Znaki życia. 40 zwyczajów katolickich i ich korzenie biblijne - Scott Hahn - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Znaki życia. 40 zwyczajów katolickich i ich korzenie biblijne ebook

Scott Hahn

2 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 281 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 26 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Znaki życia. 40 zwyczajów katolickich i ich korzenie biblijne - Scott Hahn

Od dziesięcioleci ludzie nie będący katolikami, a nawet niektórzy zdezorientowani katolicy kwestionują liczne wierzenia, a szczególnie akty pobożności Kościoła katolickiego. Scott Hahn odnosi się do tych problemów, dostarczając nam kryształowo czystych argumentów na rzecz tradycyjnych praktyk Kościoła. Jego własna formacja, jako człowieka nawróconego na katolicyzm, czyni z niego idealną osobę predestynowaną do napisania tej książki.

Opinie o ebooku Znaki życia. 40 zwyczajów katolickich i ich korzenie biblijne - Scott Hahn

Cytaty z ebooka Znaki życia. 40 zwyczajów katolickich i ich korzenie biblijne - Scott Hahn

zrobić, ten nieomylnie oznajmiał: „Nawróćcie się […] i niech każdy z was przyjmie chrzest” (Dz 2,38). Tak jak nasze naturalne życie nie może się rozpocząć bez narodzin, tak nasze życie nadprzyrodzone nie może się zacząć bez chrztu. Przed naszym chrztem możemy

Fragment ebooka Znaki życia. 40 zwyczajów katolickich i ich korzenie biblijne - Scott Hahn







Veronice Margaret Hahn,
mojej pierwszej wnuczce


WSTĘP

ZNAKI ŻYCIA

Niezależnie od tego, czym się zajmujemy zawodowo i jak wygląda nasze życie osobiste, wszystkim nam zdarzają się dni, kiedy stajemy pod ścianą – ścianą zbyt stromą, by się na nią wspiąć, zbyt wysoką, by ją przeskoczyć i zbyt mocną, by ją obalić.

Takimi ścianami mogą być na przykład problemy w pracy lub w relacjach z innymi. Robimy wszystko, co w ludzkiej mocy, by je pokonać, obejść, przejść pod lub ponad nimi. Dochodzimy jednak do momentu, kiedy niczego już nie możemy zdziałać.

Mierzyłem się z takimi sytuacjami po wielokroć, a jedną z nich mam żywo w pamięci. Byłem młodym naukowcem i świeżo upieczonym ojcem rodziny. Pracowałem nad doktoratem, dziełem wieńczącym moje studia teologiczne, kiedy natrafiłem na problem związany z interpretacją pewnego biblijnego wersetu. Chodziło o niewielki fragment, ale stanowiący wielką trudność, będący przy tym czymś najistotniejszym dla mojego wywodu. Musiałem więc uciec się do wszelkich interpretacyjnych dziwactw, zanim mogłem obronić moją pracę doktorską przed członkami komisji. W istocie, dopóki nie wypróbowałem tych wszystkich zabiegów, byłem niemal pewien porażki.

Przeczytałem wszystkie dostępne komentarze i nie znalazłem niczego przydatnego – choćby jednego promyka światła, oprócz współczucia naukowców, którzy stanęli pod tą ścianą wcześniej ode mnie. Wahałem się, rozmyślałem i szamotałem – miesiącami – ale nie potrafiłem ruszyć do przodu. Miałem do czynienia z rzeczywistym problemem, zważywszy, że przeznaczyłem już kilka lat na badania. Gdybym teraz porzucił moje przedsięwzięcie, musiałbym przejść długą, trudną i upokarzającą drogę powrotną, do punktu wyjścia i procesu przyjęcia nowego tematu mojej dysertacji.

Ściana okazała się nawet jeszcze wyższa.

Mój opiekun naukowy, kapłan jezuita, zadzwonił, by poinformować mnie, że przenoszą go do Rzymu na Uniwersytet Gregoriański. Powiedział, że muszę natychmiast ukończyć pracę lub poszukać sobie kogoś innego do pomocy, kogoś, kto mógł, ale wcale nie musiał uznać moich tez za warte zachodu.

Przestałem sypiać i zwielokrotniłem wysiłek, przeszukując całe tomy i wydzwaniając późnym wieczorem do uczonych, których nigdy nie widziałem na oczy.

Wszystko na nic. Ściana wznosiła się teraz wyżej niż kiedykolwiek. Za nią roztaczała się perspektywa zawodowej kariery… możliwość dożywotniej posady… stojące otworem drzwi do zaszczytów, zajęć i publikacji. Po tej stronie, przynajmniej ja tak to widziałem, znajdowała się zawodowa klapa.

Brnąłem tak przez kilka tygodni, kiedy wydarzyło się coś naprawdę nadzwyczajnego. Mój opiekun raz jeszcze zadzwonił. Chciał się upewnić, że jestem przygotowany na wszystko, co mogło się wydarzyć, kiedy stanę do obrony mojej pracy. Następnie wymienił on całą listę potencjalnych trudności i przeszkód, których wcześniej nie brałem pod uwagę, ale których mogłem się spodziewać owego wielkiego dnia.

Poczułem się przybity, ale nie potrafiłem się do tego przyznać. Byłem zbyt dumny. Wiedziałem, że mam problem. Przede wszystkim jednak byłem niewyspany i zbyt opity kawą, a do tego miałem w głowie mętlik moralnych i akademickich problemów natury biblijnej.

Nie pozostało mi nic więcej do zrobienia. Musiałem więc zrobić cokolwiek.

