Żona lotnika. Kobieta, która podbiła niebo - Melanie Benjamin - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Żona lotnika. Kobieta, która podbiła niebo ebook

Melanie Benjamin

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 579 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żona lotnika. Kobieta, która podbiła niebo - Melanie Benjamin

Barwna opowieść o życiu małżeństwa Lindberghów

• dzieje Anne i Charlesa Lindberghów na tle złotego wieku lotnictwa i literatury w Ameryce • on był najsłynniejszym amerykańskim lotnikiem, który jako pierwszy samotnie przeleciał przez Atlantyk • ona była córką dyplomaty, pierwszą Amerykanką z licencją pilota szybowcowego, pisarką, kobietą niepokorną

Niewiele dotąd było wiadomo o Anne Morrow Lindbergh. Jej biografię znamy we fragmentach. Wiadomo, że porwano i zamordowano im dziecko. Prasa nękała ich jak współczesnych celebrytów. Niektórzy chcą ją pamiętać jako żonę przy bohaterskim mężu, a przecież mnóstwo osiągnęła. Wiele kobiet uważa ją za jedną z pierwszych pi­sarek feministek. Tu autorka przedstawia prawdziwą, fascynującą historię małżeństwa dwojga indywidualistów.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;}

Opinie o ebooku Żona lotnika. Kobieta, która podbiła niebo - Melanie Benjamin

Fragment ebooka Żona lotnika. Kobieta, która podbiła niebo - Melanie Benjamin











MELANIE BENJAMIN

ŻONA LOTNIKA
Kobieta która podbiła niebo


This translation published by arrangement with Delacorte Press, an imprint of Random House Publishing Group, a division of Random House, Inc.

Tytuł oryginału: The Aviator's Wife

Przekład: Jolanta Sawicka

Projekt okładki i stron tytułowych:
Wojciech Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce:
pierwszy plan – Copyright Vetta/Getty Images/Flash Press Media;
w tle – Colin Anderson/Photographer's Choice/Getty Images/FPM

Redakcja: Dorota Wojciechowska-Ring

Redaktor prowadzący: Sławomira Gibka

Redaktor techniczny: Sylwia Rogowska-Kusz

Korekta: Zespół

Copyright © 2013 by Melanie Benjamin

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-7758-539-9

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Alecowi


Ależ oczy są ślepe.
Trzeba szukać sercem.
Antoine de Saint-Exupéry


1974

SZYBUJE.

Czy tak właśnie go zapamiętam? Kiedy patrzę na niego, jak leży pokonany, zwyciężony przez jedyną rzecz, nad którą nawet on nie potrafił zatriumfować, zdaję sobie sprawę, że będę musiała wybrać swoje wspomnienia bardzo starannie. Jest ich po prostu zwyczajnie zbyt wiele. Wyblakłe artykuły prasowe, medale i trofea w takiej ilości, że nie wiem, co z nimi zrobić; osobiste listy od prezydentów, królów, dyktatorów; książki, filmy, sztuki o nim i jego osiągnięciach; szkoły i instytucje dumnie noszące jego imię.

Ślady łez na zdjęciach dziecka z jasnymi lokami, niebieskimi oczami i głębokim dołeczkiem w podbródku. Poplamione listy do innych kobiet, schowane głęboko w mojej torebce.

Wiercę się na swoim siedzeniu, próbując mu nie przeszkadzać; chcę, żeby spał, żeby odzyskał siły, bo muszę mu jeszcze tyle powiedzieć, a zaczyna brakować nam czasu. Czuję w kościach, że wszystko się kończy i nic nie mogę na to poradzić; nie wystarcza mi już tylko patrzenie na to, patrzenie jak on ode mnie ucieka, zostawia mnie samą; a ja wciąż nie wiem – nigdy nie wiedziałam. Z zaciśniętymi pięściami i szczęką tak zesztywniałą, że aż boli, pochylam się do przodu, tak jakbym siłą woli mogła zmusić samolot, żeby leciał szybciej.

Zza kotary oddzielającej nas od reszty pasażerów zagląda stewardesa.

– Czy mogę jakoś pomóc?

Kręcę głową, a ona wycofuje się, spojrzawszy uprzednio zmartwionym, pełnym uwielbienia wzrokiem na wychudzoną, oddychającą chrapliwie postać; powieki drgają mu, jakby ciągle czegoś szukał, zachowywał czujność, nawet w tym narkotycznym śnie. Znając go, można przypuszczać, że tak właśnie jest.

Tyle pytań pozostających bez odpowiedzi, tak wiele, że nie potrafię ich poukładać w jakimkolwiek porządku, nie umiem sporządzić żadnej listy; och, te jego przeklęte, metodyczne listy! Teraz w końcu czegoś takiego potrzebuję, a nie jestem nawet w stanie wybrać pytania, od którego należałoby zacząć. Tak wiele z nich wymaga odpowiedzi. Dlaczego one? Dlaczego one wszystkie? Czy je kochał? Czy kiedykolwiek kochał mnie?

Czy zawsze go kochałam? Zostawiłam go kiedyś, dawno temu. Bardzo dawno temu, ale ciągle pamiętam kolor walizki, którą zabrałam ze sobą, buty, które miałam na nogach, wychodząc z domu. W tych samych butach wróciłam. Czy kiedykolwiek w ogóle podejrzewał, że niemal mnie stracił? Czy to dlatego oszukał nas wszystkich?

Chciałabym potrząsnąć nim tak mocno, żeby się obudził, zmusić go, żeby mi powiedział, ale nie mogę, jeszcze nie teraz. Koncentruję się więc na tym jedynym pytaniu, na które tylko ja będę w stanie odpowiedzieć. Resztę zostawiam na później. Kiedy już wylądujemy; po tym, jak nasze dzieci powiedzą to wszystko, co muszą powiedzieć.

Kiedy zostanę tylko ja.

Sącząc letnią wodę, wyglądam przez okienko i zastanawiam się raz jeszcze, jak upamiętnić tego mężczyznę, który nigdy nie był zwykłym mężczyzną, przynajmniej nie dla mnie. Lecimy teraz nad chmurami, na zachód, na drugą stronę kontynentu.

Szybuje.

Uwieczniono go na licznych fotografiach i w kronikach filmowych, jak zawadiacko macha ręką z kabiny pilota, szczupły i opalony, w za dużym kombinezonie lotniczym, z krótko obciętymi włosami o barwie piasku, z grzywką w stylu Bustera Browna, z podgolonym karkiem. Albo jak opiera się niedbale o swój samolot, o którym zawsze wyrażał się z takim nabożeństwem, że wiedziałam, iż był on jego częścią w takim sensie, jak się okazało, w jakim ja być nie mogłam. Ten jednosilnikowy jednopłat, Spirit of St. Louis.

Nawet teraz uważam latanie za ucieczkę; szybujesz z ptakami na prądach powietrznych, a wokół ciebie jest tylko niebo niczym wielka, milcząca katedra. I chociaż wiem, że tak nie jest – w uszach nieraz dźwięczy mi wspomnienie wycia tych pierwszych silników – wyobrażam sobie, jak leci w ciszy nad oceanem, młody mężczyzna z ręką na drążku kontrolnym, stopą na sterze, sam na sam z myślami; po raz pierwszy i jedyny w swoim życiu nie zmagając się z pokładanymi w nim nadziejami. Wolny od ciężaru legendy, która miała go otoczyć zaledwie dwadzieścia kilka godzin później, która już czekała na niego na prymitywnym lotnisku na obrzeżach Paryża.

A jeżeli ostatecznie postanowię zapamiętać go w ten sposób, czy będę widziała jego twarz? Czy może będę siedziała za nim, jak to miało miejsce tak wiele razy, mając przed oczami tylko cienkie rudoblond włosy, do których nie dotarła brzytwa, i jego napięty kark świadczący o maksymalnej koncentracji? Czy pod tym ogromnym kombinezonem lotniczym rozpoznam jego ramiona, szerokie i naprężone?

Ale wtedy to nie on będzie leciał, tylko my. Jakimś sposobem znajdę się z nim w maleńkiej kabinie Spirit of St. Louis, jak mucha na ramieniu historii.

Nie. Gwałtownie zasłaniam okienko, żeby już nie patrzeć na chmury. Nie. Powinien ten pierwszy raz szybować nad oceanem sam, dokładnie tak jak w książkach do historii; powinien być młody i chłopięcy, a jego jedynym pasażerem powinna być cała jego przyszłość, niewyobrażalna, nieskazitelna.

Mimo bólu, goryczy, zdrady – i jego, i mojej – modlę się do Boga mego dzieciństwa, żeby tak właśnie ostatecznie go zapamiętać. Jako skupioną, a jednocześnie pełną nadziei postać, tak doskonale wyrzeźbioną, że stanowi niemal część maszynerii samego samolotu; jako człowieka, który siłą woli zmusza tenże samolot do przekroczenia oceanu wyposażony w kilka kanapek, termos kawy i niczym nieusprawiedliwioną arogancję. Jego niebieskie oczy błyszczą jak słońce na oceanie, który jest tak blisko, że można go niemal dotknąć, tuż za oknem kabiny. Wszystko jest przed nim, ja też – zwłaszcza ja.

Tyle że on o tym jeszcze nie wie. Przyleci do nas, tak niewinny, że będzie w stanie podbić i złamać mi serce.


ROZDZIAŁ I

grudzień 1927

MOCNO STĄPA PO ZIEMI.

Powtórzyłam to wyrażenie ze zdumieniem, szeptem, sama do siebie. Mocno stąpa po ziemi. Cóż to za ciężki zwrot, kiedy tak naprawdę nad tym się zastanowić – przywodził mi na myśl jedynie błotniste pole, koleiny i robaki – a jednak zawsze był rozumiany jako komplement.

– „Mocno stąpa po ziemi", słyszałaś to, Elisabeth? Uwierzyłabyś, że tata powiedział to ni mniej, ni więcej, tylko o lotniku?

– Nie sądzę, żeby zdawał sobie sprawę z tego, co mówi – mruknęła moja siostra, która mimo kołysania pociągu bazgrała jak szalona na swoim przenośnym pulpicie. – Anne, kochanie, bądź tak dobra i pozwól mi dokończyć list…

– Oczywiście, że nie zdawał sobie z tego sprawy – nie ustępowałam, nie pozwalając się zlekceważyć. To był już trzeci list, jaki dziś pisała! – Tata nigdy nie wie, co mówi i dlatego go kocham. Ale serio, tak właśnie napisał w liście: „Mam nadzieję, że poznasz pułkownika Lindbergha. Tak mocno stąpa po ziemi!".

– No cóż, pułkownik zrobił na tacie spore wrażenie…

– O tak! Wiem i nie zamierzałam go krytykować! Po prostu tylko głośno myślałam. Ja osobiście nigdy bym czegoś takiego nie powiedziała. – Mój nastrój uległ nagłej zmianie, jak zawsze, kiedy przebywałam z rodziną. Z dala od nich potrafiłam być pewna siebie, prawie beztroska, wyrażająca swoje poglądy. Pewnego razu ktoś wręcz nazwał mnie osobą pełną życia (chociaż, prawdę mówiąc, był to student pierwszego roku, któremu uderzył do głowy gin domowej roboty i zapach drogich perfum).

Jednakże, kiedy tylko zbierała się moja najbliższa rodzina, potrzebowałam trochę czasu, żeby się zrelaksować, zaznajomić na nowo z rytmem mowy i dobrodusznymi żartami, co im wszystkim najwyraźniej przychodziło bez najmniejszego trudu. Wyobrażałam sobie, że noszą to w sobie nawet wtedy, kiedy jesteśmy rozrzuceni po świecie, że każdy z nich, prowadząc swe aktywne życie, nuci w głowie melodię tej familijnej symfonii.

