Znaleziony - Nadine Gordimer - ebook
Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 329 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Znaleziony - Nadine Gordimer

Nadine Gordimer, południowoafrykańska laureatka literackiej Nagrody Nobla, zmarła 13 sierpnia, w wieku 90 lat,  w Johannesburgu. W swych książkach podejmowała problematykę moralną i rasową, działała przeciwko segregacji rasowej. Była członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego w czasach, kiedy organizacja ta była zabroniona. Znana była ze swych zdecydowanych wystąpień przeciwko apartheidowi.

Nadine Gordimer na kartach książki opowiada historię miłości pozornie niemożliwej. Młodej, białej kobiecie psuje się auto. Trafia do warsztatu, gdzie poznaje mechanika. Nawiązują znajomość, której skutki okażą się burzliwe i nieprzewidywalne, a każde z nich będzie stopniowo zmieniać swoje zdanie na temat drugiego.

Do czego zmusić nas mogą niezwykłe okoliczności?

Akcja powieści  dzieje się w towarzyskich kręgach południowoafrykańskiego miasta i arabskiej wiosce na pustyni. Znaleziony to historia o obrzędach przejścia, jakimi są doświadczenia emigracji, które miłość pokona tylko wtedy, gdy będzie istnieć nawet po odrzuceniu wszystkiego, co uznajemy w życiu za pewnik.

Nowe spojrzenie na stare zagadnienia tożsamości, przynależności i prawa do poszukiwania lepszego życia. Żywiołowa, błyskotliwa, głęboko wzruszająca powieść.

Opinie o ebooku Znaleziony - Nadine Gordimer

Fragment ebooka Znaleziony - Nadine Gordimer

Tytuł oryginału:

The Pickup


Adiustacja:

Barbara Turnau


Projekt okładki:

Witold Siemaszkiewicz





Copyright © 2001 by Felix Licensing B.V.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo M, Kraków 2014

Copyright © for the translation by Dariusz Żukowski 2014



ISBN 978-83-7595-863-8

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50, fax 12-431-25-75

e-mail: wydawnictwom@wydawnictwom.pl

www.wydawnictwom.pl

Przygotowanie wersji elektronicznej: www.liberelectronicus.pl





Dla

Reinholda

Oriane

Hugo




Serdecznie dziękuję

mojemu wspaniałomyślnemu mentorowi

Philipowi J. Stewartowi z Uniwersytetu Oksfordzkiego




Wyjedźmy do innego kraju...

Reszta jest zrozumiała.

Powiedz tylko słowo.

–William Plomer





Watahy drapieżników otaczają zdobycz mały samochód z kobietą za kierownicą. Wysiadł w nim akumula i teraz taksówki, auta, minibusy, furgonetki i motocykle prześcigają się, kto dopadnie zdobyczy, kierowcy wykrzykują wyzwiska i przekleństwa uliczny tłum karmiący się własnym gniewem. No, ruszaj. Głupia, cholerna babo. Idikazana lomlungu, le! Kobieta rozkłada ręce w bezradnym geście. Drapieżniki przepychają się ku niej, rycząc niecierpliwie. Ona wysiada z samochodu i wychodzi im naprzeciw. Czarnoskóry bezrobotny, który dostaje drobne za kierowanie aut na miejsca parkingowe, zręcznie przemyka między błotnikami, daje jej sygnał głową okej, okej, pani wsiada! i na migi pokazuje gest kręcenia kierownicą. Pojawia się drugi, podobny do niego człowiek i razem przepychają samochód z siedzącą w nim kobietą pod rampę przeładunkową. Ruch uliczny znów rusza. Mężczyźni stoją w oczekiwaniu obok kobiety, która szpera w torebce. Po krótkim spojrzeniu na banknot wsunięty mu w dłoń, doświadczony szef ulicznej grupy spostrzega, że dostał więcej, niż było trzeba. Kobieta nie wie, jak by sobie bez nich poradziła... Szef wygina się, żeby schować pieniądze do kieszeni spodni skrojonych na kogoś innego, i stoi uśmiechnięty, czujnie spoglądając, czy na parking nie wjeżdża kolejny samochód. Przekupka w ręczniku zawiniętym na szyi jak szal, usadowiona na tronie z pudełek po owocach, przed którą leżą wystawione na sprzedaż grzebienie, brzytwy, pumeksy, wełniane czapki i proszki od bólu głowy, wykrzykuje do niego jakąś prowokacyjną uwagę w języku niezrozumiałym dla dziewczyny.


Tak to było. Widzieliście. Ja widziałam. Ten gest. Kobieta w ulicznym korku, jednym z wielu, które każdego dnia tworzą się w tym mieście, w każdym mieście. Nie zapamiętacie tego wydarzenia, nie dowiecie się, kim była.

Ale ja to wiem, ponieważ raz ujrzawszy, prześledzę w postaci opowieści jakie konsekwencje będzie miało to banalne uliczne zdarzenie. Dokąd i ku czemu zaprowadzi. Ręce rozłożone, wyrzucone w górę w bezradnym geście.





Młoda kobieta szła miejską arterią, skupiającą niczym na targowisku wszystko to, czym miasto nie mogło być za czasów pokolenia jej rodziców wyznających określone zasady i tradycje. Przekraczanie dawnych ograniczeń zawsze należało do młodych, buńczucznych i wybiórczo tolerancyjnych ludzi, którzy spotykali się w barach i kawiarniach. Ona sama była właśnie w drodze do miejsca, w którym bez wcześniejszego umawiania się mogła przeważnie zastać swoich przyjaciół oraz przyjaciół przyjaciół, zależnie od tego, kto się akurat pojawił.

L.A. Café. Przeciętny przechodzień nie wiedziałby zapewne, że skrót ten pochodził od nazwy miasta Los Angeles uznałby go raczej za inicjały właściciela na tej samej zasadzie, na jakiej staroświecki sklep na rogu mógł nosić nazwę Stavros czy Kimon. El Ej. Właściciel kawiarni, kimkolwiek był, sądził pewnie, że wybrana przez niego nazwa podoba się bywalcom i pasuje do ich stylu życia. Prawdopodobnie nie odróżniał Los Angeles od San Francisco. Nazwa jego lokalu była znacząca. Oto kawiarnia dla młodych, lecz także miejsce, w którym rozbitkowie z przeszłości, podstarzali hipisi i lewicujący Żydzi, dziadkowie i babcie z pokolenia imigrantów lat dwudziestych, którym nie udało się wejść w szeregi zamożnego mieszczaństwa, mogli usiąść przy stoliku nad małą czarną. Na zewnątrz w rynsztokach żebrali i mamrotali na wpół szaleni rolnicy, którzy przywędrowali ze wsi. Wiatr nawiewał na taras włosy z ustawionej na chodniku budki fryzjera. Senegalskie i kongijskie prostytutki siedziały przy stolikach napuszone niczym królowe piękności.

