Zima lwów - Wagner, Jan Costin - ebook
Wydawca: Akcent Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zima lwów - Wagner, Jan Costin

Od czasu tragicznej śmierci żony detektyw Kimmo Joentaa każdego roku spędza samotnie święta Bożego Narodzenia. Szklanka mleka i butelka wódki pomagają mu przetrwać srogą fińską zimę. Tegoroczne Boże Narodzenie nie będzie jednak wyglądało tak, jak zaplanował sobie Joentaa.

Scenariusz wydarzeń zmienia się, gdy u drzwi Joenty pojawia się młoda prostytutka. Jakiś czas później kolega Joenty, patolog, zostaje odnaleziony martwy, a najpopularniejszy fiński prezenter Kai Petteri Hämäläinen ledwo uchodzi z życiem.

Okazuje się, że patolog kilka tygodni przed śmiercią był gościem talk-show Hämäläinena. Kimmo Joentaa zaczyna rozmyślać nad śmiercią lekarza. Dlaczego popularny talk-show, który dla milionów widzów stanowi dobrą rozrywkę, mógł w kimś wywołać taką wściekłość, że popchnął go do popełnienia zbrodni?

Opinie o ebooku Zima lwów - Wagner, Jan Costin

Fragment ebooka Zima lwów - Wagner, Jan Costin




24-26 GRUDNIA


1

Kimmo Joentaa miał zamiar spędzić Wigilię samotnie, ale wszystko ułożyło się inaczej.

Z wyprzedzeniem – podobnie jak w poprzednich latach – zgłosił się do pełnienia dyżuru w pracy 24 grudnia i spędził ten dzień w cichym, opustoszałym budynku policji.

Sundström wyjechał na narty, Grönholm, realizując od dawna skrywane marzenie – na Karaiby, a Tuomas Heinonen wyszedł wczesnym popołudniem, by przystroić choinkę, założyć kostium Świętego Mikołaja i wystąpić w nim przed rodziną. Był do dyspozycji, gdyby okazał się niezbędny podczas akcji, ale taka konieczność się nie pojawiła.

Joentaa zajmował się pracą papierkową, która w zasadzie mogła jeszcze poczekać. Radio grało świąteczną melodię. Skrzypce, fortepian i czyste, wysokie głosy chóru dziecięcego. Następnie jakiś filozof i teolog wyjaśnił mu rzeczowym tonem, że Jezus tak naprawdę urodził się latem. Joentaa na chwilę przerwał pracę i próbował skoncentrować się na głosie płynącym z radia, ale jego uszu ponownie dobiegła muzyka, rodzaj świątecznego rapu. Zmarszczył czoło i znów skupił się na leżącej przed nim kartce papieru.

Wczesnym wieczorem powlókł się przez szeroki hol do pogrążonej w ciemnościach stołówki. Jedyne światło w pomieszczeniu pochodziło z przystrojonego na złoto i czerwono drzewka, stojącego obok automatu z napojami.

Za oknem padał śnieg. Joentaa usiadł przy jednym ze stołów. W miseczce leżały ciastka. Gwiazdki z ciasta. Wziął jedną, poczuł na języku smak syropu klonowego, wdychał aromat igieł jodłowych, gdy nagle przy recepcji, przy wejściu do budynku, zobaczył kobietę. Wydała mu się dziwna. Stała w bezruchu. Joentaa odczekał chwilę, ale kobieta nie poruszyła się i nie wyglądała na zdziwioną tym, że w recepcji nikogo nie ma. Nie przeszkadzało jej również to, że żaden z umundurowanych policjantów, którzy od czasu do czasu mijali ją w pośpiechu, nie wpadł na pomysł, by zapytać, po co tu przyszła.

Kobieta obserwowała płatki śniegu wirujące za szybą. Była niska i drobna, mogła mieć około dwudziestu pięciu lat. Miała długie, jasne włosy i żuła gumę. Trwała w bezruchu, gdy Joentaa do niej podszedł, i nie poruszyła się, gdy stanął przed nią i próbował nawiązać kontakt wzrokowy.

– Przepraszam… – zaczął.

Młoda kobieta odwróciła się od okna. Miała zaczerwienione i opuchnięte policzki.

– Czy mógłbym w czymś… Wszystko w porządku? – zapytał Joentaa.