Podobnie jak wielu innych rodzinnych cech – na przykład słynnego poczucia humoru Morrowów – nie odziedziczyłam również muzykalności, odpowiedzialny za nią gen najwyraźniej do mnie nie dotarł. Tak więc zapamiętanie swej roli w tych domowych śpiewach i tańcach zawsze zabierało mi więcej czasu niż innym. Razem z siostrą i bratem od tygodnia podróżowaliśmy pociągiem do Meksyku, a ja ciągle z trudem wyduszałam z siebie słowa i czułam się onieśmielona. Zwłaszcza w towarzystwie Dwighta, który studiował już na ostatnim roku w Groton; mój brat zrobił się bledszy, był skłonny do dziwnych ataków śmiechu, czasami niemal cofał się do dzieciństwa, mimo że fizycznie szybko dojrzewał, stając się wiernym odbiciem naszego ojca.

Elisabeth była taka jak zawsze, a ja byłam taka jak zawsze w jej towarzystwie; przestawałam być pewną siebie studentką, jej świetlana obecność najzwyczajniej mnie pomniejszała. W stęchłym powietrzu wagonu kolejowego czułam się tak bezsilna i wymięta jak żałosna lniana sukienka, którą miałam na sobie. Tymczasem na mojej siostrze wszystko wyglądało elegancko jak na manekinie, na jej szykownym jedwabnym kostiumie nie było najmniejszej zmarszczki czy plamki, mimo czerwonego kurzu wpadającego do przedziału przez niedopasowane okna.

– Ej! Anne, przestań się już zamartwiać, na miłość boską! Oczywiście, że nie skrytykowałabyś taty w twarz, kto jak kto, ale nie ty! No już dobrze! – Elisabeth zamaszyście podpisała swój list, złożyła go równiutko i włożyła do kieszeni. – Później go zaadresuję. Tylko pomyśl, jak wytwornie będzie to wyglądało na ambasadzkiej papeterii!

– Do kogo piszesz tym razem? Do Connie?

Elisabeth skinęła głową szorstko; na tyle często pisała do Connie Chilton, swojej byłej współlokatorki z uczelni, że takie zdanie po prostu nie zasługiwało na potwierdzenie. Już miałam spytać, czy nie chce znaczka, ale nagle sobie przypomniałam. Byliśmy teraz dygnitarzami. Tata pełnił funkcję ambasadora w Meksyku. My, Morrowowie, nie potrzebowaliśmy takich pospolitych rzeczy jak znaczki. Wszystkie nasze listy trafiały do specjalnego rządowego worka pocztowego razem z notatkami i sprawozdaniami taty.

Chodziły słuchy, że pocztę zawiezie w drodze powrotnej do Waszyngtonu sam pułkownik Lindbergh. A przynajmniej to właśnie sugerował tata w swym ostatnim liście, który dostałam tuż przed rozpoczęciem razem z Elisabeth i Dwightem naszej podróży z Nowego Jorku. Tymczasem byliśmy już w Meksyku; granicę przekroczyliśmy nocą. Kiedy jeszcze w Stanach wolno posuwaliśmy się na południe, niezmiennie zdumiewały mnie przedziwne krajobrazy; płaskie równiny Środkowego Zachodu wypełnione niezwykłym światłem; ponura pustynia w Teksasie z samotnymi domami z suszonej na słońcu cegły czy pojawiającymi się sporadycznie budami z blaszanymi dachami pod rozbielonym, bezkresnym niebem. Meksyk natomiast był bardziej zielony niż przypuszczałam, zwłaszcza kiedy zaczęliśmy się piąć w górę w kierunku miasta Meksyk.

– Powiedziałaś Connie, że widzieliśmy Glorię Swanson z panem Kennedym? – Zauważyliśmy tę parę, gwiazdę filmową i bankiera (którego znaliśmy ze spotkań towarzyskich), kiedy wsiadali razem do pociągu w Teksasie. Oboje szli ze spuszczonymi głowami i postawionymi kołnierzami płaszczy. Joseph Kennedy miał piękną żonę Rose i gromadkę wychowanych po katolicku dzieci, a panna Swanson, jak podawał magazyn „Photoplay", który czasami pożyczałam od swojej współlokatorki, była żoną francuskiego markiza.

– Nie. Tata nie uznałby tego za właściwe. Teraz, kiedy jest ambasadorem, musimy być bardziej powściągliwi.

– To prawda. Ale zauważyłaś, że na żywo wydawała się taka malutka! Dużo niższa niż w filmach. Chyba nie wyższa ode mnie!

– Słyszałam, że tak to jest z gwiazdami filmowymi. – Elisabeth pokiwała głową w zamyśleniu. – Mówią, że Douglas Fairbanks jest niewiele wyższy od Mary Pickford.

Do drzwi naszego przedziału zapukał ciemnoskóry tragarz, po czym zajrzał nieśmiało do środka.

– Lada chwila będziemy na stacji, panienko – zwrócił się do Elisabeth, która uśmiechnęła się uprzejmie i skinęła głową, tak że blond loki połaskotały ją po czole. Bagażowy natychmiast się wycofał.

– Nie mogę się już doczekać spotkania z Con – powiedziałam cała zniecierpliwiona. – I oczywiście z mamą. Ale przede wszystkim z Con! – Tęskniłam za moją małą siostrzyczką; tęskniłam za nią i jednocześnie jej zazdrościłam. Mając czternaście lat, mogła wyjechać do Meksyku z rodzicami i uczestniczyć w beztroskim życiu dyplomatycznym, którego mnie dane było zakosztować jedynie podczas wakacji, tak jak teraz; moich pierwszych wakacji, od kiedy tata dostał nominację.

Podniosłam swoją walizkę i wyszłam za Elisabeth z naszego prywatnego przedziału na korytarz, gdzie dołączył do nas Dwight, który właśnie szarpał się z krawatem.

– Dobrze to jest zawiązane, Anne? – Zmarszczył brwi i zrobił się tak bardzo podobny do taty, że prawie się roześmiałam; tata również nie zdołał opanować sztuki zawiązywania krawata. Tata ogólnie nie zdołał opanować sztuki noszenia ubrań, koniec, kropka. Jego spodnie były zawsze za długie i pogniecione, przypominały nogi słonia.

– Tak, oczywiście. – Ale i tak porządnie zacisnęłam węzeł.

Pociąg nagle się zatrzymał. Znaleźliśmy się na peronie, gdzie kłębili się podnieceni pasażerowie witający się z bliskimi. Miękkie spowijające wszystko ciepło sprawiło, że powoli zaczęły tajać moje kości, ciągle jeszcze zziębnięte, ciągle pamiętające zimę w Northampton, którą przywiozłam ze sobą, dosłownie, na ramieniu. Zapomniałam zapakować do kufra swojego zimowego palta.

– Anne! Elisabeth! Dwight! – Szczebiot, śmiech i nagle pojawiła się Con, z okrągłą twarzyczką brązową od słońca i ciemnymi włosami związanymi z tyłu jaskrawoczerwoną wstążką. Była ubrana w meksykańską sukienkę, ozdobioną różnobarwnymi haftami z szeroką spódnicą, a na małych stopkach miała typowe meksykańskie sandały.

– No, no, niech ci się przyjrzę! – Uściskałam ją, śmiejąc się serdecznie. – Co za widok! Prawdziwa senorita!

– Moi najdrożsi!

Obróciłam się bez chwili zastanowienia i znalazłam się w uścisku mamy, a zaraz potem zostałam zbyt szybko z niego wypuszczona, kiedy ruszyła do Elisabeth. Wyglądała tak jak zwykle – rozsądna kobieta z Nowej Anglii, członkini klubu, umieszczona w samym środku tropików. Tata w spodniach, które wisiały na nim jak zawsze, w przekrzywionym krawacie, jednocześnie potrząsał dłonią Dwighta i całował Elisabeth w policzek.

W końcu odwrócił się do mnie; kołysząc się na piętach, zmierzył mnie wzrokiem i poważnie pokiwał głową, choć oczy skrzyły mu się radością.

– A tu mamy Anne. Anne, na której zawsze można polegać. Nie zmieniasz się, moja córko.

Zaczerwieniłam się, nie będąc pewna, czy to komplement, ale postanowiłam uznać, że może jednak tak. Po czym wpadłam w otwarte ramiona taty i ucałowałam go w nie do końca ogolony policzek.

– Wesołych świąt, panie ambasadorze!

– A tak, tak, będzie wesoło! A teraz szybko, pospieszcie się, to może jeszcze wam się uda złapać pułkownika Lindbergha, zanim wyjdzie.

– Ciągle tu jest? – zapytałam, gdy tymczasem mama z dużą wprawą prowadziła nas do dwóch czekających samochodów; oba były czarne i lśniące, wręcz ostentacyjnie. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jak wyglądały nasze bagaże piętrzące się na peronie, dobrze dobrane, podpisane, symbole dobrobytu. Nie mogłam nie zauważyć, jak wielu ludzi taszczyło słomiane skrzynie i ładowało się na wozy ciągnione przez osły.

– Tak, pułkownik Lindbergh ciągle tu jest. Moja droga, żałuj, że nie widziałaś tłumów na lotnisku, kiedy przyjechał! Z dwugodzinnym opóźnieniem, ale to nikomu ani trochę nie przeszkadzało. Ten samolot, jak on się nazywa, Ghost of St. Louis, tak?

Con nie zdołała powstrzymać chichotu, a ja zdławiłam uśmiech.

– Nazywa się Spirit of St. Louis – poprawiłam ją, a kiedy mama na mnie spojrzała, w jej oczach z charakterystycznymi opadającymi kącikami dostrzegłam wyraz zdziwienia. Poczułam, że się rumienię, wiedząc, co miała na myśli. Anne? Mdlejąca z zachwytu nad atrakcyjnym młodym bohaterem, tak jak wszystkie inne dziewczęta? Kto by pomyślał?

– Tak oczywiście, Spirit of St. Louis. Pułkownik zgodził się spędzić z nami święta w ambasadzie. Twój ojciec nie posiada się z radości. Pan Henry Ford wysłał nawet samolot po matkę pułkownika; ona również będzie tu z nami. Podczas obiadu Elisabeth otoczy go szczególną opieką; no a ty, skarbie, ty też będziesz musiała pomóc. Prawdę mówiąc, pułkownik jest według mnie dość nieśmiały.

– Jest komicznie nieśmiały – potwierdziła Con, znów chichocząc. – Myślę, że nigdy dotąd nie rozmawiał tak naprawdę z dziewczynami!

– Con, proszę, przestań. Pułkownik jest naszym gościem. Musimy sprawić, żeby czuł się jak u siebie w domu – upomniała ją mama.

Słuchałam tego wszystkiego z przerażeniem, idąc za nią do drugiego samochodu; tata, Dwight i Elisabeth odjechali już z wyciem silnika pierwszym wozem. Pułkownik – zupełnie obca osoba – ma być częścią naszego rodzinnego Bożego Narodzenia? Z całą pewnością nie spodziewałam się tego i uważałam, że ze strony obcego człowieka było niegrzecznie wciskać się w ten sposób do rodziny. A jednak na sam dźwięk jego nazwiska serce zaczynało mi bić szybciej, umysł w zawrotnym tempie rozważał konsekwencje tego niespodziewanego, niebywałego uśmiechu losu, jak nazwałaby to reszta świata. O! Ale będą dziewczyny z uczelni piszczały, kiedy się dowiedzą! Ale będą mi wszystkie zazdrościły!

Zanim zdołałam uporządkować poplątane myśli, błyskawicznie przewieziono nas do ambasady, tak szybko, że nie miałam czasu ogarnąć dziwnego, egzotycznego krajobrazu miasta Meksyk. Zostały mi w głowie jedynie rozmazane, wielokolorowe światła w zapadających ciemnościach późnego popołudnia i pobielone budynki upstrzone zaskakującymi plamami jaskrawych kolorów. Jak cudownie jest uświadomić sobie, że w grudniu kwitną polne kwiaty!

– Czy pułkownik jest rzeczywiście aż tak nieśmiały? – Wydawało się niemożliwe, żeby ten niezwykły młody człowiek mógł cierpieć na tę pospolitą przypadłość, zupełnie jak ja.

