Źle wydrukowane życie - Florentyna Grądkowska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 241 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Źle wydrukowane życie - Florentyna Grądkowska

 

Źle wydrukowane życie przedstawia historię przyjaźni, która przerodziła się w wielką, lecz nie do końca szczęśliwą miłość.

 

Powiesz, że „miłość” może być szczęśliwa lub nieszczęśliwa, że nie ma nic pomiędzy, ale w tym przypadku było inaczej. Lili i Maks byli sobie przeznaczeni, ale w ostatniej chwili los zmienił zdanie i postanowił ich rozdzielić.

 

Leżałam na dywanie, zupełnie tak jak Karolina kilka dni temu. Nie miałam siły się ruszyć, płakałam tak długo aż zabrakło mi łez. Udało mi się usiąść, rozejrzałam się po pokoju. Na nocnej szafce stał Tymbark, którego wcześniej tam nie było. Musiałam go nie zauważyć. Usiadłam na łóżku i chwyciłam butelkę do ręki. Pociągnęłam zawleczkę i już chciałam się napić, ale coś przykuło moją uwagę. Mała kartka złożona na pół. Odstawiłam napój i chwyciłam papier, rozłożyłam go i od razu poznałam niestaranne pismo Maksa.

 

“Never say goodbye, never say goodbye

Holdin' on - we got to try

Holdin' on to never say goodbye”

 

Bon Jovi.

 

Chwyciłam komórkę i zorientowałam się, że nie należy do mnie. Na ekranie wyświetlił się napis oznajmujący, że bateria jest słaba…

 

Opinie o ebooku Źle wydrukowane życie - Florentyna Grądkowska

Fragment ebooka Źle wydrukowane życie - Florentyna Grądkowska





Strona redakcyjna


ROZDZIAŁ I
Muszę żyć dalej

Czułam, jak moje serce przestaje bić.

Umarłam.

Piekło jest okropne tylko dlatego, że wszystko wygląda w nim tak samo jak za życia. Jedyną różnicą jest to, że nie czujesz nic oprócz bólu. Bólu, który przepełnia całe twoje serce, twój umysł i każdą, nawet najmniejszą część twojego ciała. Przez chwilę miałam wrażenie, że bolą mnie nawet włosy i paznokcie. Czy to możliwe? Umarłam? Nie, ale gdybym była Bogiem, właśnie tak by to wyglądało.

Może zacznę od początku... Początku, który w zasadzie może być końcem. Nazywaj to, jak chcesz, wszystko mi jedno. To zaczęło... skończyło się właśnie tego dnia, najgorsze jest... było to, że nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Siedzieliśmy w parku. Byłam załamana, bo mój ukochany pies wpadł pod samochód. Teraz wydaje mi się, że to najlepsza rzecz, która przytrafiła mi się w ciągu ostatniego tygodnia. Zacznijmy od początku.

– Lilka, nie płacz, to był tylko pies! – powiedział Maks, klepiąc mnie po ramieniu.

Czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek duszy. Spajki był moim psem. Dostałam go na ósme urodziny. Był taki kochany. Był, bo teraz już go nie ma. Jakiś kretyn go zabił. Od dziś nienawidzę kierowców! Szczególnie tych, którzy mają po osiemnaście lat i myślą, że świat należy do nich. Siedzą w wypasionych, kupionych za pieniądze rodziców furach, dłubią w nosach i myślą, że nikt tego nie widzi, bo przecież mają przyciemnione szyby! Zastanawiam się, skąd biorą się tacy... nawet nie wiem, jak ich nazwać.

– Jasne – bąknęłam – dla ciebie tylko pies, a dla mnie aż pies! On był mój! Zawsze ze mną spał, to ja chodziłam z nim na spacery, opiekowałam się nim, kiedy był chory, pamiętasz, jak miał grzybicę skóry albo zapalenie ucha? – plotłam bez sensu. – No i... miał takie cudowne szczere oczka! – Rozpłakałam się na dobre. Ukryłam twarz w dłoniach, nie mogąc znieść tego, że mój głupi przyjaciel nie rozumie, co teraz czuję.

– Lila! Jesteś głupia. Przestań beczeć. Wpakował się komuś pod koła i teraz na pewno jest w psim niebie ze swoją psią rodzinką. Jest tam szczęśliwy i... i na pewno nie ma pcheł. – Kiedy skończył mówić, parsknął śmiechem. – Sam nie wierzę w to, co powiedziałem. – Nagle zbladł. – Rety, chyba za dużo z tobą przebywam, Lili. To się może źle dla mnie skończyć. Wymyśliłem właśnie psie niebo! Ja chyba świruję. – Spoważniał.

Uśmiechnęłam się do niego przez łzy. „Cały Maks” – pomyślałam. Jako jedyny zawsze potrafił mnie rozśmieszyć. Uwielbiałam, kiedy zaczynał „świrować”. Tak naprawdę wszystko z nim w porządku. Jest po prostu trochę przewrażliwiony. Zazwyczaj kiedy mówił mi, jaka jestem głupia, kończyło się na tym, że przeze mnie on staje się wariatem.

