Życie jak romans  - Trish Wylie - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Życie jak romans - Trish Wylie

Tara, autorka popularnych romansów, pisze kolejną książkę. Tym razem bohaterem jest mężczyzna jej marzeń, idealny partner, jakiego jeszcze nie jej spotkała. Pewnego dnia odwiedza ją nowy sąsiad, który nie tylko nosi imię i nazwisko jej książkowego bohatera, ale jest do niego podobny jak dwie krople wody. Czy ktoś próbuje zrobić jej głupi kawał? Jest tylko jeden sposób, by się o tym przekonać - zaprzyjaźnić się z sąsiadem i skłonić go do wyznań...

Opinie o ebooku Życie jak romans - Trish Wylie

Fragment ebooka Życie jak romans - Trish Wylie






Trish Wylie

Życie jak romans

Tłumaczyła Wiktoria Mejer

Harlequin


Tytuł oryginału: Her Real-Life Hero

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2005

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Izabela Romanowska

Korekta: Jadwiga Przeczek, Izabela Romanowska







© 2004 by Trish Wylie

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone.


Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona


ISBN 978-83-238-3066-5

Indeks 372048


ROMANS – 892

Konwersja: Nexto Digital Services


Witam Was serdecznie w miesiącu, w którym już od kilku

lat obchodzimy święto zakochanych. Nawet jeżeli nie jesteście zwolenniczkami walentynek, sprawcie w tym dniu miłą niespodziankę ukochanej osobie, to nic trudnego, wystarczy częściej się uśmiechać. W lutym przygotowałam dla Was szczególnie atrakcyjną ofertę.

Polecam ostatnią część miniserii Dary losu oraz drugą część miniserii
Królewskie śluby. Wierzę, że i tym razem seria ROMANS spełni Wasze
oczekiwania!

A oto wszystkie propozycje na luty:

Marsz weselny – dwa opowiadania Waszych ulubionych autorek,

Rebeki Winters i Jessiki Hart. Świetna lektura dla romantyczek, które wierzą w siłę miłości.

Potęga uczuć – ostatnia część miniserii Dary losu. Czy Amber

podąży w ślady matki, czyli... za głosem swego serca?

Szarmancki książę – druga część miniserii Królewskie śluby. Książę Tanner przyjechał do Ameryki po zbuntowaną księżniczkę, lecz nagle pewna zupełnie zwyczajna dziewczyna wyda mu się bardziej interesująca...

Życie jak romans – popularna autorka romansów spotyka idealnego mężczyznę, chociaż dotąd wierzyła, że tacy pojawiają się jedynie na kartach jej powieści...

Dom w Toskanii, Sekrety gwiazdy (DUO) – dwie opowieści

potwierdzające trafność powiedzenia, że pozory często mylą! Życzę przyjemnej lektury!



Grażyna Ordęga






Harlequin. Każda chwila może być niezwykła.


Czekamy na listy.


Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21


ROZDZIAŁ PIERWSZY


Jack Lewis stał w progu, a deszcz spływał srebrzystymi strugami po jego szerokiej piersi. Catherine, która wciąż trzymała jego mokrą koszulę, przypomniała sobie w końcu, że człowiek musi oddychać.

To widok Jacka pozbawił ją tchu. Nigdy przedtem nie czuła się aż tak kobieco jak w tej chwili. Nigdy też nie wydawała się sobie równie krucha i bezbronna. Potężna sylwetka Jacka czyniła niewielką kapitańską kajutę jeszcze mniejszą.

– Przygląda mi się pani.

Catherine zamrugała gwałtownie.

– Doprawdy?

Jack uśmiechnął się, obserwując spod wpółprzymkniętych powiek, jak jej policzki oblewają się rumieńcem.

– Podoba się pani ten widok, lady Catherine?

Spojrzała w jego pociemniałe nagle oczy.

– A gdybym odpowiedziała, że tak?

Zdumiała ją jej własna śmiałość. Kiedy to przeistoczyła się z dobrze urodzonej damy w kobietę rozwiązłą? Czy nazbyt długo żyła w odosobnieniu i dlatego ledwo zobaczyła mężczyznę, natychmiast zapomniała o wyznawanych zasadach? Wątpiła jednak, by zachowała się podobnie, gdyby miała przed sobą podstarzałego księcia z wydatnym brzuchem. Jack był piękny. Potargane włosy opadały mu na czo ło, a spojrzenie niebieskich oczu, doprowadzało krew Catherine do wrzenia.

