Związane dusze - Krystian Lewandowski - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 477 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Związane dusze - Krystian Lewandowski

 

Sympatyczny wilkołak Triafis, od lat mieszkający w Bastionie, wyrusza do stolicy Imperium jako ochroniarz wpływowego kupca. Podczas swojej podróży bohater spotyka kapłankę pokrewnej mu rasy i próbując zdobyć jej względy, przyłącza się do walki z tajemniczą zarazą zwaną „Trupim piętnem“. Jego przygoda odsłoni mu prawdziwe oblicze niegdyś świętego państwa, a rozpaczliwa walka z chorobą rzuci go ponownie w cień upadłego lorda.

 

Opinie o ebooku Związane dusze - Krystian Lewandowski

Fragment ebooka Związane dusze - Krystian Lewandowski




Strona redakcyjna


Rozdział 1: Bastion, mój dom

Gdym był jeszcze małym chłopcem, nieświadomym okrucieństw dorosłego świata, przydarzyło mi się coś, co stanowczo nie powinno opuścić barier zbłąkanego koszmaru. Zatraciłem wówczas wszystko, co było drogie mojemu młodemu sercu. Rodziców, których nieme oblicza po dziś dzień nawiedzają moje sny, zabrali mi ludzie, którzy okrzyknęli siebie świętymi i wzorem dawnych herosów dumnie wypinali piersi pokryte złotymi krzyżami w stronę ciemniejącego nieba. Mój dom został mi zabrany przez ogień, który ponoć miał nas oczyścić i uchronić od czegoś, co ludzie nazywają grzechem. Bardzo długo mój wątły umysł próbował zrozumieć, co znaczy grzech. Nawet teraz, po tak wielu latach, wciąż nie znam prawdziwego znaczenia tego ludzkiego słowa.

Nazywam się Triafis. Mam dziewiętnaście lat i jestem wilkołakiem. Tak, dobrze zrozumieliście, jestem wilkołakiem. Jednak nie myślcie sobie, że należę do wielkich i dzikich bestii zmieniających postać razem z porą dnia. Przeciwnie, jestem raczej mizernej budowy młodym wilkiem o nadzwyczaj łagodnej naturze. Zresztą wielu moich braci i sióstr podziela mój stosunek do świata i raczej stronimy od konfliktów. Budową ciała nie różnimy się aż tak bardzo od ludzi. To znaczy nasze głowy faktycznie są takie same jak u zwierząt, które można spotkać w okolicznych lasach, ale nie mamy żadnych problemów z poruszaniem się na dwóch łapach i z łatwością władamy wszelkimi narzędziami, jakimi i ludzie się posługują. Naturalnie moja rasa nie ogranicza się jedynie do najpopularniejszych wśród ludzkich opowiadań wilkołaków. Chociaż zdecydowanie jest to grupa najliczniejsza, to nie trzeba długo szukać, aby natknąć się na dumnego tygrysa czy potężnego niedźwiedziołaka. Najszlachetniejszym wśród nas jest oczywiście lew, którego rodzaj w całym Bastionie można zliczyć na palcach jednej łapy lub dłoni, jeśli jesteście ludźmi. Tak więc należę do najbardziej popularnej i znienawidzonej przez ludzi grupy. Wprawdzie ich nienawiść wynika głównie z braku wiedzy i starych bajek o rzekomej likantropii, która zamienia ludzi w wilkołaki. To oczywiście nieprawda! Urodziłem się taki, jaki teraz jestem. Mój ojciec był sprawnym myśliwym i wbrew temu, co możecie usłyszeć od kapłanów i bardów, nie polował na ludzi, tylko na zwykłą zwierzynę łowną. Nigdy nie widziałem i nie słyszałem, aby ktoś miał się w nocy zamieniać w jednego z nas i szaleć po okolicy. Zapewniam zatem, że nie mam nic wspólnego z tym przerażającym i sztucznym obrazem dzikiej, rządnej krwi bestii. Choć nie powiem, czasem mimowolnie zdarza mi się wyć do księżyca, ale to tylko taki głupi nawyk z dzieciństwa, z którego moi towarzysze dość obficie kpią.

Niestety ta skromna dolegliwość nie jest jedynym przedmiotem ich kpin. Mam lekko ponad pięć stóp wzrostu, co w moich czasach jest wzrostem średniego człowieka, ale dla wilkołaka, który prawem natury jest raczej stworzeniem znacznie wyższym, jest to dość upokarzająca wysokość ciała. Nieraz słyszałem, jak nieświadomi mojej obecności inni gwardziści mówili: „Mały dziś znów wył do księżyca, doprowadza mnie to już do szału”. Cóż, nic na to nie poradzę, mogę jedynie schylić głowę i cierpliwie to znosić, bo, jak już mówiłem, jestem raczej pogodnej natury stworzeniem. Nie wprawia mnie to jednak w żaden smutek, o nie! Cieszę się każdym przeżytym dniem i najmniejszym kawałkiem suchego chleba, na który uda mi się zarobić ciężką i uczciwą pracą gwardzisty. Ale nie wspomniałem wam jeszcze, czym dokładnie się zajmuję. Otóż mimo niskiego wzrostu i głupich nawyków, bardzo sprawnie władam włócznią. Chociaż raczej za tym nie przepadam, a ciężki los wojaczki staram się omijać szerokim łukiem. Zresztą jak większość moich znajomych. Tak czy inaczej, jestem święcie przekonany, że niczym nie ustępuję innym strażnikom, a nawet jestem pewny, że znacznie ich przewyższam, i to nie tylko kunsztem, ale i, o dziwo, siłą. Cóż, w świecie pełnym magii wszak wszystko jest możliwe. Póki co pozostawię te przemyślenia wyłącznie dla siebie, bo w moim przypadku lepiej nie narażać się na większe pośmiewisko.

Moje ciało jest zbudowane właściwie, to znaczy jestem dobrze wyćwiczony, choć nieco za chudy jak na wilkołaka. W zasadzie to wyglądam bardziej jak wyrośnięte szczenię latające po okolicy w ojcowskim pancerzu i bawiące się w żołnierzyka. Cóż, niestety większość wyposażenia była robiona dla najliczniejszej grupy mieszkańców, czyli dla wilkołaków, które raczej były bardziej wyrośnięte niż ja.

Kolejnym atutem mojej odmienności jest biała jak świeży śnieg sierść, która często, może dzięki mojej dość wygórowanej higienie, lśniła w słońcu, irytując stojących obok towarzyszy. Taki kolor zdecydowanie rzadko występuje wśród mojej rasy. Najczęściej można spotkać szarego wilkołaka lub brązowego, a czasem czarnego jak smoła. O takim mówiło się, że odznacza się wybitną siłą lub inteligencją, co niestety muszę potwierdzić, zważywszy na moją znajomość z Moonisem, o którym opowiem przy bardziej stosownej okazji. O białych wilkołakach się raczej nie słyszy, a nieznajome mi osoby często mylą mnie z lisem lub szczurem, co jest raczej złośliwą aluzją do mojego wzrostu, gdyż gatunek białych szczurów jest wymysłem zazdrosnych ze swej natury gryzoni.

Mam duże błękitne oczy, których spojrzenie bywa ciężkie do wytrzymania dla niektórych moich znajomych. Ponoć są dziecinne, co strasznie ich irytuje. Na szczęście od jakiegoś czasu mam średniej długości grzywkę, która opada na moje czoło, częściowo zasłaniając to „szczeniackie spojrzenie”. Mam również krótki, wąski pysk zakończony czarnym jak węgiel i sporym nosem. Z racji jego rozmiarów mam bardzo wyczulony węch, co nie zawsze jest zaletą. Zwłaszcza po całym dniu ciężkiej warty w towarzystwie oszczędzających wodę wilków. Taki wygląd sprawia, że choćbym bardzo mocno się starał wyglądać przerażająco, jak na wilkołaka strażnika przystało, to rozmawiające ze mną osoby patrzą na mnie jak na słodkiego, zbłąkanego szczeniaczka, którego zapewne wzięłyby do domu jako przytulankę dla dziecka. To nie żart! Pewna elfka nawet zaproponowała mi taką pracę, jednak grzecznie odmówiłem.

Taki to już niestety mój los. Towarzysze wilkołaki kpią sobie ze mnie, a inne rasy, w tym nawet mniej uprzedzeni ludzie, widzą we mnie uroczą przytulankę. To prawda, że nigdy nie byłem na prawdziwym polu walki, no, nie licząc mojego przykrego dzieciństwa, jednak we wszystkich testach wypadam najlepiej z całej grupy! Dziw bierze, że od czterech lat mojej kariery jeszcze nie dano mi żadnej szansy na awans. Ba! Nawet nikt mi nie mówił o możliwych spotkaniach z wyżej postawionymi mieszkańcami Bastionu.

*

Niestety, ale taki mały wilkołak z nikomu nieznanej, spalonej wioski nie ma wielkich szans na awans społeczny. W Bastionie panuje ściśle określona hierarchia, której głęboko zakopane w chlewie fundamenty podtrzymuję już od wielu lat. Cóż, może jednak odrobinkę za bardzo narzekam na swój los. Wszakże jest pośród nas wielu takich, którzy o moim skromnym majątku mogą jedynie pomarzyć. Właśnie specjalnie dla nich zbudowano dzielnicę zwaną schronieniem, ale w rzeczywistości to tylko ładniejsza nazwa slumsów, a bardziej niż schronienie pasuje tu określenie obóz zamknięty, bo nikt z wewnątrz tej dzielnicy nie może, ot tak sobie, wyjść do bogatszych części miasta, gdyż zostałby natychmiast zatrzymany przez strażników. Wstyd się przyznać, ale takich samych strażników jak ja, którzy często znajdują niezrozumiałą dla mnie uciechę w oglądaniu i zadawaniu innym cierpienia. Sam niejednokrotnie miałem wątpliwą przyjemność odprowadzić wychudzonego staruszka, błagającego swojego szlacheckiego „pana” o odrobinę strawy. Oczywiście w większości przypadków biedaka karano publicznie za obrazę majestatu szlacheckiego.

