Zwierciadło głupstwa - Kazimierz Chłędowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 364 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zwierciadło głupstwa - Kazimierz Chłędowski

Powieść satyryczna „Zwierciadło głupstwa” powstała w 1877 roku. Wykorzystuje motyw paktu z tajemniczymi siłami, które tym razem wesprą bohatera w walce z fałszywymi przekonaniami o ludzkiej naturze i pozwolą wyzwolić się z mocy stereotypu i uprzedzeń. Fantastyczna podróż przez czasy, miejsca i ustroje polityczne okaże się brzemienna w skutki, z których najważniejszym będzie nauka płynąca z doświadczenia. Powieść wyszła spod pióra Kazimierza Chłędowskiego, polskiego pisarza, badacza i historyka kultury, satyryka i gawędziarza, a także działacza państwowego i polityka. Chłędowski był autorem artykułów popierających idee pozytywistyczne, powieści obyczajowych („Skrupuły”, 1877, „Ella”, 1877), powieści kryminalnej („Po nitce do kłębka”, 1872), utworów satyrycznych („Albumy fotograficzne”, 1870–1872, zawierające portrety polityków galicyjskich). Wysoko cenione są także jego pamiętniki, jak również prace z historii kultury, oparte na wieloletnich badaniach, w których propagował kulturę i historię Włoch. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Zwierciadło głupstwa - Kazimierz Chłędowski

Fragment ebooka Zwierciadło głupstwa - Kazimierz Chłędowski






Spis treści

  1. Wstęp Dziwaczne odwiedziny
  2. CZĘŚĆ PIERWSZA
  3. ROZDZIAŁ I Monarsze kłopoty
  4. ROZDZIAŁ II Cokolwiek o sztuce rządzenia
  5. ROZDZIAŁ III Bogoria trybunem
  6. ROZDZIAŁ IV Ofiara towarzystwa i stosunków
  7. ROZDZIAŁ V Bogoria zostaje bankierem
  8. ROZDZIAŁ VI Nie ma jak naiwność!
  9. ROZDZIAŁ VII Nie ma jak mądra żona
  10. ROZDZIAŁ VIII Czymże jest miłość bez zazdrości?
  11. CZĘŚĆ DRUGA
  12. ROZDZIAŁ I Baliel zapisuje Bogorii majątek ziemski
  13. ROZDZIAŁ II Bogoria zakłada towarzystwo tępienia myszy
  14. ROZDZIAŁ III Pan prefekt i pani prefektowa
  15. ROZDZIAŁ IV Jak niebezpiecznie dążyć do harmonii
  16. ROZDZIAŁ V Niebezpieczne stosunki Bogorii z dyplomacją
  17. ROZDZIAŁ VI Gospodarskie klęski i projekty
  18. ROZDZIAŁ VII Nie każda stara panna umie być starą panną
  19. ROZDZIAŁ VIII Nie pożyczaj, dobry zwyczaj
  20. ROZDZIAŁ IX Losy rolniczej osady nad Nilem
  21. CZĘŚĆ TRZECIA
  22. ROZDZIAŁ I Bogoria pedagogiem
  23. ROZDZIAŁ II Jeszcze o pedagogii
  24. ROZDZIAŁ III Bogoria pomiędzy uczonymi szuka wytchnienia
  25. ROZDZIAŁ IV Bogoria zraża się do uczonych
  26. ROZDZIAŁ V Z nauczyciela zostaje Bogoria prywatnym sekretarzem
  27. ROZDZIAŁ VI Jak niebezpiecznie służyć u kobiety w peruce
  28. ROZDZIAŁ VII Bogoria milionerem
  29. ROZDZIAŁ VIII Ciężkie czasy: pan Jan szuka służby
  30. ROZDZIAŁ IX Bogoria chłopcem hotelowym, jego spostrzeżenia i znajomości
  31. ROZDZIAŁ X Do czego prowadzą teatralne znajomości
  32. ROZDZIAŁ XI Niefortunne spotkanie z panem Zefirynem i tegoż następstwa
  33. CZĘŚĆ CZWARTA
  34. ROZDZIAŁ I Podróż Bogorii do Neosparty
  35. ROZDZIAŁ II
  36. ROZDZIAŁ III
  37. ROZDZIAŁ IV
  38. ROZDZIAŁ V
  39. KOLOFON