– Och, Maks, jak dobrze, że jesteś. – Poczułam się lepiej, widząc jego przerażone oczy.

– Nie smuć się już! Nie lubię, kiedy płaczesz. – Przytulił mnie mocno i pocałował w czoło tak, jak robił to zawsze, kiedy byłam przygnębiona. Spojrzałam mu w oczy – były takie piękne. Miały kolor gorzkiej czekolady i przyznam szczerze, że czasem kiedy wpatrywałam się w nie dłuższą chwilę, zapominałam o całym świecie.

– Lila, znowu to robisz. Nie patrz tak na mnie, dobra? – powiedział zażenowany.

– Znaczy jak?

– Tak, jakbyś chciała, żebym się roztopił.

– Co?! – osłupiałam.

– Nic.

Ostatnio mieliśmy problem z dogadywaniem się. Odkąd pamiętam, rozumieliśmy się bez słów. Teraz, kilka dni temu, coś się zmieniło. Maks był dla mnie ważny, ważniejszy od wszystkich: od rodziców, od siostry, od całego świata.

Siedział sobie obok i jak zawsze skubał paznokcie. Uśmiechnęłam się w duchu. Uwielbiałam go! Był dla mnie jak brat. Starszy brat, którego po prostu nie da się zastąpić. Brat, którym można pochwalić się koleżankom i którego można poprosić o wszystko, mając taką pewność, że nigdy nie zawiedzie. Wiele osób w szkole myślało, że jesteśmy rodzeństwem, chociaż prawdę mówiąc, całkowicie się od siebie różnimy. Maks jest naprawdę przystojny. Ma piękne ciemne włosy i takie same oczy. Rysy jego twarzy są ostre, nos obsypany kilkoma piegami i – w przeciwieństwie do mojego – idealnie prosty. Poza tym Maks jest wysoki i dobrze zbudowany. Wszystkie dziewczyny w szkole mówią o nim „boski”, ale dla mnie to po prostu Maks. Gdyby wyglądał jak troll i tak bym się z nim przyjaźniła. Nie przeszkadzałoby mi to ani trochę. Lubiłam go za to, że potrafił być najbardziej normalną i zarazem najbardziej nienormalną osobą, jaką znam.

Siedzieliśmy w parku do zachodu słońca. Płakałam prawie bez przerwy. Maks nie poddawał się i cały czas próbował mnie rozśmieszyć. Opowiadał różne historie, które miały miejsce w 1955 roku. Miał dziwny zwyczaj, bardzo często zdarzało mu się mówić: „Ja w pięćdziesiątym piątym to zawsze...”. Naprawdę mnie to śmieszyło, ale dziś nie potrafiłam się cieszyć.

Kiedy zauważył, że nic nie wskóra, po prostu siedział i milczał. Co jakiś czas wzdychał i kładł mi rękę na ramieniu, pytając, czy nie chciałabym już pójść do domu.

– Maks? – zwróciłam się do niego.

– Hmm?

– Przepraszam – wypaliłam.

– Młoda, nie masz mnie za co przepraszać. – Uśmiechnęłam się, co nie uszło jego uwadze. – O, co ja widzę? Ty się uśmiechasz? – spytał, udając zdziwionego.

– Och, wybacz. To niechcący i tylko dlatego, że już dawno nie zwróciłeś się do mnie w taki sposób.

Był ode mnie starszy o niecały rok. Chodziliśmy do tej samej szkoły. On był w czwartej klasie technikum, a ja w trzeciej liceum. W tym roku czekała nas matura, a potem...

– Poczekaj, nie nadążam. Co ja właściwie powiedziałem? – przerwał moje rozmyślania.

Czy on w ogóle nie zwraca uwagi na to, co mówi? Przez chwilę myślałam, że się zgrywa. Jak już wspomniałam, ostatnio nie najlepiej się rozumiemy.

– Jesteś osioł – powiedziałam krótko.

– Lajla, wróciłaś. – Przytulił mnie tak mocno, że zabrakło mi powietrza.

– Maks, nie mogę oddychać... – wykrztusiłam z siebie, czując, jak rozluźnia swój żelazny uścisk.

– Przepraszam. – Zaczerwienił się. – Po prostu bałem się, że już zawsze będziesz płakała, a tu, proszę: „jesteś osioł” – zacytował moje słowa, próbując mnie naśladować. Robił przy tym dziwne miny. Zaczęłam się zastanawiać, czy kiedy mówię, wyglądam tak, jak teraz Maks usiłował wyglądać.

– Czemu tak krzywisz wargi? – spytałam.

– Jak to czemu? Naśladuję ciebie, moja droga. Nie moja wina, że tak dziwnie ruszasz ustami. – Zaczął się śmiać.

Dźgnęłam go łokciem w brzuch. Może trochę za mocno, ale mu się należało.

– Au! – krzyknął. – Dobra, dobra, już nie będę się z ciebie nabijał. – Złapał się za brzuch. – Jesteś niebezpieczna dla otoczenia. – Zachichotał i podniósł ręce do góry. – Poddaję się.

