Zniknięcie słonia - Haruki Murakami - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 432 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 15 min

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zniknięcie słonia - Haruki Murakami

W tym zbiorze opowiadań, podobnie jak w Przygodzie z owcą i w Końcu Świata, Haruki Murakami powodowany geniuszem i odrobiną szaleństwa przypuszcza frontalny atak na normalność, zmieniając i całkowicie dowolnie kształtując rzeczywistość. Ptak nakręcacz każdego dnia nakręca sprężynę świata. Pracownik działu kontroli jakości doznaje olśnienia, patrząc na kangury, i dowiaduje się, czym jest wielka niekompletność. W ciało robotnika z fabryki słoni wnika od dawna poszukiwany przez policję tańczący karzeł. Atak irracjonalnego głodu powoduje, że młode małżeństwo dokonuje nocnego napadu na bar McDonalda. Dziewczyna odkrywa, że budzący grozę zielony zwierz, który rozkopuje ogródek, jest w niej zakochany, a ona nie potrafi mu się oprzeć.

Śmieszne, niezwykłe, wyjątkowe - wszystkie opowiadania zebrane w antologii „Zniknięcie słonia" są dowodem, że Haruki Murakami, mistrz formy, umie z całkowitą swobodą przekroczyć wszelkie granice między światem powieściowym i realnym.

Opinie o ebooku Zniknięcie słonia - Haruki Murakami

Fragment ebooka Zniknięcie słonia - Haruki Murakami








Haruki Murakami

Zniknięcie słonia


Tytuł oryginału: Zo no shometsu

Tytuł zbioru wydanego w języku angielskim: The Elephant Vanishes

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Anna Pol

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Irma Iwaszko

© 1993 by Haruki Murakami

Polskie tłumaczenia opowiadań z tego zbioru zostały oparte na wersjach, które ukazały się w „Dziełach zebranych Harukiego Murakamiego 1979–1989” (I) (Murakami Haruki zensakuhin 1979–1989, Kodansha 1993) oraz „Dziełach zebranych Harukiego Murakamiego 1990–2000” (II) (Murakami Haruki zensakuhin 1990–2000, Kodansha 2004)

Oryginalne tytuły opowiadań:

Nejimakidori to kayobi no onnatachi (I, t. 8)

Pan’ya saishugeki (I, t. 8)

Kangaru tsushin (I, t. 3)

Shigatsu no hareta asa ni 100 pasento no onna

no ko ni deau koto ni tsuite (I, t. 5)

Nemuri (I, t. 8)

Roma teikoku no hokai, 1881 nen no indian hoki,

Hittora no Porando shinnyu, soshite kyofu sekai (I, t. 8)

Redahozen (I, t. 5)

Naya o yaku (I, t. 3)

Midori no kemono (II, t. 3)

Famiri afea (I, t. 8)

Mado (I, t. 5)

TV pipuru (II, t. 1)

Chugokuyuki suroboto (I, t. 3)

Odoru kobito (I, t. 3);

Gogo no saigo no shibafu (I, t. 3)

Chinmoku (I, t. 5)

Zo no shometsu (I, t. 8)

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2012

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-7758-298-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2012

Wydanie I


Ptak nakręcacz i wtorkowe kobiety1

Kiedy ta kobieta zadzwoniła, akurat stałem w kuchni, pilnując makaronu. Już prawie dochodził, a ja pogwizdywałem uwerturę do Sroki złodziejki Rossiniego, wtórując stacji radiowej FM. Była to idealna muzyka do dogotowywania makaronu.

Usłyszałem telefon. Najpierw pomyślałem, że go zignoruję i będę dalej gotował. Makaron dochodził, a Claudio Abbado właśnie w tej chwili doprowadzał Londyńską Orkiestrę Symfoniczną do muzycznej doskonałości. W końcu jednak zmniejszyłem płomień i z pałeczkami w prawej dłoni poszedłem do pokoju, żeby podnieść słuchawkę. Postanowiłem odebrać, bo pomyślałem, że może dzwoni przyjaciel w sprawie nowej pracy.

– Proszę o dziesięć minut – oznajmił bez żadnego wstępu kobiecy głos.

– Słucham? – zapytałem zdziwiony. – Co pani powiedziała?

– Powiedziałam, że proszę pana o dziesięć minut – powtórzyła.

Zupełnie nie znałem tego głosu. Mam doskonałą pamięć do głosów, więc na pewno się nie myliłem. Należał do nieznanej mi kobiety. Niski, miękki i mało charakterystyczny.

– Przepraszam, ale pod jaki numer pani dzwoni? – zapytałem uprzejmie.

– To nie ma znaczenia. Potrzebne mi tylko dziesięć minut. Myślę, że to wystarczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli – wyrzuciła kobieta jednym tchem.

– Żebyśmy się zrozumieli?

– Tak. Zrozumieli, co czujemy – odrzekła zwięźle.

Odchyliłem się i zajrzałem do kuchni przez otwarte drzwi. Nad garnkiem z makaronem unosiła się przyjemna biała para, a Abbado dalej dyrygował Sroką złodziejką.

– Przepraszam panią, ale teraz gotuję makaron. Już dochodzi, więc jeśli będę z panią dziesięć minut rozmawiał, na pewno się zmarnuje. Rozłączmy się, dobrze?

– Makaron? – zapytała zrezygnowana. – Przecież jest pół do jedenastej. Dlaczego gotuje pan makaron o pół do jedenastej rano? Nie uważa pan, że to dziwne?

– Może dziwne, a może i nie, co to panią obchodzi? – powiedziałem. – Właściwie nie jadłem śniadania, więc już zgłodniałem. Sam go sobie gotuję i sam będę jadł. Mogę chyba jeść, co chcę i kiedy chcę?

– Tak, tak, mniejsza o to. No to na razie się wyłączam – odrzekła kobieta głosem tak pozbawionym wyrazu, że sprawiał wrażenie nasiąkniętego olejem. Miała przedziwny głos. Jego ton całkowicie się zmieniał pod wpływem każdego wahania nastroju, zupełnie jakby jakimś przyciskiem zmieniała częstotliwość. – Zadzwonię później.

– Chwileczkę – powiedziałem pośpiesznie. – Jeśli próbuje pani mi coś sprzedać, nic z tego nie będzie, choćby nie wiem ile razy pani dzwoniła. Jestem teraz bezrobotny i nie stać mnie na żadne zakupy.

– Wiem o tym, niech się pan nie martwi.

– Wie pani? Co pani wie?

– Że jest pan bezrobotny. Wiem o tym. Więc niech pan lepiej szybko dogotuje swój drogocenny makaron.

– A pani właściwie… – zacząłem, ale kobieta się rozłączyła. Zupełnie nagle i bez uprzedzenia.

Stałem tak, patrząc na słuchawkę pełen uczuć, którym nie mogłem dać upustu. Wkrótce jednak przypomniałem sobie o makaronie i poszedłem do kuchni. Wyłączyłem gaz, odcedziłem makaron i potem polałem go na talerzu sosem pomidorowym podgrzanym wcześniej w rondelku. Z powodu tego głupiego telefonu makaron nie był już al dente, ale dało się go jeszcze uratować, a poza tym byłem zbyt głodny, żeby się czepiać takich szczegółów jak twardość makaronu. Słuchając muzyki z radia, powoli do ostatniej nitki spożyłem tych 250 gramów makaronu.

Umyłem talerz oraz garnek, w tym czasie ugotowałem wodę i zaparzyłem herbatę z torebki. Pijąc, zastanawiałem się nad rozmową z nieznaną kobietą.

Żebyśmy się zrozumieli?

Po co w ogóle do mnie zadzwoniła? Kim ona jest?

Wszystko kryło się w mroku tajemnicy. Nie wiedziałem, dlaczego jakaś kobieta miałaby do mnie dzwonić, nie podając nazwiska, i nie miałem pojęcia, co chciała mi powiedzieć.

Tak czy inaczej, myślałem, nie mam ochoty razem z obcą kobietą próbować zrozumieć, co nawzajem czujemy. To mi się na nic nie zda. W tej chwili najbardziej potrzebna mi jest nowa praca. I stworzenie dla siebie jakiegoś nowego trybu życia.

Usiadłem znów na kanapie w salonie i próbowałem zabrać się do czytania pożyczonej z biblioteki powieści Lena Deightona, lecz spoglądałem co pewien czas na telefon. Męczyła mnie myśl o tym, o co mogło jej chodzić, gdy mówiła o „zrozumieniu się nawzajem w dziesięć minut”. Właściwie jak można się zrozumieć w dziesięć minut?