Wstęp

Dziwaczne odwiedziny

Jedynym przyjacielem pana Jana Bogorii był jeszcze stary pies. Obydwaj zamieszkali opuszczony klasztor w górach, obydwóch z równa starannością obsługiwał niemy Andrzej, gdyż pan Jan tak sobie świat zmierził, że głosu ludzkiego nie chciał słyszeć i dlatego niemowę wziął w swoje usługi.

Pan Jan był w całym tego słowa znaczeniu pustelnikiem i tym się tylko różnił od średniowiecznego ascety, że z wszelkimi wygodami urządził sobie ustronie i że w Andrzeju miał wybornego kucharza. Pustelnik żadnych z zewnętrznym światem nie miał stosunków, sprawy majątkowe uporządkował przed dobrowolnym zamknięciem się w klasztorze, listy go nie dochodziły, gazet nie trzymał, a jedyną jego umysłową rozrywkę stanowili starożytni autorzy, których miał zbiór niepospolity. Książka napisana po narodzeniu Chrystusa choćby najlepsza, wykluczona była z biblioteki. Plato leżał zawsze otwarty na stole...

Pan Jan zapomniał o świecie, świat też przeszedł nad nim do porządku dziennego; powiedziano, że dziwak z Bogorii i nikt się o niego nie troszczył

Pomyślicie zapewne, że pustelnik był człowiekiem zgrzybiałym, który wielkie przeszedł nieszczęścia i  zdała od  ludzi szukał wytchnienia po nie jednej burzy?

Bynajmniej, pan Jan liczył zaledwie lat trzydzieści, cieszył się najlepszym zdrowiem i znakomitymi był obdarzony zdolnościami, bystry, wykształcony, majętny, mógł w swym życiu wiele dobrego zdziałać dla społeczeństwa i do znakomitego kiedyś dojść wpływu. Przeszkodą jednak do tego było wielkie rozumienie o sobie i lekceważenie wszystkiego, co nie stało na wysokości jego mniemanej umysłowej potęgi, a nadto brak tej sprężystości charakteru, która nie zadowala się marzeniami, ale stara się je urzeczywistnić.

– Głupi świat, a jeszcze głupsi ludzie na nim! Głupstwo światem rządzi!

Oto najmilsze były zdania Bogorii, których nie omieszkał powtarzać przy każdej sposobności. Szyderczy uśmiech ust jego nie opuszczał, nie jednemu dawał uczuć swą wyższość umysłową, wyśmiewał się z mędrców, z kochanków, z królów i żebraków, nie cenił męstwa, piękności, cnoty, gdyż zewsząd wyglądał ku niemu jakiś demon uśmiechnięty, przedrzeźniał się, mówił:

– Przypatrz się jacy oni nie mądrzy – ty jeden widzisz jasno i trzeźwo, a bielmem ci oczy nie zaszły... czyż warto, abyś swe znakomite zdolności marnował dla tego nędznego świata? Czyż możesz się wdawać z tym rojem półgłówków, który kręci się i biega nie wiedząc po co i dlaczego?

Czasem się zrywał do czynu, zdawało mu się, że coś zdziałać potrafi, ale jak młodemu ptakowi zabrakło mu siły w skrzydłach, zapadał w apatię wmawiając w siebie, że nie warto działać dla głupiego świata.