Wstałam z ławki i stanęłam naprzeciwko niego. Wpadł mi do głowy pewien pomysł i koniecznie chciałam go zrealizować.

– Musimy zorganizować pogrzeb – oznajmiłam. – To jest teraz najważniejsze.

Maks spoglądał na mnie z niedowierzaniem, ale ja byłam śmiertelnie poważna.

– Mówisz serio? – spytał zaskoczony.

– Tak. Spajki zasługuje na to, żeby zostać pogrzebanym. Nie może przecież leżeć na drodze koło mojego domu. Za każdym razem, gdy będę tamtędy przechodziła, zacznę wyć – wyznałam.

Mój przyjaciel nie wyglądał na zachwyconego. Chwycił mnie za rękę i przyciągnął w swoją stronę.

– A więc – zaczął teatralnie – Lilianno Smałko, ja, Maksym Bednarek zgadzam się towarzyszyć tobie w przygotowaniu pogrzebu dla Spajkiego. Psa, który był dla ciebie najważniejszym członkiem rodziny, nie licząc mamy, taty i siostry. – Zaśmiał się, lecz po chwili spoważniał i kontynuował swoją wypowiedz, udając, że wcale go to nie bawi. – Pochowamy go jutro po szkole. Miejsce, w którym spocznie, wybierz sama. Tak będzie lepiej. A teraz – wstał, nie puszczając mojej dłoni – chodźmy do McDonalda, bo kiszki marsza mi grają – tymi słowami zakończył swoją durnowatą mowę.

Słońce zaszło już jakiś czas temu. Niebo przybrało barwę popiołu. W parku nie było nikogo oprócz nas. Ruszyliśmy równym krokiem w kierunku restauracji. Rozmawialiśmy o Spajkim. Cieszyłam się, że Maks jest ze mną. Mimo że straciłam swojego wiernego psiego przyjaciela, musiałam żyć dalej. W końcu – jak powiedział Maksym – Spajki był tylko psem. Starałam się o nim nie myśleć.

Do McDonalda dotarliśmy bardzo szybko. Duży wpływ na prędkość naszego chodu miał głód, który męczył Maksa. Szedł tak prędko, że musiałam za nim truchtać. W środku jak zawsze było mnóstwo ludzi. Ledwo udało nam się dopchać do kasy. Kupiłam sobie frytki, cheeseburgera i colę. Wzięłam tacę i poszłam znaleźć nam jakieś miejsce. Zamówienie Maksa było dość obszerne, dopiero po kilku minutach dołączył do mnie uśmiechnięty od ucha do ucha. Kupił zestaw Happy Meal i Big Maca.

– Dzieciak – powiedziałam z politowaniem.

– Wcale nie! – oburzył się. Wyciągnął zabawkę z kartonowego domku i zaczął ją odpakowywać. Nie widziałam, co to było, ale miałam pewność, że jego radość oznacza coś w stylu: „to jest co najmniej głupie”.

– Umierałeś z głodu, nie pamiętasz? – przypomniałam mu, uśmiechając się złośliwie.

– Najpierw muszę się pobawić – powiedział to w taki sposób, jakby było to coś oczywistego.

Tak mnie to rozbawiło, że zamiast połknąć, wyplułam wszystko, co miałam w ustach. Zrobiło mi się głupio, więc szybko chwyciłam plastikowy kubek i zaczęłam pić colę. Nie spodziewałam się, że będzie aż taka zimna, i zakrztusiłam się.

Maks pokiwał głową, wstał, podszedł do mnie i poklepał mnie po plecach.

– O matko! Zlituj się. Nie umiesz normalnie jeść? Uratowałem ci życie. Kolejny raz przy jedzeniu.

Co do tego miał rację. Ostatnio często mnie rozśmieszał w trakcie posiłków, a warto dodać, że zazwyczaj obiady i kolacje jemy razem. Mam po prostu pecha, bo kiedy zrobi coś zabawnego, zawsze mam pełne usta. Usiadł na swoim miejscu i z satysfakcją spojrzał na zaciśniętą w dłoni figurkę. W końcu postanowił ją odłożyć. Cały czas go obserwowałam. Podniósł głowę i wyszczerzył zęby.

– Jedz, jedz. Jestem blisko w razie czego... no wiesz...

Pokazałam mu język i zabrałam się do jedzenia. Nie byłam głodna, ale posłuchałam go. Znowu zaczął się bawić, nie patrząc w moim kierunku. Gapiłam się na niego dłuższą chwilę. Przypomniało mi się, jak dzisiaj w szkole podeszła do mnie dziewczyna z pierwszej klasy. Zapytała mnie, czy mogłabym ją przedstawić temu przystojnemu chłopakowi z czwartej technikum. Temu, za którym JA ciągle chodzę. Wściekłam się na nią. Nie dlatego, że chciała poznać mojego przyjaciela, ale za stwierdzenie „tego, za którym ciągle chodzisz”. Spojrzałam na nią ze złością, a ona najwidoczniej się wystraszyła, bo przeprosiła i szybko oddaliła się w kierunku swoich koleżanek. Maks widział, jak dziewczyna do mnie zagadała, i jego uwadze nie umknęło to, jak szybko wróciła do swoich znajomych. Zaciekawiony zbliżył się, a ja głośno i wyraźnie powiedziałam, że kot (tak nazywamy pierwszaków) zgubił salę i zapytał mnie, jak do niej trafić. Wiedział, że skłamałam, jednak nie skomentował mojego zachowania.