– Gwałt – powiedziała kobieta.

– To…

– Zgwałcono mnie i chciałabym złożyć doniesienie, idioto.

– Przepraszam. Czy mogę… Chodźmy może najpierw do mojego biura.

– Ari Pekka Sorajärvi – powiedziała kobieta.

– Może najpierw…

– Tak nazywa się mężczyzna, na którego chciałabym złożyć doniesienie.

– Proszę za mną – powiedział Joentaa i próbował ruszyć przodem, ale kobieta ani drgnęła.

Jej głos brzmiał łagodnie, gdy powiedziała:

– Chciałabym szybko wrócić do domu. Czy nie mógłby pan zanotować wszystkiego tutaj?

– Nie… Niestety nie mogę tego zrobić… Właściwie i tak muszą się tym zająć moi koledzy… Mógłbym spisać pani zeznania i potem przekazać sprawę dalej, ale tak czy siak muszę wprowadzić dane do komputera.

Przez chwilę jakby się wahała, ale potem podążyła za nim do windy.

Trzecie piętro słabo oświetlała lampa neonowa. Z biura dochodził donośny śmiech.

– Ależ tu strasznie – stwierdziła.

– Zepsuło się kilka lamp, zwykle jest jaśniej – wyjaśnił Joentaa.

– No, no – rzuciła kobieta, a na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Joentaa nie był pewien, co oznacza ta mina.

– Czy była pani… w szpitalu? – zapytał.

– W szpitalu?

– Tak… – odparł.

– To nie było konieczne – stwierdziła.

– Mógłbym… zawieźć panią tam później – zaproponował. – To znaczy… być może uda się jeszcze… zabezpieczyć ślady, które mogą mieć duże znaczenie w przyszłym postępowaniu…

– Niech pan po prostu wklepie te bzdury do komputera, a potem pójdę do domu.

– Przepraszam.

– Nie musi pan za wszystko przepraszać.

Joentaa kiwnął głową i poprowadził ją do biura. Ekran komputera migotał. Czerwony kościół w Lenganiemi, za którym pochowano Sannę.

Świat za oknem był ciemny i biały. Kobieta spojrzała na Joentę wyczekująco.

– Przepraszam. Proszę usiąść – powiedział.

– Czy mógłby pan wreszcie przestać za wszystko przepraszać?

Joentaa próbował skoncentrować się na ekranie i klawiaturze. Przez chwilę szukał programu z odpowiednim formularzem i w końcu go znalazł. Imię i nazwisko, adres, data urodzenia.

– Jak się pani nazywa? – zaczął.

– Co proszę?

– Pani nazwisko… Potrzebuję go do…

– Jakie znaczenie ma tu moje nazwisko? Zgwałcił mnie Ari Pekka Sorajärvi i chciałam to zgłosić.

– Ale…

Nagle kobieta zaczęła krzyczeć, głośno i przeciągle. Joentaa patrzył na nią. Siedziała w bezruchu, pozornie zrelaksowana i poza tym, że miała lekko otwarte usta, nic nie wskazywało na to, że wydaje z siebie krzyk. Głuchy, piskliwy krzyk. Odbijał się echem od ścian, aż jeden z policjantów wpadł do pokoju.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

– Tak, nie ma problemu – powiedział Kimmo Joentaa.

– No to… – zaczął kolega. Wahał się przez chwilę, potem życzył mu powodzenia i zamknął drzwi.

Joentaa obserwował kobietę, która siedziała naprzeciw niego i się uśmiechała. Wciąż jeszcze rozbrzmiewał mu w uszach jej krzyk.

– Henrikinkatu 28 – powiedziała rzeczowym tonem.

– To…

– To adres Ariego Pekki Sorajärviego.

– Czy ten…

– Ari Pekka Sorajärvi.

– Tak, czy jest… lub był… pani chłopakiem?

– Kim?

– Czy jest pani… związana z Arim Pekką Sorajärvim lub jest pani jego żoną?

Kobieta gapiła się na niego.

– Nie, nie jestem – powiedziała w końcu.

– Skąd…

– Ari Pekka Sorajärvi to mój klient – odparła.

Joentaa milczał.

– Klient. Seks za pieniądze. Słyszał pan o czymś takim?