Po każdym nowym spostrzeżeniu ludzkich niedorzeczności, po każdej bytności w towarzystwie czuł się pan Jan wyższym nad poziom zwykłych umysłów, a porównując swoje zasady i przekonania z obcymi zdaniami puszył się, nadymał, w profesorską stroił się togę, mówił jak z katedry, marzył o swojej wielkości, widział dla siebie przeznaczone jakieś kurulskie krzesło w społeczeństwie, wyższe nad wszystkie ławy i trony, które mu się słusznie należy. Niemądre społeczeństwo nie umiało jednak ocenić jego wyższości, przybliżało się do niego jakby do równego sobie półgłówka, traktowało go z dziwnym lekceważeniem i niezrozumiałą obojętnością. W sercu Bogorii gnieździły się z tego powodu jad i gorycz, a społeczeństwo nie zdawało się nawet tego spostrzegać, goniło za niebieskim ptakiem swych fantazji, popełniało niedorzeczności jak piętnastoletni niedorostek, niezważający na poważną minę profesora.

Rozwielmożniająca się gorycz w sercu pana Jana była pierwszym wynikiem umysłowego nastroju; zdawało mu się, że się ciągle przechadza po jakimś kraju z podróży Guliwera, w którym on jeden wyższy sercem i rozumem, i nie ma nawet tej pociechy, aby znaleźć towarzystwo nieobarczone ciężarem śmieszności.

Sceptycyzm jak zły robak toczył jego duszę; nie było rzeczy, o której by był nie zwątpił, negacja jak potwór apokaliptyczny pożerała każdą myśl, zanim się takowa w czynność wyrodzić zdołała. Wziął się razu pewnego do historycznych studiów, miał zamiar napisać dzieło o upadku społeczeństwa rzymskiego, przyszedł jednak do przekonania, że Cicero nie miał racji nazywając historię nauczycielką życia, gdyż ludzie są niepoprawni i z dobrego przykładu nigdy korzystać nie umieją.

Swymi wyobrażeniami skłaniał się do materializmu to, co mógł okiem zmierzyć, ręką dotknąć, najbardziej trafiało mu do przekonania. Myślał i czytał dużo, miał przez jakiś czas młodzieńcze iluzje, że coś nowego zbudować potrafi, żył gorącym pragnieniem odkrycia prawdy... Pewnego razu wpadły mu do rąk dzieła Lukrecjusza; zrazu się uradował spotkawszy się w wieku przed Chrystusem z mniej więcej tymi samymi wynikami, do których dzisiejszy dochodzi materializm – kończąc jednak książkę, rzucił ją z niecierpliwością i z boleścią zawołał:

– Dwa tysiące lat minęło, a filozofia nic nie postąpiła! Ludzka myśl zawsze do jednej i tej samej dochodzi mety.

I tak się zniechęcił do wszelkiego badania, że już odtąd z przyjemnością tylko powtarzał zdanie Macaulaya, że w rzeczach pierwotnych zasad, na których się świat opiera, tyle wie czerwony Indianin, co Europejczyk opatrzony w teleskopy i otoczony mądrymi księgami.

Statystyka uczyła go, że corocznie powtarza się jedna i ta sama cyfra morderców, podpalaczy, a nawet ludzi zapominających położyć adres na liście; dzieje mówiły o tym, że namiętności i niedorzeczności ludzkie tym samym płyną zawsze korytem – zewsząd więc hydra zwątpienia wychylała swe blade oczy i zwiędłe oblicze, i wprowadzała go w coraz większą apatią, w stan moralnego odrętwienia. Serce mimowiednie stygło, umysł tracił ostatnią szczyptę sprężystości i energii; pan Jan zapadał prawie w sen zimowy zobojętnienia. Sarkazm tylko wojował jeszcze w tej duszy, budził ją na chwilę, aby tym większą w niej zrodzić gorycz.

Naturalnym tego stanu wynikiem było, że pan Jan znienawidził ludzi, a ludzie również dlań nie żywili przyjaźni; sam się więc nie spostrzegł, kiedy stanął osamotniony pomiędzy nieżyczliwymi mu żywiołami, a nie mogąc długo znieść tego niemiłego życia, zamknął się w opuszczonym klasztorze.

– Świat był i będzie jednaki – powtarzał sobie Bogoria – stek głupców, którzy żółć tylko we mnie pobudzają; trzeba sobie oszczędzić nieprzyjemności i nie żyć wśród niego.