Cześć, Julie usłyszała jak zwykle na powitanie. Bywalcy kawiarni ujrzeli kobietę o smukłej szyi, wdzięcznej urodzie i naturalnie bladej cerze, zarumienioną z emocji. Znajomi, czarni i biali, skupili na niej uwagę Cześć, Julie, spokojnie, powiedz, co się stało. Było tam dwoje jej przyjaciół ze studiów, bezrobotny dziennikarz zajmujący się pilnowaniem mieszkania nieobecnych właścicieli i para malująca transparenty na wiece i popowe koncerty. Dali wyraz swemu oburzeniu: Co za miasto. Zasrana dziura.

Ich obchodzi tylko tyle, żeby dotrzeć na miejsce.

A wydaje im się, że niby dokąd docierają? słowa te padły z ust człowieka o lśniącej łysinie i z siwymi lokami opadającymi zza uszu. Dotychczas nie został wydany, ale od dziecka był uznanym poetą i filozofem w oczach matki.

Białego mężczyzny nic nie podnieca bardziej niż upokorzenie kobiety za kierownicą.

Afrodyzjak dla prostaków.

Ktoś coś tam krzyczał... jakby „idikaza”... „mlungu”... Co to znaczy? Coś jakby „biała dziwka”, prawda? spytała czarnego przyjaciela.

Powiedzmy, że coś niewiele lepszego. Ludzie, co za miasto!

Ale ostatecznie to czarni mi pomogli. Jakżeby inaczej.

Daj spokój, przecież nie zrobili tego za darmo.


Znajomi powiedzieli jej, że przecznicę dalej znajduje się warsztat samochodowy. Pomachała im na pożegnanie i poszła załatwić praktyczne sprawy, którymi musiała się zająć.

Czuje gorący oddech spalin. Widzi przed sobą stalowe pyski i wyszczerzone kratownice. Coś w niej buntuje się przeciw nim. Serce zaczyna tłuc się w piersi jak pięść bijąca w żebra. Niespokojny oddech rozpycha jej pierś. Przecież ona tylko idzie chodnikiem i to wszystko, nic złego się nie dzieje. To nic więcej, jak tylko spacer do warsztatu za rogiem. Nic się nie dzieje, nic się nie stało, to już koniec. Dreszcz. Korek uliczny.

Oto warsztat, tak jak mówili.Wchodząc, poczuła, że trafiła w zwyczajne, normalne miejsce: pojazdy niegroźne ofiary na podnośnikach, narzędzia rozłożone na ławkach, kuler z wodą, plastikowe kubki i pudełka po jedzeniu na wynos, jazgot radia, człowiek skryty do połowy pod brzuchem auta. Dwaj inni, pracujący przy jakiejś hałaśliwej maszynerii, dostrzegli i pokazali gestami, by załatwiła sprawę właśnie z człowiekiem pod samochodem. Na dźwięk jej głosu o przepraszającym tonie mężczyzna ten wygramolił się spod podwozia. Był młody, nosił brudny od smaru kombinezon, miał smukłe, upaprane olejem dłonie wieńczące długie ramiona, które zwiesił luźno wzdłuż boków. Nie był jednym z tych białych mężczyzn, którzy wydają polecenia w afrikaans czarnoskórym ludziom przy maszynie miał lśniąco czarne włosy i czarne oczy o błękitnawym odcieniu. Wysłuchał jej, lecz nie wykonał żadnego gestu, by dać do zrozumienia, że zrozumiał jej słowa. Milczał ona czekała.

Więc może mógłby pan posłać kogoś, żeby rzucił okiem... auto stoi przecznicę stąd.

Popatrzył na własne ręce. Chwilkę, tylko się umyję.

W bezkształtnym worku bez chwytaków niósł nowy akumulator oraz narzędzia. Dziwnie było tak iść obok niego ulicą, wymijając schodzących im z drogi ludzi, lecz nie chciała iść przed nim, jak gdyby był jej służącym. W milczeniu uruchomił samochód i wrócili do warsztatu z nią na fotelu pasażera.

Ciągle jest problem nie wiem coś z zapłonem. Myślę, że pani auto znowu stanie.

Więc może lepiej zostawię je u was. Chyba i tak przyda mu się generalny przegląd.

Kiedy ostatnio był na przeglądzie?

Uśmiechnęła się z poczuciem winy nie pamiętam. Ile czasu minęło?

Cóż, ja po prostu jeżdżę, póki coś nie nawali.

Pokiwał powoli głową, nic nie mówiąc: no tak, tacy jak pani tak właśnie postępują.

Zadzwonię, żeby się dowiedzieć, czy już jest gotowy panie...?

Proszę pytać o Abdu.


Uznała, że warto dać mechanikom dwa, trzy dni na naprawę. Gdy zadzwoniła i poprosiła do telefonu człowieka zajmującego się jej samochodem, usłyszała, że w tej chwili go nie ma, ale naprawa na pewno jeszcze trwa. Nie stanowiło to dla niej problemu miała do dyspozycji trzeci samochód ojca, eleganckiego starego Rovera, którego ojciec wylicytował w domu aukcyjnym Sotheby’s i odnowił, ale rzadko używał. Było to auto z bogatych przedmieść, jakiego nigdy nie spotyka się w dzielnicy, w której znajdowała się kawiarnia El Ej. Kiedy stał tam, pod czujnym okiem dobrze opłaconych ulicznych parkingowych, przechodnie zatrzymywali się, by podziwiać tego przybysza z obcego świata, krainy bogactwa odległej jak kosmos. Nie przejmowała się, że ktoś go ukradnie przez swą wyjątkowość zanadto rzucał się w oczy, by dało się nim łatwo uciec, i był zbyt staroświecki, by opłacało się go rozebrać na części. Nie podobało jej się jedynie to, że odkrywa się przed przyjaciółmi i zdradza swoje pochodzenie. Nie mieszkała już na przedmieściach, gdzie dorastała, lecz w zaadaptowanych małych chatach, które dawniej zajmowała służba, bądź skromnych mieszkaniach, które niegdyś mieli w zwyczaju wynajmować służący zapewne dlatego, że nie mogli sobie pozwolić na lepsze lokum. Pewnej niedzieli, kiedy po wieczorze spędzonym w nocnym klubie w Soweto, gdzie jeden z jej przyjaciół grał na trąbce, poszła sączyć leczniczą wodę mineralną i kawę w gronie znajomych, ujrzała troje dzieci i niemowlę, które siedząc na lśniącej masce samochodu, bawiły się w najlepsze zamocowaną na przedzie srebrzystą figurką Merkurego. Jej ojciec zapewne roześmiałby się na widok tego nowego zastosowania jego staroświeckiej zabawki, lecz ona nikomu o tym nie powiedziała, ponieważ wolała, by jego młoda żona tak bacznie strzegąca jego majątku nie dowiedziała się, że samochód stoi zaparkowany w nieodpowiednich miejscach.