Na samym początku wyraźnie powiedziała, że chodzi o dziesięć minut, i wydawała się dosyć pewna tego czasowego ograniczenia, które sama sobie wyznaczyła. Być może dziewięć minut to za mało, a jedenaście okazałoby się za wiele. Tak samo jak w przypadku gotowania makaronu al dente…

Gdy tak sobie w roztargnieniu rozmyślałem, przestałem rozumieć, o co chodzi w powieści, więc zrobiłem krótką gimnastykę i postanowiłem zabrać się do prasowania koszul. Od dawna, kiedy mam w głowie zamęt, prasuję koszule.

Proces prasowania dzielę na dwanaście etapów. Zaczynam od prawej strony kołnierzyka (1), a kończę na mankiecie lewego rękawa (12). Nigdy nie zmieniam kolejności. Prasuję po kolei, odliczając etapy jeden po drugim. Jeśli tak tego nie robię, nic z prasowania nie wychodzi.

Uprasowałem trzy koszule, ciesząc się dźwiękiem pary wypuszczanej przez żelazko i charakterystycznym zapachem prasowanej bawełny, upewniłem się, że na koszulach nie ma zmarszczek, i powiesiłem je na wieszaku. Wyłączyłem żelazko, schowałem je razem z deską do szafy i wtedy uświadomiłem sobie, że nieco rozjaśniło mi się w głowie.

Miałem ochotę napić się wody i ruszyłem w stronę kuchni, gdy telefon znów zadzwonił. O rany, pomyślałem. Zawahałem się, czy iść dalej do kuchni, czy wrócić do salonu, ale w końcu postanowiłem odebrać. Jeśli to znów ona, powiem, że właśnie prasuję, i się rozłączę.

Okazało się, że dzwoni żona. Zegar na telewizorze wskazywał pół do dwunastej.

– Jak się masz? – zapytała.

– Dobrze – odpowiedziałem z ulgą.

– Co robisz?

– Prasowałem.

– Coś się stało? – W jej głosie był leciutki ton napięcia. Dobrze wie, że kiedy jestem skołowany, prasuję.

– Nie, po prostu prasowałem. Nic szczególnego się nie stało. – Usiadłem na krześle i przełożyłem słuchawkę z lewej ręki do prawej. – A dlaczego dzwonisz?

– Chodzi o pracę. Być może będę miała dla ciebie niewielką pracę.

– Uhm?

– Umiesz pisać wiersze?

– Wiersze? – powtórzyłem zdziwiony. Wiersze? Co znowu za „wiersze”?

– Znajoma redakcja wydaje między innymi magazyn literacki dla dziewcząt i szukają kogoś, kto mógłby wybierać spośród nadesłanych przez czytelniczki wierszy te nadające się do druku i redagować je. Chcą też co miesiąc wiersz na pierwszą stronę. Jak na taką lekką pracę nieźle płacą. Oczywiście to tylko praca na zlecenie, ale jeżeli byliby zadowoleni, być może daliby ci też jakieś prace edytorskie i…

– Lekka praca? – powiedziałem. – Poczekaj chwileczkę. Ja szukam pracy związanej z prawem. Skąd ci się nagle wzięło redagowanie wierszy?

– Przecież mówiłeś, że coś pisałeś w liceum.

– W gazetce. W gazetce szkolnej. Która klasa wygrała turniej piłki nożnej albo że nauczyciel fizyki przewrócił się na schodach i wylądował w szpitalu. Tylko takie głupawe artykuliki. Nie wiersze. Nie umiem pisać wierszy.

– Ale to mają być wiersze dla licealistek. Nie muszą być wspaniałe. Nie mówię, że masz pisać poezję jak Allen Ginsberg. Wystarczy, że coś tam byle jak napiszesz.

– Wcale nie umiem pisać wierszy ani byle jakich, ani żadnych innych – uciąłem. Skąd niby miałbym umieć.

– No tak – powiedziała z żalem moja żona. – Ale nie zapowiada się, żebyś znalazł pracę związaną z prawem, prawda?

– Rozmawiałem z wieloma osobami. W tym tygodniu ktoś powinien się ze mną skontaktować, a jeśli nic z tego nie wyjdzie, wtedy dopiero się zastanowię.

– Tak? No dobrze, niech ci będzie. A właśnie, co dziś jest?

– Wtorek – powiedziałem, zastanowiwszy się przez chwilę.

– To czy mógłbyś iść do banku i zapłacić za gaz i telefon?

– Zaraz idę kupić coś na kolację, więc po drodze wstąpię do banku.

– A co będzie na kolację?

– Hm, nie wiem. Jeszcze się nie zdecydowałem. Pójdę po zakupy i pomyślę.

– Słuchaj – powiedziała żona, zmieniając ton – pomyślałam sobie, że nie musisz chyba specjalnie szukać pracy.

– Dlaczego? – zapytałem zdziwiony po raz kolejny. Zdawało się, że wszystkie kobiety na świecie postanowiły mnie dziś przez telefon zadziwić. – Dlaczego nie muszę szukać pracy? Za trzy miesiące kończy mi się zasiłek dla bezrobotnych. Nie mogę przecież nic nie robić.

– Ale ja więcej teraz zarabiam, ta dodatkowa praca też dobrze idzie, mamy oszczędności, jeżeli nie będziemy rozrzutni, na życie nam wystarczy.

– I ja zajmowałbym się domem?

– Nie chciałbyś?

– Nie wiem – odparłem szczerze. Nie wiedziałem. – Zastanowię się.

– Zastanów się – powiedziała żona. – A kot nie wrócił?

– Kot? – powtórzyłem i zdałem sobie sprawę, że od rana ani razu nie pomyślałem o kocie. – Nie, jeszcze nie wrócił.

– Mógłbyś poszukać w sąsiedztwie? Nie ma go już od czterech dni.

Mruknąłem coś w odpowiedzi i przełożyłem słuchawkę do lewej ręki.

– Myślę, że pewnie jest w ogrodzie tego pustego domu na końcu uliczki. W tym ogrodzie z kamienną rzeźbą ptaka. Kilka razy go tam przedtem widziałam. Wiesz gdzie?

– Nie wiem. A kiedy ty sama chodziłaś tą uliczką? Do tej pory nigdy o tym nie…

– Słuchaj, przepraszam, ale muszę się rozłączyć. Muszę wracać do pracy. Proszę, poszukaj kota. – Rozłączyła się.

Popatrzyłem przez chwilę na słuchawkę, a potem ją odłożyłem.

Zaskoczyło mnie, że żona w ogóle wie o „uliczce”. Aby się tam dostać, trzeba przeleźć nad ogrodzeniem z betonowych płyt stanowiącym ścianę naszego ogrodu, a nie ma tam przecież nic wartego takiego wysiłku.

Poszedłem do kuchni, napiłem się wody, włączyłem stację FM i obciąłem paznokcie. Nadawali akurat w całości nowy album Roberta Planta. Po dwóch utworach rozbolały mnie uszy, więc wyłączyłem radio. Potem wyszedłem na werandę i zajrzałem do kociej miski. Kupka suszonych sardynek, którą tam wczoraj wieczorem włożyłem, leżała nieruszona. Więc kot jednak nie wrócił.

Stałem na werandzie i patrzyłem na nasz ogródek oświetlony ciepłymi promieniami wczesnego lata. Patrzyłem, choć nie był to ogród, którego widok wypełniał serce radością. Słońce dochodziło tu jedynie przez krótki czas, więc ziemia zawsze była czarna i wilgotna, w rogu rosły tylko dwa czy trzy nędzne krzaki hortensji, za którymi nie przepadałem.

Z pobliskiego zagajnika dobiegał głos ptaka, monotonny i przenikliwy, jak zgrzyt śruby służącej do nakręcania czegoś. Nazywaliśmy go ptakiem nakręcaczem. Żona tak go nazwała. Nie wiedzieliśmy, jak się naprawdę nazywa. Nie wiedzieliśmy też, jak wygląda, choć przylatywał co dzień do tego zagajnika i nakręcał sprężynę naszego spokojnego świata.

Właściwie dlaczego muszę szukać tego kota?, zastanawiałem się, słuchając ptaka nakręcacza. A poza tym, co miałbym zrobić, nawet gdybym go znalazł? Miałbym go przekonać, żeby wrócił do domu? Prosić: „Słuchaj, wszyscy się o ciebie martwią, więc może byś wrócił?”.

O rany, pomyślałem. W rzeczy samej „O rany!”. Niech sobie kot idzie, gdzie chce, i żyje, jak chce. Co ja tu robię, mając już trzydzieści lat? Piorę, obmyślam menu na kolację i szukam kota.

Kiedyś, myślałem, byłem normalnym człowiekiem, pełnym ambicji i nadziei. W liceum przeczytałem biografię Clarence’a Darrowa i zapragnąłem zostać prawnikiem. Stopnie też miałem niezłe. W trzeciej klasie liceum zająłem drugie miejsce w plebiscycie, kto zrobi największą karierę. I dostałem się na wydział prawa na stosunkowo dobrym uniwersytecie. Ale gdzieś po drodze coś się zwichrowało.