Patrzyłam, jak najprzystojniejszy chłopak w mojej szkole bawi się gadżetem. Maks jest moim jedynym przyjacielem; oczywiście, mam koleżanki i kolegów, ale nie zależy mi na nich jakoś specjalnie. Wszyscy mnie drażnią, może poza kilkoma osobami z mojej klasy. Lubię towarzystwo Maksyma, z czego on bardzo dobrze zdaje sobie sprawę. Ma również świadomość tego, że to właśnie przez niego znalazłam się w niebezpieczeństwie. Wszystkie zakochane w nim dziewczyny, a jest ich naprawdę dużo, nienawidzą mnie za to, że się z nim przyjaźnię. Wiele razy cudem uniknęłam upokorzenia. Kiedyś w trakcie przerwy jedna z panienek „przypadkiem” podstawiła mi nogę, żebym się przewróciła; innym razem jakaś małpa złośliwie odstawiła mi krzesło, kiedy chciałam usiąść. Zdarzają się przykre komentarze, ale nie zwracam na nie uwagi, bo wiem, że to tylko zazdrość. Znajomi z klasy znają mnie i wiedzą, że z Maksem łączy mnie tylko przyjaźń, nie przeszkadza im to, że spędzamy razem każdą, nawet najkrótszą przerwę. Zrezygnowałam nawet z pełnienia funkcji przewodniczącej klasy, żeby mieć dla niego więcej czasu.

Zerknęłam na zegarek, była dziewiętnasta. Zaczęłam ziewać, dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo jestem zmęczona. Miałam ochotę wrócić do domu, położyć się do łóżka i nie wstawać tak długo, jak będzie to możliwe. Uwielbiałam spać. Moja mama zawsze ze mnie żartuje – mówi, że przypominam kota, bo mogłabym się wylegiwać bez przerwy. Nie wiem, jak z nimi jest, bo nigdy żadnego nie miałam, ale jeśli rzeczywiście tak dużo śpią, to znaczy, że są naprawdę fajne. Maks uwielbia koty, ma jednego, którego nazwał Afganterrorist albo jakoś podobnie. Nigdy nie udaje mi się wypowiedzieć jego imienia, więc nazywam go po prostu Kiciusiem.

Kiedy zjedliśmy, Maks odwiózł mnie do domu swoim ukochanym chryslerem. Uwielbiał samochody, szybką jazdę i zawsze mnie to w nim przerażało, miał takie dziwne zapędy prowadzące do skracania życia.

W drodze rozmawialiśmy o szkole. Zapytał mnie, o co naprawdę chodziło tej dziewczynie z pierwszej klasy, bo od początku wiedział, że go okłamałam. Tak jak myślałam, nie da się przed nim niczego ukryć.

– Chciała cię poznać – wyznałam, wymuszając uśmiech.

– A dlaczego mi jej nie przedstawiłaś? – spytał poważnie. – Nie była brzydka. Nie pomyślałaś o tym, że może ja też chciałbym ją poznać?

Nie byłam pewna, czy żartuje.

– Bo nie. – Założyłam nogę na nogę.

– To nie jest odpowiedź. – Pogroził mi palcem i podrapał się po brodzie. – Ja wiem dlaczego, nie musisz nic mówić.

Podjeżdżaliśmy właśnie pod mój dom. Maks zgasił silnik, odpiął pasy i odwrócił się do mnie, bez przerwy szczerząc zęby.

– Człowieku, weź! Bo ci tak zostanie! Nie ciesz się, tylko mów, o co ci chodzi – nie wytrzymałam.

– Jesteś o mnie zazdrosna – powiedział święcie przekonany, że ma rację.

Spojrzałam na niego z przerażeniem. Biedny chłopak, oszalał. Już chciałam coś powiedzieć, już miałam na końcu języka kilka obraźliwych słów, które zamierzałam z siebie wyrzucić. Co on sobie myśli? Ja, zazdrosna o niego? To jakaś bzdura. Wściekłam się i nie panując nad sobą, po prostu go uderzyłam. Z całej siły, prosto w ramię. Zabolała mnie ręka, a on zaśmiał się jak dziecko, które pierwszy raz w życiu wlazło do piaskownicy.

– Z czego się śmiejesz? – zapytałam. – To nieprawda. Wcale nie jestem o ciebie zazdrosna!

Ostatnie słowa wykrzyczałam mu w twarz, a on pogładził ręką mój policzek i powiedział coś, co zabolało mnie bardziej niż strata Spajkiego.