SPRZECZNOŚCI

Kryzysu tego doświadczyłem, kiedy – od niecałych dziesięciu lat – byłem już rzymskim katolikiem. Moją pamięć i wyobraźnię wypełniały jednak wydarzenia z żywotów świętych, jak przystało na każdego pobożnego dziesięciolatka.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że jestem Franciszkiem z Asyżu czy Ignacym Loyolą. Nie zamierzam też odgrywać tu jakichś melodramatycznych scen. Pośród wichru dziejów mój doktorat znaczył niewiele. Jednak patrząc z punktu mojego życia zawodowego, był on moim „być albo nie być”. Biografie świętych, które z czasem poznałem, służyły jako wzór dokładnie takiego kryzysu.

Ściana była bardzo wysoka. A jednak pewnego późnego wieczora nagle uświadomiłem sobie istnienie czegoś o wiele wyższego od tej ściany i wiedziałem już, co muszę zrobić. Włożyłem marynarkę i ruszyłem w ciemną noc, nie przyczesawszy nawet włosów.

Sąsiednie ulice były ciche i ciemne. Najkrótsza droga do kampusu, w którym uczę, wiedzie ulicą na wprost i przez lasek, i tą trasą podążyłem.

Mój cel – rzecz o wiele wyższa od ściany – pozostawał wciąż przede mną, na horyzoncie. Ponad akademikami, biblioteką i laboratoriami Uniwersytetu Franciszkańskiego w Steubenville wznosi się wysoki na sześćdziesiąt stóp stalowy krzyż widoczny z międzystanowych autostrad, a nawet zza rzeki Ohio w zachodniej Wirginii. Przemknąłem w pośpiechu przez cichy kampus. Gdyby ktokolwiek mnie zobaczył, pomyślałby, że nadmiar nauki doprowadził mnie do szaleństwa (por. Dz 26,24). Z pewnością mój umysł był owładnięty obsesyjnymi myślami, jednak prawdopodobnie tak samo zdrowy, jak zawsze, kiedy znalazłem się u stóp lśniącego, ogromnego krzyża. Tu nie musiałem już wysilać umysłu. Wiedziałem, co w historii robili święci. Musiałem coś przedsięwziąć. Musiałem zrobić to, co oni.

Ucałowałem krzyż, położyłem się plackiem na ziemi, z twarzą przyciśniętą do krzyża i zapłakałem.

W tej samej chwili wypełniło mnie to, co najlepszego może nam zaoferować świat. Przeczesałem najbardziej szanowane biblioteki naukowe i osobiście zwróciłem się do największych uczonych. To nie wystarczyło. Powiedziałem o tym Jezusowi: moja ściana jest o wiele za wysoka. A jednak wiedziałem, że ją pokonuję. Jego krzyż był o wiele wyższy.

Miał On do zaoferowania o wiele więcej niż to, czym dysponowałem. Niemniej, mimo że był On Bogiem, „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi” (Flp 2,6-8).

Leżąc tam twarzą ku ziemi, powierzyłem Mu wszystko, tak samo jak święty Franciszek i wielu innych. Powiedziałem Mu, że jeśli mam przegrać, to niech tak będzie: będę ogołocony tak samo jak On.

MASZ BŁOTO NA OKU

Co się stało później?

Przejdę do tego za kilka chwil. Najpierw muszę się zatrzymać i rozważyć piękno katolickiego życia.

Czasami czujemy, że dotarliśmy do ściany. Czasami okazuje się, że uderzyliśmy o ścianę z wielką prędkością – i niestety zostawiliśmy nasz hełm ochronny w domu. Kiedy tak się dzieje, coś w głębi naszej duszy woła: Nie stój tak! Zrób coś! Bóg takimi nas stworzył. Dał nam ciała, abyśmy mogli działać, i posyła nas do pracy w świecie, w którym jest wiele rzeczy do zrobienia. W ciągu całej historii potwierdza On tę naturalną skłonność i zleca nam zadania do wykonania. Kiedy lud był spragniony, Bóg poinstruował Mojżesza, by uderzył w skałę, żeby wytrysnęła z niej woda. Dlaczego to zrobił? Nie dlatego, że musiał. Mógł On przecież zrzucić z chmur jadłodajnię lub stworzyć wielkie jezioro pośrodku pustyni, a nawet posłać aniołów z dzbanami pełnymi trunku. Znał jednak ludzką naturę i wiedział o naszej potrzebie zrobienia czegoś. Dał więc Mojżeszowi zadanie do wykonania.

Od czasów Mojżesza do czasów Jezusa natura ludzka nie uległa żadnej zmianie. Jezus mógł uleczyć niewidomego zwyczajnym skinieniem głowy albo jednym słowem, jednak tak nie postąpił. Wziął grudkę błota i splunął na nią. Następnie wysłał niewidomego, by obmył się w pobliskiej sadzawce.

Innym razem Jezus uleczył dziesięciu trędowatych, posyłając ich, by pokazali się kapłanom w świątyni. „A gdy szli, zostali oczyszczeni” (Łk 17,14).

Życie katolickie – wielka tradycja chrześcijańska – stanowi wspaniałą spuściznę dwóch tysiącleci świętych z wielu krain, znajdujących się w rozmaitych okolicznościach. Bycie katolikiem oznacza, że nie można nigdy powiedzieć: nie pozostaje nam nic do zrobienia. Nasza modlitwa zostaje wzbogacona o święte wizerunki i kadzidło, świece wotywne, paciorki różańca, wody i olejki, gesty i postawy, błogosławieństwa i medaliki, zwyczaje i ceremonie.

Ponieważ uczyłem się żyć życiem katolickim, mogłem powiedzieć, że nawet w samotności o trzeciej rano w moim gabinecie, nawet pośrodku zawodowego kryzysu – nawet wtedy, gdy nie było nic więcej do zrobienia – mogłem coś zrobić.

Mogłem natychmiast wyjść i udać się na pielgrzymkę.

Mogłem zatopić się w modlitwie.

Mogłem adorować krzyż święty.

Mogłem przywołać słowa Pisma Świętego.

Mogłem rzeczywiście zrobić to wszystko i nikt nie mógłby mnie powstrzymać. Tak więc postąpiłem.