Siedząc przy kuchennym stole z brodą podpartą na dłoniach, zastanawiałem się nad tym – nad tym kiedy i gdzie właściwie zwichrował się kurs mojego życia. Nie wiedziałem. Nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Nie zniechęciłem się ruchami studenckimi, nie rozczarowałem się uczelnią, nie uganiałem się szczególnie za dziewczynami. Żyłem zupełnie zwyczajnie jako ja. Ale kiedy przyszedł moment ukończenia studiów, pewnego dnia nagle zauważyłem, że nie jestem już tym samym człowiekiem co kiedyś.

Na pewno to odchylenie było na początku maleńkie, niedostrzegalne gołym okiem. Lecz wraz z upływem czasu powiększało się, aż wkrótce powiększyło się tak, że nie widać już było tej postaci, którą miałem się stać. Gdyby porównać je do systemu słonecznego, pewnie powinienem być teraz gdzieś między Saturnem a Uranem. Jeszcze trochę i dostrzegę Pluton. A potem… co było dalej? – zastanawiałem się.

W lutym odszedłem z kancelarii adwokackiej, w której od dawna pracowałem. Nie było ku temu żadnej szczególnej przyczyny. Nie mogę powiedzieć, że praca mi nie odpowiadała, choć rzeczywiście nie była pasjonująca. Pensję miałem niezłą, a w biurze panowała przyjemna atmosfera.

Moja praca sprowadzała się do roli wyspecjalizowanego chłopca na posyłki. Jak na mnie spisywałem się całkiem nieźle. Może sam nie powinienem tak o sobie mówić, ale jestem bardzo efektywny w wykonywaniu konkretnych zadań. Szybko pojmuję, o co chodzi, jestem energiczny, nie narzekam i trzeźwo myślę. Dlatego kiedy powiedziałem, że chcę zrezygnować z pracy, starszy partner – to znaczy ojciec, gdyż firma składała się z dwóch prawników: ojca i syna – zaproponował mi nawet podwyżkę.

W końcu jednak i tak odszedłem. Sam nie bardzo wiedziałem dlaczego. Nie miałem żadnych konkretnych nadziei ani perspektyw na przyszłość. Nie pociągała mnie też myśl o ponownym zamknięciu się w domu i uczeniu się do egzaminu prawniczego, a przede wszystkim nie miałem już ochoty być adwokatem.

Kiedy raz przy kolacji nagle rzuciłem: „Zastanawiam się nad odejściem z pracy”, żona powiedziała tylko „uhm”. Nie wiedziałem, co to „uhm” miało znaczyć, ale przez dłuższą chwilę się nie odzywała.

Ja także siedziałem w milczeniu, a wtedy żona stwierdziła: „Jeśli chcesz odejść, to chyba lepiej odejść. To przecież twoje życie, możesz robić, co chcesz”. Nie powiedziała nic więcej, skupiła się na wyjmowaniu pałeczkami ości z ryby i układaniu ich na brzegu talerza.

Żona pracowała w biurze szkoły projektowania i zarabiała nie najgorzej. Do tego zaprzyjaźnieni redaktorzy podrzucali jej niewielkie zlecenia na prace ilustratorskie. Dochody z tego też były nie do pogardzenia. Ja po odejściu z pracy miałbym przez pewien czas prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych, a poza tym mógłbym zajmować się domem i zostałoby nam jeszcze na dodatkowe wydatki, jak jedzenie w restauracjach czy oddawanie rzeczy do pralni, więc nasz poziom życia prawie by się nie zmienił w porównaniu z tym, kiedy pracowałem i dostawałem pensję.

Dlatego zrezygnowałem z pracy.

O pół do pierwszej jak zawsze poszedłem po zakupy z dużą płócienną torbą na ramieniu. Najpierw wstąpiłem do banku i zapłaciłem za gaz oraz telefon, w supermarkecie zrobiłem zakupy na kolację, zjadłem w McDonaldzie cheeseburgera i wypiłem kawę.

Telefon zadzwonił, gdy po powrocie z zakupów wkładałem jedzenie do lodówki. Wydawało mi się, że w dzwonku brzmi straszna irytacja. Położyłem na stole do połowy odpakowane z plastiku tofu, wszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę.

– Już pan skończył z makaronem? – zapytała tamta kobieta.

– Skończyłem – odparłem. – Ale teraz muszę iść szukać kota.

– Szukanie kota może chyba poczekać dziesięć minut?

– No tak. Jeśli to tylko dziesięć minut.

Co ja robię, pomyślałem. Dlaczego mam rozmawiać przez dziesięć minut z kobietą, o której nic nie wiem.

– A więc się zrozumiemy? – zapytała cicho. Czułem, że po drugiej stronie słuchawki powoli poprawia się na krześle i zakłada nogę na nogę, choć nie miałem pojęcia, jak wygląda.

– No nie wiem – odrzekłem. – Zdarza się, że ludzie nie mogą się zrozumieć, będąc razem dziesięć lat.

– Chce pan spróbować? – zapytała.

Zdjąłem zegarek, nastawiłem stoper i włączyłem. Cyfry zmieniały się, aż ukazało się 10. Tak minęło dziesięć sekund.

– Dlaczego ja? – zapytałem. – Dlaczego dzwonisz akurat do mnie, nie do kogoś innego?

– Mam powody – odpowiedziała, starannie i powoli wypowiadając słowa, jakby powoli przeżuwała jedzenie. – Ja cię znam.

– Od kiedy? Skąd? – zapytałem.

– Od kiedyś, skądś – odparła. – Ale to nie ma znaczenia. Ważne jest teraz, prawda? Gdybym zaczęła teraz ci to wszystko opowiadać, zabrakłoby nam czasu.

– Dowiedź tego jakoś. Dowiedź, że mnie znasz.

– Na przykład jak?

– Ile mam lat?

– Trzydzieści – odpowiedziała natychmiast. – Trzydzieści lat i dwa miesiące. Czy to wystarczy?

Milczałem. Chyba naprawdę mnie zna, ale jej głos z nikim mi się nie kojarzył, choć próbowałem go sobie przypomnieć. Nigdy nie zapominałem ani mylnie nie rozpoznawałem głosów. Nawet jeśli zapominam czyjąś twarz albo nazwisko, głos wyraźnie pamiętam.

– To teraz mnie sobie wyobraź – powiedziała kobieta uwodzicielsko. – Na podstawie głosu. Jaka jestem? Zdaje się, że jesteś w tym dobry?

– Sam nie wiem.

– Spróbuj.

Spojrzałem na zegar. Minęła dopiero minuta i pięć sekund. Westchnąłem zrezygnowany. Zgodziłem się. Skoro się zgodziłem, muszę jakoś dotrwać do końca. Rzeczywiście tak jak mówiła, to był kiedyś mój specjalny talent – skupianie się na głosie rozmówcy.

– Dobiegasz trzydziestki, skończyłaś studia, urodzona w Tokio, wychowałaś się w rodzinie trochę powyżej klasy średniej – powiedziałem.

– Zaskoczyłeś mnie – rzuciła i zaraz obok słuchawki zapaliła zapalniczką papierosa. Pstryknęła jak zapalniczka Cartier. – Powiedz więcej.

– Jesteś dość ładna. A przynajmniej sama tak uważasz. Ale masz kompleksy. Że jesteś za niska albo masz za małe piersi, coś takiego.

– Jesteś bliski prawdy – powiedziała, chichocząc.

– Jesteś mężatką. Jednak niezbyt dobrze się wam układa. Macie problemy. Bo kobieta, która nie ma problemów, nie dzwoniłaby do mężczyzny, nie podając nawet nazwiska. Ale ja cię nie znam. Nigdy z tobą nie rozmawiałem. Próbuję sobie wyobrazić, ale twój obraz nie pojawia mi się przed oczami.

– Ciekawe, czy to prawda – powiedziała tak cicho, jakby wbijała mi w głowę miękki klin. – Jesteś aż tak pewny swoich umiejętności? Nie sądzisz, że masz gdzieś w pamięci jakieś nieodwracalne białe plamy? Nie sądzisz, że w przeciwnym wypadku byłbyś teraz normalniejszym człowiekiem? Ktoś z twoją inteligencją i zdolnościami…

– Przeceniasz mnie. Nie wiem, jak ty, ale ja nie jestem wcale taki wspaniały. Brakuje mi umiejętności doprowadzania rzeczy do końca. Dlatego ciągle zbaczam z drogi.

– Ale ja kiedyś cię kochałam. To było dawno temu.

– Czyli rozmawiamy o tym, co było dawno?

Dwie minuty i pięćdziesiąt trzy sekundy.

– Nie bardzo dawno. Nie rozmawiamy o historii.

– Ależ rozmawiamy o historii.

Białe plamy, pomyślałem. Może rzeczywiście ma rację. Może gdzieś w głowie, w ciele i w moim jestestwie jest utracony podziemny świat, i to on delikatnie wichruje mój sposób życia.