– Wiesz co, Lajla? Nawet gdybyś powiedziała mi szczerze, że mnie kochasz, ale tak szczerze, z całego serca, to ja i tak bym ci nie uwierzył.

– Nie rozumiem? – próbowałam za nim nadążyć.

– Powtarzasz mi, że mnie kochasz tak często, że dla mnie twoje „kocham” brzmi bardziej jak „czekolada” albo „tymbark”.

Zatkało mnie. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Popłakałam się, bo jeszcze nigdy w życiu nie usłyszałam od nikogo tak okropnych, podłych i cholernie prawdziwych słów. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego powiedział mi to teraz.

– Młoda, ja nie chciałem cię obrazić.

– Prawie ci się udało. Odwal się – bąknęłam.

– Mam jechać?

– Tak! Nie! Tak! – nie mogłam się zdecydować.

Maks zacisnął wargi, usiłując powstrzymać wybuch śmiechu.

– Naprawdę nie chciałem cię obrazić – powiedział wysokim głosem, utwierdzając mnie w przekonaniu, że bardzo go to bawi.

– Nic mi nie jest.

– Właśnie widzę.

Odgarnął mi włosy z twarzy i podał chusteczkę.

– Może i byłam zazdrosna, przyznaję – zaczęłam – ale to dlatego, że tak bardzo lubię przyjaźń z tobą. To, co powiedziałeś, jest prawdą, ale to, co ja teraz powiem, też jest prawdą. Jesteś głupi i cię nie lubię – parsknęłam. Tyle sprzeczności w jednym zdaniu. Wrócił mi dobry nastrój, który opuścił mnie dziś rano wraz ze Spajkim. – Przepraszam. Jutro pójdę do tej dziewczyny i dam jej twój numer telefonu.

– Zwariowałaś?! – wrzasnął przerażony.

– No przecież sam mówiłeś, że ci się podobała – zdziwiłam się.

– Boże! Dziewczyno, to była prowokacja. Dobrze wiesz, że nie jestem nią zainteresowany. Chciałem tylko zobaczyć, co odpowiesz.

– Wiesz co? Ja cię nie rozumiem coraz częściej. – Sprzedałam mu sójkę w bok i wysiadłam z auta. Maks wyskoczył za mną.

– Już idziesz?

– Tak – ziewnęłam – jestem zmęczona.

Podeszłam do bramki. Chciałam ją otworzyć, ale zorientowałam się, że nie mam klucza. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, Maks stał już za mną. Podał mi swój zapasowy pęk. Moja mama dorobiła mu komplet kluczy i poprosiła, żeby zawsze je ze sobą nosił. Cóż, przez te wszystkie lata zdążyła poznać moje „zdolności”, wiedziała, jak często zdarza mi się zapominać o wielu rzeczach. Te klucze otwierały wszystkie zamki w moim domu. Maks był traktowany jak członek naszej rodziny, czasem odnosiłam wrażenie, że mama lubi go bardziej niż mnie.

Jeśli chodzi o klucze, to nie wiem, dlaczego miałam z tym taki problem. Prawdopodobnie jutro przeszukam cały dom, a na dziewięćdziesiąt dziewięć procent i tak ich nie znajdę. Maks wpuścił mnie na moje własne podwórko, uśmiechając się przy tym z satysfakcją.

– Co ty byś beze mnie zrobiła? – zażartował, dumnie napinając pierś. – Dobranoc, Lajla. – Poczochrał mnie po włosach.

Zmarszczyłam brwi, a on znowu się zaśmiał. Czasem był męczący, ale – jak łatwo zauważyć – nie potrafię się na niego gniewać. Pokazałam mu język i ruszyłam do domu. Po kilku krokach zatrzymałam się i spojrzałam na Maksa, który był już za bramką. Chciałam o coś zapytać, więc pomimo zmęczenia wróciłam do furtki.

– Maks! – krzyknęłam, zanim zdążył wsiąść do samochodu.

– Hmmm?

Widziałam, że był zdziwiony. Podszedł do mnie, uśmiechając się podejrzliwie.

Rozkojarzyłam się trochę.

– No bo wtedy... – wybąkałam – w samochodzie powiedziałeś coś, co powinno złamać mi serce...

– Lilka, przeprosiłem cię, nie chciałem, żebyś to tak odebrała.

– Nie przerywaj mi. Nie skończyłam! – krzyknęłam zażenowana. – Co byś zrobił, gdyby ktoś złamał ci serce?

Chwila milczenia. Długa chwila. Chyba cała wieczność.

– Ja mam złamane serce – powiedział.

To niemożliwe. Przecież bym się domyśliła, coś bym zauważyła. Chciałam wiedzieć, co ma na myśli.

– Masz?

Pokiwał głową.

– To jak możesz normalnie żyć? – Nie brałam jego słów na poważnie.

– Posklejałem je taśmą.

– Maks... – Zrobiło mi się smutno. Nie rozumiałam. Otworzyłam bramkę i wciągnęłam go na podwórko. Patrzyłam na niego, usiłując znaleźć w jego oczach jakiś ślad, który mógłby wskazywać na to, że mój przyjaciel cierpi, ale jego oczy nie mówiły nic. Ja nie potrafiłam w nich niczego zobaczyć.