Bogoria wytrwał w swym zamiarze; rok drugi dobiegał, jak się sprowadził do swego ustronia; żył z przyrodą: w lecie śledził lotu każdego ptaka co w borze gniazdo swe ścielił, wiedział o drogach, kędy łasica łupy swe znosi do nory; w zimie karmił króliki, wpuszczał ptaki do pokoju, aby się ogrzały, a chwilami powtarzał sobie ustępy z Homera, albo po raz dziesiąty czytał dzieje Tacyta i Tukidydesa.

Do okolonego wysokim murem klasztoru nikt prócz Andrzeja nie miał przystępu; głos ludzki zamarł w tych ścianach, a świerszcze swobodnie mogły ze sobą rozmawiać, pewne, że żaden natręt nie przerwie im wieczornej pogadanki.

Jednego wieczora, w późnej już jesieni siedział Bogoria w głębokim krześle i dumał swobodnie nad głupotą świata, bo Andrzej i stary pies od dawna oddali się sennym marzeniom. Zdawało mu się, że jakiś szmer koło siebie usłyszał, spojrzał – i powstał szybko, bo nieznajomy mężczyzna rozsiadał się wygodnie na kanapie.

Pan Jan cofnął się kilka kroków, nie chciał zrazu oczom wierzyć, wreszcie zapytał:

– Kto pan jesteś, czego żądasz?...

– Widziałem, że pan ziewasz. Ja się także nudziłem. Przychodzę na chwilkę pogadanki.

– Proszę nie żartować, którędy waść przyszedłeś, skoro wszystkie drzwi zamknięte, a dom murem obwiedziony?

– Nie potrzebowałem kluczy i drabin, panie Bogorio, bo mieszkam w bliskości ciebie od dawna i ze smutkiem spostrzegam, że dziwaczejesz.

– Ależ skąd się wziąłeś u licha? Dość tych żartów – zawołał zniecierpliwiony gospodarz, który nie wierzył dotąd w duchy i nadnaturalne postacie, ale obecnie dziwny w swej duszy uczuł niepokój.

Siedzący na kanapie mężczyzna mógł mieć około lat pięćdziesięciu, zdawał się należeć do wyższego świata i robił wrażenie południowca, do czego nie mało się przyczyniała śniada cera i czarna hiszpańska broda. Oczy miał dziwnie przenikliwe, a ludzie zabobonni chętnie by mu byli przypisali pokrewieństwo z szatanem.

– Bądź cierpliwy – odrzekł nieznajomy – z czasem dowiesz się, kim jestem; obecnie siadaj i nie pytaj więcej.

– Ależ w moim domu! – krzyknął Bogoria. Nie dokończył jednak zdania, bo wzrok nieznajomego takim ołowianym przygniatał go ciężarem, że mimo woli usiadł i zamilkł.

– Masz papierosa? – zapytał natręt – może zagramy w pikietę?

Bogoria machinalnie podał cygara, a na wspomnienie pikiety twarz rozpogodził, bo od dwóch lat kart nie widział, pomimo że dawniej namiętnym był graczem.

– Chętnie bym zagrał, ale kart nie mam – pogodziwszy się z losem odrzekł pan Jan.

– A i to najmniejsza – zauważył gość, podniósł rękę do góry, a dwie talie doskonałych kart francuskich spadły z sufitu.

Bogoria oniemiał, widząc jednak uśmiechniętą twarz swego towarzysza tasującego karty i najspokojniej palącego papierosa przyszedł prędko do siebie, tym bardziej, że gra miała dzisiaj dla niego niepospolity urok. Chcąc zaś dorównać gościowi z zimną krwią zapytał go:

– Może się pan napijesz herbaty? Chociaż mieszkam na ustroniu, mam wyborną, prawdziwą karawanową.

– Na teraz dziękuję, przyszedłem właśnie po obiedzie; jeżeli masz dobre wino, później się napijemy.

Gra się rozpoczęła, pan Jan trochę się pogodził z improwizowanym gościem, który się okazał wybornym partnerem, a po chwili wyniósł nawet starego węgrzyna, nie pytając już o to, jakim sposobem znalazł się intruz w jego domu.