– Jest więc…

– Moim najlepszym klientem, jeśli koniecznie chce pan wiedzieć. Zawsze oczekiwał nieco więcej niż inni, ale też dobrze za to płacił.

– Rozumiem – stwierdził Joentaa.

– To wspaniale, że pan rozumie.

– Ale… skąd pani zna jego nazwisko… Czy w tych kręgach nie jest przyjęte… że anonimowo…

Kobieta zaczęła się śmiać. Śmiała się z niego. Śmiała się tak głośno, że zatroskany kolega znowu mógł się tutaj pojawić.

– Ależ pan jest zakompleksiony – powiedziała. W jej głosie pobrzmiewał nowy ton, inaczej dobierała słowa. – Musi się pan nauczyć, jak akceptować swoją seksualność i ją wykorzystywać. Najlepiej niech pan zacznie od filmu. Pornograficznego. Niech mi pan wierzy, to pomaga. Być może jednak sytuacja wygląda inaczej: może musi pan popracować nad tym, by drastycznie ograniczyć liczbę oglądanych pornosów. Przerwała, skupiła na nim wzrok, lekko mrużąc oczy, i wyglądało na to, że nad czymś się zastanawia. – Jedno albo drugie – powiedziała w końcu.

Minęło kilka sekund.

– Może coś w tym jest – odparł Kimmo.

Niespodziewanie się uśmiechnęła – po raz pierwszy przyjaźnie. Joentaa odwzajemnił uśmiech.

Uśmiechali się do siebie lub do swoich myśli. Joentaa nie był tego pewien.

– A jeśli zastanawia się pan, skąd znam nazwisko i adres Ariego Pekki Sorajärviego – rzuciła coś na śnieżnobiały blat dzielącego ich stołu – to dlatego, że zabrałam mu prawo jazdy, kiedy opatrywał sobie złamany nos.

2

To tylko obraz. Obraz, którego nie można zasłonić. Zasłonić białą płachtą. Płachtą nieprzeniknionej bieli.

Wie, że jej się to już nie uda. Wiara w przykrywającą wszystko biel kiedyś była ważna, ale straciła ją.

Nakłada białą płachtę na swoje myśli i widzi, jak w cichym procesie rozkładu rozpada się na kawałki i odsłania widok na inną płachtę, niebieską.

Niebieska płachta podnosi się. Pod nią leży mężczyzna. Mężczyzna ma jedną nogę. Ta noga to kikut. Brakuje połowy. Drugiej w ogóle nie ma.

Mężczyzna leży nienaturalnie krzywo na noszach, jego skóra ma ciemny odcień. Obok mężczyzny niebieska płachta, nad nim uśmiechnięta twarz. I jeszcze jedna. I kolejna.

Jakaś ręka sięga do głowy mężczyzny i naprostowuje ją. Teraz widzi wyraz jego twarzy z zamkniętymi oczami.

Poza jej polem widzenia śmieją się jacyś ludzie. Są przy niej, obok niej, nad nią, pod nią, ale nie może ich zobaczyć. Słyszy tylko śmiech. Próbuje śmiać się wraz z nimi.

Czuje, że się śmieje, widzi twarz mężczyzny z połową nogi i sprawia jej ulgę fakt, że on wydaje się ich nie słyszeć. W chwili, w której jej śmiech zamiera, kończy się także coś innego, nie wie, co to jest, czuje tylko, że to koniec.

Ludzie wokół niej śmieją się dalej i brzmi to tak, jakby już nigdy nie mieli przestać.

Zamyka oczy i otwiera je ponownie.

Ekran miga.

Przewija z powrotem do miejsca, w którym to się kończy i wraca myślami do dnia, w którym się zaczęło.

3

Ari Pekka Sorajärvi uniknął oskarżenia. Gdy Kimmo Joentaa próbował po raz kolejny wyjaśnić kobiecie, na czym polegają formalności, ta wstała – bez pośpiechu, była raczej pogrążona w myślach – i pożegnała się. Wyszła powoli, ale zdecydowanym krokiem i niemal bezgłośnie zamknęła drzwi.

Joentaa siedział jeszcze przez chwilę i przyglądał się pustemu formularzowi wyświetlającemu się na ekranie. Nazwisko, adres, data urodzenia.

