Zmyślone życie Siergieja Nabokowa - Paul Russell - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zmyślone życie Siergieja Nabokowa - Paul Russell

W powieści opartej na niezwykłym życiu brata Vladimira Nobokova Paul Russell odtwarza bogaty i pełen odmian świat, w którym żyli Siergiej, jego rodzina i przyjaciele. Świat bogactwa i wysokiego statusu społecznego zajmowanego w przed rewolucyjnej Rosji, a potem w salach wykładowych Cambridge i na salonach Gertrudy Steń i Alicji B. Toklas.

Ale to wiarygodność i wrażliwość Sergieja młodego narratora o homoseksualnej orientacji, przykuwa uwagę czytelnika. Opisy młodości w cieniu genialnego brata, walka z jąkaniem się, markotyczne wieczory z Coctean, bogate i pełne zawirowań życie miłosne na obrzeżach Baletów Rosyjskich i samotność w rozdartym wojną Berlinie.

Autor z niezwykłą starannością i dociekliwością bada życie Siergieja i jego otoczenia. W książce spotykamy Picassa, Diagileva, Strawińskiego, Nijńskiego i oczywiście samego Vladimira Nabokova.

To piękna historia o wrażliwym chłopcu, który wyrasta na odważnego i światłego człowieka.

Opinie o ebooku Zmyślone życie Siergieja Nabokowa - Paul Russell

Fragment ebooka Zmyślone życie Siergieja Nabokowa - Paul Russell











Paul Russell

Zmyślone życie
Siergieja Nabokowa


Tytuł oryginału: The Unreal Life of Sergey Nabokov

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Redaktornia.com

Zdjęcia wykorzystane na okładce

postać © Kiselev Andrey Valerevich/Shutterstock

tło © Evgeny Murtola/Shutterstock

© 2011 by Paul Russell

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Jędrzej Polak

ISBN 978-83-7758-363-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


1


BERLIN

23 listopada 1943 roku

Syreny alarmowe zawyły tuż po północy. W piwnicy słyszeliśmy kaszel dział przeciwlotniczych na granicach miasta i pomruk bombowców – przetaczające się dudnienie stóp olbrzyma. Wszystko to znaliśmy aż nazbyt dobrze, ale tym razem pijany olbrzym, zataczając się, zmierzał prosto w naszą stronę. Czuliśmy drżenie kamienicy nad głowami, słyszeliśmy szyby wybuchające kryształowymi fontannami, dobiegła nas dziwna, pełgająca nisko woń bomb zapalających. Lecz po chwili ogłuszające stąpnięcia zaczęły się oddalać, a rumor ucichł, by po kilku minutach ustąpić miejsca rykowi pożogi ogarniającej okolicę. Gwałtowny spadek ciśnienia wyrwał z zawiasów drzwi od piwnicy. Poderwaliśmy się, by dopchnąć je barkami na miejsce. Uszy i skronie pulsowały. Płakaliśmy wniebogłosy. Modliliśmy się.

– Mimo wszystko – zwróciłem się następnego ranka do Herr Silbera – Anglia jest najbardziej cywilizowanym krajem na świecie.

Moje słowa zawisły jak wykute w lodowatym powietrzu biura. Spotkały się z pełnym niedowierzania milczeniem. Kilka poirytowanych par oczu zwróciło się w naszą stronę, by zaraz powrócić do papierkowej roboty. Większość moich współpracowników z departamentu redakcyjnego frontu wschodniego zdołała dotrzeć do pracy. Jak przypominał nam nieustannie doktor Goebbels: w Rzeszy nie ma już żadnych praw, są tylko obowiązki.

– Bez wątpienia, Herr Nabokow – odpowiedział niezbyt pewnym głosem Herr Silber – żyjemy w ciągłym napięciu. Być może rozważy pan wzięcie wolnego na resztę dnia.

Wiedziałem, że starał się być uprzejmy. Wszyscy w biurze zdawali sobie sprawę z tego, co właśnie zaszło. Poczułem nieprzyjemny zawrót głowy, wstałem i się ukłoniłem.

Danke sehr – powiedziałem. – Prawdopodobnie tak zrobię.

Nie da się cofnąć wypowiedzianych słów. Tak wygląda rzeczywistość Rzeszy. Nikt nie wie tego lepiej od pracowników Ministerstwa Propagandy.

Herr Silber pożegnał mnie jak zwykle sztywno wyciągniętą ręką. Odwzajemnianie pożegnania nie miało już sensu, więc tego nie uczyniłem.

Wychodząc z biura, czułem na sobie wzrok wszystkich. Plakat na korytarzu ostrzegał: WRÓG WIDZI ŚWIATŁO! ZGAŚ JE! Na frontowych schodach leżało pełno odłamków szkła. Poza tym ministerstwo pozostało zadziwiająco nietknięte. Sąsiednie budynki przy Wilhelmstrasse nie miały tyle szczęścia: stara Kancelaria Rzeszy, Arsenał, hotel Budapeszt legły w gruzach. Ominąłem lej po bombie niemal tak szeroki jak sama ulica – krater wypełniła już woda z pękniętej rury. Nad krawędzią chwiała się wypalona ciężarówka. W pobliżu leżał bezgłowy manekin, któremu wolałem się nie przyglądać. Przez całą prawie niemożliwą do pokonania drogę w powietrzu wisiał gęsty pył, ohydny oleisty popiół, smród spalenizny, nafty i Bóg wie czego jeszcze. Jakieś nieziemskie cienie sunęły między wypalonymi tramwajami i autobusami. Na Kurfürstendamm zażywna paniusia w cienkiej podomce i etoli z lisa zarzuciła mi ramiona na szyję. Odwzajemniłem jej uścisk już choćby dlatego, że oboje żyliśmy.

– Cóż za nikczemni barbarzyńcy! – wołał Herr Silber. Nie zwracał się do nikogo personalnie w lodowatej skorupie biura. – Mordercy. Szakale. Żydzi! Anglicy to najwięksi ze wszystkich wojenni zbrodniarze!

Czy można go winić? Burza ogniowa przetoczyła się przez miasto z zachodu na wschód. Charlottenburg, Unter den Linden, Alexanderplatz – wszystko, jak mówiono, w ruinie. Mimo to powiedziałem to, co powiedziałem: Trotz allem, England ist das zivilisierteste Land der Welt[1].

W zeszłym tygodniu aresztowano dziewczynę z sąsiedniej kamienicy za niezgodne z prawem słuchanie zagranicznych radiostacji. Nie dalej jak wczoraj widziałem na własne oczy, jak ci z Sicherheitsdienst wyciągnęli z tramwaju pewnego starszego pana, który w rozmowie ze współpasażerem wspomniał o tym, o czym wszyscy wiedzieli – że wojna nie toczy się po myśli Reichu. Cywilizowani chłopcy z RAF-u nie zburzą tego miasta tak doszczętnie, żeby gestapo nie znalazło do mnie drogi. Ucieczka nie wchodzi w grę. Dokąd miałbym uciec? Nansenowski paszport rosyjskiego emigranta jest obecnie bezwartościowy. Poza tym jestem przestępcą seksualnym skazanym prawomocnym wyrokiem sądu, objętym policyjnym nadzorem po wypuszczeniu w zeszłym roku z austriackiego więzienia.

Piszę te słowa w mym nadwerężonym po bombardowaniu mieszkaniu przy Ravensbergerstrasse. Nie mam już okien ani prądu, ani wody, mam za to nerwy w strzępach – nie umiem pozbyć się wspomnienia tamtego bezgłowego manekina. Dodaję sobie odwagi czarnorynkową brandy, którą chomikowałem na wesele w przyszłym tygodniu. W ostatniej powieści niezrównanego V. Sirina[2] – dosyć popularnej w naszych emigracyjnych kręgach – pewien skazaniec zastanawia się, jak ma zacząć pisać, nie wiedząc, ile mu zostało czasu. Jakież męki odczuwa, zdając sobie sprawę, że wczoraj czasu wciąż było dosyć… gdyby tylko wczoraj pomyślał i zaczął pisać!


2


SANKT PETERSBURG

Urodziłem się w Sankt Petersburgu 12 marca 1900 roku jako drugi syn Władimira Dmitrijewicza Nabokowa i Jeleny Iwanowny Rukawisznikowej. Ojciec mój był powszechnie szanowanym prawnikiem kryminologiem, publicystą i wybitnym kadetem – jak nazywano wówczas członków przeciwnej carowi Partii Konstytucyjno-Demokratycznej. Matka wywodziła się z fantastycznie bogatego rodu, lecz choć liczni wrogowie ojca poszeptywali zazdrośnie, iż małżeństwo to zdradzało oznaki pewnego wyrachowania, nigdy nie zauważyłem między rodzicami niczego innego poza nieustającą i prawdziwie godną pozazdroszczenia miłością.

Pierwsza podjęta przez rodziców próba spłodzenia potomka zakończyła się fiaskiem – syn przyszedł na świat martwy. Zatem ten pierworodny, który przeżył, Władimir Władimirowicz, stał się dla nich największym skarbem. Domyślam się, że mój własny debiut na tym świecie zaledwie jedenaście miesięcy później przyjęto mniej entuzjastycznie. Przez lata wielokrotnie zastanawiałem się nad sposobem postrzegania przez mego brata owego przedwczesnego intruza w jego prywatnym raju i doszedłem do wniosku, iż jego antypatia wobec mnie musiała wynikać w przeważającej części z obawy, że reprezentuję sobą pospieszną rewizję aktu stworzenia dokonanego przez Stwórcę, co, w taki czy inny sposób, mogło źle świadczyć o jego wcześniejszym dziele.

Co się tyczy mych niekochających mnie bezgranicznie rodziców: byli rozczarowani – o czym powiadomiła mnie później ma niepotrzebnie szczera babka Nabokowa – przekonawszy się, że ich drugi potomek jest nieledwie bladą kopią pierwszego. Byłem niesłychanie apatycznym dzieckiem – krótkowzrocznym, niezdarnym, notorycznie leworęcznym mimo licznych prób „uzdrowienia” mnie oraz napiętnowanym jąkaniem, które wraz z wiekiem tylko się potęgowało.

Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień… Miałem chyba cztery lata. Rosja toczyła wojnę z Japonią, a moja matka, brat i ja rozlokowaliśmy się wraz z naszą angielską guwernantką, niejaką Miss Hunt, w hotelu Oranien w Wiesbaden, wysłani przez ojca za granicę ze względu na pogarszającą się sytuację polityczną w kraju. Niewiele pamiętam z tej niemieckiej zimy, pominąwszy młodego hotelowego windziarza. Z pewnością nie miał więcej niż piętnaście, szesnaście lat, ale stał się dla mnie uosobieniem męskości i wydawał mi się nieziemsko przystojny w swoim złocistym toczku, pąsowej kurtce i ciasno opiętych czarnych jak atrament spodniach z pojedynczym, zaprasowanym, srebrnym lampasem biegnącym wzdłuż każdej nogawki. Nie pamiętam tego, wszak mówiono mi później, iż miałem w zwyczaju chwytać go kurczowo za jedną lub drugą nogawkę, gdy przestawiał dźwignie windy – zupełnie jak małpka towarzysząca kataryniarzowi usuwanemu nieustannie przez obsługę hotelu z chodnika przed frontowym wejściem.

I właśnie tamtej zimy mego pierwszego niewinnego zauroczenia brat mój przekonał mnie, abyśmy uciekli z hotelu, który z jakiejś przyczyny wydał mu się więzieniem, a nie pałacem. Nie umiem sobie przypomnieć, jakie słodycze czy inne pyszności obiecywał mi w nagrodę Wołodia, ale pamiętam doskonale naszą jazdę z czwartego piętra na dół oraz to, że czarujący windziarz nie widział niczego zdrożnego w zwożeniu dwóch chłopców całkiem bez opieki prosto do hotelowego foyer. Wołodia pobiegł przodem, a ja przystanąłem, położyłem dłoń na sercu i przesłałem memu rozbawionemu bóstwu rozpaczliwe Adieu, mon ami!, które powtarzałem gorączkowo w głowie przez całą jazdę w dół. Potem puściłem się pędem, by dogonić mego charyzmatycznego brata, który przemykając między nogami gości, zdołał opuścić już hałaśliwe foyer i znalazł się na jeszcze bardziej hałaśliwej ulicy.

Kataryniarz i jego niebieskooka małpka zerknęli na nas z ukosa. Aleja była labiryntem dudniących powozów i elektrycznych tramwajów tryskających przeraźliwymi błękitnymi iskrami. Nigdy przedtem nie opuściłem Oranien, nie trzymając mamy czy też Miss Hunt za rękę. Do dziś zdumiewa mnie to, że Wołodia wiedział doskonale, dokąd chce iść w ulicznym zgiełku. Starałem się usilnie dotrzymać mu kroku, gdy odwracał się ku mnie przez ramię z wyrazem poirytowania na twarzy, wskazującym, iż żałował już, że namówił mnie na tę eskapadę.

Po chwili zdałem sobie sprawę, że się zgubiliśmy. Nie spuszczałem oczu z granatowego marynarskiego ubranka Wołodii. Niebo było pochmurne i mdłe, powietrze chłodne i ciężkie, a miasto jednolicie szare. Tylko mój brat był roztańczoną kropką kolorów i energii. Nie umiem powiedzieć, jak długo wędrowaliśmy, ale w końcu znaleźliśmy się nad rzeką, nad którą parokrotnie zawoziła nas powozem Miss Hunt na spacer po promenadzie.

Na molo, przy którym cumował parowiec, panował rozgardiasz, gdyż na pokład wchodzili właśnie ostatni pasażerowie. Wołodia bez chwili wahania zatupał po trapie, na końcu którego zatrzymał go srogi marynarz z olbrzymim wąsem.

– Ależ proszę pana! – zaprotestował nienaganną angielszczyzną mój brat. – Nasi rodzice są już na pokładzie. Będą się strasznie niepokoić, jeśli się zgubimy. – Wołodia rozejrzał się i zwrócił do tłumu: – Proszę nam pomóc! Czy jest tu jakiś Anglik, który pomoże angielskiemu dziecku?

Wszyscy wpatrywali się w dzielnego pięciolatka i jego skulonego ze strachu braciszka.

– My, kochaneczku, jesteśmy z Ameryki – zawołała jakaś pani o obfitych kształtach, trzymająca na ręce małego czarnego pinczera. – Wejdziecie ze mną na pokład, moje dziecko. Czy to się komuś podoba, czy nie!

Ukryci w fałdach jej spódnicy przeszliśmy przez posterunek, po czym Wołodia zawołał: „Mamo, papo!” i chwyciwszy mnie za rękę, wyrwał nas spod kurateli wybawczyni. W tej samej chwili parowiec zadrżał od dziobu po rufę, zapiszczał gwizdek, a statek odbił od mola.

Pamiętam spokój ołowianej rzeki, kiedyśmy wypływali z miasta, a domy ustępowały miejsca polom i winnicom. Przez całe późniejsze życie, już to w Paryżu, Londynie czy Berlinie, kiedy dane mi było słyszeć wznoszące się wolno Wagnerowskie akordy wprowadzające córy Renu, wracałem myślą do tego parowca na rzece i znów stałem na jego pokładzie obok mego nieustraszonego, szalonego, gotowego na wszystko brata, i znów czułem na owiewanych wiatrem policzkach łzy przerażenia i tęsknoty, którym w końcu pozwoliłem płynąć.

– Co zrobimy? – łkałem.

– Wszystko! – zapiał, rozkładając szeroko ręce. – Popłyniemy do Ameryki, Sierioża! Będziemy polować na słonie, cwałować na mustangach, poznamy dzikich Indian! Tylko pomyśl!

Przy następnej przystani czekał na nas żandarm, który zapakował nas do policyjnego landa. Windziarz, jak się okazało, po naszym wyjściu bez opieki na ulicę bardzo szybko puknął się w głowę i doniósł o naszej ucieczce. Hotelowa obsługa wyśledziła nas do mola i pojawiła się przy nim w chwili, gdy parowiec odpływał i był już poza zasięgiem gorączkowych nawoływań.

Po powrocie do hotelu mój brat zniósł ze stoickim spokojem wszelkie dyscyplinujące poczynania mamy. Tata, kiedy powiadomiono go o naszym wyczynie, uśmiał się serdecznie. Wszyscy, zda się, wyczuli, iż byłem tylko mimowolnym wspólnikiem brata. Jedyną osobą, która poniosła trwałą szkodę, była nieszczęsna Miss Hunt, zwolniona natychmiast z racji karygodnego zaniedbania obowiązków, które umożliwiło nam opuszczenie hotelowych pokoi – nie była pierwszą ani ostatnią z naszych guwernantek pokonanych przez Wołodię. A co się tyczy przystojnego windziarza – już nigdy go nie ujrzałem. Wydaje mi się obecnie, że i on mógł stracić przez nas zatrudnienie.

Wasilij Iwanowicz Rukawisznikow, brat naszej matki, nazywany przez nas wujkiem Ruką, był rozkosznym ekscentrykiem. Nosił się barwnie. Nigdyśmy go nie widzieli bez goździka w butonierce czy też bez wysadzanych opalami pierścieni na długich palcach. Uwielbiał getry i trzewiki na wysokim obcasie, które wydawały mi się niezmiernie wytworne, choć jego kabotyński chód bywał okrutnie przedrzeźniany przez mego brata. Wujek Ruka był próżny i narwany, miał ziemistą cerę, oczka szopa, ujmujący wąsik i podobnie jak młodszy z jego siostrzeńców, przeokropnie się jąkał.

Widywaliśmy go przeważnie latem, kiedy zjeżdżał do swego majątku Rożdiestwieno, które wraz z należącą do mamy Wyrą oraz Batowem babki Nabokowej tworzyły nasze rodzinne dobra nad rzeką Oriedież.

Pod koniec czerwca wywieszał flagę nad dworem, sygnalizując swoje przybycie z zimowych leży we Francji czy Włoszech, czy też zgoła z Egiptu, który znaliśmy z jego egzotycznych opowieści. Otwierano okiennice w całym domu, odmalowywano wspaniałe kolumny frontowego portyku, zdejmowano zasłony z mebli, trzepano i wietrzono dywany. Przywoził nam prezenty, którymi obdarowywał nas niespiesznie, dzięki czemu cały czerwiec stawał się nieustającym objawieniem kolorowych książek i klocków, kart do gry, ręcznie malowanych ołowianych huzarów i ułanów, a pewnego razu – kiedy miałem sześć lat – czarującego mosiężnego popiersia Napoleona, z którym kładłem się spać przez wiele następnych tygodni, póki szyderstwa Wołodii nie odwiodły mnie od tego niosącego mi pociechę nawyku.

Przez dwa radosne miesiące wuj bawił z nami, zdumiewając nas i oświecając. Mówił tkliwym, wysokim tenorem, a w wolnych chwilach – których miał nieskończenie wiele mimo kariery soi-disant dyplomaty – komponował barkarole, bagatele i chansons tristes, które nam wyśpiewywał w letnie wieczory, akompaniując sobie na fortepianie. Zdaje się, że artystyczny geniusz wuja nie robił na nikim wrażenia, ja wszakże uwielbiałem jego tęskne melodie.

Pewnego razu poprosiłem go, aby pożyczył mi partyturę jednej ze swych pieśni, co uczynił z wielkim ociąganiem.

– Chodzi ci o tę… – pytał z uśmieszkiem. – No cóż, jeśli sobie życzysz…

Pomknąłem do siebie z upragnioną partyturą i spędziłem wiele najszczęśliwszych godzin na potajemnych próbach, wyobrażając sobie jego zaskoczenie, gdy pewnego dnia – uwolniony od jąkania (gdyż nie jąkam się, kiedy śpiewam) – oddam mu pieczołowicie poskładane nuty.