Jack podszedł do niej, nie przestając się uśmiechać.

– Czy chciałaby pani zobaczyć więcej?

Jej wielkie szare oczy rozszerzyły się. Nabrała gwałtownie powietrza.

– Spełnię każde pani życzenie.

Deszcz bębnił o szyby, podłoga kołysała się pod stopami. Zimowy sztorm szalał z taką siłą, z jaką Catherine poczuła w sobie nagle obezwładniające gorąco. Miała tylko tę jedną noc. Jedną noc na przeżycie na jawie wszystkich ukrytych pragnień, których nigdy nikomu nie wyznała. Czy zostanie potępiona na wieczność, jeśli zamieni tę jedną jedyną noc we wspomnienie, które będzie jej towarzyszyć do końca życia?

– Chcę, żebyś mnie pocałował.

– Tylko tyle?

Odrzuciła na bok wilgotną koszulę i przesunęła wzrokiem po torsie Jacka.

– A co jeszcze jest do wyboru?

Jack wyciągnął rękę i uniósł brodę Catherine tak, by musiała spojrzeć mu w oczy. Poczuła ciepło jego ciała.

– Wszystko. Tutaj wymagania etykiety nie mają nad panią władzy, może spełnić pani najskrytsze pragnienia.

Catherine eddwqpmfppppppf .vvvves[[[[[[[


– Percival, złaź z klawiatury! Psik!

Tara przegoniła z biurka wielkiego pręgowanego kocura. Musiała być ósma wieczorem, ponieważ Percival zawsze jadał kolację o ósmej i domagał się punktualności w jej serwowaniu, nie bacząc na to, że jego pani znajduje się akurat w środku wyjątkowo namiętnego rozdziału.

– Człowiek latami stara się zostać pisarzem, a tu wciąż rządzi nim czworonóg, którego marzenia ograniczają się do zdechłych myszy. – Uśmiechnęła się do kota. – A ja miałam nadzieję na płomienny romans dzisiejszego wieczoru… Cóż, rzeczywistość wzywa.

Wstała i zobaczyła w ciemnym oknie swoje odbicie. Ukłoniła mu się.

– Kolejny cudowny wieczór w życiu pisarki Tary Devlin. Ubrana w szykowny, znoszony szlafrok i ciepłe bambosze w kształcie reniferów odświeża właśnie więdnącą trzydziestoletnią cerę maseczką cytrynową. Ponadto… – wykręciła piruet, ujęła się pod biodra i złożyła usta we wdzięczny ciup – …prezentuje swoją najnowszą fryzurę, na którą składa się głównie interesująca kombinacja lokówek. Tara, uosobienie romantyczności, jest samotną starą panną, lecz w głębi serca pozostaje optymistką, chociaż jej szansa na spotkanie odpowiedniego mężczyzny jest równie wielka jak lot na Księżyc. Panie i panowie, ach, i koty, oczywiście, ofiarowuję wam, i proszę, niech któreś z was skorzysta z okazji… Tarę Devlin! – Ponownie skłoniła się głęboko.

Nagle rozległo się donośne pukanie do drzwi.

– Oho! – wykrzyknęła Tara. – A cóż to za piękny nieznajomy przybył wyrwać mnie z niewoli samotności?

Percival przyglądał się, jak jego pani otwiera.

Ociekający wodą mężczyzna wszedł do środka i naraz gwałtownie zamrugał oczami. Bardzo niebieskimi.

Tara zamrugała również.

Mężczyzna obejrzał ją sobie dokładnie, poczynając od lokówek, aż po stopy odziane w pluszowe renifery.

– Czyżbym przyszedł nie w porę?

Tara nadal gapiła się na niego. To był on! On! Najpraw

dziwszy na świecie. W jej domu. Czyżby coś przeoczyła i właśnie nadeszło Boże Narodzenie? Co za prezent! Nie odrywała wzroku od kropelek ściekających po włosach gościa.

Pomachał jej dłonią przed twarzą.

– Halo, jest tu pani?

– Albo pada, albo pływał pan w ubraniu. – Wyjrzała przez wciąż otwarte drzwi. Ani śladu Świętego Mikołaja.

– Pada. Nie słyszała pani? A właściwie leje.

Tara zamknęła drzwi.