Potem wstał, zszedł słabo oświetlonym korytarzem na dół i, brnąc w zamieci śnieżnej, dotarł do swojego samochodu.

Pojechał do Lenganiemi. Gdy prom przeprawiał się na drugi brzeg, stał przy relingu w lodowatym wietrze. Czuł niejasną ulgę w związku z tym, że przewoźnik siedział w sterowni, przygnębiony jak zawsze, mimo świątecznej atmosfery, którą stwarzał łańcuch światełek przyczepiony do okna.

Jechał leśną drogą, która wydawała się nie mieć końca, aż znikąd pojawił się kościół wznoszący się ku niebu. Morze szumiało cicho. Gdy wszedł na cmentarz, minęły go cienie. Joentaa słyszał ich przytłumione głosy, widział pochylone głowy, skupienie malujące się na twarzach. Mimo ciemności każdy z nich wiedział, gdzie szukać grobów swoich krewnych. Gdy ich drogi się skrzyżowały, dwa spośród cieni wymamrotały słowa pozdrowienia, a Joentaa odwzajemnił powitanie.

Stał przez chwilę przy grobie Sanny, nie myśląc o niczym konkretnym. Potem wyjął znicz z plecaka, zapalił go i ostrożnie postawił na środku nagrobka. Wpatrywał się w światełko, aż zaczęło się rozmywać przed jego oczami, potem oderwał od niego wzrok i odszedł. Z kościoła słychać było śpiew i monotonne, długie akordy organów.

W drodze powrotnej wyraz twarzy przewoźnika nie zmienił się i Kimmo Joentaa pojechał do domu.

4

Wieczorem wypisuje kartki świąteczne. Wydrukowała ulubione zdjęcie. Przedstawia Ilmariego i Veikka na tle zimowego Sztokholmu. To tam w zeszłym roku spędzili święta Bożego Narodzenia z siostrą Ilmariego. Wydrukowała tę fotografię dwanaście razy. Na odwrocie dwanaście razy pisze: Wesołych świąt i najserdeczniejsze pozdrowienia.

Potem otwiera drzwi i wychodzi na klatkę schodową. Chodzi od drzwi do drzwi i wrzuca kartki przez otwór na listy.

Wraca do mieszkania, zapala lampki na choince i przygląda się kadrowi zatrzymanemu na ekranie telewizora. Śmiejący się mężczyzna. Ten śmiech nie jest niesympatyczny ani niepokojący, to szczęśliwy śmiech. Szczęśliwy, miły śmiech. Nie rozumie go. Od czasu, gdy go ujrzała, nawiedza ją seria obrazów, występują w pewnej kolejności, jednak nie mają sensu, a gdy się przesuwają, życie zamiera.

Słyszy jakiś dźwięk i odwraca wzrok. Pod drzwiami, na podłodze leży biała koperta. Sąsiad zrewanżował się za bożonarodzeniowe życzenia. Podchodzi do drzwi, podnosi kopertę i otwiera ją. Na kartce przedstawiony jest anioł. Marlies i Tuomo, młoda para z pierwszego piętra. Piszą: Życzymy Ci również udanych świąt i wszystkiego dobrego. Z serca. Stoi w korytarzu, uśmiecha się i zastanawia nad słowami. Jak się zmieniają, by stworzyć to samo. Brakuje dwóch imion w nagłówku, a na końcu zdania doszły dwa słowa. Z serca. Jej wzrok zatrzymuje się na słowach.

Później wraca do salonu. Zgniata anioła w dłoni, przygląda się twarzy na ekranie i wsłuchuje w śmiech, który musi zniszczyć, by znów móc odczuwać.

5

Pasi i Liisa Laaksonen, sąsiedzi, pomachali Joencie i wykrzyczeli życzenia świąteczne, gdy Kimmo wysiadał z samochodu. Trzymali za ręce Marję, ich wnuczkę, która śmiała się głośno, ponieważ Paasi i Liisa podnosili ją do góry i huśtali.

Kimmo Joentaa odwzajemnił życzenia i szybko wszedł do domu. Przez chwilę stał w ciszy w korytarzu i czekał, aż śnieg roztopi się i spłynie mu po karku. Potem zdjął kurtkę, czapkę i szalik i zaczął przechodzić z pokoju do pokoju, by włączyć wszystkie światła.