Nie jestem zbyt dumny ze swojej pracy. Pomimo iż jest to zarobek uczciwy i najzupełniej wystarcza, aby utrzymać moją skromną osobę, to nie zawsze jestem w stanie pogodzić się ze swoim obowiązkiem. Często sam odprowadzałem żebraka do slumsów, nim któryś z rozgoryczonych paniczów poczuł się obrażony jego obecnością i postanowił na plecach biedaka przetestować nową, drogo zdobioną szpicrutę. Niestety sami biedacy rzadko zdawali sobie sprawę z przysługi, jaką im wyświadczałem, i nim dotarliśmy do slumsów, zawsze dowiadywałem się w kilku nieprzyzwoitych zdaniach czegoś ciekawego na temat swoich przodków.

Taki już zawód nas – strażników. Nie jesteśmy może zbyt lubianą warstwą społeczną, ale zdecydowanie niezbędną do utrzymania względnego porządku. Wprawdzie zarabiamy tyle, co chłopi pracujący na nie swojej ziemi, ale jak już mówiłem, jest tego dość dużo, aby wykarmić jedną wilczą paszczę. Zapytacie więc pewnie, dlaczego nie pracuję w polu lub nie zająłem się inną, mniej lub bardziej przyzwoitą, pracą. Cóż, jestem młodym i niepoprawnym marzycielem, który śni o lepszym i sprawiedliwszym świecie. Miałem nadzieję, że jako strażnik będę mógł pomagać ludziom i w jakimś stopniu o ten lepszy świat walczyć. Jak dotąd nie zrobiłem niczego szczególnego prócz ocalenia kilku biedaków od publicznej chłosty.

Zaraz nad strażnikami w hierarchii miasta są mieszczanie, którzy zarabiają na siebie zwykłą, choć nieco bardziej niż moja prestiżową, pracą. Mali handlarze, rybacy, garncarze, szewcy i temu podobni mieszkańcy są najliczniejszą grupą społeczną. Odrobinkę wyżej, choć nie z racji płacy, a raczej z wynikających przywilejów, są żołnierze i hutnicy. Rzadko kiedy widuje się naszych dzielnych wojaków w karczmach czy w swoich niewielkich, aczkolwiek przyzwoitych domach. Jak widać, służba nie pozwala im cieszyć się domowym ogniskiem czy rozwodnionym do absurdalnego poziomu piwem. Nasi żołnierze są chyba najbardziej niedocenieni i zapracowani z nas wszystkich. Chociaż jako ktoś, komu nigdy nie pozwolono wyłonić czarnego nosa za mury miasta, nie mogę się wypowiedzieć dzięki własnej wiedzy, a jedynie na podstawie plotek, które słyszałem od starszych kolegów. Ponoć coraz częściej zdarzają się potyczki z koczowniczym plemieniem barbarzyńców, przybyłym wiele lat temu zza morza. Powiadają również, że niektórzy inkwizytorzy z ludzkiego Imperium łamią pakt o nieagresji i napadają na nasze mniejsze wsie, zabijając „obrzydliwych heretyków”, czyli każdego, kto urodził się odrobinkę inny od nich. Cóż, sądzę, że śmierć moich rodziców i wspomnienie płonącego domu dość dobitnie potwierdzają te plotki.

Kolejny szczebel w hierarchii Bastionu zajmują szlachcice i potężniejsi kupcy. Możecie mi wierzyć, że jest to jedyna klasa społeczna, której szczerze nie lubię, a jak już mówiłem, jestem wilkiem o wyjątkowo przyjacielskim usposobieniu. Większość z nich to młodzi arystokraci, pełni pogardy dla uboższych od siebie, którą dość teatralnie pokazują. Kupców wprawdzie nie ma zbyt wielu, ale są to osoby popadające raczej w skrajną otyłość, czyli takie, które na siebie srebra nie żałują, i takie, co duszą każdy zarobiony grosz, przez co, mimo że mają świecące srebrem stroje, wyglądają nie lepiej od żebraków, z którymi mam dość często do czynienia. Nie znaczy to oczywiście, że każdy szlachcic czy kupiec, jakiego poznałem, to przykra dla mnie osoba. Zdarzali się też tacy, których po dziś dzień radośnie wspominam. No i czasem słyszałem o sytuacjach, gdzie z reguły podły i egoistyczny „pan” wyciągał pomocną dłoń do nas – maluczkich. Z takiej pomocy skorzystała moja bliska przyjaciółka Cylia, której poświecę później więcej czasu.

Pierwszym organem sprawującym władzę w Bastionie jest loża mędrców, czyli najzwyczajniej w świecie duży namiot wypełniony zapachem zwiędłych liści, w którym przesiadują najmądrzejsi z nas. Co niektórzy z nich parają się alchemią, inni magią. Są też tacy którzy dążą do unowocześniania naszego smutnego świata różnymi zaskakującymi i całkowicie bezużytecznymi wynalazkami. Niestety nasi szanowni intelektualiści o wiele więcej czasu spędzają na rozwiązywaniu niestworzonych problemów filozoficznych niż na kłopotach realnego świata. Między innymi przez to Bastion, mimo ogromnej tolerancji dla wszystkich ras i ich wyznań, nie jest miejscem, w którym można żyć szczęśliwie bez posiadania obfitej sakiewki.

Drugi szczebel władzy jest obsadzony przez najwyższych dowódców wojskowych, ale ci nie tyle zasłynęli w polu walki, co mieli kiedyś przodka, który to uczynił za nich. W większości przypadków są to osoby kompletnie niemające pojęcia o wojaczce, a jedynie w sposób czysto przypadkowy ustanawiające kolejne działania wojenne. Cóż, nie dziwota, że nasze biedne miasto cierpi przez barbarzyńców i samozwańczych świętych rycerzy.

Zapytacie więc pewnie, jakim cudem wciąż istniejemy. Jest to zasługa jedynie dwóch osób lub raczej szczerej przyjaźni między nimi. Najdzielniejszy wśród nas – lew Aron, który przez wiele lat ciężkich bitew zdobył uznanie i przydomek Obrońca – miał dawno temu przyjemność walczyć u boku ludzkiego Imperatora pod Ver’garath przeciwko powstaniu lordów upadłych. Imperator okazał się wyjątkowo szczodry i w zamian za pomoc naszego dzielnego lwa podpisał sojusz i oficjalnie zaakceptował niepodległość Bastionu. Z biegiem lat inkwizytorzy, niemogący znieść innych ras spacerujących po imperialnych ziemiach, wymusili na swoim umiłowanym władcy zmianę sojuszu w pakt o nieagresji. Cóż, nie znam się zbytnio na ludzkich władcach, ale wygląda na to, że ta cała inkwizycja ma ogromny wpływ na sprawy Imperium. Tak więc ostatnimi czasy coraz częściej ludzcy kapłani zapuszczają się na nasze ziemie, wprowadzając za pomocą ognia swoją sprawiedliwość. Nie raz i nie dwa Aron ruszał z delegacją do stolicy, jednak nigdy nie udało mu się zbliżyć do Imperatora, a jedynie do niezbyt wysoko postawionych kapłanów, którzy w nic nieznaczącym wiejskim sądzie wszystkiego się wyparli.

Drugim czynnikiem, który pomaga nam przetrwać, jest zapewne gęsty las pełen dzikich zwierząt, w którego to sercu znajduje się Bastion. Na całe szczęście dzielni i szlachetni inkwizytorzy często gubili się po przejściu dziesięciu kilometrów i musieli honorowo zawrócić, pokonani przez ogrom przeciwności losu. Podobnie sprawa się ma z barbarzyńcami, którzy budują obozy blisko morza i unikają zapuszczania się w głąb lasu. Niestety nasze mniejsze wsie znajdujące się na obrzeżach są stale nękane atakami obu tych stron. Pomimo szczerych chęci i prób Arona Obrońcy nasze miasto powoli, acz sukcesywnie umiera. W zasadzie to nie radzimy sobie nawet wewnątrz swoich granic, nie wspominając już o ewentualnej wojnie. Sam nie wystawiając końca nosa za mury, nie mogę wam teraz powiedzieć wiele więcej niż to, co udało mi się usłyszeć i samemu wywnioskować. Uważam więc, że czas przejść do kolejnego dnia mojego skromnego, aczkolwiek zadowalającego życia.

*

Odkąd tu trafiłem, mieszkam sam w niewielkiej kwadratowej chatce, zbudowanej z wątpliwej jakości drewna. Podobnie jak domki większości gwardzistów, mój domek znajduje się w pobliżu najuboższych dzielnic miasta. Zapewne któryś z mądrych zarządców stwierdził, że będzie nam bliżej do pracy. Nasze domy są postawione bardzo blisko siebie, tak że dorosły wilkołak miałby problem z przejściem pomiędzy nimi. Ja na szczęście poruszam się tu dość swobodnie. Taka bliskość naszych domostw jest mi oczywiście wyjątkowo nie na rękę, gdyż jak czasem zdarza mi się zawyć do księżyca, to przez resztę nocy wyraźnie słyszę dość obfite przekleństwa skierowane pod moim adresem. Zresztą trudno im się dziwić, wszak i tak mamy mało czasu na sen, a taka nagła pobudka w środku nocy musi być wyjątkowo niepożądana. Sam zresztą mam nieliche kłopoty ze snem. Niemal każdej nocy dręczą mnie koszmary mojej młodości. Ciągle widzę płonące chaty i czuję przykry zapach palonego mięsa. Na szczęście jakoś sobie z tym radzę i potrafię cieszyć się każdym aspektem mojego życia.

