Zly - Leopold Tyrmand - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 35 godz. 5 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zly - Leopold Tyrmand

Książka – legenda. Najpoczytniejszy kryminał napisany w czasach PRL-u. A tak naprawdę niezwykle inteligentnie opis Polski Ludowej, przebrany w strój ni to kryminału, ni to romansu, ni to westernu. Zaczyna się od tajemniczych napadów. Z tym, że wszyscy atakowani – to bandziory. Ludowa milicja staje na głowie, by dostać jedynego sprawiedliwego, szeryfa bez twarzy, który sprawia, że ludzie zaczynają się czuć bezpieczni. Podziemny światek Warszawy rusza na wojnę. Bohater ma tylko jeden znak rozpoznawczy, niezwykłe, świetliste spojrzenie. A dodatkowo w tle historia miłosna, której osią jest Marta Majewska, niechcący wciągnięta w przestępcze życie Warszawy.

Opinie o ebooku Zly - Leopold Tyrmand

Cytaty z ebooka Zly - Leopold Tyrmand

Wszyst­kie po­sta­cie, zda­rze­nia, sy­tu­acje oraz dia­lo­gi wy­stę­pu­ją­ce na kar­tach po­niż­szej opo­wie­ści są fik­cyj­ne i nie mają żad­nych kon­kret­nych od­po­wied­ni­ków w re­al­nym ży­ciu. Są zwy­kłym two­rem imaginacji
Uczynił typowy warszawski gest określający wymownie, za pomocą lekkiego uderzenia nasadą dłoni w czoło, jak wielkie znaczenie w życiu ma kartezjańska zasada „Myślę, więc jestem”, upowszechniona w Warszawie przy użyciu dewizy: „Czaszka pracuje”.

Fragment ebooka Zly - Leopold Tyrmand







Co­py­ri­ght © 2011, Mary El­len Tyr­mand

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw

ISBN: 978-83-7779-091-5

Ko­rek­ta: Bal­ta­zar

Pro­jekt okład­ki: Elż­bie­ta Choj­na

Skład i ła­ma­nie: Ja­cek An­to­niuk

www.wy­daw­nic­twomg.pl

kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


Mo­je­mu ro­dzin­ne­mu mia­stu
– War­sza­wie

AU­TOR


Wszyst­kie po­sta­cie, zda­rze­nia, sy­tu­acje oraz dia­lo­gi wy­stę­pu­ją­ce na kar­tach po­niż­szej opo­wie­ści są fik­cyj­ne i nie mają żad­nych kon­kret­nych od­po­wied­ni­ków w re­al­nym ży­ciu. Są zwy­kłym two­rem ima­gi­na­cji.

Le­opold Tyr­mand

Oso­by, któ­re sty­ka­ły się bez­po­śred­nio lub po­śred­nio ze ZŁYM w po­cią­gach pod­miej­skich, tram­wa­jach, au­to­bu­sach, tro­lej­bu­sach, ba­rach mlecz­nych, knaj­pach, noc­nych lo­ka­lach, na dan­sin­gach, w re­stau­ra­cjach, za­kła­dach zbio­ro­we­go ży­wie­nia, bu­fe­tach sta­cyj­nych, ka­wiar­niach, na uli­cach War­sza­wy, pla­cach, skwer­kach, mo­stach, dwor­cach ko­le­jo­wych, przy­stan­kach tram­wa­jo­wych, tar­go­wi­skach, ba­za­rach, Ko­szy­kach, „ciu­chach”, przed ki­na­mi, sta­dio­na­mi spor­to­wy­mi, ap­te­ka­mi, śli­zgaw­ka­mi, w skle­pach, w do­mach to­wa­ro­wych, w warsz­ta­tach sa­mo­cho­do­wych, w ga­ra­żach i reszt­kach ruin, i wszę­dzie in­dziej:

Mar­ta Ma­jew­ska – se­kre­tar­ka

Wi­told Hal­ski – le­karz

Edwin Ko­lan­ko – dzien­ni­karz

Ju­liusz Ka­lo­dont – kio­skarz

Eu­ge­niusz Śmi­gło – szo­fer MPK

Fry­de­ryk Kom­pot – cu­kier­nik

Mi­chał Dziar­ski – po­rucz­nik MO

Jo­nasz Drob­niak – bu­chal­ter

Fi­lip Me­ry­nos – pre­zes spół­dziel­ni „Wo­re­czek”

Anie­la – słu­żą­ca

Ro­bert Kru­szy­na – były bok­ser

Al­bert Wil­ga – in­ży­nier

Je­rzy Me­te­or – hochsz­ta­pler

Oby­wa­tel Ku­dła­ty – herszt

Ku­buś Wi­rus – re­por­ter

Wie­sław Mech­ciń­ski – ło­buz

Lowa Zyl­bersz­tajn – dzia­łacz spor­to­wy

Olim­pia Szu­war – ko­bie­ta do­rod­na przed czter­dziest­ką

Jó­zef Siup­ka – ko­le­jarz

Ha­waj­ka – bu­fe­to­wa

Fran­ci­szek Życz­li­wy – ogrod­nik

An­to­ni Pa­jąk – li­sto­nosz

Sza­ja – drań

Me­fi­sto­fe­les Dziu­ra – fry­zjer

Roma Le­opard – par­kie­cia­ra, czy­li ko­ciak

Ze­non – ho­ke­ista

Edward Łom – bi­le­ter

Zo­fia Chwa­ła – sę­dzia

Jan Wcze­śniak – urzęd­nik

Ju­suf Ali Chas­sar – Egip­cja­nin

Ki­twa­szew­ski – me­cha­nik

Ma­cie­jak – star­szy sier­żant MO

Meto – ban­dzior

Izy­dor Tka­czyk – kra­wiec

Klu­siń­ski – wy­wia­dow­ca

Dok­tor Dzi­dzia­szew­ski – gi­ne­ko­log

Sio­stra Le­oka­dia – pie­lę­gniar­ka

Pa­ciuk – maj­ster

i wie­lu, wie­lu in­nych.


CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Je­stem ład­na – po­my­śla­ła Mar­ta Ma­jew­ska, uj­rzaw­szy się w lu­strze. Ap­te­ka mia­ła sta­re, wy­peł­nio­ne me­blo­wą po­li­tu­rą wnę­trze. Szu­flad­ki, wie­życz­ki z rżnię­te­go w bej­co­wa­nym drew­nie go­ty­ku, zma­to­wia­łe ze sta­ro­ści bo­aze­rie. I lu­stra; tro­chę wy­szczer­bio­ne, tro­chę zżół­kłe, za szkłem ga­blot w łu­ko­wych, niby ro­mań­skich opra­wach – wszę­dzie lu­stra. Chy­ba je­stem ład­na? – za­sta­na­wia­ła się Mar­ta, gdy skrę­co­ny w śli­mak, na­bi­ty ludź­mi ogo­nek wy­pchnął ją tuż przed ladę, za któ­rą były lu­stra. – To bzdu­ra – po­wie­dzia­ła nie­mal szep­tem – jaka tam ład­na? Przy­jem­na i tyle. Zno­śna. W lu­strze wi­dać było nie­wy­so­ką po­stać, szczu­płą twarz z za­dar­tym no­skiem, ciem­no­blond wło­sy, któ­rych nie­re­gu­lar­nie a mod­nie roz­rzu­co­ne ko­smy­ki wy­my­ka­ły się spod zgrab­ne­go czar­ne­go be­re­tu. Mam za duże usta i za ja­sne brwi. Głu­pia! O czym my­śli. Mimo woli uśmiech­nę­ła się, uka­zu­jąc rów­ne, bia­łe zęby, i wte­dy twarz jej na­bra­ła ja­kiejś ja­snej, tkli­wej we­so­ło­ści, ja­kie­goś uj­mu­ją­ce­go cie­pła. Ory­gi­nal­na – oto wła­ści­we – sło­wo – za­kon­klu­do­wa­ła z sa­tys­fak­cją – nie ład­na, żad­na tam pięk­ność, ale ory­gi­nal­na… – Za­raz też do­da­ła: – Nie­wiel­ka sztu­ka być ory­gi­nal­ną w tym tłu­mie za­gry­pio­nych, kasz­lą­cych, za­ka­ta­rzo­nych, oku­ta­nych w chust­ki i sza­li­ki klien­tów ap­te­ki.

Ko­lej­ka przed­sta­wia­ła wi­dok przy­gnę­bia­ją­cy. Ta po­go­da… – my­śla­ła Mar­ta z naj­wyż­szą nie­chę­cią. Za okna­mi za­ci­nał deszcz ze śnie­giem, plac Trzech Krzy­ży to­nął w bło­cie, w mi­go­tli­wym, męt­nym świe­tle roz­chy­bo­ta­nych wy­so­ko lamp, otu­lo­nych brud­nym we­lo­nem sło­ty. Co chwi­la ktoś mo­kry, pa­ru­ją­cy wil­go­cią i zim­nem, wci­skał się do cie­płej, prze­peł­nio­nej ap­te­ki. Por­ce­la­no­we sło­iki z czar­ny­mi skró­ta­mi ła­ciń­skich nazw, rów­ne ema­lio­wa­ne ta­blicz­ki na szu­flad­kach bu­dzi­ły sym­pa­tię i za­ufa­nie. Tu była po­moc prze­ciw wi­chrom i gry­pom, prze­ciw doj­mu­ją­ce­mu zim­nu i przej­mu­ją­cej dresz­czem wil­go­ci. – Her­ba ru­tae… – prze­czy­ta­ła ci­chut­ko Mar­ta. Znów się uśmiech­nę­ła. – Ma­gia ap­te­ki… Ta­jem­ni­cze ła­ciń­skie sło­wa, ozna­cza­ją­ce zwy­kłą tra­wę… Za­czę­ła czy­tać przy­szpi­lo­ne plu­skiew­ka­mi na­pi­sy: „Ci­ba­sol tyl­ko na re­cep­ty le­kar­skie” – ogła­sza­ła Na­czel­na Izba Ap­te­kar­ska; „Tu sprze­daż od­ręcz­na”. Za­pra­co­wa­na far­ma­ceut­ka po dru­giej stro­nie lady li­czy­ła bły­ska­wicz­nie ko­lu­mien­ki ma­łych cy­fe­rek na re­cep­tach. My­śli Mar­ty po­wę­dro­wa­ły do domu. Bied­na mama, tak ją w nocy bo­la­ło… – To wy­cze­ki­wa­nie w nie­koń­czą­cym się ogon­ku nu­ży­ło. – Tyle dziś do ro­bo­ty, a chcia­ła­bym się spo­tkać jesz­cze z Ze­no­nem.

Za­pra­co­wa­na far­ma­ceut­ka au­to­ma­tycz­nym ru­chem wy­ję­ła Mar­cie re­cep­tę z ręki. – Bi­la­mi­du nie ma. Eks­trakt z czar­nej rzod­kwi wy­co­fa­ny z le­ko­spi­su… – po­wie­dzia­ła szyb­ko, po czym otwo­rzy­ła ja­kiś sko­ro­widz i cze­goś szu­ka­ła. – To… może jest coś za­stęp­cze­go? – bąk­nę­ła Mar­ta za­sko­czo­na. – Jest. Iso­chol za­miast bi­la­mi­du. I sok z dziu­raw­ca albo cho­le­sol. Ale musi pani przy­nieść nową re­cep­tę albo za­pła­cić peł­ną cenę. – Co za pech! – rze­kła ci­cho Mar­ta. – Ci le­ka­rze – sark­nę­ła ja­kaś ko­bie­ta w opa­tu­lo­nym sza­li­kiem ka­pe­lu­szu, tuż za Mar­tą – za­pi­su­ją le­kar­stwa, któ­rych nie ma w ap­te­kach… – Pro­szę pani… – za­czę­ła Mar­ta, ale nie wie­dzia­ła, co po­wie­dzieć. Sta­nął jej w gło­wie cały ko­ło­wrót od nowa: zwol­nie­nie z pra­cy dla mat­ki, skie­ro­wa­nie do ośrod­ka zdro­wia, cze­ka­nie go­dzi­na­mi na le­ka­rza re­jo­no­we­go, nie­uda­na rand­ka z Ze­no­nem. Na wy­kup spe­cy­fi­ków bez re­cep­ty nie star­czy mi z pew­no­ścią pie­nię­dzy. – Tyle za­cho­du… – szep­nę­ła zno­wu, po czym do­da­ła gło­śniej:

– Ile to bę­dzie kosz­to­wać bez re­cep­ty, pro­szę pani? – Far­ma­ceut­ka wy­mie­ni­ła cenę. Z tyłu ko­lej­ki ktoś po­wie­dział cał­kiem gło­śno: – Co tak dłu­go? Nie moż­na tak dłu­go za­ła­twiać jed­nej oso­by… – Pro­szę pani, mama… – za­czę­ła Mar­ta. Ze zmę­czo­nej twa­rzy, spod si­wych, schlud­nie upię­tych wło­sów spoj­rza­ły na nią prze­lot­nie by­stre oczy far­ma­ceut­ki. – To dla pani? – spy­ta­ła. – Nie – rze­kła szyb­ko Mar­ta – dla mo­jej mat­ki. Wą­tro­ba i wo­re­czek żół­cio­wy. – Far­ma­ceut­ka zde­cy­do­wa­nym ru­chem ołów­ka prze­kre­śli­ła na­zwy le­ków na re­cep­cie i wpi­sa­ła nowe, po czym wy­pi­sa­ła kwit ka­so­wy. Mar­ta uśmiech­nę­ła się z wdzięcz­no­ścią. Coś na kształt uśmie­chu roz­luź­ni­ło sku­pio­ną twarz far­ma­ceut­ki. Po­wie­dzia­ła: – Kto na­stęp­ny, pro­szę… – Tak już było, że uśmiech Mar­ty bu­dził uśmiech na twa­rzach in­nych lu­dzi na za­sa­dzie ja­kie­goś cza­ro­dziej­skie­go me­cha­ni­zmu.

Za­mknę­ła za sobą drzwi ap­te­ki i sta­ła przez chwi­lę na pro­gu. Wi­cher, śnieg, deszcz, bło­to, mżą­ce, nie­pew­ne świa­tło, gę­sta maź lu­to­we­go wie­czo­ru, w któ­rej lu­dzie bie­gną szyb­ko, ucie­ka­jąc przed tym, co jest w po­wie­trzu, tło­czą się do tram­wa­jów, spie­szą się, nie pa­trząc na ni­ko­go. Dłu­gi rząd sku­lo­nych po­sta­ci drep­tał w błot­ni­stej pap­ce tro­tu­aru, cze­ka­jąc na 113, nie­co da­lej taki sam sze­reg wy­pa­try­wał nie­cier­pli­wie żo­li­bor­skie­go au­to­bu­su. Mar­ta szyb­kim kro­kiem, prze­cho­dzą­cym nie­mal w bieg, ru­szy­ła w stro­nę Wiej­skiej.

Kie­dy i jak to się sta­ło, tego nie po­tra­fi­ła­by w pierw­szej chwi­li po­wie­dzieć. W tej sa­mej se­kun­dzie oczy wy­peł­ni­ły jej się łza­mi i gry­zą­cy żal za­lał jej ser­ce. Tyle tru­du, tyle sta­rań, ta­kie po­trzeb­ne, ta­kie strasz­nie po­trzeb­ne… – kłu­ły szpil­ki bez­sil­nej go­ry­czy. Oby­dwa fla­ko­ny le­ża­ły roz­bi­te na bru­ku; z jed­ne­go są­czył się płyn, z dru­gie­go wy­sy­pa­ły się i zmie­sza­ły z bło­tem ta­blet­ki.

To była pierw­sza re­ak­cja. Na­stęp­ną była wście­kłość, a chwi­lę po­tem prze­ra­że­nie.

– Spo­koj­nie, ko­cha­na… Złość pięk­no­ści szko­dzi… – se­ple­nił wy­so­ki wy­ro­stek, za­ta­cza­ją­cy się z lek­ka. Miał tłu­ste blond wło­sy, spo­co­ną twarz i roz­pię­tą na szyi bar­cha­no­wą ko­szu­lę. To on gwał­tow­nym ru­chem wy­trą­cił jej fla­ko­ny z ręki. Przy­pa­dek, za­czep­ka czy nie­uwa­ga, któ­rej win­na jest po­go­da, bło­to, po­śpiech? Jed­no nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści – fa­cet był pi­ja­ny. I nie był sam. Obok za­śmie­wał się ni­ski, gru­zło­wa­ty chło­pak w let­nim płasz­czu.

– Zwa­rio­wał pan!… Jak pan cho­dzi?… Pro­szę się od­su­nąć!… – za­wo­ła­ła Mar­ta. Wy­so­ki usi­ło­wał ją ob­jąć.

– Po co ten krzyk, ko­le­żan­ko?… Po­zbie­ra się, oczy­ści… he, he, he! – za­śmie­wał się gru­zło­wa­ty, wgnia­ta­jąc bu­tem ta­blet­ki w brud­no­czar­ną maź.

Z po­bli­skie­go ogon­ka do 116 za­czę­li się od­wra­cać lu­dzie. Paru prze­chod­niów przy­sta­nę­ło w pew­nej od­le­gło­ści.

– Co pan zro­bił z le­kar­stwem?!… Mi­li­cja!… – za­czę­ła krzy­czeć Mar­ta. Żal, złość i oba­wa dy­go­ta­ły w jej gło­sie. Czu­ła woń nie­my­te­go cia­ła i brud­ne­go ubra­nia na­pie­ra­ją­ce­go na nią wy­rost­ka.

Od od­da­lo­ne­go za­le­d­wie o trzy kro­ki kio­sku „Ru­chu” ode­rwa­ła się ja­kaś po­stać. Był bez czap­ki, no­sił wel­we­to­wą, roz­pię­tą kurt­kę. Jed­nym sko­kiem do­padł do wy­so­kie­go i Mar­ty. Wo­kół nich na­ra­stał tłum nie­pew­ny, ciem­ny, nie­wy­raź­ny jak po­go­da.

– Mie­tek! Gub się! Po co ten ha­łas… – Pchnął wy­so­kie­go w bok, po czym szyb­kim, bez­czel­nym ge­stem ujął Mar­tę za pod­bró­dek i bru­tal­nie po­de­rwał jej gło­wę do góry.

– Sio­stro! – rzu­cił przez zęby. – Sio­strzycz­ko… Uwa­żaj, jak cho­dzisz… Sły­szysz!… Nie ła­duj się na spo­koj­nych lu­dzi, bo bę­dziesz pła­kać!… A te­raz…

– No, tak… – do­dał szyb­ko ni­ski gru­zło­wa­ty – wpa­ko­wa­ła się na ko­le­gę jak tor­pe­da i ma żal…

– Sam wi­dzia­łem – rzu­cił ktoś z tłu­mu, zbie­ra­ją­ce­go się bli­żej wo­ko­ło – ta pani bie­gła jak sza­lo­na…

– Wia­do­mo – tłum oży­wił się – mło­dy chło­pak za­ba­wił się… trze­ba mu dać dro­gę…

– Nie­praw­da! – za­grzmia­ło na­raz z boku.

Z kio­sku wy­chy­la­ła się czer­stwa twarz, zdob­na w siwy, su­mia­sty wąs i uwień­czo­na pięk­ną ma­cie­jów­ką z lśnią­cym dasz­kiem.

– Nie­praw­da, pro­szę pań­stwa! Ten ło­buz wi­nien! Wszyst­ko do­brze wi­dzia­łem! Za­cze­piał, szcze­niak, wy­trą­cił tej pani!… Ja bym cie­bie, dra­niu… – Z okien­ka wy­nu­rzy­ła się su­cha, ko­ści­sta pięść, gro­żą­ca wy­so­kie­mu wy­rost­ko­wi.

– Dzia­dziu – rzekł ni­ski, opie­ra­ją­cy się łok­cia­mi o kiosk – za­mknij japę, do­brze?…

– Co te­raz bę­dzie?! – za­wo­ła­ła Mar­ta.

Głos się jej ła­mał, nie mo­gła ode­rwać oczu od spo­nie­wie­ra­nych le­karstw.

– Oje­jej… Żeby tacy chłop­cy! Jak to moż­na… – po­wie­dzia­ła nie­śmia­ło ja­kaś ko­bie­ci­na w chu­st­ce.

– A pani co? – szarp­nął się ku niej ten w wel­we­to­wej kurt­ce. – Do domu! Ka­le­so­ny prać! Już…

Na­gle zwi­nął się nie­ocze­ki­wa­nie, gwizd­nął prze­szy­wa­ją­co przez zęby, pchnął z ca­łej siły Mar­tę na kiosk, roz­trą­cił pierw­szych z brze­gu i krzyk­nął:

– Chło­pa­ki! Cho­du!…

To, co na­stą­pi­ło te­raz, było ro­dza­jem snu, sen ten prze­śni­ło kil­ka­na­ście osób w cią­gu ułam­ka se­kun­dy. Kie­dy prze­tar­li oczy – było już po wszyst­kim. W bło­cie tro­tu­aru le­żał wy­ro­stek w wel­we­to­wej kurt­ce, krwa­wiąc ob­fi­cie. Mały gru­zło­wa­ty klę­czał pod kio­skiem, trzy­ma­jąc się obu­rącz za gło­wę. Pod­no­sił się po­wo­li, spoj­rzał błęd­nym wzro­kiem cięż­ko po­bi­te­go czło­wie­ka, za­to­czył się, spiął wszyst­kie siły i za­czął ucie­kać w stro­nę ko­ścio­ła św. Alek­san­dra. Pi­ja­ny znikł gdzieś bez śla­du. Tłum ock­nął się, za­ko­ły­sał, za­czę­to wo­łać ze wszyst­kich stron: – Po­go­to­wie! Mi­li­cja! Czło­wiek ran­ny!… – Ktoś po­mógł pod­nieść się Mar­cie, któ­ra od­dy­cha­ła cięż­ko. Od stro­ny Wiej­skiej bie­gło dwóch mi­li­cjan­tów.

W dy­żur­ce po­go­to­wia za­brzmiał te­le­fon. Sio­stra pod­nio­sła słu­chaw­kę.

– Tak. Po­go­to­wie. Któ­ry ko­mi­sa­riat? Trzy­nast­ka. Do­brze. Za­raz spraw­dzę, pro­szę po­ło­żyć słu­chaw­kę.

Roz­łą­czy­ła się, spoj­rza­ła na ta­bli­cę z wy­ka­zem ko­mi­sa­ria­tów i wy­krę­ci­ła nu­mer. Po­ło­ży­ła słu­chaw­kę, pod­nio­sła dru­gą.

– Am­bu­la­to­rium? Tu dy­żur. Wzy­wa trzy­na­sty ko­mi­sa­riat. Ma u sie­bie ran­ne­go czło­wie­ka. Kto je­dzie? Dok­tor Hal­ski. Do­sko­na­le.

Z oszklo­nej ka­bi­ny dy­żur­ki wi­dać było hol i ko­ry­ta­rze. Sio­stra dy­żur­na na­ci­snę­ła dzwo­nek. Z po­ko­ju szo­fe­rów wy­sko­czył ktoś i wy­padł na dzie­dzi­niec, po czym roz­legł się szum za­pusz­cza­ne­go mo­to­ru. W głę­bi ko­ry­ta­rza uka­za­ła się wy­so­ka, szczu­pła po­stać w bia­łym ki­tlu pod samą szy­ję i w na­rzu­co­nym na ra­mio­na płasz­czu. Obok szła otu­lo­na w ko­żuch pie­lę­gniar­ka. Le­karz uśmiech­nął się do sio­stry dy­żur­nej. – Psia po­go­da – po­wie­dział i do­dał: – Sio­stro, pro­szę mnie szyb­ko po­łą­czyć z re­dak­cją „Expres­su Wie­czor­ne­go”. – Sio­stra dy­żur­na wy­krę­ci­ła nu­mer i po­da­ła le­ka­rzo­wi słu­chaw­kę.

– Re­dak­cja „Expres­su”? Czy mógł­bym mó­wić z re­dak­to­rem Ko­lan­ko? Dzię­ku­ję.

Krót­ką chwi­lę cze­kał, bęb­niąc smu­kły­mi pal­ca­mi po szy­bie. W słu­chaw­ce ode­zwał się sym­pa­tycz­ny mę­ski głos:

– Tu Ko­lan­ko. Słu­cham.

– Dok­tor Hal­ski. Do­bry wie­czór, pa­nie re­dak­to­rze. Dzwo­nię zgod­nie z przy­rze­cze­niem. Pro­szę za­raz przy­je­chać do trzy­na­ste­go ko­mi­sa­ria­tu. Na Wiej­ską.

– Wspa­nia­le. A więc są­dzi pan, że… znów?

– Nie wiem nic na pew­no. W każ­dym ra­zie ja­kaś bój­ka ulicz­na i bar­dzo cięż­kie po­bi­cie czy na­wet go­rzej, już tam jadę.

– Dzię­ku­ję. Je­stem za dzie­sięć mi­nut na miej­scu.

Dok­tor Hal­ski po­ło­żył słu­chaw­kę. Uśmiech­nął się raz jesz­cze do sio­stry dy­żur­nej. – Może coś sio­strze przy­wieźć z mia­sta? – spy­tał. – Mamy jesz­cze całą noc przed sobą… – Miał miłą, mło­dą twarz i spo­koj­ne oczy. – Dzię­ku­ję – od­par­ła sio­stra dy­żur­na – ni­cze­go nie po­trze­bu­ję. Po­wo­dze­nia. – Dok­tor Hal­ski spoj­rzał na wiel­ki, elek­trycz­ny ze­gar: była siód­ma dwa­dzie­ścia.

Wsiadł szyb­ko do ni­skiej, sza­rej sko­dy z żół­tym krzy­żem na drzwicz­kach. Mały wóz wy­pry­snął w za­snu­tą desz­czo­wą za­mie­cią Hożą, prze­ciął Mar­szał­kow­ską. Szo­fer włą­czył sy­re­nę, prze­chod­nie za­czę­li przy­sta­wać, oglą­dać się.

Na­wet naj­sło­necz­niej­szy opty­mi­sta nie na­zwa­ła­by trzy­na­ste­go ko­mi­sa­ria­tu miej­scem ra­do­snym. Spra­wiał ra­czej wra­że­nie po­nu­re, na co skła­da się tak­że fakt, że mie­ścił się na par­te­rze sta­rej, moc­no nad­szarp­nię­tej przez woj­nę ka­mie­ni­cy, w po­ko­jach wy­so­kich i ciem­nych, któ­rym na­wet co­dzien­ne ma­lo­wa­nie nie ode­bra­ło­by brud­no­sza­rej at­mos­fe­ry wie­ją­cej z odra­pa­nych ścian.

Dok­tor Hal­ski wszedł pew­nym kro­kiem i od razu skie­ro­wał się do smut­nej ław­ki, na któ­rej spo­czy­wał kształt ludz­ki na­kry­ty wel­we­to­wą kurt­ką. To samo – po­my­ślał szyb­ko – iden­tycz­nie to samo. Spraw­nie od­gar­nął zmię­ty, mo­kry sza­lik, nie­chluj­ną, lep­ką od krwi chust­kę do nosa i pro­wi­zo­rycz­nie za­ło­żo­ny opa­tru­nek z waty. Szyb­ki­mi pal­ca­mi ob­szu­kał kość szczę­ko­wą: była nie­na­ru­szo­na. Przy drzwiach po­wstał szmer, sto­ją­cy przy nich mi­li­cjant usi­ło­wał za­trzy­mać ja­kie­goś pana w zsu­nię­tym na tył gło­wy ka­pe­lu­szu. Pan ten po­wie­dział: – Pra­sa… – i oka­zał coś mi­li­cjan­to­wi, któ­ry usu­nął się z przej­ścia. Dok­tor Hal­ski po­wie­dział: – Sio­stro, su­ro­wi­cę prze­ciw­tęż­co­wą. Gazę, ban­da­że… – Pie­lę­gniar­ka już mia­ła w ręku wy­go­to­wa­ną strzy­kaw­kę, nie­zmier­nie szyb­ko i ce­lo­wo wyj­mo­wa­ła przy­bo­ry z tor­by. Gdy Hal­ski pod­niósł peł­ną strzy­kaw­kę, wzrok jego padł na twarz le­żą­ce­go. Wśród smug wy­tar­tej krwi i si­nia­ków tkwi­ły czuj­ne, przy­tom­ne oczy. Hal­ski po­chy­lił się nad ob­na­żo­nym ra­mie­niem i po­czuł wy­raź­ną woń al­ko­ho­lu w od­de­chu ran­ne­go. Wszyst­ko tak samo, wszyst­ko się zga­dza… – po­my­ślał i wbił igłę. Pie­lę­gniar­ka prze­my­wa­ła dol­ną szczę­kę wodą utle­nio­ną. Hal­ski szyb­ko i bez­li­to­śnie zde­zyn­fe­ko­wał ranę, ran­ny skur­czył się z bólu i za­wo­łał: – Auuu!… – Pie­lę­gniar­ka po­sy­pa­ła so­wi­cie su­lia­mi­don, krew zmie­sza­ła się z żół­tym prosz­kiem.

Do Hal­skie­go pod­szedł mło­dy sier­żant mi­li­cji o twar­dej, nie­ogo­lo­nej twa­rzy, w na­rzu­co­nym na ple­cy sza­ro­nie­bie­skim wa­cia­ku, i dzien­ni­karz. Dzien­ni­karz był moc­no zbu­do­wa­ny, za­gię­te w dół ron­do mod­ne­go ka­pe­lu­sza wi­sia­ło mu nad czo­łem. Po­wie­dział:

– No i co?

– To samo – rzekł Hal­ski.

– Co… To samo? – spy­tał sier­żant.

– Nie­zwy­kle sil­ne ude­rze­nie w szczę­kę, tak zwa­ny up­per-cut w ję­zy­ku pię­ściar­skim, cios pod­bród­ko­wy. W do­dat­ku wzmoc­nio­ny czymś me­ta­lo­wym, ma­łym ka­ste­tem albo du­żym pier­ścion­kiem. Oczy­wi­ście, po­szar­pa­ne żyły w po­bli­żu tęt­ni­cy szyj­nej i prze­ły­ku, oko­li­ca bar­dzo de­li­kat­na, ukrwio­na, stąd bar­dzo ob­fi­ty krwo­tok. Ale nic groź­ne­go; w grun­cie rze­czy kość cała, prze­łyk nie uszko­dzo­ny.

– A więc to samo? – spy­tał raz jesz­cze dzien­ni­karz.

– Bez wąt­pie­nia – rzekł Hal­ski. – Co pan na to?

– Nic nie ro­zu­miem – ob­ru­szył się sier­żant. – O czym pa­no­wie mó­wią?

– Za­raz – rzekł dzien­ni­karz, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na sier­żan­ta. – Za­raz, niech pan po­my­śli….

– Pa­nie – prze­rwał sier­żant. – Kto pan w ogó­le jest?

– Oto moja le­gi­ty­ma­cja – po­dał mu dzien­ni­karz. – Pa­nie dok­to­rze, to wte­dy…

– Re­dak­tor Edwin Ko­lan­ko – czy­tał sier­żant. – Kie­row­nik dzia­łu miej­skie­go „Expres­su Wie­czor­ne­go”… – Ze służ­bo­we­go na­wy­ku spoj­rzał na fo­to­gra­fię, po czym prze­niósł wzrok na żywą oso­bę. Ta sama mę­ska, ener­gicz­na twarz, ja­sne oczy i ja­kiś cień po­błaż­li­wej iro­nii w ką­ci­ku ust, co mo­gło zna­mio­no­wać do­broć, tro­chę nie­prze­wi­dzia­ne­go nie­do­łę­stwa lub nie­co bier­ny scep­ty­cyzm.

– Oczy­wi­ście. I to jest naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­ce. – Dok­tor za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

– A więc ta­kie samo ude­rze­nie, taka sama rana? – Dzien­ni­karz spoj­rzał na ran­ne­go. Skądś znam tę twarz… – po­my­ślał.

– Na­le­ży stąd wno­sić, że fa­cet ma świet­ną zna­jo­mość bok­su i coś twar­de­go w ręku. Czyż nie? – Hal­ski uśmiech­nął się z lek­ką drwi­ną.

– Jaki fa­cet? Co za fa­cet? Więc to, że biła za każ­dym ra­zem ta sama ręka, przyj­mu­je pan jako pew­nik? – Dzien­ni­karz szu­kał po kie­sze­niach. Wy­cią­gnął men­to­lo­we, po­czę­sto­wał sier­żan­ta i we­tknął pa­pie­ro­sa w usta ran­ne­go. – Chy­ba mu nie za­szko­dzi? To te zdro­wot­ne… – rzekł do Hal­skie­go. Le­karz ski­nął przy­zwa­la­ją­co i przy­tknął za­pał­kę. Ran­ny za­cią­gnął się chci­wie.

– Tak jest – po­wie­dział Hal­ski.

– Idź­my da­lej. Twier­dzi pan, że ranę po­wo­du­je ro­dzaj ka­ste­tu, a może pier­ścio­nek. Sko­ro wie­my, że pier­ścion­ki nosi się na le­wym ręku…

– …wte­dy bio­rąc pod uwa­gę siłę cio­su – uśmiech­nął się Hal­ski – doj­dzie­my do wnio­sku, że fa­cet jest albo mań­ku­tem, albo żo­na­ty, czy­li nosi pier­ścio­nek na pra­wej dło­ni. Ko­cha­ny re­dak­to­rze, nie tędy dro­ga. Wy­da­je mi się, że me­to­da in­duk­cyj­na w sty­lu nie­za­po­mnia­ne­go Sher­loc­ka Hol­me­sa na nic tu się nie przy­da. To jest war­szaw­ska spra­wa, jak są­dzę: tu na­le­ży szu­kać wy­ja­śnień w pro­ble­mach i tra­dy­cjach na­sze­go mia­sta, w jego na­stro­jach i ko­lo­ry­cie. Sta­ra, kla­sycz­na, de­tek­tyw­na szko­ła za­wo­dzi w ta­kich wy­pad­kach, gubi się w ja­skra­wo­ściach war­szaw­skich sy­tu­acji i war­szaw­skich tem­pe­ra­men­tów.

– O czym pa­no­wie mó­wią, jak pra­gnę zdro­wia? – zde­ner­wo­wał się na do­bre sier­żant. Oczy ran­ne­go bie­ga­ły nie­spo­koj­nie, z naj­wyż­szą uwa­gą.

– Bar­dzo oby­wa­te­la ka­pi­ta­na prze­pra­szam – ode­zwał się ja­kiś głos. Hal­ski, dzien­ni­karz i sier­żant od­wró­ci­li się. Przy ba­rie­rze prze­ci­na­ją­cej po­kój na dwie czę­ści sta­ło trzech męż­czyzn, obok sie­dzia­ła na krze­śle dziew­czy­na. Kil­ku mi­li­cjan­tów tkwi­ło pod ścia­na­mi. – Niech oby­wa­tel ka­pi­tan ze­chce mnie zwol­nić – mó­wił do sier­żan­ta je­den z męż­czyzn, krę­py, w pal­cie z wą­ziut­kim, fu­trza­nym koł­nie­rzem, z tecz­ką pod pa­chą. Sier­żant prze­szedł na dru­gą stro­nę ba­rie­ry i przy­brał po­sta­wę urzę­do­wą. – Za­raz spo­rzą­dzę pro­to­kół – po­wie­dział, sia­da­jąc za biur­kiem. – Oby­wa­te­lu dok­to­rze – zwró­cił się do Hal­skie­go – czy po­szko­do­wa­ny może ze­zna­wać? – Oczy­wi­ście – rzekł Hal­ski. – No, wstań pan. – Ujął ran­ne­go de­li­kat­nie, lecz sta­now­czo za ra­mię. – Nic już panu nie jest, praw­da? – Jaki tam po­szko­do­wa­ny? – mruk­nął gło­śno sta­ry czło­wiek z si­wym wą­sem, w ma­cie­jów­ce, sto­ją­cy przy ba­rie­rze.

Ran­ny dźwi­gnął się, usiadł, pod­trzy­my­wa­ny przez pie­lę­gniar­kę, nie­pew­nie wstał. Był wy­so­ki i sil­ny, miał na so­bie ta­nią, zmię­tą, gra­na­to­wą dwu­rzę­dów­kę, pod nią brud­ny, zie­lo­ny pu­lo­wer pod szy­ję, z wy­ło­żo­ny­mi ro­ga­mi koł­nie­rzy­ka nie­mi­ło­sier­nie brud­nej, on­giś nie­bie­skiej ko­szu­li. Wy­glą­dał naj­wy­żej na dwa­dzie­ścia lat. Po­chy­lił się ku za­bło­co­ne­mu bu­to­wi z tan­det­nej na­miast­ki za­mszu, z prze­sad­nym ran­tem na no­sku, za­wią­zał sznu­ro­wa­dło. Skąd ja znam tę twarz? – po­my­ślał znów dzien­ni­karz. – Gdzie mi mi­gnę­ła? Ma ład­ne zie­lo­ne oczy, ale ja­kieś krzy­we, złe. Ile ta­kich twa­rzy prze­su­wa się co­dzien­nie przez dwor­ce pod­miej­skie, domy to­wa­ro­we, czwar­to­rzęd­ne ja­dło­daj­nie… – Po­zwo­li­cie, oby­wa­te­lu sier­żan­cie – rzekł dzien­ni­karz – że zo­sta­nie­my z dok­to­rem przy prze­słu­cha­niu? – Pro­szę bar­dzo – rzekł sier­żant, ale nie spra­wiał wra­że­nia zbyt­nio za­do­wo­lo­ne­go.

– Ja nic nie wi­dzia­łem – mó­wił po po­da­niu na­zwi­ska i ad­re­su krę­py z koł­nie­rzem, na któ­ry nie star­czy­ło fu­tra – ja mam żonę i dzie­ci i je­stem strasz­nie zmę­czo­ny. Wie pan, oby­wa­te­lu sier­żan­cie, cały dzień w biu­rze. Sta­łem w ko­lej­ce do au­to­bu­su, ci pań­stwo za­czę­li się kłó­cić, pod­sze­dłem bli­żej. A po­tem się wszyst­ko ja­koś skłę­bi­ło, ten deszcz ze śnie­giem, pro­sto w oczy… i już ten pan le­żał na zie­mi. Zda­je się, że go ktoś kop­nął jesz­cze kil­ka razy, ale kto, to nie wiem, nie wi­dzia­łem… – Mo­że­cie iść do domu, oby­wa­te­lu – rzekł sier­żant, pi­sząc szyb­ko. – Na­stęp­ny. Kto na­stęp­ny?