W następnym tygodniu nie zadzwoniła po raz drugi do warsztatu wysiadając z samochodu ojca, zobaczyła mechanika, który stał na ulicy i przyglądał się maszynie.

Co za samochód... Pani wybaczy. Tak jakby zaczepił kogoś, kogo nie zna.

Nie jest mój! Postanowiła przypomnieć mu, kim jest: Chciałabym dostać z powrotem tamten stary! Zaśmiała się.

Najwyraźniej uświadomił sobie wówczas, że jeden z pojazdów, pod których brzuchami leżał, należy do niej. Ach tak... Będzie na czwartek. Trzeba sprowadzić rozdzielacz z hurtowni.

Popatrzył na rovera inaczej. Który rocznik? Jaki to model?

Naprawdę nie mam pojęcia. Pożyczyłam go tylko, to nie mój samochód, o nie.

Nigdy takiego nie widziałem. Tylko na zdjęciu.

Całe wieki temu, zanim się urodziliśmy, robiono je w Anglii. Kochasz samochody? Mimo że całymi dniami się w nich grzebiesz?

„Kocham” nie powiedziałbym. Ten to co innego. Jest po prostu piękny (uniósł swą długą dłoń ku twarzy i zwrócił jej wnętrze ku samochodowi). Wiele rzeczy może być pięknych.

Tamten mój na pewno nie jest. Czy poza tym czymś, co trzeba sprowadzić z hurtowni, z nim jeszcze jakieś problemy? Wygląda na to, że czeka go poważny remont.

Po co go pani trzyma? Lepiej kupić nowe auto.

Odwrócił się od niej i ponownie popatrzył na rovera oto dowód, że na nie stać.

Zwróciła oskarżenie z powrotem ku niemu: A po co mi nowy, skoro może mi pan naprawić stary?

Zmrużył oczy, które w słońcu stały się smoliście czarne i nabrały władczego wyrazu. Bo niebezpiecznie nim jeździć. Może się tak popsuć, że pani zginie. Nie wiem... (przerwał, zawahał się najwyraźniej zabrakło mu słowa, które znał w innym języku) nie wiem, jak do tego nie dopuścić w warsztacie.

A gdybym jechała nowym samochodem, jakieś inne auto na drodze mogłoby się zepsuć i mnie zabić co za różnica?

To byłoby pani przeznaczenie, ale nie musi go pani jak to powiedzieć kusić.

Przeznaczenie.

Rozbawiło to: Czy istnieje coś takiego? Czy w to wierzę?

Ty pewnie wierzysz.

Być otwartym na wydarzenia taką zasadą kierowali się ona i jej przyjaciele, starając się nadać życiu sens. A może pójdziemy na kawę, jeśli nie jest pan zajęty?

Mam przerwę na lunch. Ściągnął usta w wyrazie niezdecydowania, po czym po raz pierwszy się uśmiechnął. Na mgnienie oka jego uśmiech odsłonił coś atrakcyjnego, co skrywał w głębi siebie i co zaraz znikło, zastąpione widokiem równych zębów odkreślonych linią ust i wąsa równie czarnego jak jego oczy. Miał najprawdopodobniej przodków z Indii albo Cape Malay. Podobnie jak ona, był rodowitym mieszkańcem tego kraju, potomkiem imigrantów przybyłych wieki temu w jej wypadku z Suffolk i hrabstwa Cork, w jego z Gudżaratu albo Wschodnich Indii.

Kawiarnia El Ej.

Jej przyjaciele siedzieli zapewne wewnątrz, przy tym samym stoliku co zawsze. Nie szukała ich wzrokiem, tylko od razu skierowała się w róg tarasu.

Kiedy ludzie spotykają się przypadkiem nieważne, mężczyźni czy kobiety unikają tematów, które mogłyby stać się przyczyną nieporozumień, i opowiadają o tym, co robią w życiu, czyli w jaki sposób pracują, a nie o tym, co ich zajmuje na prywatnym gruncie. Z wewnętrznego świata tego mężczyzny wypłynęło poważne słowo „przeznaczenie” lecz wypowiedział je tylko po to, by rozmowa nie zeszła na osobiste tematy wiary, lecz skierowała się na neutralny grunt: pracę. Skoro wiadomo już było, że on na co dzień tkwi pod podwoziami aut innych ludzi, zaczęli rozmawiać o tym, w jaki sposób ta młoda kobieta, która jeździ roverem (pożyczonym, co z uporem podkreślała), zarabia na chleb. Niezależnie od tego, skąd pochodził, wśród osób z ich pokolenia słowo „chleb” częściej oznaczało obecnie pieniądze niż bochenek. Mimo to mówiła nieśmiało, biorąc pod uwagę, jak bardzo się różnili: „przeznaczenie” posadziło za kierownicą należącego do ojca (o czym skłamała przez przemilczenie) rovera, jego zaś uwięziło pod jej małym gruchotem.

Co ja robię, co ty robisz. Jedyny możliwy temat.

Sama nie wiem, jakim cudem tak się to wszystko potoczyło. Chciałam zostać prawniczką, w szkole miałam wielkie ambicje miałam ciotkę prawniczkę i kiedyś patrzyłam, jak przepytuje świadka w swojej cudownej czarnej pelerynie z białym żabotem. Po drodze dużo się jednak zdarzyło... Rzuciłam prawo po dwóch latach. Potem studiowałam filologię... i w końcu wylądowałam jako specjalistka od PR-u i fundraiserka kolacje jubileuszowe, koncerty gwiazd, organizacja tras zespołów z zagranicy. Każdy mówi ojej, super, na pewno znasz tylu sławnych ludzi ale jednocześnie poznaje się prawdziwe mendy i trzeba być dla nich miłym. Przypochlebiać się. Nie posiedzę w tym za długo. Nie dodała: sama nie wiem, czym chcę się zajmować, jeśli to ma określać, kim chcę być. Zabrzmiałoby to jak wstęp do spowiedzi, mimo że zasady nakazywały być otwartym wobec obcych.

Dobrze się zarabia, prawda?

Na prowizjach. Zależy, co uda się załatwić.