Później stał w salonie, patrzył przez okno na zamarznięte jezioro i myślał o Karim Niemim, szefie ekipy zabezpieczającej ślady, który zapytał, czy Joentaa nie miałby ochoty spędzić Bożego Narodzenia z nim i z jego rodziną. Mimo że bardzo ucieszył się z tego zaproszenia, odmówił. Może w przyszłym roku. To samo powiedział, gdy jego matka Anita pytała, czy nie chciałby spędzić z nią świąt w Kitee. Coroczne zaproszenie od Merji i Jussiego Sihvonenów, rodziców Sanny, także odrzucił, uzasadniając, że w Boże Narodzenie niestety ma pełne ręce roboty i brak mu czasu, by odetchnąć.

Odwiedzi Merję i Jussiego, jutro. Będą milczeć i w końcu zaczną rozmawiać o Sannie. Każdy na swój sposób. Dzielić się wspomnieniami. Wspomnieniami, które przez chwilę będą unosić się nad ich głowami. Nieważkie. Trudne do uchwycenia. Tygodnie po diagnozie raka, ostatnie dni w szpitalu, nie będą przedmiotem dyskusji. Brzęk filiżanek i Merja, która częstuje upieczonymi przez siebie ciasteczkami. W pustym domu.

Jutro. I jutro zadzwoni też do matki.

Poszedł do kuchni, czuł się w pewien przyjemny sposób głupio, wyciągając nienapoczętą jeszcze butelkę wódki z lodówki, i usiadł przy stole kuchennym. Myślał o Sannie, która rzadko piła, lecz jeśli to robiła, to nie szła na kompromisy. To było coś, co lubił i od czasu jej śmierci kontynuował. Rzadko, jednak jeśli już, to bezkompromisowo.

Dziś był właśnie taki dzień. Być może. Nie był pewien. Bił się z myślami, czy nie wypić jednak szklanki mleka i nie położyć się do łóżka.

Wciąż zastanawiał się nad różnymi kuszącymi możliwościami, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.

Pasi, pomyślał. Pasi Laaksonen, który zapyta go, czy miałby ochotę spędzić Boże Narodzenie wspólnie z nimi, ich dziećmi i wnukami w sąsiednim domu.

Albo Anita. Jego matka wsiadła do pociągu i wyruszyła, by go odwiedzić, mimo że usilnie ją prosił, by tego nie robiła.

Otworzył drzwi i zobaczył twarz kobiety, która złamała nos Ariego Pekki Sorajärviego i której imienia nie znał. Wyglądała jak bałwan, ponieważ miała na sobie śnieżnobiały płaszcz i śnieżnobiałą czapkę, które pokryte były śniegiem.

Kobieta milczała. Zdawało mu się, że na jej ustach błąka się cichy uśmiech, ale mógł się mylić.

– Yyyy… witam – powiedział.

– Witam – odparła i minęła go, wchodząc do przedpokoju.

– Skąd…

– Kimmo Joentaa. Tak jest napisane na tabliczce obok drzwi pańskiego biura. I na liście, który leżał na pańskim biurku. W Turku mieszka tylko jeden Kimmo Joentaa. Rzadkie nazwisko. Sanna i Kimmo Joentaa – jest napisane w książce telefonicznej. Czy jest pańska żona?

– N… nie.

Kiwnęła głową, jakby się tego spodziewała, i skierowała się do salonu.

– Czego… czego pani chce? – zapytał Joentaa.

Odwróciła się i przez chwilę spoglądała na niego.

– Nie wiem – odparła. – Najprawdopodobniej niczego. Ma pan coś do picia?

– Hmm, oczywiście… Mleko… mleko czy wódka?

Wydawało się, że wybór ten nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia.

– Jedno i drugie – powiedziała i pewnym krokiem weszła do salonu.

– Hmm… – zastanowił się Joentaa. Wszedł do kuchni i do jednej szklanki nalał mleka, a do drugiej – wódki.

Kobieta siedziała na kanapie w salonie i przyglądała się śniegowi za oknem.

– Piękny widok – stwierdziła.

Kimmo odstawił szklanki. – Czy mogę… w czymś pani pomóc? Chodzi znów o to doniesienie, które pani…

Kobieta roześmiała się. Znów się z niego śmiała. Ostatnią osobą, która potrafiła tak często i serdecznie śmiać się z niego, była Sanna.