Nie, nie delikatnie. W znacznym stopniu. W takim, że nie da się nad tym zapanować.

– Leżę teraz w łóżku – odezwała się kobieta. – Wzięłam przed chwilą prysznic i nic na sobie nie mam.

O, rany!, pomyślałem. Nic na sobie nie ma. Zupełnie jak płatny seks przez telefon.

– Czy mam włożyć bieliznę? A może lepiej pończochy? Wolałbyś to?

– Wszystko mi jedno. Nakładaj sobie, co chcesz. Ale przepraszam cię, mnie nie interesują tego typu rozmowy telefoniczne.

– Wystarczy dziesięć minut. Tylko dziesięć minut. Przecież poświęcenie mi dziesięciu minut nie będzie dla ciebie niepowetowaną stratą, prawda? O nic więcej nie proszę. Chyba możesz po starej znajomości. W każdym razie odpowiedz mi. Czy wolisz, żebym była naga, czy powinnam coś na siebie włożyć? Mam różne rzeczy. Pas do pończoch albo…

Pas do pończoch?, pomyślałem. Chyba zwariuję. W dzisiejszych czasach pasy do pończoch noszą chyba tylko modelki magazynu „Penthouse”.

– Możesz zostać naga. Nie musisz nic wkładać – powiedziałem.

Już cztery minuty.

– Włosy łonowe mam jeszcze mokre – powiedziała. – Niezbyt dokładnie wytarłam ręcznikiem. Dlatego są jeszcze mokre. Ciepłe i zupełnie mokre. Bardzo miękkie. Bardzo czarne i miękkie. Pogłaszcz je.

– Przepraszam, ale…

– Pod nimi też jest ciepło. Jak ciepły budyń. Bardzo ciepło. Naprawdę. Jak myślisz, co ja teraz robię? Zgięłam prawą nogę w kolanie, a lewą odgięłam. Wygląda to jak wskazówki zegara ustawione na pięć po dziesiątej.

Po tonie jej głosu poznałem, że nie kłamie. Naprawdę ustawiła nogi w pozycji pięć po dziesiątej, a jej wagina jest ciepła i wilgotna.

– Pogłaszcz wargi. Powoli. A teraz rozchyl. Też powoli. Głaszcz powoli opuszką palca. Tak, bardzo powoli. A drugą ręką ściśnij moją lewą pierś. Głaszcz delikatnie od dołu i lekko drażnij sutek. Rób to wiele razy, aż doprowadzisz mnie do orgazmu.

Odłożyłem słuchawkę, nic nie mówiąc. Potem położyłem się na kanapie i wpatrując się w sufit, zapaliłem papierosa. Stoper zatrzymał się na pięciu minutach i dwudziestu trzech sekundach.

Zamknąłem oczy i otoczyła mnie ciemność, pomalowana różnymi kolorami, byle jak, jeden na drugim.

Dlaczego? – zastanawiałem się. Dlaczego wszyscy nie mogą zostawić mnie w spokoju?

Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy telefon znowu zadzwonił, ale tym razem nie podniosłem słuchawki. Zadzwonił piętnaście razy i umilkł, a wtedy pokój wypełniła głęboka cisza, wydawało się, że grawitacja utraciła równowagę. Przesiąknięta zimnem jak kamień, który pięćset tysięcy lat temu został uwięziony w lodowcu. Tych piętnaście dzwonków kompletnie zmieniło charakter otaczającego mnie powietrza.

Trochę przed drugą przelazłem przez ogrodzenie z betonowych płyt i znalazłem się na uliczce. Nazywam tak to miejsce, ale to nie jest uliczka w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Sam nie wiem, jak ją właściwie nazwać. Ściśle mówiąc, nie jest to nawet dróżka. Dróżka jest korytarzem wiodącym w określone miejsce, ma wejście i wyjście, a ta uliczka nie ma wejścia ani wyjścia, jest zablokowana z obu stron, z jednej betonowym ogrodzeniem, z drugiej siatką, nie jest nawet ślepą uliczką, bo ślepa uliczka też ma przynajmniej wejście. Okoliczni mieszkańcy tylko dla uproszczenia od dawna nazywają ten krótki odcinek „uliczką”. Uliczka w pewnym sensie spina tylne ściany ogrodów za domami i ciągnie się około dwustu metrów. Ma trochę ponad metr szerokości, lecz wystające płoty i składowane gdzieniegdzie różne sprzęty sprawiają, że w kilku miejscach trzeba przeciskać się bokiem.

Podobno – słyszałem to od wuja, który życzliwie wynajmuje nam bardzo tanio dom – dawniej uliczka miała i wejście, i wyjście. Pełniła funkcję skrótu łączącego dwie ulice. Jednak w okresie szybkiego rozwoju ekonomicznego na wszystkich kiedyś pustych parcelach po obu stronach zaczęły stawać jeden przy drugim nowe domy, uliczka, ściśnięta przez nie, bardzo się zwęziła, a ponieważ mieszkańcy nie lubili, gdy ktoś im ciągle przechodził obok domu albo wzdłuż ściany ogrodu, została dyskretnie zablokowana.

Zasłonięto ją najpierw niewielkim płotkiem, potem ktoś powiększył sobie ogród i postawiwszy ogrodzenie z betonowych płyt, całkiem zablokował jeden wylot. W odpowiedzi na to drugi koniec zagrodzono mocną metalową siatką, tak by nawet psy nie mogły się przecisnąć. Mieszkańcy i przedtem rzadko tędy chodzili, więc nikt nie narzekał, gdy uliczka została z obu stron zablokowana, uważano nawet, że pomoże to zapobiec kradzieżom. W rezultacie porzucono ją jak jakiś nieużywany kanał, nikt z niej nie korzystał i pełniła jedynie funkcję strefy buforowej między dwoma rzędami domów. Porosła chwastami i wypełniły ją lepkie pajęczyny, w których pająki czyhały na owady.

Nie mogłem zrozumieć, w jakim celu moja żona przychodziła wielokrotnie w takie miejsce. Ja sam byłem tu tylko raz, a przecież ona jeszcze do tego nie lubiła pająków.

Lecz kiedy próbowałem się nad tym zastanawiać, głowę wypełnił mi chyba jakiś sprężysty gaz. W skroniach czułem straszną ociężałość. Źle spałem, poza tym było za gorąco jak na początek maja i do tego ten dziwny telefon.

Wszystko jedno, pomyślałem. Spróbuję poszukać kota. Nad resztą później się zastanowię. Sto razy wolę sobie pospacerować, niż czekać w domu, aż zadzwoni telefon. Przynajmniej zajmę się czymś, co ma jakiś cel.

Ostre słońce wczesnego lata pokryło ziemię siateczką cieni rzucanych przez wystające gałęzie, unoszące się ponad moją głową. Cienie były nieruchome i pewnie dlatego, że nie wiało, wyglądały jak rozrzucone po ziemi nieusuwalne plamy. Może Ziemia będzie się dalej obracała wokół Słońca z tymi drobnymi plamami, aż rok stanie się pięciocyfrowy.

Kiedy przechodziłem pod gałęziami, te drobne cienie zaczęły pełznąć szybko po moim szarym podkoszulku, aż znowu wróciły na ziemię.

Nie dobiegał tu żaden dźwięk, zdawało się, że słychać oddech oświetlonych słońcem, pojedynczych ździebełek trawy. Na niebie unosiło się kilka chmurek. Były tak wyraźnie zarysowane, że przypominały kształtem chmury z tła średniowiecznych drzeworytów. Wszystko wokół miało ostre kontury, tak że własne ciało zdało mi się czymś nieograniczonym, pozbawionym kształtu. Było mi też strasznie gorąco.

Miałem na sobie podkoszulek, cienkie bawełniane spodnie i tenisówki, ale czułem, że idąc przez dłuższy czas w słońcu, spociłem się lekko pod pachami i na piersi. Dziś rano wyciągnąłem te spodnie i podkoszulek z pudła z letnimi rzeczami i kiedy brałem głębszy oddech, silny zapach naftaliny wlatywał mi w nozdrza jak gromada maleńkich skrzydlatych owadów o zaostrzonych kształtach.

Szedłem powoli równomiernym krokiem, uważnie się rozglądając na wszystkie strony. Czasami zatrzymywałem się i cicho wołałem kota.

Domy stojące po obu stronach wyraźnie się różniły i dzieliły na dwie kategorie, wydawało się, że pomieszano ze sobą dwie ciecze o różnej gęstości. Do jednej należały stare domy o rozległych ogrodach, do drugiej stosunkowo niedawno zbudowane, mniejsze. Za tymi nowymi, ogólnie rzecz biorąc, nie było dużego terenu, który można by nazwać ogrodem, a niektóre nie miały nawet skrawka zieleni. W takich domach między krawędzią dachu a ogrodzeniem przy uliczce było zaledwie miejsce na dwa pręty do suszenia bielizny. Czasami wystawały aż na uliczkę i chwilami musiałem się przedzierać wzdłuż ręczników, koszul i prześcieradeł, z których jeszcze kapała woda. Z niektórych domów wyraźnie dobiegały odgłosy telewizorów i spuszczanej wody, czasami napływał zapach gotującego się sosu curry.