Pił kawę, biorąc po łyku w równych odstępach czasu, jakby picie było jakimś starannie zaplanowanym procesem. Być może nie zamierzał się już w ogóle odzywać: w końcu zachowywała się protekcjonalnie, tak swobodnie nawiązując znajomość i wkraczając w życie obcego człowieka, jakby łapiąc go w sieć w El Ej Café, chciała demonstracyjnie okazać własne przekonanie, że każdy jest równie wartościowy i interesujący. Kiedy wypije ostatni łyk, odstawi filiżankę, wstanie, podziękuje i wyjdzie musiała więc szybko coś wymyślić, powiedzieć coś, co uzasadni, usprawiedliwi przygodną znajomość.

A jak to jest z tobą?

Nie, źle stało się! Powiedziała to i wyszło okropnie, jak demonstracyjne Okazywanie Zainteresowania. Zdawało jej się, że słyszy, jak on bierze wdech, by zmierzyć się z jej pytaniem i z nią samą, ale tylko wyciągnął rękę w stronę cukierniczki, którą pospiesznie mu podała, po czym wsypał łyżeczkę cukru do fusów w swojej filiżance. Jeśli zechce, będzie milczał, jeśli zechce, odezwie się, i nie będzie to zależało od niej.

Wiele rzeczy, różne kraje.

Może tak trzeba.

Trzeba, jeśli cię nie chcą, jeśli mówią, że to nie twój kraj.

Nie ma się kraju.

Czy nasz kraj nie jest tutaj? Pytanie, a zarazem oświadczenie.

Twój jest.

Och, sądziłam, że jesteś tak jak ja że jesteś stąd, tylko lubisz czasem wyjechać. Ja przez rok mieszkałam w Ameryce ale chyba inny kraj lepiej by mi zrobił.

Jadę tam, gdzie mnie wpuszczą.

A skąd ty... Mówiła z wahaniem. Teraz nie dało się już uniknąć tych tematów.

Wypowiedział nazwę kraju, o którym ledwie słyszała jednego z tych, które zostały pocięte granicami przez rejterujące mocarstwa kolonialne bądź odłączyły się od federacji zlepionych po to, by wypełnić próżnię bezsilności, gdy stare mocarstwa się przegrupowują. Jednego z krajów nazywanych skrótowcem mającym znaczenie tylko dla jego władz, gdzie nie sposób odróżnić religii od polityki, a prześladowań od nędzy nie potrzeba więcej powodów, by uciekać do pierwszego państwa, w którym zechcą cię przyjąć.

Sprawy kiepsko się tam miały. Mówi, choć nie bardzo wie, o czym.

Miały, mają.

Ale tutaj żyje ci się dobrze? Prawda?

Starannie odstawił filiżankę na spodek, położył obok niej łyżeczkę i wstał.

Dziękuję. Muszę teraz wracać do pracy.

Ona także wstała. Do czwartku?

Lepiej, żeby pani najpierw zadzwoniła, zanim pani przyjedzie. Do czwartku.


Mówi Julie.

On na to: Ale z kim, z kim chce pani rozmawiać?

Jestem dziewczyną, której samochód pan reperuje. Powiedział pan, żeby dzwonić w czwartek.

Przepraszam, straszny tu hałas. Tak, auto czeka.

W biurze warsztatu wręczył szefowi jakieś dokumenty, a ona zapłaciła.

Już wszystko z nim dobrze? Jest pan pewien?

Lekko wzruszył ramionami jak człowiek nawykły do radzenia sobie z emocjami klientów. Może go pani wypróbować razem ze mną, jeśli pani chce.

Usiadł w fotelu pasażera. Zręcznie wymanewrowała tyłem pomiędzy różnymi przeszkodami na podłodze warsztatu, żeby popisać się swoimi umiejętnościami. Jeździli po dzielnicy, rozchlapując wodę wypływającą z przepełnionych studzienek, hamując za minibusami, które przystawały znienacka, przeciskając się sprawnie wśród zaparkowanych w dwóch rzędach furgonetek i lawirując wśród pieszych, którzy wpadali na ulicę i z niej uciekali jak małe rybki. Była rozluźniona. Stanowiła teraz część stada, gnała razem z nim, rozgadana.

Wciąż pan myśli, że powinnam kupić nowe auto?

Byłoby to rozsądne. Niedługo wysiądzie coś innego. Będzie pani musiała znowu płacić za starą rzecz.

To może kupię jakiś dobry używany samochód. Co pan na to? Zgodziłby się pan go obejrzeć przed zakupem? Musiałby go zobaczyć ktoś, kto wie, co się dzieje pod maską.

Jeśli pani chce. Mógłbym to zrobić.

To świetnie. A może zna pan kogoś, kto ma niezłe auto do sprzedania? Może coś pan usłyszy...

Czasem do warsztatu przychodzą ludzie... Mogę się rozejrzeć. Jeśli pani chce. Jakie to ma być auto?

Na pewno nie rover!

Tak, ale dwudrzwiowe, czterodrzwiowe, z automatyczną skrzynią te sprawy.

Przed El Ej Café było trochę miejsca, by zaparkować. Pozwoliła się pokierować wyrostkowi trzymającemu w ręku plastikową butelkę z klejem do wąchania. Dyskutując o modelu samochodu i o tym, na co stać, wysiedli i ruszyli na schody ku wejściu na taras. Tym razem skierowali się jednak do środka. I tym razem usiadł przy stoliku z przyjaciółmi.

Cześć, Julie. Poprzestawiano krzesła. –To jest Abdu, szuka dla mnie nowego auta.

Cześć, Abdu. (W ich uszach imię to brzmi jak skrót od Abdurahman popularnego wśród Malajów w Kapsztadzie). Przyjaciele nie mają żadnych oporów i wypytują, kim jest i skąd pochodzi. To odwrotność mieszczańskiej ksenofobii. Nie, nie z Przylądka. W mgnieniu oka wyciągają z niego jego historię, przerywają mu w pół zdania, wtrącają przykłady z życia znajomych, udzielają porad, interesują się nim na sposób, który zależnie od nastawienia może wydawać się prostolinijnie szczery albo męczący. Lecz on w jednej chwili przestaje być „facetem z warsztatu”, a staje się przyjacielem, jednym z nich ich horyzont nieustannie się poszerza.