– O, tak. Rozmawiaj z nim o lotnictwie. To naprawdę jedyny sposób, żeby go zmusić do powiedzenia czegoś więcej niż „tak", „nie" albo „poproszę o sól" – skonstatowała mama, a potem poklepała mnie po kolanie. – Opowiedz mi wreszcie, jak ci minął ostatni semestr? Czyż nie jesteś zadowolona, że jednak usłuchałaś głosu rozsądku, wtedy, kiedy zachciewało ci się iść do Vassar College? Teraz to już prawie koniec, jesteś prawie absolwentką Smitha, tak jak Elisabeth i ja!

Uśmiechnęłam się, spojrzałam na swoje buty – pokryte kurzem z podróży – i skinęłam głową, chociaż usta złożyły mi się w szczególnie nieprzyjemny sposób, była to jedyna zewnętrzna oznaka mojego buntu. Po prawie czterech latach ciągle żałowałam, że nie pozwolono mi studiować w Vassar, czego tak bardzo pragnęłam.

Przełknęłam gorzką pigułkę i posłusznie wyrecytowałam oceny i drobne akademickie sukcesy, gdy tymczasem moje myśli pomknęły przodem, wyprzedziły dwa eleganckie wozy ambasady. Pułkownik Lindbergh. Nie liczyłam na spotkanie z nim tak szybko – a w zasadzie w ogóle na to nie liczyłam. Sądziłam, że jego wizyta to zwykły, oficjalny przystanek w wielkiej podróży po Ameryce Łacińskiej i że ruszy w dalszą drogę na długo przed rozpoczęciem moich wakacji. Dłonie zrobiły mi się lepkie i żałowałam, że nie przebrałam się w pociągu w ładniejszą sukienkę. Nigdy dotychczas nie spotkałam bohatera. Obawiałam się, że jedno z nas będzie zawiedzione.

– Nie mogę się już doczekać, kiedy pułkownik pozna Elisabeth – powiedziała mama, jakby czytała w moich myślach. – No i ciebie też, kochanie.

Skinęłam głową. Ale wiedziałam, o co jej chodziło. Moja starsza siostra była pięknością – skończoną pięknością, w żargonie rodziny Morrowów, tak jakby w naszym domu znajdowało się miejsce tylko dla jednego takiego zjawiska. Miała porcelanową cerę, blond loki, okrągłe niebieskie oczy z grubymi czarnymi rzęsami i nos–cudo, mistrzowskie pociągnięcie pędzlem, efektowne wykończenie portretu twarzy. Tymczasem ja byłam jednym wielkim nosem, miałam oczy mamy z opadającymi kącikami i ciemne włosy; choć niższa od Elisabeth, byłam od niej okrąglejsza. Moje kształty były zbyt bujne, a piersi zbyt duże dla nowoczesnej panny, niezgodne z modą ciągle obowiązującą w grudniu 1927 roku.

– Na pewno nie uda mi się wymyślić niczego, co by można do niego powiedzieć. Na pewno nie uda mi się wymyślić niczego, co by można powiedzieć do kogokolwiek. A to wszystko to zawracanie głowy! – Wskazując ręką na czerwoną, pluszową tapicerkę, kierowcę w liberii, dwie flagi, Stanów Zjednoczonych i Meksyku, umieszczone na masce samochodu, pozwoliłam sobie na rzadki wybuch, przyjmując pełne dezaprobaty spojrzenie mamy bez zmrużenia oka. Boże Narodzenie było czymś wyjątkowym. Przez resztę roku mogliśmy się miotać z kąta w kąt, jak w zabawie w komórki do wynajęcia. Ale Boże Narodzenie to dom, bezpieczeństwo, rodzina, której obraz nosiłam w sobie przez cały rok, chociaż przecież wiedziałam, że niezupełnie zgadza się on z rzeczywistością. A teraz już zaczęłam tęsknić za swoim przytulnym pokoikiem w Englewood, za swoim biurkiem, za ciepłym pojedynczym łóżkiem przykrytym białą szenilową kapą, którą babcia uszyła w swym okresie narzeczeńskim, za półkami na książki pełnymi ulubionych lektur z dzieciństwa, jak choćby Ania z Zielonego wzgórza, Takie sobie bajeczki, Kim. Uparcie powtarzałam sobie, że nigdy nie przyzwyczaję się do nowego dyplomatycznego życia taty, nawet mimo że stwarzało mu ono możliwość przyciągania atrakcyjnych, młodych lotników. Znacznie bardziej podobało mi się, kiedy był statecznym bankierem.

– Proszę cię, Anne. Nie pozwól, żeby ojciec coś takiego od ciebie usłyszał. Bardzo polubił tego młodego człowieka i chce mu pomóc w wykonywaniu jego nowych zadań. Odnoszę wrażenie, że pułkownik Lindbergh nie ma zbyt wielkiej rodziny, tylko matkę. Czujemy się w obowiązku przyjąć go do naszego małego kręgu rodzinnego.

Skinęłam głową, w jednej chwili pokonana; nie potrafiłam wytłumaczyć jej tego, co czułam. Nigdy nie potrafiłam wytłumaczyć mamie niczego. Rozumiała Elisabeth; Dwighta powierzyła tacie. Con, młoda i pełna życia, była po prostu jedną wielką radością. A ja – ja byłam Anne. Nieśmiałą, dziwną Anne. Tylko w listach nawiązywałyśmy z mamą coś, co można by nazwać prawdziwą duchową bliskością. Kiedy spotykałyśmy się twarzą w twarz, nie wiedziałyśmy, co ze sobą począć.

Natomiast obowiązek rozumiałam aż za dobrze. Jeżeli miałaby zostać napisana historia naszej rodziny, można by ją podsumować tym jednym słowem. Obowiązek. Obowiązek wobec mniej szczęśliwych, gorzej wykształconych, tych, którym się gorzej powodzi. Mniej, gorzej. A przecież przez większość czasu uważałam, że na całym świecie nie mogło być tak naprawdę nikogo, do kogo słowa mniej czy gorzej odnosiłyby się bardziej niż do mnie.

– No już dobrze, Anne, nie zamartwiaj się tak – kontynuowała mama niemal ze współczuciem; w każdym razie głaskała mnie po ramieniu. – Pułkownik jest zwykłym śmiertelnikiem, niezależnie od tego, co mówi ojciec i wszystkie gazety.

– Przystojnym zwykłym śmiertelnikiem – powiedziała Con, wzdychając z rozmarzeniem i nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Od kiedy to moja mała siostrzyczka zaczęła myśleć o mężczyznach w taki sposób?

Przypomniałam sobie jednak, że w jej wieku ja też zaczęłam marzyć o bohaterach. Czasami ciągle o nich marzę.

Samochody zwolniły i wjechały przez bramę na podjazd; zatrzymaliśmy się przed olbrzymim, pretensjonalnym pałacem – przed ambasadą. Naszą ambasadą, jak sobie uświadomiłam – i musiałam siłą zdławić chichot. Wysiadłam za mamą i Con, ale trzymałam się z tyłu, kiedy tata wmaszerował na okazałe kamienne schody przykryte czerwonym dywanem. Po obu ich stronach dla uświetnienia naszego przyjazdu stali w szeregu policjanci w mundurach.

– Trudno w to uwierzyć, nie uważasz? – szepnęłam do Elisabeth, ściskając ją za rękę, szukając u niej pociechy. Pokręciła głową, a w oczach błyskały jej wesołe iskierki, chociaż twarz pobladła. Schody zdawały się nie mieć końca, a Elisabeth nie była silna fizycznie. Wzięła głęboki wdech i zaczęła się piąć w górę, tak więc nie miałam wyboru i poszłam w jej ślady.

Nie byłam w stanie patrzeć na umundurowanych mężczyzn; nie byłam też w stanie patrzeć na podest, gdzie czekał on. Zamiast tego wpatrywałam się w dywan i miałam nadzieję, że nigdy się nie skończy. Oczywiście, że się skończył; udało nam się jakoś wspiąć na górę i znalazłyśmy się na ocienionym podeście, po czym mama popchnęła Elisabeth do przodu i przemówiła podniesionym głosem:

– Pułkowniku Lindbergh, cieszę się, że mogę panu przedstawić moją najstarszą córkę, Elisabeth!

Elisabeth uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę, zupełnie naturalnie. Tak jakby spotkała jakiegoś chłopca z uczelni, a nie bohatera naszych czasów.

– Miło mi pana poznać, pułkowniku – powiedziała chłodno, a potem przemknęła obok niego, wchodząc za tatą do ambasady.

– A to oczywiście jest Anne – kontynuowała po chwili mama, mnie również popychając do przodu.

Spojrzałam w górę – trochę bardziej w górę. I jeszcze trochę bardziej. Aż zobaczyłam twarz, którą natychmiast rozpoznałam, a jednocześnie było to tak nieoczekiwane, że z trudem stłumiłam okrzyk; przeszywające spojrzenie, wysokie czoło, dołek na podbródku, zupełnie jak w kronikach filmowych; pomyślałam bezwolnie, że to twarz stworzona do posągów i książek historycznych. I oto nagle, niespodziewanie, niemal groteskowo, on stał przede mną, w otoczeniu mojej rodziny, w całej swej okazałości. Zakręciło mi się w głowie i żałowałam, że w ogóle wyjechałam z akademika.

Uścisnął mi dłoń bez uśmiechu, jako że uśmiech byłby dla niego czymś zbyt pospolitym. Po czym szybko ją puścił, jakby go parzyła. Cofnął się o krok i wpadł na kamienny filar. Wyraz twarzy mu się nie zmienił, choć wydawało mi się, że dostrzegłam ledwie widoczny rumieniec. Następnie odwrócił się i wszedł za Elisabeth i tatą do ambasady. Mama pospieszyła za nimi.

Stałam nieruchomo przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, dlaczego ciągle czułam mrowienie w ręce, którą trzymał.

PUŁKOWNIK CHARLES LINDBERGH. Szczęściarz Lindy. Samotny Orzeł. Czy był kiedyś, w całej historii, taki bohater jak on?

Oddychając z trudem, zataczając się w oślepiającym blasku jego osobowości, nie potrafiłam sobie wyobrazić, że ktoś taki mógł istnieć. Taki nie był nawet Krzysztof Kolumb ani Marco Polo w czasach, w których żyli – kiedy świat był inny, większy, a ludzie, państwa, całe kontynenty ukryte przed sobą wzajemnie. Ale nagle świat stał się całkowicie inną planetą, bardziej zwartą, ogólnodostępną. A wszystko to za sprawą jednego młodego mężczyzny z Minnesoty, zaledwie cztery lata starszego ode mnie.

W maju tego roku siedziałam w bibliotece w college'u, pisząc referat o Erazmie z Rotterdamu, kiedy chwyciła mnie za rękę zupełnie obca dziewczyna, śmiejąc się i płacząc jednocześnie.

– Pan Lindbergh przeleciał na drugą stronę oceanu! – krzyknęła i wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałam to nazwisko.

Wyciągnęła mnie zza biurka i wybiegłyśmy na dziedziniec, gdzie zebrali się wszyscy studenci i pracownicy naukowi; złapali się za ręce, szaleli z radości, wrzeszczeli, świętując sukces człowieka, o którym większość nas nic nie wiedziała jeszcze pół godziny wcześniej. Wydawało się to niewiarygodne, jak epizod z mitologii albo z powieści H. G. Wellsa; ten młodzieniec przeleciał nad Atlantykiem jak ptak, jak orzeł – i to samotnie. W wieku dwudziestu pięciu lat podbił nie tylko całą planetę, ale też górujące nad nią niebo.

Żyłam w świecie niezwykłych myślicieli i marzycieli; ludzi, których największe osiągnięcia wiązały się z napisaniem książki, sukcesami w dyplomacji, zdobywaniem tytułów akademickich. Bohaterowie zaś byli postaciami z historii albo z literatury: błędni rycerze, odważni odkrywcy, którzy przepływali ocean w pełni świadomi, że po drugiej stronie tęczy mogą mieszkać smoki. Byłam szczerze przekonana, że w naszych współczesnych czasach nie ma bohaterów – aż do chwili, kiedy zjednoczyłam się z całą uczelnianą społecznością akademicką, tańcząc charlestona i krzycząc na całe gardło „Szczęściarz–Szczęściarz–Lin–DY!".