W odróżnieniu od nowych, ze starych domów nie dochodziły prawie żadne zapachy toczącego się życia. Te stare były odgrodzone płotami ze starannie rozmieszczonymi krzewami chińskiego jałowca, spomiędzy których można było dostrzec zadbane ogrody. Domy miały różne style. Były japońskie z długimi korytarzami, europejskie z pokrytymi patyną miedzianymi dachami, a były też nowoczesne, wyglądające na niedawno przebudowane, ale wszystkie łączyło to, że nie było w nich widać mieszkańców. Nie dochodziły z nich żadne dźwięki ani zapachy. Prawie nie było też suszącego się prania.

Pierwszy raz szedłem uliczką, tak dokładnie wszystko obserwując, więc ukazujące się przede mną widoki wydawały mi się bardzo świeże. W rogu jednego z ogrodów stała samotna choinka, pożółkła i uschnięta. W innym leżały rzędami wszelkie możliwe rodzaje zabawek, jak zebrane i wyrzucone pozostałości wielu dzieciństw. Dziecięce rowerki, kółka do rzucania, plastikowy miecz, gumowa piłka, zabawka w kształcie żółwia, mały kij baseballowy i drewniana ciężarówka. Był ogród z koszem do koszykówki, inny z eleganckimi krzesłami ogrodowymi i stołem z ceramicznym blatem. Wyglądało na to, że białe krzesła nie były od wielu miesięcy – a może od wielu lat – używane, gdyż pokrywała je gruba warstwa kurzu. Do stołu przywarły zmoczone deszczem fioletowe płatki magnolii.

W jednym z domów przez szklane drzwi w aluminiowej ramie widać było fragment pokoju. Stał tam zestaw mebli wypoczynkowych krytych skórą w kolorze wątróbki, duży telewizor i dekoracyjna szafka z przeszklonymi drzwiczkami (na niej akwarium z tropikalnymi rybami i jakieś dwa puchary), była też ozdobna lampa stojąca. Wyglądało to nierealnie, jak dekoracje do serialu telewizyjnego.

W jeszcze innym ogrodzie stała otoczona siatką ogromna buda dla dużego psa, którego zresztą w niej nie było. Wejście stało otworem, a siatka była tak powyginana i powypychana, jakby ktoś się o nią przez wiele miesięcy opierał.

Pusty dom, o którym wspomniała żona, znajdował się trochę dalej, za domem z psią klatką. Od razu wiedziałem, że jest niezamieszkany. Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że jest pusty, i to pusty od dawna, nie od dwóch czy trzech miesięcy. Był stosunkowo nowy, piętrowy, lecz zamknięte drewniane okiennice wyglądały na zniszczone, a metalowe balustrady przy oknach na piętrze pokrywała rdza i zdawało się, że mogą w każdej chwili odpaść. W niewielkim ogródku rzeczywiście znajdował się kamienny posąg przedstawiający ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Posąg stał na cokole sięgającym mi mniej więcej do piersi, ale otaczały go chwasty, szczególnie nawłoć, której łodygi tak wyrosły, że dotykały nóg ptaka. Wydawało się, że ten ptak – nie wiedziałem, co to za gatunek – rozpostarł skrzydła, chcąc jak najszybciej odlecieć, bo ta sytuacja go zirytowała.

Prócz posągu w ogrodzie nie było innych elementów dekoracyjnych. Pod wystającym okapem przy ścianie domu stały obok siebie dwa stare plastikowe leżaki, a obok nich rosła obsypana kwiatami azalia. Były jasnoczerwone, ich kolor zdawał się dziwnie nierealny. Poza tym wszędzie pleniły się jedynie chwasty.

Oparłem się o sięgający mi do piersi parkan z metalowej siatki i przez pewien czas wpatrywałem się w ogród. Mógłby bardzo spodobać się kotu, lecz nigdzie go nie dostrzegłem. Na sterczącej z dachu antenie telewizyjnej przycupnął gołąb i okolicę wypełniło jego monotonne gruchanie. Rozproszony na drobne fragmenty cień kamiennego ptaka padał na rosnące wszędzie chwasty.

Wyjąłem z kieszeni papierosa, zapaliłem zapałką i zaciągnąłem się, oparty o ogrodzenie. Przez ten czas gołąb dalej siedział na antenie i równie monotonnie gruchał.

Skończyłem palić, rzuciłem niedopałek na ziemię, rozdeptałem i dalej jeszcze tam stałem. Sam nie wiem, jak długo tkwiłem tak oparty o siatkę. Strasznie mi się chciało spać, w głowie miałem mgłę i gapiłem się tylko bezmyślnie na cień tego posągu ptaka.

A może jednak o czymś myślałem? Ale nawet jeśli tak było, ta operacja musiała się dokonywać w jakimś miejscu oddalonym od terenu mojej świadomości. Dla człowieka z zewnątrz wyglądałem jak ktoś, kto wpatruje się jedynie w cień ptaka na trawie.

Mam wrażenie, że w ten cień wślizgnął się czyjś głos. Nie wiedziałem czyj. Ale był to głos kobiety. Zdawało się, że ktoś mnie woła.

Odwróciłem się i zobaczyłem piętnasto- albo szesnastoletnią dziewczynę stojącą w ogrodzie po drugiej stronie uliczki. Była drobna, włosy miała proste i krótkie. Nosiła ciemnozielone okulary przeciwsłoneczne w oprawce bursztynowego koloru i jasnoniebieski podkoszulek firmy Adidas z rękawami obciętymi nożyczkami. Szczupłe ramiona miała ładnie opalone, mimo że dopiero był maj. Jedną rękę wsadziła do kieszeni szortów, a drugą położyła na sięgającej jej do bioder bambusowej furtce, która nie stanowiła zbyt pewnego oparcia.

– Gorąco, prawda? – odezwała się dziewczyna.

– Tak, gorąco – odparłem.

O rany, pomyślałem. Dziś zwracają się do mnie same kobiety.

– Ma pan papierosa? – zapytała.

Wyciągnąłem z kieszeni spodni paczkę krótkich hope’ów i podałem jej. Ona zaś wyciągnęła rękę z kieszeni szortów, wyjęła z paczki papierosa, przyglądała mu się przez chwilę zdziwiona, a potem włożyła do ust. Usta miała małe z lekko wywiniętą górną wargą. Zapaliłem papierową zapałkę i podałem jej ogień. Gdy pochyliła głowę, wyraźnie zobaczyłem kształt jej ucha. Miała gładkie, ładne uszy, które zdawały się nowe, przed chwilą wymodelowane. Delikatny kontur ucha pokrywał lśniący puszek.

Dziewczyna z wprawą i satysfakcją palacza wypuściła dym przez stulone usta, a potem spojrzała na mnie, jakby nagle sobie o mnie przypomniała. W szkłach jej okularów odbiły się moje dwie twarze. Okulary były strasznie ciemne i do tego lustrzane, więc nie widziałem ukrytych za nimi oczu.

– Mieszka pan w sąsiedztwie? – zapytała.

– Tak – odparłem i wskazałem palcem w kierunku naszego domu, choć nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajduje, ponieważ prowadząca tu uliczka kilkakrotnie po drodze zakręciła pod dziwnymi kątami. Ale to nie miało większego znaczenia.

– Co pan tu tak długo robi?

– Szukam kota. Zniknął trzy albo cztery dni temu – powiedziałem, wycierając spoconą dłoń o spodnie. – Ktoś go widział w tej okolicy.

– Jaki to kot?

– Dość duży kocur. Pręgowany, brązowy, koniec ogona ma wygięty.

– Imię?

– Jakie imię?

– Imię kota. Ma chyba imię? – zapytała dziewczyna, wpatrując się we mnie nieruchomo zza okularów. To znaczy prawdopodobnie się wpatrywała.

– Noboru – odpowiedziałem. – Noboru Watanabe.

– Wspaniałe imię jak na kota.

– Tak się nazywa brat żony. Kot w czymś go przypomina, więc żartem tak go nazwaliśmy.

– W czym go przypomina?

– Ma podobne ruchy. Chód, śpiące spojrzenie, tego typu rzeczy.

Dziewczyna wreszcie się uśmiechnęła. Kiedy się śmiała, wyglądała znacznie bardziej dziecinnie niż na pierwszy rzut oka. Lekko wywinięta górna warga wystawała pod przedziwnym kątem.

Zdawało mi się, że słyszę głos mówiący „pogłaszcz”, ale był to głos tamtej kobiety w słuchawce telefonu, a nie tej dziewczyny. Otarłem pot z czoła.