UŁOŻYĆ RZECZY W NALEŻYTYM PORZĄDKU

Życie katolickie jest pełne takich rzeczy do zrobienia. A jednak nie zawsze rozumiemy, dlaczego znajdują się one w naszej tradycji. Nawet pobożni katolicy potrafią traktować te wielorakie i różnorodne zwyczaje tak, jakby nie były one ze sobą powiązane i stanowiły coś przypadkowego – jako rodzaj przesądów, które w jakiś sposób zyskały aprobatę Kościoła.

Z tego powodu słyszymy czasami, jak chrześcijańscy intelektualiści drwią z ludowej pobożności. To ostatnia rzecz, którą chciałbym zrobić, po pierwsze dlatego, że Jezus wyżej cenił prostych wyznawców i dzieci niż intelektualistów tamtych czasów, i przypuszczam, że ta sama zasada dotycząca ludzkiej natury wciąż obowiązuje. Po drugie, wiem, że ludowa pobożność katolicka jest dobrze ugruntowana na Piśmie Świętym – co, mam nadzieję, zademonstruję w dalszej części tej książki – i że była ona praktykowana przez najważniejszych przedstawicieli katolickiej tradycji intelektualnej. Wreszcie, wystrzegam się drwin z pobożności ludowej dlatego, że znam wielu ludzi bardziej świątobliwych ode mnie, którzy nie mieli okazji do zdobycia wykształcenia teologicznego. W rzeczywistości wielu świętych nie miało w ogóle żadnego wykształcenia. Intelektualiści zrobią dobrze, jeśli pomodlą się wraz z kółkiem różańcowym w swojej parafii. Wyleczy ich to z codziennych drwin. Ludwik Pasteur był jednym z intelektualnych geniuszów swojej epoki, mimo to modlił się na różańcu jak dziecko.

Co więcej, błędem jest traktować inteligencjępobożność tak, jakby wykluczały się wzajemnie. Najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić, jest połączenie naszej pobożności ze zrozumieniem. Jezus uczył nas, aby nie modlić się jak intelektualiści, którzy byli hipokrytami (Mt 6,5), tak samo jak nie chciał On, byśmy modlili się jak poganie, którzy nie mają pojęcia o tym, co czynią (Mt 6,7). Święty XX wieku Josemaría Escrivá bardzo dobrze rozwiązał ten problem. Nakłaniał on katolików, by posiedli zarówno mądrość teologów, jak i pobożność dzieci.

Jako katolicy mamy swobodę w kultywowaniu bogatego życia w pobożności, czerpiąc ze skarbów wielu krajów i wielu epok. „Lecz”, jak mówi święty Paweł, „wszystko niech się odbywa godnie i w należytym porządku” (1 Kor 14,40).

Niniejsza książka jest więc wyrazem czci dla wszystkiego, co katolickie i co biblijna tradycja czyni katolickim. Jest ona nawet czymś więcej. Stanowi podręcznik, czy też poradnik, dobrze uzasadnioną obronę i subtelne ponaglenie dla nas wszystkich, byśmy zachowywali się lepiej, niezależnie od tego, na jakim etapie duchowego rozwoju się znajdujemy.

Jednym z celów, który mi przyświecał podczas pisania tej książki, było pokazanie, jak zwyczaje katolickie oraz pobożność wpasowują się w szerszy schemat wiary chrześcijańskiej. Naszym pierwszorzędnym zadaniem jest dopracowanie się nowego spojrzenia, nowego sposobu wzrastania w mądrości i wiedzy. Sposób ten tradycja nazywa mistagogią.

ODCZYTAĆ ZNAKI

Mistagogia to termin grecki, oznaczający „wyjaśnienie tajemnic”. Według tradycji mistagogicznej Kościoła pierwszych wieków, duchowny (zazwyczaj był to biskup) poświęcał czas na wyjaśnianie detali liturgicznych i tego, jak korespondują one w sposób symboliczny z wydarzeniami rozgrywającymi się w Biblii. Metoda ta sięga czasów Nowego Testamentu, kiedy to święty Paweł i święty Piotr mówili o chrzcie i Eucharystii jako o wypełnieniu przepowiedni starotestamentowych (np. 1 Kor 10,2-17; 1 P 3,18-21).

Mistagogia pozwala nowym wiernym spojrzeć poza znaki ku rzeczom, które się za nimi kryją – spojrzeć poza „tu i teraz” i pochwycić coś z boskich tajemnic, które pewnego dnia staną się w pełni widzialne dla nas w niebie (1 J 3,2), a które nawet teraz są obecne w Kościele.

Możemy usłyszeć historię wielkiego potopu i, poprzez instrukcje, modlitwę i medytację, zrozumieć ocalającą rolę wody chrzcielnej. Możemy jednak pójść dalej, spojrzeć poza znak chrztu i pojąć, jak działa Duch Święty, ponieważ trzecia Osoba błogosławionej Trójcy jest ostateczną rzeczywistością, którą oznacza i niesie ze sobą woda chrzcielna.

Nawet cuda Jezusa – jakkolwiek wielkie były same w sobie – służyły przede wszystkim jako „znaki”. Tego terminu użył święty Jan do ich opisania (np. J 2,11 i 4,54). Były one autentycznymi wydarzeniami, dziejącymi się natychmiastowo, a jednak wskazywały na coś poza nimi, na rzeczywistość boską i transcendentną. Weźmy uzdrowienie paralityka przez Jezusa (Mk 2,3-12). Pan nasz powiedział jasno, że uzdrowienie paralityka jest mniejszym czynem aniżeli odpuszczenie grzechów. Fizyczne uzdrowienie było po prostu zewnętrznym znakiem uzdrowienia większego, mianowicie wewnętrznego i duchowego. Uzdrowienie fizyczne było ostatecznie tymczasową ulgą; życie tego człowieka potoczyło się naturalnym rytmem, musiał on cierpieć i umrzeć. Jednak uzdrowienie duchowe będzie trwało nawet po śmierci; jest ono ukierunkowane na nowe stworzenie i jest aktem możliwym tylko dla Boga (Mk 2,7).