Wieczorami po obiedzie raczył nas – po francusku, a nie po rosyjsku, którym posługiwał się z trudem – opowieściami o piramidach i Sfinksie, którego nos odstrzelili pewnego nudnego popołudnia francuscy żołdacy Napoleona, lub też o polowaniach na krokodyle w Nilu, na które wyprawiał się ze swym służącym, Hamidem. Siadywaliśmy na werandzie pośród płonących równo naftowych lamp i filujących świec, a przed naszymi oczyma malowały się zasnute dymem kairskie bazary, tętniące niewyobrażalnym kupieckim zgiełkiem. Wśród prezentów przywiezionych przez wujka Rukę było kilka ciężkich cylindrów używanych do odciskania w wosku pieczęci samego kalifa.

– Ale to furda! – Rozglądał się po nas swymi oczyma szopa. – Bo pośród targów i żebraków nieustannie czyha groźba… – zawiesił dramatycznie głos – …że ktoś zechce nas rozkosznie wykorzystać!

– Basile – mruknął ostrzegawczo tata.

– Ależ ja nigdy, przenigdy… – zapewnił nas pospiesznie wujek Ruka – …nie zostałem tak wykorzystany!

I natychmiast wyruszył w kolejną podróż – tym razem hydroplanem Hydravion, najnowszą olśniewającą konstrukcją dwóch przemyślnych francuskich braci Voisin. Czy wiemy, że rozbił się na plaży pod Bayonne i o mało nie zginął? Ale to furda – ucałował dwa upierścienione palce uniesione zabobonnie do ust – bo wyszedł z tego bez szwanku. Prawosławni święci Sergiusz i Bakchus pozostaną jego błogosławionymi opiekunami do końca.

W samym środku tej hałaśliwej paplaniny, powiedzmy, przy słowie „Bakchus”, zacinał się i dopiero po kilku pełnych napięcia chwilach był w stanie wykrztusić krnąbrną spółgłoskę.

Jednakowoż nie miał za grosz cierpliwości do przepadającego za nim siostrzeńca jąkały. Już sama moja obecność wzbudzała w nim irytację, co tylko pobudzało we mnie pragnienie, by zmusić go, żeby mnie polubił, a przynajmniej zaakceptował. Natknąwszy się nań w bibliotece, gdzie apatycznie kartkował album z akwarelami kwiatów, zauważyłem:

– Hamid wygląda mi na wielce interesującą postać. Jakież przygody musiały was spotkać!

– To łajdak – odrzekł wuj z niezrozumiałym poirytowaniem. – Nie zawracaj sobie głowy Hamidem. Łotr pierwszej wody, jeśli wolno mi się tak wyrazić. A teraz, drogi chłopcze, pozwól wujowi zażyć chwili wytchnienia. Nie widzisz, że jestem zajęty?

Sporządziwszy i podpisawszy wezwanie do biernego oporu przeciwko polityce cara (dokument, który przeszedł do historii pod nazwą Manifestu Wyborskiego), ojciec i kilku innych kadetów spędzili lato roku 1908 w więzieniu. Reszta naszej rodziny zamknęła się w matczynej posiadłości w Wyrze, gdzie pewnego gorącego popołudnia kolasa przywiozła z Sankt Petersburga modnego fotografa, jego asystenta oraz teatralną panoplię sprzętu fotograficznego. Z jakiej przyczyny mama postanowiła podczas nieobecności ojca zamówić serię pamiątkowych portretów, ukazujących ją wraz z potomstwem, orzec nie potrafię, ale Wołodia gwałtownie zaprotestował, gdy kazano nam ubrać się w identyczne białe krótkie spodenki i koszulki z długim rękawem. Nasza najnowsza guwernantka, Mlle Miautin, którą nazywaliśmy zwyczajnie „Mademoiselle”, napomniała wychowanka, że żaden dobrze wychowany chłopiec nie urządza awantur, a fotograf zapewnił go, że my dwaj w ogóle nie jesteśmy do siebie podobni. Ostatecznie Wołodia poddał się, a na pamiątkowych portretach, które wykonano, mój krnąbrny brat rzuca w obiektyw wyzwanie z zadowolonym z siebie diabelskim uśmieszkiem, nasze dwie młodsze siostry, Olga i Jelena, spoglądają poważnie, a ja jak zawsze szczerzę się głupkowato.

Żmudny proces zdejmowania nas aparatem fotograficznym mocno nadwerężył naszą cierpliwość, szczególnie gdyśmy usłyszeli szybki stukot obcasów wujka Ruki, przemierzającego foyer.

Ah, Lyova! Mes enfants! Je suis arrivé!

Oceniwszy sytuację jednym rzutem oka, wujek Ruka przekonał fotografa do wykonania kolejnej serii fotografii. Obserwowałem z werandy – na której Mademoiselle karmiła nas ciastem i poiła sokiem wiśniowym – wuja pozującego w ogrodzie, najpierw z siostrą, a następnie z siostrą i jej pierworodnym, którego objął władczo w pasie. Po zrobieniu zdjęcia Wołodia uwolnił się z objęć.

– Hola! – zawołał wujek Ruka. – Przywiozłem ci coś, co na pewno ci się spodoba.

Wołodia zatrzymał się w pół kroku.

– Biegnę łapać motyle – odkrzyknął. – Straciłem już pół dnia!

Od poprzedniego lata mania ta bez reszty owładnęła mym bratem. Jego pokój stał się skarbnicą rozpiętych, przyszpilonych okazów motyli. Ku przerażeniu Mademoiselle.

– Aha! Zatem dostaniesz motyla.

Wołodia spojrzał nań sceptycznie.

– Pójdźmy… – zachęcił go wuj, prowadząc siostrzeńca przez werandę do domu. Poszedłem za nimi. Wujek Ruka wskazał wielką księgę, która leżała otwarta na fotelu w salonie. Brat mój podszedł posłusznie i wpadł w uniesienie.

– Ojej… – zawołał. – Ojej… ojej… – Podniósł tom i opadł wraz z nim na fotel, by natychmiast zacząć go przeglądać. – Die Gross-Schmetterlinge Europas! Marzyłem o tej książce! Skąd wuj wiedział?

– Twój wuj nie jest tępakiem, czyż nie? – Osunąwszy się na oparcie fotela, objął siostrzeńca ramieniem. – Jestem pewien, że widziałem takiego… – Wskazał ilustrację.

– Mało prawdopodobne – skonstatował Wołodia. – O ile wuj nie był na Nowej Ziemi, lecz nawet tam są to niezwykle rzadkie okazy.

– No cóż… Może widziałem jego kuzyna z południa – wyjąkał wujek Ruka. – Obawiam się, że wszystkie są do siebie podobne. Rodzinne podobieństwa bywają bardzo mylące. – Roześmiał się wesoło i głęboko wciągnął nosem powietrze, a wraz z nim zapach chłopięcej brylantyny. Przez chwilę jego wargi muskały niemal czubek głowy Wołodii. Mój brat zesztywniał. Jego brązowo-zielone oczy odszukały moje. Zawstydzony odwróciłem wzrok: nie z powodu grymasu Wołodii, ale z powodu naszego nieszczęsnego wuja, który – nieświadom pogardy siostrzeńca – wybiegł szybko z salonu, stukając obcasami. Wołodia siedział w fotelu, jakby nic się nie stało, i przewracał niespiesznie stronice, celowo nie zwracając uwagi na otoczenie – ani na wychodzącego wuja, ani na młodszego brata, który stał w progu, gdy wuj otarł się o niego, niemal go nie zauważając.

Następnego lata wujek Ruka znów zjechał do Rożdiestwiena. Trzy albo i cztery razy w tygodniu zjawiał się u nas na podwieczorku. Po posiłku, kiedy wszyscy szli na werandę na kawę po turecku i papierosa, chwytał Wołodię za nadgarstek.

– Pójdź, drogi chłopcze – słyszałem jego słowa, kiedym stał w progu dłużej, niźli to było konieczne. – Pozwól na chwilę do wuja. We Włoszech chłopcy w twoim wieku uwielbiają zabawę w konika. Nazywają ją dosiadaniem rumaka… – Stękając z wysiłku, uniósł wijącego się Wołodię na kolana. – Uff! Aleś ty urósł. I jakie masz mocne uda! Czy to siniak? Żółty jak melon. Boli cię? Chłopcy z takimi udami wspaniale dosiadają rumaków. Chcesz służyć w kawalerii, kiedy dorośniesz?

Apatyczna służba sprzątała ze stołu zastawę. Wujek Ruka podrzucał niesubordynowanego jeźdźca na silnym męskim udzie. Na nic się zdały protesty Wołodii, wymachy długimi, gołymi nogami, gdy wujek Ruka przywarł wargami do karku siostrzeńca, pomrukując: – No już… no już… Tres amusant, n’est-ce pas? Zaśpiewać ci piosenkę?

Uciekłem bez słowa na werandę. Gwałtowna ulewa zrosiła okolicę podczas podwieczorku. Lecz znów wyszło słonko, skrząc się w kroplach deszczu skapujących z lip i topoli w parku. Z jadalni płynęły na poły śpiewane, na poły wydyszane słowa:

Un vol de tourterelles… strie le ciel… tendre.

Wreszcie odezwał się ojciec:

– Łodia, przestań zawracać wujowi głowę.

Wołodia niemal natychmiast stanął w progu: ze zmierzwionymi włosami, białą skarpetką zsuniętą do kostki, różowo-koralowymi śladami palców na udach.

– Chodź, usiądź z nami – zaprosił go tata, ale mój brat nie zwrócił na to uwagi i bez słowa popędził na dół schodami prosto w parkową gęstwinę. Wołodia był bardzo osobliwym dzieckiem.

Zaraz też nadszedł wujek Ruka, spłoniony z wysiłku, w rozchełstanym białym letnim garniturze.

– Żwawy chłopiec… – mruknął.

– Napijesz się kawy, Basile? – spytał tata.

– Nie, nie… – wymówił się wuj. – Szkodzi mi na serce.

– Masz serce jak dzwon – stwierdził tata. – Przeżyjesz nas wszystkich.