– To było olśnie­wa­ją­ce – za­czął mło­dy czło­wiek w oku­la­rach, zbli­ża­jąc się do ba­rie­ry. – Na­zy­wam się Mar­czak Ana­tol, je­stem stu­den­tem po­li­tech­ni­ki, miesz­kam na Żo­li­bo­rzu. Sta­łem w ko­lej­ce do au­to­bu­su. Wi­dzia­łem, jak ta pani zo­sta­ła za­cze­pio­na w or­dy­nar­ny spo­sób przez trzech dra­bów. Wy­glą­da­li na pi­ja­nych, jed­nym z nich jest ten oto, dwaj ucie­kli. Gdy ten prze­szedł do rę­ko­czy­nów, na­gle w sam śro­dek ktoś wsko­czył, ja­kiś cień, nie­uchwyt­ny, nie­okre­ślo­ny – wszyst­ko sko­tło­wa­ło się bły­ska­wicz­nie i po chwi­li ten drab le­żał na bru­ku, a dru­gi klę­czał na zie­mi, trzy­ma­jąc się obu­rącz, o tak… za gło­wę. Cio­sów nie zdo­ła­łem za­uwa­żyć, wszyst­ko sta­ło się tak na­gle, wy­da­je mi się tyl­ko, że ów cień był nie­wy­so­kie­go wzro­stu i za­nim roz­pły­nął się w ciem­no­ściach, kop­nął jesz­cze kil­ka razy le­żą­ce­go w gło­wę i w brzuch. Wte­dy pod­niósł się strasz­ny krzyk. To wszyst­ko. Olśnie­wa­ją­ce, czyż nie? Z ta­ki­mi nie moż­na in­a­czej… – Dzię­ku­ję – po­wie­dział sier­żant – jest pan wol­ny. – Pro­szę pani – zwró­cił się mło­dzie­niec w oku­la­rach do Mar­ty – pro­szę so­bie za­pi­sać moje na­zwi­sko. Je­stem za­wsze go­tów świad­czyć na pani rzecz w są­dzie. Mar­czak Ana­tol, Ko­zie­tul­skie­go czte­ry. Trze­ba raz na za­wsze skoń­czyć z tym ło­bu­zer­stwem.

Do ba­rie­ry pod­szedł sta­ry czło­wiek w ma­cie­jów­ce. Była to wspa­nia­ła ma­cie­jów­ka, czy­ściut­ka, ciem­no­nie­bie­ska, z ma­łym, lśnią­cym la­kie­rem dasz­kiem. Ta ma­cie­jów­ka do­sko­na­le pa­so­wa­ła do ru­mia­nej, usia­nej drob­niut­ki­mi żył­ka­mi krwi­sto­ści twa­rzy z si­wym, su­mia­stym wą­sem. Sta­rzec trzy­mał się pro­sto, la­ską, któ­rą miał w ręku, ra­czej wy­ma­chi­wał, niż się pod­pie­rał.

– Na­zwi­sko i imię? – spy­tał sier­żant.

– Ka­lo­dont Ju­liusz.

– Jak?

Dzien­ni­karz, Hal­ski i sier­żant jak na ko­men­dę spoj­rze­li na star­ca.

– Prze­cież mó­wię: Ju­liusz Ka­lo­dont.

– Oby­wa­te­lu… – twarz sier­żan­ta zła­god­nia­ła w zma­ga­niu z roz­ba­wie­niem. Za­raz jed­nak spo­waż­nia­ła aż do opry­skli­wo­ści. – Nie żar­tu­je­cie chy­ba z tym?… – Uczy­nił gest, jak­by so­bie czy­ścił zęby.

– Jak pan może, pa­nie re­wi­ro­wy… – rzekł sta­rzec z wy­rzu­tem, roz­pi­na­jąc zno­szo­ny, lecz czy­ściut­ki pal­tot. – Oto mój do­wód.

Hal­ski i dzien­ni­karz nie wy­trzy­ma­li i prze­chy­li­li się przez ba­rie­rę. W do­wo­dzie wid­nia­ło czar­no na bia­łym: Ju­liusz Ka­lo­dont.

– Zgo­da, oby­wa­te­lu Ka­lo­dont – rzekł sier­żant z re­zy­gna­cją. – Co da­lej?

– Da­lej to, że ja bym z nich pasy darł, z tych chu­li­ga­nów, ło­trów, włó­czy­ki­jów!… Do tego do­szło, że ko­bie­ta nie może przejść uli­cą o siód­mej wie­czór, pa­nie re­wi­ro­wy. I to gdzie? Na pla­cu Trzech Krzy­ży. Ja je­stem ko­mi­san­tem „Ru­chu”, mam kiosk koło In­sty­tu­tu Głu­cho­nie­mych. Ten drań… – Ka­lo­dont wska­zał trzę­są­cą się la­ską na fa­ce­ta w wel­we­to­wej kurt­ce, któ­ry znów usiadł, oparł się cięż­ko o ścia­nę i pa­lił reszt­kę sta­re­go spor­ta – ten pod­szedł do mnie po pa­pie­ro­sy, a jego ko­leż­ka rzu­cił się na tę pa­nią. Wy­trą­cił jej le­kar­stwa z ręki, wszyst­ko po­szło w bło­to… Ja wi­dzia­łem, wszyst­ko wi­dzia­łem… Ten tu sko­czył do tej pani i ude­rzył ją, o tak, ude­rzył, pchnął z ca­łej siły, aż ścia­na w kio­sku jęk­nę­ła. A po­tem…

– Co po­tem?! – za­wo­łał Hal­ski.

– Po­tem z tłu­mu wy­stą­pił ogrom­ny, pięk­ny pan, sam wi­dzia­łem, jak Boga ko­cham, wspa­nia­ły czło­wiek, z grzy­wą jak u lwa… Jed­nym za­ma­chem ra­mie­nia po­wa­lił tych wszyst­kich gów­nia­rzy i…

– Niech ja do­sta­nę tego lwa w ręce… – mruk­nął sier­żant ze zło­ścią.

– I co! Wła­śnie, co?… – rzu­cił Hal­ski.

– Tego to ja nie wiem. Znikł tak, jak się zja­wił. Nie wiem, gdzie znikł. Ale do­brze im tak, tym śmie­cia­rzom, chu­li­ga­ni, psia ich mać!… – Tu sta­ru­szek wy­ko­nał gest la­ską, zna­mio­nu­ją­cy na­ra­sta­ją­ce­go w nim du­cha boju.

– Spo­kój – rzekł sier­żant. – Może pan już iść. To, co pan mówi, nie wno­si nic no­we­go.

– Jak to… nic no­we­go?… Ze­chce pan przy­jąć do wia­do­mo­ści, pa­nie re­wi­ro­wy, ja zo­sta­ję. Ta pani może mnie jesz­cze po­trze­bo­wać… – Ka­lo­dont skło­nił się ry­cer­sko w stro­nę Mar­ty.

– Po­zwo­li pani – rzekł sier­żant grzecz­nie do Mar­ty. Mar­ta wsta­ła i po­de­szła. Wy­glą­da­ła smut­no i źle, zmę­czo­na i zde­ner­wo­wa­na. Jaka świet­na!… – po­my­ślał szyb­ko dzien­ni­karz i zdjął ka­pe­lusz. Bied­na… – za­sta­no­wił się dok­tor Hal­ski. Uśmiech­nął się do Mar­ty i nie­ocze­ki­wa­nie dla sie­bie po­stą­pił krok na­przód w jej stro­nę.

– Pro­szę pana – rze­kła Mar­ta do sier­żan­ta – mnie się to wszyst­ko wy­da­je ja­kimś nie­po­ro­zu­mie­niem. Rze­czy­wi­ście, ci mło­dzi lu­dzie za­cho­wa­li się w sto­sun­ku do mnie agre­syw­nie, wręcz or­dy­nar­nie. Ale ja nie wiem… może to ten deszcz ze śnie­giem, ta wi­chu­ra, być może, że bie­głam zbyt szyb­ko i po­trą­ci­łam ko­goś nie­umyśl­nie. Je­stem go­to­wa przy­znać się i prze­pro­sić, ale nie w tym rzecz. Bie­głam do domu, do cho­rej mat­ki, nio­sąc le­kar­stwa, któ­rych zdo­by­cie kosz­to­wa­ło mnie mnó­stwo tru­du. Rzecz w tym, że utra­ci­łam te le­kar­stwa, ja do­praw­dy nie wiem, z czy­jej winy, może z mo­jej…

– Z czy­jej winy?! – huk­nął Ka­lo­dont. – Z winy tych par­szyw­ców, pa­nie re­wi­ro­wy! Za­cze­piać się za­chcia­ło, ła­pać za… Ja bym ich na rok cza­su każ­de­go!…

– Pani na­zwi­sko? – spy­tał su­cho, lecz uprzej­mie sier­żant.

– Ma­jew­ska, Mar­ta Ma­jew­ska. Lat dwa­dzie­ścia czte­ry. Je­stem se­kre­tar­ką w dy­rek­cji Mu­zeum Na­ro­do­we­go.

– No, tak – rzekł sier­żant – to są dla mnie spra­wy dru­go­rzęd­ne. W za­sa­dzie była pani świad­kiem po­ra­nie­nia tego czło­wie­ka. Co pani może o tym po­wie­dzieć?

– Nie­wie­le. Ra­czej nic. Ten pan pchnął mnie sil­nie na kiosk, stra­ci­łam na chwi­lę od­dech i wte­dy to wszyst­ko się roz­pę­ta­ło. Gdy po se­kun­dzie wró­ci­łam do sie­bie, było już po wszyst­kim i ten pan le­żał na tro­tu­arze. Może… tyl­ko…

– Co ta­kie­go? Pro­szę mó­wić.

– Nie wiem, to mo­gło być przy­wi­dze­nie, efekt na­pię­tych ner­wów, ta po­go­da… Nie chcę się wy­dać dzie­cin­na, śmiesz­na…

– Niech pani po­wie – rzekł ła­god­nie Hal­ski. Mar­ta od­wró­ci­ła się do nie­go i uj­rza­ła szczu­płą, chło­pię­cą twarz i błę­kit­ne, spo­koj­ne oczy.

– Wie pan – rze­kła Mar­ta do Hal­skie­go – w pew­nym mo­men­cie wy­da­ło mi się, jak­by z tego błot­ni­ste­go, bu­re­go pół­mro­ku, z desz­czu, mgły, śnie­gu, z tej ko­tło­wa­ni­ny sza­rych po­sta­ci wpi­ły się we mnie ja­kieś oczy. Te­raz przy­po­mi­nam je so­bie do­kład­niej… Były prze­raź­li­wie ja­sne, ja­rzą­ce się, jak­by same biał­ka bez źre­nic, a tak in­ten­syw­nie, aż do bólu, wbi­te we mnie, prze­świe­tlo­ne ja­kąś nie­ludz­ką mocą i pa­sją… Strasz­ne!…

Pie­lę­gniar­ka po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie, mi­li­cjan­ci zbli­ży­li się do Mar­ty, po ple­cach dzien­ni­ka­rza prze­biegł dreszcz, Ka­lo­dont po­czuł się dziw­nie nie­swo­jo, wy­ro­stek w wel­we­to­wej kurt­ce za­marł z pa­pie­ro­sem na wpół wznie­sio­nym do ust. Sier­żant chrząk­nął, Mar­ta ukry­ła twarz w dło­niach. Hal­ski pod­szedł do Mar­ty i rzekł:

– Pro­szę się uspo­ko­ić… Co to jest?… – do­dał z lek­ką oba­wą. Na skro­ni Mar­ty wid­nia­ło cie­niut­kie pa­sem­ko krwi. Hal­ski zde­cy­do­wa­nym ru­chem zdjął jej be­ret z gło­wy i od­gar­nął wło­sy ze skro­ni. Świe­ża woń tych wło­sów prze­nik­nę­ła mu do świa­do­mo­ści. Ślicz­na jest… – po­my­ślał wła­śnie te­raz, taka zmę­czo­na, zde­ner­wo­wa­na, a prze­cież ślicz­na… – Sio­stro – po­wie­dział – pro­szę o ja­kiś an­ty­sep­tyk i pla­ster. – Ska­le­czy­ła się pani – po­wie­dział do Mar­ty. – To głup­stwo – rze­kła Mar­ta – na­wet nie czu­ję. – Na pew­no o kant kio­sku – za­wo­łał Ka­lo­dont – ach, ty dra­niu!… – Pod­su­nął się z la­ską ku wy­rost­ko­wi. – Czy ja mogę już iść? – spy­ta­ła Mar­ta sier­żan­ta. – Oczy­wi­ście – od­parł – pro­to­kół mam spo­rzą­dzo­ny. Gdy­by ze­chcia­ła pani zło­żyć skar­gę do Ko­mi­sji Orze­ka­ją­cej Sto­łecz­nej Rady Na­ro­do­wej, to pro­szę się do nas zgło­sić.

Mar­ta, Ka­lo­dont, Hal­ski i dzien­ni­karz za­czę­li się zbie­rać ku wyj­ściu. Sier­żant rzekł:

– Pa­nie dok­to­rze, pro­sił­bym pana o po­zo­sta­nie jesz­cze przez parę mi­nut.

Dzien­ni­karz po­wie­dział do Mar­ty: – Czy po­zwo­li się pani od­wieźć do domu? – Dzię­ku­ję – od­par­ła Mar­ta – miesz­kam o trzy kro­ki stąd, na Ko­nop­nic­kiej. – A może na­pi­ła­by się pani fi­li­żan­kę go­rą­cej kawy po tych przej­ściach? – Dzię­ku­ję rów­nież. Mu­szę być za­raz w domu. Moja mama cze­ka na mnie, cho­ra i z pew­no­ścią bar­dzo już nie­spo­koj­na. – Hal­ski uśmiech­nął się. – Co jest ma­mie? – spy­tał. – Wą­tro­ba i wo­re­czek żół­cio­wy – od­par­ła Mar­ta. – Pro­szę mi po­dać swój ad­res. Nie mam przy so­bie re­cept, ale jesz­cze dziś wie­czo­rem do­star­czę pani ich tyle, ile środ­ków prze­ciw do­le­gli­wo­ściom wą­tro­by zna współ­cze­sna me­dy­cy­na, łącz­nie z ho­me­opa­tią, zie­lar­stwem i lecz­nic­twem ty­be­tań­skim – rzekł Hal­ski. Mar­ta uśmiech­nę­ła się po raz pierw­szy, co spo­wo­do­wa­ło, że w po­ko­ju uśmiech­nę­li się wszy­scy. – Dzię­ku­ję – rze­kła z pro­sto­tą i po­da­ła ad­res. Blon­dy­ni o zło­ci­stym od­cie­niu wło­sów i skó­ry, jak dok­tor, mają na­tu­ral­ną prze­wa­gę nad ru­da­wy­mi blon­dy­na­mi, do ja­kich na­le­żę. Po­nad­to na mej twa­rzy z pew­no­ścią znać skłon­no­ści do al­ko­ho­lo­we­go obrzę­ku; cze­go w żad­nej mie­rze nie moż­na rzec o ob­li­czu dok­to­ra… – za­sę­pił się w du­chu dzien­ni­karz i z go­ry­czą po­pa­trzył na Mar­tę. Ale za­raz po jej wyj­ściu prze­stał o niej my­śleć.

– No, a te­raz ty, sy­necz­ku… – rzekł sier­żant, wsta­jąc, i po­pra­wił pas – co po­wiesz? Wy­ro­stek zbli­żył się do ba­rie­ry. Przez chwi­lę pa­trzył zim­no i lek­ce­wa­żą­co na sier­żan­ta, po czym rzekł, wol­no ce­dząc sło­wa:

– Nic… Do­sta­łem w mor­dę i je­stem po­szko­do­wa­ny. To wy­star­czy. Sier­żant po­czer­wie­niał lek­ko. Opa­no­wał się i spy­tał:

– Imię i na­zwi­sko?

– Mech­ciń­ski Wie­sław.

– Ad­res?

– Mie­dzia­na dwa.

– Pra­cu­je­cie gdzie?

– W warsz­ta­tach na Ka­rol­ko­wej.

– Do­wo­dy.

– Za­po­mnia­łem w domu.

– Do­wo­dy. Le­gi­ty­ma­cję z pra­cy – po­wtó­rzył fleg­ma­tycz­nie sier­żant. Wy­ro­stek za­czął grze­bać po kie­sze­niach i wy­cią­gnął ja­kiś strzęp pa­pie­ru.

– Co wy mi tu da­je­cie! – głos sier­żan­ta za­drgał pa­sją, twarz mu spur­pu­ro­wia­ła – świa­dec­two szcze­pie­nia ty­fu­su sprzed dwóch lat?… Słu­chaj­cie, jak mi na­tych­miast nie oka­że­cie cze­goś, to przez trzy ty­go­dnie się stąd nie ru­szy­cie! Aż do roz­pra­wy za włó­czę­go­stwo…

Wy­ro­stek wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­jął po­strzę­pio­ny, ce­ra­to­wy port­fel, z któ­re­go do­był po­świad­cze­nie za­mel­do­wa­nia. Sier­żant spoj­rzał i rzekł ze złym uśmie­chem:

– Ach ty… Ma­cie szczę­ście, że… Dla­cze­go kła­mie­cie? Prze­cież miesz­ka­cie na Pra­dze, na Ka­wę­czyń­skiej?

– To te­raz… – uśmiech­nął się krzy­wo wy­ro­stek – ale przed­tem na Mie­dzia­nej… Sier­żant pi­sał coś, po chwi­li rzekł:

– Je­śli chce­cie zło­żyć skar­gę o po­bi­cie, to tu, do nas. Was, za za­cho­wa­nie się na uli­cy i usi­ło­wa­nie wpro­wa­dze­nia wła­dzy w błąd, po­cią­gnie­my do od­po­wie­dzial­no­ści. A te­raz… wy­no­sić się, ty… po­szko­do­wa­ny…

Wy­ro­stek na­rzu­cił kurt­kę i wy­szedł. Sto­ją­ce­mu przy drzwiach mi­li­cjan­to­wi zło­wro­go za­bły­sły oczy i za­trzę­sły się ręce. – Po­szko­do­wa­ny… – syk­nął – ja bym cię po­szko­do­wał, gdy­by nie moje ubran­ko… mnie nie wol­no…

Sier­żant zwró­cił się do Hal­skie­go i dzien­ni­ka­rza: – Może pa­no­wie ze mną po­zwo­lą. – Prze­pro­wa­dził ich do ma­łe­go po­ko­ju. Sta­nę­li wo­kół biur­ka. – No więc, pa­nie dok­to­rze – za­czął sier­żant – o czym pa­no­wie tak za­gad­ko­wo roz­ma­wia­li? – Hal­ski za­pa­lił pa­pie­ro­sa i otu­lił się płasz­czem. – Wi­dzi pan, pa­nie sier­żan­cie – rzekł – ja cały ty­dzień je­stem na noc­nym dy­żu­rze. Za cho­re­go ko­le­gę. I jeż­dżę. Po raz pierw­szy do Rem­ber­to­wa, przed trze­ma dnia­mi na Gro­chów, przed dwo­ma do kina „Ocho­ta”, przed­wczo­raj na dwo­rzec w Pod­ko­wie Le­śnej, wczo­raj do domu to­wa­ro­we­go na Słu­żew­cu. Za każ­dym ra­zem za­sta­ję ko­goś po­wa­lo­ne­go pio­ru­nu­ją­cym up­per-cu­tem w szczę­kę, ze zma­sa­kro­wa­nym pod­bród­kiem, sko­pa­ne­go bez­li­to­śnie. Za każ­dym ra­zem nikt ze świad­ków zaj­ścia nie po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć, co się sta­ło, kie­dy i jak, kto był spraw­cą. Wszy­scy bre­dzą o ja­kimś cie­niu, szyb­kim jak bły­ska­wi­ca, nie­uchwyt­nym jak mgnie­nie oka, o bły­sku cio­su, pię­ści, o ja­kimś kształ­cie za­ma­za­nym, nie­wy­raź­nym, pie­kiel­nie zwin­nym. Raz mó­wią o mo­car­nej po­sta­ci, in­nym ra­zem o kimś nie­wiel­kie­go wzro­stu, nic nie moż­na z tego po­jąć, uchwy­cić, ująć, spre­cy­zo­wać, kto to jest, ja­kim cho­ciaż może być?… Nie wie się nic, nic i nic… Jed­no jest tyl­ko pew­ne: za każ­dym ra­zem na zie­mi po­zo­sta­je cia­ło po­szko­do­wa­ne­go, a tym po­szko­do­wa­nym jest nie­zmien­nie ktoś w sty­lu pań­skie­go dzi­siej­sze­go klien­ta. A więc za­wsze na­past­nik, za­wsze pro­wo­ku­ją­cy, za­wsze ło­buz po­zo­sta­je na pla­cu jako bez­wład­na, nie­przy­tom­na, ska­to­wa­na ofia­ra. A kto wie, czy z cza­sem nie za­czną zo­sta­wać zwło­ki… – Hal­ski za­cią­gnął się moc­no pa­pie­ro­sem. Sier­żant tarł czo­ło. – Po­ra­chun­ki? – po­wie­dział. – Na to naj­bar­dziej wy­glą­da, krwa­we sądy mę­tów wiel­ko­miej­skich… – Czyż­by? – rzekł scep­tycz­nie dzien­ni­karz. – Pro­szę się za­sta­no­wić, sier­żan­cie, że tu nie wcho­dzi w grę ja­kiś je­den, kon­kret­nie umiej­sco­wio­ny wy­pa­dek, lecz se­ria czy­nów, złą­czo­nych ze sobą oko­licz­no­ścia­mi i me­to­dą. Sze­ro­kość ska­li i wa­run­ki, w któ­rych się to wszyst­ko dzie­je, wska­zu­ją ra­czej… – Dzien­ni­karz za­wa­hał się. – Na co wska­zu­ją? – rzekł ostro sier­żant. – Ja nie chcę ni­cze­go su­ge­ro­wać – po­wie­dział wol­no Hal­ski. – Mamy za­le­d­wie pew­ne dane, ob­ser­wa­cje, przy­pusz­cze­nia, ale mnie wy­da­je się, że mamy do czy­nie­nia z… ja­kąś zor­ga­ni­zo­wa­ną ak­cją… Zresz­tą, nie wiem… To, co po­wie­dzia­łem, może być nie­zwy­kle myl­ne, po­cho­dzą­ce z mych upodo­bań do spraw cie­ka­wych i nie­co­dzien­nych… Wie pan, ta­kie fan­ta­zje… – Sier­żant wy­da­wał się to­nąć w my­ślach. – A dzi­siaj? Co było dzi­siaj? – rzekł jak­by sam do sie­bie. – Wła­śnie, co wie­my po dzi­siej­szym? – pod­chwy­cił dzien­ni­karz. – Stu­dent po­li­tech­ni­ki mó­wił o kimś ma­łe­go wzro­stu, pan Ka­lo­dont – o kimś ogrom­nym. Po­nad­to, że ma grzy­wę lwa. No i oczy. Świe­tli­ste, ja­rzą­ce się, bia­łe oczy, prze­ra­ża­ją­ce oczy – oczy mor­der­cy lub świę­te­go, czyż nie? A więc coś no­we­go – rzekł Hal­ski – oczy, wzrost, lwia grzy­wa, to wszyst­ko są nowe ele­men­ty. – Nic no­we­go – uśmiech­nął się kpią­co dzien­ni­karz – w grun­cie rze­czy nic no­we­go, bo jaki wzrost? Ja­kie oczy, a zwłasz­cza czy­je? Już od ty­go­dnia, gdy dok­tor Hal­ski opo­wie­dział mi przy ka­wiar­nia­nym sto­li­ku o swych pierw­szych spo­strze­że­niach i my­ślach, wie­my cią­gle to samo, czy­li pra­wie tyle co nic… – W po­rząd­ku – rzekł sier­żant. – Dzię­ku­ję pa­nom.

Gdy wy­szli, pod­niósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu i na­krę­cił nu­mer Ko­men­dy Głów­nej MO.

– Ja­kiś list do cie­bie, Mar­to.

Szczu­pła, star­sza pani po­de­szła do ozdob­nej ko­mo­dy i wy­ję­ła spod wa­zo­ni­ka pro­sto­ką­cik ko­per­ty. Mar­ta zdej­mo­wa­ła płaszcz. Jak zwy­kle pierw­sze ru­chy Mar­ty w miesz­ka­niu mia­ły głę­bo­ki sens go­spo­dar­ski – tu coś po­pra­wić, tam coś prze­su­nąć, ów­dzie coś prze­sta­wić. Ta­kie ge­sty są naj­czę­ściej dzie­dzicz­ne, z cze­go moż­na wno­sić, że ob­da­rzy­ła ją nimi pani Ma­jew­ska, zaś samą teo­rię po­twier­dza­ła­by w tym wy­pad­ku pro­sta ob­ser­wa­cja: małe, jed­no­po­ko­jo­we miesz­kan­ko lśni­ło schlud­no­ścią i uro­kiem. Było tu dużo sprzę­tów stło­czo­nych przy­mu­so­wo na cia­snej prze­strze­ni, lecz z pie­czo­ło­wi­tym na­my­słem, okra­szo­nych ze sma­kiem do­bra­ny­mi przed­mio­ta­mi.

Mar­ta otwo­rzy­ła ko­per­tę i prze­czy­ta­ła:

Sza­now­na Pani!

Uprzej­mie dzię­ku­ję za po­dzię­ko­wa­nia. Je­stem nie­zmier­nie cie­kaw Pani sa­mo­po­czu­cia, my­ślę jed­nak, że nie jest ono aż tak po­trze­bu­ją­ce po­mo­cy, aby te­le­fo­no­wać do Po­go­to­wia. Sam nie wiem, czy się z tego cie­szyć, czy smu­cić? Pra­gnę Pani tak­że do­nieść, że zo­sta­ły od­kry­te re­we­la­cyj­ne środ­ki na do­le­gli­wo­ści wą­tro­by.

Łą­czę ser­decz­ny uścisk dło­ni – Wi­told Hal­ski

Mar­ta zmru­ży­ła oczy. Cie­szy­ła ją po­wścią­gli­wość i tak­tow­ny hu­mor tych zdań, ma­sku­ją­cy z za­mie­rzo­ną na­iw­no­ścią coś, co po­do­ba­ło się Mar­cie naj­wię­cej. Od spre­cy­zo­wa­nia owe­go cze­goś była w tej chwi­li jak naj­da­lej, nie­mniej tak bli­sko, jak każ­da ko­bie­ta w ta­kiej sy­tu­acji. Lek­ki po­wiew nie­po­ko­ju prze­pły­nął obok jej ser­ca. Wie­dzia­ła przez chwi­lę z nie­omyl­ną pew­no­ścią, że za mo­ment po­wie ja­kieś sło­wa, od któ­rych się wszyst­ko za­cznie, że nie jest w sta­nie wy­po­wie­dzieć tych słów, że nie może się przed nimi bro­nić ani ucie­kać, gdyż nie wie, ja­kie one są. Po­my­śla­ła o Ze­no­nie, chcia­ła spy­tać, czy nie zo­sta­wił dla niej żad­nej kart­ki. Już for­mu­ło­wa­ła myśl, gdy na­raz, sama nie wie­dząc dla­cze­go, naj­zu­peł­niej mi­mo­wol­nie rze­kła:

– Jak się dziś czu­jesz, mamo?

I na­tych­miast za­gry­zła war­gi. Zro­zu­mia­ła. Te­raz było to nie­od­wra­cal­ne. Jak prze­zna­cze­nie w grec­kich tra­ge­diach… – pró­bo­wa­ła za­kpić z wła­snych my­śli. Prze­zna­cze­nie zwa­li­ło się po­mię­dzy sto­ją­cą na sto­le fi­li­żan­kę her­ba­ty i roz­ło­żo­ny nu­mer „Prze­kro­ju”, wprost w miły, żół­ta­wy krąg sto­ją­cej na pół­ce lam­py. Prze­zna­cze­nie ki­wa­ło na nią ko­lo­ro­wym jak neon pal­cem za okien­ną fi­ran­ką.

– A wiesz, że nie naj­le­piej – pani Ma­jew­ska zdję­ła oku­la­ry i odło­ży­ła ro­bót­kę – przez parę dni mia­łam względ­ny spo­kój po tych le­kar­stwach, dzi­siaj w biu­rze znów ćmi­ło…

– Po­dob­no zo­sta­ło wy­na­le­zio­ne nowe le­kar­stwo na cier­pie­nia wą­tro­by – Mar­ta w za­my­śle­niu po­de­szła do okna – boję się tyl­ko, czy nie ma ono przy­pad­kiem ubocz­ne­go dzia­ła­nia… Do­wie­dzia­łam się o nim do­pie­ro dziś…

– Co tam le­kar­stwa… Lu­dziom w moim wie­ku na­le­ży po pro­stu zmie­niać wą­tro­bę na nową, a sta­rą od­da­wać do ka­pi­tal­ne­go re­mon­tu, jak mó­wią szo­fe­rzy.

– A gdy­by jed­nak?… Coś no­we­go… Wie mama, dzi­siej­sza me­dy­cy­na…

– Ko­cha­nie, ja za­ży­ję wszyst­ko, co mi przy­nie­siesz. Nie wiem, czy zda­jesz so­bie spra­wę z do­kucz­li­wo­ści tego ćmie­nia. Je­stem go­to­wa na wszel­kie dzia­ła­nia ubocz­ne, byle tyl­ko po­mo­gło.

Ale ja nie je­stem go­to­wa – szep­nę­ła do sie­bie Mar­ta i od­wró­ci­ła się do mat­ki. Sta­ła tak, smu­kła, zgrab­na, drob­na na tle kre­to­no­wej fi­ran­ki. – Sęk w tym, iż to dzia­ła­nie ubocz­ne do­ty­czy nie bez­po­śred­nio cho­re­go, ma­tecz­ko… Ale nie zwra­caj na mnie uwa­gi.

Wie­czór był zim­ny, lecz przy­jem­ny. Przy­jem­nie było iść do­brze zna­ny­mi, lu­bia­ny­mi uli­ca­mi, Mar­ta lu­bi­ła nie­re­gu­lar­nie roz­rzu­co­ne wil­le na Fra­sca­ti, sze­ro­ki frag­ment skar­py nad Cen­tral­nym Par­kiem, sta­ry, bie­lo­ny bu­dy­nek daw­ne­go se­na­tu, wresz­cie hoj­ną, bo­ga­tą pro­sto­tę za­ło­że­nia sej­mo­we­go po­śród roz­le­głych traw­ni­ków i kunsz­tow­nych la­tarń. Zna­ła tu­tej­sze za­ka­mar­ki i przej­ścia. Było tu czy­sto, spo­koj­nie, za­cisz­nie. Skrę­ci­ła z Wiej­skiej w prze­świ­ty gma­chu Sej­mu, mi­nę­ła Mi­ni­ster­stwo Go­spo­dar­ki Ko­mu­nal­nej i ze­szła Ła­zien­kow­ską w dół. Wy­twor­na za­cisz­ność dziel­ni­cy sej­mo­wej zmie­nia­ła swój cha­rak­ter – ze­wsząd roz­cią­ga­ły się te­re­ny obiek­tów spor­to­wych, po­prze­ci­na­ne że­la­zny­mi ogro­dze­nia­mi, siat­ko­wy­mi lub z gru­bych prę­tów. Park So­bie­skie­go, w głę­bi My­śli­wiec­kiej – try­bu­ny kor­tów te­ni­so­wych, bo­iska i spię­trzo­ny han­gar kry­tych try­bun sta­dio­nu Woj­ska Pol­skie­go, da­lej ciem­ny ma­syw pły­wal­ni – wszyst­ko to, sło­necz­ne i zie­lo­ne la­tem, czy­ni­ło ra­czej od­strę­cza­ją­ce wra­że­nie w zi­mo­wy wie­czór. Pu­ste, ciem­ne prze­strze­nie, roz­pły­wa­ją­ce się w pół­mro­ku kon­tu­ry, sze­ro­kie, nie­oży­wio­ne uli­ce i jezd­nie, ci­sza sła­bo uczęsz­cza­nej pe­ry­fe­rii, roz­ry­wa­na od cza­su do cza­su po­szu­mem prze­jeż­dża­ją­cych tro­lej­bu­sów – wszyst­ko to nie wzbu­dza­ło za­ufa­nia. W sa­mym środ­ku tego kra­jo­bra­zu tkwi­ły ru­iny ogrom­ne­go ko­ścio­ła.

Mi­ja­jąc ru­iny, Mar­ta po­my­śla­ła już zu­peł­nie kon­kret­nie, że jest tu cał­kiem nie­przy­jem­nie. Ner­wy – do­da­ła w my­śli – po pro­stu po­zo­sta­ło­ści zaj­ścia sprzed paru dni. Ten ko­ściół za dnia nie wzbu­dzał w niej, jak w każ­dym oswo­jo­nym z ru­ina­mi war­sza­wia­ku, żad­nych re­flek­sji. Te­raz wy­glą­dał groź­nie. Przy­sta­nę­ła mimo woli, za­fa­scy­no­wa­na. Spoj­rza­ła w górę: z wzno­szą­cych się do wy­so­ko­ści pół­pię­tra stop­ni le­cia­ły w ciem­ność ol­brzy­mie, joń­skie ko­lum­ny, pod­trzy­mu­ją­ce po­tęż­ny, cięż­ki tym­pa­non. Ta upior­na ko­lum­na­da nie mia­ła żad­ne­go opar­cia, żad­ne­go za­ple­cza; roz­łu­pa­na przed dzie­się­ciu laty bom­bą świą­ty­nia le­ża­ła w gru­zach. Nic, tyl­ko żło­bio­ne, gi­gan­tycz­ne słu­py i strzę­py ścian. Jak to się trzy­ma przez tyle lat? Taki war­szaw­ski Par­te­non, bez dal­sze­go cią­gu za ko­lum­na­dą fa­sa­dy. Nie dar­mo w ze­szłym roku ukoń­czy­ła hi­sto­rię sztu­ki.

Za ko­ścio­łem cią­gnę­ła się re­mi­za tro­lej­bu­so­wa. Ci­che, ciem­ne tro­lej­bu­sy sta­ły w rów­nych rzę­dach jak śpią­ce hi­po­po­ta­my. Za­raz za re­mi­zą roz­bły­sły ko­ły­szą­ce się świa­tła, z głę­bi du­że­go pla­cu do­bie­ga­ły dźwię­ki wal­ca Łyż­wia­rze, roz­sie­wa­ne przez we­so­ły, choć schry­pły ad­ap­ter. Przed du­żym pło­tem z de­sek sta­ły grup­ki mło­dzie­ży. Mar­ta ode­tchnę­ła z ulgą.

W War­sza­wie ła­pie się ży­cie na go­rą­co. Pręż­ność tego mia­sta zdu­mie­wa, w pew­nych wy­pad­kach de­mo­lu­je, w in­nych jest uciąż­li­wa i dez­or­ga­ni­zu­ją­ca, jesz­cze w in­nych uszczę­śli­wia swą dy­na­mi­ką i każe opty­mi­stycz­nie wie­rzyć w przy­szłość. W War­sza­wie na­wet lo­do­wi­sko chwy­ta się na go­rą­co, jesz­cze nie­osty­głe z prac przy­go­to­waw­czych, jesz­cze nie­do­pie­czo­ne, pro­sto z rąk ro­bot­ni­ków i tech­ni­ków. Cóż z tego, że nie ma try­bun, że ban­dy toru są pro­wi­zo­rycz­ne, a szat­nie z dyk­ty i tek­tu­ry? Jest lód, wi­szą ni­sko lam­py, roz­le­ga się walc Łyż­wia­rze, jest więc i mło­dzież. Tłu­my mło­dzie­ży na róż­nych ro­dza­jach ły­żew, na przy­krę­ca­nych, przy­pi­na­nych pa­ska­mi i przy­twier­dzo­nych do spe­cjal­nych bu­tów. Na tur­fach, śnie­gór­kach, ha­li­fak­sach, ho­ke­jach, pan­cze­nach. Jest ra­dość, krzyk, śmiech, są gwiz­dy, awan­tu­ry, go­ni­twy, prze­chwał­ki, flir­ty, po­pi­sy, sprzecz­ki. Otwar­te zo­sta­ło nowe sztucz­ne lo­do­wi­sko – a więc je­ste­śmy i my, łyż­wia­rze, i jest nas mnó­stwo! Spe­cjal­ne urzą­dze­nia jesz­cze nie są go­to­we, jesz­cze się je wy­kań­cza, to do­pie­ro po­czą­tek ro­bót – nie szko­dzi, to nic nie prze­szka­dza, wy­koń­czy się, a my się tym­cza­sem po­śli­zga­my! Skoń­czył się walc Łyż­wia­rze, da­wać Róże po­łu­dnia! Od nie­pa­mięt­nych lat te dwa wal­ce sta­no­wią o war­szaw­skiej śli­zgaw­ce, są jej hym­nem. Strzeż­cie się nie mieć tych płyt na no­wym lo­do­wi­sku!…

– Maj­ka! – za­wo­łał mło­dy czło­wiek, otu­lo­ny płasz­czem, pod któ­rym wid­niał zie­lo­no-czar­ny dres ho­ke­jo­wy z em­ble­ma­tem war­szaw­skie­go AZS. – Co się z tobą dzie­je? Nie mogę się cie­bie do­cze­kać…

– Jak się masz, Ze­non!… – Mar­ta wspię­ła się na pal­ce i po­ca­ło­wa­ła Ze­no­na w po­li­czek. – Mój chłop­cze, nie­któ­rzy lu­dzie cięż­ko pra­cu­ją, nie mó­wiąc już o obo­wiąz­kach do­mo­wych wzo­ro­wej cór­ki.

– Żad­na pra­ca nie hań­bi. – Ze­non uśmiech­nął się. – Chodź, za­grze­jesz się nie­co w na­szej szat­ni. Jak się czu­je mama?

Był to bar­dzo ład­ny chło­piec, ten Ze­non. Ho­ke­jo­wy, nie­kształt­ny rynsz­tu­nek nie mógł za­trzeć sil­nej gib­ko­ści jego po­sta­ci, sze­ro­ko­ści klat­ki pier­sio­wej, dłu­go­ści nóg. Na mo­car­nie skle­pio­nej, śnia­dej szyi osa­dzo­na była pięk­na gło­wa mło­de­go gla­dia­to­ra o czar­nych, jak­by rzeź­bio­nych wło­sach i ciem­nych oczach. Był bar­dzo wy­so­ki, be­ret Mar­ty się­gał mu za­le­d­wie do ra­mie­nia.

– Z tre­nin­gu chy­ba nici – po­wie­dział. – Ba­ła­gan na tym no­wym lo­do­wi­sku… Znów wpu­ści­li pu­blicz­ność. Nie­po­trzeb­nie że­śmy się roz­bie­ra­li.

– Prze­bierz się. Pój­dzie­my tro­chę „Pod Ku­ran­ty”. Od wie­ków nie sie­dzia­łam w ka­wiar­ni.

– To znów nie jest ta­kie pro­ste. Jest cały pierw­szy i dru­gi skład i ci z kie­row­nic­twa sek­cji. Ma być ja­kaś od­pra­wa. Nie mogę. Maj­ka, zro­zum, chcę już w tym roku za­ła­twić raz na za­wsze dy­plom. Że­byś ty wie­dzia­ła, jak oni te­raz na AWF-ie pa­trzą na udział w ży­ciu sek­cji… Aż strach…

– Daj spo­kój. Taka gwiaz­da jak ty, że­byś się z tym li­czył – rze­kła Mar­ta z le­ciut­ką iro­nią.

– Wiesz… na eg­za­mi­nie nie­trud­no zga­sić naj­więk­szą gwiaz­dę – rzekł Ze­non, lecz wi­dać było, że nie za­mie­rza pro­te­sto­wać prze­ciw swej war­to­ści.