„Czarnoksiężnik! Jakiś Bosko zapewne! Ale przyjemny” – pomyślał Bogoria.

– Powiedz mi kochany sąsiedzie – zapytał nieznajomy, korzystając z przerwy w grze – dlaczego wiedziesz taki pustelniczy żywot?

Bogoria uśmiechnął się ironicznie z miną wyższości, ale nieznajomy mu przerwał:

– Czyż rzeczywiście sądzisz się być lepszym od innych ludzi i mieć tym sposobem prawo do odłączania i wywyższania się nad nich?

Bogoria trochę się zamyślił i odpowiedział:

– Straciłem wiarę w siebie i w ludzi, a nic jej już wskrzesić nie zdoła.

– Tak ci się tylko zdaje przyjacielu; żyj z ludźmi, schyl do nich dumne swe czoło, rzuć się w wir codziennych trosk i zabiegów, a wnet pierzchnie czarna apatia jak zorza przed promieniem słońca.

– Wierz mi, że gdybym mógł ufać w prawdę twych słów, nie ociągałbym się i chwili, szukając w czynnym życiu odrodzenia; ale niestety zanadto dobrze znam świat, abym mógł mieć jeszcze jakąkolwiek ułudę.

– Otóż ja ci udowodnię, że go nie znasz, żeś się odział płaszczem zarozumiałości i jak dumny hidalgo nie chcesz wyjrzeć poza ciasny widnokrąg swych omszałych murów.

– Kimże jesteś, że się takim mędrcem być mienisz – odezwał się trochę dotknięty Bogoria – i z taką ufnością możesz duchowi memu na przyszłość przepisywać drogi?

– Nie potrzebuję się przed tobą ukrywać, jestem Baliel; duch zły czy dobry, o tym się później przekonasz... Oddaj mi się na kilka lat życia, pozwól mi, abym rządził twymi losami, a wrócisz bez uprzedzeń do ludzi i świata. Jeżeli bym nie zdołał przełamać twej apatii, w takim razie pozwolę ci wrócić w te mury; w każdym razie wyjdziesz z mojej wędrówki z zasobem nowych doświadczeń...

– Jakiegoż to sposobu zamyślasz użyć, aby w niwecz obrócić zasady, do których przyszedłem zastanawiając się nad moją przyszłością?

– Dowiodę ci przede wszystkim, że błędy i głupstwa, które cię do ludzi zrażają i w twojej tkwią naturze, że przeto nie tak ostrym winieneś być sędzią. Dowiodę ci także, że świat samym rozumem ostać się nie potrafi, że niejedno, co się głupstwem być zdaje, jest tylko wynikiem fantazji, uczucia, a bez nich nie ma życia; przekonam cię, że dla głupstwa trzeba być pobłażliwym i że nie masz takiego człowieka, którego z korzyścią dla społeczeństwa wyzyskać by nie można.

Wzrok przekonywujący i pewność siebie, z jaką Baliel te wyrazy mówił, zrobiły na Bogorii pewne wrażenie; słuchał ich z chciwością.

– Daję ci trzy dni do namysłu – powiedział po chwili Baliel – po trzech dniach wrócę o tej samej godzinie i postawię ci to samo pytanie. Rozważ, że zamknięty w tych murach straconym jesteś dla siebie i dla świata, że obrastasz grubą pleśnią samolubstwa; w społeczeństwie możesz być jeszcze pożytecznym, a przynajmniej dobrym dla drugich przykładem.

To mówiąc znikł Baliel jak nocne widmo i pozostawił samotnika w zamyśleniu.

Po trzech dniach oddał się Bogoria pod rozkazy swego opiekuna.


CZĘŚĆ PIERWSZA


ROZDZIAŁ I

Monarsze kłopoty

Cesarz Brazylii najlepszymi dla swego kraju był ożywiony chęciami, a ponieważ opróżniła się posada prezydenta miasta Buenos Ares, przeto dzień i noc myślał nad tym, aby tak ważny urząd powierzyć człowiekowi, który by go sprawował z prawdziwym poświęceniem i znajomością stosunków.