– Nic nie słyszałam, bo… – Spojrzała na włączony komputer. Przecież nie powie mu, co robiła! – Byłam zajęta.

– Surfuje pani po sieci?

– Niezupełnie. – Uśmiechnęła się i poczuła ze zgrozą, jak jej skóra napina się, a zaschnięta skorupa pęka.

Stała przed swoim wymarzonym mężczyzną z maseczką na twarzy!

– Niech to szlag!

– Słucham?

– Pewnie wyglądam jak potwór z horroru.

Nieznajomy roześmiał się. Miał piękny, głęboki, wibrujący śmiech.

– Interesujący kolor skóry, przyznaję. Ale bambosze ładne.

– O Boże! – jęknęła Tara.

– Niech się pani nie przejmuje. Pewnie nie spodziewała się pani wizyty obcego mężczyzny.

Nie mogąc się powstrzymać, spojrzała na jego uśmiechnięte usta – miał równe białe zęby i nieco szerszą dolną wargę. Spojrzała niżej. Szalenie męska sylwetka, długie nogi. Rzadki okaz. Podniosła wzrok i zarumieniła się pod maseczką. Zauważył, że go sobie starannie obejrzała! – Rozumiem, że pan się zgubił?

– Wyciągnęła pani ten wniosek na podstawie wyglądu mojej skromnej osoby?

– Na podstawie tego, że wszedł pan do obcego domu.

– Nie, nie zgubiłem się. Jestem tu, gdzie miałem być.

– Doprawdy? Według pana pańskie miejsce jest u mnie?

– Niezupełnie. – Nieznajomy wyciągnął rękę. – Jestem pani nowym sąsiadem.

Podała mu dłoń.

– To pan kupił tę ruderę? Chyba pan oszalał!

– Możliwe – odparł z rozbawieniem. – Lubię majsterkować.

– W takim razie kupił pan właściwy dom. Jestem Tara Devlin. Normalnie tak nie wyglądam.

– Jestem ogromnie ciekaw, jak pani wygląda. I coś mi mówi… – Nie puszczając jej ręki, zerknął na jej dekolt, jakby w rewanżu za to, że ona też go przed chwilą otaksowała wzrokiem. – …że się nie rozczaruję.

Tara wyszarpnęła dłoń i poprawiła poły szlafroka.

– Musi mieć pan rentgen w oczach, skoro tyle pan widzi przez ubranie.

– Rentgen może nie, ale wyczucie mam na pewno.

– Nie wątpię…

Tak, słyszała już to i owo o nowym sąsiedzie, plotki roznosiły się szybko. Zmarszczyła brwi, czując, jak maseczka znowu pęka. Coraz lepiej.

– Czemu więc zawdzięczam pańską wizytę?

Mężczyzna uśmiechnął się, tym razem z zakłopotaniem.

– Jakkolwiek szalenie mi miło poznać panią, przyznaję, że po prostu zepsuł mi się samochód, a jest mi jutro koniecznie potrzebny, więc muszę zadzwonić i wezwać mechanika.

– Nie ma pan telefonu?

– Stacjonarnego jeszcze nie. – Mężczyzna wyjął z kieszeni komórkę, spojrzał na wyświetlacz i potrząsnął głową. – Bardzo kiepski tu zasięg. Czy mógłbym zadzwonić od pani?

Nie odrywała od niego oczu. Ależ on seksowny! Oczywiście z punktu widzenia rasowej pisarki. Nie spodobałby się jej ktoś w typie słodkiego, czarującego chłopca, ale kawał mężczyzny w grubym swetrze, znoszonych dżinsach i solidnych traperkach to było coś. Ciekawe, czy jego sweter przemókł równie mocno jak koszula bohatera w scenie, nad którą właśnie pracowała. Zaschło jej w gardle.

– Proszę pani? Taro?

Puls jej przyspieszył, gdy usłyszała swoje imię wypowiedziane niskim, seksownym głosem. Bezwiednie spojrzała na usta nieznajomego, po czym potrząsnęła głową, starając się oprzytomnieć.

– Telefon stoi tam – wskazała ręka.

Mężczyzna podszedł i wybrał numer, odczytując go ze swojej komórki.

– Pan McIlvenna? Chciałem prosić o odholowanie samochodu do naprawy, mój dżip zepsuł się na Coast Road. – Odwrócił się i uśmiechnął do Tary. – Za jakieś pół godziny? W porządku. Będę czekał.