Mój majątek, choć skromny, napawa mnie niemałą dumą. W końcu sam na to wszystko zapracowałem! Przy lewej ścianie mojej jednopokojowej izby znajduje się wąskie słomiane łóżko, na którym nawet komuś o moich dziecięcych gabarytach jest się ciężko ułożyć wygodnie. Moje szczęście, że przywykłem do spania zwinięty w kłębek, co zresztą nie raz sprawiło, że pomylono mnie z udomowionym psem. Doprawdy nie wiem, jak o wiele więksi gwardziści mogą w ogóle mówić o wygodnym śnie, skoro ich domy są dokładnie takiej samej wielkości jak mój. Czasem zdaje mi się, że ciągle muszą tam pełzać, aby oszczędzić nieco miejsca na kilka przydatnych rzeczy. Sam zresztą parę takich przedmiotów posiadam. Wykonałem z bardziej przyzwoitego drewna niewielki stojak, na który zawsze starannie odkładam moją szarą płócienną koszulę i krótkie skórzane spodenki. Dużą zaletą nas, wilków, jest to, że nie musimy, ba, nawet nie powinniśmy nosić butów. Nasze łapy są doskonale przystosowane do poruszania się w leśnym terenie. Słyszałem tylko czasem, że kiedy Aron podróżował do Imperium, to jego wilczy strażnicy zakładali niewielkie drewniane sandały. Ciekaw jestem, z czego ludzie mają tam zrobioną ziemię. Może jest ze stali? Cóż, kiedyś mam nadzieję zobaczyć Imperium na własne oczy. Podobno całe miasto jest zbudowane w hołdzie niebu, ludzie chodzą ubrani w aksamitne białe suknie, nie ma żadnych chorych ani biednych, a jedna dzielnica jest większa od całego Bastionu! Naprawdę chciałbym tam pojechać. Ciekawe, co też takiego ci ludzie tam jedzą. Czy są tacy sami jak ci, którzy mieszkają z nami, czy może faktycznie mają w sobie coś świętego? Cóż, na razie mogę jedynie pomarzyć o podróży do Imperium. No, chyba że wyrobiłbym się w dwie strony przez jedną noc.

Gwardziści nie mają lekkiego życia. Od świtu do zmierzchu jestem na służbie, czasem aż łapy bolą od tego ciągłego stania z włócznią. Skoro już wspomniałem o włóczni, to warto też wam wyjaśnić, iż nie posiadam ekwipunku strażnika u siebie w domu. Zawsze o poranku rozdają nam całe wyposażenie. Niestety nikomu nie chce się pamiętać, który sprzęt jest czyj, więc często mam przykre doświadczenie dostania pancerza po wyjątkowo niechlujnym kompanie. Taki sposób rozdawania broni nie jest chyba zbyt logiczny, gdyż w razie ewentualnych zamieszek bylibyśmy zmuszeni wpierw udać się do zbrojowni albo walczyć na gołe łapy, co w moim przypadku akurat wychodziło nadzwyczaj dobrze, przynajmniej na ćwiczeniach. Widać, że bardziej im zależy na tym, aby nikt przypadkiem nie sprzedał dziurawej skórzanej rękawicy niż na bezpieczeństwie miasta.

Ekwipunek strażnika doprawdy pozostawia wiele do życzenia. Rozpadające się, niewielkie skórzane nagolenniki, brązowy napierśnik z gotowanej skóry, pod który nie dają nam żadnej dodatkowej osłony, przez co nieraz zdarzają się przykre okaleczenia od źle dopasowanego pancerza. Na moje szczęście mam nienaturalnie twardą skórę i jakoś zawsze wychodzę bez żadnych niepożądanych efektów. Proste, przypominające nocnik hełmy są nawet dla mnie zbyt małe, że nie wspomnę już o moich bardziej wyrośniętych towarzyszach. Niestety często moim pobratymcom brakuje nieco rozumu i wpychają sobie na siłę hełm na głowę, gdyż uważają, że w ten sposób będą bezpieczniejsi, kontrolując kulawych starców. Dostajemy też po jednej dużej rękawicy. Podejrzewam, że dzięki temu włócznia ma pewniej leżeć w dłoni, jednak ja wolę dokładniej czuć ją w łapie. Nie wiem czemu, przecież nigdy nie walczyłem na poważnie, a wypowiadam się jak wielce doświadczony wojownik. Same włócznie są zrobione zaskakująco porządnie. Solidne, dobrze ociosane drewno pewnie leży w łapie, a ostrze jest zrobione z porządnej, starannie czyszczonej stali. Zgaduję, że to pamiątka po ekspedycji krasnoludów, która kiedyś zawitała na dłużej w Bastionie.

Oprócz łóżka i stojaka w moim pokoiku znajduje się jeszcze niewielki, okrągły stolik, na którym obecnie leżą niedojedzony bochenek chleba i dwa jabłka. Udało mi się zaoszczędzić kilka miedziaków na krześle, gdyż od dziecka jem, siedząc na podłodze.

Skoro już wspomniałem o oszczędzaniu, to wyjawię, nie bez małej irytacji, jakiej wysokości są moje zarobki. Zatem za każdy miesiąc dostaję dwie srebrne monety i pięćdziesiąt miedziaków. Dla wyjaśnienia: sto miedziaków to jedna srebrna moneta, a z kolei dwadzieścia srebrnych monet to jedna złota. Bochenek średniego chleba w Bastionie kosztuje osiem lub dziewięć miedziaków. Tak więc jestem w stanie się wykarmić i nawet trochę mogę uskładać na następny miesiąc, pozwalając sobie na małe szaleństwa w postaci gulaszu lub owoców, które właśnie od tygodnia goszczą na moim stoliku i jakoś żal mi się za nie zabrać. Na szczęście duży chłód panujący w mojej izbie sprawia, że owoce są dość długo zdatne do zjedzenia. No i warto mi się jeszcze pochwalić, że co jakiś czas dostaję kilka prezentów od mojej przyjaciółki z dzieciństwa Cylii, której pewien bardzo bogaty kupiec załatwił dość przyzwoitą pracę. Na moje szczęście Cylia dobrze mnie zna i te prezenty doskonale nadają się do zjedzenia. Wstyd się przyznać, ale poza leniuchowaniem na łące, na które znowu prawie w ogóle nie mam czasu, jedzenie to moje ulubione zajęcie i gdybym miał za co, jadłbym za dziesięciu.

*

Nadszedł kolejny piękny poranek dla strażnika. Kropla spadająca z przeciekającego sufitu uświadomiła mi, że w nocy była ulewa. W końcu udało mi się porządniej przysnąć, więc nawet nie usłyszałem kropli deszczu uderzających o dach. Z właściwym sobie rozleniwieniem przeciągnąłem się w poprzek łóżka. Niestety było zbyt małe, nawet jak dla mnie, i przy tej z pozoru łatwej czynności spadłem na cuchnącą wilgocią podłogę. Przez chwilę jeszcze tak leżałem, łapiąc resztki uciekającego snu, aż zbyt pikantne zapachy brutalnie pozbawiły mnie błogiej nieświadomości. Z pyskiem wciąż przyklejonym do ziemi postanowiłem zacząć wstawanie od końcowej części mojego ciała. Takim oto sposobem po kilku minutach udało mi się wstać na dwie łapy. Paroma sprawnymi liźnięciami zwilżyłem zaschnięty przespanym czasem pysk. Przeciągnąłem się raz jeszcze, tym razem stojąc już na dwóch łapach i wyciągając z całej siły ręce do góry. Chcąc nie chcąc, musiałem tę czynność jednak przerwać z obawy o uszkodzenie dachu. Podszedłem ospały do stojaka z ubraniami i przywdziałem moją wierną płócienną koszulę i beżowe skórzane spodenki, które natychmiast przewiązałem lnianym sznurkiem. To taki mój zamiennik pasa, na którym postanowiłem oszczędzić nieco miedziaków, a w mojej sytuacji jest to wysoce wskazane.

O ile w Bastionie każdy biedniejszy mieszkaniec ma problemy niemal ze wszystkim, począwszy od dachu nad głową, a skończywszy na jedzeniu, o tyle mamy dobrze, że nikomu, absolutnie nikomu nie brakuje wody pitnej. Otóż wewnątrz samych murów mamy trzy niewielkie jeziora, z czego jedno znajduje się dość blisko mojego skromnego domostwa. Mieliśmy kiedyś cztery takie jeziora, jednak wielu z niezbyt mądrych ludzi stwierdziło, że to idealne miejsce do wylewania swoich nieczystości. Pogrążony w zadumie nad ludzkim intelektem nasz przywódca Aron był zmuszony całkowicie zabronić zbliżania się do skażonego zbiornika wodnego. Na szczęście jest to przywódca mądry i potrafi uczyć się na błędach. Od czasu odkrycia tego przykrego incydentu przy pozostałych jeziorach jest sprawowana całodobowa straż, w której nieraz musiałem uczestniczyć, a możecie mi wierzyć, nie ma dla mnie nic bardziej irytującego jak zmarnowana noc.

Znając swój problem z porannym odzyskiwaniem zmysłów, mam w zwyczaju zawsze przed snem urządzić sobie mały spacer po wiadro lodowatej wody. Tak więc chwyciłem niewielkie drewniane wiaderko, które zeszłego wieczoru zmyślnie ustawiłem w samym kącie pokoju, i otworzyłem drzwi. Do mojej izby wleciało nieco „bożej sprawiedliwości” – jak zwykli mawiać ludzie – czyli przytulne ciemności zostały pochłonięte przez ciepłe promienie słoneczne.