Prze­szli szat­nię ogól­ną, peł­ną dzie­ciar­ni i wa­la­ją­cych się ga­zet, brud­nych od ob­cie­ra­nia ły­żew. Ze­non otwo­rzył drzwicz­ki prze­pie­rze­nia dzie­lą­ce­go ba­rak na pół. Sta­ły tu szaf­ki na sprzęt opa­trzo­ne ty­sią­cem na­pi­sów, czę­sto­kroć moc­no nie­przy­stoj­nych. Cia­sna prze­strzeń mię­dzy szaf­ka­mi wy­peł­nio­na była róż­no­ko­lo­ro­wy­mi dre­sa­mi za­wod­ni­ków, sztu­ca­mi, na­go­len­ni­ka­mi, pan­ce­rza­mi ze skó­ry, bu­ta­mi, łyż­wa­mi, ki­ja­mi ho­ke­jo­wy­mi. W tym ga­li­ma­tia­sie przed­mio­tów śmia­ły się, ga­da­ły, ły­ska­ły zdro­wy­mi zę­ba­mi mło­de, zu­chwa­łe twa­rze. Mar­ta nie była tu nie­zna­na.

– Ser­wus, Maj­ka! – za­wo­łał ja­kiś mło­dy ol­brzym o bar­dzo opa­lo­nej twa­rzy. – Czo­łem, An­tek! – rzu­ci­ła Mar­ta – ja­kiś ty opa­lo­ny! – A co? W de­chę, nie? Wczo­raj wró­ci­łem z Za­ko­pa­ne­go… Mó­wię ci, po­go­da typu baj­ka, na me­dal. – Cześć, Mar­ta, jak się masz? – sły­sza­ła z tyłu i z bo­ków. – Przyjdź w nie­dzie­lę splu­nąć na krą­żek… Gra­my z ja­ki­miś ła­cha­mi z Kra­ko­wa. Wsta­wi­my im bań­ki, zo­ba­czysz. Ze­non gra jak sza­tan, jak ty je­steś. – Będę! – śmia­ła się Mar­ta – ale to nie­wie­le wam po­mo­że. – Są­dzisz, że nam do­su­ną, blon­dy­necz­ko?… Wy­rzuć te my­śli, mel­du­ję ci, za­ła­twi­my ich sześć koło. – Ze­non usiadł i sznu­ro­wał buty, gdy wstał na łyż­wach, był ogrom­ny. – Maj­ka – spy­tał An­tek – jaka jest róż­ni­ca po­mię­dzy ko­niem a ko­nia­kiem? – Nie wiem. – Taka jak mię­dzy ru­mem a ru­ma­kiem! Do­bre, co? – Mar­ta ro­ze­śmia­ła się, wszy­scy się śmia­li, trud­no tu było nie śmiać się, ja­kiś kult śmie­chu wi­siał w gę­stym od dymu pa­pie­ro­so­we­go po­wie­trzu. Dow­cip był re­li­gią tych mło­dych lu­dzi, nade wszyst­ko w świe­cie ce­ni­li dow­cip, dla dow­ci­pu go­to­wi byli uczy­nić wszyst­ko, na­wet krzyw­dę, na­wet głup­stwo. Jak­że Ze­non tu przy­na­le­ży… Du­szą i cia­łem – po­my­śla­ła Mar­ta. We wzro­ku Mar­ty, spo­glą­da­ją­cej na po­pra­wia­ją­ce­go bo­dicz­ki Ze­no­na, mi­go­ta­ła tkli­wość, to praw­da, ale taka tkli­wość, ja­kiej męż­czyź­ni bar­dzo nie lu­bią, czu­łość ko­bie­ty, któ­ra jesz­cze ko­cha, ale już wie, że są rze­czy, o ja­kich jej chło­piec nie ma i nie może mieć po­ję­cia.

Do szat­ni wszedł bar­czy­sty męż­czy­zna w ko­żu­chu. – Pa­no­wie – po­wie­dział – skocz­cie któ­ry na lo­do­wi­sko, bo tam ja­kieś hi­sto­rie. Zno­wu roz­ra­bia­ją. Ze­non, je­steś na łyż­wach. – Ze­non pod­niósł się, wło­żył płaszcz na ekwi­pu­nek i rzekł: – Chodź, Maj­ka, po­sto­imy tro­chę na po­wie­trzu. Nie jest za zim­no.

Mar­ta lu­bi­ła wi­dok roz­jeż­dżo­ne­go, su­ną­ce­go tłu­mu. Chrzęst ły­żew, ko­lo­ro­we zyg­za­ki, usmar­ka­ne z wy­sił­ku, mro­zu i ra­do­ści twa­rzycz­ki dzie­ci – mo­gła na to pa­trzeć go­dzi­na­mi. I ro­zu­mia­ła się na rze­czy, trzy zimy spę­dzo­ne z Ze­no­nem dały jej wie­dzę o pra­wach, za­sadz­kach i ta­jem­nych zna­kach tego świat­ka, o tym, co się dzie­je na lo­go­gry­fie – prze­su­wan­ce lo­do­wi­ska. Umia­ła do­strzec bu­tel­kę po wód­ce pod ław­ką i błysk łyż­wy przy ło­bu­zer­skim pod­ci­na­niu ja­dą­cych spo­koj­nie dziew­cząt, orien­to­wa­ła się w tech­ni­ce ho­ke­jo­we­go fau­lu, w na­stro­jach śli­zgaw­ki o każ­dej po­rze dnia. Od razu też do­strze­gła, co wią­że po­zor­nie nie­zwią­za­ne ze sobą po­sta­cie uwi­ja­ją­ce się wśród tłu­mu. Gru­pa kil­ku­na­stu wy­rost­ków, co naj­wy­żej szes­na­sto­let­nich, łą­czy­ła się w po­tęż­ne­go węża, któ­re­go dy­na­mi­ka pędu roz­trą­ca­ła łyż­wia­rzy, prze­wra­ca­ła, za­gar­nia­ła w swą or­bi­tę usu­wa­ją­ce się nie­zręcz­nie dziew­czę­ta. Na cze­le je­chał nie­du­ży, lecz krę­py fa­cet w dwu­rzę­do­wym, ciem­nym gar­ni­tu­rze o kan­cia­stych, wy­pcha­nych ra­mio­nach; na szyi miał brud­no­bia­ły sza­lik z ta­niut­kie­go je­dwa­biu, na gło­wie – okrą­głą, kra­cia­stą cy­kli­stów­kę, ster­czą­cą wy­so­ko, z prze­sad­nym fa­so­nem na cie­mie­niu. Je­chał szyb­ko i pew­nie, z rę­ka­mi w kie­sze­niach, prze­kła­dał z wpra­wą, kie­dy zbli­żył się, wi­dać było kro­sto­wa­tą twarz o gru­bym, za­dar­tym no­sie. – Te opry­chów­ki to oni wy­py­cha­ją ga­ze­ta­mi – rzekł Ze­non z uśmie­chem, wska­zu­jąc na kra­cia­stą czap­kę – daje to ulu­bio­ny fa­son, a za­ra­zem sta­no­wi pew­ną ochro­nę przed ude­rze­niem. – W uśmie­chu Ze­no­na była wzgar­dli­wa apro­ba­ta dla chło­pa­ka, wi­dział w nim coś za­baw­ne­go. – Strój od­po­wied­ni na nie­dziel­ne imie­ni­ny u szwa­gra – rze­kła Mar­ta, lecz nie po­par­ła słów uśmie­chem. W pew­nej chwi­li roz­pę­dzo­ny wąż przy­siadł w tak zwa­nym pi­sto­le­cie i pruł z wiel­ką szyb­ko­ścią, na­je­żo­ny wy­sta­wio­ny­mi do przo­du łyż­wa­mi, przez lo­do­wi­sko, gwał­cąc wszel­kie pra­wi­dła ru­chu. Roz­legł się krzyk, chłop­cy szyb­ko pod­nie­śli się i roz­pierz­chli, na lo­dzie le­ża­ła mała dziew­czyn­ka, usi­łu­ją­ca się po­dźwi­gnąć. Ze­non jed­nym za­ma­chem dłu­gich nóg prze­sa­dził ban­dę i w cią­gu se­kun­dy zna­lazł się przy dziew­czyn­ce; wziął ją na ręce i ostro przy­ha­mo­wał na­prze­ciw Mar­ty. – Co ci się sta­ło? – spy­tał, sa­dza­jąc dziew­czyn­kę na ban­dzie. Duże łzy błysz­cza­ły w brą­zo­wych jak pię­cio­gro­szów­ki oczach. Wska­za­ła na pra­wą łyd­kę: przedar­te ba­weł­nia­ne spodnie i po­szar­pa­na skar­pet­ka od­sła­nia­ły spo­re za­dra­pa­nie. – Łyż­wą! Ta­kie ło­bu­zy! – Usta dziew­czyn­ki ścią­gnę­ły się znów w bo­le­sną pod­ków­kę. Mar­ta wy­ję­ła jej z kie­sze­ni chu­s­tecz­kę. – Do we­se­la się za­goi – po­wie­dzia­ła we­so­ło – a spodnie ju­tro za­ce­ru­jesz. Swo­ją dro­gą… – zwró­ci­ła się gwał­tow­nie do Ze­no­na i umil­kła. Ze­non spo­glą­dał z ja­kimś upodo­ba­niem na lo­do­wi­sko, na któ­rym mło­dzień­cy w opry­chów­kach zna­leź­li nową za­ba­wę. Ty­po­wa­li jed­ną z wi­szą­cych nad ta­flą lo­do­wą lamp me­czo­wych, roz­pę­dza­li się i mio­ta­li ka­mie­nia­mi w górę. Trzy pró­by wy­pa­dły mi­zer­nie, ale za czwar­tym ra­zem pę­ka­ty fa­cet w wi­zy­to­wej dwu­rzę­dow­ce wy­ce­lo­wał. Huk zbi­te­go szkła i pę­ka­ją­cej wie­lo­wa­to­wej ża­rów­ki, spło­szo­ny krzyk śli­zga­ją­cych się, od­pry­ski szkła na lo­dzie – na­gła re­duk­cja oświe­tle­nia. Coś na­wa­li­ło w ca­łym prze­wo­dzie i kil­ka wiel­kich lamp zga­sło. Na lo­do­wi­sku po­wstał ruch, ry­ce­rze pół­mro­ku roz­po­czę­li go­rącz­ko­we uwi­ja­nie się. Wte­dy wła­śnie Mar­ta po­czu­ła na­głe, przy­śpie­szo­ne bi­cie ser­ca. Nie, to chy­ba złu­dze­nie, prze­cież to nie­moż­li­we, aby to były te same świe­tli­ste, ja­rzą­ce się nie­sa­mo­wi­tym bla­skiem, prze­raź­li­wie bia­łe oczy?…

Z szat­ni klu­bo­wej wy­pa­dło kil­ku za­wod­ni­ków i bar­czy­sty męż­czy­zna w ko­żu­chu. Ze­non pruł peł­nym ga­zem w tłum. Pę­ka­ty w dwu­rzę­dow­ce je­chał ostro, ale nie mógł się rów­nać z ho­ke­istą. Ze­non po­chy­lił się w po­śli­zgu ka­na­dyj­ki, oto­czył go zgrzy­tli­wym wi­ra­żem i zła­pał za ra­mię. – Wol­ne­go, ko­le­go! – rzekł twar­do. – Co te­raz bę­dzie? – Wy­ro­stek spoj­rzał w twarz Ze­no­na; był dużo niż­szy i mimo wy­raź­nej krzep­ko­ści na pew­no słab­szy, ale w jego per­ka­tej twa­rzy i zim­nych, obe­lży­wych oczach Ze­non do­strzegł coś, co ka­za­ło mu pu­ścić ra­mię: była w tych oczach go­to­wość na wszyst­ko, aż do koń­ca. – To przez nie­uwa­gę, pa­nie kie­row­ni­ku – rzekł z fał­szy­wym uśmie­chem, roz­sze­rza­ją­cym mu gru­be usta na całą twarz – ja prze­pra­szam, to nie­ostroż­nie… Ge­nial­ne – po­my­ślał Ze­non – ale hu­mor u tych ko­za­ków… Wy­da­ło mu się to na­raz do­sko­na­łym dow­ci­pem i nie mógł po­wstrzy­mać uśmie­chu, co wy­ro­stek od razu pod­chwy­cił. – Pa­nie kie­row­ni­ku, ja za­raz panu kie­row­ni­ko­wi od­pa­lę pięć­dzie­sią­ta­ka… Za tę lam­pę, do­bra? Tyl­ko po­zbie­ram od dru­hów, psia ich dola. – Rze­czy­wi­ście, dru­ho­wie sku­pi­li się już cia­sno wo­kół nich, Ze­non le­d­wie się obej­rzał, gdy oto­czo­ny był przez spo­co­ne twa­rze, brud­ne sza­li­ki, ze­psu­te zęby, zio­ną­ce wód­ką od­de­chy i spoj­rze­nia. – Żeby mi za­raz, sły­szysz, do kasy lo­do­wi­ska… – rzekł gło­śno i ro­ze­pchnął moc­no na­pie­ra­ją­cych. – Za­raz, za­raz… – za­wo­łał pę­ka­ty w dwu­rzę­dow­ce i wa­ta­ha roz­je­cha­ła się na wszyst­kie stro­ny.

Ze­non pod­je­chał do Mar­ty, przy któ­rej sta­li za­wod­ni­cy. – Co się sta­ło? – spy­tał An­tek. – Ge­nial­ne – rzekł Ze­non – wiesz, Maj­ka, co ten ban­dzior po­wie­dział: „To przez nie­uwa­gę”. Tak po­wie­dział. Mają ri­po­sty, co? – An­tek i kil­ku in­nych ro­ze­śmie­li się, Mar­ta dy­go­ta­ła. – No i co? – rzu­ci­ła gwał­tow­nie. – Co te­raz z nim zro­bi­cie? – Nic – od­parł Ze­non nie­fra­so­bli­wie. – Co mu zro­bisz? Za lam­pę nie za­pła­ci, bo dro­ga, mi­li­cja da­le­ko, bić się z nim nie będę. Ty się na tym nie znasz. Maj­ka, to wład­cy Czer­nia­kow­skiej uli­cy, ten krę­py w opry­chów­ce to po­strach Czer­nia­ko­wa. – Chłop­cy – rzekł męż­czy­zna w ko­żu­chu – ła­duj­cie się na lód, opróż­nia­my przed cza­sem lo­do­wi­sko z pu­blicz­no­ści. Idę nadać przez me­ga­fon. – Zwar­ta gru­pa ho­ke­istów wjeż­dża­ła na ta­flę. – Zro­zum, Maj­ka – rzekł nie­pew­nie Ze­non, gdy zo­sta­li sami – gdy­bym go miał gdzieś w neu­tral­nym miej­scu, to zro­bił­bym z nie­go mar­mo­la­dę, ale tu oni mnie zna­ją… Dziś dam mu po uchu, ju­tro wie­czo­rem będę wy­cho­dził sam z tre­nin­gu i kil­ka­na­ście ce­gieł za­pra­wi mnie, nie wia­do­mo skąd, kie­dy i jak, w łeb… Już ja to znam. – Mar­cie sta­nę­ła przed ocza­mi smu­kła po­stać w bia­łym, le­kar­skim ki­tlu. Co ma do tego dok­tor Hal­ski? – po­my­śla­ła szyb­ko, zu­peł­nie zdez­o­rien­to­wa­na. – Ro­zu­miem… – rze­kła Mar­ta i Ze­non po­czuł się na­raz, jak­by na tym świe­cie nig­dy nie zo­stał po­wie­dzia­ny ża­den dow­cip. W tej chwi­li z pół­mro­ku lo­do­wi­ska, z chrzę­stu ły­żew wbi­ły się w Mar­tę na uła­mek se­kun­dy bia­łe źre­ni­ce i zga­sły. Sta­ło się to tak na­gle i tak na pew­no, że Mar­ta za­drża­ła, prze­szy­ta dresz­czem. To od­błysk lo­do­wej ta­fli, o, to wła­śnie to – szep­nę­ła w du­chu, wie­dząc do­brze, że tak nie jest.

W naj­ciem­niej­szym rogu lo­do­wi­ska pę­ka­ty w opry­chów­ce przy­ha­mo­wał przed ja­kimś ho­len­dru­ją­cym, ni­skim pa­nem w pum­pach. Gdy pan w pum­pach prze­su­wał się obok, chwy­cił go gwał­tow­nie za rękę, wy­trą­ca­jąc go z rów­no­wa­gi wprost w kar­ko­łom­ny pi­ru­et. – Ta­tu­siu – rzekł pę­ka­ty – po­życz pięć­dzie­siąt zło­tych… – Pa­nie! – krzyk­nął pan w pum­pach – puść, bo za­wo­łam!… – Wię­cej nie zdą­żył już po­wie­dzieć. Ja­dą­cy na peł­nym ga­zie chło­pak w swe­trze z wy­kła­da­nym koł­nie­rzem pod­ciął go z peł­ne­go roz­pę­du. Po­czuł jesz­cze kil­ka ude­rzeń łyż­wa­mi w ple­cy i sil­ne szarp­nię­cie za tyl­ną kie­szeń spodni. – Ra­tun­ku! Mi­li­cja! – roz­darł się. – Ciiii­cho! – syk­nął pę­ka­ty i prze­je­chał mu wol­ną łyż­wą po twa­rzy. – Re­bia­ta! Do domu! – rzu­cił i wszy­scy roz­pry­snę­li się na boki. Wszyst­ko ra­zem trwa­ło se­kun­dy i pan w pum­pach, za­nim ob­tarł krew z po­licz­ka, nie wie­dział na­wet do­brze, co się sta­ło.

Te­raz na lo­do­wi­sku po­wsta­ło strasz­li­we za­mie­sza­nie, w któ­rym po­tęż­ny głos z me­ga­fo­nu, ob­wiesz­cza­ją­cy: „Pu­blicz­ność pro­szo­na jest o opusz­cze­nie lo­do­wi­ska”, wzma­gał zu­peł­ny cha­os. Mar­ta po­wie­dzia­ła: – Ze­non, prze­bierz się, od­pro­wa­dzisz mnie do domu, do­brze? – A tre­ning?

– Opu­ścisz tre­ning, pro­szę cię, ja mam do­syć tych awan­tur. – Do­brze, Maj­ka, za­cze­kaj. Prze­cież nic ta­kie­go się w grun­cie rze­czy nie sta­ło…

Wśród wą­do­łów i roz­ko­pów pod przy­szłe try­bu­ny, roz­cią­ga­ją­cych się w za­mar­z­łej gli­nie za lo­do­wi­skiem, sta­ło sześć ciem­nych po­sta­ci. Pa­no­wał tu już zu­peł­ny mrok, roz­bły­sły je­dy­nie gwiaz­da­mi lu­to­wej nocy. Jed­na z po­sta­ci, nie­wy­so­ka, pę­ka­ta, kan­cia­sta, mó­wi­ła, tłam­sząc coś w pal­cach:

– Sto sie­dem­dzie­siąt i do­ku­men­ty. Łap­ciuch, masz tu pięć­dzie­sią­ta­ka, idź do kasy, po­łóż i po­wiedz, że to za lam­pę. Tak trze­ba.

– Idź sam, ko­zak się zna­lazł, co in­nych po­sy­łasz, jak ta­kiś dżen­tel­men – od­parł wy­so­ki, łam­li­wy cień.

– Wont, ty łach­ma­nia­rzu, ja ci po­ka­żę, głu­pi szczy­lu… Wo­lisz, żeby cię prze­trą­ci­li od razu, jak ju­tro przyj­dziesz? Gdzie ta­kich ba­ra­nów zbie­ra­ją? Nie ka­pu­jesz, że z nimi trze­ba być do­brze, gów­nia­rzu?… Sam za­ła­twię, wszyst­ko mu­szę za was…

Pę­ka­ta po­stać wy­ję­ła pie­nią­dze z port­fe­la i scho­wa­ła do kie­sze­ni. Port­fel wy­rzu­ci­ła da­le­ko za sie­bie, w ciem­ność. Le­d­wie do­tknął zie­mi, gdy pod­nio­sła go ja­kaś pie­czo­ło­wi­ta ręka.

– Pięć­dzie­sią­tak dla mnie, resz­ta do po­dzia­łu – rzekł pę­ka­ty, kła­dąc ręce do kie­sze­ni. – Albo le­piej masz, Sta­siek, i skocz po ben­zy­nę. Kup parę ogór­ków, ka­pu­jesz…

Kie­dy i skąd wpa­da po­mię­dzy sześć po­sta­ci grom, tego nie wie nig­dy żad­na z sze­ściu za­in­te­re­so­wa­nych osób. Poza tym grom nie jest nig­dy czymś mięk­kim, to zaś, co zna­la­zło się na­raz na skost­nia­łej gli­nie po­mię­dzy sze­ściu sil­ny­mi, zwin­ny­mi i go­to­wy­mi na wszyst­ko ludź­mi, było na tyle mięk­kie, by nie spra­wiać żad­ne­go ha­ła­su, a na tyle gra­ni­to­wo twar­de, by uczy­nić rzecz nie­by­wa­łą – ściąć pięć spo­śród sze­ściu po­sta­ci z nóg. Szó­sta w tej sa­mej se­kun­dzie rzu­co­na zo­sta­ła po­tęż­nym cio­sem w brzuch na usy­pi­sko zlo­do­wa­cia­łej gli­ny. Przez kil­ka chwil ko­tło­wał się dzi­wacz­ny, strasz­ny bój w zu­peł­nych ciem­no­ściach i w zu­peł­nym mil­cze­niu, gdy się jed­nak nic nie wie, kie­dy i skąd pa­da­ją bły­ska­wicz­ne kop­nię­cia w usta i w pod­brzu­sze, w szy­ję i w ser­ce – wte­dy lu­dzie za­czy­na­ją kasz­leć, krztu­sić się bó­lem i stra­chem, char­czeć. – Moje oko! Gło­wa, o Jezu! Gło­wa!? Uuuuch! Mor­du­ją! Aaaaaa! – Wte­dy też, rzu­co­na z siłą pa­ro­we­go mło­ta, pę­ka­ta po­stać otwo­rzy­ła z ję­kiem oczy i to sta­ło się przy­czy­ną jej zu­peł­nej klę­ski. Na­prze­ciw jej oczu pło­nę­ły w ciem­no­ściach inne oczy, tak prze­ra­ża­ją­co bia­łe, że pod po­sta­cią pę­ka­tą i kan­cia­stą zdrę­twia­ły ko­la­na; jej szes­na­sto­let­nią du­szą, nie­zna­ją­cą do­tąd, co to oba­wa, owład­nę­ło na­gle dzi­kie prze­ra­że­nie. Ma­ca­jąc jak śle­py przed sobą, prze­wra­ca­jąc się na czwo­ra­kach po gli­nia­stym na­sy­pie, ra­niąc so­bie ręce i pa­da­jąc na czo­ło, czło­wiek, któ­ry nie bał się w swym krót­kim ży­ciu ani krwi, ani noża, za­czął, po­ty­ka­jąc się, ucie­kać przed ocza­mi. Ja­kaś dziw­na gro­za rzu­ca­ła jego ser­cem. Bie­gnąc co­raz szyb­ciej przez zna­ne so­bie pa­gó­ry, do­padł do wła­sno­ręcz­nie wy­cię­tej nie­gdyś dziu­ry w dru­cia­nym ogro­dze­niu, prze­gra­mo­lił się na dru­gą stro­nę i zna­lazł się na ty­łach re­mi­zy tro­lej­bu­so­wej. Tu po­czuł się pew­nie, ode­tchnął głę­bo­ko, otarł usta i zbli­żył rękę do smu­gi świa­tła z la­tar­ni ulicz­nej. – Krew! – szep­nął – co to było?… – I na­gle po­czuł, że nie jest sam. Nic nie wi­dział ani nie sły­szał, lecz coś ka­za­ło mu ucie­kać. Jak alar­mo­wy sy­gnał in­stynk­tu do­szła do jego świa­do­mo­ści pew­ność, że tuż za nim czai się nie­wi­dzial­ne, nie­zna­ne coś, któ­re nie woła, nie gro­zi, nie pyta, ni­cze­go nie żąda, tyl­ko nisz­czy, uni­ce­stwia. Lecz co nisz­czy, dla­cze­go?… Nad tym nie pró­bo­wał na­wet się za­sta­no­wić, gdyż mu­siał ucie­kać – biec co sił w zmal­tre­to­wa­nych no­gach, ła­piąc z tru­dem wy­du­szo­ny z pier­si pie­kiel­nym ude­rze­niem od­dech. Dy­sząc cięż­ko, prze­sa­dził ka­mie­nie i płot dzie­lą­cy re­mi­zę od uli­cy. Na myśl mu na­wet nie przy­szło, by się bro­nić, zła­pać w bie­gu ka­mień, przy­jąć wal­kę w tych za­ka­mar­kach, dziu­rach, pło­tach, śmie­ciach, któ­re znał jak wła­sną kie­szeń, w któ­rych tyle razy on in­nych… Wy­padł w prze­smyk po­mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi i ru­ina­mi ko­ścio­ła. Nie sły­szał, lecz czuł po­goń. Jego świsz­czą­cy od­dech ka­zał przy­sta­nąć idą­cym po dru­giej stro­nie uli­cy Ze­no­no­wi i Mar­cie. Wi­dzie­li, jak ciem­na po­stać, wy­prze­dza­ją­ca ich da­le­ko, wbie­gła chwiej­nie na stop­nie por­ta­lu, a za nią – coś jak­by cień, za­tar­ta syl­we­ta, za któ­rą nie moż­na było rę­czyć, czy na­le­ży do rze­czy­wi­sto­ści. Ciem­na po­stać za­wa­ha­ła się przez mgnie­nie oka, ser­ce tłu­kło w niej obłęd­nie, gdy mi­nąw­szy ko­lum­na­dę, zna­la­zła się w upior­nej na­wie. Ale nie było wy­bo­ru. Nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak sa­mo­bój­czy skok w ciem­ność – zdru­zgo­ta­na pod­ło­ga nawy ury­wa­ła się bo­wiem na­gle jak szcze­li­na prze­pa­ści – w dole roz­cią­ga­ła się ciem­na kruch­ta, na­je­żo­na roz­bi­tym mu­rem, po­trza­ska­ny­mi prę­ta­mi żel­be­to­wych zbro­jeń, fan­ta­stycz­ną ko­ron­ką po­szar­pa­nych mu­rów, za­rdze­wia­ły­mi szta­ba­mi i że­la­zny­mi szy­na­mi. Ale w dole był ra­tu­nek. Ciem­na po­stać wie­dzia­ła do­brze, że wśród cien­kich ko­lu­mie­nek kruch­ty, wśród zwa­łów po­tłu­czo­nej ce­gły ukry­te są że­la­zne drzwi sta­re­go prze­ciw­lot­ni­cze­go schro­nu pro­wa­dzą­ce­go do pod­ziem­nych od­mę­tów nie­zna­nych ni­ko­mu prócz kil­ku lu­dzi. Tyl­ko tam wi­dział ra­tu­nek i sko­czył de­spe­rac­ko w dół, na roz­dzie­ra­ją­ce ko­ści ce­gły. Nie zdą­żył się unieść na ro­ze­dr­ga­nych, za­krwa­wio­nych ra­mio­nach, gdy wy­czuł ra­czej, niż usły­szał spa­da­ją­cy obok nie­go z ko­cią mięk­ko­ścią cień. Ostat­kiem sił rzu­cił się mię­dzy ko­lum­ny kruch­ty, ku że­la­zne­mu za­wo­ro­wi.

Wte­dy wła­śnie Mar­ta i Ze­non po­sły­sze­li strasz­ny, roz­pacz­li­wy krzyk, ludz­kie wy­cie, od któ­re­go za­mar­ły im ser­ca. – Aaaaar­rhhh!… – chry­pia­ło w ru­inach ogrom­ne­go ko­ścio­ła.

Prze­bie­gli ku scho­dom por­ta­lu, Ze­non sta­wiał już nogę na stop­niu, gdy Mar­ta szep­nę­ła z trwo­gą: – Nie! Pro­szę cię, Ze­non, nie… – W mo­men­tach dra­ma­tycz­nych Ze­non nie był tchó­rzem, ale już po chwi­li, gdy krzyk się nie po­wtó­rzył, po­czuł wiel­ką wdzięcz­ność dla Mar­ty, że my­śli o nim. – Ja­kieś po­ra­chun­ki wład­ców Czer­nia­ko­wa… – rzekł z uśmie­chem.

Zdej­mu­jąc nogę ze stop­nia, strą­cił ja­kiś mięk­ki przed­miot. Po­chy­lił się. Była to kra­cia­sta, wy­pcha­na ga­ze­ta­mi opry­chów­ka, od ja­kich roi się w War­sza­wie.

– Po­patrz, nie mó­wi­łem – rzekł do Mar­ty, dum­ny z traf­no­ści swe­go ro­zu­mo­wa­nia.

Mar­ta wpa­try­wa­ła się w czap­kę roz­sze­rzo­ny­mi z prze­ra­że­nia oczy­ma. Wy­da­ło jej się na­gle, przez uła­mek se­kun­dy, że coś zro­zu­mia­ła.

2

– Kuba! Ku­ba­aa!

Ko­lan­ko wy­chy­lił się z drzwi na ko­ry­tarz, za­wisł nie­mal na rę­kach.

– Ku­ba­aa! Gdzież on jest, ten…

Na scho­dach roz­legł się ło­skot o da­le­kim po­kre­wień­stwie z gór­ską la­wi­ną. Na koń­cu ko­ry­ta­rza uka­za­ła się kul­ka cze­goś, szyb­ko ro­sną­ca w oczach, któ­ra na kil­ka me­trów przed Ko­lan­ką za­czę­ła ha­mo­wać na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach. Z brył­ki cia­ła, ubra­nia i ru­chu wy­ło­nił się cały uśmiech­nię­ty Ku­buś.

– Je­stem, pa­nie re­dak­to­rze. O co cho­dzi?

Ko­lan­ko jed­nym ru­chem wcią­gnął go do po­ko­ju i za­mknął drzwi. Po­kój re­dak­cji miej­skiej „Expres­su Wie­czor­ne­go” mógł­by z po­wo­dze­niem słu­żyć za prze­cud­ną wi­zję kla­sycz­ne­go włó­czę­gi: ta­kie ilo­ści sta­rych ga­zet i pa­pie­rów od­na­leźć moż­na je­dy­nie w ci­chych ma­rze­niach zmę­czo­nych tram­pów o łóż­kach i koł­drach. Na ścia­nie wi­sia­ły: ka­ry­ka­tu­ra Ko­lan­ki, roz­kład jaz­dy po­cią­gów pod­miej­skich sprzed trzech lat, plan Sa­skiej Kępy i go­dło pań­stwo­we.

– Ty pa­ca­nie nie­my­ty… – rzekł Ko­lan­ko z gorz­kim wy­rzu­tem. Ku­buś przy­brał po­sta­wę obron­ną.

– Już nie będę, pa­nie re­dak­to­rze – rzekł na wszel­ki wy­pa­dek, co­fa­jąc się – klnę się na czy­stą, nie­win­ną mi­łość, jaką ży­wię dla pana re­dak­to­ra… Tyl­ko – co się sta­ło?

– Chłop­czy­ku – po­wie­dział Ko­lan­ko ze sło­dy­czą w gło­sie – chłop­czy­ku, sia­daj. Po­patrz, wy­ho­do­wa­łem cię na wła­snej pier­si. Jako nie­let­nie pa­cho­lę igra­łeś bez­tro­sko w cie­niu mej po­tęż­nej opie­ki, fi­glu­jąc swa­wol­nie wśród no­wi­nek z ma­ga­zy­nów odzie­żo­wych, wśród spa­cer­ków po sto­li­cy, wśród wie­ści o no­wych li­niach tram­wa­jo­wych i o no­wa­lij­kach w skle­pach wa­rzyw­nych. Ha­sa­łeś jak roz­kosz­ne źre­bię po roz­ło­gach trze­ciej ko­lum­ny, miej­skiej ko­lum­ny na­sze­go chwa­leb­ne­go or­ga­nu. I co?… Tak mi się od­wdzię­czasz? Ta­kie jest two­je przy­wią­za­nie do tego, któ­ry cię wy­kar­mił mle­kiem z drze­wa wia­do­mo­ści do­bre­go i złe­go?

Okrą­gła, dwu­dzie­sto­dwu­let­nia i pie­go­wa­ta twarz Ku­bu­sia wy­ra­ża­ła ból i roz­pacz. Wi­dać było, iż jest do głę­bi wstrzą­śnię­ty.

– Pa­nie re­dak­to­rze – za­wo­łał – niech pan tak nie mówi! Nie wol­no panu! Prze­cież wie pan, że je­stem jak opo­ka za pa­nem re­dak­to­rem, że może pan za­wsze i uf­nie wes­przeć na mnie swe znu­żo­ne cia­ło… Że je­stem dla pana go­tów na wszyst­ko, na naj­wyż­szą ofia­rę, je­stem go­tów na… niech się dzie­je, co chce!… na­tych­miast sko­czyć po pa­pie­ro­sy, na­wet – tu Ku­buś za­krył oczy dło­nią i zwie­sił w strasz­nej męce gło­wę – na­wet przy­nieść her­ba­tę!

– Za­milcz – po­wie­dział Ko­lan­ko, tłu­miąc jaw­nie wzru­sze­nie – niech przyj­dę do sie­bie… Już do­brze… Czy­ta­łeś dzi­siej­sze „Ży­cie”?

– Nie – od­parł Kuba nie­fra­so­bli­wie. – Nie zwy­kłem czy­tać od sa­me­go rana tych mar­nych świst­ków kon­ku­ren­cyj­ne­go pa­pie­ru. O tej po­rze czy­tu­ję wy­łącz­nie to, co sam na­pi­sa­łem po­przed­nie­go dnia. A w ogó­le – w gło­sie Ku­bu­sia za­brzmia­ła wzgar­da – dzi­wię się panu, że pan, taki in­te­li­gent­ny czło­wiek, tra­ci czas o po­ran­ku na czy­ta­nie tej… ga­ze­ty.

– Za­mknij dziób! – wark­nął Ko­lan­ko. – Masz, czy­taj.

Po­dał Ku­bu­sio­wi świe­żą płach­tę po­ran­ne­go wy­da­nia „Ży­cia War­sza­wy”. Ku­buś wziął dzien­nik w dwa pal­ce, z osten­ta­cyj­ną od­ra­zą, w mia­rę jed­nak czy­ta­nia za­kre­ślo­nej czer­wo­nym ołów­kiem wzmian­ki twarz mu się wy­dłu­ża­ła, z okrą­głej sta­ła się owal­na, a z owal­nej po­cią­gła, dłu­ga i bar­dzo zmar­twio­na.

– No… i co ty na to? – Ko­lan­ko wziął się pod boki, chło­sta­jąc go wzro­kiem peł­nym szy­der­stwa. – As re­por­ta­żu „Expres­su Wie­czor­ne­go”, re­por­ter iskra, re­por­ter wid­mo, czło­wiek, dla któ­re­go nie ma drzwi za­mknię­tych, dzien­ni­karz, u któ­re­go w le­wej kie­sze­ni spodni bije puls War­sza­wy… Oczy i uszy sto­li­cy… Ma­gik pra­sy po­po­łu­dnio­wej, wo­bec któ­re­go naj­tward­si dy­rek­to­rzy do­mów to­wa­ro­wych pło­nią się jak za­sro­ma­ne dzie­wecz­ki, zwie­rza­ją się z ta­jem­nic no­we­go asor­ty­men­tu bie­li­zny dla le­ci­wych go­spo­dyń i je­dzą z ręki jak ptasz­ki… Jed­nym sło­wem: Kuba Wi­rus! I ten oto Ja­kub Wi­rus do­wia­du­je się o czymś ta­kim z ma­leń­kiej za­ja­wy na pią­tej ko­lum­nie „Ży­cia”. He, he, he…

Śmiech ten za­dźwię­czał w uszach Ku­bu­sia jak dzwon po­grze­bo­wy. Opu­ścił rękę z ga­ze­tą ni­czym czło­wiek ugo­dzo­ny śmier­tel­nie w samo ser­ce, spu­ścił gło­wę i rzekł gło­sem na­brzmia­łym cier­pie­niem:

– Tak… To ko­niec… Wi­docz­nie ze­sta­rza­łem się. Czas mi się wy­co­fać, od­dać miej­sce młod­szym, pójść do ad­mi­ni­stra­cji na wy­god­ny fo­te­lik z gu­mo­wą po­dusz­ką i spę­dzić na nim resz­tę mych dni… Niech młod­si ru­szą w świę­ty bój o no­wi­ny z Ko­szy­ków i po wy­wia­dy z pia­ska­rza­mi pra­cu­ją­cy­mi w zno­ju nad re­gu­la­cją Wi­sły… Mój kres nad­szedł. Oko moje stra­ci­ło blask i so­ko­lą by­strość, moja ręka za­gu­bi­ła nie­chyb­ną pew­ność. Ha, cóż! Po­zo­sta­ją ci­che du­ma­nia przy klu­bo­wym sto­li­ku na uli­cy Fok­sal i rzew­ne wspo­mnie­nia z dni chwa­ły.

Na­gle ze­rwał się jak opa­rzo­ny.

– Pa­nie re­dak­to­rze! Jak pra­gnę ca­ło­wać wi­śnio­we usta tej no­wej bru­net­ki z kol­por­ta­żu, co nam się obu po­do­ba – oni nie mo­gli otrzy­mać tej wia­do­mo­ści z po­go­to­wia! Po­go­to­wie mam ob­sta­wio­ne jak zło­to i nie­moż­li­wo­ścią jest, żeby ten… – tu Ku­buś blu­znął sło­wem strasz­li­wie dys­kre­dy­tu­ją­cym oma­wia­ną oso­bę – nie za­wia­do­mił mnie o czymś ta­kim… Ja nie wiem, ale… niech ja będę ostat­ni śmie­ciarz, a nie Wi­rus, je­śli w cią­gu dwóch go­dzin pan re­dak­tor nie bę­dzie miał…

– Spo­koj­nie, smar­ka­czu – Ko­lan­ko przy­brał ton men­tor­ski – wi­dzisz prze­cież, że nie jest po­da­ne ani kie­dy, ani kto udzie­lił po­mo­cy temu fa­ce­to­wi. Nie pi­sze, czy za­bra­no go do szpi­ta­la, czy mi­li­cja pro­wa­dzi do­cho­dze­nie. Nic prócz tego, że zna­le­zio­no ta­kie­go po­bi­te­go w ru­inach ko­ścio­ła przy uli­cy Ła­zien­kow­skiej. I tyle. Chy­ba bę­dziesz mu­siał udać się do ko­le­gów z „Ży­cia War­sza­wy”, je­śli się chcesz cze­goś do­wie­dzieć…

– Co? Tam? Nig­dy! – za­wo­łał Ku­buś dra­ma­tycz­nie. – Moja noga tam nie stąp­nie po kra­niec dni mo­ich, u tych… psz­cze­la­rzy! Chy­ba że będą mie­li dla mnie ja­kieś pie­nią­dze… – do­dał ci­szej, na stro­nie, po czym znów wzniósł głos do po­przed­nie­go re­je­stru: – A pan, pa­nie re­dak­to­rze, zbyt szyb­ko i zbyt wcze­śnie stra­cił wia­rę we mnie…

To rze­kł­szy, znikł jak wy­ssa­ny z po­ko­ju przez nie­wi­dzial­ny elek­tro­luks. Dla­cze­go psz­cze­la­rze? – zdzi­wił się Ko­lan­ko. – To po­zo­sta­nie na za­wsze ta­jem­ni­cą barw­no­ści sty­lu Ku­bu­sia Wi­ru­sa. Ale ja­kaś traf­ność w tym jest… – Uśmiech­nął się do sie­bie. Na­wet nie zdą­ży­łem mu dać tego Ki­scha – po­my­ślał, wyj­mu­jąc z szu­fla­dy świe­żo ku­pio­ną książ­kę. Je­śli bo­wiem trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nie ser­ce re­dak­to­ra Edwi­na Ko­lan­ki biło dla ko­goś na obec­nym eta­pie jego ży­cia, tym kimś był tyl­ko Ku­buś Wi­rus.