Rzecz to wszakże nie łatwa: cesarz zwołał radę ministrów i polecił jej zastanowić się nad tym, jakich właściwości rozumu i serca wymagać trzeba od prezydenta stolicy. Ministrowie trzy dni nad tym myśleli i przyszli do przekonania, że ideał prezydenta powinien odpowiadać temu kandydatowi, którego każdy z nich chciał widzieć na ważnej posadzie.

Prezesem ministrów był książę de las Rosas, człowiek rozważny, nie wielki polityk, ale pożyteczny swą miernością. Nie lubił on myśleć, przeczucie jednak mówiło mu, że przyszłym naczelnikiem miasta powinien być mąż, który by jak najmniej sprawiał kłopotu i nie wprowadzał go nigdy w nieprzyjemne kolizje. Pan prezydent nie lubił wydawać sądów jak Salomon, chciał więc mieć rozumnych urzędników obchodzących się własnym rozsądkiem. Takim zdawał się być hrabia di Rio, człowiek wielce stanowczego charakteru, umysł jasny, spokojny, wypróbowany długim doświadczeniem w publicznych sprawach. Jedną wadę tylko można mu było zarzucić, że był zanadto hardym i niezależnym; prezydent ufał jednak w swój takt, że w razie danym potrafi ułagodzić zbyt twarde usposobienie.

Innego kandydata miał na myśli br. Brasilia, minister finansów. Objął on skarb w nader smutnym stanie i wziął sobie za zadanie życia spłacić dług państwa. Człowiek bezwzględny, zręczny, niczym się niezrażający, nie przebierał w środkach, aby tylko państwo stało się finansową potęgą; co nie dążyło do tego celu, nie miało dlań najmniejszego znaczenia. A ponieważ gospodarstwo miasta Buenos Aires w najgorszym znajdowało się stanie, więc minister chciał skorzystać ze sposobności i wynieść na urząd prezydenta człowieka, który by działał w jego myśli. Miał on na oku barona Capo, który za młodu był komisantem jakiegoś domu handlowego, a obecnie najznakomitszym bankierem stolicy. Wprawdzie mówiono o nim, że otruł pierwszą żonę, że rozwiódł jakąś baletniczkę z mężem, ale takie drobnostki nie obchodziły finansisty.

Minister dróg i komunikacji pan Reverta był inżynierem z powołania, o jego fachowych zdolnościach różnie jednak mówiono, a powszechnie uchodził za karierowicza, za człowieka niepewnej sławy i miał to nieszczęście, że był ojcem ośmiu dorosłych i dorastających córek, obecny wiceprezydent miasta bywał w jego domu i śpiewał duety z panną Aglają.

„Wyrobię mu krzesło prezydenta, pod warunkiem, że się ożeni z Aglają” – pomyślał pan Reverta i do tego celu bardzo energicznie dążył.

Minister spraw wewnętrznych i policji hrabia Canossa, człowiek zdolny, ale cierpiący na podagrę i pragnący przede wszystkim spokoju, wymagał od kandydata następujących warunków:

1. Przede wszystkim, aby przyszły prezydent był miłym każdemu stronnictwu, aby tak hiszpańska szlachta, jak ludność mulacka i koloniści plantatorzy dużo się od niego spodziewali: jedni, że im pozwoli szybko jeździć i rozbijać ludzi po ulicach, że będzie dawał sute przyjęcia i synów zubożałych magnatów będzie umieszczał na intratnych miejskich urzędach; drudzy, że da im nie mało zarobić i że nie będzie ściśle przestrzegał miar i wag, a nadto będzie za politycznym i religijnym równouprawnieniem; ostatni nareszcie, że któremu z nich wydzierżawi wywożenie śmieci z miasta, naprawianie dróg i że niski czynsz ustanowi za miejskie folwarki.