Trzymając wiadro z wodą w obu łapach, wyszedłem na dwa kroki ze swojego domku, aby zbytnio nie ochlapać i tak już przeżartej wilgocią podłogi. Przestrzeń między drzwiami mojej izby a ścianą innego domu była akurat na tyle duża, abym mógł przemyć pysk wodą, nie zalewając żadnego z pomieszczeń. Tak więc w obie łapy naczerpałem z wiadra lodowatej wody i chlusnąłem nią sobie prosto w pysk, jednocześnie trąc przymrużone oczy. Efekt po pierwszej takiej operacji nie był dostateczny, albowiem zostałem szczodrze obdarzony kamiennym snem. Nie liczę oczywiście nocy, w których potworne koszmary odbierają mi możliwość zmrużenia oka. Tak więc spędziłem około kwadransa na próbie dobudzenia swojego zawziętego organizmu. Gdy w końcu uzyskałem w miarę przyzwoitą świadomość umysłu i mogłem być pewny, że jestem już poza granicami sennych krain, uświadomiłem sobie, jak późna godzina może już być, a jak wam zapewne wiadomo, praca strażnika zaczyna się bardzo wcześnie rano. Tak więc wpadłem jeszcze na chwilkę do swojego pokoiku, chwyciłem zębami pozostawiony na stoliku bochenek chleba i wybiegłem za drzwi. Szczęście moje takie, że nikomu ani w myśli okraść strażnika miejskiego. Zdobycz praktycznie żadna, a kara nader surowa i choć jestem stworzeniem o miękkim i pokornym sercu, z radością sam rzuciłbym się w pogoń za złodziejaszkiem.

*

Sądząc po wysoko położonym słońcu, mogłem wywnioskować, że moje spóźnienie będzie dość pokaźne. Na szczęście zostałem obdarzony niespotykaną zwinnością, dzięki czemu szybko wybiegłem ze skupiska domów. Po chwili znalazłem się na dużej kwiecistej łące, przez którą biegła dobrze wydeptana ścieżka. Niedaleko na zachód malowały się kontury potężnej świątyni wzniesionej ku czci Smoka- Ojca. Z tej to świątyni każdego ranka przydzielają nam jednego z rozkapryszonych mnichów z przyjemnym zadaniem wydania nam ekwipunku i poleceń na obecny dzień. Najgorszym z nich był zdecydowanie stary gepardołak o imieniu Reju. Mówiąc „najgorszy”, mam na myśli to, iż w przeciwieństwie do innych swoich braci zakonnych Reju nie miał zbyt wiele szacunku ani litości dla nas, strażników, którymi, delikatnie mówiąc, gardził.

Nasza zbrojownia znajdowała się tuż przy jednym z jezior, o których wcześniej wspominałem. Był to zdecydowanie rozsądny pomysł, gdyż, jak na zbrojownię przystało, była solidnie strzeżona, a okolice ją otaczające regularnie patrolowane.

Z wciąż niedojedzonym kawałkiem chleba w pysku postanowiłem pobiec w starym wilczym zwyczaju, który zdecydowanie był moim najszybszym sposobem poruszania się. Rozejrzałem się dookoła, czy nikogo obok mnie nie ma, gdyż bieganie w ten sposób jest wielce upokarzające. Gdy byłem pewien, że jestem sam, pochyliłem się mocno do przodu i włączyłem do biegu moje dwie przednie łapy. Tak, teraz faktycznie mogłem zostać pomylony z psem. Wraz z upływem lat wilkołaki zrezygnowały z takiego chodu, aby nie upokarzać się przed innymi rasami. Cóż, może właśnie przez to większość moich kamratów ma problem z dogonieniem uciekającego pijanego krasnoluda. Ja natomiast z łatwością potrafię prześcignąć rozpędzonego rumaka i robię to, poruszając się na dwóch łapach!

Słońce świeciło naprawdę mocno i gdyby nie sprzyjający kolor mojej sierści, zapewne sapałbym teraz z gorąca. Chociaż nie omieszkam się pochwalić, że jak dotąd nawet z najcięższych ćwiczeń i testów wychodziłem bez najmniejszej zadyszki, podczas gdy kilkoro moich towarzyszy traciło przytomność po zaledwie piętnastu kilometrach.

Dystans między moim domem a koszarami wynosił na moje sprawne wilcze oko mniej więcej pięć, może sześć kilometrów. Zatem po niespełna minucie zdążyłem zjeść swoje mizerne śniadanie i byłem już na miejscu. Miałem tylko nadzieję, że dzisiaj nasz zacny gepard dostał jeden ze swoich ataków reumatyzmu i nie będzie mógł nas męczyć.

*

Zbrojownia była wielkim kamiennym budynkiem w kształcie wysokiego na dziesięć stóp prostokąta. Wygląda na to, że mi się poszczęściło, gdyż wzdłuż ściany stała jeszcze całkiem spora grupka wilków, a tuż przy drzwiach siedział łysiejący, otyły krasnolud w podeszłym wieku z mocarną księgą w dłoniach. Po poszarpanym szarym habicie poznałem, że jest jednym z mniej ważnych braci zakonnych, którego na moje szczęście akurat dzisiaj wybrano do tego chwalebnego zadania, jakim jest przydzielenie nam uzbrojenia. Widać było, że krasnolud starannie wypełniał swoje obowiązki, przez co wyposażenie jednego strażnika zajmowało mu prawie pięć minut. „Mógłbym jeszcze pospać” – powiedziałem pod nosem, bo faktycznie niepotrzebnie się tak śpieszyłem. Każdy element stroju mnich kazał podać strażnikowi, po czym odnotowywał to w swojej księdze. Mistrz Reju, bo właśnie mistrzami każą się nazywać niektórzy zapatrzeni w siebie braciszkowie, całe przydzielanie ekwipunku wykonuje w kilka minut, bo wybiera kilku sprawnych i bardziej inteligentnych z tłumu, każe im wejść do zbrojowni i wyrzucić na ziemię cały ekwipunek. Po czym nasza grupa, około dwustu wojowników, ma pięć minut na zebranie swojego sprzętu. Za każdą sekundę opóźnienia otrzymujemy dodatkowe dziesięć minut bezpłatnej pracy. Oczywiście z racji mojej dość spokojnej natury i niewielkiego wzrostu zawsze na końcu udaje mi się dobrać do sprzętu, przez co kary najczęściej dotykają właśnie mnie. Przyznam się jednak, że czasem po nocy pełnej koszmarnych snów moja cierpliwość jest mocno osłabiona i zdarza mi się w przepychance powalić przypadkiem jakiegoś nieszczęśnika. Wspominałem, że jak na swój rozmiar jestem nadzwyczaj silny, prawda? Cóż, staram się raczej nie drążyć tego tematu, gdyż moja wrodzona skromność, albo raczej lęk przed publicznym upokorzeniem, powstrzymują mnie przed oficjalną demonstracją.

– Hej, Triafis! – zawołał pogodnie znajomy mi głos.

– Dzień dobry, Pyrou – odpowiedziałem grzecznie.

Wśród strażników takie uprzejmości były oczywiście wyjątkiem, tak samo jak wyrazy przekraczające dwie sylaby. Z reguły przeciętny wilkołak pracujący razem ze mną po długich minutach namysłu i wytężonej pracy umysłowej, skutkującej krzyżującymi się żyłkami na czole, był w stanie wydusić z siebie coś w rodzaju: „Ej! Ty! Patrz, tam!” i prawie zawsze chciał tym zwrócić uwagę na jakiegoś nieszczęśnika, który pod wpływem mniej wygórowanych trunków zamierzał popełnić jakieś drobne przestępstwo, takie jak bezprawne spanie na ulicy. Czasem oczywiście trzeba było takiemu strażnikowi troszkę podpowiedzieć, co robić dalej, aby skutecznie wykonał swoją pracę, choć szybciej byłoby załatwić sprawę samemu.

– O czym myślisz? – zapytał mój towarzysz, który najwyraźniej zdziwił się, kiedy przez dłuższą chwilę marszczyłem czoło nad wyżej wspomnianą kwestią. Cóż, nie da się ukryć, że sam również nie należę do zbyt lotnych umysłów.

– A, tak rozmyślałem, co dziś zjem wieczorem. – Może to niezbyt inteligentna odpowiedź, ale w tak krótkim czasie tylko na taką mogłem się zdobyć.

– Aha, to chyba lepiej nie będę ci przeszkadzał. – Na niewielkim szarym pysku strażnika pojawił się szyderczy uśmiech.

Niestety, ale z żalem musiałem przyznać, że Pyrou umysłowo górował nad resztą strażników. W zasadzie to był jeszcze ciekawszym okazem odmienności niż ja! Wilkołak niższy i chudszy nawet ode mnie, o szarej, niezdrowej sierści, pożółkłych zębach i wiecznie podkrążonych oczach. Doprawdy nie wiem, jak w wieku raptem dwudziestu paru lat można doprowadzić się do tak przykrego stanu. Choć zakładam, że to głównie za sprawą masy książek, które Pyrou dziennie czyta. I między innymi właśnie dlatego nie lubię czytać! Zdecydowanie przyjemniejszym sposobem spędzania niewielkich ilości wolnego czasu jest leżenie bez ruchu na łące. Pyrou oczywiście nie przystąpił do straży z powołania, o nie! Był, albo raczej nadal jest, wspaniałym zielarzem i alchemikiem, któremu najzwyczajniej się w życiu nie poszczęściło i jedna z jego mikstur na porost włosów zamieniła łysą głowę wpływowego kupca w łysą głowę wielkości dorodnej dyni. Jak losy biednego alchemika potoczyły się dalej, chyba można się już domyślić. Z moją skromną pomocą został przyjęty do straży. Odkąd tylko pamiętam, staram się nad nim czuwać, bo delikatnie stwierdzając, jego sprawność fizyczną można porównać tylko do zawartości mojej sakiewki. Jeśli zaś chodzi o higienę, to możecie mi wierzyć, że w porównaniu z moim towarzyszem jestem nie lada czyścioszkiem! Nieustająca woń zeschniętych liści i różnych starych maści idealnie wręcz komponowała się z odorem pochodzącym z jego niemytej od lat paszczy, tworząc niespotykaną nigdzie indziej mieszankę. Przynajmniej bordowa jedwabna koszulka, którą Pyrou posiada z nieco lepszych dla siebie czasów, pochłaniała nieco tego aromatu.