Tamtego lata odwiedził nas również kuzyn Jurij Rausch von Traubenburg. Jego rodzice się rozwiedli, przez co marnował czas na podróże między Warszawą, gdzie w randze gubernatora służył ojciec, a licznymi nudnymi uzdrowiskami, w których matka – moja ciocia Nina – zażywała tajemniczych kuracji i przyjemności. Był światowcem skandalicznie swobodnym wobec służby i zupełnie nie przejmował się rodzicielskimi zaniedbaniami, a licząc cztery lata więcej ode mnie, przyjaźnił się z Wołodią, na mnie zaś nie zwracał uwagi. Mimo to byłem pełen podziwu dla tego przystojnego, tyczkowatego intruza. Znikali z Wołodią na całe godziny w parku, wprowadzając w życie wielce złożone fantazje o kowbojach i Apaczach, czerpane po części z tandetnej przygodowej literatury, którą wprost pochłaniali, a po części z własnej straszliwej i wypełnionej przygodami wyobraźni.

Tylko z rzadka udawało mi się brać udział w ich zabawach; zapamiętałem jedną z nich – krótkotrwałą przygodę z lata 1910 roku, kiedy to stanąwszy przede mną, złożyli mi najbardziej intrygującą propozycję: czy zechcę odgrywać rolę białogłowy w awanturze, która ich czeka. Nie musieli mnie długo namawiać, owinąłem się szalem i dałem przywiązać do drzewa, przed którym odtańczyli dziki indiański taniec pełen groźnych pohukiwań, by zostawić mnie na pastwę losu, gdy skomplikowany scenariusz przygody pognał ich w inne strony. Widziałem kątem oka, jak przemierzają knieje, strzelając do siebie z wiatrówek. Uwiązany do drzewa, chcąc nie chcąc, doszedłem do przygnębiającego wniosku, że o mnie zapomnieli, ale w końcu wrócili – już nie jako porywacze, lecz wybawiciele. Rozwiązując mnie radośnie, Jurij – a raczej szlachetny Maurice Łowca Mustangów – oświadczył mi się w uniesieniu, to znaczy oświadczył się pięknej Louise Poindexter. Po południu, nie wychodząc z roli, posunął się nawet do złożenia pocałunku na mych ustach ku wielkiemu zniesmaczeniu Wołodii i mej konsternacji. Po tym fascynującym epizodzie nie brałem już udziału w ich zabawach.

Tak więc Jurij Rausch zniknął z mego pola widzenia i z mych myśli aż do pewnego sierpniowego popołudnia roku 1913. Moja mama i babka Nabokowa toczyły właśnie straszliwą kłótnię. Przyłapano na kradzieży naszego pierwszego kucharza i miał zostać zwolniony. Moja babka sprzeciwiała się temu zagorzale: kucharz pracował u nas ponad dziesięć lat, miał chore dzieci i nikt w całej guberni nie gotował tak dobrze jak on. Chcąc uciec od jazgotu, powędrowałem z książką w ręku nad brzeg Oriedieża – tego spokojnego strumyczka wijącego się przez naszą posiadłość – by marzyć o dalszych kolejach burzliwej przyjaźni Copperfielda i Steerfortha. Ich spory były wówczas warte tego, żeby się nimi zajmować!

Tak bardzo mnie pochłonęły, że nie zauważyłem zbliżających się koni. Osłonięty wysokim grochem ujrzałem w końcu Wołodię i Jurija cwałujących na oklep, lecz nie tylko na oklep, ale i całkiem nago, gdyż dosiadając wierzchowców, zrzucili z siebie odzienie, by rozkoszować się ospałym popołudniem au naturel. Nie wiedząc o mojej obecności, wprowadzili konie do chłodnej rzeczki. Wierzchowce wierzgały, pryskając spienioną wodą, mącąc spokojny nurt. Obnażywszy zęby, rżały i parskały, rozdymając chrapy, rozglądając się płochliwie wytrzeszczonymi ślepiami. Ich boki lśniły jak aksamit. Po kilku gorączkowych minutach te wspaniałe stworzenia, ponaglane przez rozdokazywanych jeźdźców, wspięły się na brzeg, gdzie chłopcy zeskoczyli na ziemię i przywiązali konie. Teraz nadeszła kolej na ludzi. Konie wpatrywały się w nich, machając ogonami, a mój brat i kuzyn, brodząc, weszli do rzeki, która zaraz sięgnęła im do połowy ud. Wołodia był spalony słońcem, Jurij blady jak ściana. Chlapali się święconą wodą Oriedieża, skowycząc i pohukując, a potem nosili się na zmianę na barana. Jurij, fałszując, skrzeczał cygańskie przyśpiewki. Wpatrywałem się przecież tylko w brata i kuzyna, a jednak tamtego dnia w popołudniowym świetle obaj wydali mi się istotami zgoła nie z tego świata.

Kąpiel szybko, za szybko, dobiegła końca. Byłem pewien, że nie mieli pojęcia o mej pełnej czci obecności, mimo to na wszelki wypadek spuściłem skromnie wzrok ku zapomnianej książce, by zaraz stwierdzić, że nie wiem, co czytam.

Nawet kiedy odjechali, czułem wokół siebie resztki naładowanego elektrycznością powietrza, jakby właśnie przeszła burza, która skończyła się równie nagle, jak wybuchła – rozpłynęła się w sennym błękicie letniego popołudnia. Usiłowałem przywołać i odtworzyć tamtą chwilę, jak przy fortepianie, gdy powtarzając po raz dwudziesty jakiś pasaż z Gounoda czy Czajkowskiego, chce się uchwycić ulotną obietnicę kryjącą się w muzyce. Po długiej pustej chwili buczenie pszczoły w grochu wyrwało mnie z tristesse, w który mimowiednie popadłem.

Zaledwie mgnienie rosyjskiego lata… W pierwszych dniach września nadchodzi już jesień, brzozy i olchy gubią liście, każdego dnia coraz wcześniej robi się ciemno, a powietrze przenika chłodem. Kolasa zabierała Jurija i jego spartański bagaż na zwykły przystanek kolejowy w Łudze, skąd wracał do ojca do Polski lub do matki gdzieś w Czechach, na Morawach czy w Niemczech. Tymczasem w foyer w Rożdiestwienie pojawiały się olbrzymie podróżne kufry. Przekupiona łapówką obsługa Nord Expressu zatrzymywała pociąg na małej stacyjce Siwierskaja. Posyłając nam wszystkim pożegnalny pocałunek, wujek Ruka wyruszał do którejś ze swych zagranicznych oaz: Villa Tamarindo pod Rzymem, Château Perpigna na południu Francji lub do małego, ekskluzywnego hoteliku, z którego roztaczał się widok na port w Aleksandrii, gdzie Hamid czekał cierpliwie na powrót swego pana. Nasi służący, szczególnie ci młodsi, oddychali z ulgą, widząc, jak pan Swędzidupskoj, hrabia Tyłkołasow i markiz Chłopolubiew – jak go okrutnie przezywali – wyjeżdża na dobre.


3


BERLIN

24 listopada 1943 roku

Nie minęła jeszcze doba, odkąd wyszedłem z Ministerstwa Propagandy, gdy do mych drzwi puka Frau Schlegel, moja gospodyni, by oznajmić, że chce się ze mną widzieć jakiś pan. Serce mi staje. Ale przecież gestapo nie wysyłałoby do mnie jakiegoś pana, żeby mnie aresztować? Istotnie nie, jak się okazało. Gdy gość odsłania obwiązane szalikiem oblicze – to powszechnie stosowana praktyka, by nie wdychać popiołu i kurzu wiszących w powietrzu – widzę przed sobą Herr Silbera. Bez słowa podaje mi parasol, którego zapomniałem, wychodząc w pośpiechu z biura, a kiedy odbieram zgubę, stwierdza:

– Pogoda ciągle byle jaka bez względu na to, co jeszcze może się stać.

– Przychodząc tu, niepotrzebnie pan ryzykuje – odpowiadam, czując szczeniacką wdzięczność. – Przypuszczam, że od jakiegoś czasu jestem inwigilowany. Od dawna… zanim wypowiedziałem wczoraj te pochopne słowa.

– Być może – stwierdza. – Ale chwilowo nic o tym nie świadczy. Spacerowałem wzdłuż pańskiej przecznicy przez dobre pół godziny, nim zdecydowałem się zapukać. Na ulicy wszystko po staremu. – Chichocze, uświadomiwszy sobie absurdalność tej uwagi. Towarzyszę przez chwilę temu histerycznemu wybuchowi śmiechu. Nie znam dobrze Herr Silbera, nigdy mnie nie odwiedzał, ale jego obecność wnosi w me progi cenne poczucie normalności, jakby to, co się niedawno wydarzyło, było tylko złym snem.

– Mimo wszystko – mówię, gdyśmy opanowali rozbawienie – pojąć nie mogę, czemu zawdzięczam ten zaszczyt. Podobnie jak i tego, dlaczego nie zabrało mnie jeszcze gestapo.

To ostatnie słowo działa mu wyraźnie na nerwy, jak zresztą nam wszystkim.

– Nic mi o tym nie wiadomo, Nabokow. Może pan być spokojny, iż na pana nie doniosłem, wszakże pańska nieobecność nie pozostała niezauważona. A ponadto jest wielce prawdopodobne, iż inni usłyszeli pańską niefortunną uwagę. Przede wszystkim Magda…

– Tego się obawiałem. Magda to wadera.

– Obawiam się, że tak – potwierdza.

Jego szczerość zaczyna mnie zastanawiać. Taka otwartość jest czymś niesłychanym w Trzeciej Rzeszy.

– Mówiąc szczerze, dziwię się, że jeszcze tu pana zastałem. Nie ma pan dokąd wyjechać?

– Nie bardzo. My, Rosjanie, znaleźliśmy się w potrzasku. Choć, o ile wiem, wszyscy w nim tkwimy. Berlin jest jak staw pełen ryb, na które polują rybitwy.