2. Aby nie dążył do reform i nie był tak zwanym człowiekiem inicjatywy, bo ci ludzie, którzy się tylko noszą z jakimiś projektami, muszą sprowadzać rozruchy. Każda nowość pociąga za sobą opozycję, roznamiętnia umysły – słowem mąci miły spokój;

3. Aby jednak nie był i wstecznikiem, człowiekiem skrajnych politycznych wyobrażeń lub religijnym fanatykiem, gdyż niebawem wywołałby z jednej lub z drugiej strony burzę przeciwko sobie, a dziennikarze wzięliby go na swe pióra. Tego rodzaju człowiek mógłby rządowi tysiączne sprowadzić nieprzyjemności: konfiskaty dzienników, więzienie redaktorów, głośne procesy, deputacje do króla, burze w rodzinach, gdyż kobiety chętnie w takich razach biorą stronę dziennikarzy itd., itd.

4. Aby umiał w potrzebnym splendorze utrzymywać znakomity urząd: dawał wyborne obiady, świetne bale i aby tym sposobem miały zajęcie tysiączne miejskie języki – osobliwie kobiece, które nie mając tej najmilszej dla siebie strawy, nie mogąc mówić o recepcjach, rautach, strojach, towarzyskich intrygach, teatrach na cele dobroczynne, rzucają się na inny przedmiot, a wtedy ważniejsze sprawy państwa; nadużycia administracji, stosunki polityczne mogą się stać ich pastwą.

5. Przy tym wszystkim, aby na dworze dobrze był widziany, aby się liczył do kamaryli i tam go uważano za swego, w przeciwnym bowiem razie uszy królewskie musiałyby ciągle słuchać skarg, a intrydze szerokie byłoby pozostawione pole.

6. Wreszcie, aby miał tyle taktu, iżby szczyptą mógł się tylko obejść rozumu. Minister wiedział, że człowiek zupełnie rozumny nie może odpowiedzieć wszystkim powyższym warunkom, gdyż musiałby mieć wielu głupców przeciwko sobie, a daleko niespokojna opozycja jest przeciw człowiekowi rozumnemu, aniżeli przeciw głupcowi; przeciw pierwszemu bowiem krzyczą i wrzeszczą w niebogłosy wszyscy głupcy, a tym jak wiadomo Pan Bóg dobre dał gardło, przeciw drugiemu ruszają palcami w butach ludzie rozumni, niechętnie przybliżający się tam gdzie gwar i zbiegowisko.

Tylu warunkom nie łatwo było odpowiedzieć, a pomimo, że wielu kandydatów przerzucił minister, przecież każdemu coś niedostawało. Hrabia Juan di Oporto zdawał się wszystkich prześcigać w zręcznym zyskiwaniu sobie przyjaciół i stronników, miał znaczną fortunę i niczym się w życiu nie odznaczył; ale niestety był zezowaty, sina narośl nos mu szpeciła i rude włosy źle ku niemu uprzedzały – nie mógł więc odpowiednio rządu reprezentować, a nie jeden prostaczek sądzący, że rząd to osoba pana prezydenta, spoglądając się na jego zezowate oczy, nie byłby ufał najwyższej władzy.

Inny kandydat natomiast o wielkim, wspaniałym ciele i potężnej fortunie miał to nieszczęście, że od dawna był przedstawiany na trzecim miejscu na znakomite urzędy, a zawsze kto inny ten urząd otrzymał – ośmieszył się więc i nazywano go niedoszłym dygnitarzem. Nikt już nie przypuszczał, aby on z tą śmiesznością mógł się kiedy dostać na pierwsze miejsce.

Był i kandydat rozumny, który od dwóch czy trzech lat głupiego udawał, aby się zrobić uzdolnionym na ważną posadę i w tym celu chwalił się, że od ukończenia szkół nie miał książki w ręku. Będąc ateuszem zapisał się do Towarzystwa św. Wincentego a Paulo, posyłał cukry wszystkim dworskim faworytom, dawał znakomite obiady co wtorku i czwartku, a na cesarskie imieniny i urodziny posyłał na ręce redakcji głośnych dzienników znaczne kwoty na ubogich. Niestety na nic mu się to wszystko nie przydało; ktoś przypomniał, że pan kandydat nie stanął za młodu na wyzwanie, opisał całą historię w codziennej gazetce, wywołał zgorszenie i pozbawił go posady.

