Złotobrody Emir - Franciszek Gawroński - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Złotobrody Emir - Franciszek Gawroński

Złotobrody Emir” to powieść Franciszka Rawity-Gawrońskiego (1846–1930), polskiego pisarza, publicysty i historyka amatora, który z powodzeniem zajmował się badaniem dziejów wschodnich ziem dawnej Rzeczypospolitej. Utrzymana jest w klimacie jego wschodnich zainteresowań. W jego dorobku znalazło się wiele powieści i prac historycznych (głównie o tematyce kresowej) oraz liczne biografie. Wiele stron swojej twórczości poświęcił dziejom ziem wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, zwłaszcza Kozaczyźnie i Rusi. Wśród jego dzieł można wymieniać takie powieści jak „Na krasnym dworze” (o pobycie króla Bolesława Śmiałego w Kijowie), „ Dwie drogi” (o czasach powstania styczniowego), „Na kresach ukrainnych” (o buncie hajdamackim), „Pan hetman Mazepa”, „Poszukiwacze szczęścia” (krytyczne spojrzenia na ruch socjalistyczny), „Złotobrody Emir” (tematyka ukraińska, wydarzenia poprzedzające powstanie listopadowe), „Obca krew” (o relacjach polsko-rosyjskich).

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Złotobrody Emir - Franciszek Gawroński

Fragment ebooka Złotobrody Emir - Franciszek Gawroński






Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. PRZYPISY
  16. KOLOFON

T.T. Jeżowi znakomitemu pisarzowi żołnierzowi wolności Polski i Węgier pracę niniejszą poświęca

Autor


Niech ze słów moich stanie się ciało,
Z ciała – zbawiciel Słowianom.

Tom. Padura


ROZDZIAŁ I

Obszerny plac przed kościołem w Sawraniu roił się Żydami. Nie dziwiło to nikogo, gdyż był właśnie szabas. Żydzi w czarnych atłasowych chałatach, w czapkach z lisimi kitami, które im dziwacznie nieco sterczały, jakby wyrastały z głowy, w długich białych pończochach i papuciach bez obcasów i piętek, kupkami przechadzali się po placu, ręce za pasy podpasujące chałaty założywszy. Strojem wszyscy byli podobni do siebie: mieli jednakowy krój chałatów, czapek, jednakowe papucie i pończochy, wszyscy nosili pejsy – nawet kolor materii chałatów i czapek był jednakowy; różniły ich od siebie tylko brody rozmaitych odcieni i długości, i pejsy – u jednych filuternie zakręcane, u innych niby jakieś kosmyki niedbale spadające na ramiona. Spokojne ich fizjonomie, miarowe, powolne ruchy świadczyły o pewnym wewnętrznym zadowoleniu; a chociaż tu i ówdzie widać było jakąś gromadkę głośniej gergoczącą i żywiej gestykulującą – rozmowy i gestykulacje nie zdradzały uczuć i charakteru – lub też niezwykłego zainteresowania się niezwykłymi wypadkami. Wszystkie te rozmowy dalej, poza krąg treści kawałkiem chleba codziennego zakreślonej, nie sięgały.

Dla nich istniał zawsze jeden bożek – interes, któremu przede wszystkim hołd składali. Bożek ów snadź opiekował się Sawraniem, bo dobrobyt malował się nie tylko na twarzy, ale i w ubraniu spacerujących. Miało się właśnie ku końcowi pierwszej ćwierci naszego wieku, a była to już trzecia upływająca w dostatku i pokoju po krwawym roku Koliszczyzny, napiętnowanym rzezią Gonty i Żeleźniaka. Groźna hajdamaczyzna kędyś znikła, niby się w ziemi zawaliła, zaroiła się szlachta, zaludniły się miasteczka, wsie i stepy – jednym słowem nastała doba materialnego wzmagania się kraju po długoletnich klęskach, rzeziach i rabunkach.

W gruncie rzeczy nic się nie zmieniło – trwał dalej stary porządek społeczny, tradycja ciągnęła się po dawnemu, a szlachta rozpleniona, spokojna w posiadaniu, nie zbierała się wprawdzie na sejmik dla wyboru posłów, ale wybierała reprezentantów i urzędników. Zmian więc ani w jej życiu publicznym, ani prywatnym prawie nie było. Dobrobyt materialny podnosił się coraz bardziej, a Żydzi odczuwali go może najlepiej. Mówiły o tym ich twarze zadowolone i spokojne, ich atłasowe chałaty.

Pośród grup mężczyzn przesuwały się jeszcze z większą, zda się, powagą gromadki Żydówek – były to bałabusty, córki i żony spacerujących. I na nich świeciły atłasowe suknie, kolczyki i bransolety, kupione może za bezcen u hajdamaków, a nad czołem, w opasce na włosach migotały perły, rubiny – nawet i brylantów nie brakowało. Cały ten różnokolorowy tłum przechadzał się jak pawie, spokojnie używając szabasu i wieczornego chłodu. Za parę godzin zajść miało słońce i plac ów, dziś taki rojny i tłumny, opustoszeje znowu aż do nowego szabasu, gdyż tylko chłopi z sąsiednich wsi przyjeżdżają tutaj z drzewem i sianem, a kozy żydowskie – typowe darmozjady – zbiegają się z całego Sawrania na bezpłatne pożywienie.