A teraz, ponieważ byłam córką ambasadora, miałam – cudownym, zdumiewającym zbiegiem okoliczności! – spędzić z nim ferie bożonarodzeniowe, z tym człowiekiem czynu, ni mniej, ni więcej, z tym herosem niemającym sobie równych, amen.

Pierwszego wieczoru ów bohater razem z tatą od razu udał się na oficjalne przyjęcie, podczas gdy reszta rodziny rozpakowywała bagaże na pierwszym piętrze ambasady, w „kwaterach rodzinnych", jak objaśniła mama półgłosem, prowadząc nas do pokoi.

– Mamy czternastu służących – opowiadała Con z entuzjazmem, kiedy dreptała za mną do mojego wspaniałego apartamentu z prywatną łazienką. – Czternastu! Mama nie wie, co ma robić!

– Jestem przekonana, że znajdzie sobie zajęcie – stwierdziłam cierpko. Nasza mama była tak starannie nakręcona jak sypialniany zegarek; gong rozbrzmiewał co godzina, wyznaczając czas spotkań i obiadów charytatywnych, zbiórek pieniędzy i pisania listów, jednego za drugim, czym wypełniała swe dni. Zazdrościłam jej energii, nie mogąc jednocześnie pogodzić się z tym, że odrywało ją to od nas. Wydawało mi się, że, kiedy byłyśmy razem, ta gorąca, pulsująca siła działała na mnie negatywnie, jakby ktoś wykonywał na nas eksperyment naukowy. Odpychała mnie, ciągle więc szukałam ciemnych kątów i ciszy, miejsca, gdzie można było myśleć, czuć, martwić się, a nie, broń Boże, coś robić; mimo przykładu, którym zawsze świeciła moja wiecznie zaaferowana matka, a może wbrew niemu. Kontemplacja, a nie działanie – była najwyraźniej moim sposobem na życie; czułam wstyd, a jednocześnie tego właśnie pragnęłam.

– Ależ tak, to oczywiste! Jutro jest przyjęcie, wiesz?

– W Wigilię?

– Tak, mówi, że będzie kameralne, tylko dla pracowników i dla nas, ale to prawdopodobnie oznacza pięćdziesiąt osób, co najmniej!

– A niech to! – Usiadłam ciężko na krześle, ostatecznie rujnując swą wymiętą sukienkę podróżną. Przyjęcie. Z Elisabeth. Ogarnęły mnie dawne zmartwienia i wątpliwości, i paraliżujący strach; nikt nie będzie zwracał uwagi na mnie, pułkownik będzie tańczył z nią, będzie wyglądała przepięknie, a ja obok niej jak brunatna narośl; nie będę wiedziała, co powiedzieć. Może pułkownik ze mną zatańczy, ale tylko z litości…

Tylko że to przecież nie wina Elisabeth, zbeształam samą siebie. Moja siostra należała po prostu do tych wspaniałych ludzi, którym się powiodło, tak jak pułkownik Lindbergh; istot swobodnych, pełnych wdzięku, niczym jednorożce. My, cała reszta, mogliśmy tylko przyglądać się im z podziwem, nie byli niczemu winni.

– W co zamierzasz się ubrać? – zapytałam Con znużonym głosem. Zmarszczyła mały zadarty nosek.

– W coś oszałamiającego – odparła z takim przekonaniem, że musiałam się roześmiać, choć jednocześnie jej zazdrościłam. Dlaczego nie można zamknąć pewności siebie w butelce, tak jak zamyka się perfumy? Wślizgnęłabym się do pokojów moich sióstr nocą i podkradła kilka kropel, tak jak czasami podkradam im ubrania.

– No to może byś teraz mi coś pomogła znaleźć – powiedziałam do Con, ruszając w stronę swojego kufra.

– Coś, co przyciągnie oko lotnika? – odparowała z szelmowską miną.

Wzruszyłam ramionami. Nie zaprzeczyłam.

NASTĘPNEGO WIECZORU stałam pełna wątpliwości przed salą balową, próbując uspokoić oddech. Po raz pierwszy od przyjazdu zauważyłam, że ambasada wcale nie była tak wspaniała, jak mi się na początku wydawało. Przypominała suknię wielkiej damy nadjedzoną przez mole, której właścicielka rozpaczliwie starała się ukryć ten fakt pod biżuterią i kolorowymi apaszkami; błyszczące żyrandole i wymyślne, aksamitne portiery niezupełnie zakrywały zniszczone obicia czy ledwie widoczne, przypominające pajęczynę pęknięcia w suficie. Było czysto – z pewnością mama wtrąciła tu swoje trzy grosze! – ale ślady zużycia dawały się zauważyć. Zastanawiałam się, jak dalece mama lubiła swój nowy dom, albo czy w ogóle go lubiła. Kiedy tata dostał nominację, planowała już od pewnego czasu budowę nowej, okazałej rezydencji w Englewood; nawet teraz prace nad nią postępowały naprzód, ale w obecnej sytuacji było jasne, że upłynie wiele lat, zanim będą mogli zamieszkać w jej wymarzonym domu. Jak zwykle nie pozwoliła sobie nawet przez chwilę wyrazić rozżalenia z tego powodu.

Wstrzymałam oddech i usłyszałam jej perlisty śmiech, podekscytowany głos taty, gardłowy szept Elisabeth, radosny chichot Con i zachrypły Dwighta. A także zupełnie nowy instrument: wysoki, ale jak najbardziej męski głos udzielający jedynie monosylabicznych odpowiedzi. Pułkownik Lindbergh. Poczułam rumieniec na twarzy. Stanik wieczorowej sukni z całej siły napierał na moje piersi spłaszczone do granic możliwości przez bardzo ciepły i bardzo niewygodny gumowy biustonosz, do którego zakupu przekonała mnie Elizabeth Bacon, moja współlokatorka ze Smitha.

– Gdzież się podziewa Anne? – spytała mama i wyobraziłam sobie, że spogląda na zegarek zniecierpliwiona, z ustami ułożonymi w cienką kreskę. Wzięłam więc głęboki wdech, choć nie dość głęboki w tym przeklętym biustonoszu i odchrząknęłam przed wejściem na pokoje.

– Jestem, mamo. Przepraszam, ale chyba się zgubiłam.

Sala lśniła – było tak wiele żyrandoli i świec – i przez chwilę musiałam pomrugać, przystosować wzrok. Dopiero wtedy dojrzałam postacie członków mojej rodziny zgromadzonych wokół olbrzymiego fortepianu na drugim końcu pokoju. Musiałam jakimś sposobem przejść przez całą tę salę i zaczerwieniłam się na myśl o tym, że wszyscy będą na mnie patrzeć. Dlaczego nie przyszłam wcześniej? Mogłam wślizgnąć się niezauważona, nie wywołując takiego zamieszania. Czułam ciepło ich spojrzeń na policzkach, kiedy pospiesznie przemieszczałam się w ich stronę, wpatrzona jedynie w swoje brokatowe wieczorowe pantofelki, których obcasy zapadały się w pluszowym dywanie. W końcu do nich dotarłam – wiem, że ojciec złapał mnie za rękę – a kiedy podniosłam głowę, stwierdziłam, że wcale nikt się na mnie nie patrzy. I niemal zachichotałam, uświadomiwszy sobie swą absurdalną próżność. Ostatecznie więc nie było to wielkie wejście. Jakim cudem mogło być wielkie, kiedy on znajdował się na sali?

Jako że cała moja rodzina była oczywiście zwrócona twarzą do Charlesa Lindbergha, mogłam bez trudu wsunąć się za tatę i zająć swoje zwykłe miejsce na obrzeżach grupy. Kiedy już się tam znalazłam, mama szepnęła:

– Następnym razem wyjdź trochę wcześniej, kochanie.

– Tak, mamo, przepraszam.

Zerknęłam zza ramienia taty; pułkownik Lindbergh stał po drugiej stronie fortepianu obok Elisabeth. Podczas gdy tata był cały różowy i okrągły w swoim wieczorowym stroju, a mój brat Dwight masywny jak czołg, pułkownik był wysoki, szczupły i prosty jak strzała. Najwyraźniej nie czuł się wygodnie w czarnym fraku z białą kamizelką; stał sztywno, łokcie trzymając z dala od ciała, ramiona miał napięte. W prawie wszystkich kronikach filmowych i na prawie wszystkich zdjęciach, jakie widziałam, był ubrany w kombinezon lotniczy. Cały naród zapamiętał jego znoszoną kurtkę, bryczesy, kask z goglami wciśnięty pod pachę, chustkę na szyi. Jakoś dziwnie się poczułam, widząc go bez stroju pilota, z dala od samolotu.

Ale twarz była ta sama – czoło śmiałka, surowy podbródek, wysokie kości policzkowe. Oczy miał tak niebieskie, że aż wprawiały w zdumienie; doszłam do wniosku, że nigdy dotąd nie widziałam niebieskich oczu, aż do tego momentu. Były koloru poranka, oceanu; koloru nieba.

Przyłapał mnie, kiedy mu się przyglądałam, ale odwrócił wzrok i zaczął nerwowo stukać palcami o fortepian, jakby grał jakąś melodię, którą tylko on słyszał. Zauważyłam wtedy jego ręce, jego palce – długie i szczupłe. Wyobraziłam sobie te dłonie zaciśnięte na drążku kontrolnym, kiedy pilotował samolot przez bezkresny ocean; pomyślałam, że jak najbardziej nadawały się do takiego zadania.

– Nieprawdaż, Anne? – Ktoś zadał mi pytanie, ale ja nie miałam pojęcia, o co chodziło ani kto pytał.

– Tak – odparłam, kiwając głową jak idiotka. Zdumiałam się, słysząc dźwięk własnego głosu. Był normalny, podczas gdy w środku serce w dalszym ciągu biło mi tak szaleńczo, że każde uderzenie czułam całym ciałem.

– To miło – powiedział pułkownik, potwierdzając odpowiedź na niedosłyszane pytanie, skinąwszy uprzednio głową, bardzo lekko i bardzo szybko. Teraz też prawie nie śmiał spojrzeć mi w oczy. Zaczął bębnić palcami nawet jeszcze szybciej.

W tym momencie moje serce nieco przyhamowało. Czy to może być prawda? Czy bohaterski pułkownik Lindbergh rzeczywiście był aż tak nerwowy w kontaktach z dziewczętami, jak utrzymywały mama i Con?

Najwyraźniej tak właśnie było. Kiedy kręciliśmy się po sali, sącząc lemoniadę i częstując się kanapkami serwowanymi przez armię kamerdynerów, rozmowy rwały się co chwila; najpierw brak zdecydowania, a potem nagła, niespodziewana paplanina kończąca się, zanim jeszcze miała szansę się w pełni rozwinąć. Tylko raz, kiedy tata zapytał pułkownika, czym różni się jednopłat od dwupłatu, nasz gość zdołał się rozluźnić. Z wdziękiem i pewnością siebie wytłumaczył różnicę między nimi, wygłaszając długi monolog, którego nikt nie śmiał przerwać; jego nieco piskliwy głos stał się łagodniejszy i przypominał – tak mi się przynajmniej wydawało – pomruk silnika samolotu. Kiedy pułkownik, pochyliwszy się do przodu, objaśniał różnice między jedną parą skrzydeł (jednopłat) a dwoma (dwupłat) i korzyści z tego płynące, jego niebieskie oczy błyszczały, a palce wreszcie się uspokoiły.

Jako że nikt z nas nie miał oczywiście na ten temat nic do dodania, powróciliśmy do rozmów towarzyskich, co mamie i Elisabeth przychodziło z niebywałą łatwością, podczas gdy tata uśmiechał się promiennie, a Dwight pochłaniał niebotyczne ilości kanapek. Con ośmielała się nawet droczyć z pułkownikiem od czasu do czasu, a on najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu. Ja tymczasem zajmowałam się obserwowaniem otoczenia, tęskniąc nieznośnie za Englewood. Nic w tej wielkiej komnacie nie było mi bliskie poza obszarpaną amerykańską flagą udrapowaną na złoconym gzymsie kominka; flagą, którą mój dziadek jako dobosz nosił podczas wojny secesyjnej. Nie było tu nawet oprawionych w ramki fotografii rodzinnych, tak jak w naszym domu w Stanach, gdzie zajmowały one każdy centymetr wolnej powierzchni. A jednak ambasada mnie interesowała, tak jak interesować może muzeum; obiecałam sobie, że spenetruję ją później, kiedy już cała reszta towarzystwa znajdzie się w łóżkach.