A więc to z tego kraju jest. Jedno z nich zna to zacofane państwo bardzo dobrze. „Facet z warsztatu” skończył tam studia ekonomiczne (na uniwersytecie, o którym nikt nie słyszał), ale na posadę na uczelni szanse miał piekielnie małe (bo miejsce to naprawdę jest dla niego piekłem z Bóg wie jakich powodów może należał do niewłaściwego stronnictwa religijnego czy politycznego bądź postanowił nie należeć do żadnego, a może nie miał pieniędzy na łapówki dla odpowiednich ludzi). Nie miał też chyba szans na jakąkolwiek inną pracę; bezrobocie, zacofanie, rolnictwo na pustynnych ziemiach, skorumpowany rząd, opresje religijne, konflikty graniczne przyjaciele opowiadają mu o jego własnym kraju, demonstrując całą swoją wiedzę, choćby powierzchowną. Nagle Julie słyszy wyjaśnienie zdania, które padło wcześniej z jego ust i którego wówczas nie zrozumiała:

Nie mogę powiedzieć „mój kraj”, bo ktoś inny wyrysował linię i powiedział, że tak będzie. Za czasów ojca dali ten kraj bogaczom, którzy nim rządzą i dbają tylko o siebie.Więc czyj to kraj, powinienem powiedzieć, że mój.

Jego angielski jest dla nich wystarczający. Nie wstydzili się spytać, skąd ma taki akcent i sposób wyrażania się. Jedna z nich, upatrując szansę w jego obcości, zapytała go o wiarę, którą sama przyjęła i która jest dla niej sposobem życia, a nie zapalnym aspektem przynależności etnicznej.

Jesteś buddystą?

Nie, buddystą nie jestem.

I znów wstał, musi ich pożegnać, jest mechanikiem, należy do świata pracy fizycznej. Jeden z nich zastanawia się, łamiąc zapałkę na coraz mniejsze części.

Ekonomista, który musiał zostać robolem... Ciekawe, gdzie nabył wiedzy o samochodach.

Inny znajomy podsunął odpowiedź:

Potrzeba chwili. W krajach, które cię nie chcą, możesz się utrzymać tylko jako pracownik fizyczny albo członek mafii. Minął tydzień. Ona nigdy już go nie zobaczy. Ludzie, których znaleźli przyjaciele, czasem przestawali się pojawiać. Gdzie ta dziewczyna, którą przyprowadziłeś ta, co mówiła, że pisała przemówienia dla jakiegoś odwołanego ministra? Wydaje mi się, że się wyprowadziła z miasta. –A ten koleś ciekawy facet ten, który chciał zorganizować dzieci ulicy w zespoły, które grałyby na bębnach pod kinami wyszło mu coś z tego? Nie mam pojęcia, co się z nim dzieje.

Dwa tygodnie. Rzecz jasna człowiek z warsztatu dobrze wiedział, gdzie jej szukać. Pewnego sobotniego ranka podszedł do stolika przyjaciół, by powiedzieć jej, że znalazł dla niej samochód. Warsztat w soboty nie pracował i Abdu miał na sobie starannie wyprasowane czarne dżinsy, czerwoną koszulę i miękką prążkowaną chustę na szyi. Nalegali, żeby został na kawę; któreś z nich obchodziło właśnie urodziny i z tej okazji kawę wkrótce zastąpiło czerwone wino. On nie pił alkoholu. Popatrzył na Julie, która unosiła kieliszek: Przyprowadziłem ten samochód tutaj, żebyś mogła się nim przejechać.

Przyjaciele, którzy byli już w nastroju, żeby śmiać się ze wszystkiego, wybuchnęli przesadnym śmiechem: O-ho-hoho-ho! Julie ma mocną głowę, nie martw się! zapewnili go. Lecz ona nie wypiła drugiego kieliszka.

Gliniarze grasują po mieście z alkomatami, jest weekend.

Samochód nie spodobał się jej był za duży, zbyt trudno się go parkowało i być może wcale nie miał się jej podobać. Abdu poprosił znajomego, żeby się rozglądał, i w następny weekend mógł przyprowadzić inne auto. Jeśli ta data jej odpowiada.

Najpierw stwierdziła, że nie wie, czy nie będzie zajęta; a potem zrobiła to podała mu swój numer telefonu. Nie było na czym zanotować. Zapisz na ręce! Chwilę potem zawstydziła się swej swawolnej propozycji, bo Abdu wyjął z kieszeni długopis, odwrócił dłoń wnętrzem do góry, odsłaniając delikatną, poprzecinaną błękitnymi żyłkami skórę na nadgarstku, i zapisał numer.

Zadzwonił przez telefon mówił krótko i oficjalnie, zwracając się do niej po nazwisku poprzedzonym zwrotem „pani”. Umówili się na dzień wcześniej, niż zapowiadał, w godzinach po pracy. Ten wóz także jej nie pasował. Żeby go przetestować, wyjechali kawałek za miasto. Kiedy uwolnili się od miejskiego otoczenia, odnieśli wrażenie, że nie tylko pejzaż się przed nimi otworzył. Ze spojrzeniem zwróconym na szosę zdobyła się na to, by spytać go o „potrzebę chwili”, o której wspomnieli jej przyjaciele. Jak to się stało, że magister ekonomii został mechanikiem samochodowym? Czy nie potrzeba do tego długiego przeszkolenia, praktyk i tak dalej? Gdy już miał odpowiedzieć, wtrąciła się: Mów mi Julie, po prostu Julie.

Julie. No dobrze, Julie. Mówił cicho, mimo że byli sami na drodze za miastem i nikt nie mógł ich podsłuchać. Wahał się, w końcu tak naprawdę nie znał tej dziewczyny ani jej rozplotkowanych przyjaciół, głośnego, beztroskiego forum kawiarni El Ej. Nie umiał jednak powstrzymać pragnienia, by się jej zwierzyć. Nie szkolił się na mechanika. Na szczęście jednak dłubał przy autach od małego, jego wujek brat matki naprawiał osobówki i furgonetki na podwórku za domem... uczył się od niego, zamiast bawić się z innymi dziećmi... W warsztacie pracuje nielegalnie „na czarno” tak, używają właśnie tego słowa. Właścicielowi się to opłaca: nie płaci za niego ubezpieczenia wypadkowego ani składki emerytalnej i zdrowotnej. Na jego twarzy pojawił się rzadki uśmiech, który, gdy na moment na niego spojrzała, rozświetlił jego skupione, poważne oczy. Wszystkie prawa pracowników, o których uczyłem się na studiach...

Co za straszny człowiek, wyzyskiwacz.

Ale co bym bez niego zrobił? On ryzykuje, ja muszę za to płacić. Tak to działa w naszym świecie.

Następny samochód okazał się odpowiedni miał właściwy rozmiar, mało palił, kosztował w sam raz. Być może był dostępny od samego początku, tylko musiał nadejść właściwy moment, by go pokazać. Auto jej się podobało i cieszyła się, że Abdu na pewno dostanie jakiś procent od właściciela (choć nie mogła mu o tym powiedzieć). Nie miał kwalifikacji, pracował na czarno z pewnością mało zarabiał.

Musimy to uczcić. Dobrze, że mnie przekonałeś, żebym pozbyła się tamtego starego rzęcha. Naprawdę dobrze. Sama jestem za leniwa, żeby się zmobilizować do takich rzeczy. Ale ty nie pijesz wina...