– Pręgowany, brązowy kot z lekko wygiętym końcem ogona – powtórzyła dziewczyna, chcąc się upewnić. – Ma obrożę albo coś takiego?

– Ma czarną obrożę przeciw pchłom – powiedziałem.

Dziewczyna oparła dłoń o drewnianą furtkę i zamyśliła się na dziesięć, a może piętnaście sekund. Potem rzuciła wypalonego papierosa na ziemię.

– Czy może pan zadeptać? Ja jestem boso.

Starannie rozdeptałem niedopałek podeszwą tenisówki.

– Chyba widziałam tego kota – powiedziała, powoli oddzielając słowa. – Nie przyglądałam się, czy ogon miał wygięty, ale widziałam brązowego, pręgowanego kota, dużego, i zdaje się, że miał obrożę.

– A kiedy go widziałaś?

– Kiedy to mogło być? Widziałam go parę razy. Ostatnio ciągle się opalam w ogrodzie, więc trudno mi odróżnić poszczególne dni. To musiało być ze trzy czy cztery dni temu. Wszystkie okoliczne koty przechodzą przez nasz ogród, ciągle łażą w tę i z powrotem. Wszystkie przychodzą tu przez żywopłot z ogrodu państwa Suzukich i przez nasz ogród idą do ogrodu Miyawakich – mówiąc to, wskazała pusty dom naprzeciw. Kamienny ptak stał tam dalej z rozpostartymi skrzydłami, żółta nawłoć lśniła oświetlona słońcem wczesnego lata, a gołąb ciągle gruchał monotonnie na antenie telewizyjnej.

– Dziękuję za informację – powiedziałem.

– A może poczeka pan w naszym ogrodzie? Wszystkie koty i tak prędzej czy później tędy przechodzą w drodze do domu naprzeciw, a jeśli będzie pan tu za długo chodził i szukał, to ktoś może pomyśleć, że jest pan złodziejem, i zawiadomi policję. Już wiele razy tak było.

– Ale nie mogę przecież czekać na kota w domu obcych ludzi.

– Nie ma sprawy, nie musi się pan krępować. W domu i tak nikogo prócz mnie nie ma, strasznie mi się nudzi, bo nie mam z kim porozmawiać. Możemy się razem poopalać, czekając na przechodzące koty. Mogę się panu przydać, bo mam dobry wzrok.

Spojrzałem na zegarek. Była druga trzydzieści sześć. Dzisiaj musiałem już tylko zebrać przed zachodem słońca wysuszone pranie i przygotować kolację.

– No to skorzystam z twojej uprzejmości do trzeciej – powiedziałem, jeszcze nie w pełni ogarniając sytuację.

Otworzyłem drewnianą furtkę, wszedłem do ogrodu i ruszyłem po trawie za dziewczyną. Zauważyłem, że lekko powłóczy prawą nogą. Jej drobne ramiona kołysały się regularnie jak korba maszyny przesuwana w prawo. Przeszła kilka kroków i zatrzymała się, wskazując, bym szedł koło niej.

– W zeszłym miesiącu miałam wypadek – oznajmiła krótko. – Siedziałam z tyłu na motocyklu i zrzuciło mnie.

Pośrodku trawnika stały dwa płócienne leżaki. Na oparciu jednego z nich wisiał duży niebieski ręcznik, a na drugim leżały rozrzucone niedbale: czerwona paczka marlboro, popielniczka, zapalniczka, duże przenośne radio z magnetofonem i różne pisma. Z głośników radia dobiegały ciche tony nieznanego mi utworu hardrockowego.

Dziewczyna zrzuciła wszystko z leżaka na trawę, wskazała mi go zapraszająco i wyłączyła radio. Usiadłem i spomiędzy drzew spojrzałem na uliczkę i opuszczony dom po drugiej stronie. Widziałem też białego kamiennego ptaka, nawłoć i ogrodzenie z siatki. Pomyślałem, że dziewczyna musiała mnie stąd obserwować.

Ogród był przestronny i nieskomplikowany, lekko nachylony rozległy trawnik, tu i tam drzewa. Po lewej stronie leżaka znajdowało się spore oczko wodne z betonowym obrzeżem, ale ostatnio chyba nie było używane, bo wodę z niego wypuszczono, a słońce oświelało pokryte jasną zielenią dno, jakby było brzuchem jakiegoś wodnego zwierzęcia przewróconego na plecy. Z tyłu za drzewami widać było stary główny dom w stylu europejskim pełen eleganckich skosów. Niezbyt duży i nie wyglądał na specjalnie kosztowny, jedynie ogród był przestronny i starannie utrzymany.

– Dawniej dorabiałem sobie w firmie, która kosiła trawniki – powiedziałem.

– Tak? – rzekła dziewczyna bez większego zainteresowania.

– Utrzymanie takiego dużego ogrodu wymaga chyba wiele pracy – dodałem, rozglądając się dokoła.

– Przy pana domu nie ma ogrodu?

– Tylko mały. Zaledwie dwa czy trzy krzaki hortensji. Zawsze jesteś sama? – zapytałem.

– Uhm, tak. Koło południa jestem tu zawsze sama. Rano i późnym popołudniem przychodzi kobieta do pomocy, a poza tym jestem zawsze sama. Nie napiłby się pan czegoś zimnego? Mam piwo.

– Nie, dziękuję.

– Naprawdę? Proszę się nie krępować.

– Nie chce mi się pić – powiedziałem. – Nie chodzisz do szkoły?

– A pan nie chodzi do pracy?

– Nie mam dokąd pójść.

– Bezrobotny?

– W zasadzie tak. Niedawno rzuciłem pracę.

– A czym się pan zajmował?

– Byłem kimś w rodzaju chłopca na posyłki u adwokata – powiedziałem i powoli wziąłem głęboki oddech, żeby zwolnić wartki tok rozmowy. – Chodziłem do różnych biur i urzędów, kompletowałem dokumenty, porządkowałem dane, sprawdzałem prawne precedensy, załatwiałem formalności sądowe, tego typu rzeczy.

– Ale rzucił pan pracę?

– Tak.

– A pana żona pracuje?

– Pracuje – odpowiedziałem.

Wyjąłem papierosa, włożyłem do ust i zapaliłem zapałką. Na pobliskim drzewie śpiewał ptak nakręcacz. Po nakręceniu sprężyny dwadzieścia albo trzydzieści razy przeniósł się na jakieś inne drzewo.

– Koty zawsze przechodzą tamtędy. – Dziewczyna wskazała przeciwną stronę trawnika. – Widzi pan spalarkę do śmieci po drugiej stronie żywopłotu Suzukich? Pojawiają się koło niej, przecinają trawnik, przełażą pod furtką i idą do ogrodu po drugiej stronie. Zawsze chodzą tą samą trasą. Wie pan, że pan Suzuki wykłada na uniwersytecie i często występuje w telewizji?

– Pan Suzuki?

Dziewczyna wyjaśniła mi, kim był pan Suzuki, ale ja nigdy wcześniej o nim nie słyszałem.

– Prawie nie oglądam telewizji – powiedziałem.

– To nieprzyjemna rodzina. Pozują na celebrytów. Wszyscy, co występują w telewizji, to oszuści.

– Tak?

Dziewczyna wzięła pudełko marlboro, wyciągnęła papierosa i przez chwilę obracała go w dłoni, nie zapalając.

– No może są wśród nich i wspaniali ludzie, ale ja za nimi nie przepadam. Rodzina Miyawakich to byli porządni ludzie. Żona była miła, mąż prowadził dwie czy trzy restauracje.

– I dlaczego już tu nie mieszkają?

– Nie wiem – powiedziała dziewczyna, pstrykając paznokciem w koniec papierosa. – Może mieli długi. Zniknęli w wielkim pośpiechu. To chyba było jakieś dwa lata temu. Dom porzucony, koty się mnożą, nie jest tam bezpiecznie. Moja matka zawsze na to narzeka.

– Tak dużo tam kotów?

Dziewczyna w końcu włożyła papierosa do ust i zapaliła zapalniczką. Potem przytaknęła.

– Są różne koty. Jest jeden wyleniały, jeden jednooki… stracił oko i to miejsce wypełniło się żywym mięsem. Niesamowite, prawda?

– Niesamowite – zgodziłem się.

– W mojej rodzinie jest osoba, która ma sześć palców. To dziewczyna, trochę starsza ode mnie. Obok małego palca ma drugi malutki, prawie niemowlęcy, ale zawsze go zręcznie podgina i trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby zauważyć. Jest bardzo ładna.

– Coś podobnego.

– Myśli pan, że to może być dziedziczne? Jak to się mówi? Że to jest w genach?

– Nie wiem.

Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę. Ja, paląc, wpatrywałem się w drogę, którą ponoć łaziły koty. Do tej pory żaden się nie pokazał.