– Rozumiem, że studiuje pani w Smith College? – ktoś zadał pytanie i dopiero po chwili uprzytomniłam sobie, że pytającym był pułkownik Lindbergh.

Skinęłam głową zaskoczona – jako że znalazłam sobie kąt, bardzo dobry kąt, do którego nie docierało światło i byłam przekonana, że byłam niewidoczna – po czym uświadomiłam sobie, że skoro ukryłam się w ciemnościach, pułkownik prawdopodobnie mnie nie widzi.

– Tak, to prawda.

– Elisabeth skończyła Smitha dwa lata temu – powiedziała radośnie mama.

– Musi pan wiedzieć, pułkowniku, że zostało to u nas przyjęte przez aklamację. Wszystkie kobiety Morrowów edukują się na Smithie, a mężczyźni na Amherst College – wyjaśniła Elisabeth i wprost nie mogłam powstrzymać się od podziwu, słysząc jej suchy, niemal znudzony głos, taki, jakiego używała, rozmawiając z pomniejszymi przedstawicielami rodzaju męskiego. – A do jakiej szkoły pan uczęszczał?

Pułkownik zesztywniał i wysunął podbródek.

– Na uniwersytet stanu Wisconsin. Ale nie skończyłem studiów.

– Naprawdę? – zazgrzytał głos Dwighta pełen niedowierzania. – Nie skończył pan? Niesamowite. Co na to pańscy rodzice? Trudno mi sobie wyobrazić, co powiedziałby mój papa, gdybym ja nie ukończył studiów.

Obserwowałam twarz pułkownika, kiedy mój brat paplał bezmyślnie. Miałam wrażenie, jakby przywdział maskę; nigdy nie widziałam człowieka tak nieruchomego – a jednocześnie tak dumnego. I, jak podejrzewałam, tak upokorzonego.

– Ależ, Dwight! Ucisz się wreszcie! – wyrwało mi się, co zdziwiło zarówno mnie samą, jak i mojego brata, który spojrzał na mnie wielce urażony. – Jak mógł pułkownik skończyć studia, a jednocześnie nauczyć się latać i dokonać tego, czego dokonał?

– Tak, tak, Anne ma rację. Młodzieńcze, będę usatysfakcjonowany, jeżeli ty dokonasz choć w dziesiątej części tego co nasz pułkownik. Zdziwiony, ale usatysfakcjonowany – oświadczył tata, poklepując pułkownika serdecznie po plecach, a mojego brata obdarzając znajomym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Ja natomiast wstrzymałam oddech i poczułam wyrzuty sumienia. Biedny Dwight! Będzie kolejna „rozmowa" za zamkniętymi drzwiami gabinetu taty, po której mój braciszek znów będzie bardzo mocno się jąkał.

Pułkownik Lindbergh nic nie powiedział, ale spojrzał na mnie w dziwny sposób, jakby mnie prześwietlał – i wreszcie nasze oczy spotkały się na moment, wprawiając nas oboje w zażenowanie, po czym ja machinalnie znów ukryłam się w swoim kącie, a on wrócił do obserwacji pokrywy fortepianu.

Nagle, na całe szczęście, po przeciwnej stronie sali pojawili się muzycy, zapalono dodatkowe świece, zapłonął ogień w kominku. Mama, tata, pułkownik i Elisabeth ustawili się w szeregu, gotowi na przyjęcie gości. Już wkrótce sala wypełniła się ludźmi – kobiety w modnych, krótkich sukniach o obniżonym stanie, w sięgających łokci białych rękawiczkach, w wysadzanych klejnotami opaskach na głowach, z włosami obciętymi na pazia lub ułożonymi w miękkie fale; mężczyźni w czarnych smokingach lub frakach, niektórzy przystrojeni wspaniałymi szarfami na piersiach z połyskującymi medalami. Na przyjęcie przyjechało też kilku moich kuzynów pragnących ujrzeć wuja–ambasadora. To wytworne wydarzenie nie miało nic wspólnego z kameralnymi wigiliami mojego dzieciństwa, kiedy po kościele wracaliśmy do domu, zasiadaliśmy w sypialni mamy lub taty, słuchaliśmy fragmentów Ewangelii św. Łukasza, które czytała mama, po czym modliliśmy się w ciszy, podczas gdy na zewnątrz, niczym na znak błogosławieństwa, padał śnieg.

Teraz natomiast muzycy grali urywki dzieł Bacha i Haendla dla uczczenia Bożego Narodzenia. Krążyłam na obrzeżach tłumu, zadowalając się obserwowaniem; nikt mnie nie znał, tak więc dopóki trzymałam się z dala od „powitalnego" szeregu, nie byłam narażona na konieczność przyjmowania zaproszonych osób i nie musiałam być przedstawiana wszystkim tym obcym ludziom.

Ale i tak nikt nie widział nikogo poza naszym gościem honorowym; pułkownik Lindbergh był gwiazdą na czubku choinki. Więcej, on był choinką. W rogu sali stała prawdziwa jodła, rzęsiście oświetlona, mieniąca się od złotych ozdób – ale nikt na nią nie zwracał uwagi.

– Biedny człowiek – szepnęła mi do ucha Elisabeth. Odwróciłam się błyskawicznie, zaskoczona, że mnie znalazła, częściowo ukrytą za ciężką, aksamitną, złotą portierą. Sądziłam, że ciągle wita gości. – Jestem przekonana, że jest nieszczęśliwy.

– Nie wygląda na nieszczęśliwego – odparłam, spoglądając na pułkownika. Uśmiechał się sympatycznie, potrząsając kolejnymi rękami ochoczo wyciągającymi się w jego stronę.

– Popatrz tylko na jego twarz. Nie zmienia się.

– Rzeczywiście. Jest jak maska. – Jego uśmiech istotnie ciągle był taki sam, ani się nie pogłębiał, ani nie słabł, a czoło pozostawało gładkie. Nie można było nie podziwiać jego opanowania, nieruchomego spojrzenia, którym obejmował długi rząd stojących przed nim ludzi. Gdyby to mnie przyglądano się w ten sposób, w ten dość przerażający, pełen bezmyślnego uwielbienia sposób, nie byłabym tak spokojna!

– Wiesz – ciągnęła Elisabeth rozbawiona – wszyscy ci mężczyźni chcą być tacy jak on. Wszyscy ci prawnicy i dyplomaci. Popatrz tylko, jak chłoną każde jego słowo! Wszyscy chcieliby, w skrytości ducha, być tak odważni jak on, ale wiedzą, również w skrytości ducha, że nie są. To smutne, jak się nad tym zastanowić.

– A kobiety? – zapytałam pod wpływem impulsu.

– No cóż, dla starszych jest synem, jakiego nigdy nie miały, a dla młodszych mężem, o jakim zawsze marzyły!

– Musi być trudno spełnić takie oczekiwania. Dlaczego więc tu przyjechał? Przecież na pewno jest tym wszystkim zmęczony. – Odwróciłam się do Elisabeth; kiedy patrzyła na pułkownika, po jej ślicznych ustach błąkał się delikatny uśmiech. Coś mnie ścisnęło w piersiach, miałam wrażenie, że tonę, kiedy uświadomiłam sobie, że jest nim zainteresowana, na co mama prawdopodobnie miała nadzieję i co sugerowały rubryki towarzyskie w niektórych pismach, kiedy pojawiła się wiadomość o zbliżającej się wizycie pułkownika w Meksyku.

Potrząsnęłam głową, starając się odegnać od siebie uczucie zazdrości; to oczywiste, że pułkownik nie bardzo nawet wiedział o moim istnieniu. Jakim cudem miał mnie zauważyć, kiedy w pobliżu była moja siostra? Mnie, nieciekawą, brunatną szyszkę pośród tych wszystkich błyskotek i złoceń?

– Koledzy taty utworzyli komitet propagujący lotnictwo jako działalność dyplomatyczną, a pułkownik jest najwspanialszym ambasadorem, jakiego mogli sobie wymarzyć. No i oczywiście tata spotkał się z nim w Białym Domu tuż po jego powrocie z Paryża.

Kiwnęłam głową; w końcu jednym z dawnych, szkolnych kumpli taty był prezydent Calvin Coolidge i to za jego przyczyną byliśmy teraz w Meksyku.

– Tata zaproponował, że będzie mu doradzał w sprawie pieniędzy, którymi go zarzucają, i kiedy pułkownik zapytał, jak może się odwdzięczyć, tata powiedział: „Proszę przylecieć do Meksyku!".

Roześmiałam się.

– Jakież to podobne do taty!

– To był świetny pomysł, większego rozgłosu już chyba nie mógłby zdobyć. Prezydent Meksyku po prostu nie posiada się z radości. A tak naprawdę firma castingowa nie znalazłaby lepszego człowieka do tego zadania. Tylko na niego popatrz. Pułkownik jest całkiem przystojny.

– Naprawdę tak uważasz?

– Ależ oczywiście. A ty nie?

– Może, w pewnym sensie – odpowiedziałam ostrożnie. Ale i tak poczułam na sobie bystre, twarde spojrzenie siostry. Czasami była tak bardzo podobna do matki!

– Anne, musisz coś zrozumieć – zaczęła dziwnie złowieszczym tonem. Ale zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, dopadła nas mama.

– O, tu jesteście, dziewczęta! Żeby się tak ukrywać! Mówiłam wam, że potrzebuję pomocy przy pułkowniku Lindberghu. Ciągle go oblegają. Och, te kobiety! Można by pomyśleć, że to zmartwychwstał Valentino! A za chwilę mają się zacząć tańce. Upiera się, że nie będzie tańczył, więc pomyślałam, że mogłabyś z nim posiedzieć, Elisabeth, i utrzymać te straszne kobiety z dala od niego. Widziałyście hrabinę? Jest od niego dwa razy starsza, przynajmniej. A ty, Anne, oczywiście też możesz pomóc, kochanie. Trudno się spodziewać, żebyś ty miała ochotę tańczyć. A teraz muszę porozmawiać z prezydentem. Senor Calles, co za zaszczyt!

Równie błyskawicznie jak się pojawiła, pomknęła teraz, aby powitać prezydenta Meksyku (którego rozpoznałam z fotografii prasowych).

– A gdybym tak ja chciała zatańczyć – powiedziała Elisabeth tonem, który był bliższy narzekaniu niż cokolwiek, co kiedykolwiek wypowiedziała w mojej obecności. Szłam za nią niechętnie, kiedy lawirowała wśród tłumu, przesuwając się w stronę pułkownika Lindbergha. Stał ciągle obok taty z tym samym uprzejmym, acz ponurym uśmiechem na twarzy.

– A chcesz?

Moja siostra zatrzymała się, odwróciła się szybko i spojrzała na mnie.

– Nie! – Roześmiałyśmy się, znów pojednane, rozdrażnione zachowaniem naszej matki. – Ale mogłaby mnie najpierw spytać!

Ciągle się śmiejąc, pociągnęła pułkownika Lindbergha za rękaw i spojrzała na niego, odchyliwszy głowę do tyłu. Była śliczna, jej zarumienioną twarz okalały jasne, sprężyste loki i wiedziałam, że pułkownik będzie bezradny. Nie spotkałam jeszcze mężczyzny, który nie zakochałby się w mojej siostrze natychmiast; dopiero potem, kiedy ich odtrącała, zauważali mnie.

Ale Elisabeth nie zamierzała odtrącić pułkownika Lindbergha; było powszechnie wiadomo, że miała wielkie wymagania, że była niezamężna, ponieważ nie zamierzała podporządkować się woli rodziców, którzy nie szczędzili wysiłków w tym kierunku, ale nawet ona nie mogła znaleźć wady w najsławniejszym człowieku na ziemi.