Ministrowi rolnictwa chodziło nareszcie o to, aby nowy prezydent zaprowadził lepsze gospodarstwo w dobrach będących własnością miasta i urządził składy guana z funduszów miejskich, które by się mogły przyczynić do podniesienia gospodarstwa.

Cesarz zwołał powtórną radę ministrów, a każdy z dygnitarzy starał się dowieść w wyczerpującej i opracowanej mowie konieczność mianowania swego kandydata. Zniecierpliwiony monarcha, że każdy z nich mówił o kim innym, zamknął posiedzenie i postanowił myśleć za całe ministerium.

Tymczasem w dworskich kołach rozeszła się już wieść, że cesarz niezadowolony z rady ministrów i że sam poszukuje kandydata na ważną posadę.

Minister dróg i komunikacji hrabia Reverta korzystał z tego i w rannej godzinie znajdował się już w pokoju ochmistrzyni dworu, przedstawiając jej, że obowiązkiem tak zacnej damy jest wpływać na cesarzową, aby prezydentem został człowiek ze wszech miar zasłużony, jedyna podpora interesów miasta. Tym człowiekiem miał być naturalnie obecny wiceprezydent.

„Moja Aglae, jakżeby ona była szczęśliwą!” – myślał minister wychodząc od ochmistrzyni.

W ten sposób każdy z ministrów poruszał wpływy, jakie mu się nastręczały: jeden chwalił psa wielkiego koniuszego, aby zyskać sobie jego głos, drugi posłał brylantowy garnitur pokojowej najjaśniejszej pani, aby zręcznie przemawiała za jego kandydatem.

Sam monarcha szczerze pragnął dobra stolicy, zanadto też wiele wymagał od przyszłego prezydenta. Pragnął on ideału rozumu, taktu, energii, sprawiedliwości, bezinteresowności, zapominając, że takt i rozum niekiedy tylko chodzą w parze, a energia i sprawiedliwość bardzo rzadko. Biedził się więc, nie wiedząc co począć, czyją podpisać nominacją: radził się jeszcze wielkiego ochmistrza i łowczego, cierpiał na bezsenność, w żaden sposób nie mógł jednak powziąć ostatecznego postanowienia. Wielki wynalazek wszakże, jak jajo Kolumba, zwykle blisko nas się znajduje. Dziesięcioletni cesarzewicz, widząc zakłopotanie całego dworu przybiegł do papy z zapytaniem, dlaczego by książę Riviera nie miał być prezesem stolicy, skoro jest podczaszym, kolibry w lot strzela o pięćdziesiąt kroków, a na dworskim balu najpiękniejsze ordery błyszczą na jego piersi?

– Eureka! – wykrzyknął z radością monarcha, uściskał malca, a cały dwór unosił się nad znajomością ludzi, jaką posiada następca tronu.

Kimże był książę Riviera? Najprzyjemniejszym człowiekiem jakiego dwór posiadał. Książę słynął z uprzejmości, celował odwagą, wygrywał na wyścigach puchary, dwa razy opłynął kulę ziemską na własnym okręcie, a przede wszystkim był człowiekiem honoru. O jego rozumie najróżnorodniejsze krążyły zdania: jedni mówili, że jest głębokim politykiem, człowiekiem rozległej nauki, że obliczył oddalenie gór na księżycu, że wynalazł rewolwer strzelający z pomocą dynamitu; inni gminnie powtarzali: to osioł! To wielkie zero w kapeluszu! W jednym się tylko wszyscy zgadzali, że jest człowiekiem prawym i szlachetnym.

Monarcha uznał, że te dwie zalety to klejnoty największej wartości w dzisiejszych czasach i że łatwiej można zaufać człowiekowi z wielkim sercem, a uncją rozumu, aniżeli mężowi z cetnarem rozumu, a z wyschniętym uczuciem...