– Naprawdę nie ma pan ochoty na coś do picia? Ja się napiję coli – oznajmiła.

Odpowiedziałem, że nic nie chcę.

Dziewczyna wstała z leżaka i lekko powłócząc nogą, zniknęła wśród drzew, a ja podniosłem z ziemi czasopismo i przerzuciłem kilka stron. Ze zdziwieniem odkryłem, że jest to miesięcznik dla mężczyzn. Na rozkładówce było zdjęcie dziewczyny siedzącej na stołku w nienaturalnej pozie z szeroko rozchylonymi nogami. Przez cienką bieliznę widać było włosy łonowe i zarys warg sromowych. O, rany! – pomyślałem, odłożyłem pismo na miejsce, założyłem ręce na piersi i znów skierowałem wzrok na kocią drogę.

Dziewczyna wróciła po dość długim czasie ze szklanką coli w dłoni. Zdjęła podkoszulek adidasa i miała na sobie tylko szorty oraz górę kostiumu bikini – zawiązywany z tyłu niewielki staniczek, pod którym wyraźnie rysowały się piersi.

Było naprawdę gorące popołudnie. Kiedy tak siedziałem na leżaku wystawiony na słońce, na szarym podkoszulku pojawiły się gdzieniegdzie ciemne plamy potu.

– Co by pan zrobił, gdyby się pan dowiedział, że dziewczyna, którą pan pokochał, ma sześć palców? – kontynuowała poprzednią rozmowę.

– Sprzedałbym ją do cyrku – powiedziałem.

– Naprawdę?

– Nie. Żartowałem – odparłem zdziwiony. – Chybabym się tym nie przejmował.

– Nawet jeżeli pana dzieci mogłyby to odziedziczyć?

Zastanawiałem się przez chwilę.

– Nie przejmowałbym się. Dodatkowy palec nie stanowi specjalnej przeszkody.

– A gdyby miała cztery piersi?

Nad tym też się przez chwilę zastanawiałem.

– Nie wiem – powiedziałem. Cztery piersi? Wyglądało na to, że ta rozmowa może się ciągnąć bez końca, więc spróbowałem zmienić temat. – Ile masz lat?

– Szesnaście – odrzekła. – Niedawno skończyłam szesnaście. Jestem w pierwszej klasie liceum.

– I przerwałaś szkołę?

– Jeśli długo chodzę, zaczyna mnie boleć noga. Mam też, niestety, ranę koło oka. W tej szkole jest strasznie surowy regulamin i gdyby się dowiedzieli, że spadłam z motocykla i się poharatałam, nie wiadomo, co by mi zrobili… no i dlatego oficjalnie nie uczęszczam na zajęcia z powodu choroby. Przerwanie na rok nauki to przecież nic wielkiego. Nie zależy mi specjalnie na tym, żeby się szybko znaleźć w drugiej klasie.

– Coś podobnego.

– Ale wracając do poprzedniej rozmowy, powiedział pan, że ożeniłby się z dziewczyną o sześciu palcach, ale nie chciałby pan dziewczyny z czterema piersiami.

– Nie powiedziałem, że nie chciałbym. Powiedziałem, że nie wiem.

– Dlaczego pan nie wie?

– Bo nie potrafię sobie tego wyobrazić.

– Ale potrafi pan sobie wyobrazić sześć palców?

– Jakoś potrafię.

– Ciekawe, w czym tkwi różnica między sześcioma palcami a czterema piersiami.

Zastanowiłem się nad tym, ale nie przyszło mi do głowy żadne dobre wyjaśnienie.

– Czy ja zadaję za dużo pytań? – zapytała, zaglądając mi w oczy spoza okularów.

– Ludzie ci to mówią?

– Czasami.

– W zadawaniu pytań nie ma nic złego. Zmusza to drugą osobę do zastanowienia.

– Ale większość ludzi się nie zastanawia – powiedziała, patrząc na swoje stopy. – Wszyscy odpowiadają co popadnie.

Potrząsnąłem niejasno głową i skierowałem wzrok na kocią drogę. Co ja właściwie tutaj robię, pomyślałem. Przecież nie widziałem jeszcze ani jednego kota.

Z rękami założonymi na piersiach przymknąłem oczy na dwadzieścia, a może trzydzieści sekund. Kiedy tak siedziałem bez ruchu, poczułem, że pocą mi się różne części ciała. Czułem się dziwnie, jakby na czole, pod nosem, na szyi ktoś położył mi wilgotne piórka, mój podkoszulek zwisał na piersi jak flaga w bezwietrzny dzień. Oblewający mnie blask słońca zdawał się dziwnie ciężki. Dziewczyna potrząsnęła szklanką z colą i lód zadźwięczał jak owczy dzwonek.

– Jeśli jest pan śpiący, proszę się przespać. Obudzę pana, jeżeli jakiś kot się pokaże – powiedziała cicho.

Skinąłem w milczeniu głową, nie otwierając oczu.

Przez pewien czas wokoło panowała zupełna cisza. Zniknęły gdzieś gołąb i ptak nakręcacz. Nie było wiatru, nie słyszałem nawet odgłosu rur wydechowych samochodów. Przez cały ten czas myślałem o kobiecie, która do mnie dzwoniła. Czyżbym ja ją naprawdę znał?

Lecz nie mogłem jej sobie przypomnieć. To prawie jak scena z obrazu de Chirico – bardzo długi cień kobiety ściele się na drodze, lecz rzeczywista kobieta znajduje się daleko poza obszarem świadomości. Obok mego ucha dalej dzwonił dzwonek.

– Usnął pan? – spytała dziewczyna, tak cicho, że nie byłem pewien, czy naprawdę ją usłyszałem.

– Nie, nie śpię.

– Czy mogę się trochę przysunąć? Łatwiej mi mówić ciszej.

– Nie ma sprawy – powiedziałem, nie otwierając oczu.

Dziewczyna przysunęła swój leżak do mojego. Rozległ się suchy dźwięk drewna uderzającego o drewno.

To dziwne, pomyślałem. Głos dziewczyny słyszany z otwartymi oczami wydawał się zupełnie różny od tego słyszanego z zamkniętymi. Co mi się właściwie stało? Pierwszy raz zdarza mi się coś takiego.

– Czy mogę coś powiedzieć? – zapytała. – Będę mówiła bardzo cicho, nie musi pan odpowiadać i może się pan zdrzemnąć.

– Proszę bardzo.

– Śmierć jest wspaniała, prawda?

Mówiła tuż przy moim uchu i zdawało się, że słowa przeniknęły mnie wraz z jej ciepłym, wilgotnym oddechem.

– Dlaczego? – zapytałem.

Dziewczyna położyła palec na moich wargach, nakazując mi milczenie.

– Proszę o nic nie pytać – powiedziała. – Nie chcę teraz odpowiadać na pytania. I proszę nie otwierać oczu. Zgoda?

Przytaknąłem tak lekko, jak lekki był jej szept.

Palec przesunął się z moich warg na nadgarstek.

– Chciałabym przeciąć ją skalpelem i zajrzeć do środka. Nie chodzi mi o zwłoki, a o coś w rodzaju „grudki śmierci”. Wydaje mi się, że gdzieś musi być coś takiego. Coś okrągłego o znieczulonych nerwach, miękkiego jak piłka do softballu. Chciałabym to wyjąć z ciała zmarłego, rozciąć i zajrzeć do środka. Zawsze się zastanawiam, jak coś takiego może w środku wyglądać. Myślę, że musi tam być coś wyschniętego i stwardniałego, jak pasta do zębów zaschnięta w tubce. Nie sądzi pan? Nie, nie musi pan odpowiadać. Na zewnątrz jest miękkie i sflaczałe, a im bliżej środka, tym twardsze. Dlatego najpierw rozcinam górną warstwę, docieram do tej miękkiej części i oddzielam ją za pomocą czegoś w rodzaju skalpela i szpatułki. I gdy posuwam się dalej w głąb, ta miękkość staje się coraz twardsza, aż w końcu dochodzę do czegoś przypominającego małe jądro. Jest malutkie jak kuleczka w łożysku kulkowym i strasznie twarde. Nie sądzi pan, że musi tak być?

Dziewczyna lekko zakaszlała dwa czy trzy razy.

– Ostatnio ciągle o tym myślę. Na pewno dlatego, że mam tyle czasu. Kiedy nie ma się nic do roboty, myśli stopniowo płyną coraz dalej i dalej. A gdy pójdą za daleko, trudno za nimi nadążyć.

Zdjęła palec z mojego nadgarstka, wzięła do ręki szklankę i wypiła do końca coca-colę. Po dźwięku lodu poznałem, że szklanka jest pusta.