Uświadomiwszy to sobie, odzyskałam swobodę. W jakim celu miałam się przejmować wrażeniem, jakie mogłabym zrobić na pułkowniku, kiedy zrozumiałam, że nie zrobię żadnego? Niebawem zasiedliśmy na kanapie przed kominkiem, ja obok Elisabeth, a pułkownik Lindbergh po jej drugiej stronie. Wiedziałam, że w tej sytuacji jestem niewidoczna, więc tak też się zachowywałam. Pozostawiłam Elisabeth przyjemność podtrzymywania konwersacji, a sama oddałam się ulubionemu zajęciu – obserwowaniu ludzi.

Tata stał w środku grupy mężczyzn w tym samym co on wieku; rozpoznałam wśród nich kilku członków zarządu J.P. Morgan & Co., banku, którego wspólnikiem był przez wyjazdem do Meksyku. Rozmawiali z ożywieniem – a najbardziej ożywionym wydawał się tata. Był niższy od pozostałych co najmniej o głowę – miał zaledwie sto sześćdziesiąt centymetrów – ale brak wzrostu i pochodzenia z nawiązką nadrabiał energią. Był jedyną osobą w swym towarzystwie, która wychowała się w biedzie, czego nigdy nie starał się ukryć; był wręcz niezmiernie dumny ze swego pochodzenia i nie pozwalał nam, swoim dzieciom, o tym fakcie zapominać. Wykształcenie, wykształcenie, wykształcenie, to była jego dewiza; do tego stopnia, że pewien przyjaciel rodziny zapytał mnie zaintrygowany: „O co wam, Morrowom, chodzi z tym wykształceniem?".

Tacie wykształcenie się przysłużyło. Z wyróżnieniem ukończył Amherst College, a potem Columbia Law School, gdzie poznał wielu synów bankierów, którzy ściągnęli go następnie do J.P. Morgana. A teraz był dyplomatą, na progu, jak uważało wielu, obiecującej kariery politycznej. Niektórzy przepowiadali wręcz, że dojdzie aż do Białego Domu!

Mama krążyła po sali, zabawiając gości, łagodząc emocje wywołane zdarzającymi się tacie wybuchami. To była jej codzienna rola. Była równie gładka jak on chropowaty; nawet dziś jego smoking wyglądał na za duży o dwa numery. Tata zawsze twierdził, że wżenił się w wyższe sfery, a wieczory takie jak ten dowodziły słuszności tego twierdzenia. Byłam dumna z matki pomimo naszych nieporozumień. W gustownej zielonej sukni i długich rękawiczkach wyglądała w każdym calu jak żona dyplomaty; posiadała umiejętność przebywania w różnych miejscach jednocześnie, sprawiając przy tym wrażenie, że zawsze przemieszcza się powoli, posuwistym, królewskim krokiem. Zawsze wydawała się wyższa od taty, choć w istocie była o trzy centymetry niższa. Oboje zaczęli już siwieć; włosy taty rzedły, mama zaś upinała swe sztywne loki w staroświeckim edwardiańskim stylu. Utrzymywała, że nie ma czasu chodzić co tydzień do fryzjera, czego wymagały nowoczesne fryzury.

Czując się niewidzialną, nawet nie przejmowałam się spojrzeniami, nie całkiem ukradkowymi, ciągle kierowanymi na pułkownika Lindbergha. Działał jak prawdziwy magnes; był surowy, a jednak dziwnie charyzmatyczny, bezpośredni i prawdziwy; nie miał poloru, ale też nie okazywał sztucznego znużenia. Patrząc na niego, czuło się mimo woli, że to, czego dokonał, było wprost niemożliwe – a jednocześnie, że nieuchronnie musiało się stać. Emanował spokojną pewnością siebie; każdy jego ruch był zamierzony, a zarazem pełen gracji. Chociaż rozmawiając z moją siostrą, niejednokrotnie się zacinał, brak zdecydowania w żadnym razie nie dotyczył jego oczu. Wydawało się, że przez cały czas wpatruje się uporczywie w coś wyjątkowego, poważnego, w coś, co znajdowało się tuż za horyzontem.

– A czy pani by chciała, panno Morrow? – Pułkownik, zwracając się do mnie, pochylił się w moim kierunku; zaskoczona, instynktownie odsunęłam się od niego. Nie mogłam nie zauważyć, że, kiedy to zrobiłam, zaczerwienił się lekko.

– Czy bym chciała? Czy co bym chciała?

– Przelecieć się samolotem. Pani siostra poprosiła, żebym ją zabrał na podniebną przejażdżkę i chciałbym naturalnie rozszerzyć zaproszenie również na panią. Jeżeli by pani chciała.

– Latać? Ja? – Nic na to nie mogłam poradzić, otworzyłam usta jak ryba wyjęta z wody. Ależ nigdy nawet sobie czegoś takiego nie próbowałam wyobrazić!

– Proszę się nie martwić. To absolutnie bezpieczne – powiedział pułkownik z uśmiechem, pierwszym szczerym uśmiechem, jaki widziałam na jego twarzy. Nagle wyglądał zupełnie chłopięco; schylił głowę, przez co potargał mu się starannie zrobiony przedziałek, a opadające włosy musnęły czoło. – Latanie jest absolutnie bezpieczne. Szybować na prądach powietrznych, tam, w górze, jak ptak, to coś nieziemskiego. Nic nigdy nie sprawiło, że poczułem się tak… że miałem tak całkowitą kontrolę nad własnym losem. Wznieść się wysoko ponad błahostki i troski tego świata. To tu na dole jest niebezpiecznie, naprawdę, nie tam w górze.

Uważałam, że pułkownik jest zdolny do wielu rzeczy, ale nie sądziłam, że ma poetycką duszę. Słuchając go, uświadomiłam sobie – i przyprawiło to mnie o dreszczyk emocji – że rzeczywiście chcę polecieć; doświadczyć tej boskiej rzeczy, unosić się nad ziemią tak jak on. Być ponad wszystkim, ponad zmartwieniami i strachem, i również ponad błahostkami, ale głównie być po prostu ponad samą sobą – ponad tym niezdarnym ciałem, umysłem pełnym wątpliwości i sercem pełnym tęsknot.

– O tak, chciała… – zaczęłam i wtedy zdałam sobie sprawę, że stała przed nami gromada ludzi, którzy przysłuchiwali się naszej rozmowie, jakbyśmy byli aktorami na scenie. Nagle język mi skołowaciał i tylko pokręciłam głową, wiedząc, że sprawiam mu zawód, ale nie potrafiłam zareagować tak, jak chciałam, kiedy patrzyło na mnie aż tylu ludzi.

Jednak tym razem pułkownik nie zaczerwienił się ani się nie wycofał. Spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczami z wyrazem zaciekawienia na twarzy. Dosłownie zaciekawienia – jakbym była stworzeniem należącym do nowego gatunku, który właśnie odkrył. Czując, że się rumienię, odwróciłam się i ucieszyłam się wielce, zauważywszy zbliżającą się do nas pospiesznie mamę, z kwaśnym uśmiechem na ustach – i niemal niedostrzegalnym zmartwieniem w oczach.

– Co ja słyszę? Czyżby miał pan zamiar zabrać moje córki na przejażdżkę samolotem, pułkowniku?

– Jeżeli zechcą. Oczywiście zaproszenie obejmuje również panią, pani Morrow.

– Co za zaszczyt! Elisabeth, jesteś pewna? A ty, Anne?

– Oczywiście! – Elisabeth roześmiała się i odrzuciła głowę do tyłu. – Nie mogę sobie wyobrazić nikogo innego, z kim chciałabym po raz pierwszy wznieść się w powietrze!

– Nie jestem… Pomyślę jeszcze – wymamrotałam, pragnąc, aby przestały na mnie patrzeć te wszystkie oczy; i wiedząc, że jeżeli zasiądę w jego samolocie, zwróci się na mnie jeszcze więcej oczu: dziennikarzy, fotografów, operatorów kronik filmowych.

Na szczęście znów zaczęła grać muzyka – piosenki z Show Boat, najpopularniejszego widowiska roku – i natychmiast atmosfera na sali się rozluźniła. Kelnerzy biegali tam i z powrotem z tacami pełnymi koktajli – w Meksyku nie było prohibicji! – a goście zaczynali dobierać się w pary i tańczyć. Dwight ściągnął mnie z kanapy, wołając skrzypiącym głosem:

– Chodź, Anne, zatańczymy Virginia reel! Poproszę, żeby zagrali jakiś kawałek. Tak jak kiedyś.

I w ten oto sposób ja również znalazłam się na parkiecie i splótłszy się ramionami z bratem i kuzynami, balowałam przy akompaniamencie meksykańskiej trąbki, która, popiskując, próbowała dobrnąć do końca Arkansas Traveler.

Uwielbiałam tańczyć! Kochałam wolność i absurdalność shimmy czy absolutną radość, jaką dawał charleston. Z jakiegoś powodu potrafiłam zatracić się w muzyce i rytmie tak jak w niczym innym. Im więcej było ludzi na parkiecie, tym lepiej się bawiłam. Tak więc już po chwili razem z Dwightem obijaliśmy się o inne ciała, potykaliśmy się o czyjeś stopy, ale nie przejmowaliśmy się tym ani trochę. Tańczyliśmy ten durny taniec na przyjęciach urodzinowych, kiedy byliśmy mali; Elisabeth wtedy dudniła w pianino, grając jedną z piosenek Stephena Fostera, a tata i mama, z Con na kolanach, siedzieli na kanapie, śmiali się i bili brawo, jakby nas oglądali po raz pierwszy w życiu.

Ale nie tańczyliśmy w ten sposób od bardzo, bardzo dawna; w tym czasie oboje dorośliśmy, poszliśmy do szkoły, próbowaliśmy pozostawić za sobą nasze dziecinne zabawy. Z wdzięcznością obdarowałam brata uśmiechem za to, że zrobił mi dziś taki prezent, że przypomniał mi o czymś, co zaczęłam już opłakiwać. I za to, że dzięki niemu mogłam wyobrazić sobie, choć przez chwilę, że znów jesteśmy w domu w New Jersey.

Tylko przez chwilę. Wykonywałam właśnie obrót, spleciona ramieniem z bratem, drugą ręką podtrzymując spódnicę, kiedy nagle pochwyciłam spojrzenie pułkownika Lindbergha. Nie uśmiechał się; obserwował mnie z lekko zmarszczonym czołem. Nawet przez całą długość sali czułam ciężar jego bezspornej dezaprobaty. Oczywiście, że byłam śmieszna! Dziewczyna w moim wieku tańcząca dziecinny taniec, kiedy on, niewiele starszy, przeleciał ponad oceanem!

Nagle poczułam na twarzy takie gorąco, jakby głowę okalała mi słoneczna aureola; puściwszy rękę brata, szepnęłam:

– Och, Dwight, ależ my jesteśmy głupi! Nie jesteśmy już małymi dziećmi.

– No to co, Anne? Po prostu się bawimy!

W tym momencie mój kuzyn Dickie zarzucił mi na głowę czarną, koronkową serwetkę, niczym mantylę, wetknął mi we włosy różę i ciągnąc za rękę, zawlekł mnie do pułkownika Lindbergha.

– Czyż Anne nie wygląda jak senorita, pułkowniku? – zawołał roześmiany. Przez chwilę w swej czerwonej sukni, z zarumienioną skórą, poczułam się rzeczywiście jak senorita; w lustrze mignęły mi moje włosy, ciemne i błyszczące, ozdobione czerwoną różą. Uśmiechając się, podniosłam brodę, chcąc zobaczyć swoje radosne odbicie.

Jednakże w tymże lustrze ujrzałam pułkownika, który siedział na kanapie i mnie obserwował. Wyglądał, jakby było mu niewygodnie, jakby uciskał go kołnierzyk koszuli. Kiedy nasze oczy się spotkały, odwrócił się, zmarszczywszy czoło.

– Och, Dickie! – Wyciągnęłam kwiatek z włosów i rzuciłam go na podłogę. – Co za głupota!