O, czasem piję.

Świetnie! Więc ochrzcimy mój nowy samochód. Ale nie w kawiarni.

Postanowił i w ten sposób łącząca ich relacja się zmieniła, a role gładko i trwale się odwróciły niczym tryby po przełożeniu dźwigni zmiany biegów. On przejął kontrolę nad znajomością.

W takim razie u mnie.

W milczeniu sprawując władzę, nie musiał już nic mówić, by potwierdzić, że się zgadza.

Mieszkanie, w którym żyła, było na tyle oddalone od ostentacyjnych rezydencji z przedmieść, by świadczyć wśród białych z grona jej przyjaciół, że na dobre porzuciła dom rodzinny, natomiast wśród czarnych było to lokum w rodzaju tych, do których sami się wprowadzali, gdy zniesiono dawne podziały rasowe. Jej mały domek przerobiony z pomieszczenia dla służby był dość komfortowy, a jego wyposażenie zdradzało styl życia, w którym pewne luksusy uważa się za rzeczy niezbędne. Była tam łazienka nieproporcjonalnie wielka w stosunku do połączonego z sypialnią salonu, a w zagraconej kuchni znajdowała się zamrażarka i mnóstwo utensyliów. Dom był zabałaganiony jak miejsce, w którym mieszka osoba nienawykła do zajmowania się sama sobą, i żeby usiąść, Abdu przełożył z krzesła na podłogę stertę śmieci, którą tworzyły koperty, otwarte listy, wyschnięte obierki z jabłek i niedzielna gazeta. Julie otworzyła wino, wyjęła paczkę ciastek i powąchała wyciągnięty z lodówki ser, po czym odłożyła go i wybrała inny kawałek. Obserwował jej krzątaninę, nie oferując pomocy, z którą zaraz pospieszyliby jej przyjaciele żadne z nich nie dopuszcza do tego, by być obsługiwanym. Później, po raz pierwszy sam na sam z nią, jadł jej ser i ciasteczka, pił jej wino.

Rozmawiali do późna o nim, o jego życiu. Jej własne toczyło się tu, w mieście, w którym oboje mieszkali, na ulicach, między ludźmi, wśród czynności, których charakter był zupełnie jawny i otwarty. Jego życie płynęło natomiast w sposób niewidoczny pomiędzy wszystkimi tymi rzeczami. Nie figurował na żadnej liście płac, nie miał adresu korespondencję odbierał w warsztacie i żył pod przybranym nazwiskiem. Fałszywe nazwisko? Ale jak to: przecież siedział tutaj, w jej pokoju, żywy i namacalny, zaś jego oddech wnikał w atmosferę tworzoną przez rzeczy, pośród których żyła jedzenie, porozrzucane ubrania, poduszki pod ich plecami. Fałszywe nazwisko? Tak ponieważ znalazł się w tym kraju, używając wizy, której ważność upłynęła ponad rok temu, i będą go szukać pod prawdziwym nazwiskiem.

A co potem?

Pokazał gestem: wynocha.

Dokąd pojedzie? Spojrzała na niego, jakby chciała mu coś doradzić. W świecie, w którym żyła, zawsze można było znaleźć jakieś rozwiązanie.

Nachylił się, by dolać sobie wina, podobnym gestem jak wtedy, gdy sięgał po cukiernicę. Popatrzył na nią i uśmiechnął się powoli.

Ale przecież...?

Wciąż się uśmiechając, delikatnie pokręcił głową. Mógłby długo wymieniać państwa, które odmówiły mu prawa pobytu. Jestem handlarzem narkotyków, porywaczem białych niewolnic, który przyjeżdża po dziewczyny. Będę ciężarem dla państwa, tak mówią, zabiorę komuś pracę, będę pracował za niższą pensję niż miejscowi.

Po tych słowach oboje mogą wybuchnąć śmiechem, bo przecież to właśnie robi.

To straszne. Nieludzkie. Haniebne.

Nie. Nie widzisz ich wszędzie, dokąd pójdziesz? Wokół kawiarni? W tamtej okolicy kokę kupuje się jak paczkę zapałek, uliczne gangi zabierają portfele, kobiety można kupić za grosze dla kogo oni wszyscy pracują? Dla ludzi z zewnątrz, którym pozwolono na pobyt. Sądzisz, że to jest dobre dla twojego kraju?

Ale ty... ty nie jesteś taki jak oni.

Prawo traktuje mnie tak samo. Jak tamtych. Tyle że tamci sprytniejsi, mają więcej pieniędzy mogą zapłacić. Powoli otworzył przed nią swoją smukłą dłoń.

gesty, które decydują o ludzkich losach: uścisk ręki, pocałunek; to był jeden z takich gestów na granicy, w urzędzie imigracyjnym który nie miał nic wspólnego z jej życiem.

Na pewno coś można zrobić. Dla niego.

Zacisnął dłoń i opuścił na kolano. Skupił wzrok na leżącej obok niego stercie płyt kompaktowych. Odkryli, że jednak mają ze sobą coś wspólnego: zamiłowanie do muzyki Salifa Keity, Youssou N’Doura i rhythm’n’bluesa słuchali nagrań na jej zestawie hi-fi, który bardzo pochwalił. Jeździsz używanymi samochodami, ale masz pierwszorzędny sprzęt muzyczny.

Oboje zrozumieli chyba w tej samej chwili, że nadszedł czas, by Abdu poszedł do domu. Uznała za oczywiste, że go podwiezie, ale on odmówił i powiedział, że złapie zbiorową taksówkę.

Na pewno? Masz daleko? Gdzie mieszkasz?

Powiedział jej: właściciel warsztatu użyczył mu pokoju na zapleczu.


Zajrzała do środka nie pozwoliła sobie na spytanie samej siebie, dlaczego to robi.

Przyszła do warsztatu, by powiedzieć mu, że samochód sprawuje się dobrze. Zbliżała się zresztą pora jego przerwy na lunch. Gdzież indziej można by pójść, jeśli nie do El Ej, spotkać się z przyjaciółmi? Wkrótce stało się to zwyczajem: jeśli pojawiała się bez niego, pytali gdzie Abdu? Cieszyli się jego towarzystwem, bo siebie znali chyba za dobrze, on zaś był jak klimat zmieniających się pór roku, jak powiew wiatru o niespotykanej temperaturze. Nie brał zbyt aktywnego udziału w ich nieustających rozmowach, ale się przysłuchiwał i to niekiedy nawet zbyt wnikliwie jak na ich gust.