Skrajem tego placu, jedną stroną dotykającego ogrodzenia kościoła i plebani, szedł jakiś staruszek bez czapki i dźwigał wiadro wody. Wprawdzie trzymał w ręku kapelusz, lecz nie dlatego, że jeszcze słońce wieczorem dobrze przypiekało, więc mu na głowie, chociaż słomkowy, może ciążył, ale prawdopodobnie dlatego tylko, ażeby go do ukłonów nie zdejmować, gdyż zgarbioną jego postawę widać było z daleka w ciągłym ruchu głową, ręką i kapeluszem. Czarny długi ubiór starca i ogolona twarz pełna dobroci, spokoju, rezygnacji i pokory, znane były dobrze mieszkańcom Sawrania. Był to proboszcz miejscowy, ksiądz Łukasz, jeden z tych ludzi rzadkich cnót i dobroci, którzy żyją tylko dla posług innym. Na swoje kapłańskie posłannictwo zapatrywał się on chłopskim rozumem: nie dość jest piękne słowa wygłaszać z ambony, trzeba pięknie czynić i świecić ludziom przykładem. Nic też dziwnego, że miłowano go i szanowano dokoła, bo jak ks. Łukasz pojmował swoje stanowisko, tak je i spełniał. Przenoszony z parafii do parafii, nie wymawiał się od posług kapłańskich wiekiem, a w najkrótszym czasie stawał się ulubieńcem maluczkich i bogatych.

Ojciec Łukasz sam sobie służył, pomimo późnego wieku pielęgnował własnoręcznie kwiaty w ogródku przed plebanią, a zawsze znalazła się czyjaś dobroczynna ręka, która z tych kwiatów na koronę Matki Boskiej wieniec wiła. Ksiądz co wieczór podlewał je i sam po wodę do publicznej studni chodził. Służby nie trzymał żadnej; jeżeli gości nie było, stara jakaś baba gotowała mu niewybredny obiad składający się z barszczu i kawy, a dzwonnik lub furman księdza wikarego niezbędne posługi w pokojach spełniał.

Grzeczność jego, uprzejmość i nabożność znane były wszystkim, a niektórym podobało się widzieć w nim dziwaka niegodzącego się z codziennym obyczajem i ludźmi. Łatwiej było taki wyrok wydać, niż poznać się na jego wyższości moralnej. Prostotę charakteru i uczuć brano za dziwactwo.

Ile razy ksiądz Łukasz przystanął z wiaderkiem, zawsze się znalazł ktoś, kto mu się ukłonił. Starzec miał wzrok bardzo krótki, rzadko kogo poznawał z daleka, ale nie chcąc być dłużnym nikomu, głową kiwał i kapeluszem trzymanym w ręku pozdrowienie przesyłał. Zwyczaj ten ojca Łukasza był tak znany, że spacerujące na placu niedorostki i bachory żydowskie żarty sobie z niego stroiły.

Okrążywszy o kilkadziesiąt kroków, zachodzili z innej strony i dla żartu znowu się kłaniali. Ojciec Łukasz z największą pokorą i uprzejmością odkłonił się każdemu, nie przypuszczając, że próżnujące bachorki brały go za przedmiot żartów.

Kłanianie się bezustanne trwało i teraz od chwili ukazania się księdza Łukasza na skraju placu prawie do furty plebani. Furta była zamknięta. Ojciec Łukasz postawił wiaderko na ziemi i jął rygle odsuwać, kiedy za sobą posłyszał turkot nadjeżdżającej bryczki. Odwrócił się więc i natężonym wzrokiem począł nadjeżdżającej truchtem bryczulce i koniętom chłopskim w nią zaprzężonym przypatrywać się. Mrużył oczy, dopomagał sobie daszkiem z ręki, którym się od słońca zasłaniał, ale koników i bryczki nie poznał. Widział tylko, że ktoś zdąża wyraźnie do plebani. Wtem, nie dojeżdżając kilkudziesięciu kroków do bramy, furman konie zatrzymał, a z bryczki wysiadł jakiś młody człowiek w słomkowym kapeluszu z krajowej pszennej słomki plecionym i w długiej, po kostki prawie, białej narzutce płóciennej, która go od pyłu chroniła. Był to mężczyzna młody, trzydziestoparoletni, słuszny, kształtny, o sumiastym, ciemnym wąsie i podłużnej, dobrze smagłej twarzy. Wysiadłszy z bryczki, do stojącego przy furcie ojca Łukasza się zbliżał. Na parę kroków przed nim zdjął kapelusz i z odkrytą głową szedł na powitanie proboszcza.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rzekł, zbliżając się.

– Na wieki wieków – brzmiała odpowiedź.

Ojciec Łukasz wzrok natężał i młodzieńcowi przypatrywał się, poznać go usiłując. Tymczasem młodzieniec przybyły pochylił się i z uszanowaniem rękę proboszcza pocałował, a ten, odchyliwszy nieco głowę i trzymając jego rękę w obu dłoniach, nie przestawał przypatrywać się przybyłemu.

– No, powiedzie mi waść, kogo mam przyjemność powitać?

Młodzieniec znowu się pochylił i znowu w rękę proboszcza pocałował.