– Zatem nie podtrzymuje pan tego, co powiedział wczoraj?

– Chyba nie przyszedł pan po to, żeby mnie o to zapytać?

Rozgląda się po moim zrujnowanym pokoju. Tynk na ścianach jest niepokojąco spękany. Na wszystkim leży gruba warstwa kurzu. Brakuje światła, bo przesłoniłem wybite okna brązowym papierem pakowym. Biurko, przy którym piszę, oświetla spirytusowa lampka. W biblioteczce obok biurka stoi połowa wielotomowej encyklopedii dla dzieci – to jedyne książki w pokoju: pamiątki, jak przypuszczam, po najmłodszym synu Frau Schlegel, który zaginął na froncie. Dawno temu byłem zapalonym kolekcjonerem książek.

– Bywa i tak, że człowiek pragnie choćby okrucha prawdy – mówi Herr Silber. – Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że tylko szaleniec mógł się poważyć na taką uwagę, jaką poczynił pan wczoraj w sercu Trzeciej Rzeszy. Zatem owszem, przyszedłem tutaj, żeby zapytać, czy podtrzymuje pan to szaleństwo.

Przyglądam mu się przez chwilę: łagodne spojrzenie, siwe skronie, schludnie przycięty wąsik. Przetarty garnitur.

– Nie znam pana ani trochę – powiadam – ale zawsze miałem go za przyzwoitego człowieka. Po cóż więc miałbym pana okłamywać w sytuacji, w jakiej się znalazłem? Wiem, że trudno to przełknąć, wziąwszy pod uwagę okrucieństwo RAF-u, z jakim mamy do czynienia każdej nocy, ale owszem: wierzę w to, co powiedziałem. Co więcej, uważam, że okrucieństwa, których dopuszczają się Niemcy, są o wiele gorsze. Czytuje pan, podobnie jak ja, meldunki z frontu wschodniego. Czytał pan tłumaczone przeze mnie dokumenty. Wie pan równie dobrze jak ja, jakie Führer miał plany wobec Moskwy. Jeśli istnieje sprawiedliwy Bóg, w co głęboko wierzę, obawiam się, że Rzesza zapłaci straszliwym cierpieniem za swoje zbrodnie. Czy to szaleństwo? Niechaj tak będzie…

– Wydaje mi się, że wszystkim nam przyjdzie cierpieć. A co się tyczy Boga… Z tego, co wiem, zostawił nas na pastwę losu bez słowa pożegnania…

Przerywa, a ja mam wrażenie, że wypełnił swą tajemniczą misję, która go do mnie sprowadziła. Ale znów zaczyna mówić:

– Tak się składa, że wiem, iż prowadził pan prywatne śledztwo… – stwierdza. – Zanim pan nas opuścił.

Znów staje mi serce.

– Skąd pan o tym wie?

– Nie da się przetrwać zbyt długo w ministerstwie bez należytej czujności. Dlaczego chciał pan odkryć, gdzie przebywa sierżant lotnictwa Hugh Bagley?

– Ma pan przed sobą, przewiduję, długą i owocną karierę – powiadam.

Przyjmuje ten komplement z zadziwiająco smutnym uśmiechem.

– A skoro pan pyta… – kontynuuję – …Hugh Bagley był moim dobrym kolegą z czasów uniwersyteckich. Zupełnie przypadkowo usłyszałem tę potworność… tę audycję o zestrzelonym pilocie… nadawaną do Anglii. Od razu rozpoznałem głos. Zestrzelono go w lipcu nad Hamburgiem. Mówił, że był ranny, ale zajęto się nim należycie. Jeśli dobrze pamiętam, powiedział też coś, co bez wątpienia zostało mu podsunięte i co brzmiało mniej więcej tak: „Mimo iż jestem mordercą dzieci, mimo że bombardowałem miasta, traktuje się mnie dobrze. Niemcy okazują mi współczucie obce Anglikom i ich żydowskim mocodawcom”. Może to pan autoryzował te słowa? Kto wie? Tak czy inaczej, poznałem po jego głosie, że jest przerażony. I jeśli mam o coś do siebie pretensje, to o to, że moja wczorajsza nieprzemyślana uwaga uniemożliwi mi odkrycie miejsca jego pobytu.

– Wszak musiał pan zdawać sobie sprawę, rozpoczynając śledztwo, jak bardzo nieroztropne są takie poczynania?

– Ma się rozumieć.

– I to pana nie zniechęciło?

– Nie, Herr Silber, nie zniechęciło. Czy pan mnie przesłuchuje?

– Nie, nie, nic z tych rzeczy. – Wybucha śmiechem. – To ja, proszę zwrócić uwagę, ryzykuję, kontaktując się z panem. I proszę mówić do mnie Feliks. Kieruje mną tylko ciekawość. Cóż chciał pan począć z informacjami, gdyby te wpadły mu w ręce?

– Mówiąc szczerze, nie mam zielonego pojęcia. Przypuszczam, że myśl ma nie wybiegała tak daleko w przyszłość. Ale dlaczego pan pyta?

Przygląda mi się bacznie.

– Odpowiem jak pan: nie mam zielonego pojęcia.

Przypatrujemy się sobie. Z kieszeni na piersi wyjmuje jednego zgiętego papierosa i częstuje mnie. Przyjmuję go z wdzięcznością i zapalam od spirytusowej lampki, zaciągam się i podaję papierosa Herr Silberowi. Przez minutę albo dwie wymieniamy się tym bezcennym pocieszycielem, przekazując go sobie z rąk do rąk.

– Niczego panu nie oferuję – mówi.

– A ja o nic nie proszę – odpowiadam.

– Mój syn, wie pan, zginął w Dniepropietrowsku.

– Nie wiedziałem. Bardzo mi przykro.

– Uważałem się za osobę wierzącą, ale teraz już nią nie jestem. Pan za to wydaje się pobożny. Zauważyłem krzyżyk, który pan nosi na szyi.

Herr Silber jest bardziej spostrzegawczy, niźli mi się wydawało.

– To, co powiem, zabrzmi zapewne bardzo dziwnie w moich ustach – mówi – osobliwie w tym szczególnie trudnym momencie, ale zazdroszczę panu, Nabokow. To absurd! Ale pan nie ma się już czego bać. Pański los jest chyba przypieczętowany. To musi być cudownie wyzwalające.

– Z rozkoszą zamieniłbym się z panem miejscami – wyznaję.

– Nie sądzę. Nie przyjdę tu więcej. Jeśli będzie pan mógł, proszę spotkać się ze mną za trzy dni w restauracji hotelu Eden. O pierwszej. Rozumie pan, co mówię?

– Trzy dni to bardzo długo w tych okolicznościach.

– Owszem – odpowiada. – Owszem. To szmat czasu dla nas wszystkich. Heil Hitler czy cokolwiek…

Spoglądam na niego zaskoczony. Wzrusza ramionami.

– Życzę powodzenia – dodaje. – Jeśli się rozchmurzy, w nocy będzie nalot.

Wychodzi, a ja zostaję skonsternowany, a potem coraz bardziej zaniepokojony. Niemożliwe, żeby Herr Silber złożył mi tę wizytę z własnej woli. Bez wątpienia jest kimś niezwykle przebiegłym. A skoro już o tym mowa, skąd wziął mój adres? A raczej, od kogo go dostał? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że tak roztropny człowiek nie ryzykowałby spotkania ze mną tylko po to, by potwierdzić wypowiedzianą przeze mnie głośno uwagę, za którą grozi – nawet gdybym wypowiedział ją szeptem – kara śmierci.

Z drugiej strony, czyż wielokrotnie nie byłem świadkiem najbardziej zdumiewających przykładów nieposłuszeństwa? Czy towarzysząc Frau Schlegel na rynku, nie słyszałem plotkujących w kolejce kobiet? „Taki i owaki został aresztowany”. „Zeszłej nocy trafili schron przy Alexanderplatz. Mnóstwo ofiar”. „Alianci gotują się do ataku na Wał Atlantycki”. Czegoś takiego nie można było usłyszeć w surrealistycznie optymistycznych Wehrmachtsbericht, słuchanych rytualnie wieczorami, nim rozległy się syreny alarmowe. Nikt nic nie wie, a jednak wszyscy wiedzą wszystko. Jedyny problem polega na tym, że nie wiadomo, co z tego jest prawdą.

To, co powiedziałem o Hugh Bagleyu, jest w gruncie rzeczy prawdą. Ale jak zwykle nie ma jednej prawdy. Fakt, Hugh był moim dobrym przyjacielem w Cambridge. Przez krótki szczęsny czas był również moim kochankiem, choć nasza miłość miała raczej przyjacielski niż namiętny charakter i ostatecznie przerodziła się w przyjaźń, która okazała się nadspodziewanie trwała. Spotkaliśmy się tylko raz od czasu studiów, ale utrzymywaliśmy regularną korespondencję, dopóki wojna nie przerwała wszelkich związków między Wyspami Brytyjskimi a Fortecą Europa. W swoim ostatnim liście, który jakimś cudem dotarł do mnie w okupowanym Paryżu latem 1940 roku, Hugh wspomniał, że wstępuje do RAF-u, prosząc przy okazji o modlitwę. Mówiąc szczerze, modliłem się za niego częściej, niźli mógł przypuszczać, a jego unoszona w powietrzu postać wpisała się trwale w mą wyobraźnię, lecz nie jako wspomnienie, tylko jako żywa tęsknota za wszystkimi niespełnionymi nadziejami składającymi się na nasze życie. Kiedy usłyszałem jego udręczony głos w radiu, przed oczyma stanęła mi nie tylko cała nasza przeszłość, ale i przyszłość, która gaśnie.

Nie mam żadnej nadziei, że zdołałbym mu pomóc w tych koszmarnych okolicznościach, podobnie jak nie mam nadziei na udzielenie pomocy miłości mego życia, zabranej mi pewnego wczesnego ranka przed dwoma laty przez nazistów z jakże łatwego do zdobycia tyrolskiego zamku. Prawda wygląda tak, że zarówno Hugh Bagley, jak i Hermann Thieme są zupełnie poza moim zasięgiem.