Odwzajemniła uśmiech, choć nieco słabo.

– Co? A, tak, nazwisko. Lewis. Jack Lewis.

– Jak się pan nazywa?!

Jack odłożył słuchawkę i ponownie spojrzał na tę niezwykłą kobietę. Od jakiegoś czasu zastanawiał się, czy jego sąsiadka w ogóle ma jakąś postać, ponieważ oprócz palącego się do rana światła w jednym z okien nic nie wskazywało, że w tym domu ktoś mieszka.

– Przepraszam, powinienem był się od razu przedstawić. Jack Lewis. – Wykonał dłonią gest w jej stronę. – Nie powinna już pani zdjąć tego z twarzy? Moje siostry mówią, że jak za długo trzymają maseczkę, to skóra robi się czerwona i piecze.

Tara nawet nie drgnęła, tylko gapiła się na niego dalej.

– Chwileczkę, musimy to ustalić. Ma pan na imię Jack, na nazwisko Lewis i pański dżip zepsuł się na Coast Road?

Jack zamrugał i postanowił jej nie drażnić. Lepsze to niż dzwonić potem do najbliższego szpitala dla obłąkanych.

– Tak. Tak. Tak.

Wybuchnęła śmiechem, który nawet w jej własnych uszach zabrzmiał histerycznie.

– Niemożliwe!

Spojrzał w jej szare oczy, szukając z nich szaleństwa.

– Ale która z tych rzeczy jest niemożliwa?

– Wszystkie! Jest pan wytworem mojej wyobraźni. Ja pana wymyśliłam. Ale przecież pan nie może być… nim. – Machnęła ręką w stronę komputera.

Jack spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył wielkiego pręgowanego kocura.

– Ładny kot – powiedział, chociaż nie znosił kotów.

– To jakiś żart, prawda? Kto za tym stoi?

Gość popatrzył na nią z powagą.

– Nikt, i nie ma mowy o żadnym żarcie. Naprawdę nazywam się Jack Lewis. I mam dżipa. Niebieskiego. Nie rozumiem, o co pani chodzi. Ale dziękuję za użyczenie telefonu.

Ruszył ku drzwiom, wybierając ulewny deszcz zamiast dalszego towarzystwa damy o wyglądzie kosmity.

Tara zastąpiła mu drogę.

– Ile pan ma lat?

– Trzydzieści jeden.

Skrzyżowała ramiona.

– A sióstr?

Uniósł brew, zaskoczony przesłuchaniem.

– Cztery.

– Akurat! – Tupnęła nogą, co nic nie dało, bo bambosz opadł na podłogę bezszelestnie. – Skąd pan to wie?

Przechylił głowę i ocenił odległość, jaka dzieliła go od drzwi.

– Eleanor dała panu streszczenie, tak?

– Proszę pani, nie znam żadnej Eleanor, z wyjątkiem mojej ciotecznej babki, która ma osiemdziesiąt dwa lata i mieszka w Galway, ale z pewnością nie mówi pani o niej.

Szybko zrobił krok w bok, potem do przodu, lecz zwariowana dama znów zastąpiła mu drogę.

– Napuściła pana na mnie, prawda? Wiecznie powtarza, że powinnam przeżyć coś ekscytującego i postanowiła w końcu zadziałać, tak? Jest pan żigolakiem?

– Co takiego? – wybełkotał.

– No, męską pros…

– Wiem, kto to jest żigolak! – Jack zesztywniał z oburzenia.

– Wynajęła pana, żeby… – U nasady szyi Tary zaczęła pulsować mała żyłka. – No, wie pan…

Ta pulsująca żyłka przykuła jego wzrok. Zauważył przy tym, że poły szlafroka rozchyliły się nieco, odsłaniając kremową skórę i krągły zarys piersi. Zesztywniał jeszcze bardziej, ale z innego powodu niż przed chwilą.

– Żeby co? – spytał. – Co miałbym zrobić?

Jej oczy rozszerzyły się.

– Myślę, że powinien pan wyjść – rzekła cicho nieswoim głosem.

Podszedł bliżej.

– W jakim celu zostałem, pani zdaniem, wynajęty? Mam panią uwieść?

Cofnęła się, wyciągnęła rękę do tyłu i poszukała klamki.

– Jack Lewis nigdy by mnie nie uwiódł.