– Uważam na kota, proszę się nie martwić. Powiem panu, gdy tylko Noboru Watanabe się pokaże. Może pan mieć zamknięte oczy. Noboru Watanabe na pewno jest teraz gdzieś w okolicy. Przecież wszystkie koty chodzą tymi samymi drogami. Na pewno zaraz się pojawi. Trzeba czekać, wyobrażając to sobie. Noboru Watanabe się tu zbliża. Idzie wśród traw, przechodzi pod płotami, zatrzymuje się co pewien czas, by powąchać kwiatki, i powoli się tutaj zbliża. Niech go pan sobie wyobrazi.

Próbowałem sobie wyobrazić kota, tak jak mi kazała, jednak udało mi się przywołać w myślach jedynie coś, co było sylwetką kota. Wyjątkowo niewyraźną, jak prześwietlone zdjęcie. Promienie słońca przenikały przez moje powieki i burzyły wewnętrzną ciemność, a do tego, choć strasznie się starałem, nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć, jak kot wyglądał. Kot, którego pamiętałem, był nienaturalny i przerysowany, jak nieudany portret. Zgadzały się jedynie cechy charakterystyczne, ale główne elementy były nieudane. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, jak chodził.

Dziewczyna znów przytknęła palec do mego nadgarstka i narysowała na nim jakiś dziwny, nieokreślony kształt. Poczułem, że w odpowiedzi na to moja świadomość pogrąża się w innej, dotąd nieznanej ciemności. Pomyślałem, że prawdopodobnie zasypiam. Nie chciałem tego, lecz nie mogłem się powstrzymać. Moje siedzące na lekko wygiętym płóciennym leżaku ciało zdawało się ciężkie i bezkształtne.

W tej ciemności przypomniałem sobie cztery nogi Noboru Watanabego, cztery ciche, brązowe łapki z miękkimi, nieomal gumowymi poduszeczkami. Bezszelestnie stąpały gdzieś po ziemi. Ale gdzie?

Tego jednak nie wiedziałem.

Nie sądzisz, że masz gdzieś w pamięci jakieś nieodwracalne białe plamy?, zapytała cicho kobieta.

Gdy się obudziłem, byłem sam. Leżak dziewczyny przysunięty do mego stał pusty. Zostały ręcznik, papierosy i czasopisma, lecz szklanka oraz radio zniknęły.

Słońce lekko pochyliło się ku zachodowi, cienie gałęzi sosen spowiły mnie aż po kostki. Zegarek wskazywał trzecią czterdzieści. Potrząsnąłem kilka razy głową, jakbym potrząsał pustą puszką, uniosłem się na poręczach leżaka i rozejrzałem wokoło. Wszystko wyglądało tak samo jak przedtem. Rozległy trawnik, wyschnięty stawik, żywopłot, kamienny posąg ptaka, nawłoć, antena telewizyjna. Ani śladu kota. Ani dziewczyny.

Usiadłem na oświetlonym słońcem kawałku trawnika i głaszcząc zielone źdźbła, patrzyłem na kocią drogę i czekałem na powrót dziewczyny. Po dziesięciu minutach ani kot, ani ona się nie pojawili. Wszystko wokół trwało w bezruchu. Nie bardzo potrafiłem ocenić, co powinienem zrobić. Zdawało mi się, że podczas snu strasznie się postarzałem.

Wstałem i spojrzałem na dom. Nie było żywego ducha. Tylko wykuszowe okno oświetlone zachodzącym słońcem lśniło oślepiającym blaskiem. Zrezygnowałem, przeszedłem przez trawnik, wyszedłem na uliczkę i wróciłem do domu. Nie znalazłem co prawda kota, ale przynajmniej próbowałem.

Po powrocie do domu zebrałem pranie i przygotowałem skromną kolację. Potem usiadłem na podłodze w salonie i oparty o ścianę przeczytałem wieczorne wydanie gazety. O pół do szóstej telefon zadzwonił dwanaście razy, lecz nie odebrałem. Choć dzwonek już umilkł, ciemniejący pokój nadal wypełniony był jego echem jak kurzem. Zegar postukiwał twardym paznokciem o niewidzialną deskę zawieszoną w przestrzeni.

Zupełnie jakby cały świat był nakręcaną zabawką, pomyślałem. Raz dziennie przylatuje ptak nakręcacz i nakręca sprężynę świata. A ja na tym świecie się starzeję i śmierć nabrzmiewa we mnie jak biała piłka do softballu. Nawet kiedy śpię głęboko między Saturnem a Uranem, ptaki nakręcacze wykonują swoje obowiązki.

Nagle przyszło mi do głowy, że mógłbym napisać wiersz o ptaku nakręcaczu, jednak za nic nie mogłem wymyślić pierwszej linijki. Poza tym nie wydawało mi się, że taki wiersz spodobałby się licealistkom. Nie wiedziały jeszcze w ogóle o istnieniu ptaka.

Żona wróciła o pół do ósmej.

– Przepraszam. Musiałam zostać po godzinach – wyjaśniła. – W żaden sposób nie mogłam znaleźć rachunków za czesne jednego ze studentów. Ta dziewczyna pracująca na godziny jest do niczego, ale oficjalnie to jest moja wina.

– Nie szkodzi – powiedziałem. Poszedłem do kuchni, usmażyłem na maśle rybę, zrobiłem też sałatkę i zupę sojową. W tym czasie żona czytała przy kuchennym stole wieczorne wydanie gazety.

– Słuchaj, o piątej cię nie było, prawda? – zapytała. – Dzwoniłam, żeby ci powiedzieć, że wrócę trochę później.

– Skończyło się masło, więc poszedłem do sklepu – skłamałem.

– Byłeś też w banku?

– Oczywiście – odpowiedziałem.

– A co z kotem?

– Nie znalazłem.

– Aha.

Po kolacji wykąpałem się i kiedy wszedłem do pokoju, ona siedziała samotnie w salonie przy zgaszonym świetle. W szarej bluzce, skulona na podłodze w ciemności wyglądała zupełnie jak jakiś zapomniany bagaż. Było mi jej okropnie żal. Została gdzieś przez pomyłkę zostawiona. Gdyby znalazła się gdzieś indziej, może mogłaby być szczęśliwsza.

Wycierając włosy ręcznikiem, usiadłem na kanapie naprzeciw niej.

– Co się stało? – zapytałem.

– Kot już na pewno nie żyje – powiedziała cicho.

– Niemożliwe – odparłem. – Gdzieś sobie przyjemnie spędza czas. Niedługo zgłodnieje i wróci. Przecież kiedyś już tak było. Kiedy mieszkaliśmy w Koenji, też…

– Tym razem to co innego. Nie tak jak przedtem. Wiem, że zdechł, leży gdzieś w zaroślach i gnije. Szukałeś w zaroślach przy pustym domu?

– Słuchaj, daj spokój. Ten dom jest pusty, ale i tak do kogoś należy i nie mogę sobie tak po prostu tam wejść.

– Ty go zabiłeś – powiedziała.

Westchnąłem i jeszcze raz wytarłem włosy.

– Pozwoliłeś mu zdechnąć – powtórzyła w ciemności.

– Nie wiem, o co ci chodzi – powiedziałem. – Kot sam sobie poszedł. To nie moja wina. Przecież sama musisz to chyba przyznać?

– Specjalnie za nim nie przepadałeś.

– Może i nie – przyznałem. – A przynajmniej nie lubiłem go tak jak ty. Ale mu nie dokuczałem, codziennie go karmiłem, ja go karmiłem. To, że specjalnie go nie lubiłem, nie znaczy, że go zabiłem. Jak zaczniesz tak mówić, wyjdzie na to, że zabiłem większość ludzi na świecie.

– Już taki z ciebie człowiek – powiedziała. – Zawsze, zawsze tak jest. Zabijasz różne rzeczy, nie dotykając ich.

Chciałem coś powiedzieć, ale zauważyłem, że płacze, więc zrezygnowałem. Wrzuciłem ręcznik do kosza na brudną bieliznę w łazience, poszedłem do lodówki, wyjąłem piwo i się napiłem. Co za bezsensowny dzień. Bezsensowny dzień bezsensownego miesiąca bezsensownego roku. Gdzież jesteś, Noboru Watanabe?, pomyślałem. Czyżby ptak nakręcacz zapomniał cię nakręcić?

Zupełnie jak wers jakiegoś wiersza.

Gdzież jesteś

Noboru Watanabe?

Czyżby ptak nakręcacz

Zapomniał cię nakręcić?

Telefon zadzwonił, gdy została mi już tylko połowa piwa.

– Odbierz! – zawołałem w kierunku ciemnego pokoju.

– Nie chcę. Ty odbierz – powiedziała żona.

– Nie mam ochoty.

Telefon dzwonił dalej i nikt go nie odbierał. Dzwonek rozpraszał kurz unoszący się w ciemności pokoju. Milczeliśmy oboje. Ja piłem piwo, a żona bezgłośnie płakała. Doliczyłem do dwudziestego dzwonka i zrezygnowałem z liczenia. Przecież nie można liczyć w nieskończoność.


Ponowny napad na piekarnię

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com