4


SANKT PETERSBURG

Moje miłości zawsze wciągały mnie w zasadzkę.

Tamtej zimy 1915 roku byliśmy krajem w stanie wojny. Zmobilizowano rezerwowy oddział mego ojca. W patriotycznym zapale przechrzczono Sankt Petersburg na Piotrogród. W teatrach operowych przed rozpoczęciem przedstawienia orkiestra odgrywała hymny narodowe wszystkich sprzymierzonych krajów. Wagner, Beethoven i Brahms zniknęli z repertuaru. W witrynach sklepów wywieszano tabliczki z komicznym skądinąd żądaniem BITTE KEIN DEUTSCH! Splądrowano niemiecką ambasadę trzy domy dalej od naszej posiadłości.

Ale to nie miało większego znaczenia. Zegar na nocnym stoliku pokazywał, że mam całą godzinę, zanim Iwan przyjdzie obudzić mnie do szkoły. Kiedy tak leżałem w łóżku w borealnej poświacie, to, co jeszcze wczoraj wydawało mi się rzeczą najtrywialniejszą – mandarynka rzucona mi przez szkolnego kolegę, Olega Danczenkę, z bezceremonialnym komentarzem: „Nie znoszę mandarynek” – teraz stawało się czymś niewytłumaczalnie uprzejmym, zupełnie przyćmiewającym szaleństwa świata wokół nas.

– Nie znoszę mandarynek – powiedział.

I to wszystko.

Dlaczego rzucił ją do mnie? I dlaczego przyjąłem ją tak bezmyślnie, nie zapytawszy pierwej, co oznacza ten gest. Zabrałem mandarynkę i schowałem ją do kieszeni płaszcza, gdzie leży do tej pory. Zdawszy sobie sprawę z jej znaczenia, zapragnąłem ujrzeć ją ponownie, dotknąć jej, upewnić się, że nie wyśniłem tej tajemniczej wymiany. Jakże sprytny był ten gest Olega, który przekazał mi sekretny znak na oczach nic nierozumiejącego tłumu.

Wszystko to podekscytowało me młode ciało równie mocno jak mą wyobraźnię, a kiedym ubierał się w czarny gimnazjalny mundurek, doznałem desperackiego olśnienia. Na me codzienne trzewiki włożyłem eleganckie, gołębioszare, zapinane na perełki jedwabne getry. Wiedziałem, że najpewniej zostanę ukarany za to naruszenie szkolnego regulaminu, ale tego ranka owe zakazane błotniki wydały mi się absolutnie konieczne, gdyż miały oznajmić… No właśnie, co?

Nie śmiałem udzielić sobie odpowiedzi na to pytanie, schodząc na dół na pyszne gorące kakao i chleb z masłem oraz wstrętną miksturę z drożdży, którą musiałem spożywać co rano jako najnowsze cudowne lekarstwo na jąkanie. Modliłem się, żeby nikt nie zauważył tego, co wykombinowałem, choć przecież w tym, co wykombinowałem, chodziło głównie o bycie zauważonym. Z gabinetu ojca dobiegały dobrze znane odgłosy lekcji fechtunku udzielanej tacie przez niejakiego Monsieur Loustalota. Wołodia zszedł jak zwykle spóźniony, gdyż odrabiał zapewne od rana lekcje, których zaniedbał poprzedniego wieczoru. Pijąc letnie kakao, zupełnie nie zwracał na mnie uwagi. Iwan odział nas w płaszcze i wyszliśmy na dwór, by zaraz wsiąść do oczekującego benza, który miał nas odwieźć do naszych szkół.

Cóż mogłem sobie wyobrażać i czego się spodziewać tamtego szarego poranka, gdyśmy jechali ulicą Morską mimo złocistej kopuły św. Izaaka ku Newskiemu Prospektowi, gdy nasz szofer Wołkow lawirował wspaniałym automobilem między saniami, które zapychały ulice? Czy Oleg będzie na mnie czekał przed szkołą z papierosem w ustach, celowo z dala od swych kolegów? Czy skorośmy podzielili się mandarynką, powita mnie jak przyjaciela i towarzysza? Gdzieś w głębi trawiła mnie niepewność. Że to wszystko to jakiś nowy, tajemniczy kawał. I gdyśmy skręcali w ulicę księcia Gagarina, już na dobre pogrążyłem się w rozpaczy. Ale było za późno. Kiedy zamykano za mną drzwi samochodu, usłyszałem jeszcze z przedziwnym zadowoleniem i zaniepokojeniem głos Wołodii:

– A gdzie masz kalosze? Getry? Włożyłeś getry? Wpadniesz w tarapaty, Sierioża! Co ty sobie wyobrażasz!

Olega oczywiście nie było w pobliżu. Zdałem sobie sprawę, że moja wyobraźnia, umieszczając go usłużnie przed szkołą, przekroczyła granicę pamięci, bowiem przyjeżdżając rano na lekcje, nigdy nie widziałem Olega tam, gdzie go ustawiłem. Zaświtało mi w głowie, że zapewne upłyną dni, nim znów go zobaczę. A ta konstatacja wywróciła wszystko do góry nogami.

Zdałem sobie sprawę, że świetlisty nimb, który otaczał od wczoraj nasze spotkanie, zaczyna blednąć. Rzeczą absolutnie konieczną było, abyśmy się zobaczyli jak najprędzej, gdyż w przeciwnym razie płomień, który niespodziewanie rozgorzał między nami, zgaśnie. Przebiegałem wzrokiem po twarzach w zatłoczonym korytarzu, odnajdując po kolei kolegów Olega – Lwa, Wasilija i Ilję – ale jego samego nigdzie nie było.

Zrozpaczony, zupełnie zapomniałem o getrach.

Pierwsza poranna lekcja ledwo się rozpoczęła, gdy Mirski, nasz przygarbiony nauczyciel historii, przerwał nagle wykład w połowie zdania i rzucił:

– Nabokow! – Szkła okularów zalśniły surowo. Później zginął z rąk bolszewików w Melitopolu, więc ze wstydem odnotowuję, że nigdy go nie lubiłem.

– Stań, proszę, przed klasą, jeśli łaska.

Wykonałem polecenie. Rozległy się szepty.

– Panowie, przyjrzyjcie się. Co w wyglądzie Nabokowa uderza was tego ranka?

– Tylko tego ranka, panie profesorze? – zadrwił jakiś filut z ostatniej ławki.

– Przystroił nogi jak ciotka (On nariadił nogi kak tiotka) – rzucił chłopiec o mlecznobiałej twarzy, który miał na imię Aleksiej.

Tiotka. Dobrze znałem to słowo. Przed rokiem wypędziło mnie ze szkoły Tieniszewa, do której podążyłem w ślad za mym bratem. W Pierwszym Gimnazjum jeszcze go nie słyszałem tak jawnie, ale oto i ono: tiotka.

– Wystarczy – napomniał klasę Mirski, choć i on delektował się tym wypowiedzianym głośno terminem. – Znamy regulamin, nieprawdaż? Znamy konsekwencje jego łamania? Sądziłem, Nabokow, że masz więcej oleju w głowie. – Długim drewnianym wskaźnikiem poklepał przestępcze getry, które teraz wydawały się tylko bezsensowną prowokacją. – Co masz na swoje usprawiedliwienie? Mów!

Wiedziałem, że zacznę się beznadziejnie jąkać, więc milczałem.

Surowe oczy stały się jeszcze surowsze.

– Doskonale. Będzie, jak sobie winszujesz. Chodź ze mną.

Poprowadził mnie za ramię szerokim korytarzem, na którym chłopcy ćwiczyli, kiedy było za zimno na wyjście na boisko. Goniszew, nasz dyrektor, siedział w gabinecie. Podniósł głowę znad atlasu, który studiował przez szkło powiększające.

Stawałem przed jego obliczem już parokrotnie wskutek drobnych przewinień, takich jak korespondowanie na lekcjach z delikatnym ormiańskim chłopcem, który nie chodził już do szkoły ze względu na stan zdrowia.

– Wytłumacz się! – zażądał Goniszew.

Milczałem.

– Połknąłeś język, młodzieńcze?

– Gorzej – odezwał się Mirski, wskazując na getry.

– Rozumiem. – Goniszew pokiwał głową. – Mieliśmy nadzieję, przyjmując cię do szkoły, że masz już za sobą problemy, których doświadczałeś u Tieniszewa. Niepokoi mnie nie tyle złamanie przez ciebie regulaminu, ile niewytłumaczalna odmowa przedstawienia jakichkolwiek wyjaśnień. Mam świadomość, mój chłopcze, że borykasz się z defektem wymowy. Ba, szczerze ci współczuję! Ale opanuj się! I mów do mnie spokojnie i powoli jak do ojca.

Milczałem.

Wzruszył ramionami i wzniósł wysoko ręce.

– Doskonale. Ukarzę cię tygodniowym zawieszeniem w prawach gimnazjalisty. Po upływie tego czasu, w zależności od wyrażonej przez ciebie skruchy w formie ustnej lub za moim pozwoleniem pisemnej, rozpatrzymy powtórne przyjęcie cię do szkoły. Czy wyrażam się jasno, mój chłopcze?

Musiałem tylko kiwnąć głową, co też uczyniłem.

– Dziwię ci się – mówił Mirski, eskortując mnie z powrotem do klasy, z której musiałem zabrać książki i zeszyty. – Ale mam nadzieję, że zdołałeś udowodnić to, coś sobie umyślił.

Przekonawszy się, że skazano mnie na banicję, koledzy z klasy wydali radosny okrzyk – ni to gwizd, ni to zadowolone pohukiwanie.

Wymarły korytarz, którym maszerowałem do wyjścia, wydał mi się tak pusty jak moje serce. Pchnąłem ciężkie drzwi, wionęło na mnie mroźne powietrze i oto go ujrzałem, stał dokładnie tam, gdzie go ustawiłem – na próżno! – przed godziną.

Oleg Danczenko palił nonszalancko papierosa, opierając się o kamienną balustradę.