– Nie – zaprzeczyła kobieta. – Nie, nie chodzi o doniesienie. Już nawet nie pamiętam, jak ten mężczyzna się nazywał.

– Ari Pekka Sorajärvi – odparł Joentaa machinalnie i kobieta znów się roześmiała. Jeszcze głośniej. Śmiech zmienił się w krzyk. Nie mogła się uspokoić.

– Przepraszam… – powiedział Kimmo, a kobieta bez przerwy się śmiała, jakby właśnie przedstawiał jakiś zabawny skecz, którego wcześniej nie widziała. Jej drobnym ciałem wstrząsał jeden spazm za drugim.

Kimmo Joentaa poszedł do kuchni, wypił cztery kieliszki wódki i czuł się już nieco lepiej, gdy wrócił do śmiejącej się kobiety siedzącej na kanapie w jego salonie. Usiadł na starym fotelu stojącym obok sofy.

– Chciałbym panią o coś zapytać, o coś ważnego – powiedział i wbrew wszelkiej logice miał wrażenie, że zaczął już trochę bełkotać. – Czy ten… ten Sorajärvi… zrobił pani… krzywdę?

Kobieta znów się roześmiała, tym razem jednak śmiech trwał bardzo krótko. – Tak, jak pan, mówili chyba emeryci w XIX wieku.

– Przepraszam…

– Niech pan wreszcie przestanie ciągle przepraszać, do diabła!

– Chciałem powiedzieć… Uważam, że powinna pani złożyć doniesienie na tego mężczyznę, co przecież i tak zamierzała pani zrobić. I chciałbym móc lepiej panią zrozumieć, bo jeszcze nie potrafię.

– Ari Pekka Sorajärvi potraktował mnie nieco ostrzej, niż to uzgodniliśmy – powiedziała. – W rewanżu złamałam mu nos. Jasne?

Joentaa zastanawiał się przez chwilę.

– Dobrze – stwierdził i kobieta znów zaczęła się śmiać.

– Właśnie, dobrze.

– Przepraszam, chciałem przez to powiedzieć, że teraz chyba nieco lepiej rozumiem sytuację.

– Jeśli jeszcze raz przeprosi pan bez powodu, to dziś złamię jeszcze jeden nos.

– Będę mógł pani pomóc dopiero wtedy, gdy zrozumiem, co się stało – powiedział Joentaa.

Kobieta długo na niego spoglądała. – A kto powiedział, że powinien mi pan pomóc?

– Myślałem…

– Jest pan pomylony i nawet pan o tym nie wie – stwierdziła.

– Też uważam, że…

– Coś jest z panem nie tak – powiedziała.

Joentaa czekał.

– Coś jest z panem bardzo nie tak – powtórzyła kobieta.

Joentaa czekał.

– Coś jest nie tak i mam wielką ochotę dowiedzieć się, o co chodzi – stwierdziła.

Potem wstała i objęła go. Stary fotel skrzypiał. Czuł dotyk jej skóry na swoim policzku, jej język w swoich ustach, a jego umysł wypełnił krzyk.

6

Kimmo Joentaa nie spał. Za oknem rozpływały się śnieg i noc. Podniósł się, ostrożnie, by nie obudzić kobiety leżącej obok.

Przez kilka minut spoglądał na nią z góry.

Słyszał jej cichy i regularny oddech.

Potem jego głowa znów opadła na poduszkę i poczuł, że kobieta, której imienia nie znał, wczepiła dłoń w jego ramię. Lekko jęknęła, jakby pod wpływem bólu. Chyba o czymś śniła. Zastanawiał się, czy powinien ją obudzić i wyzwolić z tego snu, jednak po chwili kobieta uspokoiła się, znów oddychała regularnie. Joentaa zamknął oczy i po raz pierwszy od dawna pomyślał o ostatniej nocy w szpitalu.

O ostatnich godzinach, które zamieniły się w ostatnie minuty i ostatnie sekundy. Sanna też spała. Sanna też oddychała spokojnie i regularnie. Spokojnie, regularnie i niemal niezauważalnie. Potem oddech ustał.

Czekał na to. Razem z Sanną czekał na ten moment, bo wiedział, że ta chwila będzie najważniejszą chwilą w jego życiu. Chwila, która się nie kończyła.