Kie­dy sie­dem lat temu zja­wił się w re­dak­cji pięt­na­sto­let­ni chło­pak o zsi­nia­łych z zim­na war­gach, w nie­zdar­nym ubra­niu zszy­tym z ame­ry­kań­skich ko­ców woj­sko­wych, Ko­lan­ko od razu nim się za­in­te­re­so­wał. Dzi­wi­ło go sa­me­go to za­in­te­re­so­wa­nie; prze­wa­la­ły się na­ten­czas nad War­sza­wą pierw­sze zimy od­bu­do­wy, peł­ne udręk zdru­zgo­ta­ne­go przez woj­nę mia­sta. Przez te zimy War­sza­wa prze­bi­ja­ła się jak przez mor­der­czy ogień wiel­kiej bi­twy o ży­cie: w szla­mie, w bło­cie, w gru­zach, w nie­opa­la­nych no­rach za­miast miesz­kań, w któ­rych obi­te dyk­tą okna sym­bo­li­zo­wa­ły dom. Uczu­cia tward­nia­ły, dzie­ci śpią­ce w bra­mach zruj­no­wa­nych ka­mie­nic lub w błot­ni­stym śnie­gu uli­cy nie czy­ni­ły na ni­kim wra­że­nia. Ko­lan­ko na­le­żał ra­czej do lu­dzi moc­nych, to zna­czy od­por­nych, to zna­czy, czę­sto­kroć, nie­zbyt wraż­li­wych. A prze­cież od sa­me­go po­cząt­ku doj­rzał w oczach Ku­bu­sia coś, co wznie­ci­ło w nim cie­płą li­tość. Ku­buś był sie­ro­tą, ro­dzi­ców stra­cił w cza­sie woj­ny. Miał ja­kieś ciot­ki czy stry­jów na Zie­miach Za­chod­nich, ale ro­dzi­na sta­no­wi­ła dla Ku­bu­sia rzecz dru­go­rzęd­ną. Rze­czą pierw­szo­rzęd­ną była War­sza­wa. Ja­kie in­stynk­ty i umi­ło­wa­nia de­cy­do­wa­ły o tym w du­szy pięt­na­sto­let­nie­go chłop­ca, tego trud­no jest dojść, Ku­buś orzekł, że tu jest jego miej­sce, jego ser­ce, jego przy­szłość. I zo­stał. Za­cze­pił się w re­dak­cji nowo po­wsta­łe­go „Expres­su Wie­czor­ne­go”, bie­gał na po­sył­ki; do kli­szar­ni, do dru­kar­ni, po od­bit­ki szczot­ko­we, po pa­pie­ro­sy, po buł­ki, po piwo. Z cza­sem stał się nie­zbęd­ny, lu­bi­li go wszy­scy za to, że nie spra­wiał ni­ko­mu kło­po­tu, był spryt­ny, ob­rot­ny, dow­cip­ny, uczyn­ny, bar­dzo war­szaw­ski, ga­ze­ciar­ski, dziec­ko „Expres­su”. Nig­dy nie na­przy­krzał się, nig­dy od ni­ko­go ni­cze­go nie po­trze­bo­wał, za­wsze był go­tów do uprzej­mo­ści i przy­sług, co naj­waż­niej­sze: ni­ko­go nie obar­czał tro­ską o sie­bie i nikt so­bie gło­wy nie za­przą­tał tym, czy Ku­buś śpi i gdzie Ku­buś śpi, czy Ku­buś je i co Ku­buś je. Taka krzep­ka sa­mo­dziel­ność bu­dzi po­wszech­ną sym­pa­tię. Ale to wszyst­ko. W wal­czą­cej o swój dzień na­stęp­ny War­sza­wie lu­dzie byli nie­by­wa­le za­ję­ci; ob­da­rza­li chęt­nie sym­pa­tią, w wy­pad­kach na­głych – do­raź­ną po­mo­cą. Na cie­płą, pod­trzy­mu­ją­cą, tro­skli­wą przy­jaźń, taką wła­śnie, jaka Ku­bu­sio­wi była po­trzeb­na, nikt nie miał cza­su. Nikt z wy­jąt­kiem Ko­lan­ki. Za to Ko­lan­ko miał opo­ry. Ko­lan­ko był tro­chę scep­ty­kiem, tro­chę man­ty­ką, tro­chę ego­istą i tro­chę cwa­nia­kiem – taki cha­rak­ter, wy­trzę­sio­ny moc­no w ostat­niej woj­nie, nie sta­no­wi ży­znej gle­by, na któ­rej za­kwi­ta za­zwy­czaj opie­kuń­cza przy­jaźń dla kil­ku­na­sto­let­nie­go chłop­ca. Skoń­czy­ło­by się tedy na nie­wy­raź­nych sym­pa­tiach i przy­chyl­no­ściach, gdy­by nie Ku­buś. Al­bo­wiem na za­sa­dzie trud­no wy­tłu­ma­czal­nych re­wan­żów Ku­buś po­ko­chał Ko­lan­kę. Nie miał po­cząt­ko­wo po temu żad­nych spe­cjal­nych po­wo­dów: to inni re­dak­to­rzy przy­no­si­li mu cie­płe skar­pet­ki, pusz­ki kon­serw z gu­la­szem wie­przo­wym, ob­da­ro­wy­wa­li go bi­le­ta­mi do kin i na me­cze. Na­to­miast Ko­lan­ko z nim roz­ma­wiał. Każ­dą wol­ną chwi­lę Kuba spę­dzał przy biur­ku Ko­lan­ki, wśli­zgi­wał się do po­ko­ju, w któ­rym pra­co­wał Ko­lan­ko, czy­ha­jąc łap­czy­wie na mo­men­ty, gdy roz­ja­zgo­ta­ny te­le­fo­na­mi i ło­sko­tem ma­szyn do pi­sa­nia po­kój pu­sto­szał i cichł. I znów trud­no po­wie­dzieć, by roz­mo­wy te były dla Ko­lan­ki fi­lan­tro­pią: nic z tych rze­czy – roz­mo­wy te pa­sjo­no­wa­ły Ko­lan­kę, wiecz­nie chci­we­go ko­lo­rów ży­cia re­por­te­ra, dzien­ni­ka­rza do szpi­ku ko­ści, ko­cha­ją­ce­go za­chłan­nie at­mos­fe­rę, styl i bar­wę prze­ży­wa­nej chwi­li, na­stro­jów mia­sta, ję­zy­ka war­szaw­skiej uli­cy. Któż mógł le­piej opo­wia­dać mu o ba­za­rach i pla­cach, o ogród­kach i pla­żach, o pie­kar­niach i skle­pi­kach, o tram­wa­jach i knaj­pach niż Kuba Wi­rus, pięt­na­sto­let­ni czło­wiek, dla któ­re­go ży­cie na bru­ku dźwi­ga­ją­ce­go się z gru­zów i nę­dzy mia­sta nie mia­ło ta­jem­nic? A Kuba czuł wy­śmie­ni­cie, że to, co mówi, to, co opo­wia­da z ta­kim wkła­dem sił w traf­ność for­mu­ło­wa­nia, zo­sta­je zro­zu­mia­ne i do­ce­nio­ne, że ten, któ­ry słu­cha, słu­cha nie z uprzej­mo­ści, lecz z pa­lą­ce­go, chci­we­go za­in­te­re­so­wa­nia nim, Kubą, że je­den je­dy­ny czło­wiek na świe­cie po­tra­fi w peł­ni go zro­zu­mieć i spra­wie­dli­wie oce­nić nie­uchwyt­ną głę­bię, mą­drość, do­sad­ność, atrak­cyj­ność, cały gorz­ki, rynsz­to­ko­wy, kna­jac­ki urok i ostry jak brzy­twa hu­mor jego war­szaw­skiej, ulicz­nej gad­ki. Tym czło­wie­kiem był Ko­lan­ko i Ku­buś ko­chał go za to. Kie­dyś w cza­sie tych nie­koń­czą­cych się roz­mów, pa­trząc w pło­ną­ce po­licz­ki i ru­chli­we piw­ne oczy Ku­bu­sia, Ko­lan­ko do­strzegł w oczach tych coś wię­cej niż za­baw­ną, by­strą ko­za­ke­rię i ło­bu­zer­ski spryt: spod gru­bej war­stwy uku­te­go w ża­rze do­świad­czeń prze­ko­na­nia o nik­czem­no­ści i nę­dzy świa­ta wy­zie­rał ja­sny, mło­dzień­czy opty­mizm, gdzieś na dnie tych oczu nie­śmia­ło po­ły­ski­wa­ły ukry­te zło­ża uczci­wo­ści i lo­jal­no­ści. Tego sa­me­go dnia Ko­lan­ko wszedł do księ­gar­ni i ku­pił parę ksią­żek: był wśród nich Prus i Jack Lon­don, Że­rom­ski i Dic­kens. Da­lej wy­pad­ki po­to­czy­ły się re­we­la­cyj­nie, choć bez zbyt­niej re­kla­my. Nikt w re­dak­cji nie zda­wał so­bie na­wet spra­wy z tego, kie­dy Ku­buś zdał ma­tu­rę i za­czął pra­co­wać w dzia­le miej­skim jako re­por­ter. Nikt prócz Ko­lan­ki. Za­nim kto­kol­wiek zdo­łał się zo­rien­to­wać w tym, co się sta­ło, Ku­buś za­czął ro­snąć w sła­wę. Nie­spo­ży­ta ener­gia, dy­na­mi­ka i za­pał, sprzę­gnię­te z cel­no­ścią ob­ser­wa­cji i dow­ci­pu, ta­lent do­strze­ga­nia sen­sa­cji w fak­cie po­ja­wie­nia się w sprze­da­ży no­we­go typu mar­ga­ry­ny i prze­dziw­na umie­jęt­ność za­war­cia ca­łe­go po­ema­tu o tym zja­wi­sku w dwusz­pal­to­wej not­ce na trzy­dzie­ści wier­szy – ta­kie za­le­ty wzno­si­ły Ku­bu­sia bły­ska­wicz­nie w górę. Już nie­ba­wem za­czę­to o nim mó­wić jako o asie dzia­łu miej­skie­go, wraz z ro­sną­cą wiel­ko­miej­sko­ścią od­bu­do­wy­wa­nej War­sza­wy rósł Kuba jako gwiaz­da wiel­ko­miej­skie­go re­por­ta­żu. Za­czął no­sić do­bre ma­ry­nar­ki, ba­jecz­nie ko­lo­ro­we musz­ki u koł­nie­rzy­ka ko­szu­li i by­wać w Klu­bie Dzien­ni­ka­rzy, gdzie od sto­li­ków po­ka­zy­wa­no go na­wet pal­ca­mi, mó­wiąc: – To ten Wi­rus z „Expres­su”… – Wte­dy też na­stą­pił pierw­szy wiel­ki kon­flikt po­mię­dzy nim a re­dak­cją, któ­rej ko­le­gium uwa­ża­ło się za ro­dzaj ko­lek­tyw­nej ma­cie­rzy Ku­bu­sia. Po­sta­no­wio­no mia­no­wi­cie, że zo­sta­nie on za­pi­sa­ny na wyż­sze stu­dia dzien­ni­kar­skie, i wte­dy Kuba po­wie­dział twar­do: – Nie! – po czym wy­ja­śnił swe sta­no­wi­sko, mó­wiąc ob­ra­zo­wo i cha­otycz­nie, że re­dak­cja jest dlań tym, czym czy­sta woda dla ryby, któ­ra do­tąd zmu­szo­na była pły­wać w ba­jo­rze, że w ga­ze­cie zna­lazł swe naj­istot­niej­sze po­wo­ła­nie, że ga­ze­ta daje mu ży­cie i na­ukę za­ra­zem, co­dzien­ne do­sko­na­le­nie się w tym, co on, Kuba Wi­rus, uwa­ża za naj­cen­niej­sze i naj­waż­niej­sze, i naj­bar­dziej uko­cha­ne, że on jest dzien­ni­ka­rzem z naj­głęb­szych fi­brów du­szy, że był już chy­ba dzien­ni­ka­rzem w ło­nie mat­ki, a w każ­dym ra­zie na pew­no dzien­ni­ka­rzem po­zo­sta­nie aż do ostat­nie­go od­de­chu, że wresz­cie – tu Ku­buś wró­cił do swych ich­tio­lo­gicz­nych me­ta­for – oni, to zna­czy ci z ko­le­gium, chcą wrzu­cić jego, rybę rzecz­ną, do oce­anu nauk eko­no­micz­no-so­cjal­nych, na co on, Ku­buś, ty­po­wa ryba je­zio­ro­wo-miej­ska, nie ma ani ocho­ty, ani od­por­no­ści, przy­najm­niej na ra­zie, i że trze­ba cze­kać, aż jemu sa­me­mu przyj­dzie na to ocho­ta, aby się po­głę­bić i za­pra­gnąć pi­sa­nia kry­tyk z „Za­chę­ty” czy Mu­zeum Na­ro­do­we­go w miej­sce no­wi­nek z rzeź­ni miej­skiej. Na ko­niec w oku Ku­bu­sia bły­sło coś na kształt łzy, kie­dy mó­wił, że oni mogą go zmu­sić do opusz­cze­nia re­dak­cji, ale nie zmu­szą go do de­cy­zji sprzecz­nej z jego naj­do­kład­niej prze­my­śla­ny­mi pla­na­mi ży­cio­wy­mi, po czym do­dał, przy­bie­ra­jąc po­sta­wę czło­wie­ka świa­do­me­go swej war­to­ści, że jak­kol­wiek myśl ta spra­wia mu nie­zno­śny ból, to jed­nak są­dzi, iż znaj­dą się w War­sza­wie re­dak­cje rade go na­tych­miast za­trud­nić. Tak he­ro­icz­na po­sta­wa w wal­ce o pra­wo do sta­no­wie­nia o swym lo­sie oraz ła­du­nek wzru­sze­nia w sło­wach Ku­bu­sia nie mo­gły nie wpły­nąć na sta­no­wi­sko ko­le­gium, co uwi­docz­ni­ło się w ogól­nym roz­czu­le­niu. Wy­cho­dząc z tego ze­bra­nia, gdy zna­leź­li się sami, Ku­buś rzekł do Ko­lan­ki: – Moim ce­lem jest zo­stać ta­kim sa­mym dzien­ni­ka­rzem jak pan… – Wte­dy Ko­lan­ko po raz pierw­szy w ży­ciu po­czuł się, jak­by miał syna. Zro­zu­miał, że od lat jest przy nim ktoś, komu bę­dzie mógł coś zo­sta­wić, prze­ka­zać, któ­ry po nim po­nie­sie coś da­lej, w przy­szłość.

Mi­ja­jąc „Po­lo­nię”, Ko­lan­ko pchnął lek­ko Ku­bu­sia w drzwi. Wy­pi­li trzy ćwiart­ki wód­ki, po czym dłu­go sie­dzie­li, mil­cząc, a w mil­cze­niu tym było mnó­stwo wza­jem­nych uczuć i za­do­wo­le­nia. Pierw­szy raz pili ra­zem al­ko­hol. Ta chwi­la wy­ma­ga­ła bo­wiem wiel­kiej doj­rza­ło­ści i głę­bo­kie­go, obo­pól­ne­go zro­zu­mie­nia.

O, re­dak­cje war­szaw­skie! Ile w was cza­ru i od­ręb­no­ści od in­nych re­dak­cji świa­ta! Na do­brą spra­wę – wszyst­kie re­dak­cje, od Mel­bo­ur­ne do Ar­chan­giel­ska i od Val­pa­ra­iso do Ran­gu­nu, wy­glą­da­ją jed­na­ko­wo: wszę­dzie jest ba­ła­gan i se­kre­tarz re­dak­cji, zbroj­ny w no­ży­ce i klej. Ale ba­ła­gan re­dak­cyj­ny ma wszę­dzie i za­wsze wła­sną we­wnętrz­ną lo­gi­kę, wła­sny ukry­ty sens i ład, re­gu­lu­ją­cy po­zor­ną ha­ła­śli­wość i niby cha­otycz­ną bie­ga­ni­nę. Inny ba­ła­gan pa­nu­je w za­cisz­nych, ob­szer­nych re­dak­cjach skan­dy­naw­skich, inny w cia­snych, roz­dy­go­ta­nych re­dak­cjach wło­skich, inny w ciem­nych, po­kry­tych nig­dy nie­ście­ra­nym ku­rzem re­dak­cjach an­giel­skich, a inny w war­szaw­skich. Ale mimo nie­usta­ją­ce­go ba­ła­ga­nu co­dzien­nie o ozna­czo­nej po­rze uka­zu­je się ga­ze­ta i w tym zja­wi­sku na­le­ży szu­kać wy­ja­śnie­nia, dla­cze­go ba­ła­gan re­dak­cyj­ny jest za­wsze ba­ła­ga­nem po­zor­nym. Ist­nie­je wie­le rze­czy róż­nią­cych mię­dzy sobą re­dak­cje, są to: po­glą­dy i za­in­te­re­so­wa­nia, styl pra­cy i for­mat dru­ko­wa­nej ga­ze­ty, po­ten­cjał ta­len­tów i chwy­ty re­kla­mo­we oraz mnó­stwo in­nych spraw. Na­to­miast jed­na je­dy­na rzecz łą­czy wszyst­kie re­dak­cje od No­wej Ze­lan­dii do Ka­re­lii i od Li­zbo­ny do Wła­dy­wo­sto­ku: jest nią kult dzien­ni­kar­skiej dra­pież­no­ści po­le­ga­ją­cej na tym, aby wie­dzieć naj­le­piej. Tyl­ko te re­dak­cje żyją, w któ­rych czai się po ką­tach, wśród stert ma­ku­la­tu­ry, ko­szy do śmie­ci, biu­rek, ma­szyn do pi­sa­nia, te­le­fo­nów, dzien­ni­kar­ska dra­pież­ność. W oczach, ge­stach i sło­wach krzy­czą­cych i pi­szą­cych w nich lu­dzi musi wy­raź­nie błysz­czeć wiecz­na, nie­uga­szo­na żą­dza, pa­lą­ce pra­gnie­nie, aby nig­dy nie dać się ni­czym za­sko­czyć, na­to­miast sta­le, za­wsze, nie­ustan­nie i wszę­dzie za­ska­ki­wać, olśnie­wać, osza­ła­miać in­nych. Po­wie ktoś: – Ależ to efek­ciar­stwo – i bę­dzie miał słusz­ność. Tak, to wiel­kie, wspa­nia­łe efek­ciar­stwo, któ­re stwo­rzy­ło współ­cze­sną pra­sę i jej po­tę­gę. O resz­cie de­cy­du­je sto­su­nek do ga­ze­ty. Pa­ry­ża­nin skłon­ny jest po­są­dzać swą pra­sę o wszel­kie be­ze­ceń­stwa, ale się jej boi, lon­dyń­czyk drwi ze swej pra­sy, lecz jej wie­rzy, ber­liń­czyk nie­zbyt do­wie­rza swej pra­sie, ale się jej słu­cha, war­sza­wiak kpi ze swej pra­sy nie­mi­ło­sier­nie, ale się z nią li­czy. Dla­te­go też w rzad­ko któ­rej me­tro­po­lii pra­sa może uczy­nić tyle złe­go lub do­bre­go, tak wie­le stwo­rzyć lub tak do­szczęt­nie znisz­czyć, jak w War­sza­wie. Dla­te­go co­dzien­na li­tur­gia kul­tu tego, aby wie­dzieć naj­le­piej, sta­no­wi w war­szaw­skich re­dak­cjach tak wie­le. Są one bez­li­to­sne, te re­dak­cje, dla tych, któ­rzy nie wie­dzą naj­le­piej, ci zaś, któ­rych nie moż­na ni­czym za­sko­czyć, któ­rzy wie­dzą wszyst­ko bez pu­dła, cho­ciaż­by tyl­ko w pierw­szej se­kun­dzie roz­mo­wy, ci sta­no­wią o ob­li­czu tych re­dak­cji. Do ta­kich na­le­żał wła­śnie Edwin Ko­lan­ko. Ge­niusz jest rze­czą bez­względ­ną: moż­na być ge­nial­nym por­tie­rem ho­te­lo­wym czy sprze­daw­cą tek­sty­liów, o ge­niu­szu de­cy­du­je, jak się daną rzecz robi, a nie, co się robi, i dla­te­go nie bę­dzie w tym żad­ne­go nad­uży­cia, gdy stwier­dzi­my, że Ko­lan­ko był dzien­ni­ka­rzem ge­nial­nym. Jak to się dzia­ło, że wie­dział on za­wsze tego sa­me­go dnia, gdy za­de­cy­do­wa­na zo­sta­ła ja­kaś zmia­na w rzą­dzie lub bu­do­wa no­we­go, gi­gan­tycz­ne­go osie­dla miesz­ka­nio­we­go, gdy od­kry­te zo­sta­ły nowe, sen­sa­cyj­ne wy­ko­pa­li­ska, do­ko­na­ny nowy pol­ski wy­na­la­zek albo po­sta­no­wio­ny nowy roz­wód, o któ­rym głu­cho jesz­cze było przy sto­li­kach war­szaw­skiej bo­he­my w „Laj­ko­ni­ku” – to po­zo­sta­nie na za­wsze jego ta­jem­ni­cą. Jak ro­bił, że naj­bar­dziej re­we­la­cyj­ną i skom­pli­ko­wa­ną hi­sto­rię kry­mi­nal­ną po­tra­fił za­wrzeć w czter­dzie­stu wier­szach jed­nej szpal­ty, w któ­rej oprócz wy­czer­pu­ją­cych in­for­ma­cji były jesz­cze barw­ność i dow­cip – tego nikt nie po­tra­fił dojść. Dość na tym, że wszy­scy wie­dzie­li na pew­no, iż Edwin Ko­lan­ko to wiel­ki dzien­ni­karz, cho­ciaż nie po­tra­fi­li wy­tłu­ma­czyć, na czym ta ich pew­ność po­le­ga. Tym­cza­sem wy­tłu­ma­cze­nie było samo w so­bie dość pro­ste: Edwin Ko­lan­ko był dzien­ni­ka­rzem ab­so­lut­nym, kwin­te­sen­cją ga­ze­ciar­skiej dra­pież­no­ści, wszyst­ko w nim słu­ży­ło dzien­ni­kar­stwu, wszyst­ko w nim mó­wi­ło o dzien­ni­kar­stwie. Na przy­kład zwy­kłe bur­ber­ry w ko­lo­rze kha­ki, mięk­ki weł­nia­ny sza­lik i brą­zo­wy ka­pe­lusz, któ­re na każ­dym in­nym czło­wie­ku wy­glą­da­ją jak nor­mal­ny płaszcz, szal i ka­pe­lusz, na­bie­ra­ły na Ko­lan­ce w ja­kiś ma­gicz­ny spo­sób cech wy­ra­zi­ste­go uni­for­mu. Wi­dząc je, każ­dy mó­wił bez wa­ha­nia: – Ten fa­cet jest dzien­ni­ka­rzem. Ubra­ny jest jak naj­ty­pow­szy dzien­ni­karz.

Ko­lan­ko szedł nie­zbyt czy­stym ko­ry­ta­rzem, otwie­rał drzwi róż­nych po­ko­jów, rzu­cał w nie uśmiech­nię­te: – Dzień do­bry. Jak się masz? – i na­tych­miast za­my­kał je za sobą. Wo­lał nie ry­zy­ko­wać za­sad­ni­czych wy­mian po­glą­dów z re­dak­to­ra­mi mu­ta­cji pro­win­cjo­nal­nych, re­cen­zent­ką te­atral­ną lub kie­row­nicz­ką dzia­łu sie­ro­ciń­ców. Wszedł do se­kre­ta­ria­tu, w któ­rym pa­no­wał strasz­ny krzyk, sta­no­wią­cy w isto­cie przy­ja­ciel­ską roz­mo­wę o wy­ści­gach kon­nych po­mię­dzy dwo­ma wy­so­ki­mi re­por­te­ra­mi spor­to­wy­mi a spe­cja­li­stą od po­rad praw­nych. Obok, roz­wa­lo­ny na bu­ja­ją­cym fo­te­lu, zna­ny fe­lie­to­ni­sta śpie­wał z uczu­ciem mod­ną pio­sen­kę o me­lan­cho­lij­nej doli sta­re­go ko­nia, któ­ry musi ustą­pić miej­sca sa­mo­cho­dom na dro­dze. Po­środ­ku tej na­wał­ni­cy dźwię­ków przy du­żym biur­ku, po­kry­tym pe­dan­tycz­nie uło­żo­ną ko­re­spon­den­cją, za­pro­sze­nia­mi, ter­mi­na­rza­mi, sie­dzia­ła z god­no­ścią star­sza pani, ślicz­nie ucze­sa­na, ude­rza­ją­co schlud­na, o śla­dach du­żej uro­dy na twa­rzy. Wcho­dzą­ce­go Ko­lan­kę po­zdro­wi­ła pro­mien­nym uśmie­chem, po czym spo­koj­nie przy­pu­dro­wa­ła nos. – Skąd się tu wziął ten fo­tel ba­bu­ni? – spy­tał Ko­lan­ko, wska­zu­jąc na sie­dze­nie roz­bu­ja­ne­go fe­lie­to­ni­sty. – To jest pierw­sza na­gro­da w no­wym kon­kur­sie pod na­zwą: „Wal­czy­my z bez­sen­no­ścią!”, pa­nie re­dak­to­rze. Ste­fan po­wie­dział, że trze­ba zna­leźć pięk­ny sym­bol tej wal­ki, wo­bec tego na­by­li­śmy ten fo­tel w dro­dze kup­na. – Czy jest Ste­fan? – spy­tał Ko­lan­ko. – Jest – od­par­ła pani. Ko­lan­ko bez pu­ka­nia otwo­rzył drzwi z na­pi­sem „Re­dak­tor Na­czel­ny” i wszedł do po­ko­ju.

Po­kój był urzą­dzo­ny brzyd­ko, za po­mo­cą ta­nich imi­ta­cji dro­gich me­bli. W oszklo­nej bi­blio­te­ce le­ża­ły bez­ład­nie i nie­po­rząd­nie ja­kieś bro­szu­ry. Przy oknie stał ni­ski czło­wiek, trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach ma­ry­nar­ki. Pa­trzył w okno, na za­wa­lo­ne be­la­mi ga­ze­to­we­go pa­pie­ru dłu­gie po­dwór­ko. Z dołu do­cho­dzi­ło dud­nie­nie ma­szyn dru­kar­skich. Czło­wiek przy oknie od­wró­cił się i rzekł:

– Jak się masz? Sia­daj.

Był mło­dy, miał twarz po­cią­ga­ją­cą i by­stre, ciem­no­nie­bie­skie oczy. W jego okrą­gła­wej po­sta­ci uwi­docz­nia­ły się skłon­no­ści do ty­cia. Uśmiech­nął się i uśmiech ten pod­kre­ślił jesz­cze jego rze­czy­wi­stą mło­dość.

Ko­lan­ko usiadł w fo­te­lu, prze­rzu­ca­jąc nogi przez skó­rza­ne opar­cie. Re­dak­tor na­czel­ny rzekł:

– Im­po­nu­ją­ce. Na me­dal, do­praw­dy. Masz dar nie­ustan­ne­go wpro­wa­dza­nia mnie w po­dziw. I to od szes­na­stu lat. Za każ­dym ra­zem z in­ne­go po­wo­du. Ta­kich skar­pe­tek jesz­cze nie wi­dzia­łem.

– Po­do­ba­ją ci się? – rzekł Ko­lan­ko bez we­so­ło­ści. – Bar­dzo się cie­szę.

– Po­do­ba­ją się to może nie­wła­ści­we sło­wo. Ale są do­praw­dy im­po­nu­ją­ce. – Uśmiech na­czel­ne­go re­dak­to­ra był samą iro­nią, lecz tak do­bro­tli­wą i po­błaż­li­wą, że znie­wa­la­ją­cą do re­wan­żu. Ko­lan­ko uśmiech­nął się.

– Słu­chaj, Ste­fan – rzekł – masz chwi­lę?

– Dla cie­bie za­wsze. Od szes­na­stu lat mogę cię słu­chać o każ­dej po­rze dnia i nocy.

– Do­brze, że za­zna­czasz te szes­na­ście lat. To, co ci po­wiem, do­ty­czy spraw daw­nych, może jesz­cze star­szych.

– Cie­ka­we – rzekł re­dak­tor na­czel­ny, sia­da­jąc za biur­kiem i wy­sy­pu­jąc pa­pie­ro­sy na szkla­ny blat. – Bierz. I słu­cham cię.

– Je­steś ode mnie o rok młod­szy, a więc obec­nie je­ste­śmy już w rów­nym wie­ku, nie? Ste­fan­ku, na­tęż pa­mięć i po­wiedz mi – Ko­lan­ko za­pa­lił wol­no i z na­my­słem pa­pie­ro­sa – czy pa­mię­tasz taki nie­my film z Do­ugla­sem Fa­ir­bank­sem pod ty­tu­łem Znak Zor­ro?

Pa­mię­tam – rzekł szyb­ko i z za­pa­łem re­dak­tor na­czel­ny. – Szedł w ki­nie „Cza­ry”, na Że­la­znej czy na Chłod­nej, już nie pa­mię­tam, gdzie było kino „Cza­ry”… Czło­wie­ku, co za cza­sy! Taka mała, brud­na, za­plu­ta sal­ka, za­duch i „dal­szy ciąg za chwi­lę” co parę mi­nut, w naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cych mo­men­tach, i deszcz na płót­nie, na sta­rej, zu­ży­tej ta­śmie, i Do­uglas Fa­ir­banks, ucie­le­śnio­ne ma­rze­nie z wą­si­kiem, zło­ty sen dzie­się­cio­let­nich chłop­ców, Czar­ny Pi­rat i Ro­bin Hood…

– Ja to wi­dzia­łem w ki­nie „Baj­ka”. Też gdzieś na Chłod­nej czy na Że­la­znej. Taka sama smro­dli­wa sal­ka, brud­ne scho­dy i krze­sła. Te kina, wiesz, dru­go­rzęd­ne i czwar­to­rzęd­ne, to były uni­wer­sy­te­ty na­sze­go po­ko­le­nia w wiel­kich mia­stach. Chło­nę­li­śmy z ekra­nu wie­dzę o ży­ciu i ide­ały, przy­ka­za­nia, ety­kę i ge­sty­ku­la­cję. Kształ­to­wa­li­śmy na­szą dzie­się­cio­let­nią mo­ral­ność na he­ro­sach nie­me­go fil­mu. Dou­glas Fa­ir­banks i Ed­die Polo, Har­ry Piel i Tom Mix wy­zna­cza­li na­sze po­zna­nie świa­ta i na­sze za­sa­dy w tym sa­mym stop­niu, w ja­kim d’Ar­ta­gnan, Win­ne­tou, Old Shat­ter­hand i pan Wo­ło­dy­jow­ski kształ­to­wa­li na­szych oj­ców.

Re­dak­tor na­czel­ny się za­my­ślił.

– Wiesz, coś w tym jest – po­wie­dział. – Film kow­boj­ski i sen­sa­cyj­ny z po­cząt­ków lat dwu­dzie­stych był sztu­ką wy­so­ce mo­ral­ną.

– Cie­szę się, że to ro­zu­miesz. Zwy­cię­żał za­wsze, po fan­ta­stycz­nej ga­lo­pa­dzie i nie­ludz­kiej bi­ja­ty­ce, do­bry sze­ryf, stróż pra­wa, przed­sta­wi­ciel i stron­nik ładu i do­bra. I my, tam na sal­ce kina „Fo­rum” czy „Ucie­cha”, wiel­bi­li­śmy siłę, zręcz­ność i pra­wość sze­ry­fa, a nie­na­wi­dzi­li­śmy, aż do wrza­sku, pod­łych zło­dziei by­dła, ohyd­nych ko­nio­kra­dów i sza­tań­skich mor­der­ców.

– Te czar­no-bia­łe kli­sze psy­chicz­ne były pry­mi­tyw­ne, lecz zdro­we. Na­to­miast…

– To nie na­le­ży do dzi­siej­szej po­ga­dan­ki – Ko­lan­ko uśmiech­nął się cie­pło, jak za­wsze, gdy roz­pra­wiał o spra­wach pa­sjo­nu­ją­cych – to by­ło­by już o roz­wo­ju fil­mu i li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej w la­tach trzy­dzie­stych. Na ra­zie po­wiedz, czy pa­mię­tasz film Znak Zor­ro, z wiel­kim Do­ugla­sem, cza­ru­ją­cym akro­ba­tą?

– Pią­te przez dzie­sią­te. Ja­kieś noc­ne po­je­dyn­ki, szty­le­ty, szpa­dy. Do­uglas Fa­ir­banks uno­szą­cy się na roz­ko­ły­sa­nym ogrom­nym ży­ran­do­lu w ja­kimś zam­ku, nad chma­rą swych prze­śla­dow­ców i ra­żą­cy bez­li­to­śnie wstręt­nych wro­gów, kła­dą­cy po­ko­tem całe ich sze­re­gi jed­nym bły­skiem swe­go nie­zwy­cię­żo­ne­go orę­ża…

– Pa­mię­tasz… – Ko­lan­ko wstał. Gdy za­pa­lał się do cze­goś, po­tra­fił mó­wić nie­zwy­kle su­ge­styw­nie, urze­kał roz­mów­ców. – Zor­ro wszę­dzie był, Zor­ro wie­dział wszyst­ko, Zor­ro był za­wsze sil­niej­szy, zręcz­niej­szy, mą­drzej­szy i od­waż­niej­szy od swych wro­gów. Zor­ro był przede wszyst­kim nie­po­ko­na­ny, za­wsze zwy­cię­ski. Na myśl nam nie przy­szło, by wte­dy spy­tać, jak to się wszyst­ko dzie­je. Ta na­iw­na ide­ali­za­cja ludz­kich moż­li­wo­ści była dla nas nie tyl­ko czymś oczy­wi­stym i wia­ro­god­nym, ale sta­no­wi­ła tak­że wspa­nia­łą po­żyw­kę na­szych ma­rzeń, wie­rzeń i uko­chań. A prze­cież jako dzie­się­cio­let­ni za­bi­ja­cy, po­stra­chy wiel­ko­miej­skich po­dwó­rek nie by­li­śmy już głu­pi, za­czy­na­li­śmy na­szą wie­dzę o tym, cze­go na świe­cie moż­na do­ko­nać, a cze­go nie. Mimo to drże­li­śmy przez dwu­go­dzin­ne spek­ta­kle o ży­cie Zor­ro i sza­le­li­śmy z ra­do­ści, gdy zwy­cię­żał. Nie py­ta­li­śmy nig­dy, dla­cze­go Zor­ro był za­wsze w miej­scu naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nym, skąd się tam wziął i w jaki spo­sób wy­do­stał się z kne­bla, łań­cu­chów, kaj­dan i za­mu­ro­wa­ne­go na amen lo­chu, w któ­rym zo­sta­wi­li­śmy go w po­przed­niej sce­nie. Nie­po­trzeb­ne nam były rze­czo­we wy­ja­śnie­nia w spra­wie po­gro­mu i rze­zi, ja­kiej nie­uzbro­jo­ny Zor­ro do­ko­nał przed chwi­lą na tłu­mie uzbro­jo­nych po zęby ol­brzy­mich dra­bów. Pra­gnę­li­śmy na­mięt­nie tych nie­praw­do­po­do­bieństw, mo­dli­li­śmy się o nie w głę­bi ło­mo­czą­cych, chło­pię­cych serc.

– Mój chłop­cze… – po­wie­dział re­dak­tor na­czel­ny ze zro­zu­mie­niem. – Cie­szę się z twej ro­man­tycz­nej, chło­pię­cej świe­żo­ści. Nie są­dzi­łem, że jesz­cze tyle jej za­cho­wa­łeś. Nie poj­mu­ję tyl­ko, skąd i w związ­ku z czym na­szły cię te wspo­mnie­nia?

– Sza­now­ny pa­nie re­dak­to­rze – Ko­lan­ko po­chy­lił się nad biur­kiem na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych rę­kach – mam nie­wąt­pli­wy za­szczyt oznaj­mić panu, że Zor­ro po­ja­wił się w War­sza­wie. Je­śli nie we wła­snej oso­bie, to w każ­dym ra­zie w oso­bie ko­goś, kto bez cie­nia wąt­pli­wo­ści jest jego sy­nem, wnu­kiem lub ja­kimś pol­skim po­wi­no­wa­tym.

– W War­sza­wie?… – uśmiech­nął się re­dak­tor na­czel­ny, lecz był to uśmiech skło­po­ta­ny, po­kry­wa­ją­cy wy­tę­żo­ny na­mysł – w War­sza­wie? Te­raz? W ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym czwar­tym roku? Pod ko­niec ostrej zimy? Wśród prze­peł­nio­nych tram­wa­jów? Wśród trosk o zwięk­sze­nie po­wierzch­ni miesz­kal­nej i o pod­nie­sie­nie pro­duk­cji ar­ty­ku­łów kon­sump­cyj­nych?…

– Tak – po­wie­dział z na­ci­skiem Ko­lan­ko – wszyst­ko się zga­dza. Te­raz. W War­sza­wie.

– Mam! – wy­krzyk­nął re­dak­tor na­czel­ny, pod­ry­wa­jąc się z fo­te­la i ude­rza­jąc się w czo­ło. – Mam! Nie mów nic…

– Masz. Chy­ba masz… – Ja­sne oczy Ko­lan­ki za­lśni­ły pod­nie­ce­niem, jak za­wsze wo­bec bły­sku zro­zu­mie­nia i by­stro­ści, tych naj­har­tow­niej­szych ro­dza­jów bro­ni praw­dzi­we­go dzien­ni­ka­rza.

– Wiem – re­dak­tor na­czel­ny mó­wił do­bit­nie i su­cho. – Chu­li­gań­stwo. Wrzód spo­łecz­ny. Trud­ne za­gad­nie­nie so­cjal­ne na­szych cza­sów. Jesz­cze nie zbrod­nia, a już wy­stę­pek.