– Nie jesteś w szkole! – wykrzyknąłem.

Spojrzał na mnie obojętnie.

– Ty, zdaje się, też nie jesteś.

– Właśnie mnie zawieszono na tydzień.

– Doprawdy?

– Tak. Za takie głupstwo… – Podciągnąłem nogawkę i podniosłem stopę, żeby się jej przyjrzał i pojął, że to dla niego, choć to absurdalne.

– No, no… Modniś z ciebie… I przestępca, co nie? Tak się składa, że ja też jestem zawieszony. Czy to nie nadzwyczajne?

Położył mi dłoń na ramieniu. Wciąż pamiętam cudowny ciężar tej dłoni. Spojrzał mi w oczy. Oleg Danczenko miał oczy piwne z płatkami starego złota. Uśmiechnął się, a w najskrytszym zakamarku mego serca dopiero co wykluty smok prężył cudownie swe śmiertelnie niebezpieczne szpony.

Podał mi niedopałek, który włożyłem do ust niczym Przenajświętszy Sakrament.

– Więc co robimy? – zapytał, gdy oddałem mu papierosa. – Mamy tylko ten jeden dzień, sam wiesz. Bo potem zamkną nas w domach. Mnie na pewno. Ale tymczasem obaj jesteśmy zbójami, więc zabawmy się jak zbóje.

Nie mieliśmy żadnego planu, tylko niespożytą energię, która gnała nas ulicami. Szybki krok wykluczał rozmowę, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Przemaszerowaliśmy przez uśpiony pod śniegiem Ogród Letni na nabrzeże Newy, na której stękały żałośnie łamiące lód holowniki. Po drugiej stronie strzelista iglica soboru Pietropawłowskiego sięgała szarego nieba. Po placu przed Pałacem Zimowym hulał lodowaty wiatr i toczył się jeden carski powóz ciągniony przez dwójkę kłusaków Orłowa. („Wspaniałe!”, wykrzyknął Oleg). Dalej, z Ogrodów Admiralicji, dobiegły nas okrzyki łyżwiarzy. Przystanęliśmy, żeby im się przyjrzeć, a Oleg objął mnie ramieniem, poczułem na policzku jego widzialny oddech i przez chwilę bałem się, że wszystko to się rozpłynie jak para z jego ust, że stanie się snem śnionym przez pokryte śniegiem ogrody.

Getry były mokre, palce u nóg zesztywniały mi z zimna, ale nawet przez chwilę nie żałowałem tego spaceru.

– Powiem ci, że jestem diabelnie głodny – oznajmił Oleg, odwracając mnie od łyżwiarzy w stronę Newskiego Prospektu. W okazałej i rozkosznie ciepłej restauracji namówił kelnera – który, zda się, znał całkiem dobrze Olega – na podanie nam szampana.

– Za nasze wygnanie! – wzniósł toast. – Za życie zbiegów!

Nie mówił tak, jak mówi się w Petersburgu, podejrzewałem więc, że nie wychował się w tym mieście. Potwierdził to. Jego rodzina miała rozległe włości pod Dniepropietrowskiem. Wyznałem mu, że nie mam pojęcia, gdzie to jest. Znałem dobrze Abbazię, Biarritz, Wiesbaden, a z Rosji tylko naszą wiejską posiadłość i jej okolice w promieniu stu kilometrów.

– Chleb, który jecie, pochodzi z Ukrainy – stwierdził z dumą. – Chleb, który jecie, pochodzi z pól mego ojca.

Tęsknił za tymi polami, ale śmierć matki i siostry, które zmarły na tyfus przed dwoma laty, przekonała ojca, by wysłał go do stolicy dla „nabrania ogłady”. Skazano go na pobyt u siostry matki nieopodal Klasztoru Smolnego.

Zrewanżowałem mu się opowieścią o ojcu – myślałem o nim nieustannie od chwili spotkania z Goniszewem i jego reakcji na ostatnie wydarzenia bałem się najbardziej. Chciałem sam siebie przekonać, że niejako instynktownie stanie po stronie buntowniczego syna. Kiedy więc pochłanialiśmy przyniesione przez kelnera pyszne pierożki, zdradziłem Olegowi rewolucyjne zapatrywania mego ojca. Ojciec, mówiłem, uparcie publikował artykuły, które nie podobały się carowi. Na cesarskim bankiecie odmówił wzniesienia toastu za zdrowie despoty. Po usunięciu go z sądu miał czelność wystawić swój mundur na aukcję. Po rozwiązaniu Dumy spotykał się z kadetami na nielegalnych zebraniach, za co trafił na pewien czas do więzienia.

Całkiem zwyczajne słowa nastręczały mi zwykłe dla mnie trudności, ale Oleg czekał cierpliwie ani trochę nieporuszony, ocierając od czasu do czasu dłonią soczyste okruszki pierożków przywierające do warg.

Kiedy skończyłem, zapytał:

– Ale czy kadeci nie są przypadkiem karygodnie wyzuci z uczuć patriotycznych?

Ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że popełniłem głupstwo, rozmawiając o ojcu z kimś, kogo zupełnie nie znałem.

– Mój ojciec opowiada się stanowczo przeciwko tyranii – stwierdziłem, choć „tyrania” jak to tyrania, nie chciała pozwolić, bym ją bez oporu wymówił.

– Mój ojciec, chwała Bogu, ma całkiem inne zapatrywania – oznajmił Oleg, kiedy w końcu pokonałem „tyranię”. Przyjrzał się swojej dłoni i potarł ją palcem, jakby coś go tam swędziło. A kiedy podniósł głowę, znów się uśmiechał. – Jakie to zresztą ma znaczenie? Obaj wiemy, że wszystko będzie trwało dalej, tak jak trwa, mimo że każdy gada to, co chce. Rzecz w tym, że jest wojna, a jak jest wojna, krytykowanie rządu jest trochę, nie obraź się, nie w porządku. Szkoda, że nie jesteśmy starsi. Szkopy miałyby się z pyszna!

Nie miałem serca mu tłumaczyć – tak wydał mi się dzielny i odważny – że zdaniem ojca wojna toczy się bardzo niekorzystnie dla Rosji.

Gdyśmy skończyli naszą wielką ucztę, mój nowy przyjaciel zaproponował kino na resztę popołudnia. A jeszcze wczoraj, powtarzałem sobie, nie śmiałbym myśleć o takim szczęściu.

Niczego nie pamiętam z tego nazbyt krótkiego filmu, który wypełnił nam koniec tego nazbyt krótkiego dnia. Jedyne, co mam w pamięci do dziś, to serdeczny śmiech Olega z komicznych wyczynów na ekranie, ciepło jego ciała tuż obok, oszałamiający zapach pierożków i szampana oraz równy oddech. Widziałem grę światła i cienia na jego profilu, od którego odbijał się odbity od ekranu refleks z projektora. Gałka oczarowanego filmem oka lśniła wilgocią. Nie wiedzieć czemu, przypomniałem sobie, jak wujek Ruka opowiadał raz załzawionemu od okruszka w oku Wołodii, że Egipcjanie, którzy nieustannie mają do czynienia z burzami piaskowymi, wyjmują sobie z oczu paprochy koniuszkiem języka.

Ostrożnie zsunąłem przedramię z oparcia fotela i dotknąłem ręki Olega. Lekki uścisk został odwzajemniony. Przez kilka podniecających minut wysyłaliśmy sobie nawzajem przelotne dotykowe sygnały. Wszak cóż one oznaczały? Czy wolno mi było posunąć się o krok dalej, mając tak mizerne podstawy? Czy Oleg był świadom zamiaru, czy tylko rewanżował się instynktownie, jak podczas dobrodusznej przepychanki na boisku?

Wkrótce uzyskałem odpowiedź. Położył dłoń na mym udzie. Ciężka i duża leżała tak przez długą chwilę, jakby znalazła się tam przypadkiem. Ale wreszcie zaczęła ożywać, masując me udo z coraz większym wigorem i narastającym odkrywczym zapałem. W mgnieniu oka odwzajemniłem ten dotyk i z wprawą nieuleczalnego mańkuta dotknąłem lewą ręką przez niewygodne wełniane spodnie jego mocnych lędźwi.

Jakież cudowne uczucie! Minęło prawie trzydzieści lat od tamtej pory, a ja wciąż nie potrafię wyrazić należycie błogiego spokoju, jaki mnie ogarnął, mimo nerwowego podniecenia – poczucia, iż nieoczekiwanie przybijam do upragnionego, przeznaczonego mi portu. Filmowe duchy odgrywały przed nami swoje powtarzające się w nieskończoność losy, a my – dwaj narwani chłopcy – głaskaliśmy się, muskaliśmy, pieściliśmy nie tyle z erotycznego przymusu, ile z błogiego ukontentowania, zupełnie tak, jak głaszcze się kota, który wskakuje na kolana, a nie kochanka, którego chce się pobudzić. Wszystko to było na swój sposób całkowicie niewinne.

– Cóż… – odezwał się mój towarzysz, gdy ostatnia srebrzysta zjawa rozpłynęła się na ekranie – …życie, powiadam, to rzecz najosobliwsza, nieprawdaż?

Zawsze uciekamy – od osób, od uczuć, od krajobrazów, od sposobu życia. Muzyka i taniec, sztuki, które kocham najbardziej, są niczym innym jak tylko ucieleśnieniem nieustannej ucieczki wyrażonej wzmożonym dźwiękiem i ruchem; wybrzmiewająca nuta, śmiały wyskok znika sprzed naszych oczu, by zostać w sercu, ale czy na zawsze? Na wietrznym rogu Morskiej i prospektu Wozniesienskiego, przy ponurym placyku z posągiem Mikołaja I, Steerforth wyciągnął gołą rękę. Copperfield odwzajemnił ten gest, obejmując jego dłoń swymi dłońmi. Czy Copperfield przytulił Steerfortha w najkrótszym z uścisków i czy Oleg miałby na to ochotę bez mojej zachęty, orzec nie mogę, ale błyszcząca łza, która zalśniła w jego oku, kiedyśmy się rozstawali, nie mogła być tylko, jak mniemam, efektem zimnego wiatru.