– Proszę zgadnąć...

Ojciec Łukasz zajrzał mu znowu w oczy, z boku.

– Jak mi Bóg miły, nie poznam, kochanie!

– Tomasz...

Ksiądz w dłonie klasnął z podziwu.

– Tomasz? Jaki? Syn Jana?

– Jana...

– Moje kochanie... moje kochanie... ty – syn Jana? Mego drogiego, poczciwego Jana?

Widać, że z tym imieniem połączone były dawne i serdeczne wspomnienia, bo ojcu Łukaszowi łzy w starych oczach mignęły, a podniósłszy obie ręce, znowu za głowę młodzieńca ujął, przyciskał go do siebie, całował w policzki i czoło, odsuwał, przypatrywał się, znowu całował. W jego ruchach, w głosie przebijały się wzruszenie i radość.

– Nic dziwnego, kochanie, żem cię nie poznał... wystrzeliłeś w górę jak topola, dostałeś wąsów... wyrosłeś, widzę, na męża... dobrze, kochanie, dobrze... mężów naszej miłej Polsce potrzeba, ach, potrzeba...

Mówiąc to, przypatrywał się z pewną lubością stojącemu młodzieńcowi.

– Ale kochanie, ja gadu-gadu, a do chaty nie proszę ciebie... Chodźmyż, chodźmy... w sam czas przyjechałeś, kochanie.

Ojciec Łukasz począł znowu do furtki się dobijać; przybyły młodzieniec, widząc to szamotanie się, skoczył żywo, klamkę nacisnął i otworzył.

Nastąpiła zwykła ceremonia wejścia. Ksiądz pierwszeństwo ofiarował gościowi, a gość gospodarzowi z uwagi na jego wiek i kapłaństwo.

– Idźże kochanie... idź...

– Niech ksiądz dobrodziej...

– O nie, nie, nie, kochanie... szanujmy obyczaj... gościom należy się pierwszeństwo...

– Ależ, ojcze dobrodzieju, nie takim gościom.

– Przed panem Bogiem i przed obyczajem wszyscy równi.

Młodzieniec ujął pod rękę ojca Łukasza.

– Niechże ksiądz będzie łaskaw... – prosił.

Ksiądz ręką ku niemu skinął.

– Idźże, idź kochanie... mnie przodem iść nie wypada... mam tu jeszcze wiaderko za sobą...

Nachylił się i tuczek od wiadra ręką ujął. Młodzieniec szybko do stojącego na ziemi wiaderka przyskoczył.

– Niechże ksiądz proboszcz nie fatyguje się... ja wezmę.

Ojciec Łukasz głową znak przyzwolenia zrobił.

– Jeśli już tak chcesz, kochanie – cóż robić... muszę się poddać.

Z tymi słowy do otworzonej furtki wszedł, a za nim z wiaderkiem przyjezdny młodzieniec.

Nazywał się on Tomasz Padura.

Ledwie próg furtki przekroczyli, ojciec Łukasz zatrzymał się.

– O sobie, kochanie, nie zapominamy, ale zapomnieliśmy o koniętach i furmanie.

– Najęty – wtrącił pan Tomasz.

– Ale zawsze pamiętać o nim godzi się... i człowiek, i konie głodne, zdrożone... One, kochanie, potrzebują także odpoczynku.

Ojciec Łukasz stal, jakby się namyślał, co robić.

– Poczekaj kochanie... do organisty go odeślę... u mnie, jak Bóg miły, nie miałby gdzie przytulić się...

Zawołał furmana, pokazał, dokąd ma jechać, a sam do plebani stojącej w końcu wielkiego i długiego dziedzińca z pan Tomaszem poszedł. W głębi dziedzińca, widać było obszerny parterowy budynek o białych ścianach, słomianym dachu, z obszernym gankiem, rozpartym na czterech dębowych kolumnach, które u dołu do jednej trzeciej wysokości połączone były ścianką w zamieć, a u góry posiadały równo ścisłe głowice, podpierające wprost belkowanie. Wewnątrz ganeczku, tworzącego coś podobnego do werandy, przy obu podłużnych ściankach stały proste dębowe ławeczki. Na lewo nieco od plebani ciągnął się parkan wysoki, oddzielający probostwo od placu niedawno opisanego, który jednym ramieniem dotykał kościoła, a przy parkanie mały wirydarzyk i altana dzikim winem gęsto opleciona. Kiedy się do altany zbliżyli, ojciec Łukasz do pana Tomasza się zwrócił.

– Tu można wiaderko postawić... potem sobie kwiatki podleję... Dziękuję ci, kochanie, dziękuję...

Objął za szyję gościa i pocałował.

Potem ręką na plebanię skinął.

– A oto i moje królestwo na ziemi...

– Obszerny dom... – wtrącił pan Tomasz.

– Obszerny kochanie, obszerny... ale prawdę powiedziawszy, ksiądz Kalasanty króluje tutaj... ja popasam... nie wiem tylko, kiedy wyjadę.