– Cie­pło… Go­rą­co… – Ko­lan­ko uśmiech­nął się. – No więc? Pró­buj da­lej…

– Pa­sjo­nu­ją­ce. Może być pa­sjo­nu­ją­ce, tyl­ko cze­kaj… Ten twój war­szaw­ski Zor­ro, o ile ist­nie­je…

Na biur­ku za­dzwo­nił te­le­fon. Re­dak­tor na­czel­ny pod­niósł słu­chaw­kę. – Tak – po­wie­dział, po czym po chwi­li: – Niech tu przyj­dzie. Na­to­miast, pro­szę pani, na ra­zie nie ma mnie dla ni­ko­go. Je­stem śmier­tel­nie za­ję­ty. – Odło­żył słu­chaw­kę i rzekł do Ko­lan­ki: – To Kuba. Ma do cie­bie ja­kiś pil­ny in­te­res.

Wszedł Kuba. Spod roz­pię­tej w po­śpie­chu bre­zen­to­wej kurt­ki na fu­ter­ku wy­glą­da­ła prze­krzy­wio­na re­ze­do­wo-oliw­ko­wa musz­ka. Twarz miał zgrza­ną, znać na niej było ma­sko­wa­ne na­pię­cie. Wziął bez py­ta­nia pa­pie­ro­sa z roz­sy­pa­nych na biur­ku i za­pa­lił. Ko­lan­ko spoj­rzał nań py­ta­ją­co.

– No i co? – po­wie­dział, nie wy­trzy­mu­jąc efek­tow­ne­go mil­cze­nia Kuby.

– Nic ta­kie­go – rzekł Ku­buś już zu­peł­nie sztucz­nie i za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem – nic ta­kie­go. Tyl­ko że roz­ma­wia­łem z tym fa­ce­tem.

Ko­lan­ko chciał gwizd­nąć z po­dzi­wu, ale się w porę po­ha­mo­wał. Uwa­żał za wy­so­ce nie­pe­da­go­gicz­ne oka­zy­wać Ku­bu­sio­wi uzna­nie w for­mie zdu­mie­nia.

– Z ja­kim fa­ce­tem? – za­py­tał re­dak­tor na­czel­ny.

– Za­raz – rzekł Ko­lan­ko – opo­wia­daj wszyst­ko do­kład­nie.

Ku­buś usiadł na biur­ku.

– Fa­cet miesz­ka na Fa­brycz­nej – rzekł z wy­stu­dio­wa­ną non­sza­lan­cją. – Ka­mie­nicz­ka, mó­wię wam, pla­ka­to­wa. Po­wi­śle i jego ro­man­ty­ka, prze­wod­nik kra­jo­znaw­czy, stro­na taka i taka. We­wnątrz cał­kiem przy­zwo­icie, moż­na żyć, o ile nie ma się ta­kich prze­sad­nych wy­ma­gań jak umy­wal­ka czy wie­szak. Fa­cet pę­ka­ty, nie­wy­so­ki, krę­py, na­bi­ty w so­bie, wie pan, je­den z tych nie­du­żych kil­ku­na­sto­let­nich by­ków, na­ła­do­wa­nych dy­na­mi­tem. Na­zy­wa się Jan Stryć. Dużo mnie kosz­to­wa­ło… ta­len­tu, za­nim za­czął opo­wia­dać. Ci psz­cze­la­rze! – Ku­buś oży­wił się gwał­tow­nie – nic nie po­tra­fią, nic a nic. Wie pan, jak to było? Fa­cet sam mi opo­wia­dał. Ktoś go go­nił, prze­śla­do­wał, wresz­cie ska­to­wał do nie­przy­tom­no­ści na dole, pod dol­ną kruch­tą tego zruj­no­wa­ne­go ko­ścio­ła na Ła­zien­kow­skiej. Na­to­miast na­za­jutrz rano zna­le­zio­no go, rów­niut­ko uło­żo­ne­go, na stop­niach świą­ty­ni. Kto go za­ła­twił na dole, a po­tem wy­niósł dwa pię­tra w górę po akro­ba­tycz­nych ru­inach i zło­żył pie­czo­ło­wi­cie na uli­cy – tego nie wie. Mało – boi się o tym mó­wić. Jego twarz, cała w stru­pach, siń­cach, pla­strach, nie­bie­sko­si­na, kur­czy się na samo wspo­mnie­nie tego zaj­ścia. Ści­ska­ło mnie w doł­ku, gdy pa­trzy­łem na tę ma­skę, były na niej jesz­cze wi­docz­ne śla­dy ob­ca­sów, mimo że upły­nął już po­nad ty­dzień. Jego ru­chy, wie pan, ta cała apa­szow­sko-kna­jac­ka ge­sty­ku­la­cja ga­śnie w oczach na wspo­mnie­nie tam­tych chwil i fa­cet sta­je się na­raz po­dob­ny do wy­cho­wan­ka do­bro­czyn­nej ochron­ki w sza­rym far­tusz­ku. Wresz­cie, na za­koń­cze­nie, po­wie­dział mi: „Przy­ja­cie­lu, imię moje mia­ło do nie­daw­na moc­ne zna­cze­nie tu, na bli­skim Czer­nia­ko­wie. Dźwię­cza­ły w nim noże i szkło bu­te­lek z czer­wo­ną kart­ką, na­pa­ści i ra­bun­ki, krwa­we noc­ne roz­pra­wy i głu­che od­gło­sy roz­bi­ja­nych ka­mie­nia­mi cza­szek. I inne jesz­cze spra­wy, o któ­rych pra­gnę za­po­mnieć. Ja i moi chłop­cy by­li­śmy w sta­nie roz­pę­dzić na czte­ry wia­try lo­kal­ne za­wo­dy za­pa­śni­cze i obez­wład­nić jed­ne­go z naj­po­tęż­niej­szych w War­sza­wie atle­tów, tak że był zda­ny na na­szą ła­skę i nie­ła­skę. Nie wie­dzia­łem, co to strach. To wszyst­ko skoń­czy­ło się te­raz bez­pow­rot­nie. Już nig­dy nie wyj­dę ciem­ną nocą w roz­ło­gi czer­nia­kow­skie­go por­tu, na szlak ulic Mącz­nej i Za­gór­nej, pod drew­nia­ne, źle oświe­tlo­ne pło­ty… Przed­wczo­raj przy­ją­łem pra­cę w warsz­ta­cie wi­kli­niar­skim i mam ci­chą na­dzie­ję spę­dzić naj­bliż­sze parę lat na ma­łym krze­seł­ku, wy­pla­ta­jąc ko­biał­ki. Py­tasz, co póź­niej?… Kto wie, może uda mi się wstą­pić na kurs ste­no­gra­fii, lecz są to pla­ny da­le­kie i śmia­łe, wy­ma­ga­ją­ce ener­gii, któ­rej mi zbra­kło. Nie po­żą­dam już ni­cze­go prócz spo­ko­ju. Przy­ja­cie­lu, po­słu­chaj, po­wiem ci coś, co zdo­by­łem jako naj­cen­niej­szą praw­dę mego mło­de­go ży­cia: pa­mię­taj – nie ma sil­nych! Każ­dy znaj­dzie w koń­cu lep­sze­go od sie­bie. Ja zna­la­złem i wy­sia­dam. Mam do­syć”.

Za­pa­no­wa­ło przez chwi­lę mil­cze­nie. Wszy­scy pa­li­li po­żą­dli­wie, kłę­by dymu uno­si­ły się nad biur­kiem.

– Ubar­wi­łeś tro­chę tę wy­po­wiedź – rze­ki Ko­lan­ko. – Wąt­pię, czy Jan Stryć tak wła­śnie mó­wił.

– Tro­chę – przy­znał Ku­buś zgod­nie – ale jej sens od­da­łem ści­śle i wier­nie. Nowa – de­wi­za ży­cio­wa Jana Stry­cia: „nie ma sil­nych!” po­cho­dzi wprost od nie­go.

Skąd on to wszyst­ko wy­do­stał? – gryzł się w du­chu Ko­lan­ko. – Skąd on to wie, ten smar­kul, jak on to zdo­był? Ale żad­na siła pod słoń­cem nie zmu­si­ła­by go do za­da­nia Ku­bu­sio­wi tych py­tań.

– Słu­chaj­cie, chłop­cy, bra­ku­je mi tyl­ko jed­ne­go ogni­wa – rzekł re­dak­tor na­czel­ny.

– Masz, czy­taj… – Ko­lan­ko po­dał mu nu­mer „Ży­cia War­sza­wy” z za­kre­ślo­ną czer­wo­nym ołów­kiem wzmian­ką. Re­dak­tor na­czel­ny ogar­nął not­kę jed­nym spoj­rze­niem, przy­gryzł lek­ko dol­ną war­gę i po­wie­dział:

– Ro­zu­miem. W po­rząd­ku. Słu­chaj, Kuba, zo­staw nas sa­mych. Wiesz… ta­kie spra­wy z za­kre­su ży­cia uczu­cio­we­go twe­go pryn­cy­pa­ła, mi­strza, wy­cho­waw­cy i ide­ału – re­dak­to­ra Ko­lan­ki, o któ­rych praw­dzi­wy męż­czy­zna roz­ma­wia tyl­ko w czte­ry oczy. W sześć jest już trud­niej.

Ku­buś wziął pięć pa­pie­ro­sów i wy­szedł. Re­dak­tor na­czel­ny pod­szedł do okna, wło­żył ręce w kie­sze­nie i za­pa­trzył się na po­dwó­rze.

– Nie mów nic – po­wie­dział ci­cho, nie od­wra­ca­jąc się do Ko­lan­ki – wiem, co chcesz po­wie­dzieć.

– Nie wszyst­ko – od­parł Ko­lan­ko, ba­wiąc się ołów­kiem. – Mu­szę ci jesz­cze za­jąć tro­chę cza­su opo­wia­da­niem o ostat­niej pa­sji pew­ne­go mło­de­go le­ka­rza, dok­to­ra Wi­tol­da Hal­skie­go. Otóż dok­tor Hal­ski spę­dza ostat­nio bez­sen­ne noce, ła­miąc so­bie gło­wę nad na­stę­pu­ją­cą za­gad­ką…

Gdy skoń­czył, re­dak­tor na­czel­ny od­wró­cił się z po­wro­tem od okna.

– Te­raz wiem wszyst­ko – rzekł po­wo­li. – Na­wet to, co cię roz­sa­dza, od cze­go wprost pę­kasz. No, po­wiedz wresz­cie, wy­rzuć z sie­bie, złap mnie za kla­py, wy­trzą­śnij ze mnie od­po­wiedź, krzycz! Prze­cież znam cię szes­na­ście lat i wiem, że nic na świe­cie nie jest w tej chwi­li dla cie­bie waż­ne, że nic nie ist­nie­je, prócz jed­ne­go je­dy­ne­go, za­sad­ni­cze­go py­ta­nia: kie­dy my się włą­czy­my do par­tii? My – to zna­czy „Express Wie­czor­ny”!

Ko­lan­ko uśmiech­nął się. I mil­czał. Wi­dać było, jak bar­dzo jest za­do­wo­lo­ny. Zła­pa­ło go! – po­my­ślał nie bez zło­śli­wej ucie­chy. – Już te­raz nie bę­dzie miał spo­ko­ju, tak jak ja… Już go trzy­ma. Bied­ny Ste­fan.

Re­dak­tor na­czel­ny cho­dził wol­nym kro­kiem po dy­wa­nie, dy­miąc jak ko­min. Mi­mo­cho­dem spraw­dził, czy drzwi są do­brze za­mknię­te. Po­tem, od nie­chce­nia – czy słu­chaw­ka leży pra­wi­dło­wo na wi­deł­kach te­le­fo­nu. Wresz­cie za­trzy­mał się przed Ko­lan­ką, któ­ry spoj­rzał nań z uwa­gą. Wie­dział, że za chwi­lę usły­szy coś waż­ne­go.

– Po­słu­chaj – rzekł re­dak­tor na­czel­ny – to, co ci mó­wię, prze­zna­czo­ne jest wy­łącz­nie dla cie­bie. Przed­wczo­raj mia­no­wa­ny zo­stał spe­cjal­ny peł­no­moc­nik do wal­ki z chu­li­gań­stwem na te­re­nie War­sza­wy. Jest to wia­do­mość ści­śle po­uf­na, sam fakt stwo­rze­nia ta­kie­go sta­no­wi­ska nie zo­stał po­da­ny do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, co wska­zu­je na to, w jak waż­kiej i skom­pli­ko­wa­nej pro­ble­ma­ty­ce ob­ra­ca się spra­wa chu­li­gań­stwa. Peł­no­moc­nik wy­po­sa­żo­ny zo­stał w da­le­ko idą­ce upraw­nie­nia.

Oczy Ko­lan­ki były samą uwa­gą.

– Jest to mło­dy, po­dob­no bar­dzo zdol­ny ofi­cer z Ko­men­dy Głów­nej MO – kon­ty­nu­ował re­dak­tor na­czel­ny. – Mówi się o nim jako o wscho­dzą­cej gwieź­dzie w swym za­wo­dzie.

Chwi­lę mil­cze­li. Po czym Ko­lan­ko rzekł:

– Czy mógł­byś mi po­wie­dzieć jego na­zwi­sko?

Szes­na­ście lat… – po­my­ślał szyb­ko re­dak­tor na­czel­ny – szes­na­ście lat… Ko­cha­ny chło­pak, tyl­ko tro­chę za­nad­to lubi wód­kę… Ale cóż?

– Owszem – rzekł po nie­do­strze­gal­nym mo­men­cie wa­ha­nia. – Owszem. Na­zy­wa się Mi­chał Dziar­ski. Jest po­rucz­ni­kiem.

– Dzię­ku­ję – rzekł Ko­lan­ko, nie­do­strze­gal­nie od­dy­cha­jąc z ulgą. Był wście­kły na sie­bie, że za­dał to py­ta­nie. Wspa­nia­ły fa­cet, ten Ste­fan… – po­my­ślał z wdzięcz­no­ścią. – Co by to było, gdy­by nie mógł albo nie ze­chciał od­po­wie­dzieć… Strasz­li­wa sy­tu­acja… Po czym do­dał:

– A o tym, kie­dy my za­cznie­my ta­so­wać kar­ty, nie myśl na ra­zie. My – to zna­czy „Express Wie­czor­ny”. Daj im za­grać kil­ka pul sin­gla, a po­tem otwo­rzy­my raz w ciem­no i zdu­blu­je­my na wid­no… Do­bra? Tym bar­dziej iż na­le­ży się li­czyć z tym, że po­rucz­nik Dziar­ski usią­dzie już nie­ba­wem na czwar­tej ręce. No, tym­cza­sem…

Otwo­rzył drzwi. W se­kre­ta­ria­cie przy­jął go skłę­bio­ny tłum cze­ka­ją­cych i wro­gie okrzy­ki: – Jak moż­na tak dłu­go! – mio­tał się ko­men­ta­tor po­li­tycz­no-eko­no­micz­ny. – My mamy na­praw­dę, rze­czy­wi­ście waż­ne spra­wy! – pie­ni­ła się ze zło­ści pani re­dak­tor kul­tu­ral­ny w ty­pie od­wiecz­nej sa­want­ki i su­fra­żyst­ki. W drzwiach stał uśmiech­nię­ty re­dak­tor na­czel­ny. – Pro­szę… Pro­szę bar­dzo… – po­wta­rzał.

W re­dak­cji miej­skiej Kuba le­żał na sto­le, jadł buł­kę z kieł­ba­są i wer­to­wał szyb­ko bie­żą­cą pra­sę co­dzien­ną i ty­go­dnio­wą. Ko­lan­ko sta­nął przy biur­ku, prze­kła­da­jąc ma­chi­nal­nie anon­se, za­pro­sze­nia, ko­mu­ni­ka­ty.

– Ku­buś – po­wie­dział – na mia­sto! Za­ła­twisz dziś dy­rek­cję ba­rów mlecz­nych, krót­ki wy­wiad z kon­ser­wa­to­rem baszt sta­ro­miej­skich, no­wi­ny z prze­my­słu te­re­no­we­go, otwar­cie mu­zeum fi­la­te­li­stycz­ne­go, za­kła­dy wy­ro­bu ter­mo­fo­rów, za­opa­trze­nie skle­pów WSS w droż­dże. Pięk­nie zro­bi­łeś dziś tego Stry­cia, nie ma co… Ale to jesz­cze nie­ak­tu­al­ne… – Ko­lan­ko chwa­lił, nie pa­trząc na Ku­bu­sia.

– Nie mam żalu do ni­ko­go – rzekł Ku­buś po­god­nie. – To była spra­wa ho­no­ru.

Wy­jął z szu­fla­dy bu­tel­kę ta­niej wody la­wen­do­wej i prze­tarł ręce. Wło­żył kurt­kę, na­sta­wił koł­nierz, po­pra­wił musz­kę.

– Ku­bu­siu – ode­zwał się mięk­ko Ko­lan­ko, sia­da­jąc na biur­ku. – Po­słu­chaj: je­ste­śmy jak cier­pli­wi ogrod­ni­cy, grze­bią­cy w za­chwasz­czo­nym ogro­dzie. Mu­si­my mieć czuj­ne oczy i czu­łe ręce. Uwa­żaj, syn­ku – w tej chwi­li kła­dę w twój mózg wo­sko­wą ta­blicz­kę jak pły­tę gra­mo­fo­no­wą przed na­gra­niem i żło­bię na niej pierw­szy ro­wek. Dziar­ski. Mi­chał Dziar­ski. Za­pa­mię­taj so­bie to imię i na­zwi­sko, a za­ra­zem za­po­mnij, jak się je wy­ma­wia. Na­to­miast miej oczy i uszy otwar­te i gdzie­kol­wiek lub kie­dy­kol­wiek w cią­gu naj­bliż­sze­go cza­su do­wiesz się o nim cze­goś, no­tuj to so­bie pil­nie na swej wo­sko­wej ta­blicz­ce. Chcę wie­dzieć o tym na­zwi­sku i jego wła­ści­cie­lu wszyst­ko, co zdo­być mogą tacy dwaj lu­dzie jak ty i ja. Zro­zu­mia­łeś?

Ku­buś kiw­nął po­waż­nie gło­wą. I wy­szedł.

Ko­lan­ko sta­nął przy oknie i za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Za wą­wo­zem to­rów ko­le­jo­wych roz­cią­ga­ła się za­chod­nia War­sza­wa: da­chy, reszt­ki ruin, kom­plek­sy za­bu­do­wań fa­brycz­nych To­wa­ro­wej, Ka­rol­ko­wej, Zło­tej, Łuc­kiej, Grzy­bow­skiej, Kroch­mal­nej. – Moje mia­sto – szep­nął Ko­lan­ko – ko­cham je jak my­śli­wiec, któ­re­go sen­sem i chlu­bą jest nie­za­wod­na orien­ta­cja. Dla­te­go je­stem dzien­ni­ka­rzem.

Otwo­rzył szu­fla­dę i wzrok jego padł na książ­kę Ki­scha. Roz­warł ją, za­czął czy­tać. Dzien­ni­kar­stwo sen­ty­men­tal­ne – po­my­ślał po chwi­li – ale miłe i smacz­ne… – Za­głę­bił się wy­god­nie w fo­tel i w książ­kę.

Ock­nął się na dźwięk te­le­fo­nu. – Tu ja, Kuba – usły­szał w słu­chaw­ce. – Co jest? – Nic spe­cjal­ne­go. Robi się po­go­da… – Te­le­fo­nu­jesz, żeby mi to za­ko­mu­ni­ko­wać? – Nie, nie tyl­ko, Chcia­łem po­wie­dzieć panu re­dak­to­ro­wi, że je­stem głod­ny. – To idź na obiad. – Wła­śnie za­mie­rzam to za chwi­lę uczy­nić. Mam strasz­ny ape­tyt na zra­zy z ka­szą. – Nie­złe. Dzię­ku­ję ci za ści­słość in­for­ma­cji. Tyl­ko co to mnie ob­cho­dzi? – Do­praw­dy? Nic a nic? Szko­da. No to do wi­dze­nia. – Że­gnaj, mło­dy pa­ta­fia­nie! – Aha! Aha! Był­bym za­po­mniał na śmierć… Chcia­łem jesz­cze panu po­wie­dzieć, że nie­ja­ki pan Mi­chał Dziar­ski jest skarb­ni­kiem War­szaw­skie­go To­wa­rzy­stwa Fi­la­te­li­stów. Ca­łu­ję pana re­dak­to­ra w po­li­czek… – Kuba!… – Po dru­giej stro­nie dru­tu nie było już ni­ko­go.

Ge­nial­ny gów­niarz… – po­my­ślał Ko­lan­ko. Był sam i nie po­trze­bo­wał przed ni­kim ukry­wać zble­fo­wa­ne­go wy­ra­zu za­sko­cze­nia na twa­rzy. – Po co mu Kisch? Każ­dy jego dzień jest cie­kaw­szy od dzie­się­ciu opo­wia­dań Ki­scha.

Po­szedł do se­kre­ta­ria­tu. – Oto książ­ka Ego­na Er­wi­na Ki­scha – rzekł do schlud­nej, star­szej pani za biur­kiem – któ­rą re­por­ter Ja­kub Wi­rus skła­da za moim po­śred­nic­twem na pani ręce jako na­gro­dę po­cie­sze­nia w kon­kur­sie pod na­zwą: „Walcz­my z bez­sen­no­ścią!”.

3

Ży­je­my tu, w War­sza­wie, ży­ciem tram­wa­jo­wym. Zna­czy to, że w na­szej war­szaw­skiej epo­ce tram­waj wzniósł się do roli sym­bo­lu. Oczy­wi­ście – tram­waj wy­ra­ża miej­ską jed­nost­kę ko­mu­ni­ka­cyj­ną, taką samą jak tro­lej­bus czy au­to­bus. Mówi się: ży­je­my ży­ciem ta­kim czy in­nym, wte­dy gdy ży­cie owo do­by­wa z czło­wie­ka jego naj­istot­niej­sze ce­chy. Czy­li że w ze­tknię­ciu z nim czło­wiek ob­ja­wia się w ca­łej swej oka­za­ło­ści. Prze­peł­nio­ny ir­ra­cjo­nal­nie tram­waj war­szaw­ski sta­no­wi do­sko­na­ły od­czyn­nik, prze­ko­nu­je­my się w nim co­dzien­nie, jacy je­ste­śmy i jak bar­dzo ży­je­my ży­ciem tram­wa­jo­wym. W chwi­li gdy naj­bliż­szy bliź­ni de­mo­lu­je nam śle­dzio­nę, ma­sa­kru­je ner­ki, uni­ce­stwia czar do­pie­ro co ku­pio­ne­go płasz­cza, ni­we­czy z tru­dem przy­szy­te gu­zi­ki, gasi bru­tal­nie prze­pięk­ny po­łysk żar­li­wie wy­czysz­czo­nych bu­tów, gnie­cie na mia­zgę wie­zio­ne dla dzie­ci ciast­ka, uśmie­cha się prze­pra­sza­ją­co, pa­ku­jąc nam w usta rę­kaw od kurt­ki, w któ­rej przed chwi­lą czy­ścił ko­mi­ny lub wy­pa­ko­wy­wał sta­re śle­dzie – w ta­kiej chwi­li, po­wta­rzam, in­stynk­ty, jak dzia­ła ża­glo­wej fre­ga­ty, wy­su­wa­ją się groź­nie z burt na­szych dusz. Wte­dy do­pie­ro spo­strze­ga­my z prze­ra­że­niem, jacy po­tra­fi­my być pier­wot­ni, dzi­cy, ego­istycz­ni, kłó­tli­wi, nie­to­le­ran­cyj­ni, za­śle­pie­ni, krót­ko­wzrocz­ni. Z dru­giej stro­ny – ileż wspa­nia­łych war­to­ści do­strze­ga­my na­raz w ży­ciu, gdy uda nam się we­pchnąć jako ostat­ni do roz­cho­dzą­ce­go się w szwach au­to­bu­su, gdy przy­god­ny są­siad, wi­sząc na stop­niu, od­stą­pi nam trzy cen­ty­me­try kwa­dra­to­we miej­sca, aku­rat tyle, by po­sta­wić na nich szpic buta, gdy zła­pa­ny roz­pacz­li­wie za kra­wat ten, któ­ry już do po­ło­wy tkwi w środ­ku, uśmiech­nie się bez pre­ten­sji i przy­gar­nie nas moc­nym ra­mie­niem, gdy wresz­cie star­sza pani, któ­rej, prąc ku wyj­ściu, strą­ci­li­śmy ka­pe­lusz, po­rwa­li w strzę­py ga­ze­ty i wgnie­tli całą za­war­tość siat­ki z ma­słem, ja­ja­mi i mar­mo­la­dą w biust, uśmiech­nie się z tram­wa­jo­wą me­lan­cho­lią i po­wie smut­ne, lecz prze­ba­cza­ją­ce: – Nie szko­dzi… – Wte­dy wi­dzi­my, jak da­le­ce po­tra­fi­my być so­li­dar­ni, wy­ro­zu­mia­li, ludz­cy i coś cie­płe­go roz­pły­wa się nam jak słod­ka, roz­grza­na cze­ko­la­da koło ser­ca. Nic nie wzbu­dza w nas tak nie­przy­tom­nej zło­ści i bez­myśl­nej chę­ci awan­tur, jak nie­koń­czą­ce się wy­cze­ki­wa­nie na wy­pcha­ne ludź­mi tro­lej­bu­sy, do któ­rych nie moż­na się do­stać, jak tę­po­ta, bru­tal­ność i nie­uprzej­mość w tram­wa­ju, o nic nie bę­dzie­my się sprze­czać i kłó­cić tak na­mięt­nie, jak o gru­biań­stwa współ­pa­sa­że­rów i bez­dusz­ną wro­gość kon­duk­to­rów. Ale też nic nie wzbu­dza w nas ta­kie­go uczu­cia za­do­wo­le­nia, sa­tys­fak­cji i wy­go­dy, jak wi­dok wy­cze­ki­wa­ne­go nu­me­ru na ulicz­nym ho­ry­zon­cie i stwier­dze­nie, że znaj­dzie­my w nim miej­sce sie­dzą­ce. Tram­waj wy­zwa­la w nas dziś w War­sza­wie cen­ną bez­po­śred­niość prze­ży­wa­nia i dla­te­go ży­je­my tu, w War­sza­wie, ży­ciem tram­wa­jo­wym.

Tro­lej­bus li­nii nu­mer 54 ob­jeż­dża skwe­rek za po­mni­kiem Mic­kie­wi­cza i koń­czy swą tra­sę obok daw­nej Re­sur­sy, wśród sie­dem­na­sto­wiecz­nych ka­mie­ni­czek pół­noc­nej czę­ści Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia. Cze­ka tu już nań za­zwy­czaj spo­ra ko­lej­ka, zwłasz­cza oko­ło go­dzi­ny dru­giej po po­łu­dniu, to zna­czy w cza­sie, gdy lek­ko zdy­sza­ny ostrym sprin­tem od rogu Mio­do­wej dok­tor Hal­ski do­łą­czył do ogon­ka i ode­tchnął głę­bo­ko, usta­wiw­szy się na koń­cu. Tuż przed nim sta­ła po­staw­na, do­rod­na pani w wie­ku bal­za­kow­skim, ubra­na z nie­za­prze­czal­ną, lecz zbyt bo­ga­tą i osten­ta­cyj­ną ele­gan­cją; od­wró­ci­ła się ku nie­mu i uj­rzaw­szy smu­kłe­go blon­dy­na o mi­łej, chło­pię­cej twa­rzy, w mod­nym, choć tro­chę eks­cen­trycz­nym płasz­czu ko­lo­ru be­żo­we­go pia­sku, uśmiech­nę­ła się le­ciut­ko, z apro­ba­tą i odro­bi­ną do­sko­na­le kon­tro­lo­wa­nej ko­kie­te­rii. Chwi­lę po­tem przy­sta­nął za Hal­skim nie­wy­so­ki mło­dy czło­wiek w bre­zen­to­wej kurt­ce z fu­trza­nym koł­nie­rzem, spod któ­re­go wy­glą­da­ła fi­lu­ter­nie cy­no­bro­wo-tra­wia­sta musz­ka. Mło­dy czło­wiek gryzł lu­kro­wa­ne mig­dał­ki, tak zwa­ne ka­mycz­ki, i zda­wał się bez resz­ty za­to­pio­ny w swych my­ślach.

Becz­ko­wa­ty, czer­wo­ny tro­lej­bus po­czął się wy­peł­niać ludź­mi, dłu­ga ko­lej­ka szyb­ko zni­ka­ła w jego brzu­chu. Cią­gle przy­by­wa­li nowi pa­sa­że­ro­wie. Za Hal­skim i wła­ści­cie­lem bar­wi­stej musz­ki wsia­dło kil­ku stu­den­tów, za­kon­ni­ca, trzy go­spo­dy­nie do­mo­we, dwóch mon­te­rów z elek­trow­ni miej­skiej ze sprzę­tem, star­szy pan w czap­ce uszat­ce, ofi­cer pie­cho­ty, chu­dy czło­wiek o dłu­gich wło­sach, wy­ma­lo­wa­na dziew­czy­na w żół­tej chu­st­ce, zwią­za­nej na gło­wie spo­so­bem zna­nym ze sta­ro­egip­skich ma­lo­wi­deł na ścia­nach pi­ra­mid, i wie­lu in­nych. Mło­da kon­duk­tor­ka o ho­żej twa­rzy dała sy­gnał, wóz ru­szył, z jezd­ni roz­le­gły się krzy­ki: – Za­raz, za­raz! Tu jesz­cze lu­dzie! – jak­by tro­lej­bu­sy słu­ży­ły na ogół do prze­wo­zu psze­ni­cy, po czym kie­row­ca zwol­nił i przy­sta­nął. W tro­lej­bu­sie było już tak cia­sno, że się­gnię­cie do kie­sze­ni po pie­nią­dze sta­ło się za­da­niem z ro­dza­ju kwa­dra­tu­ry koła, nie­mniej pa­sa­że­ro­wie po­czę­li do­by­wać mo­ne­ty, wy­krzy­wia­jąc so­bie wza­jem­nie na­kry­cia gło­wy i go­dząc się bo­le­śnie w czul­sze oko­li­ce kor­pu­su. Z ze­wnątrz za­czę­ły się zno­wu krzy­ki: – Co za lu­dzie!… W środ­ku peł­no miej­sca, a dziec­ko wisi na stop­niu!… – wo­bec cze­go ci w środ­ku ści­snę­li się jesz­cze cia­śniej, umiesz­cza­jąc wła­sne koń­czy­ny w cu­dzych kie­sze­niach, rę­ka­wach i koł­nier­zach, a wy­twor­na dama przy­war­ła szczel­nie, ca­łym cia­łem do dok­to­ra Hal­skie­go, któ­ry, chcąc być grzecz­ny, usi­ło­wał cof­nąć się nie­co i zgniótł do­tkli­wie sto­pę mło­dzień­co­wi zdob­ne­mu w ra­do­sną musz­kę. Ten syk­nął: – Auu! Pa­nie. Uwa­żaj pan. – Hal­ski prze­pro­sił i po­my­ślał: Per­fu­my do­bre, tyl­ko zbyt in­ten­syw­ne, nie co­fa­jąc jed­nak twa­rzy z bez­po­śred­nie­go sty­ku z lśnią­cy­mi, ru­da­wo­kasz­ta­no­wa­ty­mi wło­sa­mi damy, wy­glą­da­ją­cy­mi, jak­by do­pie­ro co wy­szły spod piesz­czo­tli­we­go do­ty­ku fry­zje­ra fa­na­ty­ka. Dziec­ko na stop­niu oka­za­ło się za­czer­wie­nio­nym z wy­sił­ku, sze­ro­ko uśmiech­nię­tym fa­ce­tem o wy­glą­dzie re­fe­ren­ta sku­pu w po­waż­nej in­sty­tu­cji i tro­lej­bus ru­szył po­now­nie, prze­je­chał kil­ka­dzie­siąt me­trów, po czym z god­no­ścią sta­nął, gdyż na da­chu coś trza­snę­ło. Mo­tor­ni­czy ru­chem star­tu­ją­ce­go pły­wa­ka za­nu­rzył się w tłum blo­ku­ją­cy wyj­ście i wy­sko­czył z wozu, lu­dzie za­czę­li wy­sia­dać, by po­pa­trzeć, co się sta­ło. Wte­dy tro­lej­bus po­je­chał fi­glar­nie parę me­trów z wła­sne­go po­pę­du, a gro­mad­ka cie­ka­wych, z mo­tor­ni­czym na cze­le, pu­ści­ła się w roz­pacz­li­wą po­goń za nim. Wresz­cie wszy­scy wpa­ko­wa­li się z po­wro­tem, mo­tor­ni­czy usiadł z po­wa­gą za kie­row­ni­cą i nic da­lej się nie dzia­ło, wóz stał. Wśród głu­chych stęk­nięć miaż­dżo­nych kla­tek pier­sio­wych roz­legł się prze­ry­wa­ny głos star­sze­go pana w czap­ce uszat­ce: – Dla­cze­go nie je­dzie­my, na li­tość bo­ską? Kie­dy my po­je­dzie­my? – Jak zdej­mie pan rękę z dzwon­ka – po­wie­dzia­ła zim­no kon­duk­tor­ka o ho­żej twa­rzy. Pan w czap­ce uszat­ce pu­ścił po­ręcz z dzwon­kiem, wóz ru­szył, a pan w czap­ce uszat­ce ru­nął twa­rzą w fla­ne­lo­wy, bia­ło-nie­bie­ski to­bół, trzy­ma­ny na ko­la­nach przez mło­dą ko­bie­tę w ka­pe­lu­szu przy­po­mi­na­ją­cym brą­zo­we pu­deł­ko do bu­tów. Z to­bo­łu roz­legł się do­no­śny, gniew­ny płacz świa­do­me­go swych moż­li­wo­ści nie­mow­lę­cia.

Zbu­do­wa­na jak Dum­ba­dze – my­ślał Hal­ski, wy­trzy­mu­jąc, nie bez sa­tys­fak­cji, na­pór wy­twor­nej damy. – Za mło­du mo­gła­by osią­gnąć pięk­ne wy­ni­ki w rzu­tach… – ode­zwa­ła się w nim du­sza lek­ko­atle­ty – tyl­ko… dla­cze­go za mło­du? Prze­cież to cał­kiem mło­da pani. I dla­cze­go tyl­ko w rzu­tach? Trud­no było zde­cy­do­wać się na okre­śle­nie wie­ku, pa­trząc, na­wet z tak bli­ska, na kunsz­tow­ny, choć wy­raź­ny ma­ki­jaż. W każ­dym ra­zie nie moż­na było od­mó­wić uro­dy tej twa­rzy; wy­ra­zi­ste rysy, duże, ciem­no­bła­wat­ne oczy, wszyst­ko kre­ślo­ne kształt­nie, bo­ga­to. Gdy zdję­ła rę­ka­wicz­kę, by wy­jąć pie­nią­dze, za­uwa­żył kosz­tow­ną bi­żu­te­rię na jej du­żej, moc­nej, bar­dzo wy­pie­lę­gno­wa­nej dło­ni. Ini­cja­ty­wa pry­wat­na… – po­my­ślał Hal­ski. – Na pew­no. Tro­lej­bus za­ha­mo­wał rap­tow­nie na przy­stan­ku przy ho­te­lu „Bri­stol”, pani przy­war­ła jesz­cze ści­ślej do dok­to­ra, od­wró­ci­ła gło­wę, szep­nę­ła z uśmie­chem: – Prze­pra­szam… – W oczach jej mi­go­ta­ła nie­wąt­pli­wa za­chę­ta.

Na przy­stan­ku cze­ka­ła nowa gru­pa sztur­mo­wa, któ­ra na­tych­miast za­czę­ła za­ja­dłe wdzie­ra­nie się do środ­ka. – Sta­ną tacy w przej­ściu i się nie ru­szą… Ani w tą, ani w tam­tą… – Co się pani tak pcha?… – A jak się mam pchać?… – Pa­nie! Moje poń­czo­chy! Co pan tam ma na dole?… – sły­chać było ze wszech stron. Ścisk sta­wał się męką. – Pu­sty wóz, jak pra­gnę szczę­ścia! – darł się ja­kiś fa­cet na ze­wnątrz – a nic wejść nie da­dzą… Nie po­su­ną się, miej­sca nie zro­bią… Co za lu­dzie! Prze­cież wszy­scy chcą je­chać. – Na stop­niu wej­ścio­wym wi­sia­ła kiść ciał, trzy­ma­ją­cych się już nie­le­d­wie mi­li­me­trów opar­cia.

Mimo sy­gna­łu do od­jaz­du raz jesz­cze otwo­rzy­ły się z sy­kiem pneu­ma­tycz­ne drzwi wej­ścio­we. Przed nimi sta­ły trzy oso­by: dwo­je nie­wi­do­mych sta­rusz­ków, bied­nie odzia­nych, i pan w śred­nim wie­ku, któ­ry rzekł do mo­tor­ni­cze­go: – Pan bę­dzie ła­skaw wy­sa­dzić tych pań­stwa na Ja­snej, do­brze? – Po czym po­mógł sta­rusz­kom wejść na sto­pień i wtło­czyć się do środ­ka wozu. Mo­tor­ni­czy kiw­nął po­ta­ku­ją­co i ru­szył. Sta­rusz­ko­wie, męż­czy­zna i ko­bie­ta, za­ko­ły­sa­li się nie­pew­nie, trzy­ma­jąc się sie­bie kur­czo­wo, z owym wy­ra­zem smut­nej na­iw­no­ści ce­chu­ją­cej twa­rze ślep­ców. Na­tych­miast pod­trzy­ma­ły ich po­moc­ne dło­nie, co jed­nak nie roz­wią­zy­wa­ło sy­tu­acji: nie­wi­do­mi nie znaj­do­wa­li dla sie­bie miej­sca w prze­strze­ni. Ich bia­łe la­ski i trzy­ma­ny pod pa­chą przez męż­czy­znę nie­opa­ko­wa­ny bo­che­nek chle­ba spra­wia­ły wszyst­kim wo­ko­ło nie­wy­mow­ną przy­krość, jak nie­słusz­ne oskar­że­nie, a jed­no­cze­śnie bu­dzi­ły go­rą­ce, prze­moż­ne współ­czu­cie.

