacja to najczystszej wody hipokryzja. Bo nawet jeśli się kogoś od razu nie zabija w sensie fizycznym, podstawowym, to wcale jeszcze nie znaczy, że pozwala mu się żyć. Czy karpie zrzucone na sterty na świątecznych grudniowych stoiskach, czasem polewane wodą, by miały choć trochę różowe skrzela, by kupujących przekonać o ich świeżości, jeszcze żyją?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.