Gdy usłyszał pukanie do drzwi, najpierw pomyślał, że mu się wydaje. Pukanie powtórzyło się, było nieco głośniejsze i bardziej natarczywe, uniósł głowę i spojrzał na świecące na zielono cyfry na odtwarzaczu DVD. Prawie druga. To nie mógł być Pasi Laaksonen z sąsiedniego domu. Ani matka, bo pociągi z Kitee nie przyjeżdżają w środku nocy. Ani kobieta, która złamała nos Ariemu Pekce Sorajärviemu, bo ta leżała koło niego.

Znów usłyszał pukanie, nieco cichsze, mniej śmiałe. Wstał, założył podkoszulek i spodnie. Podniósł narzutę zsuniętą do połowy na podłogę i okrył nią kobietę, która wyglądała na pogrążoną w głębokim śnie.

Potem na niepewnych nogach podszedł do drzwi. Bolały go plecy. Otworzył i poczuł na skórze wyraźny chłód. Przed drzwiami nie było nikogo, ale pod okrytą bielą jabłonią stał jakiś mężczyzna, który właśnie zamierzał wsiąść do jego samochodu.

– Hej! – zawołał Joentaa.

Mężczyzna znieruchomiał i wydawało się, że przez chwilę zwlekał z reakcją.

– Kimmo. Przepraszam. Myślałem… Nie chciałem dzwonić, tylko pukałem, bo myślałem, że może jeszcze śpisz.

Mężczyzna podszedł do niego. To był… Święty Mikołaj.

– Tuomas… – powiedział Joentaa.

– Nie chciałem… przeszkadzać.

Tuomas Heinonen. Nie pamiętał, żeby Tuomas Heinonen kiedykolwiek wcześniej go odwiedzał. Tuomas Heinonen w kostiumie Świętego Mikołaja.

– Co… wejdź, proszę – zaproponował Kimmo.

– OK… dziękuję.

Tuomas Heinonen stał w korytarzu skulony i przemarznięty i wydawało się, że szuka właściwych słów.

– Chcesz… coś ciepłego do picia? Wygląda na to, że zmarzłeś – powiedział Joentaa i uśmiechnął się, ale Tuomas Heinonen chyba w ogóle tego nie usłyszał.

– Mam trochę problemów. Ja… my… mieliśmy nieudaną Gwiazdkę… że tak powiem… i wtedy… wtedy pomyślałem o tobie… Fajnie, że jeszcze nie spałeś… Czy może już spałeś?

– Chodź, usiądziemy i najpierw się czegoś napijemy – zaproponował Kimmo i poszedł do kuchni.

Tuomas Heinonen podążył za nim. Usiadł i pogrążony w myślach przyglądał się butelce wódki i kartonowi mleka stojącym na stole.

– Problem w tym, że to wszystko moja wina. To jest najgorsze – wyznał Heinonen.

– Co się właściwie stało? – zapytał Joentaa.

Heinonen spojrzał na niego udręczonym wzrokiem i zwlekał.

– Z nami chyba koniec – stwierdził ostatecznie i oparł się o poręcz krzesła, jakby powiedział i wyjaśnił już wszystko.

Joentaa usiadł naprzeciw niego i czekał.

– Jeśli… – zaczął, ale Heinonen przerwał mu. Teraz mówił szybko. – To jest tak, chętnie bym z tobą o tym porozmawiał, ale nie wiem, czy potrafię. To jest… to przecież… to trudne.

– Nie musisz…

– Wiesz, Kimmo, bliźniaczki to był dla mnie trochę zbyt duży ciężar.

Heinonen znów osunął się na krześle, jakby wszystko zostało już powiedziane.

– Bliźniaczki… – powtórzył Kimmo.

– Tak, wiesz przecież, że mamy bliźniaczki, Tarję i Vanessę…

Joentaa kiwnął głową.

– Są oczywiście… świetnymi… świetnymi dzieciakami… Przepraszam… plotę pewnie same bzdury… Bardzo przepraszam…

„Jeśli jeszcze raz przeprosisz bez powodu…”, przyszło do głowy Joencie.