Zostawiłam ich; odeszłam niepewnym krokiem, pozwalając im pośmiać się ze mnie. Wszystko to było absurdalne, nie mogłam tego dalej tak ciągnąć – o co mi właściwie chodziło? Ze łzami wstydu w oczach przepychałam się przez tłum, nie zważając na matronę, która rybimi oczami przyglądała mi się zza kryształowego kieliszka do wina, a nawet wygłosiła swą opinię na mój temat:

– Na miły Bóg, w życiu nie widziałam tak szkarłatnej twarzy!

Czy rzeczywiście tak wyglądałam? Próbując wymknąć się z sali, przycisnęłam rękę do policzka i odniosłam wrażenie, że dotknęłam drzwiczek piekarnika. W końcu znalazłam się na pustym korytarzu, ale wciąż biegłam – chciałam być jak najdalej od sali balowej – aż wreszcie natknęłam się na boczne schody. Ciągle chwiejnym krokiem weszłam na piętro i zaczęłam miotać się szaleńczo od korytarza do korytarza, od pokoju do pokoju, jak kula bilardowa. Zgubiłam się, do tego stopnia, że byłam naprawdę przerażona. Wszystkie drzwi wyglądały dokładnie tak samo. Jak, do licha, mam odnaleźć swoje? Tak bardzo żałowałam, że nie jestem u siebie w domu w Stanach! I że w ogóle spotkałam pułkownika Lindbergha, zadowolonego z siebie, aroganckiego – tak, o to chodziło! O jego arogancję, kiedy się we mnie wpatrywał, siedząc sztywno na kanapie, jakby był Bogiem albo samym Calvinem Coolidge'em. Powiedział mamie: „Nie tańczę" i natychmiast wszyscy na sali poczuli się głupio, ponieważ wszyscy chcieli się bawić. Jak śmiał?

Moje serce przypominało palenisko zasilane złością. Zatrzymawszy się na chwilę, żeby się powachlować koronkową serwetką, która dziwnym trafem uparcie trzymała się na mojej głowie w czasie całej tej szaleńczej ucieczki, znalazłam się przez lustrem z popękaną, srebrną ramą. Tym samym, przed którym jakiś czas temu, po wyjściu ze swojego pokoju, przystanęłam, żeby sprawdzić, czy nie świeci mi się nos. Z histeryczną czkawką gwałtownie otworzyłam drzwi i moim oczom ukazały się znajome czerwone kapcie ustawione obok łóżka z baldachimem oraz kwieciste kimono służące mi za szlafrok, rozłożone na narzucie.

Będąc wreszcie u siebie, rzuciłam się na łóżko, ale nie uroniłam ani jednej łzy. Złość mnie opuściła, a jej miejsce zajął znajomy, przygniatający ciężar niepewności i winy. Czy nie skrzywdziłam Dwighta, zostawiając go na środku parkietu? Czy nie zrobiłam z siebie widowiska, uciekając z sali balowej? Jednak po pewnym czasie, kiedy nikt nie stukał do moich drzwi, a z dołu ciągle dobiegały wesołe odgłosy zabawy – muzyka, brzęk szkła, nagłe wybuchy śmiechu – zrozumiałam, że nic takiego się nie stało. Nikt nie miał najwyraźniej zamiaru mnie szukać – i nie byłam do końca pewna, co o tym myśleć.

Usiadłam na brzegu łóżka, wreszcie spokojna; policzki przestały mi płonąć, skóra oddychała odklejona w końcu od tego okropnego, gumowego biustonosza. I wtedy usłyszałam kroki. Ktoś zatrzymał się za moimi drzwiami i wsunął pod nie kopertę. Potem kroki się oddaliły, w pośpiechu.

Sądząc, że to wiadomość od Dwighta lub Con, podniosłam liścik czym prędzej. Nie był ani od brata, ani od siostry; domyśliłam się tego, jako że na kopercie nie dostrzegłam ani plam z atramentu, ani śladów palców. Moje nazwisko było napisane bardzo starannie nieznanym mi charakterem pisma; precyzyjnym, wyważonym, jakiego można by oczekiwać po wojskowym.

Albo po lotniku.

Poczułam ogarniające mnie podniecenie, serce zaczęło mi walić w zawrotnym tempie, kolana się pode mną ugięły. Ale nie pozwoliłam sobie otworzyć listu.

Jako mała dziewczynka sprawiałam swemu tacie największą przyjemność, potrafiąc cieszyć się lizakiem dłużej niż inne dzieci i nigdy nie prosząc o zaliczkę na poczet kieszonkowego. „Anne jest zdyscyplinowana", przechwalał się zawsze przed kolegami. Była to moja jedyna godna uwagi cecha. I jak każda osoba mająca tylko jeden dar, pielęgnowałam go i strzegłam. Zapomniałam już, co to znaczy podjadać ciastka przed obiadem czy kupić sobie nową sukienkę po to tylko, żeby ją kupić.

Położyłam kopertę na łóżku i zaczęłam wieczorny rytuał. Zdjęłam sukienkę i halkę, rozpięłam podwiązki, ściągnęłam pończochy, uwolniłam skrępowane piersi, złożyłam bieliznę i umieściłam wszystko w jedwabnej torebce wiszącej na klamce. Po długiej, poważnej chwili zastanowienia wybrałam różową fildekosową koszulę nocną z długim rękawem, którą znalazłam w szafie, gdzie wisiały wszystkie moje ubrania w cudowny sposób wyczyszczone i wyprasowane przez jednego z czternastu służących. Usiadłam przy toaletce, wyciągnęłam szpilki z długich, brązowych włosów. Następnie wyszczotkowałam włosy pracowicie, szarpiąc skórę głowy tak mocno, że aż łzy napływały mi do oczu, kiedy szczotka zaplątywała się w sztywnych, zmierzwionych lokach. I chociaż przez cały ten czas widziałam leżącą na jaskrawoczerwonej narzucie białą kopertę czekającą na mnie jak nieotwarty prezent gwiazdkowy, nie spiesząc się, starannie nałożyłam jeszcze na czoło i policzki nocny krem marki Pond's, po czym wklepałam go również w skórę szyi.

Dopiero wtedy położyłam się do łóżka; naciągnęłam kapę na kolana i w końcu sięgnęłam po kopertę. Ręce mi się trzęsły, ale było to cudowne uczucie; przynajmniej raz w życiu nie bałam się tego, co najprawdopodobniej mnie czekało. Do tej pory zawsze, kiedy otwierałam kopertę, byłam pewna, że zawiera jakieś tragiczne wieści.

Panno Morrow!

Szukałem Pani, ale powiedziano mi, że wyszła Pani z balu wcześniej. Muszę przyznać, że się Pani nie dziwię. Ja sam nie lubię takich zgromadzeń, chociaż naturalnie jestem bardzo zobowiązany za gościnne przyjęcie, jakie mi zgotował Pani ojciec.

Po naszej krótkiej rozmowie na kanapie nie mogłem się oprzeć myśli, że mimo Pani milczenia w tej sprawie chciałaby Pani jednak odbyć lot moim samolotem. Sądzę, że rozumiem Pani wahanie. Ja też wolałbym nie wyruszać w swoją pierwszą podróż powietrzną w otoczeniu reporterów prasowych i fotografów. Stąd moja propozycja.

Jeżeli zechciałaby Pani ze mną polecieć, będę czekał w kuchni o 4.15 rano. Możemy wzbić się w górę i wrócić z powrotem, zanim podadzą śniadanie. I nikt się o tym nigdy nie dowie.

Przyznaję jednak, że mogłem błędnie zinterpretować Pani intencje. Nie będę urażony, jeżeli nie zdecyduje się Pani ze mną spotkać.

Z poważaniem,

Charles Augustus Lindbergh

Kiedy skończyłam czytać, ręce mi się już nie trzęsły, trzęsła mi się natomiast cała klatka piersiowa – od śmiechu. Modląc się, żeby to była prawda, cicho, ale przecież naprawdę się śmiałam. Jeżeli zechciałaby Pani ze mną polecieć… Co za cudowne słowa! Przeznaczone dla mnie i tylko dla mnie!

Pułkownik Lindbergh szukał mnie – i znalazłszy, zrozumiał. Przez cały czas czytał w moich myślach, ale nie mógł tego uzewnętrznić, kiedy przysłuchiwali się nam wszyscy ci ludzie. Zrozumiał, że chociaż pragnęłam przeżyć to, o czym opowiadał, opisując latanie, tuż pod moim pragnieniem był strach, że z jakiegoś powodu nie zdam tego egzaminu, nie zachowam powagi, nie spełnię oczekiwań. I że jeżeli bym rzeczywiście nie zdała – jeżeli bym się ośmieszyła, płacząc, wymiotując czy tchórząc w ostatniej chwili – nie chciałam, żeby zostało to opisane na pierwszych stronach wszystkich gazet w kraju!

Elisabeth była stworzona do tego rodzaju rozgłosu. Ona by nie zawiodła, bo nigdy nie zawodziła w całym swoim życiu. A przecież podejrzewałam, że moja chęć latania była bardziej szczera niż jej. Nie miałam wątpliwości, że mimo oczywistego zainteresowania pułkownikiem Lindberghiem poprosiła, żeby ją zabrał na przejażdżkę samolotem przede wszystkim dlatego, że dokładnie takiego zachowania od niej oczekiwano.

Uświadomiłam sobie, nie po raz pierwszy, jak bezpiecznie jest być zwyczajną, przeciętną dziewczyną. Dwight był prawowitym spadkobiercą, po nim spodziewano się, że ukończy Amherst College z wyróżnieniem – po prostu dlatego, że tak właśnie było w przypadku taty, stypendysty tejże szkoły. Elizabeth miała być olśniewająca i piękna, i świetnie wyjść za mąż. Con wciąż zbyt młoda i zbyt rozpuszczona, kochana bez zastrzeżeń, była pupilkiem całej rodziny.

Po mnie natomiast oczekiwano – czego właściwie? Nikt nigdy tego wobec mnie nie wyartykułował. Wiedziałam tylko, że nie wolno mi rozczarować rodziny ani przynieść jej wstydu, ale poza tym najwyraźniej nikogo nie obchodziłam.

A może jednak kogoś obchodziłam?

Nie, oczywiście, że nie; pokręciwszy zdecydowanie głową, powiedziałam sobie, że w prawdziwym życiu bohaterowie nie interesują się dziewczętami takimi jak ja. Zwykła grzeczność zmusiła pułkownika do złożenia mi tej propozycji; w końcu byłam córką pana domu.

Ale przecież jednak zaproponował, a to wystarczyło, żebym przez dłuższą chwilę głupawo uśmiechała się do własnego odbicia w lustrze wiszącym naprzeciwko łóżka. Nagle uświadomiłam sobie, że zrobiło się już bardzo późno. Wsunąwszy liścik – jego liścik – w poszewkę na poduszkę, nakręciłam dokładnie budzik na godzinę czwartą. Denerwowałam się, co uważałam za całkowicie uzasadnione w zaistniałej sytuacji, tak bardzo, że nie mogłam usnąć – miałam wrażenie, że w brzuchu grasuje gromada motyli i innych owadów machających zaciekle skrzydełkami. Ale wiem, że kiedy w końcu zasnęłam, spałam lekko.

Jakbym pamiętała, nawet we śnie, że pod poduszkę schowałam marzenie, którego za nic nie chciałam zniweczyć.


ROZDZIAŁ II

NASTĘPNEGO RANKA prawie się spóźniłam. Nie dlatego, że zaspałam – obudziłam się dobre pół godziny przed dzwonkiem budzika – lecz dlatego, że po raz pierwszy w życiu nie mogłam się zdecydować, w co się ubrać.

Zwykle w ogóle nie przejmowałam się takimi sprawami. Miałam dostatecznie dużo ubrań, choć może nie najbardziej interesujących, które kupowałam z mamą na każdą porę roku, głównie w sklepie Lord & Taylor: sukienki codzienne i popołudniowe, spódnice, swetry, jedna lub dwie suknie wieczorowe, stroje do tenisa i golfa.