Mówił to z dobrotliwym łagodnym uśmiechem i młodego gościa do swojej izby na popasie prowadził. Widok mieszkania ojca Łukasza zrobił wielkie wrażenie na Padurze. Przestąpiwszy próg, stanął, podziwem do miejsca przykuty. Mieszkanie owo składało się z dwóch pokoików; pierwszy, do którego weszli, był obszerny, o ścianach białą gliną wysmarowanych, o czystej podłodze z desek dębowych. Matka Boska Berdyczowska wisząca na ścianie na wprost drzwi stanowiła jedyną ozdobę. Pod ścianami stały dębowe krzesełka, roboty widocznie miejscowego majstra, który pobożną, ale niewprawną ręką je ciosał dla księdza proboszcza i takiż sam stół dębowy na krzyżach. Była to izba, w której ojciec Łukasz odwiedzających go parafian przyjmował. Druga izdebka, znacznie mniejsza, służyła za sypialnię. Pod ścianą stał tapczan w tym samym stylu, co stół, a może i tą samą ręką grubo ciosany; materaca na nim nie było żadnego, a u wezgłowia podniesione na kształt poduszki deski świadczyły, że ten, co na nim sypiał, poduszki nie używał. Cały tapczan nakryty był wiejskiej roboty dywanikiem, zwanym kilimkiem, z czystej, grubo uprzędzonej wełny, tkanym na domowym warsztacie w żółte, niebieskie i czerwone paski, kombinacją kolorów i linii przypominającym perskie desenie. Przy tapczanie u wezgłowia stał malutki dębowy stolik, na nim brewiarz, różaniec, stoczek1 i woskowa świeca w żółtym lichtarzu z brązu; wszystko to świadczyło, że ojciec Łukasz przy tym stoliku modlitwy ranne odbywał. Pod stolikiem dzban gliniany z wodą dopełniał skali potrzeb i życia mieszkającego tu księdza. Żadnych ozdób, żadnego śladu tego, co się zbytkiem nazywa, nie było widać.

Obejrzawszy się dokoła, Padura z pewnym wzruszeniem rękę księdza pocałował.

– Ojciec zawsze żyje jak anachoreta...

Ksiądz Łukasz pod ramię go ujął, udając, że uwagi nie słyszy.

– Siadajże, siadaj kochanie... tu, tu... do słońca, niech się na ciebie napatrzę... Gdyby to Jan był doczekał!

Wpatrywał się w twarz młodzieńca, jakby się starał sobie przypomnieć jej rysy; potem krzesełko mu wskazał.

– Siadaj... No, powiedz, kochanie, czyż spodziewałem się, że przed śmiercią jeszcze ciebie zobaczę!... Bóg łaskaw...

Padura usiadł.

– Niewygodnie ci, prawda?...

– Ach, ojcze dobrodzieju, czy to mnie o wygodzie myśleć!

– Słusznie... mamy o czym więcej myśleć, niż o miękkim siedzeniu... I ci, co siadają na jedwabiach i ci, co na drzewie, jednakowo skończą... Według czynów będą nas sądzić, a nie według sukni. Kiedy już taka dola ludzka, że umrzeć trzeba – niechże po nas dobre uczynki pozostaną.

– Wiekowi należy się wygoda... – wtrącił Padura.

– Nic się nie należy... Chrystus wolał dzielić się z ubogimi niż sobie dogadzać.

Na chwilkę rozmowa się przerwała.

– Skądże ty teraz podążasz?

– Z Kijowa.

– Od kogóż to? – dopytywał się ojciec Łukasz.

– Od braci... i od ludzi – rzekł wymijająco.

– Do Krzemieńca już nie wrócisz?

– Chyba z potrzeby... Jestem w ciągłej podróży.

– Niech ci Bóg błogosławi w życiu i w robocie... Wiem, wiem...

– Przyjechałem na odpoczynek... więc i ojca dobrodzieja odwiedzić umyśliłem.

– Bóg ci zapłać, kochanie, Bóg zapłać!... Dobrze zrobiłeś – przyjechałeś w sam czas. U nas teraz życie w okolicy kipi; wprawdzie w tym warze, jak na teraz, nic dobrego, nie gotuje się, bo to szlachecka gorączka i harmideru wiele, a korzyści Bóg ma... Ale zapoznasz się trochę z ludźmi.

Po chwilce dodał:

– Gdybyś był przed paru dniami wcześniej przyjechał, zastałbyś Sewerka...

– Kogo?

– Zapomniałeś?... Goszczyńskiego... A przecież to razem z nim służyliście do mszy.

– Ach prawda! Mówił mi brat, że w Humaniu szkoły skończył...

– Skończył... Byli tam i inni – porozjeżdżali się już, szkoda – ciągnął z pewnym żalem ojciec Łukasz – byłbyś i Bohdana Zaleskiego poznał... temu, kochanie, dał pan Bóg skrzydła do lotu nie lada...

– Krążyły i pośród nas jego piosnki.

– To tylko początek sławy kochanie... Ale jest tu i bez nich ludzi dosyć... dobrze żeś przyjechał... zapoznam cię z Chodakowskim – niemłody już człowiek, wziął się jednak do rzeczy pięknej! Z grafem się znasz, prawda?

– Znam się...

– Wielkiego masz w nim przyjaciela... – wtrącił ojciec Łukasz.

Oczy Padurze błysnęły radością.

– Słyszałem o tym... Cieszę się...

Ojciec Łukasz ręką skinął niedbale.