Jezus dał nam przywilej w postaci udziału w życiu Boga i Jego zbawczych czynach. Podczas Ostatniej Wieczerzy mówił o cudownych znakach, a następnie przyobiecał swoim apostołom: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: kto we Mnie wierzy, będzie dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, a nawet większe od tych uczyni…” (J 14,12). Chociaż apostołowie dokonywali cudów podczas swej posługi, nie uczynili niczego, co przekraczałoby wspaniałość cudów Jezusa. Cóż więc mógł On mieć na myśli?

Jezus myślał o sakramentach.

Pierwsi chrześcijanie wierzyli w sakramenty. Wierzyli, że sakramenty nie tylko mówiły o boskiej potędze Jezusa – ale także przemawiały boską potęgą Jezusa. Wszystkie słowa oznaczały rzeczy. W Ewangeliach słowo Jezusa wywoływało rzeczywistość, do której się odnosił. Jezus przemawiał i demony ustępowały, ludzie zdrowieli, wichry i wzburzone wody uspokajały się, zmarli wracali do życia. To samo boskie Słowo nadal posiada moc przekształcania stworzenia i chwil naszego życia. Dokonuje tego przez posługę Kościoła, który korzysta z ziemskich rzeczy – chleba i wina, gestów i postaw, oleju i wody – by wprowadzić świętość w nasze życie. Dzieje się to w sakramentach, o których starożytny Kościół mówił jako o „tajemnicach”. W V wieku papież święty Leon Wielki powiedział: „to, co było widzialne w naszym Zbawicielu, przeszło do Jego misteriów”[1]. W ten sposób mistagogia została zakorzeniona w Bożej łasce: Jego mocy przemieniania nas.

Owa moc jest zakryta przed naszymi zmysłami. Mistagogia natomiast jest tradycyjnym sposobem, w jaki Kościół odkrywa ją dla naszego umysłu i naszego ducha. Jest to sposób, w jaki święci odkrywali Bożą miłość ukrywającą się za symbolami, Boże życie, które skrywa się za znakami. W świętych rzeczach naszej tradycji materialne przedmioty ukazują nam niematerialną rzeczywistość – czasowe wydarzenia odkrywają wiekuiste tajemnice.

Mistagogia oznacza wprowadzanie wiernych w rzeczywistą komunię, prawdziwy udział, w zbawcze tajemnice celebrowane za pomocą symboli i rytuałów kultu kościelnego. Papież Benedykt XVI powiedział kiedyś: „dojrzałym skutkiem mistagogii jest świadomość, iż własna egzystencja jest stopniowo przemieniana przez celebrowane święte misteria. Celem zresztą wszelkiego chrześcijańskiego wychowania jest uformowanie wiernego jako »nowego człowieka«”[2].

PRZEŻYWAĆ TAJEMNICE

U chrześcijan pierwszych wieków tajemnica Chrystusa nie ograniczała się do sakramentalnych rytuałów. Dotyczyła ona także moralności i codziennego życia. Był to ostatecznie Boży plan „dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (Ef 1,10). W Chrystusie „zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne […]. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie” (Kol 1,16-17).

W ten sposób w Chrystusie wszystkie rzeczy ziemskie stają się znakami wskazującymi na Boga. Rzeczy ziemskich nie należy deprecjonować, ale raczej wynosić i uświęcać poprzez ich święte używanie. Podczas mszy świętej zanosimy Bogu „dzieło rąk naszych”. To samo czynimy podczas naszej pracy. Nie inaczej jest z naszą pobożnością. Modlimy się, zgodnie z naszym zwyczajem, tak samo jak pierwsi chrześcijanie, za pomocą sakramentów i sakramentaliów.

Co to są sakramentalia?

Są to przedmioty wyznaczone i pobłogosławione przez Kościół po to, by przywieść nas ku dobrym myślom i zwiększyć nasze oddanie. Sakramentalia są podobne do sakramentu w tym względzie, że są one narzędziem łaski i zewnętrznym znakiem niewidzialnej rzeczywistości wiary. Są one także w wieloraki sposób od sakramentów różne.

Sakramenty zostały ustanowione przez Chrystusa, podczas gdy sakramentalia ustanowił Kościół. Sakramenty wnoszą bezpośrednio łaskę w nasze dusze, podczas gdy sakramentalia czynią to pośrednio, poprzez doprowadzenie nas do oddania i stwarzanie okazji do odpowiedzi na Bożą łaskę.

Idea ta jest tak stara jak Kościół. W IV wieku święty Grzegorz z Nyssy wygłosił piękną homilię o zasadzie sakramentalnej. Rozpoczął od wysławiania Boga za moc, której udziela On zwyczajnym rzeczom: wodzie podczas chrztu, chlebowi i winu podczas mszy świętej, olejowi podczas namaszczania, nałożeniu rąk przez biskupa podczas święceń. „Jest wiele rzeczy, które jawią się jako godne pogardy”, powiedział, „ale które dokonują wielkich dzieł”[3]. Czerpiąc ze Starego Testamentu, zauważył on, że Bóg nadawał powszednim rzeczom cudowną moc: drewnianej lasce Mojżesza, płaszczowi Eliasza z surowej tkaniny i kościom martwego Elizeusza.

Święty Grzegorz zauważył, że takie udzielanie mocy nie tylko trwało dalej na swój sposób, ale wzrosło po wielokroć. Istnieje ono również w naszych czasach i oferuje nam różnorakie łaski. Istotnie, te trzy przykłady, które przytoczył, są odległymi przodkami praktyk, które dotrwały do dnia dzisiejszego, praktyk, które przeanalizujemy w tej książce, a są to: adoracja krzyża, noszenie brązowego szkaplerza i cześć, którą oddajemy relikwiom świętych.