– To był najlepszy zbójecki dzień – zauważył.

Bojąc się odezwać, kiwnąłem tylko głową. Oleg obdarzył mnie po raz ostatni swoim niezapomnianym uśmiechem.

Spoglądałem, jak znika w głębi ciemniejącej ulicy. Nie obejrzał się za siebie ani razu.

Witrażowy tulipan w naszych frontowych drzwiach płonął światłem z wnętrza. Kiedy Ustin zdejmował ze mnie płaszcz, szepnął mi na ucho, że cały dom został postawiony na nogi, odkąd Wołkow wrócił po południu z Władimirem, a bez Siergieja, oraz ze wstrząsającą wiadomością, że dobrze wychowany syn państwa nie jest chwilowo uczniem gimnazjum.

Mama, widząc mnie, zawołała:

– Sierioża, czyś ty zdrów i cały? Czyś nie zgłodniał, nie przemarzł? Chodź, chodź…

Przerwał jej tata:

– Idź, proszę, do mego gabinetu.

– Ale on umiera z głodu – zatroskała się mama.

– Nie zje dziś kolacji – zawyrokował ojciec. – Doskonale wie, na co się poważył.

Czyżby? Wspinając się za ojcem po schodach, zdałem sobie sprawę, iż byłem rozkosznie nieświadom czekających mnie konsekwencji. Na pół dnia uwolniłem się od świata. Teraz nie pozostawało mi nic innego, jak zrobić rachunek sumienia i zdać ze wszystkiego relację, co też uczyniłem bez trudu, nie pomijając niczego prócz tej czarującej nierozwagi, na jaką sobie pozwoliłem, siedząc obok Olega Danczenki w kinie.

– Cóż to za osobliwy wyczyn! – stwierdził ojciec, kiedy skończyłem. Bawił się nożem z kości słoniowej, który podniósł z biurka. – Wolno mi zapytać, czy ta eskapada ma jakiś związek z twoimi trudnościami w poprzedniej szkole? Miałem nadzieję, że zmiana otoczenia i nowy reżim wyleczy cię z tych infantylnych słabostek. Nie możemy w nieskończoność zabierać cię z jednej szkoły i posyłać do drugiej. Musisz przystosować się do świata takiego, jaki jest, bez względu na to, jak bardzo to dla ciebie trudne.

– Rozumiem, ojcze – powiedziałem, choć niczego nie rozumiałem.

Chciałbym móc odnotować w tym miejscu, że po powrocie do szkoły moje spotkanie z Olegiem przebiegło śpiewająco, że kochałem i byłem kochany, ale tak się nie stało. Minęło kilka dni, nim ujrzałem Olega ponownie. Być może zawieszono go na dłużej niż mnie, być może jego ukraińska hardość nie pozwoliła mu złożyć tak służalczo skutecznej samokrytyki jak moja. Nigdy się tego nie dowiem. Gdy wreszcie znów go zobaczyłem, stał z kolegami na boisku i kurzył papierosa – zupełnie tak jak przed dwoma tygodniami. Nie zauważył mnie, zajęty opowiadaniem jakiegoś zajmującego kawału. Zbliżając się doń z przepełnionym radością sercem, usłyszałem, co mówi. Zamarłem. Przez potwornie długą chwilę nie chciałem uwierzyć własnym uszom.

Oleg się jąkał. Jego przesadnie podkreślane próby pokonania jakiejś spółgłoski spotykały się z powszechnym rozbawieniem. W końcu z udawanym wyrazem ulgi malującym się na twarzy wykrztusił:

– Ty… ty… ty-rania! – A potem zupełnie normalnym głosem, swoim własnym, oznajmił: – Tak oto, koledzy, Nabokow upił się szampanem i zakrztusił pierożkami.

Ilja, którego zawsze uważałam za przyzwoitego chłopca, zauważył moje nadejście i próbował gorączkowymi gestami ostrzec Olega, który jednak nie pozwolił sobie przeszkodzić. W końcu Ilja, wytrzeszczając oczy, zawołał:

– Czołem, Siergiej!

Oleg spojrzał na mnie.

Miłość, smutek, przeprosiny, wstyd, pogarda – jakże starałem się pojąć to, co odmalowało się w tych zdradzieckich, nakrapianych złotem oczach…


5


Kocham ponad wszystko duszę Olega…” – czytał głośno ojciec pogardliwym tonem. – „Jakże kocham jego harmonijnie proporcjonalne kształty, ich radosną żywotność. Krew pulsuje mi w żyłach, serce mi pęka jak u pensjonarki, a on wie o tym i stałem mu się wstrętny, i nie ukrywa swego obrzydzenia. Och, to tak beznadziejne, jakbym pokochał księżyc!”

Ojciec odłożył mój pamiętnik.

– Wyjątkowe brednie, czyż nie?

To mój brat odkrył ten sekretny dziennik, zresztą zupełnie przypadkowo. Przeczytawszy me namiętne wpisy, pokazał je naszemu korepetytorowi, który natychmiast pobiegł z tym do ojca.

– Nie jest to zbyt dobrze napisane – przyznałem.

– Nie chodzi mi o twój styl, Sierioża! Nawet najpiękniejsze słowa nie ocalą rzeczy tak niegodnych! Uważasz, że zakochałeś się w swoim gimnazjalnym koledze Olegu?

– Piszę powieść w stylu Biełego[3]. To notatki, które sporządzałem.

Ojciec uderzył pięścią w leżący na biurku otwarty zeszyt.

– Nie igraj ze mną, Sierioża!

– Umiem przekonująco kłamać – rzuciłem z przekąsem.

Tata posłał mi gniewne spojrzenie.

– Powiem prawdę: pisałem to wyłącznie dla siebie. Lecz nawet gdybym tego nie napisał, czułbym to samo.

Groźne spojrzenie ojca złagodniało.

– Wiedziałem od dawna… – zaczął nieco melancholijnym tonem – …o tej skłonności dziedziczonej przez krew… zarówno twej matki, jak i moją… O tej skazie… Miałem nadzieję, że moje potomstwo zdoła się jej ustrzec, ale nadzieja okazała się płonna…

– Nie wiem, o jakiej skazie mówisz, ojcze – żachnąłem się. Nie mogłem się zgodzić, by moje najszczersze uczucia traktowano jak skazę.

Tata odchrząknął i po chwili wahania wykrztusił zbolałym tonem:

– Mówię o twoim wuju Ruce.

– Ale wujkowi Ruce nic nie dolega – zaprotestowałem.

– Sierioża, wujek Ruka jest czarującym mężczyzną, owszem, nawet charyzmatycznym na swój sposób, ale obawiam się, że au fond jest samotnym i godnym pożałowania człowiekiem. Jego absurdalne nawrócenie na katolicyzm to kolejna, jak mniemam, daremna ekspiacja za zdeprawowanie ciała. Nie życzę nikomu takich mąk, jakie przechodzi twój wuj przez całe życie. A także mój brat Konstantin, jeśli już o tym mowa. Dusze skazane na takie potępienie każą wątpić w istnienie miłosiernego Boga. Gdybym pozwolił własnemu synowi na bezkarne kultywowanie tej skłonności, byłbym winny zbrodniczego zaniedbania ojcowskiej miłości, byłbym równie winny, jak zaniedbując śmiertelnie groźne objawy tyfusu czy gruźlicy.

Puszkin napisał niegdyś rozgoryczony: „Igrać z miłością to szatańska sprawa!”. Nie wolno nam pozwolić, synu, by to szatańskie szyderstwo miłości całkowicie tobą owładnęło. Ludzka wola zdolna jest do obrony przed takim pohańbieniem. Dlatego mam zamiar odwołać się do pomocy mego zaufanego przyjaciela, doktora Bechterowa, który dysponując najnowszą wiedzą medyczną, spróbuje cię wyleczyć, ba, wyleczy cię na pewno! Proszę cię jako honorowego młodzieńca i mego ukochanego syna, abyś przyjął jego pomoc. Jeśli nie przez wzgląd na mnie, to na swą troskliwą matkę. Tymczasem zatrzymam ten dziennik. Mając nadzieję, że w przyszłości nie popełnisz już takiego błędu. Czy chciałbyś mnie o coś zapytać?

– Nie… – odpowiedziałem.

Przerzucił strony zeszytu po raz ostatni, po czym zamknął zgwałcony pamiętnik w szufladzie biurka, gdzie trzymał też – jak twierdził wścibski Wołodia – naładowanego browninga. Czy zdawał sobie sprawę, że konfiskując te marne wyznania, postępuje jak człowiek obudzony w płonącym łóżku i wyrzucający przez okno niedopałek, który wzniecił pożar? Myślę – patrząc wstecz – że obaj doskonale wiedzieliśmy, jak daremny był jego gest.

Przeczuleni czytelnicy zechcą być może pominąć poniższy pasaż; nie zamieściłbym go w ogóle, gdyby nie głos Jeana Cocteau, mego wielkiego i mądrego przyjaciela z Paryża, szepczący mi do ucha: „Musisz powiedzieć im wszystko, mon cher! Nie możesz niczego pomijać”.

Doktor Bechterow się spóźniał. Ojciec stał przy oknie gabinetu, wypatrując go na ulicy, a ja niespokojnie kartkowałem folio przepysznych reprodukcji Botticellego, przywiezione przez wujka Rukę z Florencji. Minęło pół godziny. W końcu Ustin wprowadził doktora.

Był rumianym mężczyzną z twarzą okoloną niemodnymi już faworytami i rozpoczął od przeprosin. Nagły przypadek zatrzymał go w mieście. Kobieta, która straciła dziecko, groziła samobójstwem.

– Smutne, smutne… – mruknął.

– Zacznijmy, proszę – zwrócił się do niego ojciec, nie odwracając się od okna, jakby na cichej zazwyczaj ulicy Morskiej rozgrywała się tego popołudnia wielka gala, której nie można przeoczyć.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.