– Głośne bębny za górami... Ot zwyczajnie, pan... ma pieniądze i czas – więc się bawi, oby tylko ludziom był jaki pożytek z tego!

– Czy jest w Sawraniu?

– Przesiaduje czasem... Teraz jest podobno... nie lubi zagrzewać miejsca, ucieka zaraz do Humania, do Borejków – Bóg wie, dokąd. Dobry człowiek, ale duch niespokojny... Poeta – zwyczajnie.

Ojciec Łukasz nachylił się do gościa z uśmiechem.

– A ty, kochanie, przestałeś wiersze pisać?

Padura zapłonił się.

– Przestałem ojcze... nie było czasu...

– O... o... widzisz, zaraz i wymówka, to znaczy, jeżeli czas się znajdzie, to i pisać rozpoczniesz.

W trakcie rozmowy odezwał się dzwon na nieszpory.

– Ot i na służbę mnie dzwonnik woła – rzekł ojciec Łukasz dobrotliwie, wstając – poczekajże kochanie, każę organiścinie przygotować herbatę, mleko i tapczanik wnieść dla ciebie, abyś miał gdzie się przespać...

– Niechże się ojciec nie trudzi...

Ledwie to Padura wymówił, a już ksiądz także izbę opuścił. Padura został sam. Wstał, przeszedł się parę razy po pokoju, rozglądał się po ścianach gołych, przez okno wyjrzał i w głębi dziedzińca, za wirydarzem i domem, wzrok jego utonął.

Spojrzawszy w okno, stanął jak przykuty. Uwagę jego zatrzymał niezwykły widok. Na obszernym dziedzińcu, przy wbitym dębowym słupie, w który liczne kółka żelazne były wkręcone, stał człowiek, furman widocznie i na długiej linewce konia trzymał, a za linią koła, zatoczoną promieniem linewki, biegał koń w najróżnorodniejszych susach i podskokach, z głową schyloną zawzięcie między przednie nogi, ze stulonymi uszami. Biegając, wierzgał tylnymi nogami tak zamaszyście, że się mu zad prawie pionowo podnosił. Za obrębem koła stał ktoś i ćwiczył batogiem rozbrykanego konia, ile razy ku niemu się zbliżył. Każde cięcie, zdawało się, jeszcze bardziej dodawało fantazji niesfornemu biegunowi.

Na pierwszy rzut oka nie mógł odgadnąć, kto to konia popędzał; dopiero bliskie rozpatrzenie się pozwoliło mu zdać sobie sprawę. Owym człowiekiem smagającym konia był ksiądz. Stał do Padury tyłem zwrócony. W jednym ręku trzymał podkasaną sutannę, ażeby mu nie plątała się między nogami, w drugiej bicz, którym trzaskał bezustannie, jakby umyślnie dla dodania fantazji rumakowi. Werwa koniarska była u księdza tak żywa, że chlasnąwszy pędzącego w szalonych skokach konia, parę kroków podbiegał jeszcze i biczem szpaczka ćwiczył.

Był to ksiądz wikary Kalasanty.

Tymczasem dzwon na nieszpory rozlegał się coraz głośniej, coraz raźniej.

– Proszę dobrodzieja, dzwonią już... – zauważył człowiek stojący przy słupie.

– A już... ściągnij konia!

Mikołaj – tak się nazywał furman – linkę ściągać począł. Ksiądz Kalasanty rewerendę opuścił i z batogiem w ręku stojąc, w konia się wpatrywał.

– Trzeba go będzie przeszachrować – zauważył.

– Przecież ja mówiłem dobrodziejowi, że co szpak – to ladaco! Pod siodłem bryka z początku, a później język wywali, a w zaprzęgu na dyszel się kładzie.

– Znajdzie się głupi, co i to kupi.

– Oj, oj! Czemu nie? Albo to Bałta daleko – ale po co ma owies darmo jeść?

Padura, stojąc w oknie, słyszał wprawdzie rozmowę, ale księdza oglądał tylko z tyłu. Nareszcie, kiedy szpaczek odprowadzony został do stajni, ksiądz Kalasanty wrócił do plebani. Był to mężczyzna trzydziestokilkuletni, o płowych włosach, krągłej nieco, starannie wygolonej i białej twarzy, słusznego wzrostu, barczysty, krzepki, który całą swoją postawą i ruchami raczej podoficera dragonów, niż pokornego sługę bożego przypominał.

Zrobiwszy kilkadziesiąt kroków, w otwarte okno spojrzał i spostrzegłszy nieznajomą twarz w mieszkaniu ojca Łukasza w porze tak niezwykłej, mimowolnie powstrzymywał kroku, twarzy tej przypatrując się z daleka. Wtem drzwi się otworzyły i wszedł ojciec Łukasz.

– Kochanie... wszystko będzie... – Spojrzenie jego padło na udającego się do plebani księdza Kalasantego.

– Otóż i wikary wraca... Widziałeś go przy koniu?

– Patrzyłem właśnie.

– Dobry człowiek... konie tylko zbyt lubi i... czasem karty.

Wszedł do pokoju ojciec Kalasanty i nastąpiła prezentacja.

Po chwili rozmowy ksiądz Łukasz głos zabrał:

– Chodźmyż, moje, dzieci, na nieszpory... bo tam już czekają na mnie.