RÓŻNE MOŻLIWOŚCI

Dla katolików sakramenty i sakramentalia są bez wątpienia znakami życia. Jedne i drugie stanowią część tej książki, tak jak jedne i drugie powinny być częścią naszego codziennego życia i miłości.

Pobożne życie samego Jezusa było bardzo bogate. Brał On udział w pielgrzymkach i świętach. Modlił się zarówno spontanicznie, jak i w sposób zgodny z przepisami. Modlił się na kolanach, na stojąco i leżąc twarzą do ziemi. Czcił Boga w samotności, we wspólnocie religijnej i wraz z przyjaciółmi. Recytował słowa Pisma. Udawał się na odludzie, z dala od krzątaniny i zgiełku świata.

Mamy ten przywilej, że możemy Go naśladować w tej wspaniałej różnorodności, a nasza tradycja dostarcza nam wielu sposobów, by to czynić. Prawdą jest, że nie wszystkie modlitwy i akty pobożności są równej wagi. Jeśli przyjmiemy zwyczaje naszej katolickiej wiary, ważne jest, byśmy rozróżniali to, co istotne, od tego, co w chrześcijańskiej wolności możemy przyjąć lub odrzucić. Mamy ścisły obowiązek przyjąć chrzest i uczęszczać w niedzielę na mszę świętą (por. J 3,5 i 6,53). Nie jesteśmy jednak zobligowani do odmawiania różańca, używania wody święconej i odmawiania nowenny. Niemniej, czasami to rzeczy mniej istotne czynią budynek prawdziwym domem. Tak, potrzebujemy cegieł i zaprawy, by zbudować użyteczne schronienie; jednak życie jest o wiele bogatsze, jeśli możemy czuć zapach gotującego się w kuchni obiadu i słyszeć gaworzenie niemowlaków dochodzące z salonu. Te sprawdzone od dawna akty pobożności naprawdę pomagają uczynić naszą wiarę życiem, a nasz Kościół domem.

Wiem jednak, że niektórzy ludzie odrzucają pobożne zwyczaje, twierdząc, że to rutyna i odruchowe nawyki. Są to rzeczywiście nawyki i możemy sprawić, że staną się odruchowe i rutynowe. Same w sobie jednak nie są one niczym złym. Odruchy i nawyki są faktycznie całkiem dobre, jeśli zastosować je do pielęgnacji trawnika, troski o auto, występów muzycznych lub higieny osobistej. Ja na przykład, zgodnie z chrześcijańską tradycją, przywykłem do modlenia się. Jeśli modlitwa jest odmawiana z sercem, może być czymś bardzo dobrym dla duszy. Podobne nawyki są niczym piękna muzyka lub zadbany ogród – odruchowy nawyk zakorzeniony w miłości.

Inni będą się obruszać, że takie czynności są średniowiecznymi przesądami albo próbą manipulowania Bogiem. Tak jednak po prostu nie jest. Oferując nasze modlitwy, nie przymuszamy Boga do spełniania naszych życzeń; pozwalamy Bogu działać po swojemu. Te sposoby modlitwy to akty Bożej łaski, język, który Bóg wspiera tak, abyśmy mogli rozmawiać z Nim często i regularnie, czy mamy na to ochotę, czy też nie. Nasza pobożność nie jest tym, co przede wszystkim ofiarujemy Bogu – On nie potrzebuje naszej czci ani kadzidła – ale raczej tym, co On ofiaruje nam. Takie sposoby komunikacji są szczególnie dopasowane do ludzkiego umysłu i ciała, które sam Bóg stworzył dla swej chwały.

JAK CZYTAĆ TĘ KSIĄŻKĘ

W niniejszej książce przeanalizujemy czterdzieści różnych tradycyjnych zwyczajów kościelnych. Dlaczego wybrałem czterdzieści? Liczba ta ma oczywiście bogaty rodowód. Biblia mówi o czterdziestu dniach, podczas których wody potopu oczyszczały ziemię, o czterdziestu latach, które Izrael spędził na wędrówce przez pustynię, o czterdziestu dniach, które Eliasz spędził w podróży, o czterdziestu dniach, podczas których lud Niniwy pokutował w wyniku nauczania proroka Jonasza, o czterdziestodniowym poście Jezusa na pustyni i o czterdziestu dniach, które spędził On z uczniami między Zmartwychwstaniem a Wniebowstąpieniem. Kościół wcześnie zauważył tę liczbę, ustanawiając czterdziestodniowy okres Wielkiego Postu.

Tak więc czterdzieści wydało mi się dobrą liczbą. Mam nadzieję, że te medytacje, podobnie jak biblijne czterdziestki, będą dla was i dla mnie czasem oczyszczenia, przemiany i odnowy. Ufam, że te stronice mogą stanowić naszą wspólną podróż w kierunku bogatszego i pełniejszego zrozumienia katolickiego życia.

W wyborze czterdziestu zwyczajów nie ma jednak niczego kanonicznego. Mój wybór nie jest całkiem przypadkowy, ale nie jest również czymś ostatecznym. Jest po prostu mój. Mam nadzieję, że w miarę, jak będziecie wzrastać w pobożności, sporządzicie sobie własną listę.

Medytacje również nie są definicjami. Są one moimi refleksjami, zapożyczonymi od któregoś świętego lub papieża, i skompilowane w sposób, który jest autorski (ale nie jest definitywnie zamknięty). Wierzę, że zastanowicie się nad każdym znakiem, biorąc pod uwagę jego znaczenie w tradycji, ale zrobicie to na swój własny sposób.