– A co, jeśli ta taśma nie wytrzyma? – zapytałam z nadzieją, że dowiem się czegoś więcej.

– Jeśli nie wytrzyma, to zakleję je grubszą. – Uśmiechnął się jakoś smutno.

– Powiesz mi, o co chodzi? – nalegałam, wiedząc, że i tak nie uda mi się od niego niczego wyciągnąć.

– Może kiedyś.

– Maks!

– No co? – zapytał ze złością. – I tak nie zrozumiesz.

I właśnie wtedy zrozumiałam, że coś jest nie tak, że mój przyjaciel ostatnio zachowuje się trochę inaczej. Wyciągnął dłoń i wydawało mi się, że znowu chce mnie poczochrać. Byłam na to przygotowana, ale on tylko pogładził mnie po włosach i powiedział „Dobranoc”. Najsmutniejsze „dobranoc”, jakie kiedykolwiek ktokolwiek mógł powiedzieć.

„Dobranoc”, które brzmiało jak „żegnaj”.

„Dobranoc”, którego nie zapomnę.

Widziałam, jak wsiada do samochodu i powoli odjeżdża z podjazdu.

Pomyślałam, że kiedy rano przyjedzie zabrać mnie do szkoły, o dzisiejszej rozmowie żadne z nas nie wspomni. To taki dziwny układ. Kiedy nie chcemy o czymś mówić, po prostu tego nie robimy. Tylko czy tak powinno być? Może go straciłam i sama nie wiem, kiedy to się stało? Bo przecież gdyby było normalnie, powiedziałby mi o tym, że cierpi. Czułam się okropnie. Zapytałam go czysto hipotetycznie, a okazało się, że ma jakiś problem. Może się zakochał? Tylko dlaczego mi o tym nie powiedział. No i kim mogła być jego wybranka?

Kiedy doszłam do drzwi, na chwilę zapomniałam o Maksie, okazało się bowiem, że nie miałam czym ich otworzyć. Nacisnęłam dzwonek, wiedząc, że mama na pewno się zdenerwuje, kiedy po raz kolejny powiem jej, że zgubiłam klucze. Ostatnio kupiła mi bardzo drogi brelok, łudząc się, że przynajmniej teraz ich nie zapodzieję. Dlaczego jestem taka roztrzepana?


ROZDZIAŁ II
Maciej N. zamiast Spajkiego?

Tak jak myślałam, rano Maks udawał, że nic się nie stało. Kiedy wsiadłam do samochodu, zapytał mnie, jak weszłam do domu. Naprawdę bardzo go to bawiło, jednak mnie nie było do śmiechu. Mama była wściekła – okazało się, że już spała. Usiłowałam ją jakoś udobruchać, ale krzyczała na mnie jak opętana.

Dzisiejszy dzień zapowiadał się nieciekawie. Lekcje, potem pogrzeb psa, o którym starałam się już nie myśleć. Ustaliłam z Maksem, że poczekam na niego przed szkołą. Kończył godzinę później.

Zajęcia trwały naprawdę krótko, miałam wrażenie, że lekcje są skrócone. Usiadłam sobie na murku przed wejściem do szkoły. Słońce świeciło mi prosto w oczy. Cieszyłam się, że w końcu przyszła wiosna. Jak każdy normalny człowiek miałam w tym roku dość pochmurnych dni. W przeciwieństwie do mojego przyjaciela, który uwielbia śnieg, lepienie bałwanów i zimno. Właśnie dlatego wcześniej użyłam słowa „normalny”. Maks był zupełnie inny, niż każdy kogo kiedykolwiek udało mi się poznać, ale może właśnie dlatego tak bardzo go lubiłam.

Spojrzałam na zegarek. Lekcje kończyły się dopiero za trzydzieści minut. Teraz rozumiem stwierdzenie, że „czas płynie różnie”. Żeby zabić nudę, zaczęłam liczyć szkolne okna. Najpierw od lewej strony do prawej, potem odwrotnie. Zdziwiło mnie to, że za każdym razem wynik był zupełnie inny. Po kilku próbach liczenia po prostu się poddałam. Postanowiłam zapytać o to Maksa – on bardzo często czekał na mnie po zajęciach, a kiedy wychodziłam ze szkoły, siedział właśnie w tym miejscu. Znowu spojrzałam na zegarek, minęła niecała minuta.

Co jakiś czas zza głównych drzwi wejściowych wyłaniały się znajome twarze. Wszyscy się ze mną żegnali i życzyli udanego weekendu. Przede mną dwa dni bez szkoły. Kolejny powód do szczęścia. Napisałam esemesa do Maksia: Długo jeszcze? Nudzi mi się! Schowałam telefon do torby i wyciągnęłam z niej tymbark. Wcale nie chciało mi się pić, ale musiałam się czymś zająć, poza tym byłam ciekawa, co jest pod kapslem.