Można by więc przypuszczać, że moja sympatia do Pyrou wynika z jego nadzwyczaj uroczego charakteru. Otóż nic bardziej mylnego! Ten szczurzej budowy wilkołak jest jedną z najbardziej zgryźliwych i irytujących osób, jakie znam, a możecie mi wierzyć, że będąc strażnikiem miejskim, spotkałem się z wyjątkowo nieprzyjemnymi osobistościami. Czasem mam wrażenie, że mój towarzysz jedynie czeka, aby obdarzyć mnie jakąś złośliwą uwagą, czy też skomentować w niezbyt przychylny sposób moją osobę. Skąd więc we mnie pozytywne nastawienie do niego? Cóż, być może na swój dziwaczny sposób jego chamstwo wprowadza mnie w dobry humor albo, co bardziej prawdopodobne, odnalazłem w nim bratnią duszę o podobnie przykrym dzieciństwie. Chociaż w przeciwieństwie do mnie Pyrou nie pamięta swoich rodziców, gdyż zmarli oni zanim młody wilkołak miał dostatecznie rozwiniętą świadomość. Mieszkał w mojej wiosce, opiekując się młodszymi od siebie sierotami. Nasz radny, jako że był krasnoludem o dość hojnej ręce, ufundował mu przyzwoitej jakości sierociniec, w którym wiele skrzywdzonych przez okrutny los dzieci odnalazło dom. Oprócz mojego niedbającego o higienę przyjaciela w sierocińcu mieszkała również Cylia i młody lew Narii, którego niestety nie było mi dane dość dobrze poznać, gdyż w czasie napadu porwano go z wioski. Zapewne dlatego, że, jak już wyżej wspomniałem, lwy to bardzo rzadki i cenny gatunek. Pyrou po dziś dzień opłakuje stratę Nariego i nieustannie szuka o nim jakichś wieści. Cóż, jak dla mnie to Narii pracuje gdzieś u jakiegoś bogatego panicza jako służba, ozdoba domowa lub jeśli ów szlachcic wykazuje się oznakami inteligencji, to uczynił z potężnego wszak lwa swojego strażnika. Oczywiście wielce prawdopodobne było, że Narii już od dawna nie żyje, a jego ciało gnije gdzieś w chłopskiej ziemi. Jednak ja, jako osoba starająca się o optymistyczne nastawienie do życia, próbuję taką możliwość wykluczyć.

*

Otyły brat zakonny powoli kończył wydawanie sprzętu, co mnie nawet zaczęło cieszyć, gdyż stanie tak bez celu na słońcu wśród cuchnących oparami piwa wilkołaków powoli robiło się dokuczliwe i męczące. To prawda, że jestem osobą raczej leniwą i takie tkwienie w jednym miejscu bez ruchu nawet mi się podoba, jednak ze względu na moje czułe powonienie i wstręt do alkoholu ta z pozoru lekka czynność stawała się nie do wytrzymania.

W końcu podszedłem do mnicha i skinąłem mu lekko głową na przywitanie. Być może powinienem był to uczynić w sposób bardziej oficjalny i stosowny względem osoby duchownej, jednak wciąż jestem bardzo dziecinny i choć moje zachowanie jest przyjacielskie, to czasem zdarza mi się kogoś obrazić. Na szczęście krasnoludowi nie przeszkodziło takie przywitanie albo nie zwrócił na mnie w ogóle uwagi, gdyż szeroki, napuchnięty nos trzymał głęboko w swojej książce i nie raczył mi nawet odpowiedzieć.

– Imię i nazwisko – zapytał zmęczonym, tubalnym głosem.

– Wilkołak Triafis – odparłem nieco zdziwiony jego pytaniem, gdyż nazwiska były przywilejem szlachetnie urodzonych. Tacy biedacy jak ja mogli co najwyżej poszczycić się wykonywanym zawodem, jak na przykład znany mi elf Firtel Szewc, gdzie Szewc uchodziło właśnie za swego rodzaju nazwisko. Tak czy inaczej, Triafis Strażnik Miejski brzmiało mi co najmniej dziwnie, więc postanowiłem zostać jako wilkołak Triafis. Krasnolud wymruczał coś pod nosem i prześledził opuchniętym paluchem tekst księgi.

– O! Tu jesteś – powiedział zadowolony, kiedy jego palec zatrzymał się na moim imieniu. – Przynieście komplet – rozkazał stojącym za jego plecami wilkołakom.

I tak po prawie czterdziestu minutach oczekiwania otrzymałem swój rynsztunek. Niewygodne skórzane nagolenniki, przez które można solidnie poranić swoją skórę. Bezużyteczny hełm, wielkością pasujący na głowę ludzkiego dziecka. O wiele za duży jak dla mnie skórzany napierśnik, który co najwyżej mógł uchronić od ciosu niezbyt mocnego kija. Jestem święcie przekonany, że moja nienaturalnie twarda skóra zapewnia mi lepszą ochronę niż cały ten sprzęt. Na szczęście włócznia była wykonana bardzo solidnie. Robota krasnoludów, jak już wspomniałem wcześniej. Dokładnie ociosane dębowe drewno pewnie leżało w wilczej łapie, a ostry, niczym żarty Pyrou, stalowy grot błyszczał od nienagannej czystości. Zaprawdę, była to jedyna wartościowa rzecz w całym wyposażeniu strażnika.

Zarzuciłem na siebie wątpliwej jakości napierśnik i ściągnąłem do granic wytrzymałości wszystkie jego pasy, dzięki czemu choć trochę trzymał się mojego ciała. Do mych delikatnych nozdrzy dobiegł okropny smród potu i wilgotnej skóry. Najwyraźniej poprzedni właściciel pancerza szczędził wody w podobnym stopniu co Pyrou pochlebstw. Nagolenniki na szczęście były chyba noszone przez bardziej higienicznego wilka lub niedźwiedzia, chociaż ten drugi przypadek był o wiele rzadszy. Docisnąłem wszystkie pasy tak mocno, na ile tylko pozwalała mi ich wytrzymałość, i zrobiłem kilka kontrolnych kroków. Oczywiście skórzane krawędzie ocierały się minimalnie o moje nogi, co skutkowałoby bardzo nieprzyjemnymi ranami, ale jak już wiele razy mówiłem, jestem wilkiem o nadzwyczajnej wytrzymałości i z doświadczenia wiedziałem, że takie efekty mi nie grożą. Kierując się tym samym doświadczeniem, z góry odpuściłem sobie walkę z hełmem. Przyczepiłem go jedynie do lnianego sznurka, który podtrzymywał moje spodnie i spinał nieco za szeroką koszulkę. Tak więc, będąc już dumnym przedstawicielem straży miejskiej, w pełnym swoim wyposażeniu i majestacie godnym wyliniałego zająca, czekałem na swojego towarzysza. Oczywiście mógłbym od razu udać się w pierwsze lepsze miejsce o niewysokim standardzie bezpieczeństwa i stać tam cały dzień, licząc, że coś się wydarzy. Jednak wolałem już czekać na mojego chamskiego, aczkolwiek niezbędnego kompana. Może właśnie dlatego go potrzebowałem, aby zabić nudę. Cóż, mam szczerą nadzieję, że takie próżne powody są mi obce, a moja sympatia do Pyrou wynika z poszanowania jego osoby. Tak czy inaczej, takie rozważania nie są na głowę biednego wilka. W końcu moim głównym zadaniem było stać, trzymać włócznię i odświętnie nią machnąć ku przestrodze większości pijaczków i żebraków kręcących się po ulicach Bastionu.

Pyrou ubierał się nieco dłużej, gdyż każdą luźną część swojego pancerza wypychał kłębkami wełny, co było w jego przypadku bardzo rozsądnym posunięciem. Niekiedy spora część wełny wystawała mu spod napierśnika, co wyglądało dość komicznie. Tym razem jednak uwinął się bardzo zręcznie i gdybym go nie znał, mógłbym powiedzieć, że mam przed sobą pulchnego wilczka o przyzwoitej sile w łapach. No, może jego szczupła twarz i prawie że wyschnięta sierść nieco ten efekt burzyły, ale tak czy inaczej, mój towarzysz wyglądał teraz odrobinkę poważniej.

Korzystając z faktu, że byliśmy już ostatnimi strażnikami, postanowiłem wypytać mnicha o jakieś specjalne zadania. Być może to zła metoda, gdyż wszystkie ciekawsze oferty powinny były zostać rozdane pierwszym zgłaszającym się do służby. Jednak bardzo często mało komu chciało się narażać swoim kompanom przez przedłużenie i tak już nazbyt długiej kolejki.

– Drogi bracie zakonny – powiedziałem, jak najuprzejmiej tylko mogłem, i ukłoniłem się nisko. Ponoć osoby duchowne są bardzo wrażliwe na taki rodzaj szacunku. Mnich ten jednak wydął tylko policzki i wydusił z siebie nasączone oparami alkoholu powietrze. Widać, chciał już pójść do domu, a moja skromna osoba zamierzała mu ten plan popsuć.

– Ano mówcie – powiedział tonem tak lekceważącym, jakby z przymusu musiał prowadzić konwersację z pijanym bardem, wychwalającym swoje chwalebne bitwy, w których trakcie nie było go jeszcze na świecie.

– Znajdzie się może jakaś bardziej ambitna praca dla dwóch energicznych i sprawnych wilkołaków? – Spojrzałem zaciekawiony na wielką skórzaną księgę.

– Nie ma nic! – odparł oburzony, po czym zamknął książkę, nawet nie racząc na nią spojrzeć. – Przyjdźcie jutro, to może coś się znajdzie – dopowiedział, zanim zdążyłem mu grzecznie zaproponować, aby w ową księgę spojrzał, a najlepiej w zakładkę o dodatkowej pracy.

– Jedną chwilkę, braciszku – wtrącił Pyrou i uniósł oskarżycielsko palec.