Co się stało z braterstwem czarnych, chciałbym spytać? W rządzie same spasłe świnie. Dyrektorzy korporacji. W buszu gotowi byli oddać życie za siebie nawzajem tak, to prawda, święta prawda a teraz jedyne, na co gotowi, to przejechać tuż obok bezdomnego brata na ulicy służbowym mercedesem.

Widziałeś wczoraj wieczorem w telewizorni ten facet, który dowodził wojskami pod Cuito, bohater, wstąpił do ekskluzywnego klubu dla koneserów cygar... Ostrygami i szampanem zastąpił papkę kukurydzianą i kozie mięso.

Podstarzały poeta przymknął oczy i zacytował fragment, w którym żadne z nich nie rozpoznało czegoś, czego sam nie napisał: Serce przemienia się w kamień zbyt długo składane w ofierze.1

Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

To nie ma sensu... Czemu ludzie mieliby porzucać wszystko, w co wierzyli i o co walczyli? Co się z nimi stało po drodze?

A co on myślał ten inteligent w przebraniu robola? Kiedy już miał coś do powiedzenia, dyskredytował którąś z ich opinii albo tonował hałaśliwie wyrażane przekonania. Kiedy się odzywał, słuchali.

Wtedy nie było możliwości wyboru. I już. Tylko papka i własne towarzystwo. Teraz, tutaj, mają wszystko. Mogą wybrać, co chcą.

Ha! Więc braterstwo to jedynie pochodna cierpienia? Ustaje, gdy pojawia się wybór, gdy można dostać grube pieniądze, firmowe auto i wszystkie inne ministerialne przywileje?

Tak to już jest. Nie masz wybierz wyboru albo masz wybór. Tylko dwa rodzaje. Ludzi.

Wybrali, by się roześmiać.

Abdu, ale z ciebie cynik.

A ty, David? Do której grupy się zaliczasz według tych kategorii?

Cóż, w tej chwili wybieram pitę z halumi.

W gospodarce kapitalistycznej nie ma wolnej woli. Jest wola szefów. On właśnie to ma na myśli. Jedno z nich, będące teoretykiem politycznym, mówi lekceważącym tonem.

Mówisz tak, bo jesteś czarny. To stare poglądy związkowców, brachu, a tak naprawdę sam chciałbyś się wysforować i zostać szefem.

Przyjaciele chwytają się za barki w zmaganiach na niby. Wiedzą wszystko o swoich poglądach. Grupka znowu skupia uwagę na Abdu.

Zgadzasz się z kapitalistyczną gospodarką?

Tam, skąd pochodzę, nie ma gospodarki kapitalistycznej, nie ma socjalistycznej. Nic nie ma. Nauczyłem się tych pojęć na studiach.

Rozśmieszył ich, śmieje się wraz z nimi tak się właśnie dzieje w tym gronie, gdy już cię zaakceptują.

Więc jak byś nazwał ten system? Co masz na myśli, mówiąc, że „nic nie ma”?

Zastanawia się nad określeniem, które, jak sądzi, zrozumieją i przyjmą.

Feudalizm. Unosi łokcie nad stołem i znów je kładzie, spoglądając na Julie, swoją patronkę w tym towarzystwie, aby sprawdzić, czy użył właściwego słowa; i by zobaczyć, czy pod wpływem jego spojrzenia nie będzie chciała już iść. Oni przybierają tylko tytuły ministrów, prezydentów i innych takich. Przyjaciele patrzą, jak tych dwoje toruje sobie drogę pomiędzy innymi bywalcami baru, którzy jedzą, piją i siedzą pogrążeni w dyskusjach wśród papierosowego dymu, tej ektoplazmy umożliwiającej komunikowanie się na innym poziomie niż za pomocą telefonów komórkowych zawieszonych przy pasku lub przyciśniętych do ucha. Gdzie Julie go wynalazła? Jednemu z Towarzystwa przy Stoliku, który był akurat nieobecny, gdy Julie zatarasowała ulicę, trzeba wszystko opowiedzieć od początku: poznała go w warsztacie samochodowym za rogiem, ot co.

Jej towarzysz zatrzymał się na chwilę na tarasie, a ona podążyła spojrzeniem za jego wzrokiem. Zobaczyła dziewczynę z okularami przeciwsłonecznymi na czubku głowy jak w koronie, siedzącą z rozchylonymi udami i gładzącą dredy młodego mężczyzny, pijanego lub znarkotyzowanego do nieprzytomności, który leżał na jej podołku.

Abdu ruszył z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Ona: Co takiego? bardziej by dać wyraz własnej tolerancji niż dowiedzieć się, co go poruszyło.

Ludzie w tym miejscu odrażający. Odparła, jakby w ich imieniu: Przepraszam.

Nie ma cię tam, mnie też tam nie ma – nie widzimy. To nie korek uliczny – ramiona rozłożone z poczuciem winy, w geście rezygnacji, tak, że każdy je widzi.

To nie program nadawany późno w nocy na kanale dla dorosłych.

Ona wciąż spotyka się z Towarzystwem przy Stoliku, do którego należy – jego członkowie stanowią wszakże jej rodzeństwo z wyboru, które na różne sposoby uciekło od dawnych sposobów życia i swoich rodzin, niezależnie od tego, czy były to czarne rodziny wciąż zamieszkałe w gettach, czy białe z przedmieść. Lecz godziny jej pracy są elastyczne, dlatego pojawia się, gdy on leży pod samochodem w warsztacie za rogiem; nie zawsze przychodzi razem z nią posiedzieć przy kawie lub cienkim winie, które leją w El Ej. Przyjaciele nie będą pytać, co się dzieje – to część ich kredo: cokolwiek robisz, kogokolwiek kochasz, cokolwiek ci się przytrafi, przyjacielu, bracie, ja to akceptuję. Różni ludzie pojawiają się w ich grupie i odchodzą, lecz oni się trzymają, pozostając wierni sobie – zasadom Stolika.

Nadszedł dzień, kiedy on sam zdał sobie z tego sprawę – dzień, kiedy jedno z nich powiedziało przy stoliku, że otrzymało diagnozę: AIDS.

Ralph. Człowiek o takim samym podmiejskim pochodzeniu jak Julie, o klarownym spojrzeniu szarozłotych oczu, lśniących kościach policzkowych i sportowej przeszłości, dzięki czemu był tak zbudowany, że koszule wyglądały na nim, jakby miały poduszki w ramionach. Popatrzyli na niego, a podstarzały poeta zdawał się dostrzegać na jego gładkim czole coś, czego inni nie widzieli. Przemówił do Towarzystwa przy Stoliku niskim tonem wieszcza:

— To prastara klątwa.

— Na litość boską! Daj spokój...