Pik, pik – dostałam wiadomość. Jak ci się nudzi, to policz okna. Mam matematykę, nie przeszkadzaj.

No tak, matematyka była chyba jedyną miłością Maksa. Potrafił rozwiązać naprawdę trudne zadania. Zawsze mu zazdrościłam ścisłego umysłu. W przeciwieństwie do niego ja potrafiłam przeczytać każdą lekturę. Zdarzało się, że pisałam za niego wypracowania, oczywiście pod warunkiem że on odrabiał za mnie zadania z matmy. To był uczciwy układ. Czasem nie mogłam napisać za niego pracy, dlatego że po prostu jeszcze nie przeczytałam książki, którą on już przerobił. Wtedy biedak musiał męczyć się sam.

Wzięłam do ręki tymbark, który chwilę temu odstawiłam na murek. Zaczęłam się z nim siłować, ale nie chciał się otworzyć. Pociągnęłam mocniej i...

– Cholera! – Urwałam zawleczkę.

– Mmm, jaka zdumiewająca siła – powiedział ktoś przemiłym głosem. Rozpoznałam, że był to mężczyzna. Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie zobaczyłam.

„Dziwne” – pomyślałam. Może mi się po prostu wydawało? Postanowiłam udawać, że niczego nie słyszałam. Ze smutkiem spojrzałam na tymbark, który został skazany na śmierć. Odstawiłam go na ziemię z nadzieję, że Maksowi uda się go jakoś otworzyć.

– Może pomóc? – Nie wiadomo skąd pojawił się chłopak, warto dodać: bosko przystojny chłopak. Miał na sobie skórzaną kurtkę, spod której wystawała elegancka biała koszula, co wydało mi się dziwnym zestawieniem. Włosy miał w nieładzie, kolor był niezwyczajny – pierwszy raz się z takim spotkałam. Nie wiem, jak go opisać, ale... te włosy były nienaturalnie jasne. A oczy?! Jakie niesamowite oczy. Ciemny brąz, tak ciemny, że prawie czarny. I jak się patrzył! Skąd on się tu w ogóle wziął? Stałam jak wryta. Był taki czarujący. Moje serce zaczęło bić szybciej. Schylił się i podniósł butelkę z moim sokiem. Jednym energicznym ruchem ściągnął kapsel i podał mi napój.

– Uprzejmie proszę. – Uśmiechnął się.

– Yyy, d-dzięki – wyjąkałam, a on znowu się uśmiechnął.

– Jestem Maciek – ukłonił się grzecznie.

– Lilianna – odpowiedziałam automatycznie, próbując się uśmiechnąć. Nie udało mi się. Jego obecność bardzo mnie krępowała.

– Lili, tak? Piękne imię – oświadczył.

Zaczerwieniłam się i nic nie odpowiedziałam. Nie lubiłam, kiedy ktoś zwracał się do mnie w taki sposób, ale w jego ustach brzmiało to fantastycznie.

– Skąd ty się tu...

– Jestem nowy. Przywiozłem papiery do szkoły – nie pozwolił mi dokończyć pytania, co sprawiło, że odzyskałam pewność siebie.

– Nie o to chciałam zapytać – warknęłam. – Chodziło mi raczej o to, z której strony do mnie podszedłeś. Nie zauważyłam cię.

– Aha – powiedział krótko.

Oczy prawie wyszły mi z orbit. Co za dziwny człowiek, chyba nie zamierzał mi odpowiedzieć.

– Więc? – Miałam nadzieję, że zacznie mówić.

– Stałem za żywopłotem. O, tam. – Pokazał palcem za siebie.

– Uf, już myślałam, że mam omamy słuchowe – przyznałam.

– Dlaczego? – zdziwił się.

– No wiesz... Siedzę tu sobie i czekam na przyjaciela, aż nagle słyszę, że ktoś coś mówi, a nikogo nie widzę. Pomyślałam...

– ...że słyszysz głosy i musi to świadczyć o chorobie psychicznej – skończył moją myśl, wyszczerzając zęby.

Spojrzałam na niego spode łba, co miało znaczyć, że jestem oburzona jego zachowaniem. Przerwał mi w połowie zdania już drugi raz. Nie podobało mi się to. Myślałam, że się wystraszy, w końcu moja mina odzwierciedlała moje zażenowanie, ale nie! On po prostu zaczął się śmiać.

– Przepraszam – wykrztusił – ale jesteś taka zabawna. Przez chwilę wyglądałaś jak rozwścieczona koza. – Ukrył twarz w dłoniach.

– Posłuchaj! – krzyknęłam. – Wkurzasz mnie, nie znam i chyba nie chcę cię wcale poznawać.

– Ej, nie! Przepraszam – spoważniał natychmiast – nie chciałem cię urazić, naprawdę! Nie gniewaj się, dobrze? Znam tu tylko ciebie.

– Nie znasz mnie – powiedziałam z przekonaniem w głosie.

– Ale chciałbym poznać, nie wiesz nawet jak bardzo. – Stał tak blisko, że mogłam policzyć każdą, nawet najmniejszą bruzdkę na jego twarzy. Kiedy spojrzałam mu w oczy, dostrzegłam w nich coś znajomego.