Znając jego wybuchową naturę, stwierdziłem, że lepiej będzie, kiedy uciszę przyjaciela. Na szczęście przy mojej nienaturalnej sile i niewielkich gabarytach mojego towarzysza z dziecinną łatwością zamknąłem mu jedną łapą pysk, a drugą pomachałem mnichowi na pożegnanie, po czym siłą odciągnąłem wilka na bezpieczną odległość. Widać, krasnolud wolał udać, że nic nie słyszał, co doprawdy było mi bardzo na rękę, gdyż konflikt dwóch strażników miejskich z o wiele wyżej postawionym od nich mnichem zakończyłby się znaczącymi karami finansowymi. Oczywiście zakonnik mógłby wymagać, aby nas wychłostano, na co zapewne mistrz Reju zgodziłby się bez wahania.

Pyrou początkowo chciał się wyrwać z mojego uścisku, ale najwyraźniej przypomniał sobie, że nie pierwszy to raz, kiedy musiałem go uciszać, i że nigdy nie udało mu się wydostać, więc odpuścił sobie i pozwolił się grzecznie poprowadzić. Nienawidziłem używać w taki sposób swojej siły, o nie! Zdecydowanie wolałem kulturalną rozmowę, najlepiej przy obfitym posiłku. Jednak czasami o takiej rozmowie można zapomnieć i trzeba działać szybciej niż powolnie wtaczające się do umysłu Pyrou znaczenie moich słów, a bywa i tak, że takowe znaczenie w ogóle się nie wtoczy i trzeba biednego alchemika ratować z tarapatów.

*

W całym Bastionie nie było lepszego miejsca dla pełnych werwy strażników od niesławnej dzielnicy biedoty, figlarnie nazwanej schronieniem. Całość otoczona była drewnianym murem, o ile masę nierówno powbijanych, spróchniałych pali można nazwać murem. Najwyraźniej ktoś liczył, że w ten sposób całkowicie odgrodzi żebraków od bogatszych obywateli, ale zapewniam was, że nawet kulawy starzec z reumatyzmem da radę bez zbędnych wygibasów ominąć tę praktycznie nieistniejącą przeszkodę. Oczywiście ja sam zamierzałem prawa przestrzegać i pomimo wyłamanego kilka metrów od wejścia pala, postanowiłem grzecznie zapukać do wejściowych drzwi. To dopiero dzielnica! Bramy są niemal cały czas zamknięte, a wejść i wyjść łatwiej jest przez mur niż przez oficjalne wejście. Zapukałem delikatnie w stare prostokątne drzwiczki, gdyż bałem się, że użycie nieco większej siły może doprowadzić do wyłamania zawiasów. Po niespełna sekundzie drzwi zostały uchylone, a mojej skromnej osobie ukazała się postać pulchnego niedźwiedziołaka, który siedział na ściętym konarze tuż przy drzwiach.

– Aaaaaaa, wy na służbę – powiedział z niezrozumiałym dla mnie zadowoleniem, tak jakby uważał, że zostaliśmy tutaj przysłani za karę, a przecież przyjście tu to tylko i wyłącznie moja inicjatywa. Miał gruby, donośny głos, który zadudniał mi w delikatnych uszach.

– Tak. Zapowiada się może dzisiaj coś ciekawego?

W zasadzie to nie liczyłem na żadne rewelacje, ale może chociaż jakaś nowinka dotarła do uszu niedźwiedzia.

– Hmmm. – Zastanowił się przez chwilkę i zmarszczył brudne czoło.

Widać było, że takie intensywne myślenie nie jest mu na rękę. Doprawdy widziałem już wiele niedźwiedziołaków, ale ten był wyjątkowo niechlujny. Krótki, szeroki pysk miał usmarowany jakimś odrażająco świecącym się tłuszczem. Zapewne skorzystał z repertuaru tutejszej karczmy. Sierść miał jasnobrązową z niewielkimi oznakami siwizny w okolicach szyi. Pękaty brzuch wylewał mu się spod przyciasnego napierśnika i całkowicie zasłaniał krocze. Łapy miał komicznie krótkie i jakby całe zbudowane z tłuszczu, dlatego przy każdym, nawet najmniejszym ruchu dygotał jak świeża galaretka.

– A wiecie, szczurku, żem coś chyba słyszał.

Oczywiście musiał mnie pomylić ze szczurem, i to zapewne nie przez brak wiedzy, a z wrodzonej złośliwości, jaką los nazbyt hojnie obdarzył mieszkańców. Zignorowałem całkowicie tę uwagę, nie chcąc dawać słodko dotychczas milczącemu Pyrou szansy na narobienie nam kłopotów. Zresztą bardzo mnie interesowało, cóż takiego ten niedźwiedź mógł słyszeć i miałem szczerą nadzieję, że nie dotyczyło to nowego gulaszu z pobliskiej karczmy.

– Mówcie więc, nie krępujcie się – ponagliłem go nieco, widząc, że dość długo tkwił w bezruchu ze zmarszczonym czołem.

– Zaraz, zaraz, nie poganiajcie, bo kijem do roboty zagonię! – odezwał się jeszcze mniej uprzejmym tonem niż dotychczas.

Zauważyłem, że Pyrou rozszerzył nieco swoje zielone oczy, co znaczyło, że ta zabawna uwaga zapewne go rozzłościła. Na szczęście opanował się w porę, co uchroniło nas od zbędnego konfliktu z niedźwiedziem. Swoją drogą, nie wyobrażam sobie, aby ten strażnik mógł w ogóle wstać, nie wspominając już o sięgnięciu kija i machaniu nim.

– Ano kupiec ino przyjeżdża! – Uderzył pięścią w drugą łapę wyraźnie zadowolony ze swojej doskonałej pamięci.

Pyrou skrzywił się mocno i wtrącił do rozmowy:

– Kupiec? Jesteście pewni, że dobrze słyszeliście?

Faktycznie było to dość dziwne, aby jakikolwiek kupiec kłopotał się wizytą w dzielnicy biedoty, ale nawet taka mało prawdopodobna plotka była dla mnie warta uwagi.

– Ano słowo daję, żem tak słyszał. – Niedźwiedź uderzył się pięścią w pierś tak, iż przez chwilę myślałem, że stracił dech. Sapał troszkę po tym wyczerpującym wysiłku. – Buhenfald czy jakoś tak go wołają.

– Buckenwald? – poprawił Pyrou. – Arnold Buckenwald?

– O właśnie! Tak się skurczybyk zwał – dodał niedźwiedź.

Chyba gdzieś już to imię słyszałem, ale nie chcąc się kompromitować, wolałem później sam wywnioskować, kim kupiec jest dokładnie, niż dawać mojemu zgryźliwemu towarzyszowi kolejny powód do kpin z mojej niewiedzy.

– Cóż, dziękujemy za wieści. Bywaj! – pożegnałem się z niedźwiedziem i poszedłem dalej w głąb dzielnicy.

– Miłego dnia – odpowiedział, używając takiego tonu, że nawet śpiący goblin zauważyłby ogromną dawkę sarkazmu.

Drewniane, kwadratowe budynki przypominające kwatery straży były tutaj mieszkaniami dla najważniejszych przedstawicieli dzielnicy biedoty i ich rodzin. Nawet jako ktoś, kto wywodzi się z bardzo niskich sfer społecznych, nie mogę sobie wyobrazić, jak kilkuosobowa rodzina może mieszkać w pomieszczeniu niewiele większym od mojego skromnego domostwa. Tak czy inaczej, nawet te komiczne małe mieszkanka były tylko marzeniem większości osób z tej części Bastionu. Co krok czekał nas przykry widok bezdomnego kurczowo utrzymującego się w siedzącej pozycji i cuchnącego oparami taniego alkoholu. O ile do oglądania takich biednych ludzi mogłem jeszcze przywyknąć, o tyle rzeczywisty obraz wychudzonej kobiety resztkami sił trzymającej w dłoniach chore dziecko zawsze przyprawiał mnie o drżenie serca i wyciskał z oczu łzy. Niestety poza Aronem i paroma niewiele znaczącymi ludźmi nikt nie interesował się losem biedaków, a sam Aron choćby próbował ze wszystkich sił, to nie zdoła ocalić większości przed takim przykrym losem. Tak więc kończyli niewinni żebracy, którym życie postawiło zbyt wielki ciężar na wątłych barkach. Umierali na cuchnących uryną i pełnych robactwa ulicach dzielnicy biedoty. Czasami ich ciała gniły przez kilka dni, zanim ktoś w ogóle zauważył, czy może lepszym określeniem będzie tutaj, że poczuł okrutny zapach śmierci oprawiającej kolejnego nieszczęśnika.

Domy były ustawione dosłownie na cztery ludzkie kroki od siebie, co i tak było lepszym rozwiązaniem niż kwatery strażników. Przy ścianach tych mieszkań wylewało się nieczystości, które zmyślnie zaprojektowanym dołkiem miały spływać w dół dzielnicy. Miały, bo w rzeczywistości po prostu wsiąkały w ziemię, na stałe naznaczając ją przykrym zapachem. Niewiele tu chodzących mieszkańców. Większość powoli umiera na ulicach, a ci, którzy jeszcze próbują wywalczyć sobie kilka groszy na kawałek chleba, szybko uciekają przed moimi krokami. Takie zachowanie jest jednak zrozumiałe, gdyż okrutną uciechą moich kompanów było bezpodstawne bicie takiego biedaka. Zatem jedyne, co widzę na tych przeoranych licznymi chorobami twarzach, to pełne strachu i nienawiści spojrzenia.