Układ rozdziałów jest także efektem moich przemyśleń. Nie jest doskonale płynny, ale pomyślany tak, by osiągnąć efekt kumulacji. Niektóre rozdziały są zbudowane w oparciu o informacje podane w rozdziałach poprzednich. Tak jak życie, książka posuwa się naprzód meandrami, od narodzin do śmierci. Czujcie się jednak swobodnie i nie wahajcie się skakać po rozdziałach zgodnie z waszymi zainteresowaniami lub potrzebami. Możecie zacząć lekturę od strony, która wam się spodoba, chociaż książka została napisana tak, by czytać ją wolno i by ją kontemplować.

W każdym rozdziale będziemy zgłębiać biblijne i historyczne korzenie danego zwyczaju katolickiego. Znajdziemy argumenty dla powszechnych zarzutów podnoszonych przez niekatolików i postaramy się wyjaśnić pewne często występujące nieporozumienia. Każdy rozdział kończy się podrozdziałem: „rozważ w swoim sercu”. Tytuł ten odnosi się do opisu Łukasza Ewangelisty poświęconego Błogosławionej Dziewicy „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Ufam, że i ja, i wy potrafimy Ją naśladować, rozważając słowa wielkich nauczycieli, myślicieli i świętej tradycji chrześcijańskiej. Fragmenty w części „rozważ w swoim sercu” wybrałem z tradycji, z większości, jeśli nie ze wszystkich, wieków od czasów Jezusa do naszych dni. Wszystkie razem stanowią ważny przekaz: że doktryny te oraz akty pobożności nie są przejawami mojej inwencji, że zostały one potwierdzone przez tradycję i że działają. Pomagały one przez wieki innym katolikom wytyczyć drogę do nieba. Wybrałem cytaty z rozmaitych autorów. Posłużyłem się tymi fragmentami, które wydały mi się najbardziej pomocne.

Pomysł mój polega na tym, by wzmocnić naszą świadomość wiary, by uczynić naszą pobożność tak codzienną, jak to tylko możliwe. Chcemy wykształcić dobre nawyki modlitewne – lub, by użyć „groźniejszego” współczesnego terminu – zaprowadzić modlitewną dyscyplinę. Zasada sakramentalna działa tak dobrze, ponieważ zakłada ona fundamentalną rzeczywistość ludzkiej natury: składamy się wszak z materialnego ciała i niematerialnej duszy. To, co uczynimy jednemu z tych składników, odbija się głęboko na drugim. To, co czynimy z naszym ciałem, naszymi zmysłami, stanowi fundament naszego duchowego wzrostu. Łaska buduje się na naturze.

Istnieje wiele dobrych, naturalnych powodów, by przyjąć tradycyjne metody modlitwy. Psychologowie odkrywają, że relaksują one nasze ciało, redukują poziom stresu i sprawiają, że przestajemy marszczyć brwi. Niszczą one także utrwalone ścieżki neuronowe. Każdy, kto spędził czas przy łożu śmierci wiernego katolika, może zaświadczyć tak jak ja: istnieją pewne formy pobożności, które wydają się w sposób całkiem spójny pozostawać w świadomości do jej samego końca, nawet jeśli z pamięci zniknęło wiele innych rzeczy. Mam serdecznego przyjaciela, którego matka przetrwała udar, po którym mogła uczynić niewiele ponad odmawianie różańca – nawyk, który wyrobiła w ciągu swojego życia. Okazał się on drogą jej powrotu do zdrowia. Mógłbym przytoczyć setki podobnych historii.

Nie ma więc sensu powstrzymywać się od modlitewnej dyscypliny do czasu, aż się zestarzejemy. Po pierwsze, możemy wcale nie dostąpić luksusu starości. Jeśli nawet tak się stanie, to może nam wtedy braknąć zdrowia, pamięci lub swobody koniecznej do wyrobienia nowych nawyków.

Może to brzmieć banalnie, ale nie wiemy, co nas czeka. Wiemy, że będziemy cierpieć, i ja, i wy, ponieważ cierpienie jest częścią życia, nawet życia Chrystusa. Bóg jednak zaopatrzył nas na te czasy. On i Jego Kościół dają nam magazyn tradycji – metody i rady, które sprawdziły się w ciągu tysiącleci, w żywotach niezliczonych zwykłych chrześcijan, w czasach załamania ekonomicznego, katastrof naturalnych, pośród prześladowań i w czasie wojny. Oto, co nazywam nauką i badaniem.

W każdej próbie Bóg „wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10,13). Nawet w najbardziej niezwykłych okolicznościach możemy uciec się do Boga, możemy przetrwać i odnieść triumf, używając najzwyklejszych form modlitwy. To bardzo dobrze, że wystarczy jedynie chwycić paciorek różańca lub poczuć wełnę szkaplerza, by zwrócić swoje myśli ku Bogu, ponieważ możemy dojść do takiej chwili, kiedy będzie to jedyna rzecz, którą będziemy potrafili zrobić.

Modlę się o to, abyście odmawiali te modlitwy tak dobrze, jak potraficie, i proszę Ducha Świętego, a także waszego Anioła Stróża, by dał wam to, czego wam brak.

Kiedy będziecie się modlić, proszę, byście pamiętali w modlitwie o autorze tej książki – który obiecuje modlić się za swoich Czytelników!

Z POWROTEM DO KRZYŻA

Ach, tak, obiecałem zakończyć moją historię z dysertacją. Wróciłem do domu ciemnymi uliczkami, odmawiając różaniec, i czułem się tak, jakby była pełnia dnia. Kiedy znalazłem się znowu w moim biurze, wróciłem do biblijnego tekstu – który czytałem setki, a może i tysiące razy – i zająłem się nim tak, jakbym to czynił po raz pierwszy. Moje spotkanie z tym tekstem wyglądało tak, jakbym był pierwszą osobą, która go czyta. W greckim oryginale widziałem powiązania, których nie oddawały w sposób czysty przekłady na angielski i łacinę.