Wszyscy trzej udali się do kościoła. Nazajutrz wypadała niedziela i zjazd okolicznej szlachty był bardzo liczny. Padura do mszy służył. Kiedy wszedł do zakrystii, tak mu się dziecinne lata w Ilińcach przypomniały, że usługi swoje księdzu zaofiarował.

Kościół był przepełniony nabożnymi, ale daremnie pan Tomasz rozglądał się – ani jednej twarzy znajomej nie spotkał. Po skończonej mszy począł rozbierać księdza.

– Dobrze się stało, żeś przyjechał – zauważył ojciec Łukasz – w kościele widziano pana grafa.

– A ja nic nie spostrzegłem...

Kiedy pan Tomasz z zakrystii wyszedł z ojcem Łukaszem, dziedziniec roił się od ludzi; szare kapoty, świty chłopskie, białe ubrania kobiet wiejskich, surduty półpanków2 mieszały się z eleganckimi toaletami dam, z konfederatkami i kontuszami panów. Ledwie ukazał się ojciec Łukasz, ruch się zrobił, ludzie hurmą pocisnęli się ku niemu i po kolei z pewną czcią całowali mu ręce. Ksiądz jednych całował w ramię, innych w głowę, a innych znowu błogosławił tylko krzyżem świętym. Z tym przywitał się, do owego stówko przemówił – a wszystkich ujmował swoją serdecznością i prostotą.

W czasie powitań tego lub owego panu Tomaszowi przedstawiał. Ale spojrzenia Padury były jakieś roztargnione, biegały po obszernym dziedzińcu, jakby szukały kogoś, nareszcie w zatrzymały się jednym punkcie. Opodal furty stała gromadka ludzi nieco na uboczu.

Pośrodku jej górowała nad innymi głową jedna postać po staropolsku ubrana. Był to mężczyzna lat czterdziestu może, w granatowym kontuszu, karmazynowym żupanie, słuckim złotolitym pasem podpasany. Na podgolonej czuprynie zamaszyście sterczała konfederatka ze złocistego sukna, jakby umyślnie dobrana do złocistych wąsów i brody mężczyzny. Jedną rękę na karabeli oparł, a drugą za pas założywszy, namarszczonym trochę i wojowniczym spojrzeniem rozglądał się po ludziach.

Przy nim ruszał się niewielki wesoły człowieczek z przystrzyżoną brodą, w sukmanie chłopskiej, w szerokich kozackich szarawarach do butów i, pomimo lata, w baraniej czapce z czerwonym osełedem3 Na sukmanie do pasa przyciętej i podpasanej rzemiennym, nabijanym rozmaitymi guzikami paskiem, na szyi, na wąskim gładkim rzemyku wisiał mu instrument muzyczny, do gitary wielkością i kształtem podobny, na którym ów człowieczek rękę lewą trzymał i buńczucznie przypatrywał się wszystkim.

Pana Tomasza, zapatrzonego w tę grupę, tak niepowszednio wyglądającą, ksiądz proboszcz ujął pod ramię.

– Chodźmy, kochanie. Widzisz, a Chodakowski nie przyjechał... pewnie u pana Marszałka zagadał się...

Kto to był ów Marszałek – Padura wiedział. Dopytywać się na razie nie wypadało, co robi u niego nieznajomy.

Kiedy już się zbliżyli do furty prowadzącej z dziedzińca kościelnego do plebani, ojciec Łukasz z dobrotliwym uśmiechem spytał:

– Widziałeś tych panów – jednego w ognistej konfederatce, a drugiego małego, z kozacka ubranego, z gitarą?

Obu Padura od razu poznał. Ten słuszny – był to Złotobrody Emir, a ów wąsal z gitarą, to Witort.

Weszli na ganeczek plebani. Pokój ojca Łukasza, znany już czytelnikom, był pełny. Zgromadzili się tu mężczyźni, kobiety, szlachta, panowie – chłopów tylko i chodaczkowej szlachty brakowało; ci, jak zwykle, stali za progiem, koło ganeczku, mnąc czapki w rękach i z rzadka szepcąc coś ze sobą. Krótkie przywitania i rozmowy z ojcem Łukaszem świadczyły najwymowniej, że przybysze, nie mieli żadnego interesu, ale że miło im było zamienić kilka słów z ulubionym księdzem proboszczem i błogosławieństwo od niego dostać.

Ojciec Łukasz w głębi, a raczej w końcu pokoju dostrzegł jakąś postać niewieścią, która ku niemu przyjaźnie głową kiwała i ku niej się skierował.

– Marszałkowa Popowska... – szepnął Padura do idącego za nim księdza.

Ledwie parę kroków zrobił, ściskając głowy na lewo i prawo, i błogosławiąc krzyżem zbliżających się ku niemu, kiedy przy drzwiach huczek się zrobił i mimowolnie skierowały się w tę stronę spojrzenia wszystkich. Na progu ukazała się wyniosła postać Emira, za nim podążał z buńczuczną jak zawsze miną Witort, a z tyłu nieodstępny kozak Sokół.

Cisza powstała. Ojciec Łukasz nieznacznie krok wstrzymał.

Graf ku niemu ruszył.

– Cieszę się... cieszę się, że ojca dobrodzieja w dobrym widzę zdrowiu.