Nie znoszę, kiedy ktoś się mnie boi! Już wolę być przedmiotem kpin, niż wywoływać u ludzi strach. Przecież jestem bardzo wesołym i przyjaznym wilkiem, chociaż czasami faktycznie wolę, aby ciężko chore osoby nie zbliżały się zbytnio do mnie. Wiem, że to okrutne i egoistyczne! Ale coś takiego jest w naszej naturze, że za wszelką cenę próbujemy chronić swoje życie przed zagrożeniami, a do takich między innymi należą panujące wśród biedaków zarazy. Być może właśnie dzięki tej ogromnej żądzy życia udało mi się przetrwać moje tragiczne dzieciństwo. Cóż, lepiej teraz nie będę o tym rozmyślał, zwłaszcza że mam zamiar poszukać tu Arnolda Buckenwalda. Można by sądzić, że znalezienie jednego człowieka kręcącego się w nieznanym mi celu po całej dzielnicy będzie niemal niewykonalnym zadaniem. Jednak nie trzeba być geniuszem, aby stwierdzić, że zacny pan na tle całego otoczenia będzie wyglądał niczym białe piórko na szczycie gnoju. Przecież szlachcic musi się prezentować. Zapewne będzie miał długi, bardzo kosztowny płaszcz pełen rozmaitych drogich kamieni, których nazw nie potrafiłbym nawet wymówić, i duży skórzany kapelusz z wielkim pawim piórem na szczycie. No i zdecydowanie zapach perfum, których flakonik kosztuje więcej niż mój półroczny żołd, będzie wyostrzał odmienność Arnolda. Właśnie! Przecież z moim węchem powinienem bez trudu wywęszyć jakąś przyjemną dla nosa zmianę w otoczeniu. Oczywiście perspektywa wdychania okolicznych aromatów budziła we mnie odrazę, ale w końcu byłem wilkiem, a czyż dzikie wilki w taki właśnie sposób nie tropią swojej zdobyczy?

– Triafisie – zagadał Pyrou, który najwyraźniej domyślił się, co mi chodzi po głowie. Nie żeby był jakimś jasnowidzem, po prostu moje pomysły były mu już dobrze znane, a dodatkowo stopniowo zacząłem nabierać coraz więcej powietrza.

– Daj spokój, robiłem to milion razy – odparłem przekonująco.

Zauważyłem, jak mój towarzysz podniósł brwi i skrzywił pysk w taki sposób, jakby chciał mi powiedzieć, że mój pomysł jest co najmniej głupi. Przyzwyczajony do takich uwag postanowiłem nie przejąć się tym zbytnio. Wystawiłem nos wysoko w górę, licząc, że wyłapię zapach szlachcica z powietrza. Naprawdę nie miałem ochoty przykładać pyska bliżej ziemi. Z całych sił wciągnąłem powietrze nosem. W jednym momencie poczułem, jak gama zakazanych zapachów atakuje moje płuca, wypala nozdrza i wyciska łzy z oczu. Zakrztusiłem się i panicznie zacząłem wydychać powietrze, chcąc jak najszybciej wydalić zawartość swoich płuc. Z tyłu usłyszałem uroczy rechot Pyrou.

– To nie jest śmieszne – odparłem, krztusząc się potężnie.

– Nie, oczywiście, że nie. – Usłyszałem jedną z najbardziej sarkastycznych odpowiedzi, jakie kiedykolwiek trafiły w moje czułe uszy. – Tak czy inaczej, wyniuchałeś coś?

Odkaszlnąłem potężnie, otarłem łzy z oczu i zastanowiłem się chwilkę nad odpowiedzią. Czułem wiele rzeczy, jednak żadna z nich zdecydowanie nie pasowała do nawet najbardziej niechlujnego szlachcica.

– Nie, nic nie czułem. – Pokręciłem głową i złapałem się za nos, chcąc wytrząsnąć resztki koszmaru.

– No to jesteśmy w punkcie wyjścia. – Pyrou rozłożył ramiona i spojrzał się na mnie, jak na nieudolne dziecko, które nie pierwszy raz upadło, chcąc popisać się przed znajomymi.

Chociaż wstyd mi to przyznać, to faktycznie znalezienie Buckenwalda od tej pory opierało się wyłącznie na chaotycznym lataniu po dzielnicy, gdyż nie mogliśmy liczyć ani na rozmowność mieszkańców, ani na mój wyczulony węch.

– Chodźmy do karczmy – zaproponowałem, gdyż w takiej dzielnicy karczma to jedyne miejsce, gdzie można się czegokolwiek dowiedzieć.

– Głupek! – Pyrou uderzył się w czoło otwartą dłonią. – Wiesz, co grozi strażnikom za odwiedzenie karczmy w godzinach służby?

Fakt, kara była dość surowa i szczerze mówiąc, nie podobała mi się perspektywa tłumaczenia mistrzowi Reju, że złamaliśmy prawo, bo miałem taką ochotę zobaczyć szlachcica.

– To chodźmy pod karczmę – poprawiłem. – Za to nic nam nie grozi, a jest szansa, że coś usłyszymy. Ba! Może nawet da się trochę zarobić na paru awanturnikach.

Cóż, za każde opanowane zamieszanie, które mogłoby zaszkodzić miastu, my, strażnicy, dostawaliśmy niewielką premię w miedziakach. Mało, ale zawsze.

– Dobrze, ale jak coś się zacznie dziać, to wiesz, ty się bijesz!

Słyszę to zdanie przed każdą możliwą awanturą, ale nie mogę przecież wymagać od Pyrou, aby rzucił się w wir walki, zwłaszcza że sam o wiele lepiej sobie poradzę.

– Wiadomo – odparłem i uśmiechnąłem się serdecznie.

Karczma „Pod nienażartym wieprzem” – cóż za błyskotliwa i dowcipna nazwa. Zwłaszcza jak na lokal, w którym o solidnej wyżerce można co najwyżej pomarzyć. Jednak, skoro dzielnicę biedoty nazwano schronieniem, to czemu i karczma nie miałaby sprawiać wrażenia przytulnej? Nad małymi owalnymi drzwiami wisiał przeżarty przez termity szyld, który wyglądał tak, jakby miał zamiar zaraz runąć na głowę niedoszłego gościa. Okna były tak brudne, że nawet z moim doskonałym wzrokiem mogłem tylko dojrzeć wijące się wewnątrz cienie. Sam budynek wyglądał na dwupiętrowy. Zapewne na górze gospodarz ułożył kilka legowisk, które miały zastępować prawdziwe łóżka, albo sam mieszkał na górze, bo sądząc po stanie tawerny, właściciel również nie należał do bogatych.

Słońce było dziś wyjątkowo dokuczliwe i chociaż południe już dawno nas minęło, to gorąc zmusił mnie do schronienia się w cieniu karczmy. Przycupnąłem więc przy ścianie budynku, gdyż nuda i ciepło wywołały u mnie nagły atak senności.

– Chyba nie zamierzasz tutaj spać, co? – spytał Pyrou z nutą obrzydzenia w głosie.

Fakt, nie byłem wybredny, jeśli chodzi o miejsce do spania, ale perspektywa runięcia pyskiem na cuchnącą uryną ziemię była dla mnie wystarczająco pobudzająca. No i oczywiście byłem na służbie! Nie żeby to mi tak bardzo przeszkadzało, w końcu co krok można zobaczyć, jak strażnicy ucinają sobie „krótką” drzemkę trwającą średnio pół dnia. Jednak zawsze to jest jakiś powód, aby nie spać przytulonym do boku tawerny.

– Nie! Oczywiście, że nie – odparłem i przeciągnąłem się leniwie, po czym wstałem i oparłem się plecami o ścianę. – Nie ma szans, żeby plotka o szlachcicu była prawdziwa, co? – zapytałem i otarłem łapą zmęczone oczy.

– A bo ja wiem. – Pyrou wzruszył ramionami. – Poczekamy, zobaczymy. Jeśli kupiec faktycznie kręci się po dzielnicy, to nie omieszka chyba zajrzeć do tawerny, prawda?

Szczerze wątpiłem, aby ktoś, kogo stać na luksusowe życie, chciał stołować się w miejscu, w którym z jednej chudej kury robi się nagle dziesięć albo i więcej garów rosołu. Cóż, nie mi jest dane biegle oceniać ludzkie obyczaje, więc może jakaś tam szansa jeszcze jest.

– I tak nie mamy nic lepszego do roboty – dodałem znudzony.

Kilka razy nawet zajrzałem z ciekawości przez drzwi karczmy, jednak moim skromnym oczom nie ukazał się nikt, kto mógłby uchodzić za szlachcica, czy nawet podrzędnego kupczyka.

Słońce już powoli zachodziło za horyzont. Powietrze stało się przyjemnie chłodniejsze, a Pyrou mniej zrzędliwy. Wszystko zatem zmierzało do zakończenia kolejnego nudnego dnia. Cóż za rozkosz! Stać kilka godzin przy ścianie rozsypującej się gospody, wypatrując nieznanego kupca. Ba, żebym to ja chociaż mógł tam wejść i zjeść coś, co w mniemaniu gospodarza miało kiedyś styczność z mięsem. Tak czy inaczej, długie godziny mojej służby powoli dobiegały końca, a co za tym idzie, mogłem niebawem zwieńczyć dzień, wydając ciężko zarobione miedziaki na miseczkę rozwodnionej brei.

– Zgłodniałem – powiedziałem pod nosem i pomasowałem się ręką po brzuchu.

Pyrou spojrzał na zachodzące słońce i pomyślał przez chwilkę.

– Dzisiaj tylko dzień, prawda? – zapytał.

– Tak, dzisiaj po zachodzie kończymy wartę.

Zdarzało się czasem tak, że służbę pełniliśmy do bladego świtu, za co płacono nam dodatkowo, a możecie mi wierzyć, że w moim przypadku każdy grosz się liczy.

– Dobrze, Triafis. Gdy tylko słońce całkiem zajdzie, zjemy coś w tawernie. – To ostatnie słowo mój przyjaciel wypowiedział nadzwyczaj ironicznym tonem.