Ponownie uniósł brew.

– Dlaczego?

– Bo nie.

Uśmiechnął się, słysząc tę dziecinną odpowiedź.

– A konkretnie?

– Bo nie jestem w jego typie.

– A jakie kobiety są w jego typie?

Tara cofnęła się jeszcze bardziej, nie przestając wpatrywać się jak zahipnotyzowana w jego niebieskie oczy.

– Piękne. Pewne siebie i eleganckie, pełne… seksapilu.

Uśmiechnął się.

– A kto tak powiedział? Może on… to znaczy ja!… wolę piękne kobiety, które mają coś w głowie, ciekawą osobowość i zwariowane poczucie humoru?

– Ale pan nie jest Jackiem Lewisem!

– Owszem, jestem.

– Nie, nie jest pan!

Westchnął.

– Dobrze, niech będzie. Ale proszę mi przynajmniej uwierzyć, że nikt mnie tutaj nie przysłał. W promieniu dwóch kilometrów nie ma innego domu, tu paliło się światło, więc gdzie miałem iść, żeby zadzwonić? Naprawdę nie wiem o żadnym spisku, który miałby na celu sprawić, żeby ktoś panią przeleciał.

Spiorunowała go wzrokiem.

– Słucham?!

– Skoro pani uważa, że jakaś znajoma podesłała żigolaka, to pewnie potrzebuje pani, żeby ktoś panią przeleciał.

– Nic podobnego!

– Taak? – Jack obejrzał się i otaksował wzrokiem wnętrze. – Mieszka pani na odludziu tylko z kotem. Jest sobotni wieczór. Na kilometr widać, że nie ma pani nikogo.

– Niby kim pan jest, żeby mówić mi takie rzeczy?

Wzruszył ramionami.

– Kiedy mówię, kim jestem, to i tak mi pani nie wierzy, więc po co pani pyta?

Posłała mu kolejne miażdżące spojrzenie, ale nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– Miałem rację, prawda? – Przystąpił do niej. – Kiedy pani ostatni raz się kochała?

Musiała wyglądać jak ryba, bo parę razy otworzyła i zamknęła usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zacisnęła palce na klamce, z furią pociągnęła drzwi do siebie, nie myśląc o tym, co robi, więc w rezultacie huknęły ją w plecy i poleciała prosto na Jacka. Chwycił ją za ramiona i nie mógł się powstrzymać od zażartowania:

– Naprawdę nie musi pani rzucać się na mnie.

Oparła dłonie na jego piersi, starając się go odepchnąć.

– Pan jest bezczelny! Proszę natychmiast wyjść z domu!

Puścił ją i patrzył, jak jedną ręką zbiera poły szlafroka, a drugą wskazuje otwarte drzwi.

– Nie obchodzi mnie, kim pan jest i jak się pan nazywa. Niech się pan wynosi!

Zrozumiał, że posunął się za daleko.

– Chyba rozmowa zboczyła na niewłaściwe tory. Jesteśmy sąsiadami i powinniśmy żyć w zgo…

– Wynocha!

– W porządku, jak pani sobie życzy. – Wyszedł i odwrócił się, by jeszcze raz na nią spojrzeć, ale z hukiem zatrzasnęła mu przed nosem solidne dębowe drzwi. Nabrał powietrza w płuca i krzyknął tak, żeby go usłyszała: – Jest pani zdrowo stuknięta! Wie pani o tym?


Tara postanowiła nie dać się wyprowadzić z równowagi nowemu sąsiadowi. Jeśli chciał udawać bohatera literackiego, to proszę bardzo. Ona nie będzie się tym przejmować, ma ważniejsze sprawy na głowie i szkoda jej czasu na głupstwa. To, że podglądała go przez dwa tygodnie, odkąd sprowadził się do rudery obok, nie miało nic wspólnego z głupstwami i traceniem czasu, po prostu obserwowała otoczenie jak rasowy pisarz, szukając inspiracji. Na tej podstawie stworzyła postać Jacka Lewisa, więc siłą rzeczy faktycznie musiały zaistnieć pewne podobieństwa.

Wszyscy w Ross’s Point chętnie rozprawiali o nowym przybyszu, co było zrozumiałe w maleńkiej społeczności liczącej dwudziestu dwóch mieszkańców z kawałkiem. Ów kawałek wynikał stąd, że najstarsza córka pani Dalgety na jakiś czas wyjechała.