– Odsuń się trochę, nie mogę oddychać. – O dziwo, posłusznie zrobił krok w tył. Zaczerpnęłam świeżego powietrza, bo zakręciło mi się w głowie.

– Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? – zapytał troskliwie.

– Nic mi nie jest – odpowiedziałam chłodno. Nagle poczułam, jak osuwam się na ziemię. Moje powieki zamknęły się mimowolnie. Usłyszałam dzwonek oznajmiający koniec zajęć. „Nowy” złapał mnie, zanim upadłam na betonowy chodnik.

– Lila, nic ci nie jest? Powiedz coś! – W jego głosie słyszałam panikę. Otworzyłam oczy, wszystko wirowało.

– Co się dzieję? – zapytałam.

– Zabieram cię do pielęgniarki – oświadczył stanowczo.

Tylko nie pielęgniarka! Poczułam, jak unoszę się nad ziemią.

– Nie, Maciek, proszę. Ja muszę tu poczekać na przyjaciela – powiedziałam słabo. Próbowałam mu się wyrwać, niestety, bezskutecznie. Chłopak westchnął i położył mnie na murku.

– Jesteś uparta, wiesz?

Wyglądał tak pięknie. Jego uroda była taka niezwykła, wydawało mi się, że już gdzieś widziałam jego twarz.

– Lila! Lila! Co ci jest? – To był Maks, a ja zupełnie o nim zapomniałam, chciałam mu pokazać, że ze mną wszystko w porządku. Podniosłam zaciśniętą pięść z kciukiem wyciągniętym do góry. Podbiegł do mnie. Postanowiłam więc usiąść, co okazało się naprawdę trudnym zadaniem. Kiedy już mi się udało, oparłam głowę na ramieniu.

– Nic mi nie jest, Maksiu. Tak sobie tu leżakuję i czekam na ciebie, wcale nie zemdlałam – usiłowałam żartować. Wyszczerzyłam zęby.

Maciek prychnął, ale najwidoczniej poczucie humoru Maksa wyparowało.

– Moja droga, wierzę ci, oczywiście! – powiedział sarkastycznie, czego bardzo nie lubiłam. Zawsze kiedy był zły, nie potrafił mówić inaczej. – Lila, dobrze wiem, co ci jest! Kiedy ostatnio jadłaś?

Oczywiście mnie rozszyfrował. Znał mnie tak dobrze, że niczego nie mogłam przed nim ukryć.

– Kim jesteś i co zrobiłeś z moim przyjacielem, który nigdy by na mnie nie krzyczał? – wciąż próbowałam żartować, ale Maks – w przeciwieństwie do rozbawionego Maćka – miał grobową minę.

– Zadałem pytanie – powiedział poważnie, nerwowo tupiąc nogą.

– Nie pamiętam. Chyba wczoraj. – Przymknęłam oczy, udając, że zastanawiam się nad odpowiedzią. Wiedziałam, że wczoraj. Kiedy po opłakiwaniu Spajkiego poszliśmy do McDonalda, to właśnie tam zjadłam ostatni posiłek. Nie moja wina, że kiedy się denerwuję, nie potrafię normalnie funkcjonować. Wczorajsze wydarzenie zakleiło mi żołądek. Naprawdę nie czułam głodu.

– Te małe frytki? – zapytał z niedowierzaniem.

– Jeszcze cheesburgera! – broniłam się.

– Zabiję cię – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Albo nie, przecież zagłodzisz się na śmierć! – podniósł głos, wiedziałam, że jest zły. Też bym się denerwowała, gdyby mój najlepszy przyjaciel nie dbał o siebie.

– Rozumiem, że się martwisz, ale nie krzycz, proszę. – Zrobiło mi się przykro.

– Słuchajcie, mam propozycję – odezwał się Maciek. – Chodźmy coś przegryźć. Nie wiem, czemu tak wrzeszczysz, kolego, Lilia się ciebie wystraszyła.

„Co za palant” – pomyślałam. Co on mógł wiedzieć? Denerwował mnie coraz bardziej.

– Wcale nie! – wyrwało mi się trochę zbyt agresywnie. – Znaczy... Nie wystraszyłam się. Nie chcę z tobą nigdzie iść. Umówiłam się z Maksem. Dzięki, że otworzyłeś mi tymbark, ale to by było na tyle. Maks, idziemy.

Chciałam być jak najdalej od tego człowieka. Dlaczego tak działał mi na nerwy? Znowu zaczął się śmiać. Przecież nie zrobiłam niczego śmiesznego.

– Maciek – chłopak przedstawił się, wyciągając rękę w kierunku Maksa. – Jestem nowym uczniem. Widziałem, jak Lili próbuje otworzyć tymbark, więc postanowiłem zareagować, kiedy urwała zawleczkę... – streścił mu wszystko w kilku słowach, nie mijając się z prawdą. – Byłem pod wrażeniem... zagadałem i od razu się polubiliśmy, prawda? – zwrócił się do mnie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.