Pocałowali się w ramię.

– Bóg łaskaw jemu...

Wtem Emir panią Marszałkową spostrzegł i ku niej poszedł.

– Służby powolne pani Marszałkowej dobrodziejce...

Panią w rękę pocałował, a córkę, pannę Marię, powitał ukłonem i uściskiem ręki.

Zbliżył się ojciec Łukasz i także serdecznie przywitał się z paniami. Za nim w nieśmiałej postawie stał Tomasz.

– Pozwolą państwo, że im jeszcze przypomnę kuzynka mego, Krzemieńczanina... Pan Tomasz Padura.

Pan Tomasz ukłonił się, spiekłszy raka.

– Przecież się znamy dobrze – zauważyła Marszałkowa. Skinęła więc uprzejmie ku stojącemu nieśmiało młodzieńcowi i rękę mu podała.

– Poeta... – dodał ojciec Łukasz.

– A! O tym nie wiedzieliśmy...

Epitet ów zrobił niespodziewane wrażenie. Panie spojrzały na młodzieńca pilniej, jakby pragnęły na jego twarzy odszukać jakieś znamię geniuszu. W tej chwili pan graf zbliżył się ku Padurze i w milczeniu rękę mu uścisnął. Widać, że się znali dawno. Do Witorta się zwrócił.

– Mości Witort, przybywa do waścinej chorągwi...

– Tym lepiej, panie grafie.

– Cieszysz się, bo ci wstyd, że nieliczną chorągwią dowodzisz.

– Nieliczną, ale śliczną – Witort na to.

Zadowolony z dowcipu wąsy garścią pogładził.

Pan graf przyjaźnie ku Padurze głową skinął.

– Już dawno czekam na ciebie, kochany Tomaszu... Widziałeś się z...? – nachylił się do ucha i coś szepnął.

– Nie jeszcze...

– Pogadajże i przyjeżdżaj do mnie... a spiesz się – dodał.

Przerzuciwszy się kilkoma słowy z Padurą, Emir do Marszałkowej się zwrócił.

– Pan hrabia dawno już w Sawraniu?

– Wczoraj przyjechałem...

– Na długo?

– Nie wiem dnia ani godziny – zauważył żartobliwie – może jutro pojadę.

Pani Marszałkowa uśmiechnęła się.

– Pan hrabia podróżuje u nas, jak po stepie beduińskim niegdyś – od szejka do szejka.

– Tak, tylko w powozie... i z zachowaniem popasów w haremach... Mąż pani Marszałkowej dobrodziejki przyjechał?

– W domu został...

Nachylił się nieco ku niej i półgłosem rzekł:

– Pewnie nad jakimiś tajemnicami masońskimi radzi?

– Zdaje się... Pan hrabia kiedy będzie na nas łaskaw?

Graf rękę pani Marszałkowej pocałował.

– Chociażby jutro... miło mi jest zawsze spędzić godziny w tak miłym towarzystwie, jakie w domu Marszałkowstwa znajduję.

– Więc czekamy...

Rejwach na ubogiej plebani trwał może pół godziny, po czym goście jedni po drugich rozjeżdżać się poczęli.

Wyszedł i Emir w asystencji Witorta i Sokoła, ale na samym progu spotkał się z księdzem Kalasantym.

Przywitał się z nim rubasznie.

– Kiedyż do mnie?

– Nie mogę – odrzekł – ojciec Łukasz coraz cieniej śpiewa, muszę go wyręczać.

– Mam coś do pokazania...

– Co? – jeśli wolno wiedzieć.

Graf zaciekawiał:

– Warto się przypatrzyć...

– Gdybym wiedział – wnet bym wolną chwilę upatrzył... Przy tym skorzystałbym ze sposobności... Mam prześlicznego szpaczka na sprzedaż... Miałem go właśnie panu hrabiemu sprezentować. A może by zaraz?

– Jak to? Dziś? Zaraz? Mówisz przecie, że nie masz czasu.

– O, tyle się znajdzie!

– Nie mogę dziś... jadę w tej chwili do pałacu... a potem do Zarwańca, ale... Niech go ksiądz dobrodziej za parę dni przyprowadzić każe.

– Wątpię, czy mi się to uda... Na Spasa jarmark w Bałcie... A tu Żyd-arendarz z popowieckich karczem od tygodnia biega do mnie... chce go kupić... podobno dla pana Marszałka.

– Jak to? I ksiądz sprzedałbyś Marszałkowi?

Pan graf nie lubił, ażeby mu kto w targ wchodził.

– Kto płaci, ten pan – zaznaczył sentencjonalnie ojciec Kalasanty.

– A przyjaźń?

– Zawsze jestem wiernym sługą pana hrabiego.

Pokora ojca Kalasantego rozbroiła grafa.

– Przyprowadź no szpaczka... jeżeli go masz z dobrego stada, to kupię z pewnością...

– Od Giżyckich...

– Ładny ród... I ja mam coś pięknego. – W palce po żydowsku cmoknął. – Nadeszły mi z Neżdu dwa ogiery i dwie klacze... więc czekam!

– Do nóżek się ścielę.

Pożegnali się.

Ojciec Kalasanty wszedł do pokoju; plebanię wszyscy już opuścili.