Odczekaliśmy jeszcze dłuższą chwilę, aż niebo zakryło się nocnym płaszczem albo, jak to mówili co bardziej religijni towarzysze, Czcigodny Lius zakrył skrzydłami promienie słoneczne. Jak dla mnie to troszkę bez sensu, aby gigantyczny smok co kilkanaście godzin krążył nad naszymi głowami, zasłaniając nam światło, ale osobiście nie należę do osób zbyt religijnych. Być może dlatego, że natknąłem się już na trzy odmienne wyznania, z czego w imię jednego odebrano mi rodziców. W każdym razie nie mam zamiaru teraz rozmyślać nad bogami i smokami, których wizerunki widnieją niemal w każdej, nawet najmniejszej wiosce. Oczywiście w niektórych miejscowościach mieszkańcy udają, że wierzą, aby najzwyczajniej w świecie nie zostać zabitymi przez bogobojnych księży głoszących wszem wobec miłość oraz braterstwo. Dobra, dość już tego rozmyślania. Czas uraczyć podniebienie ekstremalną kuchnią tutejszego gospodarza.

Drewniane drzwiczki zaskrzypiały, gdy je uchyliłem. W moje czułe nozdrza uderzyła raptownie fala wyziewów alkoholowych zmieszanych z tanim tytoniem i smrodem niemytych ciał. Zapewne gdyby Pyrou mnie nie podtrzymał, runąłbym na ziemię oszołomiony takim doznaniem. Postąpiłem kilka kroków w przód, wypatrując wolnego miejsca. Wnętrze karczmy okazało się zaskakująco duże. Trzynaście okrągłych stolików chaotycznie porozstawianych po lokalu, z czego przy każdym ustawiono po trzy drewniane krzesełka. Szczęśliwie się złożyło, że wolne były miejsca położone bardzo blisko okien, więc w razie nagłego ataku duszności mogłem otworzyć na kilka chwil drzwi lub mocować się z pozlepianym brudem oknem. Oczywiście istniało ryzyko, że przy próbie uchylenia to okno rozpadnie się na kawałki. Zresztą sam nie jestem pewien, czy wpuszczanie zapachów z ulicy poprawi moje samopoczucie.

W karczmie było dość wesoło. Spora grupka chłopów zebrała się wokół jednego stolika, przy którym ktoś bardzo głośno opowiadał mniej lub bardziej zabawne anegdotki o swoich przeżyciach erotycznych. O dziwo towarzyszący mu ludzie wykazywali spore zainteresowanie. Aż sam wytężyłem oczy, aby przebić wzrokiem chmurę tytoniu i zobaczyć, któż to taki ciekawy opowiada. Istniało bowiem zawsze jakieś prawdopodobieństwo, że znalazłem upragnionego szlachcica, choć w takim przypadku musiałby on tkwić tu od rana, a w to już nie chciało mi się wierzyć. Oczywiście była zawsze jakaś szansa, że rozpieszczony paniczyk upił się jednym haustem rozwodnionego piwa i postanowił zabawić na dłużej. Jednak nie wyobrażałem sobie, aby osoba o wysokiej zawartości sakiewki przyłożyła do ust brudny gliniany kufel. Wygląda na to, że moje przeczucie mnie nie zawiodło, bowiem wśród zaciekawionych chłopów siedział opasły niczym dorodny wieprz człowiek o twarzy przypominającej rozjuszonego, łysiejącego buldoga, który resztki swoich brązowych włosów dumnie prezentuje gawiedzi. Miał ogromny nos w kształcie kartofla; niskie, szerokie czoło; wilgotne od potu, gigantyczne czerwone policzki, które wyglądały, jakby włożył do ust dwie pomarańcze. Strój miał cały ubrudzony resztkami jedzenia i zalany alkoholem. Dostrzegłem jednak przebijający się fragment czerwonej koszuli. Nie, taki człowiek nie mógł być szlachcicem. Być może rzeźnikiem lub właśnie gospodarzem karczmy, ale z całą pewnością nie szlachcicem. Nawet ja, będąc wilkołakiem, co już z natury wyklucza w większości przypadków szlachetne pochodzenie, wyglądałem przy nim jak oszlifowany diament przy kawałku gliny.

– Co podać? – Zaskrzeczało mi coś nad głową. Spojrzałem w górę i zobaczyłem chudą, skąpo ubraną ludzką kobietę w wieku na oko czterdziestu lat. Miała trzy sterczące zęby, wysuszoną skórę i długie brudne włosy spięte w koński ogon. Doprawdy, aż nagle odechciało mi się jeść.

– Dwa półmiski gulaszu – odpowiedział Pyrou, któremu najwyraźniej kelnerka nie odebrała apetytu.

– Już podaję – odparła, a gdy odchodziła, puściła mi niemal niewidoczne oczko. Poczułem, jak przeszły mnie lodowate dreszcze po plecach.

– Chyba jej się podobasz – wtrącił całkiem poważnie Pyrou.

– Proszę, nawet tak nie żartuj.

Mówię wam, że choć ciało kobiety jest mi jeszcze obce, to wolałbym już spędzić resztę życia z wyliniałą klaczą niż jedną noc z tą kelnerką. W ogóle kto to widział, aby ludzkiej kobiecie spodobał się wilkołak?! To prawda, że słyszało się o związkach mieszanych ras, ale na ogon mego ojca, to paskudne!

– O patrz, już wraca! Szybko się dzierlatka uwinęła.

Nie doszukałem się nawet cienia ironii w tym, co mój towarzysz powiedział. Czy jemu to stworzenie naprawdę przypomina samicę?

– Proszę was bardzo! – zaskrzeczała i postawiła nam na stole dwa szerokie talerze wypełnione bliżej nieokreśloną brązową mazią. Sprytnie w ogóle były one zaprojektowane, gdyż pomimo znaczącej szerokośc były bardzo płytkie i, prawdę mówiąc, nie wiele mieściło się w nich gulaszu. Choć może to i na zdrowie mi wyjdzie.

– Gnoje! – Zadudniał głos grubasa z tyłu. – Hołota, złodzieje! Precz mi z oczu, ale już!

Spojrzałem za siebie. Otyły wesołek wymachiwał obżartą z mięsa kością i groził swoim rozmówcom.

– A ten znowu swoje robi... – odezwała się kobieta.

– Coś niespokojny z niego rzeźnik – odpowiedziałem, będąc już teraz pewnym, że mam przed oczami zwykłego napychacza kich.

– O, patrzcie państwo! Potrafi no to mówić! – Wskazała na mnie kosmatym palcem.

Zapewne większość moich kamratów złamałaby kobiecie nie tylko palec za taką zniewagę, ale jak już mówiłem, jestem wilkołakiem o bardzo łagodnej i pokornej naturze. Ba, jestem nawet tak skromny i pokorny, że można by rzucać we mnie kośćmi od kurczaka przez cały dzień, a i tak nie powiedziałbym złego słowa.

– No, no, niech lepiej zawrze gębę i tak brzydko do kolegi nie mówi! – Pyrou miał w zwyczaju wyręczać mnie w takich chwilach, co bardzo często kończyło się bójką, w której to już ja musiałem wyręczać jego.

Kobieta ani trochę się nie wystraszyła, a przecież jako strażnicy mogliśmy ją nawet zatłuc, a i tak nikogo specjalnie by to nie obchodziło.

– O co się tak wściekł? – spytałem, chcąc rozładować sytuację.

– Pewnie o to, co zwykle. – Wzruszyła ramionami. – Przypomniało mu się, że jest panem i od razu wyzywać i upokarzać ludzi zaczyna. Tacy to już właśnie oni są, kolego.

Panem? Czy ta kobieta właśnie dała mi do zrozumienia, że ten odrażający mężczyzna jest szlachcicem?!

– Precz! – krzyknął ponownie i zerwał się w stronę drzwi, odganiając ludzi kością.

– Niemożliwe... – wymruczał Pyrou, po czym wsadził nos w miskę z gulaszem.

Mężczyzna zatrzymał się tuż przy naszym stoliku, jako że siedzieliśmy najbliżej wyjścia. Przyjrzałem mu się nieco dokładniej. Teraz byłem pewny, że jego ubrudzona gulaszem, błotem i zalana piwem koszulka była z bardzo drogiego czerwonego aksamitu. Gdzieniegdzie zauważyłem małe błyszczące niteczki. Możliwe, że wyszyta została srebrną nicią. Mężczyzna miał długie jedwabne spodnie o jasnym, drażniącym moje oczy kolorze. Widać było na nich liczne interwencje krawca. Czyżby pan szlachcic raptownie przybierał na wadze?

– Złodzieje! – zakrzyknął raz jeszcze i z obżartą kością przemierzył całą salę tak, jakby groził mieczem. – Wszystko, co macie, dałem ja, a wy mnie bezczelnie okradacie?!

Nikt z ludzi nie chciał lub nie miał odwagi odpowiedzieć szlachcicowi. Jedynie zdawali się pożerać go gniewnym wzrokiem. Znałem dobrze to spojrzenie. Takimi samymi oczami spoglądali na mnie żebracy, których siłą odprowadzałem do tej dzielnicy. Doprawdy, patrząc komuś głęboko w oczy, można się bardzo wiele dowiedzieć, a już na pewno odgadnąć zamiary mniej bystrych jednostek. Wszak to w oczach widać nasze emocje, ot choćby przez płacz. Niektórzy nawet twierdzą, że w oczach odbija się nasza dusza, ale tak głęboko już nie będę w ten temat wnikał. Jestem gotów postawić swój tygodniowy żołd na to, że ci biedni ludzie chętnie obdarliby grubasa ze skóry, ale kara za taki występek najwyraźniej skutecznie ich zniechęca.

– Wszystko tu będzie moje! – kontynuował. – A was zamknę w budzie razem z psami, abyście łkali pod moimi stopami o kawałek suchego chleba!

Eh, wprawdzie już po służbie, ale jeśli grubas dalej będzie tak mówił, to i jego wysokie stanowisko nie uchroni go przed linczem, a co za tym idzie, ja będę musiał interweniować. Podniosłem swoją skromną osobę z krzesła, wziąłem głęboki wdech i spróbowałem uspokoić szlachcica.

– Panie, nadużył pan trunku, jeśli można, chciałbym odprowadzić pana do domu. – Starałem się użyć jak najmilszego tonu, a słowo „pan” wymawiałem z największym możliwym szacunkiem.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.