Na naj­bliż­szej ław­ce sie­dzia­ło dwóch mło­dych lu­dzi w be­re­tach. Były to czar­ne, ster­czą­ce na gło­wie be­re­ty, o pie­czo­ło­wi­cie wy­mo­de­lo­wa­nych fał­dach i za­głę­bie­niach. Twa­rze pod nimi były chu­de, świe­żo wy­go­lo­ne, ze śla­da­mi zmę­cze­nia na ce­rze. Nie roz­ma­wia­li ze sobą, je­den dłu­bał obo­jęt­nie w no­sie, pa­trząc na nie­wi­do­mych, dru­gi przy­glą­dał się im z ro­dza­jem za­cie­ka­wie­nia, ta­kim, ja­kim da­rzy się osła­bio­ne z zim­na, nie­mra­wo su­ną­ce po ścia­nie mu­chy. Oby­dwaj no­si­li ja­sno­żół­te, brud­na­we sza­li­ki i oby­dwaj mie­li coś od­py­cha­ją­ce­go w twa­rzach: je­den – gru­bą, zna­mio­nu­ją­cą bru­tal­ność gór­ną szczę­kę, dru­gi – spłasz­czo­ny nie­zgrab­nie nos. Nie­wi­do­mi opie­ra­li się o ich ko­la­na. – Tacy to nie wsta­ną… – mruk­nął pan w czap­ce uszat­ce. – Mło­dzież… Wy­cho­wa­nie… – po­wie­dzia­ła dość gło­śno ja­kaś ko­bie­ta. Ogon­ki na czar­nych be­re­tach ani drgnę­ły. – Pa­nie – nie wy­trzy­mał je­den z mon­te­rów – to miej­sce jest dla in­wa­li­dów. – Mło­dzie­niec o gru­bej szczę­ce spoj­rzał na nie­go obo­jęt­nie. – Co pan po­wie? – rzekł. – A to no­wi­na. – Nie­praw­da – ode­zwał się dru­gi, ten ze spłasz­czo­nym no­sem. – Na­ucz się pan czy­tać. To miej­sce jest dla mat­ki z dziec­kiem – do­dał, wol­no wy­ma­wia­jąc sło­wa i wska­zu­jąc nie­dba­le na czar­ny na­pis nad swo­ją gło­wą. – I ja je­stem mat­ka, a ten pan – wska­zał pal­cem na sie­dzą­ce­go obok – to moje dziec­ko… – Hi, hi, hi… – za­krztu­sił się dru­gi sztucz­nym, wy­zy­wa­ją­cym chi­cho­tem. Za ple­ca­mi Hal­skie­go po­sia­dacz urze­ka­ją­cej musz­ki strzyk­nął nad­gry­zio­nym ka­mycz­kiem w okrą­głe den­ko mod­ne­go ka­pe­lu­sza swe­go naj­bliż­sze­go są­sia­da i za­czął gwał­tow­nie prze­py­chać się do przo­du; Hal­ski krę­cił się dość nie­spo­koj­nie, gdyż dama była wy­so­ka i za­sła­nia­ła mu nie­co pole wi­dze­nia swą pięk­nie on­du­lo­wa­ną gło­wą w sza­rym tocz­ku. – No, już… – po­wie­dział dru­gi z mon­te­rów, wy­so­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna w gru­bym, im­pre­gno­wa­nym płasz­czu. – Wsta­waj pan… – Tro­lej­bus do­jeż­dżał do pla­cu Ma­ła­chow­skie­go. Oby­dwaj mło­dzień­cy w be­re­tach wsta­li, je­den z nich rzekł do nie­wi­do­mych: – Pro­szę bar­dzo… Pro­szę sia­dać… – Fa­cet ze spłasz­czo­nym no­sem oka­zał się po wsta­niu wy­so­ki i moc­no zbu­do­wa­ny. Sta­nął przy panu w czap­ce uszat­ce, tuż przed mon­te­ra­mi. – Cze­go się pan tak pa­trzy? – spy­tał bar­czy­sty mon­ter gło­śno. Ze­wsząd zwró­ci­ły się ku nie­mu gło­wy pa­sa­że­rów, w gło­sie jego dźwię­cza­ła awan­tu­ra. – Trze­ba było sie­dzieć – do­dał. – Co zna­czy dla ta­kich, że sta­rzy lu­dzie i in­wa­li­dzi sto­ją. Pa­trzy się, jak­bym go skrzyw­dził… – Przez chwi­lę pa­no­wa­ło mil­cze­nie, po czym wy­so­ki ze spłasz­czo­nym no­sem rzekł su­cho: – Ra­cja, ra­cja, wszyst­ko ra­cja… – nie prze­sta­jąc pa­trzeć pro­wo­ka­cyj­nie na mon­te­ra, któ­ry pod­niósł głos: – To cze­go się pan tak pa­trzy? Nie wi­dział kto, jaki strasz­ny! – Ra­cja, ra­cja… – po­wtó­rzył wy­so­ki, ce­dząc wol­no sło­wa – tyl­ko mi się pań­ska mor­da nie po­do­ba. – Tro­lej­bus do­jeż­dżał do Ja­snej. Zbi­ty tłum drgnął jak na­elek­try­zo­wa­ny. Hal­ski ru­szył do przo­du, od­py­cha­jąc nie­co zbyt rap­tow­nie swą są­siad­kę. Po­chwy­cił jej zdzi­wio­ne spoj­rze­nie. Za nim parł mło­dzie­niec w tę­czo­wej musz­ce. Jak nie­ocze­ki­wa­nie ro­dzi się pod­łość w czło­wie­ku – my­ślał szyb­ko Hal­ski – prze­cież ci w be­re­tach są tak wy­raź­nie win­ni, sta­no­wią w tej chwi­li taki kon­cen­trat zła, sami nie wi­dzą tego – czuł, jak na­ra­sta w nim tro­chę bez­sil­na nie­na­wiść do fa­ce­tów w be­re­tach. – Ty smar­ku! – w gło­sie mon­te­ra za­drża­ła pa­sja, spur­pu­ro­wiał na tę­gim kar­ku. – Ja mógł­bym ta­kie­go syna, jak ty… – Tyl­ko nie ba­sem, oby­wa­te­lu, niech pan nie bie­rze ba­sem – rzekł z ostrze­ga­ją­cą kpi­ną niż­szy, z gru­bą szczę­ką. Tro­lej­bus przy­sta­nął na Ja­snej, nie­wi­do­mi sta­rusz­ko­wie wy­sie­dli, wzdy­cha­jąc cięż­ko, spro­wa­dze­ni tro­skli­wie ze stop­nia, po czym mo­tor­ni­czy szyb­ko ru­szył. – Do cze­go to po­dob­ne – rzekł dru­gi z mon­te­rów – żeby tak gbu­ro­wa­to…

Tro­lej­bus wje­chał w drga­ją­cy po­tok tło­czą­cych się u zbie­gu Kru­czej i Wi­dok po­jaz­dów i prze­chod­niów, z obu stron roz­cią­ga­ły się dłu­gie, głę­bo­kie wą­wo­zy ro­ze­rwa­nej poza ba­rie­ra­mi ochron­ny­mi jezd­ni; w dole le­ża­ła za­gma­twa­na, ciem­na, ta­jem­ni­cza ar­ma­tu­ra prze­wo­dów ka­na­li­za­cyj­nych i świetl­nych wiel­kie­go mia­sta. Stło­cze­nie w prze­smy­ku dro­gi, klak­so­ny, okrzy­ki, prze­kleń­stwa szo­fe­rów, ło­skot aut cię­ża­ro­wych, po­szum tłu­mu i do­no­śne dźwię­ki me­ga­fo­nów z CDT, po­kry­wa­ją­cych to wszyst­ko skłę­bio­ną rum­bą „O Tico-Tico-Ti, o Tico-Tico-Ta…” kon­tra­sto­wa­ły ude­rza­ją­co z na­pię­tą, ugnia­ta­ją­cą jak cia­sny but ci­szą w tro­lej­bu­sie.

Hal­ski prze­dzie­rał się roz­pacz­li­wie do przo­du. Cze­go ja tam chcę? – my­ślał go­rącz­ko­wo – prze­cież nie będę się bił… Jed­no­cze­śnie siła ja­kaś pcha­ła go na­przód. Owład­nę­ło nim na­raz pa­rzą­ce prze­czu­cie, że za chwi­lę na­stą­pi coś, na co cze­ka od daw­na, wie­ki całe, cze­go pra­gnie, o czym nie ma po­ję­cia, co to ma być. Za sobą czuł kon­wul­syj­ne wy­sił­ki mło­dzień­ca w musz­ce, wal­czą­ce­go o wy­do­sta­nie się z obez­wład­nia­ją­ce­go uchwy­tu cia­sno­ty. Wte­dy wła­śnie padł krót­ki, schry­pły krzyk:

– Adaś, w ryja go!…

Wy­so­ki ze spłasz­czo­nym no­sem skur­czył się bły­ska­wicz­nie w so­bie i na­gle wy­cią­gnię­tą ze ści­sku ręką, bez za­ma­chu, ude­rzył bar­czy­ste­go mon­te­ra w usta. Jed­no­cze­śnie niż­szy z gru­bą szczę­ką szarp­nął z ca­łej siły pneu­ma­tycz­ne, drzwi wyj­ścio­we – w me­cha­ni­zmie coś głu­cho pę­kło. Usta mon­te­ra po­kry­ły się na­tych­miast krwią z roz­cię­tych płyt­ko warg. – O Boże! – krzyk­nę­ła ja­kaś ko­bie­ta. Wóz za­ko­ły­sał się od na­głe­go szarp­nię­cia ha­mul­ców. Hal­ski do­słow­nie ode­pchnął damę w sza­rym tocz­ku. – Pro­szę pana… Tak nie moż­na… – za­czę­ła ostro dama, pod­czas gdy oczy jej strze­li­ły bla­skiem, któ­ry zna­czył: „Jak bar­dzo mi się po­do­basz!…”. Mon­ter wku­lił gło­wę mię­dzy ra­mio­na i usi­ło­wał uwol­nić ręce z plą­ta­ni­ny trzy­ma­nych w dole licz­ni­ków elek­trycz­nych. Mo­tor­ni­czy gwał­tow­nie od­krę­cił szy­bę, wy­chy­lił się i krzyk­nął: – Mi­li­cja! – Dru­gi mon­ter krzy­czał hi­ste­rycz­nie: – Ja ci po­ka­żę, ty ło­bu­zie! – Za Hal­skim mło­dzie­niec w musz­ce prze­ko­py­wał się bez­kom­pro­mi­so­wo ko­la­nem przez ko­tło­wa­ni­nę po­sta­ci. Wy­so­ki wy­ko­nał nie­po­trzeb­ny, z sa­mej ma­nie­ry, unik gło­wą, ja­koś od­wi­nął na płask rękę i ude­rzył po raz dru­gi, z wiel­ką siłą. Gło­wa bar­czy­ste­go mon­te­ra rąb­nę­ła o kant sta­lo­we­go uchwy­tu ręcz­ne­go pod pu­ła­pem wozu, oczy mu zmęt­nia­ły, zda­wał się tra­cić przy­tom­ność. Kon­duk­tor­ka ci­snę­ła kur­czo­wo dzwo­nek, któ­ry dźwię­czał bez prze­rwy, pan w czap­ce uszat­ce zbladł jak płót­no, niż­szy z gru­bą szczę­ką roz­wa­lił do koń­ca drzwi. Hal­ski nie mógł mi­nąć snu­ją­ce­go mu się przed oczy­ma sza­re­go tocz­ka i złych, ale peł­nych uzna­nia ciem­no­bła­wat­nych oczu, fa­ce­ci w be­re­tach sko­czy­li z wozu, ale nie sami. Wraz z nimi le­ciał ja­kiś ciem­ny kształt. Po­tem Hal­ski stra­cił orien­ta­cję. In­stynk­tow­nie, ru­chem krau­li­sty prze­ło­żył ra­mię przez do­rod­ną damę i dzie­lą­cych go od mon­te­ra lu­dzi i pod­trzy­mał mu gło­wę: od skro­ni przez po­li­czek wi­dać było na­brzmie­wa­ją­cą krwa­wo­si­ną kre­chę; fa­cet nie pa­dał, gdyż trzy­mał go tłum. Może być groź­ne… – po­my­ślał Hal­ski i na­gła pa­sja od­ję­ła mu na uła­mek se­kun­dy świa­do­mość, wi­bru­ją­ce prę­gi za­drga­ły mu w oczach i wy­peł­ni­ły uszy. Rzu­cił się ku wyj­ściu, dro­gę za­sko­czył mu mło­dzian w musz­ce, któ­ry przy­warł no­sem do szy­by i chci­wie pa­trzył. Z tyłu za sobą sły­szał krzy­ki: – Po­mo­cy! Ra­tun­ku! Dok­to­ra!… – Hal­ski po­trą­cił bru­tal­nie mło­dzień­ca i za­wisł na stop­niu – pod sobą miał dwu­me­tro­wą wy­rwę, przed sobą – pęcz­nie­ją­cy tłum ulicz­ny. W dole wy­rwy, na czer­wo­nych od mi­nii ru­rach, le­ża­ły bez ru­chu dwa cia­ła w żół­tych sza­li­kach i be­re­tach. Ich szy­je i pod­bród­ki po­kry­wa­ły się w oczach krwią. W bia­ły dzień!… – tłu­kło się w mó­zgu Hal­skie­go – w sa­mym środ­ku War­sza­wy… Już ska­ka­li w dół lu­dzie z ob­słu­gi wier­ta­rek i kom­pre­so­rów, któ­rych huk, wy­mie­sza­ny z dźwię­ka­mi „O Tico-Tico-Ti, o Tico-Tico-Ta…”, nie usta­wał ani na chwi­lę. Szar­pią­ca ura­za do sie­bie sa­me­go wy­peł­ni­ła mu ser­ce, zro­zu­miał to, co prze­mknę­ło bez­pow­rot­nie obok nie­go. Ale nie było cza­su na za­sta­na­wia­nie. Wsko­czył do wozu i za­wo­łał: – Pro­szę o miej­sce! Je­stem le­ka­rzem!… – Tro­lej­bus pu­sto­szał gwał­tow­nie, Hal­ski po­ło­żył mon­te­ra na ław­ce z po­mo­cą jego ko­le­gi. Z dala do­cho­dził już od­głos sy­re­ny po­go­to­wia, wi­docz­nie wszyst­ko dzia­ło się dłu­żej, niż wplą­ta­ny w wy­pad­ki Hal­ski mógł oce­nić. Mon­ter otwo­rzył z wy­sił­kiem męt­ne, za­łza­wio­ne, jak­by ma­śla­ne oczy. Hal­ski, uspo­ko­jo­ny, wy­sko­czył z tro­lej­bu­su; wy­rwa peł­na była lu­dzi, tak że już nie wi­dać było ran­nych. Do­strzegł w tłu­mie bia­ły ki­tel le­ka­rza po­go­to­wia i mimo woli się uśmiech­nął. Prze­tarł dło­nią czo­ło i się­gnął po kie­szon­ko­wy ter­mi­na­rzyk. Szyb­ko prze­je­chał pal­cem po brze­gu, na­ci­snął li­te­rę „K”, otwo­rzył i szu­kał wśród pię­ciu nu­me­rów te­le­fo­nów, któ­re mu zo­sta­wił Ko­lan­ko. Uniósł gło­wę, czu­jąc na so­bie czyjś in­ten­syw­ny wzrok. Na tro­tu­arze, w pierw­szym rzę­dzie zbi­te­go tłu­mu, sta­ła dama w tocz­ku. Wi­dząc, że Hal­ski pa­trzy na nią, od­wró­ci­ła się i prze­dzie­ra­jąc się przez tłum, ode­szła ku Ale­jom Je­ro­zo­lim­skim. Mi­mo­wol­nie i bez­myśl­nie Hal­ski od­pro­wa­dził spoj­rze­niem jej wy­so­ką, po­staw­ną syl­wet­kę w sza­ro­per­ło­wej pe­li­sie, ze srebr­no­sza­rym fu­trem na koł­nie­rzu. Zmę­czo­nym kro­kiem wszedł do CDT i zbli­żył się do au­to­ma­tu te­le­fo­nicz­ne­go.

Mło­dzie­niec w cy­no­bro­wo-tra­wia­stej musz­ce stał nie­zde­cy­do­wa­ny, jak­by po­grą­żo­ny w my­ślach, na brze­gu wy­rwy; na­pie­ra­ją­cy tłum od­su­wał go co­raz bar­dziej od miej­sca wy­pad­ku. Nie prze­ciw­sta­wiał się temu na­po­ro­wi, tak że w koń­cu zna­lazł się na jezd­ni, dość da­le­ko od tro­lej­bu­su, po­mię­dzy szo­fe­ra­mi stło­czo­nych tu przy­mu­so­wo sta­rów-20 i war­szaw-FSO. – Taki drań! – mó­wi­ła ja­kaś sta­ra ko­bie­ta z ko­szy­kiem peł­nym wik­tu­ałów – po­bił, o mało co nie za­bił tych dwóch pa­nów, tam na dole… Taki chu­li­gan!… – Ale kto? – de­ner­wo­wał się gru­by szo­fer w brud­nym, gra­na­to­wym kom­bi­ne­zo­nie – kto to był? – Sam wi­dzia­łem – mó­wił szyb­ko chu­der­la­wy gość w cy­kli­stów­ce, bez płasz­cza, z rę­ka­mi w kie­sze­niach. – Wy­pchnął tych dwóch z tro­lej­bu­su i sko­czył za nimi w dół… – Pasy bym darł z tych cho­ler, chu­li­ga­nów – rzekł sze­ro­ki w ple­cach żoł­nierz o czer­wo­nej, chłop­skiej twa­rzy; prze­su­nął okrą­głą czap­kę z czer­wo­nym oto­kiem na tył gło­wy i po­wtó­rzył: – Pasy drzeć z tych ło­bu­zów… – I co się z nim sta­ło, z tym na­past­ni­kiem? – do­py­ty­wał się szczu­pły pan w oku­la­rach pod pil­śnio­wym ka­pe­lu­szem. – Aresz­to­wa­li go, sama wi­dzia­łam – rze­kła sta­ra ko­bie­ta z ko­szy­kiem. – Gdzie tam, bab­ciu – po­wie­dział chu­der­la­wy kpią­co. – Znikł jak sen jaki zło­ty. Wi­docz­nie wsiąkł w te rury… – Ale jak? – de­ner­wo­wał się gru­by szo­fer – jak moż­na tak znik­nąć? Prze­cież te rury zu­peł­nie jak na wierz­chu… I małe, tak ła­two się w nie nie wej­dzie. Ja­sny dzień wo­ko­ło, do cho­le­ry, tyl­ko bez cu­dów! – Jak… to jego spra­wa… – Chu­der­la­wy uśmiech­nął się przy­chyl­nie. – Rą­czy chło­pak nie zgi­nie, da so­bie radę. – Taki ło­buz… – rze­kła sta­ra ko­bie­ta – kary na ta­kich nie ma. Dwóch pa­nów po­bił, po­ra­nił… – A w ga­ze­tach ani mru-mru. Dla­cze­go o tym nie pi­szą w ga­ze­tach? –Zde­ner­wo­wa­ny szo­fer mach­nął ręką i tra­fił w pierś za­my­ślo­ne­go mło­dzień­ca w ko­lo­ro­wej musz­ce. – Prze­pra­szam pana – po­wie­dział – to przez nie­uwa­gę. Ale dla­cze­go o tym nie pi­szą w ga­ze­tach? – Dla­cze­go o tym nie pi­szą w ga­ze­tach? – po­wtó­rzył ma­chi­nal­nie ude­rzo­ny mło­dzie­niec z bla­dym, ode­rwa­nym od rze­czy­wi­sto­ści uśmie­chem. I na­gle rąb­nął się ręką w czo­ło, oczy jego na­bra­ły na­raz wy­ra­zu żar­li­we­go sku­pie­nia, wy­krzyk­nął: – Dla­cze­go o tym nie pi­szą w ga­ze­tach?! – i pu­ścił się pę­dem w stro­nę Szpi­tal­nej, jak­by za­pa­liw­szy mo­to­ry od­rzu­to­we u swych bu­tów. Wszy­scy za­mar­li z roz­war­ty­mi ze zdu­mie­nia usta­mi, gru­by szo­fer – z wznie­sio­nym wska­zu­ją­cym pal­cem, któ­rym za­mie­rzał ob­ró­cić parę razy przy czo­le dla pla­stycz­ne­go uwy­pu­kle­nia swej opi­nii o zni­ka­ją­cym wśród prze­chod­niów i po­jaz­dów mło­dzień­cu.

O tej po­rze moż­na było za­stać re­dak­to­ra Edwi­na Ko­lan­kę tam tyl­ko, gdzie dają do­brze zjeść. Naj­le­piej zaś moż­na zjeść w nie­wiel­kich klu­bach, ży­ją­cych ży­ciem za­mknię­tym, za to za­sob­nym we wła­sne re­stau­ra­cje. Bez­pre­ten­sjo­nal­ność sta­no­wi, jak wia­do­mo, styg­mat praw­dzi­wej sztu­ki, w tych tedy bez­pre­ten­sjo­nal­nych re­stau­ra­cjach od­pra­wia­li nad pły­tą ku­chen­ną swe cza­ro­dziej­skie prak­ty­ki praw­dzi­wi ar­ty­ści war­szaw­skiej pa­tel­ni. Ku­bu­siu! – wo­łał do sie­bie Ja­kub Wi­rus, bie­gnąc pla­cem Wa­rec­kim – wy­cza­ruj w swej du­szy wi­zję fi­le­tu z po­lę­dwi­cy lub san­da­cza po pol­sku i idź nie­omyl­nie za jej wo­nią. Twój du­cho­wy nos za­pro­wa­dzi cię nie­chyb­nie tam, gdzie trze­ba. W ten spo­sób do­bił, zdy­sza­ny, do ro­ko­ko­wej fa­sa­dy Klu­bu Li­te­ra­tów na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu. Nie zdej­mu­jąc fu­trza­nej kurt­ki, sto­czył się swym la­wi­nia­stym sys­te­mem ze scho­dów i zna­lazł się w nie­wiel­kiej, sty­lo­wo skle­pio­nej piw­ni­cy o dwóch po­zio­mach. Rze­czy­wi­ście – przy jed­nym z bia­ło na­kry­tych sto­li­ków sie­dział Edwin Ko­lan­ko, po­chy­lo­ny z od­da­niem nad ta­le­rzem, na któ­rym roz­po­ście­rał się im­po­nu­ją­cy roz­mia­ra­mi i zdro­wym, ru­mia­nym ko­lo­rem szny­cel z grosz­kiem. Kuba przy­siadł się, otarł spo­co­ne czo­ło, po­pra­wił cy­no­bro­wo-tra­wia­stą musz­kę i po­wie­dział:

– Wie pan co?

– Nie – od­parł Ko­lan­ko, kro­jąc szny­cel na fo­rem­ne kęsy.

– Wi­dzia­łem cud.

– Moż­li­we – zgo­dził się Ko­lan­ko. – Ta­kie rze­czy zda­rza­ją się, gdy mło­dzież nad­uży­wa al­ko­ho­lu.

– Nic z tych rze­czy – rzekł Kuba, bio­rąc pal­ca­mi fryt­ki z ta­le­rza Ko­lan­ki, naj­wi­docz­niej w celu po­kry­cia zde­ner­wo­wa­nia. – Wi­dzia­łem, jak fa­cet roz­pły­nął się w po­wie­trzu.

– Na rogu Wi­dok i Kru­czej? – spy­tał obo­jęt­nie Ko­lan­ko – w bia­ły dzień? W sa­mym ser­cu War­sza­wy?

Fryt­ka sta­nę­ła Ku­bu­sio­wi w gar­dle jak spusz­czo­ny se­ma­for. Oczy wy­szły mu na wierzch, za­nim prze­łknął.

– To… pan już wie?… – wy­krztu­sił.

– Wiem.

– Wszyst­ko?

– W każ­dym ra­zie tyle samo co ty.

– Aha… – rzekł Ku­buś in­te­li­gent­nie.

Dra­pał się przez chwi­lę in­ten­syw­nie w ze­szło­rocz­ne pie­gi na no­sie, po czym rzekł:

– No więc co? Na­pi­sze­my?

– Nie – od­parł Ko­lan­ko.

– Ale dla­cze­go?! – wrza­snął Kuba. Je­dzą­cy przy są­sied­nich sto­li­kach po­eci i dra­ma­to­pi­sa­rze, któ­rzy i tak z nie­sma­kiem pa­trzy­li na jego nie­roz­dzia­ną kurt­kę i ude­rza­ją­cą musz­kę, spoj­rze­li nań z wy­raź­nym wy­rzu­tem.

– Sy­necz­ku – rzekł Ko­lan­ko z ową tro­skli­wo­ścią, w któ­rej jest coś z groź­by – po to, aby pi­sać, trze­ba przede wszyst­kim wie­dzieć, o czym się pi­sze. Wie­dzieć, ro­zu­miesz, za­sa­da nu­mer je­den. In­a­czej za­czy­na się pi­sać o wę­żach mor­skich. Tyl­ko bez sa­mo­bój­czych bra­mek, chłop­cze, w ten spo­sób nie doj­dzie­my do żad­nych wy­ni­ków. A te­raz chodź na kawę, przy któ­rej opo­wiem ci o rze­czach rów­nie cie­ka­wych, jak po­ucza­ją­cych…

To rze­kł­szy, zło­żył po­rząd­nie nóż i wi­de­lec oraz uśmiech­nął się do ład­nej kel­ner­ki, co mia­ło ozna­czać, że pa­trząc na nią, zdol­ny jest bez do­tkliw­sze­go uczu­cia przy­kro­ści, wręcz ocho­czo, za­pła­cić za szny­cel z grosz­kiem.

4

W żad­nym z miast na świe­cie śnieg nie ma tak krań­co­wych hu­mo­rów jak w War­sza­wie; nig­dzie nie po­tra­fi tak szyb­ko i tak bez­na­dziej­nie zmie­niać się w brud­ne, drę­czą­ce bło­to, ale też nig­dzie nie pada z ta­kim wdzię­kiem jak w tym mie­ście. Pada wte­dy mięk­ko i ci­cho, po­kry­wa świat cały pu­szy­stą bie­lą, mie­nią­cą się w nocy gra­na­to­wy­mi re­flek­sa­mi na da­chach i skwe­rach, bu­dzi tę­sk­no­ty za mi­nio­nym dzie­ciń­stwem.

Tego mar­co­we­go wie­czo­ru śnieg pa­dał wo­kół kio­sku Ju­liu­sza Ka­lo­don­ta jak w baj­kach An­der­se­na – bez­sze­lest­nie, ob­fi­cie i ko­ją­co. Była póź­na go­dzi­na i pan Ju­liusz Ka­lo­dont pa­ko­wał skrzęt­nie swój dru­ko­wa­ny to­war przed pój­ściem na za­słu­żo­ny wy­po­czy­nek w ła­god­nym krę­gu do­mo­wej lam­py. Skła­dał skru­pu­lat­nie „Pro­ble­my” i „Przy­ja­ciół­ki”, po­gwiz­du­jąc z uczu­ciem Leć, ptasz­ku, wy­so­ko… i snu­jąc rów­no­cze­śnie głę­bo­kie roz­wa­ża­nia nad rzew­ną pol­sko­ścią tej pie­śni. To­też duży ka­mień, któ­ry wpadł na­gle, roz­biw­szy przed­nią szy­bę kio­sku, do jego wnę­trza, stał się dla nie­go osza­ła­mia­ją­cą, choć nie­bo­le­sną nie­spo­dzian­ką. Pierw­sze­mu dzi­wić się nie na­le­ży, było to re­ak­cją cał­kiem na­tu­ral­ną; dru­gie sta­no­wi­ło rzecz czy­ste­go przy­pad­ku – ka­mień mi­nął gło­wę Ka­lo­don­ta o mi­li­me­try, stłukł z brzę­kiem naf­to­wą lamp­kę i po­grą­żył kiosk w kom­plet­nych ciem­no­ściach.

Trze­ba tu stwier­dzić otwar­cie, iż w pierw­szej se­kun­dzie pan Ka­lo­dont sku­lił się, za­mknąw­szy oczy. Osta­tecz­nie gwał­tow­ne przej­ście z mi­łej at­mos­fe­ry re­per­tu­aru chó­ru „Ma­zow­sze” do su­ro­wych wa­run­ków ob­le­ga­ne­go w śre­dnio­wie­czu bar­ba­ka­nu uspra­wie­dli­wia taką chwi­lo­wą po­sta­wę wo­bec szyb­ko roz­wi­ja­ją­cych się wy­pad­ków. Sy­tu­acja ob­rzu­ca­ne­go gła­za­mi z nie­wi­dzial­nych be­lu­ard czy ka­ta­pult kio­sku „Ru­chu” nie na­le­ży do naj­przy­jem­niej­szych; trze­ba wszak so­bie po­wie­dzieć, że bu­dow­la ta ma na ogół inne prze­zna­cze­nie niż wa­row­ne bur­gi żąd­nych wra­żeń feu­da­łów. Z dru­giej stro­ny Ju­liusz Ka­lo­dont był star­cem wiel­kie­go ser­ca i nie­ugię­te­go du­cha. Ock­nął się tedy po chwi­li z drę­two­ty, szyb­ko wy­su­nął dol­ną szu­flad­kę i się­gnął do niej. W tej sa­mej se­kun­dzie sta­ło się coś ta­kie­go, co spra­wi­ło, że Ju­liusz Ka­lo­dont stał się jesz­cze bar­dziej ma­lut­ki, sku­lo­ny i jesz­cze moc­niej za­ci­snął po­wie­ki na oczach. Tuż za kio­skiem roz­legł się strasz­ny krzyk ka­to­wa­ne­go czło­wie­ka, po­tem roz­dzie­ra­ją­cy jęk czło­wie­ka o miaż­dżo­nych koń­czy­nach, a po­tem szyb­ki, pa­nicz­ny tu­pot ucie­ka­ją­cych nóg, któ­re­go nie mógł stłu­mić na­wet pu­szy­sty dy­wan świe­że­go śnie­gu.

Jak dłu­go sie­dział w tej po­zy­cji, trud­no było okre­ślić. Tro­chę pew­no­ści sie­bie przy­wró­ci­ła mu zu­peł­na ci­sza. Ka­lo­dont po­pra­wił ma­cie­jów­kę i ostroż­niut­ko wy­su­nął gło­wę przez roz­bi­tą szy­bę. Uli­ca była pu­sta i bia­ła, śnieg pa­dał bez szme­ru i bez ustan­ku, w per­spek­ty­wie pla­cu Trzech Krzy­ży snu­li się za­póź­nie­ni prze­chod­nie. Ka­lo­dont ode­tchnął głę­bo­ko, otarł zro­szo­ne po­tem czo­ło i odło­żył do szu­flad­ki to, co z niej wy­jął. Mi­go­tli­wy blask je­dy­nej na­prze­ciw­ko la­tar­ni ulicz­nej oświe­tlał przez uła­mek se­kun­dy przed­mio­cik. Była to ró­żo­wo­czer­wo­na tub­ka pa­sty do zę­bów mar­ki Ka­lo­dont.

Przy­siadł jesz­cze na chwi­lę, przy­trzy­mu­jąc ręką tęt­nią­ce po tych prze­ży­ciach ser­ce. Na­gle drgnął. Przed kio­skiem sta­ła ja­kaś po­stać. Nie­moż­li­wo­ścią było nie tyl­ko ro­ze­zna­nie ry­sów twa­rzy, ale na­wet wy­raź­niej­szych, bar­dziej spre­cy­zo­wa­nych kon­tu­rów syl­wet­ki; nie­moż­li­wo­ścią było stwier­dzić, czy ów ktoś jest wy­so­ki czy ni­ski, chu­dy czy gru­by. I cho­ciaż ner­wy Ju­liu­sza Ka­lo­don­ta znaj­do­wa­ły się w sta­nie roz­trzę­sie­nia, to prze­cież reszt­ką zdro­we­go roz­sąd­ku po­jął, że ów ktoś sta­nął po­mię­dzy nim a od­le­głą la­tar­nią tak umie­jęt­nie, iż za­sło­nił sobą i tak ską­pe świa­tło. Był to jed­nak kró­ciut­ki prze­błysk trzeź­wo­ści w in­te­lek­cie Ju­liu­sza Ka­lo­don­ta. Chwi­lę po­tem nie­wy­raź­ny kształt rzekł:

– Do­bry wie­czór, pa­nie Ka­lo­dont…

…i dziel­ny sta­rzec po­padł znów w ro­dzaj hip­no­zy, w któ­rej wy­da­rze­nia speł­nia­ją funk­cję hip­no­ty­ze­ra.

– Dddo­bry wwwie­czór… – wy­bą­kał. Po czym do­dał, cze­pia­jąc się resz­tek opa­no­wa­nia:

– Czym mogę sssłu­żyć?…

– Pacz­ką wcza­so­wych i przy­jaź­nią… – rzekł po­waż­nie kształt. Głos miał ci­chy, dźwięcz­ny, tro­chę su­ro­wy.

– Cooo ttoo znna­aczy?… – wy­ją­kał pod su­mia­stym wą­sem Ka­lo­dont. Po­ło­żył nie­pew­nym ru­chem pacz­kę pa­pie­ro­sów przed sobą.

– To zna­czy, że bar­dzo pra­gnę, aby­śmy zo­sta­li przy­ja­ciół­mi, pa­nie Ka­lo­dont – po­wie­dział kształt z wy­szu­ka­ną uprzej­mo­ścią w gło­sie. I do­dał z od­cie­niem po­wścią­gli­wej kon­fi­den­cjo­nal­no­ści: – Ja… szu­kam przy­ja­ciół, pa­nie Ka­lo­dont, i wła­śnie po­my­śla­łem so­bie o panu. Zda­je się, że w samą porę… – Ka­lo­don­to­wi zda­wa­ło się, jak­by wy­ko­nał gest wska­zu­ją­cy na le­żą­cy jesz­cze cią­gle na jed­nej z pół­ek ka­mień. Po czym po­ło­żył pie­nią­dze, a wziął pa­pie­ro­sy. Na ser­decz­nym pal­cu ręki, bio­rą­cej tek­tu­ro­we pu­deł­ko, za­lśnił mi­ria­da­mi bły­sków ol­brzy­mi, prze­pięk­ny, opraw­ny w ma­syw­ną pla­ty­nę bry­lant.

Po se­kun­dzie świa­tło pa­dło na roz­war­tą, zdu­mio­ną, prze­ra­żo­ną twarz Ju­liu­sza Ka­lo­don­ta. Przed kio­skiem nie było ni­ko­go. Nic – tyl­ko bia­ła, śnież­na ci­sza.


CZĘŚĆ DRUGA

1

Dłu­gi rząd aut stał przed sta­cją ben­zy­no­wą na Po­lnej. Za ma­łym oplem wiel­ki FS lu­blin, za kacz­ko­wa­tą IFĄ zgrab­ny star-20, za krzep­ką war­sza­wą czar­ny che­vro­let-de-luxe.

Coś za­trzy­ma­ło się w spraw­nym prze­ta­cza­niu mie­sza­nek spa­li­no­wych i ole­jów, szo­fe­rzy ob­sie­dli stop­nie wo­zów i pa­li­li ze sma­kiem pa­pie­ro­sy. Ko­niec mar­ca był po­god­ny, pierw­szy wą­tły po­wiew wio­sny za­pach­niał w War­sza­wie.

– I co? – spy­tał mło­dy chło­pak o sło­mia­nych wło­sach i umo­ru­sa­nej twa­rzy. – Znów coś? – Nic no­we­go – od­parł star­szy, si­wa­wy męż­czy­zna w tłu­stej od sma­rów cy­kli­stów­ce. – Od cza­su tej prze­wa­lan­ki na Sa­dy­bie u nas nic no­we­go… – Cze­kaj, cze­kaj, zo­ba­czy­cie – rzekł, pod­cho­dząc, wy­so­ki, chu­dy szo­fer w roz­pię­tym ko­żu­chu – nie tu, to gdzie in­dziej. Zo­ba­czy­cie…

– Co to za nu­mer? – zbli­żył się do roz­ma­wia­ją­cych tęgi szo­fer w kom­bi­ne­zo­nie – by­łem wte­dy przy tej roz­rób­ce na rogu Wi­dok i Kru­czej… Co to za nu­mer? – Cho­le­ra wie… – rzekł po­chy­lo­ny nad otwar­tą ma­ską naj­bliż­sze­go wozu szo­fer w mi­ni­ste­rial­nym uni­for­mie i woj­ło­ko­wych bu­tach. – Nikt nie wie, co to za nu­mer… – Ale fa­ce­ci nie prze­sta­ją ska­kać – rzekł sło­mia­ny chło­pak. – Aż strach jeź­dzić w nocy. – Strach to fra­jer – rzekł szo­fer w kom­bi­ne­zo­nie. – Jak czło­wiek zdą­ży zła­pać za klucz, to nie zgi­nie. Aby zła­pać. – Dla­cze­go fa­ce­ci? – rzekł za­czep­nie star­sza­wy szo­fer. – Skąd wiesz, że fa­ce­ci? Skąd wiesz, ilu ich jest? – Dużo – rzekł chu­dy w ko­żu­chu. – Na pew­no dużo. Sły­szy się prze­cież to tu, to tam… To pod War­sza­wą, to w mie­ście… – Na ra­zie szo­fe­rów nie ru­sza­ją – rzekł tęgi w kom­bi­ne­zo­nie – ale jak ru­szą, to trze­ba bę­dzie się na­ra­dzić. Wspól­nie, to je­dy­ny spo­sób… – Cho­le­rę wiesz, co za spo­sób i jaki spo­sób – rzekł szo­fer w uni­for­mie. – Nic nie wiesz, to naj­gor­sze…

– Pa­no­wie – rzekł chło­pak w zie­lon­ka­wej wia­trów­ce – spra­wa jest ciem­na, ale ko­zac­ka…

– W ga­ze­tach ani sło­wa – rzekł czar­no­wło­sy chło­pak o świe­żej ce­rze i peł­nej pie­przy­ków twa­rzy. – Zu­peł­nie jak w Chi­ca­go… – Co tam Chi­ca­go! – rzekł mło­dziut­ki blon­dyn o ró­żo­wych po­licz­kach. – U nas, w par­ku Dre­sze­ra, znów zna­leź­li wczo­raj rano dwóch za­ła­twio­nych na kla­wo. – Dwóch po­rząd­nych lu­dzi? – spy­tał iro­nicz­nie chło­pak w zet­em­pow­skim kra­wa­cie. – Ja tam wiem? Le­że­li po­dob­no po­rząd­nie i wy­glą­da­li przy­zwo­icie…

– Na le­żą­co – rzekł chło­pak w zet­em­pow­skim kra­wa­cie.

Roz­legł się dzwo­nek, roz­ma­wia­ją­cy ze­sko­czy­li z okna i roz­bie­gli się mię­dzy ław­ka­mi. Do ja­snej, wid­nej kla­sy wszedł na­uczy­ciel z dzien­ni­kiem pod pa­chą.