Najlepszym miejscem do plotek okazał się mały budyneczek, w którym mieściły się poczta i sklep spożywczy, obsługujące mieszkańców całej okolicy. Tego dnia Tara wyjątkowo długo nie mogła się zdecydować i przebierała między produktami. Wcale nie podsłuchiwała. To nie jej wina, że ludzie tak głośno mówili.

– Żonaty nie jest na pewno, wszyscy to mówią. – Pani

Donnelly założyła ręce na bujnym biuście. – Myślicie, że to jeden z tych, co to wolą inaczej?

Tara ukryła uśmiech. Homoseksualista? Akurat!

Siwowłosa pani McHugh wymownie uniosła brew.

– Geraldine, ty zawsze myślisz tak o każdym, kto nie ożenił się przed trzydziestką.

– Bo to podejrzane! Czemu do tej pory nie ma żony? No, ale może to i dobrze, bo przecież Philomena też jest sama i mieszka niedaleko, ledwie piętnaście kilometrów stąd.

A nadwagę ma jeszcze większą, pomyślała Tara.

Sheila Mitchell, po nowym przybyszu najbliższa sąsiadka Tary, jedyna osoba w okolicy mniej więcej w jej wieku, uśmiechnęła się zza lady.

– To wcale nie musi być podejrzane. Może po prostu dotąd nie znalazł odpowiedniej kobiety?

– Czy to aż takie trudne? – spytała Edith McHugh. – Jeśli sam nie umiał, powinna mu pomóc rodzina. Wiecie, że wziął numer telefonu naszej Fiony? Ale nie zadzwonił, a przecież to dziewczyna w sam raz dla niego.

– Może jest już zajęty – podpowiedziała Sheila.

– Nawet jeśli, to istnieje coś takiego jak dobre maniery! Philomena zaprosiła go na obiad, a on nawet nie raczył odpowiedzieć, czy przyjmuje zaproszenie! Poznał już wszystkie samotne kobiety w okolicy i z żadną się nie umówił. W jego wieku to nienaturalne, mówię wam. – Geraldine aż fuknęła. – Ile lat miałaś, jak wyszłaś za mąż, Sheila? Dwadzieścia cztery, a to i tak późno. Za moich czasów byłabyś uznana za starą pannę i już nikt by cię nie zechciał.

Zapadła chwila ciszy, po czym trzy pary oczu skierowały się w stronę Tary, która zdobyła się na blady uśmiech. – Nie bierz tego do siebie – powiedziała Edith.

– Oczywiście, że nie. – Tara ukucnęła, by przejrzeć zawartość dolnej półki i mruknęła pod nosem: – Wstrętne stare wiedźmy…

– A co ty sądzisz o nowym sąsiedzie, Taro? – rzekła szybko Sheila, nieco podnosząc głos, by zagłuszyć słowa Tary. – Jesteś pod jego urokiem?

Tara wyprostowała się powoli.

– Kto? Ja?

Miałaby dołączyć do długiej listy kobiet, które wystawił do wiatru? Nie ma mowy. Wystarczą jej mężczyźni z jej książek. Byli znacznie bezpieczniejsi.

– Tak, ty. Spotkałaś go już? Przecież mieszkasz najbliżej.

– Jesteś pewna, że naprawdę tak się nazywa?

Geraldine Donnelly prychnęła głośno.

– A kto może wiedzieć lepiej niż Sheila? W końcu obsługuje pocztę.

– Tak, w dodatku poprosiłam go o dowód, gdy chciał zapłacić czekiem. – Pochwyciła spojrzenie Tary. – Zawsze za pierwszym razem muszę zobaczyć dokument ze zdjęciem. Nie masz pojęcia, ilu spryciarzy kręci się tu latem.

– Rozumiem. Więc wiesz z pewnością, że to jego prawdziwe nazwisko?

– Tak.

– Aha…

– To co? Spotkałaś go już?

Tara skinęła głową.

– Owszem, wpadł do mnie na chwilę. Masz może zupę pomidorową?

– Stoi po lewej stronie, na drugiej półce od dołu. Jak to wpadł? Przyszedł się przedstawić?

Tara odwróciła się do półek i zaczęła szukać zupy.

– Nie, zepsuł mu się samochód i musiał zadzwonić po McIlvennę.

Sheila obserwowała, jak Tara uważne studiuje etykiety.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com