Ale do rzeczy: znalazłem rozwiązanie, które do tej pory nie pojawiło się w żadnym komentarzu. Ukończyłem moją dysertację i z sukcesem ją obroniłem. Spisałem moje odkrycia i opublikowałem je w ważnym czasopiśmie naukowym.

Dwanaście lat po tej brzemiennej w skutki nocy wiary uczestniczyłem w zawodowej konferencji, to znaczy w dorocznym spotkaniu Towarzystwa Literatury Biblijnej. Jeden z naukowców, którego poważałem, wziął mnie na stronę i zapytał: „Jak to jest, kiedy pokona się coś takiego?”.

Nie miałem pojęcia, o czym on mówi.

„No, co się czuje, kiedy znajdzie się interpretację, która została zagubiona przez wieki?”, zapytał.

Teraz już wiedziałem, o co mu chodzi, i oczy mi się otworzyły.

Opowiedziałem mu historię o tej dawnej nocy, o ścianie zbyt wysokiej dla mnie, by ją pokonać. Opowiedziałem też o wyprawie pod krzyż. Chciałem, aby poznał ten sposób na wypadek, gdyby i on znalazł się pod ścianą.

Tego samego pragnę również dla was, drodzy Czytelnicy, i taki jest powód napisania tej książki.


I

Początek życia


1. WODA ŚWIĘCONA

Rozpoczynamy życie w wodzie.

W taki właśnie, poetycki sposób Księga Rodzaju przedstawia stworzenie wszechświata: „ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód […]. Bóg rzekł »Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj oddzieli ono jedne wody od drugich«” (Rdz 1,26).

Podobnie jak w kosmicznym wymiarze, tak też wygląda nasz własny początek: przybieramy ludzką postać w worku owodniowym, „torbie z wodą” wewnątrz macicy. W porządku natury zaczynamy przychodzić na świat, kiedy matce „odchodzą wody płodowe”.

Od wody także rozpoczynamy naszą wizytę w kościele. Zanurzamy dłoń w kropielnicy i żegnamy się.

Znak uczyniony wodą święconą podczas chrześcijańskiej modlitwy znany jest od pierwszych dni Kościoła. Pod koniec drugiego stulecia północnoafrykański teolog Tertulian wspomina o zwyczaju symbolicznego obmycia ręki przed podniesieniem jej do modlitwy[4]. Był to zwyczaj żydowski, poprzedzający nadejście naszego Pana, i może on być tym, o którym wspominał święty Paweł w liście do Tymoteusza: „Chcę aby mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste” (1 Tym 2,8). Historyk Euzebiusz około Roku Pańskiego 320 opisuje kościół w Tyrze, gdzie przy wejściu znajdowały się fontanny tryskające bieżącą wodą, pod którą wierni mogli obmyć ręce.

Używamy wody święconej, by zaznaczyć nasz początek, ponieważ Bóg tak czyni. Znajdujemy na to liczne dowody, zarówno w naturze, jak i w Piśmie. Kiedy świat pogrążył się w grzechu i potrzebował oczyszczenia, Bóg zesłał wielki potop, i to po nim rodzina Noego odnalazła nowe życie. Kiedy Izrael wydostał się z niewoli jako zjednoczony naród, najpierw musiał przejść przez wody Morza Czerwonego. Gdy naród wybrany ustanowił swoje miejsca kultu – najpierw tabernakulum, a później świątynię – wyposażył je w wykonane z brązu misy do obmywania się przed wejściem.

Święty Tomasz z Akwinu nauczał, że woda jest naturalnym sakramentem od świtu stworzenia świata[5]. W czasach od Adama przez patriarchów woda odświeżała i oczyszczała ludzkość. W epoce Prawa – w czasach Mojżesza – woda zapewniała duchowe odrodzenie Izraela, kiedy naród rozpoczął swą wędrówkę do Ziemi Obiecanej. Wraz z Jezusem nastał czas łaski i od tej pory woda uzyskała boską moc Słowa, które stało się ciałem[6]. Chociaż dzieci zawsze rodziły się „dzięki wodzie”, to teraz dorosłe kobiety i mężczyźni mogli być „narodzeni z wody i z Ducha Świętego” (J 3,5). Ojcowie Kościoła nauczali, że Jezus, wstępując w wody Jordanu, uświęcił wody całego świata. Uczynił je żywymi, dającymi życie (por. J 4,10-14). Jezus uczynił z wody źródło nadnaturalnej odnowy, orzeźwienia i oczyszczenia.

Przebywając na ziemi, poznajemy rzeczy duchowe poprzez zmysłowe znaki. Jedynie w chwale poznamy boskie rzeczy takimi, jakie one są, bez sakramentalnej zasłony. Według świętego Tomasza woda ostatecznie oznacza łaskę Ducha Świętego: „[…] łaska Ducha Świętego poprawnie nazywana jest wodą żywą, ponieważ owa łaska Ducha Świętego dana jest człowiekowi w ten sposób, że dane jest mu samo źródło tej łaski, mianowicie Duch Święty. […] Albowiem sam Duch Święty jest źródłem niewyczerpywalnym, z którego wypływają wszystkie dary łaski”[7]. Księga Apokalipsy potwierdza to, przedstawiając łaskę Ducha jako „rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka” (Ap 22,1). W ciągu historii w całym kosmosie, Bóg przemawiał głosem, który jest „jak głos wielu wód” (Ap 1,15). Wszystkie te wielorakie znaczenia wody traktujemy jako nasze własne i uznajemy za swoje dziedzictwo – ilekroć żegnamy się wodą święconą. „Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi”, zrodzonymi z wody i z Ducha, „Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest uświęcony” (1 J 3,2-3).