– Dobrze, żeś przyszedł, kochanie – rzekł ojciec Łukasz – zabaw tu gościa mego trochę, a ja pójdę jeszcze do tych, co przed plebanią bez czapek stoją.

Nie czekając odpowiedzi, z pokoju wyszedł. Do Padury zbliżył się ojciec Kalasanty.

– Pan pierwszy raz w naszych stronach?

– Pierwszy...

– I jakże? Podobają się?

– Za krótko jestem, ażebym w tym względzie mógł coś powiedzieć.

– Teraz u nas dość hucznie i wesoło – ciągnął ojciec Kalasanty.

Widać było jednak, że się niecierpliwił, ku drzwiom spoglądał i rozmowę z grzeczności tylko prowadził. Padura zachowywał się także nieśmiało.

– Długo pan zabawi?

– Nie wiem jeszcze...

Ojciec Kalasanty ręce potarł i ku drzwiom znowu niespokojnie spojrzał.

– Ale... organiścina spóźnia się... – rzekł niby sam do siebie – czas by już wódeczkę wypić i do obiadku, co Bóg dał, zasiąść...

Padura milczał.

– My do regularnego życia tak nawykli jak konie do godzin, w których obrok dostają...

Wtem skrzypnęły drzwi i na progu ukazał się Mikołaj. Stanął w środku drzwi i lekko je przymknąwszy milczał; chcąc jednak zwrócić na siebie uwagę, począł chrząkać.

Ojciec Kalasanty odwrócił się.

– A... to ty? Czego chcesz?

Mikołaj z tyłu w szyję poskrobał się.

– Względem szpaczka... proszę dobrodzieja...

– Cóż tam znowu?

– To tedacz, proszę dobrodzieja...

– No, no... – zakrzyczał ojciec Kalasanty – u ciebie zaraz tedacz – dlaczego?

– Proszę ojca dobrodzieja, namacaliśmy pipaki...

– Jak to – namacaliśmy, z kim?

Mikołaj znowu w kark poskrobał się.

– Z Moszkiem...

– Co?

– Taż dobrodziej go znają... z arendarzem popowieckim.

– No? I cóż?

– Oglądaliśmy go akuratnie i pokazało się, że są pipaki... ot takie maleńkie, jak groszyny. – Dla łatwiejszego zrozumienia Mikołaj na palcu wskazującym pokazał wielkość. – Teraz to jeszcze nic, ale kto wie, czy się nie powiększą...

Ojciec Kalasanty niecierpliwił się.

– Ot, pleciesz Bóg wie co!

– Niech i tak będzie... ale ja dobrodziejowi mówię, że trzeba sprzedać, bo to tedacz.

Moszko powiada, że za niego na jarmarku i dziesięciu rubli nikt nie da.

Howory do hory! Ja już mam kupca... Za kilka dni poprowadzimy go do pałacu... pan graf kupi...

Mikołaj spojrzeniem zdziwionym patrzył na dobrodzieja i milczał.

– Pan graf do swojej stajni kupi... – powtórzył ksiądz z naciskiem.

– Bodaj tak!

Ojciec Kalasanty znacząco na Mikołaja mignął.

– On na rasowych koniach zna się – a szpaczek nie ostatni... ty wiesz przecie, on pochodzi ze stada Giżyckich.

Wierny furman i towarzysz ojca Kalasantego zmiarkował, o co chodzi.

– Prawda... od Giżyckich... Już to ja Moszkowi nie zawsze wierzę... on często bredzi jak najęty... a na koniach to taki się nie zna... Jak powiedział – pipaki – to tak, jakby mnie coś sipnęło! Co ty pleciesz, Żydzie – powiadam – jakie pipaki!? To kostka... Cóż to nam perszynta konia kapować, czy co? My na tym zęby, za pozwoleniem, zjedli... Jak mnie powiedział, że dziesięć rubli – to cena szpaka, tom ledwie go w mordę nie zamalował! Co ty – powiadam – mielesz gębą? A on mi na to...

Wtem z tyłu, za Mikołajem, skrzypnęła klamka i zmusiła go do odwrócenia się. Jednocześnie z tym ruchem usunął się nieco na bok, a na progu ukazała się najprzód wielka metalowa taca, na niej parę butelek, a na talerzach krajanki kiełbas, rolady, szynki, chleb, masło – taka tego obfitość, jakby na dwadzieścia osób – a za tacą spoza butelek wyglądała bombiasta twarz organiścinej upstrzona brodawkami.

Pojawienie się nowej osoby sprawiło ojcu Kalasantemu wielką przyjemność, bo radości swej ukryć nie mógł i ujrzawszy organiścinę, zawołał:

– Nareszcie!

Potem do Mikołaja się zwrócił:

– Nakiwaj no tam Moszkowi, niechaj głupstw nie trąbi... bo panu Marszałkowi poskarżę się i z arendy go wypędzić każe.

Mikołaj ukłonił się i wyszedł.

Ledwie organiścina ulokowała tacę z butelkami i zakąską na stole, nadszedł ojciec Łukasz.

Ksiądz Kalasanty zatarł ręce i zbliżył się do stolika.

– Teraz możemy przystąpić do spożycia darów bożych... ale przede wszystkim po kieliszku starki...