– Pół kilo cu­kru, czte­ry jaj­ka i płat­ki owsia­ne – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta przy la­dzie. – Pani dro­ga, tej mi­li­cji to na le­kar­stwo. – Co, zno­wu, ko­cha­na pani Ko­wal­ska? – Ano, zno­wu, zno­wu, na Ma­ry­monc­kiej. – Co pani po­wie, pani Ko­wal­ska? – Dzie­sięć gro­szy ma pani, to dam całą zło­tów­kę… – Mam, mam, zło­ciut­ka. A co na Ma­ry­monc­kiej? – Na­stęp­na pani, kto da­lej?… – Octu mi pani da, droż­dży i prosz­ku do pie­cze­nia. – Ja to się boję syna pusz­czać, pani dro­ga! – A ile sy­nek ma? – Dwu­dzie­sty szó­sty mu idzie, ale taki ja­kiś dzie­cin­ny, ni­ko­mu nie ustą­pi, tyl­ko by się prze­ko­ma­rzał, sprze­czał… – I co na Ma­ry­monc­kiej, pani Ko­wal­ska? – Ano przy­je­cha­li – ska­to­wa­li, zmal­tre­to­wa­li i po­je­cha­li. – A ilu ich było? – Ze trzy­dzie­stu. – Dla mnie pięć ko­stek mag­gi, pan­no Zo­siu… – Drob­ne mi pani da, bo nie będę mia­ła wy­dać. – A kto ich wi­dział, tych trzy­dzie­stu? – Nikt. Przy­je­cha­li i po­je­cha­li. – I kogo tak? – Orze­chosz­cza­ków pani zna? Ta­kie ład­ne chło­pa­ki, spod sió­dem­ki, na Ko­lek­tor­skiej! – Ład­ne oni, ład­ne, ale do­brze, że im ktoś raz dał w kość… Mo­je­go szwa­gra w ze­szłym roku o mało nie za­bi­li, ło­bu­zy. – Ale za­wsze stąd dzie­ci, z Ma­ry­mon­tu, pani Błasz­czy­ko­wa, jak tak moż­na mó­wić? Mi­li­cja się nad nimi uli­to­wa­ła, że po­bi­te, a pani im źle ży­czy. – Taka spo­koj­na dziel­ni­ca była, ten Ma­ry­mont, to te­raz obce dra­nie przy­jeż­dża­ją i roz­ra­bia­ją! – Spo­koj­na, spo­koj­na… Że też pani ta­kie głup­stwa stroi, pani Ko­wal­ska, ład­nie spo­koj­na, jak ka­ret­ka po­go­to­wia osiem razy przy­jeż­dża­ła w ostat­nim ty­go­dniu… – Pół ćwiart­ki ma­sła, pan­no Zo­siu, i musz­tar­dę. – Tyl­ko drob­ne pro­szę, bo ja so­bie z tą resz­tą nie po­ra­dzę.

2

Po­rucz­nik Mi­chał Dziar­ski stał w oknie swo­je­go biu­ro­we­go po­ko­ju i pa­trzył na da­chy. Do­brze było stać w taki po­chmur­ny, ale prze­cież ja­sny, wietrz­ny po­ra­nek i pa­trzeć na da­chy. Z gma­chu Ko­men­dy Sto­łecz­nej MO wi­dać było Ar­se­nał, uli­cę Dłu­gą, na­roż­nik Bie­lań­skiej i słyn­ną stud­nię „Gru­bą Kaś­kę” z mie­dzia­nym słup­kiem i ta­kąż kulą na szczy­cie. Po­rucz­nik Dziar­ski mało miał wspól­ne­go z teo­rią ar­chi­tek­tu­ry, nie­mniej, pa­trząc na da­chy, od­czu­wał wy­raź­nie ich war­szaw­skość. W la­tach pięć­dzie­sią­tych w War­sza­wie wszy­scy zna­li się choć tro­chę na ar­chi­tek­tu­rze, tak jak w swo­im cza­sie na Ala­sce wszy­scy zna­li się na po­szu­ki­wa­niu zło­ta. Ar­chi­tek­tu­ra sta­no­wi­ła głów­ne za­in­te­re­so­wa­nie nie­mal wszyst­kich w tym mie­ście.

Po­rucz­nik Mi­chał Dziar­ski był szczu­płym, nie­wy­so­kim, nie­co chu­der­la­wym męż­czy­zną. Miał drob­ną, ścią­gnię­tą twarz z ciem­nym wą­si­kiem i by­stre, prze­ni­kli­we oczy. Osta­tecz­nie mógł z po­wo­dze­niem nie zwra­cać ni­czy­jej uwa­gi: nie­chęt­ne, agre­syw­ne spoj­rze­nie jest spoj­rze­niem ty­po­wym w War­sza­wie. Brą­zo­wa wel­we­to­wa ma­ry­nar­ka z domu to­wa­ro­we­go i naj­prze­cięt­niej­szy kra­wat spra­wia­ły, że no­szą­cy je czło­wiek mógł dłu­go po­zo­sta­wać nie­zau­wa­żo­nym w miej­scach pu­blicz­nych. Nie była to ce­cha za­mie­rzo­na ani wy­stu­dio­wa­na, na­le­ży jed­nak przy­pusz­czać, iż po­rucz­nik Dziar­ski nie był z tej wła­ści­wo­ści nie­za­do­wo­lo­ny.

Dziar­ski od­wró­cił się i po­wę­dro­wał do biur­ka. Po­kój był duży, do­kład­nie sprząt­nię­ty, pu­sta­wy. Prócz biur­ka stał w nim sto­lik i trzy nie­wy­god­ne krze­sła; za biur­kiem na mniej­szym sto­licz­ku sta­ły czte­ry apa­ra­ty te­le­fo­nicz­ne, na ścia­nie wi­siał duży plan War­sza­wy. Biur­ko było pro­ste i oprócz wy­schnię­te­go ka­ła­ma­rza, pu­deł­ka pa­pie­ro­sów i za­pa­łek nie le­ża­ło na nim nic.

Roz­le­gło się pu­ka­nie i do po­ko­ju wszedł ple­czy­sty star­szy sier­żant w mun­du­rze, o gru­bo cio­sa­nej, chłop­skiej twa­rzy; pod pa­chą trzy­mał kar­to­no­wą tecz­kę. Sprę­żył się służ­bi­ście. – Dzień do­bry, sier­żan­cie Ma­cie­jak – rzekł Dziar­ski. – Coś no­we­go? – Mel­du­ję, oby­wa­te­lu po­rucz­ni­ku, że skoń­czy­łem – rzekł Ma­cie­jak. – Co­ście skoń­czy­li? – Mój sys­tem, oby­wa­te­lu po­rucz­ni­ku. – Dziar­ski uśmiech­nął się nie­znacz­nie. – Po­każ­cie – rzekł.

Ma­cie­jak po­ło­żył przed Dziar­skim ró­żo­wą, kar­to­no­wą tecz­kę i sta­nął obok. Na tecz­ce wid­niał sta­ra­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ny na­pis: „Alar­mo­wy sys­tem nie­po­rząd­ków. Pro­jekt przed­ło­żo­ny opra­co­wał st. sier­żant Ma­cie­jak”. Dziar­ski otwo­rzył tecz­kę. Były tam schlud­nie, pe­dan­tycz­nie po­sze­re­go­wa­ne wy­kre­sy i ta­be­le, gma­twa­ni­na czer­wo­nych, zie­lo­nych i nie­bie­skich li­nii, ty­tu­ły: „Sy­gna­li­za­cja bó­jek”, „Sieć alar­mo­wa awan­tur ulicz­nych”, „Ewi­den­cja za­cze­pek, wy­zwisk i za­kłó­ceń spo­ko­ju pu­blicz­ne­go”, „Środ­ki pre­wen­cyj­ne prze­ciw za­mro­czo­nym al­ko­ho­lem”. Dziar­ski prze­glą­dał uważ­nie, tłu­miąc uśmiech. Cen­ne jest to – po­my­ślał – że Ma­cie­jak łą­czy w so­bie za­pał w wal­ce o słusz­ną spra­wę ze skłon­no­ścią do so­lid­ne­go szu­fla­do­wa­nia. Nie od­trą­caj­my kla­sy­fi­ka­to­rów, dość jest i tak im­pro­wi­za­cji w na­szej pra­cy.

– Nie­złe – rzekł Dziar­ski – tyl­ko mało re­al­ne. Przy­najm­niej na ra­zie, sier­żan­cie Ma­cie­jak. – Dla­cze­go, oby­wa­te­lu po­rucz­ni­ku? – Ma­cie­jak za­sę­pił się. Dziar­ski za­pa­lił pa­pie­ro­sa. – Sia­daj­cie – po­wie­dział. – Sama za­sa­da wa­sze­go sys­te­mu jest słusz­na, ale chwi­lo­wo nie je­ste­śmy w sta­nie go zre­ali­zo­wać. – Tak się cie­szy­łem, kie­dy przy­dzie­lo­no mnie do was, oby­wa­te­lu po­rucz­ni­ku, ja od daw­na in­te­re­su­ję się tym za­gad­nie­niem. Wy­da­je mi się, że to jest waż­ne, aby lu­dzie żyli, pra­co­wa­li i wy­po­czy­wa­li w spo­ko­ju. – Cie­szę się, że tak my­śli­cie. – Dziar­ski uśmiech­nął się. – Mamy przed sobą wiel­ką i trud­ną kam­pa­nię. Ale wi­dzi­cie, tu trze­ba na ra­zie in­nych me­tod. Bez­kar­ne zu­chwal­stwa, któ­re re­je­stru­je­my ostat­nio, wy­ma­ga­ją in­ne­go uję­cia niż sys­tem sy­gna­li­za­cyj­ny pi­jac­kich wy­kro­czeń. To są więk­sze spra­wy i trze­ba je do­brze zba­dać.

– Oczy­wi­ście – zgo­dził się Ma­cie­jak. – Co oby­wa­tel po­rucz­nik zle­ca na dzi­siaj? – Przy­go­tuj­cie ze­zna­nia dok­to­ra Hal­skie­go i in­nych le­ka­rzy po­go­to­wia, do­brze? Aha… pro­szę stwo­rzyć sta­ły dy­żur w po­go­to­wiu, je­den z na­szych lu­dzi bę­dzie od dziś jeź­dził wraz z ka­ret­ką na miej­sce każ­de­go zaj­ścia. – Tak jest, oby­wa­te­lu po­rucz­ni­ku – rzekł Ma­cie­jak, wsta­jąc. – I jesz­cze coś – rzekł Dziar­ski. – Chciał­bym mieć do­kład­ne spra­woz­da­nie z Wy­dzia­łu Ko­mu­ni­ka­cji Dro­go­wej o za­re­je­stro­wa­nych ostat­nio na oso­by pry­wat­ne an­giel­skich sa­mo­cho­dach na­stę­pu­ją­cych ma­rek: Au­stin, Mor­ris i Hil­l­mann. – Tak jest – rzekł Ma­cie­jak, no­tu­jąc. Dziar­ski wstał rów­nież.

– Tym­cza­sem, oby­wa­te­lu sier­żan­cie… – po­wie­dział z uśmie­chem.

Ist­nie­je cała szko­ła w fo­ne­ty­ce upa­tru­ją­ca róż­nic ak­cen­tów w wy­mo­wie po­szcze­gól­nych gło­sek. Róż­ni­ce w wy­ma­wia­niu gło­ski „r” de­ma­sku­ją sze­reg na­ro­do­wo­ści, a na­wet sy­nów po­szcze­gól­nych miast. Na ogół są­dzi się myl­nie, że naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­na dla War­sza­wy wy­mo­wa po­le­ga na zmięk­cza­niu gło­ski „sz” do „ś”. Rze­czy­wi­ście – ak­cent war­szaw­ski za­wie­ra w so­bie i tę oso­bli­wość; jed­nak gło­ską, po któ­rej war­sza­wiak naj­nie­omyl­niej roz­po­zna war­sza­wia­ka, jest li­te­ra „l”. War­szaw­skie „l” ma dźwięk owi­nię­te­go we fla­ne­lę me­ta­lu. Sło­wo „oby­wa­tel” za­brzmia­ło w ustach Dziar­skie­go tak, że nikt z lu­dzi uro­dzo­nych po­mię­dzy Ol­szyn­ką Gro­chow­ską a Cmen­ta­rzem Wol­skim i Bie­la­na­mi a Słu­żew­cem nie mógł­by mieć naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że stoi przed nim ro­dak, kra­jan, zio­mek i po­bra­ty­miec.

O go­dzi­nie czwar­tej Dziar­ski za­mknął swój po­kój na klucz, wło­żył sza­rą je­sion­kę i gra­na­to­wy ka­pe­lusz i opu­ścił gmach Ko­men­dy Sto­łecz­nej. Prze­szedł Dłu­gą do pla­cu Kra­siń­skich i da­lej do Fre­ta, stam­tąd Mo­sto­wą, wśród wy­kań­cza­nych sta­ro­miej­skich ka­mie­ni­czek i świe­żo za­czę­tych bu­dów, na Sze­ro­ki Du­naj i prze­stą­pił próg ma­łej, na­roż­nej re­stau­ra­cji o na­zwie „Ry­cer­ska”. Usiadł na su­ro­wym zy­dlu w ni­sko skle­pio­nej sal­ce i za­mó­wił fla­ki oraz sztu­kę mię­sa z chrza­nem. Za­nim kel­ner przy­niósł mu za­mó­wio­ne da­nie, wy­cią­gnął z kie­sze­ni kil­ka kar­tek ma­szy­no­pi­su i czy­tał je z wy­raź­ną sa­tys­fak­cją. Skoń­czyw­szy, rzekł pół­gło­sem: – Do­bre… – i klep­nął z za­do­wo­le­niem sto­ją­cą obok ogrom­ną zbro­ję ry­cer­ską w oko­li­ce pan­cer­nych na­go­len­ni­ków, w miej­sce, któ­re­go śre­dnio­wiecz­ny ry­cerz uży­wał naj­czę­ściej do sia­da­nia na swym wierz­chow­cu. Spoj­rzał na ze­ga­rek i za­brał się do je­dze­nia, któ­re sta­wiał przed nim kel­ner. Kel­ner, jak to kel­ner, nie mógł się po­wstrzy­mać od rzu­ce­nia okiem na le­żą­cy na sto­le ma­szy­no­pis. Wid­niał na nim na­pis: „Spra­woz­da­nie z dzia­łal­no­ści Za­rzą­du War­szaw­skie­go To­wa­rzy­stwa Fi­la­te­li­stycz­ne­go”.

Re­dak­tor Edwin Ko­lan­ko prze­ciął Ry­nek Sta­re­go Mia­sta w kie­run­ku re­stau­ra­cji „Bars­sa”. Za­trzy­mał się chwi­lę na wprost wą­skiej, wy­so­kiej ka­mie­nicz­ki o dwu­okien­nej fa­sa­dzie, zdob­nej w bru­nat­ne sgraf­fi­to, peł­ne tłu­stych amor­ków, ro­gów ob­fi­to­ści, owo­ców i cięż­kich ki­ści win­nych gron. Po czym wszedł do sie­ni przez łu­ko­wą, wą­ską, okła­da­ną gła­za­mi bra­mę.

W pierw­szym po­miesz­cze­niu stał za­mczy­sty, czar­ny kre­dens i wi­sia­ły ma­ho­nio­we, do­stoj­ne ga­blo­ty. Pod szkłem ga­blot bar­wi­ły się znacz­ki pocz­to­we naj­róż­niej­szych wy­mia­rów, ga­tun­ków i ko­lo­rów, schlud­nie po­sze­re­go­wa­ne, opa­trzo­ne pod­pi­sa­mi. Wnę­trze peł­ne było roz­ma­wia­ją­cych lu­dzi; w gru­pach dys­ku­tu­ją­cych ude­rza­ła rzad­ka po­gar­da dla róż­nic wie­ku: star­si za­żyw­ni pa­no­wie wy­mie­nia­li uwa­gi z odzia­ny­mi w prze­wi­ja­ne spodnie chłop­ca­mi, któ­rym uwiel­bie­nie dla Ka­ro­la Maya i roz­gry­wek szma­cian­ką pa­li­ło się jesz­cze w oczach, róż­no­ra­ko ubra­ni męż­czyź­ni w kwie­cie wie­ku sprze­cza­li się żywo z chu­dy­mi mło­dzień­ca­mi o ob­li­czach peł­nych prysz­czy­ków i za­pa­łu. Ko­lan­ko prze­ci­snął się ku wid­nie­ją­cym w głę­bi scho­dom: roz­cią­ga­ła się nad nimi dę­bo­wa, ciem­na po­wa­ła, z któ­rej zwi­sał pięk­ny, mo­sięż­ny pa­jąk z pol­skim or­łem. Scho­dy były tak­że peł­ne lu­dzi. Ktoś po­cią­gnął Ko­lan­kę za rę­kaw. – Ma pan ze sobą swój kla­ser? – po­sły­szał obok sie­bie mło­dy głos. Po­ni­żej, rów­nie mło­dziut­ka, może czter­na­sto­let­nia twarz o ze­zo­wa­tym spoj­rze­niu spo­za dru­cia­nych oku­la­rów wpa­try­wa­ła się weń ba­daw­czo. – Co? – spy­tał zdez­o­rien­to­wa­ny Ko­lan­ko. – Czy co mam? – Aach… – rze­kła twarz – prze­pra­szam. Wzią­łem pana za fi­la­te­li­stę. Wi­dzę tu pana po raz pierw­szy, my­śla­łem: Ja­kiś nowy, trze­ba przy­sko­czyć, może się coś za­han­dlu­je, ja­kaś wy­mia­na – ro­zu­mie pan?… – Ro­zu­miem – rzekł Ko­lan­ko, trąc pod­bró­dek. – Cze­kaj… do­rzu­cił szyb­ko; olśni­ła go na­gła myśl. – Lu­bisz ciast­ka? – spy­tał. – Lu­bię – rze­kła obo­jęt­nie twarz w dru­cia­nych oku­la­rach – ale co z tego? A zresz­tą to nie­waż­ne. Waż­ne są se­rie ca­łost­ko­we i na­dru­ki. Tyl­ko to mnie in­te­re­su­je… – Szko­da – wes­tchnął Ko­lan­ko – dys­po­nu­ję więk­szy­mi ilo­ścia­mi cia­stek. Wprost nie wiem, co z nimi ro­bić. – Twarz prze­cią­gnę­ła ręką o brud­nych pa­znok­ciach po przy­li­za­nych na mo­kro na­je­ża wło­sach. – Trud­no – po­wie­dzia­ła twarz opro­wa­dzę pana po wy­sta­wie… – We­szli ra­zem po scho­dach na górę. – Jak się na­zy­wasz? – spy­tał Ko­lan­ko. – Wa­siak. An­zelm Wa­siak. Za chwi­lę od­bę­dzie się ofi­cjal­ne otwar­cie wy­sta­wy – do­dał. – Wiem o tym – rzekł Ko­lan­ko. – Po to tu przy­sze­dłem. – A, więc in­te­re­su­je się pan fi­la­te­li­sty­ką? – spy­tał An­zelm Wa­siak. – Bar­dzo – rzekł Ko­lan­ko. – Ostat­nio in­te­re­su­ję się nią wy­jąt­ko­wo.

– Pro­szę pań­stwa! – roz­legł się w głę­bi sali tro­chę drżą­cy, star­czy głos. Wszy­scy od­wró­ci­li się ku nie­wiel­kie­mu panu o wy­glą­dzie eme­ry­to­wa­ne­go pro­fe­so­ra – otwie­ram uro­czy­ście ju­bi­le­uszo­wą wy­sta­wę War­szaw­skie­go To­wa­rzy­stwa Fi­la­te­li­stycz­ne­go… – Kto to jest? – spy­tał Ko­lan­ko. – To nasz pre­zes – rzekł An­zelm Wa­siak z dumą i przy­wią­za­niem w gło­sie. – A ten pan obok, w brą­zo­wej ma­ry­nar­ce? – spy­tał Ko­lan­ko z nie­omyl­nym in­stynk­tem. – To nasz skarb­nik, pan Dziar­ski. Wspa­nia­ły znaw­ca pro­ble­ma­ty­ki ząb­ko­wa­nia. – Cze­go?… – spy­tał Ko­lan­ko z wy­sił­kiem na twa­rzy. Po­my­ślał: Może to inny Dziar­ski? Dziar­ski pe­dia­tra? – Ząb­ko­wa­nia – po­wtó­rzył An­zelm Wa­siak. W gło­sie jego za­brzmia­ła po­gar­da. – An­zel­mie – rzekł Ko­lan­ko z ulgą – zgłoś się pod ten ad­res, gdzie ocze­ki­wać cię bę­dzie do­wol­na ilość cia­stek. A te­raz że­gnam cię. Po­trze­bu­ję nie­co sa­mot­no­ści, by przyjść do sie­bie po tylu no­wych wra­że­niach… Aha, ale o tym – do­dał, po­da­jąc An­zel­mo­wi swą wi­zy­tów­kę z ad­re­sem re­dak­cji – ani mru-mru. Pra­gnę za­cho­wać swo­je in­co­gni­to… – I zo­sta­wił go prze­ję­te­go na­boż­nym zdu­mie­niem, któ­re u lu­dzi do lat czter­na­stu jest czę­stym na­stęp­stwem bez­brzeż­nej po­gar­dy.

Pre­zes prze­ma­wiał krót­ko i zwie­dza­ją­cy zwró­ci­li się znów ku ga­blo­tom. Ze­wsząd do­cho­dzi­ły strzę­py roz­mów: – Błąd na kli­szy… Cały ar­kusz ze­psu­ty… – Obie­go­we z kró­lo­wą, bru­nat­no-fio­le­to­wy za trzy­dzie­ści cen­ty­mów, mam go u sie­bie w kla­se­rze… – Ko­lan­ko ste­ro­wał ku brą­zo­wej, wel­we­to­wej ma­ry­nar­ce. Dziar­ski stał po­środ­ku spo­rej gru­py i mó­wił: – …fal­sy­fi­ka­ty mają sfał­szo­wa­ny na­druk i ząb­ko­wa­nie je­de­na­ście i je­de­na­ście i pół. Prze­świt po­zio­my zera wy­no­si je­den koma sześć, a wy­miar krzy­ża, mie­rząc po li­niach ze­wnętrz­nych, wy­no­si pięć koma dwa. Na­dru­ki wy­ko­na­no ko­lo­rem czer­wo­nym lub kar­mi­no­wym… – Niech to dia­bli! – za­klął w du­chu Ko­lan­ko – nic nie ro­zu­miem.

Uwa­gę jego przy­kuł na chwi­lę moc­no zbu­do­wa­ny, mło­dy czło­wiek śred­nie­go wzro­stu, z książ­ką pod pa­chą. Ubra­ny był w wy­zy­wa­ją­cy kra­cia­sty płaszcz o sze­ro­kich ra­mio­nach, z fałd ja­skra­we­go, weł­nia­ne­go sza­la wy­ła­niał się gru­by, sma­gły kark, z ca­łej jego po­sta­ci biła sprę­żo­na, zma­ga­zy­no­wa­na siła. Twarz mło­dzień­ca okre­ślał zła­ma­ny po bok­ser­sku nos, był to nos wy­jąt­ko­wo su­ro­wo po­trak­to­wa­ny, zgnie­cio­ny na czub­ku i wła­ma­ny u sa­mej na­sa­dy; nie ule­ga­ło żad­nej wąt­pli­wo­ści, że ob­ra­że­nia te po­cho­dzą z chlub­nych zma­gań na rin­gu. Małe, ciem­ne oczy po obu stro­nach owe­go wy­ra­zi­ste­go nosa wpa­trzo­ne były z cał­ko­wi­tym od­da­niem w peł­ne fi­la­te­li­stycz­nych wa­lo­rów ga­blo­ty.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej! – za­wo­łał Ko­lan­ko, od­wra­ca­jąc się nie­zręcz­nie i ude­rza­jąc z ca­łej siły pół­ob­ro­tu ko­goś w gło­wę. Za­pa­trzył się na fa­ce­ta o wie­le mó­wią­cym no­sie i te­raz chwy­tał po­trą­co­ne­go przez sie­bie, ni­skie­go, drob­ne­go pana za ra­mię, jak­by pra­gnąc uchro­nić go przed upad­kiem.

– …Pro­szę sto­krot­nie o wy­ba­cze­nie. Tu tak cia­sno… – tłu­ma­czył się Ko­lan­ko. Po­trą­co­ny pod­niósł spo­koj­nie z pod­ło­gi me­lo­nik. – Nie szko­dzi. – Uśmiech­nął się. – Zda­rza się. – Bied­ny fi­la­te­li­sta… – po­my­ślał ze współ­czu­ciem Ko­lan­ko – me­lo­nik, sztyw­ny, gu­mo­wy koł­nie­rzyk z róż­ka­mi, sak­pal­to z ak­sa­mit­nym koł­nie­rzem, pa­ra­sol… Kla­sycz­ny bu­chal­ter i fi­la­te­li­sta. – Do­praw­dy nie szko­dzi – do­dał po­szko­do­wa­ny, ocie­ra­jąc skru­pu­lat­nie rę­ka­wem kurz z me­lo­ni­ka – nie ma o czym mó­wić, pro­szę pana… – Jego żół­ta, jak­by ko­ścia­na twarz o mą­drych, czar­nych oczach wy­ra­ża­ła swo­bod­ną uprzej­mość. Skło­nił się raz jesz­cze Ko­lan­ce, od­wró­cił się i ru­szył wol­no mię­dzy zwie­dza­ją­cych. Wła­ści­wie fa­cet jest oso­bli­wy – po­my­ślał Ko­lan­ko – coś w nim jest. Istot­nie – twarz i po­stać ni­skie­go pana w me­lo­ni­ku na­ce­cho­wa­na była ja­kąś osten­ta­cyj­ną chy­tro­ścią dość za­wi­łe­go ga­tun­ku, jak­by czło­wiek ten chciał po­wie­dzieć: „Pa­trz­cie, jaki je­stem osten­ta­cyj­nie prze­bie­gły, a sko­ro to wi­dzi­cie, mo­że­cie słusz­nie i bez tru­du po­są­dzać mnie o za­ma­sko­wa­ną głu­po­tę”. Była to więc skom­pli­ko­wa­na cha­rak­te­ry­za­cja: uda­wać głu­pie­go jest ła­twiej, trud­no jest tyl­ko wte­dy ukryć uda­wa­nie; na­to­miast peł­ny suk­ces osią­ga się, uda­jąc mą­dre­go w ten spo­sób, aby wszy­scy do­strze­gli, że się uda­je, i mó­wi­li: jaki ten fa­cet jest w grun­cie rze­czy głu­pi. Me­lo­nik? – za­sta­no­wił się Ko­lan­ko – kto dzi­siaj nosi me­lo­nik?

Dziar­ski po­su­wał się wol­no wzdłuż ga­blot. Był sam. Ko­lan­ko zbli­żył się nie­znacz­nie. – In­te­re­su­ją­ce – rzekł jak­by do sie­bie, sta­jąc w są­siedz­twie. Dziar­ski spoj­rzał nań przy­chyl­nie. Ta­kie spoj­rze­nie obo­wią­zu­je ho­dow­ców jam­ni­ków, węd­ka­rzy, nu­mi­zma­ty­ków, mi­ło­śni­ków mu­zy­ki gre­go­riań­skiej, zbie­ra­czy ska­ra­be­uszów, ko­lek­cjo­ne­rów mo­ty­li, fi­la­te­li­stów czy wiel­bi­cie­li go­łę­bi, gdy prze­by­wa­ją we wła­snym gro­nie. – Ma pan na my­śli tę se­rię oko­licz­no­ścio­wych ka­sow­ni­ków? – spy­tał. – Tak – rzekł Ko­lan­ko z mocą. – Co za im­po­nu­ją­ce ka­sow­ni­ki! – Dziar­ski spoj­rzał nań uważ­niej i Ko­lan­ko po­czuł, że tra­ci grunt. – Je­stem po­cząt­ku­ją­cym fi­la­te­li­stą – rzekł nie­pew­nie. Nie jest żad­nym fi­la­te­li­stą… – po­my­ślał Dziar­ski, usi­łu­jąc grzecz­nie go wy­mi­nąć. – Naj­moc­niej pana prze­pra­szam – rzekł Ko­lan­ko, po­wstrzy­mu­jąc go spoj­rze­niem. – Pra­gnął­bym spy­tać pana o coś z dzie­dzi­ny ząb­ko­wa­nia… – Słu­cham – Dziar­ski uśmiech­nął się. – Co pana in­te­re­su­je? – Wi­dzi pan, mam w domu zna­czek z No­wej Gwi­nei – im­pro­wi­zo­wał Ko­lan­ko – i nie­po­koi mnie, czy jest on aby wła­ści­wie ząb­ko­wa­ny… – Czy ma on ząb­ko­wa­nie li­nio­we, grze­bie­nio­we, skrzyn­ko­we, ram­ko­we czy krzy­żo­we? – spy­tał z po­wa­gą Dziar­ski. – Pod­da­ję się – jęk­nął Ko­lan­ko. – Mam do­syć… – Dziar­ski uśmiech­nął się uprzej­mie, skło­nił się lek­ko i przy­łą­czył do jed­nej z dys­ku­tu­ją­cych grup. Za chwi­lę za­czął się że­gnać. Ko­lan­ko zszedł za nim na dół. Dziar­ski prze­szedł sal­kę i wy­szedł na uli­cę. Ko­lan­ko ru­szył za nim. Na środ­ku Ryn­ku zrów­nał z nim krok.

– Pan wy­ba­czy, że go nie­po­ko­ję… – za­czął.

Dziar­ski spoj­rzał nań by­stro. Było to zu­peł­nie inne spoj­rze­nie niż na wy­sta­wie.

– Słu­cham pana.

– Pra­gnął­bym z pa­nem po­roz­ma­wiać, pa­nie po­rucz­ni­ku.

W twa­rzy Dziar­skie­go nie drgnął ani je­den mu­skuł.

– Pra­sa to po­tę­ga… – rzekł po­wo­li Dziar­ski i Ko­lan­ko zro­zu­miał, że tra­fił na czło­wie­ka ule­pio­ne­go z ta­kiej gli­ny jak on sam.

– Sko­ro po­wie­dzie­li­śmy już so­bie tyle – za­czął Ko­lan­ko z uprzej­mym uśmie­chem – tedy nie wi­dzę po­wo­du, by nie roz­po­cząć roz­mo­wy na­ce­cho­wa­nej wza­jem­nym sza­cun­kiem.

Szli przez parę mi­nut w mil­cze­niu uli­cą Piw­ną. Po czym Ko­lan­ko rzekł:

– Nie po­wi­nie­nem py­tać, lecz kor­ci mnie nie­wy­mow­nie.

– Słu­cham pana…

– Przy­zna­ję się do pierw­szej po­raż­ki – rzekł uważ­nie Ko­lan­ko. – Skąd pan wie­dział, że je­stem dzien­ni­ka­rzem?

– Wy­bra­łem tyl­ko naj­lep­szą dla pana ewen­tu­al­ność – po­wie­dział obo­jęt­nie Dziar­ski. – Gdy­bym wy­brał inną, mu­siał­bym kon­se­kwent­nie roz­pra­wić się z pa­nem.

– W po­rząd­ku. Stan zbroj­ne­go po­go­to­wia jest świet­nym po­cząt­kiem przy­jaź­ni. Wkro­czy­li na Kra­kow­skie Przed­mie­ście.

– Czy mu­si­my wstą­pić do ka­wiar­ni? – spy­tał oschle Dziar­ski.

– My­ślę, że nie da się tego unik­nąć. Znam taką w po­bli­żu, gdzie jest pu­sto o tej po­rze i za­cisz­nie.

– Czy są ta­kie w śród­mie­ściu?

– Jest jed­na.

Prze­szli na dru­gą stro­nę uli­cy i Ko­lan­ko za­trzy­mał się przed na­roż­nym wej­ściem do „Bri­sto­lu” przy Ka­ro­wej.

– O tej po­rze – rzekł Dziar­ski – nie znaj­dzie­my na gó­rze miej­sca.

– A jed­nak zo­rien­to­wa­ny. – Ko­lan­ko uśmiech­nął się zło­śli­wie. – Ale nie wie pan za­pew­ne, pa­nie po­rucz­ni­ku, że otwar­ta zo­sta­ła tu nowa sala, na dole.

We­szli do holu, a po­tem ru­szy­li na pra­wo, po paru stop­niach w dół. Oczom Dziar­skie­go uka­za­ła się dłu­ga, ra­czej wą­ska sala z ogrom­nym, opraw­nym w pom­pa­tycz­nie zło­co­ną ramę zwier­cia­dłem w głę­bi. Sta­ły tu czar­no po­li­tu­ro­wa­ne krze­seł­ka i ka­nap­ki wy­ście­ła­ne tło­czo­nym, ma­li­no­wym plu­szem i sto­li­ki o niby-mar­mu­ro­wych bla­tach. Ścia­ny mia­ły ko­lor kawy z mle­kiem lub ba­war­ki, su­fit z mo­ty­wem zło­co­nych, jo­dło­wych szy­szek we fry­zie sfor­mo­wa­ny był jak w pa­wi­lo­nach wiel­kich wy­staw mię­dzy­na­ro­do­wych z koń­ca ubie­głe­go stu­le­cia; wra­że­nie to pod­kre­śla­ły trzy ży­ran­do­le, skła­da­ją­ce się jak­by z lamp ga­zo­wych na zło­co­nych prę­tach z pseu­do­krysz­ta­ło­wy­mi wi­sio­ra­mi wo­kół ośmiu mlecz­nych kul. Na ścia­nach wi­sia­ły po­etycz­ne ilu­stra­cje słyn­ne­go Unie­chow­skie­go.

– Ład­nie tu – po­wie­dział z uśmie­chem Dziar­ski, sia­da­jąc na ma­li­no­wym plu­szu pod ścia­ną i ba­wiąc się me­ta­lo­wym, szam­pań­skim kie­li­chem na ser­wet­ki – i luź­no…

– Cie­szy mnie, że się tu panu po­do­ba – rzekł Ko­lan­ko. – Nie wszy­scy po­tra­fią do­ce­nić ko­ją­cy spo­kój tego wnę­trza. Zwłasz­cza mło­dzież. Ale my, lu­dzie doj­rza­li, zna­my jego war­tość.

Rze­czy­wi­ście – było tu pu­sta­wo i za­cisz­nie. Kil­ku star­szych je­go­mo­ści gwa­rzy­ło w głę­bi, po­nad paru sto­li­ka­mi ster­cza­ły kije z ga­ze­ta­mi. Gdzie­nieg­dzie wid­nia­ły twa­rze w bi­no­klach lub srebr­ne fry­zu­ry star­szych nie­wiast. Przy są­sied­nim sto­li­ku, ob­ło­żo­nym cza­so­pi­sma­mi, sie­dział ktoś cał­ko­wi­cie otu­lo­ny sze­ro­ko roz­po­star­tą płach­tą „Ży­cia War­sza­wy”.

– Co dla pa­nów? – spy­ta­ła, pod­cho­dząc, ró­żo­wa i py­za­ta kel­ner­ka w bia­łym far­tusz­ku i cze­pecz­ku.

– Dla mnie wie­deń­ski ser­nik, kawa i woda so­do­wa – rzekł Ko­lan­ko. – Ten lo­kal pach­nie pysz­nym wie­deń­skim ser­ni­kiem, zu­peł­nie jak u Sa­che­ra. – Dziar­ski uśmiech­nął się po­now­nie. – Jest pan, jak wi­dać, wiel­bi­cie­lem sty­li­za­cji – do­dał i za­mó­wił pół czar­nej. – Czym mogę panu słu­żyć, pa­nie re­dak­to­rze? – spy­tał, po­wra­ca­jąc do tonu chłod­nej, ostroż­nej uprzej­mo­ści.

Ko­lan­ko bęb­nił chwi­lę pal­ca­mi w blat sto­li­ka. Po czym rzekł:

– Moje na­zwi­sko brzmi Ko­lan­ko. Edwin Ko­lan­ko.

– Do­my­śla­łem się tego. Od daw­na pra­gnę pana po­znać.

– Cie­szę się bar­dzo. Tym bar­dziej iż za­mie­rzam za­pro­po­no­wać panu so­jusz.

– W czym może być przy­dat­ny skrom­ny ofi­cer mi­li­cji słyn­ne­mu dzien­ni­ka­rzo­wi? Czu­ję się moc­no po­chle­bio­ny, lecz boję się, czy za­szczyt ta­kiej pro­po­zy­cji nie spa­da na mnie przez ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie…

– Nie – po­wie­dział spo­koj­nie Ko­lan­ko. – Wiem na pew­no, że nie.

Oczy Dziar­skie­go sta­ły się ostre i od­py­cha­ją­ce. Zro­zu­miał, że tra­fił na czło­wie­ka ule­pio­ne­go z tej sa­mej gli­ny co on.

– Do­brze – rzekł. – Nie mów­my o tym.

– Wy­klu­czo­ne – po­wie­dział sta­now­czo Ko­lan­ko. – Mu­si­my o tym mó­wić i bę­dzie­my o tym mó­wić. Chy­ba że wsta­nie pan i opu­ści bez sło­wa ten lo­kal. Ale to – Ko­lan­ko uśmiech­nął się – by­ło­by ra­czej nie­grzecz­ne…

Kij z „Ży­ciem War­sza­wy” przy są­sied­nim sto­li­ku drgnął i od­su­nął się nie­znacz­nie. Je­śli tkwił na nim czło­wiek, to czło­wiek ten usi­ło­wał w tej chwi­li go­rącz­ko­wo, acz nie­wi­docz­nie, przy­su­nąć się jak naj­bli­żej ku Dziar­skie­mu i Ko­lan­ce.

– Czy pan wie, pa­nie re­dak­to­rze – uśmiech­nął się z ko­lei mile Dziar­ski – że ton, w ja­kim pan ze mną roz­ma­wia, może stać się dla pana źró­dłem pew­nych przy­kro­ści?

– Do­my­ślam się – rzekł ze sło­dy­czą Ko­lan­ko – i dla­te­go wła­śnie pro­po­nu­ję panu przy­mie­rze.

Po­dał Dziar­skie­mu otwar­tą pa­pie­ro­śni­cę i za­pa­lo­ną za­pał­kę. Dziar­ski za­cią­gnął się głę­bo­ko.

– Nic z tego – rzekł z wy­szu­ka­ną uprzej­mo­ścią w gło­sie. – Je­śli będę pana po­trze­bo­wał, we­zwę pana na prze­słu­cha­nie. Po­wi­nien był pan wziąć i taką moż­li­wość pod uwa­gę.

Ko­lan­ko mil­czał przez chwi­lę.

– Zgo­da – rzekł wresz­cie. – Pro­szę mi tedy po­wie­dzieć, czy za­sta­na­wiał się pan kie­dyś nad psy­cho­lo­gią bój­ki.

– Nie­jed­no­krot­nie – rzekł Dziar­ski po ostroż­nej pau­zie. – Rzecz ja­sna.

– Co są­dzi pan tedy o tym, co się ostat­nio dzie­je wo­kół nas w tym mie­ście?

– Cóż… Po­la­cy zna­ni są z krew­ko­ści tem­pe­ra­men­tu i z roz­luź­nio­nych w sta­wach koń­czyn. Od czę­ste­go wy­ma­chi­wa­nia. Nie jest rze­czą przy­pad­ku, że od dwu­dzie­stu lat dzier­ży­my pry­mat w eu­ro­pej­skim bok­sie ama­tor­skim. Ta he­ge­mo­nia naj­le­piej wy­ja­śnia, jak da­le­ce je­ste­śmy ama­to­ra­mi wzru­szeń gwał­tow­nych i cał­ko­wi­cie na­ma­cal­nych. Co inni czy­nią z suk­ce­sem dla pie­nię­dzy, my ro­bi­my z czy­ste­go, szla­chet­ne­go ama­tor­stwa. W tym coś jest, nie są­dzi pan?

Ko­lan­ko przy­gryzł war­gę. Robi ze mnie ba­ra­na – po­my­ślał ze zło­ścią – uni­ka, wy­my­ka się… Ale cze­kaj!