Ten prosty gest, który lubią powtarzać nawet najmniejsze dzieci, stanowi przypomnienie i odnowę naszego chrztu. Jest on też orzeźwieniem, dostarczającym ulgi od ucisku zła. Święta Teresa z Ávila napisała, że „na bezpowrotne odpędzenie czartów nie ma skuteczniejszego sposobu nad wodę święconą”[8].

Woda święcona to zwyczajna woda, która została pobłogosławiona przez kapłana do celów kultu. Żegnamy się wodą święconą w świątyni. Większość kościołów ustawia także specjalne naczynie, z którego parafianie mogą także nabrać wody i zabrać ją do domu. Niektóre rodziny katolickie mają w domach małe kropielniczki na wodę święconą u wejść do wszystkich sypialni. Ja sam zawsze trzymam w moim biurze buteleczkę z wodą święconą.

Nie trzeba nam robić wiele ponad pokropienie się kilkoma kroplami wody święconej. Przyjęło się także przy takiej okazji odmówienie błogosławieństwa w imię Trójcy Świętej i wykonanie prawą ręką znaku krzyża.

ROZWAŻ W SWOIM SERCU

Królu i Panie wszystkich rzeczy oraz Stwórco świata, udzieliłeś darmowego zbawienia całej stworzonej naturze za sprawą zstąpienia na ziemię Twojego jednorodzonego Syna. Odkupiłeś wszystko to, co stworzyłeś poprzez przyjście Twojego niewymownego Słowa. Popatrz teraz z niebios i spojrzyj na te wody, napełniając je Duchem Świętym. Niech Twoje niewymowne Słowo zstąpi na nie i przemieni ich energię. Niech uczyni je twórczymi, poprzez napełnienie ich Twoją łaską […]. Tak jak Twój jednorodzony Syn-Słowo, wstępując do wód Jordanu, uczynił je świętymi, niech teraz zstąpi On na te wody i uczyni je świętymi i duchowymi[9].

Błogosławieństwo wody
według Serapiona z Egiptu, IV w.


2. ZNAK KRZYŻA

Czym woda jest pośród żywiołów, tym znak krzyża pośród gestów. Kardynał Joseph Ratzinger (papież Benedykt XVI) napisał kiedyś: „Podstawowym chrześcijańskim gestem modlitewnym był i jest znak krzyża”[10].

Jest to najbardziej rozpowszechniona modlitwa chrześcijańska od początków Kościoła. Święty Paweł mówi o krzyżu niemal we wszystkich nowotestamentowych listach: „Co do mnie, to nie daj Boże, bym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata” (Ga 6,14). Moglibyśmy wypełnić książkę świadectwami pierwszych chrześcijan dotyczącymi tego znaku. Był on ich ulubionym aktem pobożności, jako że nie wymagał specjalnej wiedzy ani szczególnych umiejętności. Nie trzeba być piśmiennym, by uczynić znak krzyża, ani dostatecznie bogatym, by mieć książkę z instrukcją. Potrzeba tylko jednego sprawnego palca. Męczennicy żegnali się tym znakiem, kiedy prowadzono ich na śmierć. Nawet cesarz Julian Apostata, były chrześcijanin, powracał do znaku krzyża, ilekroć dręczyły go demony. Znak krzyża jest wspominany wszędzie, ponieważ wszędzie był on praktykowany. Pod koniec drugiego stulecia Tertulian oświadczył: „We wszystkich naszych podróżach i poruszeniach, w naszym przychodzeniu i odchodzeniu, przy wkładaniu obuwia, podczas kąpieli, przy stole, przy zapalaniu świec, gdy kładziemy się do łóżka, gdy siedzimy, czymkolwiek się zajmujemy, czynimy na czole znak krzyża”[11]. Tertulian wysławiał swoją żonę za jej cnoty, piękno i ubiór, ale nade wszystko za to, że żegnała się ona i czyniła znak krzyża nad swoim łożem, zanim poszła spać[12].

Najwcześniejsze relacje sugerują, że chrześcijanie robili znak krzyża kciukiem na czole. Czynili go oni także nad rzeczami, takimi jak chleb, i nad elementami sakramentalnymi: chlebem, winem, olejem i wodą.

W ciągu wieków wierni czynili ten znak na wiele sposobów. W Kościołach Zachodu żegnamy się otwartą prawą dłonią, dotykając czubkami palców czoła, następnie piersi oraz lewego i prawego ramienia. Niektórzy interpretują pięć palców otwartej dłoni jako znak pięciu ran Chrystusa.

Podczas mszy świętej, tuż przed Ewangelią, używamy także innej formy: „małego znaku krzyża”, który czynimy na czole, na ustach i na piersiach. Kiedy robi to kapłan lub diakon, możemy niekiedy usłyszeć, jak mówi cicho: „Panie, bądź na moich wargach, abym mógł godnie głosić Twoją Ewangelię”. Ludzie, którzy wykonują ten gest podczas prywatnych aktów pobożności, czyniąc tak, czasami odmawiają łacińską modlitwę: Per signum crucis de inimicis libera nos Deus noster („Przez znak krzyża, Boże nasz, wyzwól nas od naszych wrogów”).

Chrześcijanie Kościołów wschodnich mają swój sposób czynienia znaku krzyża. Ułożenie palców czyni z dłoni prawdziwą katechezę. Łączą oni ze sobą czubki kciuka, palca wskazującego i środkowego. Te trzy palce razem reprezentują jedność Trójcy. Pozostałe dwa palce – mały i serdeczny – są przyciśnięte do dłoni i wspólnie symbolizują unię osobową: jedność natury boskiej i ludzkiej w Jezusie.

Niektórzy ludzie na Wschodzie i na Zachodzie zachowują zwyczaj całowania swych palców na zakończenie znaku krzyża.

Na całym świecie i w całej historii istnieje niezliczona różnorodność tej praktyki i jej interpretacji. Jedno z moich ulubionych wyjaśnień pochodzi od mojego świętego patrona, Franciszka Salezego:

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.