Jest czas i miejsce na przepowiednie starego szaleńca. Pomruki: niech go ktoś uciszy, niech on przestanie. Ale gdy poeta przy Stoliku ma coś do powiedzenia, nie słyszy i nie słucha nikogo.

— Jesteśmy potomkami małp. Ta choroba pochodzi od naczelnych. Głodni ludzie w lasach zabijali je i pożerali ich mięso. W taki sposób odziedziczyliśmy klątwę, która jest zemstą naszych najstarszych przodków.

Nawrócona na buddyzm dziewczyna kiwa głową: mięsożercy, ci, którzy łamią nakaz poszanowania życia wszystkich istot. Ralph-ofiara nieoczekiwanie wybucha śmiechem. Nikt dotąd nie próbował nawet uśmiechnąć się do niego, by dodać mu otuchy. W Towarzystwo wstępuje duch nonszalancji. Przecież poradzą sobie z tym, co przytrafiło się jednemu z nich, w inny sposób niż robi to establishment, który wyraża jedynie odrazę lub ckliwe współczucie. Zawsze znajdą rozwiązanie – jeśli nie medyczne, to duchowe.

On, Abdu, nie przyłącza się do nich; być może nie do końca zrozumiał, że nie chodzi o to, iż ów sportowiec, okaz zdrowia, złapał HIV i jego przyszłość będzie niepewna niczym gra hazardowa, lecz o to, że choroba – klątwa, o której paplał poeta – już się rozwija.

Później, na ulicy, przygaszona Julie zaczyna mu tłumaczyć.

Wiem, słyszałem. Twoi przyjaciele – oni śmieją się ze wszystkiego.

Trudno powiedzieć, czy był to wyraz zazdrości, czy oskarżenie. Nie odpowiedziała.

Tak to już z nimi jest.

To prawda, nie spotykamy się po to, żeby lamentować.

A gdy wypowiedziała te słowa, dostrzegła, że mogły zabrzmieć lekceważąco, jakby nie obchodziły jej uczucia człowieka prowadzącego ukryte życie.

Julie podjeżdża pod warsztat około południa, Abdu wychodzi i wsiada do czekającego nań samochodu, który sam dla niej wyszukał. Jadą do parku położonego z dala od dzielnicy, w której mieści się El Ej Café, spacerują wokół jeziora i kupują coś przy obwoźnym stoisku – dla niej hot dog, dla niego frytki. Julie pyta go o dom i czy ma jakieś zdjęcia – gdy próbuje sobie wyobrazić wszystko to, o czym on mówi, brakuje jej obrazów, do których mogłaby się odnieść, i twarzy, z których dałoby się coś wyczytać. Jego sylwetka, szczupła, wyprężona, strzelista, kiedy wyłania się z wilgotnego, ciemnego warsztatu, krzywizna jego pleców w słońcu, gdy podchodzi do brzegu, by rzucić okruchy kaczkom – oto człowiek wycięty z tła, które ona z pewnością wyobraża sobie zupełnie niewłaściwie. Palmy, wielbłądy, alejki obwieszone dywanami i naczyniami z miedzi. Dau, szybkie statki z załogami złożonymi z mężczyzn, do których on w jej wyobraźni nie pasuje. Nie, nie ma żadnych zdjęć.

Nie ma tam wiele do oglądania. To wioska taka jak setki innych w jego kraju – trochę małych warsztatów wytwarzających różne rzeczy, garkuchnie, komisariat, szkoła. Małe domy. Mały meczet. Jest bardzo sucho – pył, kurz. Piach.

Są bracia i szwagier, młodsze i starsze siostry. Wielka rodzina, co oczywiste w tamtej części świata, Abdu spodziewa się, że ona to rozumie. Jeden z braci pracuje za granicą na polach naftowych. Bratowa z dziećmi pozostaje z rodziną.

A ten człowiek – wujek – który na podwórzu za domem uczył cię naprawiać samochody?

Och, to było w wiosce. Przy domu ojca.

Musi ci ich brakować, żyłeś z nimi tak blisko, a tutaj...

Julie wczuwa się w jego losy i podążając za nurtem jego słów, zapomina, że sama całkowicie odseparowała się od własnej rodziny z przedmieść. Nie ma jednak pojęcia, jacy mogą być ci ludzie, do których Abdu może tęsknić – nie widziała ich nawet na fotografii.

Przywiozę matkę. Tutaj. Chciałem przywieźć.

Tak powiedział. A przecież – to oczywiste – nigdy mu się to nie uda, bo jego nawet tu nie ma: zniknął i nie żyje już pod nazwiskiem, które zna jego rodzina.

Może mam jej zdjęcie – zobaczę u siebie.

Nigdy nie była w jego pokoju. Z jej perspektywy Abdu był od niego równie odległy, jak od wioski w obcym kraju, której nigdy nie widziała.

Pewnej soboty padało i nie poszli do parku – postanowiła, że zostaną w jej domku. Miała na sobie płaszcz przeciwdeszczowy, on – koszulę, która zdążyła całkowicie przemoknąć i przylgnąć do ciała, kiedy przebiegali z samochodu do drzwi. Bieg w deszczu wywołuje śmiech. Zdejmij ją, no dalej, wysuszymy ją w kuchni. Możesz założyć jedną z moich, są w stylu uniseks, zobaczysz. Jego tors i plecy błyszczały, jakby spadł na niego deszcz oliwy. Mięśnie na piersi zadrżały mu z zimna i znalazł w sobie dość tupetu – bo jego zdaniem był to tupet – by zwrócić się do Julie z prośbą.

Czy mogę wziąć gorącą kąpiel?

Pod wpływem jego słów uświadomiła sobie nagle, że nigdy nie zastanawiała się, jak on radził sobie w tym pokoiku na zapleczu warsztatu – czy to możliwe, że nie miał łazienki?

Jasne. Podam ci ręczniki. Polecam prysznic, jeśli chcesz. Mam prysznic u siebie – stara instalacja w warsztacie, czasem działa, czasem woda nie leci. Jeśli to nie problem, skorzystam z wanny.

Napełnij ją sobie po brzegi! Znajdziesz tam płyn do kąpieli, ziołowe mydło i różne takie. Ja w międzyczasie zaparzę kawę.

Słyszała, jak się kąpie – plusk rozkołysanej jego ciałem wody o ścianki wanny, cichy jęk przyjemności, kiedy się zanurzał, szum lecącej z kranu wody, którą zapewne dolewał do gorącej kąpieli. Jego przypadkowa wizyta w miejscu, w którym żyła, zmieniła trochę charakter jej mieszkania. Wynajmowany domek stał się – przynajmniej na to sobotnie popołudnie – prawdziwym domem.

Wyszedł uśmiechnięty z łazienki z równo poskładanym ręcznikiem w dłoniach.

Nie przejmuj się nim.