– To bar­dzo głę­bo­kie, co pan po­wie­dział – rzekł po­waż­nie. – Traf­ne. Gdy­bym ro­bił wy­wiad z pa­nem, już miał­bym doń fra­pu­ją­cy ty­tuł. „Po­rucz­nik Dziar­ski, au­to­ry­tet w do­ce­lo­wym wy­ma­chi­wa­niu koń­czy­na­mi, oświad­cza…” Ro­zu­mie pan, praw­da? Ale nie o to cho­dzi…

– A o co? – spy­tał szyb­ko Dziar­ski, jak­by nie chcąc wy­pusz­czać ini­cja­ty­wy z rąk.

– O to, aby w koń­cu był spo­kój w tym mie­ście – rzekł do­bit­nie Ko­lan­ko. – O to mi cho­dzi.

Ktoś już dzi­siaj wy­rzekł ta­kie zda­nie – po­my­ślał Dziar­ski – ale kto? Ma­cie­jak? Ja sam?

Spoj­rzał twar­do i nie­przy­chyl­nie na Ko­lan­kę: mę­ska twarz, wszyst­ko­wi­dzą­ce, kpią­ce oczy i ja­kaś skłon­ność w ką­ci­kach ust do nie­wia­do­me­go i nie­prze­wi­dzia­ne­go, tkwią­ca gdzieś w ry­sach, trud­no na­wet do­kład­nie okre­ślić gdzie.

– Pa­nie re­dak­to­rze – rzekł Dziar­ski. – Pro­szę mi otwar­cie po­wie­dzieć, cze­go się pan po mnie spo­dzie­wa, w czym mogę być panu po­moc­ny. Je­śli oka­że się to moż­li­we, po­sta­ram się speł­nić pań­skie ży­cze­nie.

Ty­po­wa war­szaw­ska twarz… – my­ślał szyb­ko Ko­lan­ko – chu­der­la­wa, czar­nia­wa, tro­chę aro­ganc­ka, tro­chę bez­czel­na, mą­dra. Ta­kie twa­rze no­szą w tym mie­ście skle­pi­ka­rze i dzia­ła­cze spo­łecz­ni, szu­le­rzy kar­cia­ni i bez­kom­pro­mi­so­wi ide­ow­cy. Wo­bec ta­kich twa­rzy war­to cza­sa­mi być szcze­rym. Do­brze, pój­dzie­my na otwar­cie. Zo­ba­czy­my, co z tego wyj­dzie.

– Do­brze – rzekł Ko­lan­ko – po­wiem panu. A ra­czej spy­tam pana, co pan wie o mno­żą­cych się ostat­nio w War­sza­wie na­pa­ściach i awan­tu­rach, w któ­rych naj­cię­żej po­szko­do­wa­ni są z re­gu­ły na­past­ni­cy lub co naj­mniej lu­dzie o na­der wąt­pli­wej re­pu­ta­cji.

Dziar­ski ro­ze­śmiał się. Idzie na otwar­tość – po­my­ślał nie bez za­nie­po­ko­je­nia.

– Mó­wią o tym na mie­ście – rzekł wy­mi­ja­ją­co – w spo­sób roz­ma­ity. Ale nie tędy dro­ga, ko­cha­ny pa­nie Ko­lan­ko. Nie mo­że­my usta­lić wspól­ne­go ję­zy­ka, ot, co naj­gor­sze. Prze­cież musi pan zro­zu­mieć, dro­gi pa­nie re­dak­to­rze, że nie bę­dzie­my roz­ma­wiać otwar­cie i że to, co ja wiem, tego panu nie po­wiem. Dzie­li nas spe­cy­fi­ka na­szych za­wo­dów.

– Czy­li – rzekł Ko­lan­ko ci­cho i pew­nie – zna­czy to, że wie pan tyle samo co ja, a więc pra­wie nic.

Ma ra­cję… – po­my­ślał ze zło­ścią Dziar­ski – wy­grał… To był błąd.

– Zgo­da – rzekł spo­koj­nie Dziar­ski. – Na tym za­my­ka­my.

– Nie. Na­ra­dzi­my się jesz­cze nad bli­ską przy­szło­ścią. Chy­ba prze­wi­du­je pan, tak samo jak ja, że nie­ba­wem za­czną się dziać rze­czy wiel­kie. Ja­kaś ak­cja od­we­to­wa…

– Od­we­to­wa? – zdzi­wił się Dziar­ski. – Czy­ja, w sto­sun­ku do kogo?

– War­szaw­skie­go chu­li­gań­stwa w sto­sun­ku do swe­go prze­śla­dow­cy i tę­pi­cie­la. To nie są lu­dzie, któ­rzy by prze­ba­cza­li ze łza­mi skru­chy w oczach.

– Bzdu­ry – rzekł Dziar­ski ze znie­cier­pli­wie­niem. – My w mi­li­cji na­zy­wa­my to wza­jem­ny­mi po­ra­chun­ka­mi świa­ta prze­stęp­cze­go. A chu­li­gań­stwo jest zja­wi­skiem spo­łecz­nym o cha­rak­te­rze dość spon­ta­nicz­nym i trud­no przy­pu­ścić, aby or­ga­ni­zo­wa­ło ono ja­kieś prze­my­śla­ne i sze­ro­ko za­kro­jo­ne ak­cje. Je­że­li na­wet przy­pusz­cza pan, że są w od­mę­tach wiel­kiej War­sza­wy lu­dzie pró­bu­ją­cy re­gu­lo­wać to za­gad­nie­nie na wła­sną rękę, to dla nas, mi­li­cji, są to ob­ja­wy ka­ry­god­ne­go bez­pra­wia, z któ­rym bę­dzie­my wal­czyć z bez­względ­ną su­ro­wo­ścią. A w ogó­le… wy, ro­man­tycz­ni dzien­ni­ka­rze, wę­szy­cie czę­sto­kroć ukry­te a re­we­la­cyj­ne sen­sa­cje w wiel­ko­miej­skim śmiet­ni­ku, w bru­dach i wy­pad­kach sta­no­wią­cych ze­wnętrz­ny ob­jaw zwy­kłej pra­cy spo­łecz­nych ście­ków i rynsz­to­ków.

– Win­szu­ję – Ko­lan­ko uśmiech­nął się z iro­nią.. – Do­my­ślam się, że jest pan ukoń­czo­nym praw­ni­kiem. Sta­no­wi pan wzór stró­ża pu­blicz­ne­go ładu. Chcę wie­rzyć, że my­śli pan rów­nie su­cho, pre­cy­zyj­nie i bez­dusz­nie, jak mó­wił pan przed chwi­lą. Ale mam swo­je pry­wat­ne zda­nie o tym, co pan mówi. Osta­tecz­nie – ży­je­my w War­sza­wie. Co­uleur lo­cal… wie pan… Ra­dzę panu przejść się kie­dyś w wio­sen­ny wie­czór pod fa­brycz­ny­mi mu­ra­mi Kroch­mal­nej czy Chłod­nej, po­ło­żyć się na za­śmie­co­nych, po­kry­tych su­chot­ni­czą tra­wą i odłam­ka­mi ce­gieł łą­kach, przy­siąść na chwi­lę za­du­my nad mo­ko­tow­ski­mi gli­nian­ka­mi, po­wę­dro­wać wśród to­ro­wisk i na­sy­pów Dwor­ca Wschod­nie­go i od­kryć war­szaw­ską at­mos­fe­rę.

– Czy nie czu­je pan jak­by swę­du spa­le­ni­zny? – spy­tał Dziar­ski.

– Nie – rzekł Ko­lan­ko. – Nic nie czu­ję.

Przy są­sied­nim sto­li­ku płach­ta „Ży­cia War­sza­wy” opa­dła szyb­ko w dół. Nie dość jed­nak szyb­ko, aby ukryć przed wzro­kiem Dziar­skie­go ma­lut­ką dziur­kę, wy­pa­lo­ną pa­pie­ro­sem w mar­gi­ne­sie ga­ze­ty, tuż przy kiju. Dziur­kę ma­lut­ką, któ­rą wy­pa­lić mógł przez nie­uwa­gę za­czy­ta­ny krót­ko­widz, lecz tak­że wy­star­cza­ją­co dużą, aby móc przez nią do­kład­nie obej­rzeć naj­bliż­szy sto­lik i sie­dzą­cych przy nim lu­dzi.

– Zna­ko­mi­ty – rzekł Ko­lan­ko. – Wi­dzi pan tego pana przy są­sied­nim sto­li­ku? Cóż za świet­ny re­kwi­zyt ka­wiar­ni, w któ­rej sie­dzi­my.

Pan przy są­sied­nim sto­li­ku no­sił sztyw­ny, za­pew­ne gu­mo­wy koł­nie­rzyk z róż­ka­mi i czar­ny kra­wat. Na krze­śle obok wi­siał pa­ra­sol i le­żał czar­ny me­lo­nik. Pan ten zdjął z żół­te­go, dłu­gie­go nosa cwi­kier ru­chem znu­żo­nym, jak­by po dłu­go­trwa­łym uważ­nym czy­ta­niu, któ­re go zmę­czy­ło. Po czym skło­nił się lek­ko Ko­lan­ce. Ko­lan­ko od­kło­nił się z uśmie­chem.

– Zna­jo­my? – spy­tał Dziar­ski.

– Spo­tka­łem go dziś po po­łu­dniu na wy­sta­wie, gdzie szu­ka­łem pana. Po­ję­cia nie mam, kto to jest. Chy­ba ja­kiś fi­la­te­li­sta.

– Myli się pan. To nie jest fi­la­te­li­sta.

– W każ­dym ra­zie ja­kiś zbie­racz.

– Zbie­racz?… – za­my­ślił się Dziar­ski. – Ale cze­go?

Ko­lan­ko za­wo­łał kel­ner­kę. Za­pła­cił i wy­szli. Był chłod­ny mar­co­wy wie­czór. Od Wi­sły dął po­ry­wi­sty wiatr.

– Dzię­ku­ję panu, pa­nie re­dak­to­rze – rzekł Dziar­ski, po­da­jąc rękę Ko­lan­ce. – To była miła po­ga­węd­ka.

– Miła! – zdzi­wił się z po­błaż­li­wą iro­nią Ko­lan­ko. – Ten przy­miot­nik nie wy­da­je mi się naj­traf­niej­szy…

– Wi­dzi pan, my, fi­la­te­li­ści, kształ­ci­my w so­bie spe­cjal­ną, dro­bia­zgo­wą de­li­kat­ność. Każ­dy zą­bek znacz­ka pocz­to­we­go, niu­ans bar­wy, gru­bość i cien­kość naj­drob­niej­szej na­wet kre­secz­ki mają w fi­la­te­li­sty­ce do­nio­słe zna­cze­nie.

– Dla­cze­go mi pan to mówi?

– Al­bo­wiem wy­da­je mi się, że ro­zu­miem pana. Jest pan po pro­stu nie­po­cie­szo­ny jako dzien­ni­karz, że dzie­ją się wo­kół pana rze­czy, o któ­rych pan nic nie wie. Ja je­stem mi­li­cjan­tem, to­też za­le­ży mi nie tyl­ko na tym, aże­by wie­dzieć, lecz i na tym, aby prze­ciw­dzia­łać i kształ­to­wać rze­czy ta­kie zgod­nie z pra­wem. I to jest za­sad­ni­cza mię­dzy nami róż­ni­ca.

– Ma pan ra­cję – rzekł szcze­rze Ko­lan­ko. – Pro­szę mi więc do­ra­dzić, w jaki spo­sób mam le­czyć mój nie­po­kój.

– Do­ra­dzę panu – od­parł po­waż­nie Dziar­ski. – Pro­szę się za­jąć ja­kąś kon­kret­ną spra­wą. Na przy­kład nie­le­gal­nym han­dlem bi­le­ta­mi na im­pre­zy wi­do­wi­sko­we. Je­stem bar­dzo cie­kaw dzien­ni­kar­skie­go zda­nia w tej ma­te­rii i zdo­by­czy dzien­ni­kar­skich po­szu­ki­wań.

– Do­brze – rzekł Ko­lan­ko. – Będę to trak­to­wał jako po­czą­tek na­sze­go przy­mie­rza.

– Za dużo po­wie­dzia­ne – po­pra­wił Dziar­ski chłod­no – ra­czej na­szych roz­mów…

Ko­lan­ko skło­nił się i ru­szył w stro­nę No­we­go Świa­tu. Dziar­ski za­wró­cił, uczy­nił kil­ka kro­ków i skrę­cił w por­tal ho­te­lu „Bri­stol”, gdzie przy­sta­nął za wę­głem. Z ka­wiar­ni wy­szła nie­wiel­ka po­stać w me­lo­ni­ku, z pa­ra­so­lem w ręku. Me­lo­nik ob­ró­cił się w róż­nych kie­run­kach, wresz­cie za­trzy­mał się na wi­dok sze­ro­kich ple­ców do­cho­dzą­ce­go do Kró­lew­skiej Ko­lan­ki, po czym jego wła­ści­ciel ru­szył, po­stu­ku­jąc lek­ko pa­ra­so­lem, w tym sa­mym kie­run­ku. Po­rucz­nik Mi­chał Dziar­ski uśmiech­nął się do sie­bie i wło­żyw­szy ręce w kie­sze­nie płasz­cza, udał się spa­ce­ro­wym kro­kiem w stro­nę gma­chu Ko­men­dy Sto­łecz­nej MO.

3

Po­kój był duży, ja­sny, wid­ny i nic nie róż­ni­ło­by go od in­nych po­ko­jów biu­ro­wych, gdy­by nie dzie­ła sztu­ki. Gip­so­we od­le­wy an­tycz­nych tor­sów sta­ły obok ko­sza do śmie­ci, gło­wa Gor­go­ny za­stę­po­wa­ła wie­szak, bro­da­ty Zeus du­mał, wpa­trzo­ny w roz­ża­rzo­ne prę­ci­ki elek­trycz­ne­go pie­cy­ka. Ścia­ny peł­ne były ob­ra­zów naj­roz­ma­it­szych szkół, sty­lów, roz­mia­rów i tre­ści. Tuż obok pla­ka­tu o nor­mach SPO wi­sia­ła Cza­chór­skie­go Dama w suk­ni lila, spo­nad spi­su kan­ce­la­ryj­ne­go in­wen­ta­rza ły­pał przy­jaź­nie Szewc Ta­de­usza Ma­kow­skie­go.

Mar­ta nie mo­gła ode­rwać odeń wzro­ku. Nie będę mo­gła pra­co­wać, póki tu bę­dzie wi­siał – po­my­śla­ła z po­błaż­li­wą nie­chę­cią, usi­łu­jąc raz jesz­cze pod­su­mo­wać ko­lum­nę cyfr. W cią­gu ostat­nich paru dni na­wią­za­ła się nić ja­kiejś in­tym­no­ści mię­dzy nią a tym ob­ra­zem. Gdy­by nie Cza­chór­ski, by­ła­bym zgu­bio­na – my­śla­ła, od­ry­wa­jąc się na do­bre od pra­cy. Fio­le­to­wo­li­lio­wa to­na­cja ob­ra­zu Cza­chór­skie­go tchnę­ła uprzej­mą sztyw­no­ścią; Dama w suk­ni lila była ślicz­na, smu­kła, urze­ka­ją­ca uro­dą i we­lu­ro­wym bo­gac­twem tła: wa­zo­ny, kwia­ty, kon­so­le, cięż­kie ko­ta­ry. I to wszyst­ko. A Szewc wdzie­rał się w ży­cie oso­bi­ste. W grun­cie rze­czy jest mi bli­ski jak przy­ja­ciel czy krew­ny – my­śla­ła Mar­ta, to­nąc wzro­kiem w od­cie­niach sza­ro­ści – od brud­na­we­go brą­zu do de­li­kat­nych, per­ło­wych smug. Był to w isto­cie tak zwa­ny sa­bo­tier, wo­kół jego kra­sno­lud­ko­wej po­sta­ci cią­gnę­ły się gir­lan­dy drew­nia­nych sa­bo­tów, sa­bo­ty ra­do­sne i nie­szczę­śli­we, po­chmur­ne i roz­śpie­wa­ne, ga­da­tli­we i mru­kli­we. Szewc ły­pał swym je­dy­nym okiem z ob­ra­zu i miał w so­bie coś z Dyla So­wi­zdrza­ła, coś ze Świę­te­go Mi­ko­ła­ja, a tak­że z mnó­stwa zwy­kłych zna­jo­mych Mar­ty. Boję się – uśmiech­nę­ła się w du­chu Mar­ta – że on wszyst­ko o mnie wie.

Na biur­ku za­dźwię­czał te­le­fon. Sie­dzą­ca na­prze­ciw Mar­ty nie­ład­na dziew­czy­na w oku­la­rach pod­nio­sła słu­chaw­kę. – Halo? – po­wie­dzia­ła, po czym rze­kła obo­jęt­nie: – To do cie­bie, Mar­ta.

Mar­ta uję­ła słu­chaw­kę.

– Ma­jew­ska. Słu­cham.

– Tu Hal­ski. Dzień do­bry.

– Dzień do­bry – rze­kła Mar­ta. Szewc uśmiech­nął się do niej wy­raź­nie a fi­glar­nie. W po­ko­ju zro­bi­ło się ja­śniej.

– Pan­no Mar­to, nie­szczę­ście. Tak się cie­szy­łem na dzi­siej­sze po­po­łu­dnie… Po tylu, tylu dniach, na­resz­cie… Na­resz­cie się pani zgo­dzi­ła i…

– No, oczy­wi­ście… Inna rand­ka, hę? Ach, wy źli chłop­cy… – Mar­ta mó­wi­ła lek­ko, sta­ra­jąc się za­bar­wić głos kpi­ną. Szewc za­chmu­rzył się, nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że po­smut­niał, jed­no­cze­śnie zaś przy­mru­żył swe oko, jak­by mó­wił: „Po co uda­jesz, że ci to nie spra­wia róż­ni­cy?”.

– Jak pani może, prze­wrot­na ko­bie­to!… Dy­żur. Wie pani, dy­żur, nie­odwo­łal­ny, nie­da­ją­cy się prze­su­nąć. Więk­szość ko­le­gów cho­rych na gry­pę.

– Nic nie szko­dzi. Po­we­tu­je­my so­bie in­nym ra­zem.

– Kie­dy?

– Pro­szę za­te­le­fo­no­wać. Zna pan już do­brze nu­mer.

Szewc pod­no­sił się już nie­omal ze swe­go zy­del­ka. „Głu­pia! – mó­wił swym jed­nym okiem – sama bę­dziesz ża­ło­wać tego na­głe­go chło­du i re­zer­wy… Póź­niej, za go­dzi­nę, na­za­jutrz”.

– Dla­cze­go nie mo­że­my się od razu umó­wić, Mar­to? Pro­szę coś za­pro­po­no­wać. Sta­wię się o każ­dej da­cie, po­rze i go­dzi­nie w dru­giej po­ło­wie ty­go­dnia. To dzi­siaj było nie­ocze­ki­wa­ne, ja bar­dzo prze­pra­szam, ale nie mogę, nie­ste­ty, in­a­czej, pro­szę mnie zro­zu­mieć…

– Pro­szę za­te­le­fo­no­wać, pa­nie dok­to­rze, do­brze? Jest mi trud­no w tej chwi­li… – W gło­sie Mar­ty trze­po­ta­ło wa­ha­nie.

– Do­sko­na­le – rzekł Hal­ski. – Za­te­le­fo­nu­ję ju­tro. Jak się czu­je mama?

– Dzię­ku­ję. Nie naj­go­rzej. Ma do­brą opie­kę.

– No… to cie­szę się bar­dzo. A więc zbęd­ne są naj­now­sze zdo­by­cze me­dy­cy­ny w za­kre­sie do­le­gli­wo­ści wą­tro­by. Trud­no… a ra­czej cie­szę się nie­zmier­nie…

– Moc­no zo­bo­wią­za­na za pa­mięć, pa­nie dok­to­rze. I… cze­kam na te­le­fon. Szewc jak­by ode­tchnął z ulgą. „Tro­chę le­piej” – ski­nął gło­wą Mar­cie.

– Świet­nie – po­wie­dział Hal­ski – za­tem do ju­tra.

Mar­ta odło­ży­ła słu­chaw­kę i po­ka­za­ła ję­zyk Szew­co­wi.

Zbli­ża­ła się czwar­ta. Mar­ta umy­ła ręce, po­pra­wi­ła war­gi i wło­sy, wy­ję­ła z kie­sze­ni płasz­cza siat­kę na za­ku­py. – Nic z tego dzi­siaj? – spy­ta­ła brzyd­ka dziew­czy­na w oku­la­rach, w gło­sie jej była sta­ran­nie skry­wa­na zło­śli­wość. – Zna­ko­mi­cie się skła­da – rze­kła Mar­ta. – Je­stem dziś strasz­nie za­ję­ta, a nie wy­pa­da­ło od­mó­wić. Ten mło­dy le­karz był dla mnie bar­dzo uprzej­my.

Na uli­cy było zim­no, po­chmur­nie, nie­przy­jem­nie. Przed wej­ściem do mu­zeum sie­dział na ka­mien­nej ba­lu­stra­dzie Ze­non. – Wiesz, Maj­ka, by­łem w mie­ście w spra­wie sek­cji – po­wie­dział, ca­łu­jąc ją w rękę. – Po­my­śla­łem, że może za­cze­kam na cie­bie… – Świet­na myśl – rze­kła Mar­ta. – Wła­śnie za­sta­na­wia­łam się, co się z tobą dzie­je? – Wiesz, nie chciał­bym ci prze­szka­dzać, nie uma­wia­li­śmy się. – Skąd­że zno­wu – rze­kła Mar­ta. – Cie­szę się, że je­steś. Zo­sta­niesz u nas na ko­la­cji, do­brze? – Do­brze – ucie­szył się Ze­non. – Wy­da­wa­ło mi się, że bę­dziesz dziś za­ję­ta… – Skąd ci to przy­szło do gło­wy? – Nie wiem. Tak mi się wy­da­wa­ło… – Coś nie w po­rząd­ku z twy­mi prze­czu­cia­mi, Zen. Źle funk­cjo­nu­ją. Cie­szę się, żeś przy­szedł. Wła­ści­wie… cze­ka­łam na cie­bie… – Do­praw­dy? – rzekł Ze­non z ulgą. – Nie wiem, dla­cze­go mi się tak wy­da­wa­ło… Wiesz, tyle spraw w klu­bie, w sek­cji, na aka­de­mii. Ale te­raz wszyst­ko w po­rząd­ku, nie po­ja­dę na Bie­la­ny. Wspa­nia­le!

Ujął ją moc­no, opie­kuń­czo pod ra­mię. To ko­niec… – po­my­śla­ła Mar­ta. – Trze­ba to ja­koś za­ła­twić. Tyl­ko że ja do­praw­dy nie wiem jak… Ja­kie to wszyst­ko trud­ne i cze­go ja wła­ści­wie chcę?

Po czym roz­po­czę­li wę­drów­kę po skle­pach ko­lo­nial­nych, dzie­ląc się uwa­ga­mi na wi­dok wę­dzo­nych sie­law i na te­mat prze­wa­gi sera emen­ta­ler nad se­rem tyl­życ­kim.

Nie uro­dził się jesz­cze na tym świe­cie ar­chi­tekt czy de­ko­ra­tor, któ­ry – bu­du­jąc ka­wiar­nię – mógł po­wie­dzieć z góry: „W tym lo­ka­lu bę­dzie taka a taka pu­blicz­ność i taki a taki na­strój. Tak so­bie to po­my­śle­li­śmy i tak musi być…”. – Ka­wiar­nia zo­sta­je urzą­dzo­na, ume­blo­wa­na, wcho­dzą do niej pierw­si go­ście, a po ja­kimś cza­sie oka­zu­je się, że at­mos­fe­ra jej nie ma nic wspól­ne­go z tym, co za­mie­rzy­li jej twór­cy: od­da­na do pu­blicz­ne­go użyt­ku roz­po­czy­na ży­wot wła­sny i nie­prze­wi­dzia­ny; jej losy nie dają się z góry wy­zna­czyć. Prze­zna­czo­ne do dys­kret­ne­go pół­mro­ku wnę­trza sta­ją się z cza­sem oschłe, zim­ne i od­py­cha­ją­ce jak po­cze­kal­nia w In­sty­tu­cie Ba­dań nad Try­chi­no­zą, a nie­zręcz­ne, zbyt ja­sne i nie­ład­ne sal­ki na­bie­ra­ją przy­tul­no­ści koj­ca dla nie­mow­ląt. Na tej­że za­sa­dzie bar ka­wo­wy „Pod Ku­ran­ta­mi” na MDM-ie prze­ży­wał od chwi­li swe­go po­wsta­nia nie­ja­ki kon­flikt po­mię­dzy tre­ścią a for­mą. W pierw­szych la­tach od­bu­do­wy war­szaw­skie ka­wiar­nie po­wsta­wa­ły spon­ta­nicz­nie, im­pro­wi­za­tor­sko, we­dług an­ty­nau­ko­wej teo­rii sa­mo­ródz­twa, w par­te­ro­wych, pro­wi­zo­rycz­nie od­re­mon­to­wa­nych po­miesz­cze­niach, w zbom­bar­do­wa­nych do­mach, ma­jąc czę­sto­kroć za na­tu­ral­ną de­ko­ra­cję i tło ru­iny roz­wa­lo­nych ka­mie­nic; były to ka­wiar­nie za­ku­rzo­ne, hek­tycz­ne, cia­sne, za­tło­czo­ne, w któ­rych ma­rzy­ło się o he­li­kop­te­rze, na wi­dok wol­ne­go sto­li­ka. Od dwóch bli­sko stu­le­ci War­sza­wa przy­wią­zu­je wiel­ką wagę do ka­wiarń, to­też ci, któ­rzy pro­jek­to­wa­li pla­no­wą a gi­gan­tycz­ną jej od­bu­do­wę, nie mo­gli za­po­mnieć o tych tra­dy­cjach. Jed­ną z pierw­szych za­pro­jek­to­wa­nych, a nie za­im­pro­wi­zo­wa­nych ka­wiarń był bar ka­wo­wy „Pod Ku­ran­ta­mi”. Był to rze­czy­wi­ście bar­dzo pięk­ny lo­kal: gu­stow­ne dra­pe­rie, so­lid­ne bo­aze­rie, far­fur­ki i cen­ne ta­le­rze, cięż­kie wy­twor­ne me­ble, kute w mie­dzi kin­kie­ty, sta­ry ku­rant nad wej­ściem, dę­bo­we scho­dy we­wnętrz­ne i bel­ko­wa­ny strop. Mimo woli na­su­wał myśl, że w fo­te­lach tych i przy tych sto­łach za­sią­dą lu­dzie po­waż­ni, roz­wa­ża­ją­cy w chwi­lach wol­nych za­gad­nie­nia wzro­stu wy­daj­no­ści pra­cy w kie­ro­wa­nych przez sie­bie przed­się­bior­stwach i za­kła­dach albo po­wta­rza­ją­cy so­lid­ne, oględ­ne plot­ki o tro­skach ro­dzin­nych pro­fe­so­rów po­li­tech­ni­ki. Tym­cza­sem sta­ło się in­a­czej: na an­tre­so­li ka­wiar­ni usta­wio­no for­te­pian, przy for­te­pia­nie usiadł mło­dy czło­wiek o wy­raź­nej skłon­no­ści do syn­ko­po­wa­nej mu­zy­ki, przy sto­łach po­ja­wi­li się przed­sta­wi­cie­le war­szaw­skiej cy­ga­ne­rii urzęd­ni­czej, w drzwiach wej­ścio­wych uka­zy­wa­ły się co­raz czę­ściej syl­wet­ki mło­dzień­ców w bar­dzo wą­skich spodniach, w krót­kich pa­let­kach i na za­gad­ko­wo wy­so­kich, gu­mo­wych po­de­szwach oraz dziew­cząt w luź­nych płasz­czach o ol­brzy­mich koł­nier­zach, przy­po­mi­na­ją­cych od­wró­co­ne do tyłu wiel­kie śli­nia­ki. Za nimi zaś przy­wę­dro­wa­li lu­dzie o zgo­ła trud­nych do okre­śle­nia źró­dłach do­cho­dów.

Hal­ski by­wał tu rzad­ko. Do­strzegł pła­cą­ce­go pana i pod­no­szą­cą się z fo­te­la pa­nią i już nie­ba­wem wy­cią­gnął dłu­gie nogi, oparł się z wes­tchnie­niem ulgi o wy­tła­cza­ne opar­cie, za­pa­lił pa­pie­ro­sa i za­mó­wił kawę. To za­baw­ne – po­my­ślał – szy­ku­ję się na to spo­tka­nie, jak­bym miał osiem­na­ście lat. Czuł się te­raz jak po pierw­szej zwy­cię­skiej bi­twie na myśl, że Mar­ta mo­gła­by przyjść, pod­czas gdy on nie miał­by jesz­cze sto­li­ka. Spo­nad po­ły­skli­wej czer­ni for­te­pia­nu uśmie­cha­ła się doń zna­jo­ma twarz: Hal­ski znał mło­de­go pia­ni­stę. Byli ra­zem w woj­sku, gdzie zbli­ży­li się nie­co, łą­czy­ła ich wspól­na sym­pa­tia dla pod­ka­sa­nej muzy, bul­wa­ro­wej pio­sen­ki, o któ­rej roz­pra­wia­li go­dzi­na­mi na twar­dych łóż­kach i szorst­kich ko­cach. Pia­ni­sta mru­gnął doń po­ro­zu­mie­waw­czo i za­czął grać: Cze­kam cię… Hal­ski uśmiech­nął się i po­gro­ził mu za­ci­śnię­tą pię­ścią: – Aach, ty ło­bu­zie!

O dwa sto­li­ki da­lej sie­dział męż­czy­zna, któ­ry zwią­zał na chwi­lę jego uwa­gę: był to moc­no zbu­do­wa­ny pan o pięk­nej, ciem­nej, tro­chę zbyt mię­si­stej twa­rzy. A może nie przyj­dzie? – Hal­ski po­czuł cierp­ki uchwyt nie­po­ko­ju koło ser­ca. Spoj­rzał na ze­ga­rek, bra­ko­wa­ło jesz­cze pię­ciu mi­nut do umó­wio­nej go­dzi­ny. Chłop­cze – uśmiech­nął się w du­chu – za­sta­nów się: ile lat już nie za­da­wa­łeś so­bie ta­kie­go py­ta­nia? Za­wsze przy­cho­dzi­ły. A je­śli nie przy­cho­dzi­ły, to od­dy­cha­łeś z ulgą, otrze­py­wa­łeś kurz z obu­wia, umy­wa­łeś ręce i wy­krę­ca­łeś nowy nu­mer te­le­fo­nu. Dziś też tak bę­dzie, je­śli nie przyj­dzie. Ode­tchniesz głę­bo­ko i przy­po­mnisz so­bie, że do­bra książ­ka cze­ka na cie­bie w domu. A ju­tro Te­re­sa ucie­szy się bar­dzo, tak bar­dzo, jak nie cie­szy­ła się już od prze­szło dwóch ty­go­dni. Pal­ce pia­ni­sty bie­gły po pa­sa­żach So­li­tu­de.

We­szła Mar­ta i Hal­ski wstał. Sie­dzą­cy przy są­sied­nich sto­li­kach otak­so­wa­li ją szyb­ko i oce­na wy­pa­dła do­dat­nio: ko­ne­se­rzy za­trzy­ma­li na niej swą uwa­gę nie­co dłu­żej, niż czy­ni się to za­zwy­czaj. Moc­no zbu­do­wa­ny, ele­ganc­ki pan przyj­rzał jej się by­stro, wręcz świ­dru­ją­co, ale nie dłu­żej, niż po­zwa­la na to do­bre wy­cho­wa­nie i zdaw­ko­wa świa­to­wość w mod­nych ka­wiar­niach. Pia­ni­sta uczy­nił gest unie­sio­nym i zgię­tym łok­ciem, wy­ra­ża­ją­cy po­dziw. Hal­ski uśmiech­nął się. Mar­ta usia­dła. Pia­ni­sta roz­po­czął ryt­micz­nie Her­bat­kę we dwo­je, co zbie­gło się z po­dej­ściem do sto­li­ka kel­ner­ki.

– Dla­cze­go się pan uśmie­cha? – spy­ta­ła Mar­ta.

– Och, mnó­stwo po­wo­dów – rzekł Hal­ski – o któ­rych sys­te­ma­tycz­nie pani opo­wiem. Przede wszyst­kim uśmie­chem tym po­kry­wam we­wnętrz­ne od­prę­że­nie.

– Po ja­kichś cięż­szych tro­skach czy prze­ży­ciach?

– Tak. Ba­łem się, że pani nie przyj­dzie.

Mar­ta za­ru­mie­ni­ła się lek­ko i uśmiech­nę­ła. Trud­no było wie­dzieć, co w tej de­kla­ra­cji było z żar­tu, co z pro­wo­ka­cji, a co ze szcze­re­go wy­zna­nia.

– Ale je­stem, i może pan prze­stać…

– Skąd­że zno­wu. Fakt, że pani jest, sta­no­wi nowe źró­dło uśmie­chu, gdyż cie­szę się z tego fak­tu.

– To to samo. Już się pan cie­szył, że tu je­stem.

– Błąd, mło­da oso­bo. Uśmiech na pani wi­dok ma źró­dło czy­sto fi­zycz­ne: pani oso­bę, a nie pani obec­ność. Pro­szę my­śleć sub­tel­niej, jak przy­sta­ło do­świad­czo­ne­mu hi­sto­ry­ko­wi sztu­ki. Uśmie­cham się te­raz do pani wy­glą­du.

– Dzię­ku­ję. My­śla­łam, że obej­dzie się bez ni­skich po­chlebstw. Jed­no roz­cza­ro­wa­nie w ży­ciu wię­cej. Gdzież jest słyn­na god­ność oso­bi­sta lu­dzi na­uki?

– To nie są po­chleb­stwa. A może zresz­tą i są. Je­stem pe­łen po­dzi­wu dla traf­no­ści, z jaką wło­ży­ła pani dzi­siaj na sie­bie ten świet­ny, czar­ny swe­ter i moją ulu­bio­ną, kra­cia­stą spód­ni­cę. Uwiel­biam szkoc­ką kra­tę i ta­kie bia­łe, niby po­waż­ne koł­nie­rzy­ki. I dla­te­go uśmie­cham się.

Tym ra­zem Mar­ta za­czer­wie­ni­ła się wy­raź­nie. Nie mo­gła ukryć za­do­wo­le­nia, wo­bec tego zde­cy­do­wa­ła się na na­pa­stli­wość:

– Cie­ka­wa je­stem, gdzie kry­ją się źró­dła pań­skiej za­ro­zu­mia­ło­ści?

Unio­sła za­dar­ty no­sek jesz­cze bar­dziej w górę, co mia­ło zna­mio­no­wać peł­ne wy­nio­sło­ści obu­rze­nie. Hal­ski po­chy­lił gło­wę ze skru­chą.

– Chcia­łem tyl­ko wy­ka­zać pani, jak bar­dzo zło­żo­nym zja­wi­skiem może być je­den zwy­kły uśmiech…

– Niech pan nie roz­pa­cza, pa­nie dok­to­rze – rze­kła Mar­ta ła­ska­wie. – Przy­znam się panu, że prze­pa­dam za ta­ki­mi fu­la­ro­wy­mi kra­wa­ta­mi w dys­kret­ne a ra­do­sne wzor­ki, jaki ma pan wła­śnie na so­bie. Ten kra­wat świad­czy o pań­skich tę­sk­no­tach i sym­pa­tiach. Są­dzę więc, że mo­że­my za­wie­sić broń za­czep­ną na koł­ku i wy­pa­lić faj­kę po­ko­ju.

To rze­kł­szy, wy­ję­ła z pacz­ki men­to­lo­we­go i Hal­ski po­dał jej ognia. Pod bel­ko­wa­nym pu­ła­pem ka­wiar­ni roz­sy­py­wa­ły się dźwię­ki me­lo­dii Po sło­necz­nej stro­nie uli­cy.

– Jak się czu­je mama? – spy­tał Hal­ski.

– Dzię­ku­ję. Mó­wi­łam jej o panu. Mama jest go­to­wa na eks­pe­ry­men­ty.

– Prze­cież tyle razy pro­po­no­wa­łem swe usłu­gi – rzekł ci­cho Hal­ski.

– Mu­sia­ła­bym za­pro­sić pana do domu – szep­nę­ła Mar­ta, po­chy­la­jąc gło­wę nad sto­li­kiem. Za­brzmia­ło to rów­nie twar­do, jak bez­rad­nie.

– Ro­zu­miem – rzekł Hal­ski – to mo­gło­by spra­wić ko­muś przy­krość, może na­wet kło­po­ty.

Mar­ta spoj­rza­ła mu pro­sto w oczy. Spoj­rze­nie mia­ła sza­re, czy­ste, peł­ne cie­pła. Hal­ski uśmiech­nął się.

– Po­wiem pani coś no­we­go, nie­ocze­ki­wa­ne­go, nie­zwy­kle ory­gi­nal­ne­go, coś, cze­go nikt nig­dy ni­ko­mu nie mó­wił: ma pani ślicz­ne oczy.

– To nie jest fair, pa­nie dok­to­rze – rze­kła Mar­ta ła­god­nie. – Jako spor­to­wiec nie po­wi­nien pan uży­wać tego ro­dza­ju chwy­tów.

– Nie je­stem spor­tow­cem. Kie­dyś bie­ga­łem wpraw­dzie na osiem­set me­trów, lecz to na­le­ży do prze­szło­ści. Wo­bec tego mam pra­wo do spor­to­wej nie­lo­jal­no­ści, tym bar­dziej że je­stem za­pa­lo­nym ki­bi­cem, a ki­bi­ce są za­wsze nie­lo­jal­ni.

– To do­brze, że pan nie jest lo­jal­nym za­wod­ni­kiem. Tę­sk­nię za odro­bi­ną prze­wrot­no­ści.

– Nie­ste­ty, nie mogę tego pani ofia­ro­wać. Nic z roz­darć we­wnętrz­nych. Pra­gnę te­raz wy­łącz­nie jed­nej rze­czy.

– Cze­go?

– Po­ca­ło­wać pa­nią.

– To był faul – Mar­ta uśmiech­nę­ła się. – Poza tym tech­nicz­nie nie­moż­li­we. Na­to­miast kła­mał pan, mó­wiąc o swych suk­ce­sach na śred­nich dy­stan­sach. Oka­zu­je się pan ty­po­wym sprin­te­rem, woli pan wy­raź­nie dy­stan­se krót­kie.

W gło­sie Mar­ty dźwię­cza­ło opa­no­wa­nie i kpi­na, od­zy­ska­ła swój po­przed­ni ton.

– To była po­mył­ka. Prze­pra­szam – przy­znał się bez za­że­no­wa­nia Hal­ski. – Uży­łem złe­go sche­ma­tu. Wy­ją­łem klucz z nie­wła­ści­wej prze­gród­ki. – Po co ja to czy­nię? – po­my­ślał. – Dla­cze­go usi­łu­ję ukryć, że my­śla­łem o niej nie­ustan­nie przez całe dwa ty­go­dnie? Kla­wi­sze for­te­pia­nu roz­py­la­ły wol­ną me­lo­dię o na­zwie Pył gwiezd­ny.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.