W mojej garderobie nie było jednak nic nadającego się do latania! Przeglądając ubrania, które ze sobą przywiozłam, nie mogłam się zdecydować, co z tego może być odpowiednie do szybowania po niebie. Widziałam zdjęcia kilku kobiet–pilotów, ale one wszystkie miały na sobie stroje podobne do tego, jaki nosił zazwyczaj pułkownik Lindbergh: bryczesy, ciepłą kurtkę, kask z goglami, apaszkę.

Moja jedyna para bryczesów została w szkole w Stanach; w ambasadzie nie było stajni, więc nie przyszło mi do głowy, żeby je zabrać ze sobą. Przywiozłam jednak strój do golfa i w końcu na niego właśnie się zdecydowałam: sweter i plisowana spódnica, płaskie buty na gumowej podeszwie, zakolanówki. Zaplotłam włosy i podpięłam je wysoko, a w ostatniej chwili złapałam jeszcze wełniany płaszcz, który miałam w pociągu. Zbiegłam następnie na czubkach palców bocznymi schodami, które odkryłam poprzedniego wieczoru. Pomyliłam drogę, ale zawróciłam i w końcu znalazłam się w wielkiej kuchni, pustej o tej godzinie. Białe, emaliowane garnki i przybory kuchenne stały wyszorowane i błyszczące, czekając na kolejne wezwanie. Nie było najmniejszego śladu wczorajszego przyjęcia; ani jednej nieumytej tacy, ani jednej zabłąkanej szklanki z resztkami szminki.

Nagle zdałam sobie sprawę, że pomieszczenie wcale nie było puste. Obok płyty kuchennej stał sztywno pułkownik Lindbergh w znoszonym brązowym stroju lotniczym i skórzanej kurtce; w ręku trzymał znajomo wyglądający kask z goglami. Kiedy wpadłam do pokoju, spojrzał na zegarek i lekko zmarszczył czoło.

– Spóźniła się pani.

– Wiem, przepraszam. Nie za bardzo wiedziałam, w co się ubrać. Czy to wystarczy? – Śmiesznie rozłożyłam spódnicę, jakbym była niemiecką dójką.

– Będzie musiało, choć prawdopodobnie najlepsze byłyby spodnie.

– Nie przywiozłam ani jednej pary.

– Nie pomyślałem o tym. Ale to nie powinno mieć znaczenia. Dobrze, że wzięła pani płaszcz.

– Dziękuję. – Zabrzmiało to głupio i nieodpowiednio.

Bez słowa odwrócił się i wyszedł przez kuchenne drzwi. Bez słowa poszłam za nim.

Na zewnątrz, na szerokim żwirowym podjeździe na tyłach ambasady czekał samochód z szoferem. Nie miałam pojęcia, jak on to zorganizował. Usiedliśmy razem na tylnym siedzeniu – otworzył dla mnie drzwi – po czym natychmiast ruszyliśmy.

O tej godzinie niebo zaczynało już różowieć, choć co prawda tylko na obrzeżach; mimo wszystko jednak poblask rozświetlał ulice i mogłam teraz lepiej przyjrzeć się miastu niż w drodze z dworca do ambasady. Wąskie uliczki były puste. Białe domy, wszystkie prawie takie same, z kamienia albo cienkich listew, miały łukowate drzwi i okna, i czerwonawopomarańczowe dachy z gliny. Z prawie każdego kąta wyglądały kwiaty – były w skrzynkach na oknach, wokół drogowskazów, nawet przy korytach z wodą dla koni – przyciągające wzrok, jaskrawoczerwone, różowe, jakie widywałam jedynie w cieplarniach: orchidee, hibiskus, jaśmin. Przejechaliśmy przez ogromny plac z fontanną pośrodku, który sprawiał wrażenie placu zebrań ludowych. Wyobraziłam sobie tańczące na nim senority w długich czarnych mantylach i grających na trąbkach mężczyzn w sombrerach.

Stare mieszało się tu z nowym; nowoczesne budynki – głównie hotele – były wznoszone na każdym rogu. Prohibicja przyczyniła się do przekształcenia miasta Meksyk w miejsce, gdzie bogaci mogli przyjemnie spędzić czas, a pieniądze, które byli skłonni wydać, aby móc swobodnie napić się alkoholu, dostrzegało się wszędzie, i to w dużych ilościach.

Byłam tak zaabsorbowana, że prawie zapomniałam o pułkowniku Lindberghu, siedzącym obok mnie w milczeniu. Dopiero kiedy wyjechaliśmy z miasta na drogę gruntową, uświadomiłam sobie ponownie, że znajduję się w towarzystwie mężczyzny. Kiedy już nie miałam na co patrzeć, usadowiłam się znów wygodnie i zauważyłam, że pułkownik wcisnął się w najdalszy kąt siedzenia, jak najdalej ode mnie. Brwi miał ciągle zmarszczone. Rumieniąc się, próbowałam wytłumaczyć się ze swego nietaktownego zachowania.

– Przepraszam. Nie miałam jeszcze okazji zobaczyć Meksyku, tylko tyle co z pociągu.

– Rozumiem – powiedział, po czym odwrócił się i zapatrzył przed siebie; jego wyraziste kości policzkowe i gładkie czoło pozostały nieruchome.

Szukałam czegoś, co można by powiedzieć; czegoś, co byłoby dla niego dostatecznie ważne. Ale nie mogłam niczego takiego znaleźć, tak więc resztę podróży spędziliśmy w milczeniu. Była długa. Po jakimś czasie samochód skręcił z drogi i zaczął podskakiwać na szerokim, płaskim polu; stało na nim kilka zabudowań gospodarczych. Ciągle nie rozebrano jeszcze platform, na których przed paroma dniami tata i wszyscy inni dygnitarze musieli oczekiwać na lądowanie pułkownika; nagle reflektory naszego samochodu oświetliły obszarpane już flagi Meksyku i Stanów Zjednoczonych.

Obok największego budynku stał koń uwiązany do poręczy.

Samochód się zatrzymał i wysiedliśmy. Weszłam za pułkownikiem do tegoż budynku, który z racji wielkości przypominał stajnię. Wnętrze nie zostało jednak podzielone na boksy, była to ogromna wolna przestrzeń. Zamiast koni trzymano tu samoloty. A zamiast zapachu siana i nawozu końskiego czuć było w powietrzu obrzydliwe opary ropy i benzyny.

– Dzień dobry! – krzyknął pułkownik do mężczyzny w kombinezonie mechanika, który czym prędzej zgramolił się z pryczy. Obok łóżka stała strzelba. Mężczyzna ziewnął, ale zaraz potem wykrzywił twarz w dumnym uśmiechu, rozpoznając gościa.

– O, to pan, pułkowniku!

– Mam nadzieję, że nie było żadnych kłopotów.

– Absolutnie żadnych. Ale oczywiście, no wie pan, mam ze sobą broń. Na wszelki wypadek, pułkowniku.

Pospiesznie skinąwszy głową, pułkownik złapał klucz francuski i zamaszystym krokiem ruszył w stronę samolotu zaparkowanego na samym końcu stajni. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że był to jego samolot; ten samolot; Spirit of St. Louis.

Podążyłam za swym towarzyszem, zadowolona, że miałam na sobie płaskie buty golfowe, jako że tu i ówdzie czaiły się zdradliwe, śliskie kałuże smaru.

– Mogę go obejrzeć, pułkowniku?

– Proszę do mnie mówić Charles! – krzyknął przez ramię.

– Jeżeli pan będzie do mnie mówił Anne.

Zatrzymał się na moment. Pokiwał z wolna głową, jakby rozważał moją propozycję. A potem powiedział:

– Anne.

Dobrze, że na tym skończył, ponieważ nagle zdałam sobie sprawę, że nie słyszę niczego poza hukiem nieprzytomnie pulsującej w uszach krwi. Jak opisać to, co poczułam, kiedy on wymówił moje imię? Wiedziałam, że to głupie, śmieszne, ale chyba nareszcie dotarło do mnie, co dosłownie oznacza słowo omdlenie.

Podszedł do samolotu.

– Chcę tylko dokręcić ośkę. Kiedy lądowałem, zauważyłem, że jest obluzowana.

– Dlaczego ten mężczyzna miał strzelbę?

Charles westchnął.

– Żeby bronić mojego samolotu przed łowcami pamiątek. Poodrywali różne elementy, kiedy wylądowałem w Paryżu. Od tamtej pory mam człowieka, który zawsze go dla mnie pilnuje.

– Ojej! – Z trudem za nim nadążałam; był tak wysoki i stawiał tak długie kroki. A ja była taka niska. Minęliśmy kilka samolotów i zastanawiałam się, którym polecimy. Domyślałam się oczywiście, nawet zanim go zobaczyłam z bliska, że Spirit of St. Louis się do tego nie nadaje. Było powszechnie wiadomo, że został zbudowany dla jednej tylko osoby; dla odważnego, samotnego pilota, który na czworakach wczołgiwał się właśnie pod swoją maszynę.

Przyglądałam się oniemiała z podziwu. Widziałam ten samolot tylko w kronikach filmowych. Rozpoznałam szerokie, prostokątne skrzydła; kokpit zbudowany w taki sposób, że zasłaniał widok w przód, w związku z czym pilot mógł patrzeć jedynie przez boczne okienka – wiedziałam, że było jakieś techniczne uzasadnienie takiego rozwiązania, ale nie pamiętałam, o co chodziło; czarne litery Spirit of St. Louis wymalowane zamaszyście na dziobie na tle srebrzystego kadłuba. Nie mogłam się oprzeć myśli, że w rzeczywistości wydawał się o wiele mniejszy niż na obrazkach. Tak jak gwiazdy filmowe; tak jak Gloria Swanson – zachichotałam, przypomniawszy sobie tamtą scenę. Tylko pomyśleć, że ten samolot był teraz nawet bardziej sławny niż ona!

– Co w tym takiego śmiesznego? – Spod samolotu dotarł do mnie jego piskliwy dyszkant.

– Nic takiego.

– Kiedy lądowałem, parę dni temu, zdawało mi się, że coś się zerwało. Pomyślałem… O, jest! – Po kilku metodycznych stęknięciach pułkownik wygramolił się spod samolotu; był wciąż na czworakach, twarz miał umazaną smarem, włosy opadły mu na oczy. Oparłszy się o koło samolotu, usiadł na ziemi, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech.

Wyglądał teraz na odprężonego, nie był już sztywnym, skrępowanym mężczyzną w wieczorowym stroju z wczorajszego przyjęcia. Nie zdawałam sobie sprawy, że był wtedy aż tak spięty. Jego długie i cienkie kończyny wreszcie robiły wrażenie rozluźnionych. Pogładził swój samolot, tak jak kowboj głaszcze ulubionego konia. Czułam się niemal, jakbym była tu intruzem, jakbym uczestniczyła w jakiejś intymnej scenie.

– Czy mogę go dotknąć? – zapytałam zaskoczona swoją śmiałością.

– Oczywiście! – Charles zerwał się na równe nogi. – Ależ proszę bardzo, na pewno mu to nie zaszkodzi! – Mrużąc oczy jak mały chłopiec, znów uśmiechnął się szeroko, tym razem tak szeroko, że rozluźniły się wszystkie mięśnie jego twarzy.

– Przecież to tkanina! – Nie mogłam w to uwierzyć; ta maszyna, która przeniosła go na drugą stronę oceanu, była zrobiona z najzwyklejszego materiału i z drutu!

– Tak. To tkanina powleczona lakierem lotniczym, takim wzmacniającym płynem. Dzięki temu jest na tyle mocna, a jednocześnie na tyle lekka, że umożliwia latanie.

– A czy samolot, którym polecimy, też jest zrobiony z materiału?

– Tak, ale proszę się nie martwić, panno… Anne. Zapewniam cię, że jest absolutnie bezpieczny.

– Ależ tak, oczywiście, jestem tego pewna. – Chciałam mu wytłumaczyć, że się nie boję. Jakże mogłabym się bać? Nie znałam nikogo, komu ufałabym bardziej niż Charlesowi Lindberghowi, chociaż dopiero co go poznałam. Komuż innemu miałabym zaufać, pragnąc wznieść się w niebo?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.