– To było zbyt wiele dla mnie, nie chciałem tego – powiedział Tuomas Heinonen. – Nie chciałem tego, w ogóle nie chciałem mieć dzieci. Kocham je oczywiście, ale nigdy ich nie chciałem. Rozumiesz?

– Nie jestem całkiem pewien – odparł Joentaa, a przed oczami przemknęło mu kilka scen. Chrzest bliźniaczek. Kimmo był tam i czuł się niestosownie, ponieważ nie znał nikogo poza paroma kolegami z pracy. Heinonen, który trzymał dwie maleńkie dziewczynki pod pachami, niczym piłki do rugby, i szedł, uśmiechając się.

– To wszystko mnie przerosło. Nie mamy już w ogóle czasu dla siebie. Nic się nie dzieje, są tylko dzieci.

Joentaa kiwnął głową.

– Problem polega… na tym… – powiedział Heinonen – że… szukałem czegoś w rodzaju… odskoczni.

Kimmo czekał.

– Grałem.

– Grałeś?

– Przegrałem pieniądze. Bardzo dużo. Prawie wszystko, co odłożyliśmy.

Joentaa kiwnął głową i szukał odpowiednich słów.

– Zakłady internetowe – powiedział Heinonen. – Zakłady sportowe. Wirtualny poker. Ale pieniądze są całkiem prawdziwe. Jeśli tylko chcesz. Jeśli… Straciłem nad tym kontrolę, coś się posypało. Paulina się dowiedziała, nie wiem, w jaki sposób, ale dziś wieczorem znów nagle podjęła ten temat.

Joentaa kiwnął głową.

Heinonen gapił się na blat stołu, potem na rękawy swojej marynarki. – Yyyy… przepraszam, właśnie dotarło do mnie, że wciąż mam na sobie ten głupi kostium – powiedział skonsternowany.

– Nic nie szkodzi – odparł Joentaa.

– Hm… – Heinonen zaczął chichotać. – Kimmo, jak ty to robisz… Jak ci się udaje zachować kamienną twarz nawet w najbardziej niedorzecznych sytuacjach?

– Było dość oczywiste, że jesteś smutny.

– Tak – przyznał Tuomas Heinonen. Wydawało się, że nad czymś rozmyśla. – Chciałbym cię jeszcze zapytać, Kimmo, przepraszam, że teraz zawracam ci tym głowę, w ogóle wybacz mi, proszę, to całe przedstawienie…

– Nie masz za co przepraszać.

– Jak… Jak to robiłeś… w ostatnich latach… od czasu śmierci twojej żony… że potrafiłeś żyć latami… tak… samotnie… Często o tobie myślałem i… to na pewno brzmi śmiesznie, ale niemal cię podziwiam za ten… ten twój własny świat, ten spokój, którym… emanujesz.

Joentaa zastanawiał się, do czego zmierza Tuomas i nagle spojrzał w oczy kobiecie, której nie znał. Zaspana i naga stała w progu.

– O czym tak cały czas rozmawiacie? – zapytała.

Heinonen odwrócił się.

Przez chwilę panowała cisza, potem Kimmo powiedział: – Tuomas, chciałbym ci przedstawić… To jest…

– Imiona nie mają znaczenia, ale możesz mówić do mnie Larissa – powiedziała kobieta.

Larissa, pomyślał Joentaa.

– Inni też tak na mnie mówią – dodała.

Nastąpiła długa przerwa.

Heinonen gapił się na kobietę stojącą w drzwiach, a jej wydawały się nie przeszkadzać ani cisza, ani spojrzenie Tuomasa.

Larissa, pomyślał Kimmo i poczuł się lekko.

– Ja… chyba powinienem już… – zaczął Tuomas Heinonen i przerwał, a Kimmo Joentaa koncentrował się na ciszy.

Lekkiej, innej ciszy. Nowej ciszy.

Imiona nie mają znaczenia, pomyślał.

– Naprawdę nie chcę wam… Nie wiedziałem, że… wy… Paulina na pewno już na mnie czeka… i bliźniaczki.

– Chodźmy spać – zaproponował Joentaa.

7

Tuomas Heinonen spał na kanapie w salonie, kobieta, której imienia Joentaa nie znał, spała obok niego w łóżku, w sypialni, a Kimmo Joentaa czuwał.

Znów skoncentrował się na cichym, regularnym oddechu kobiety i kryjącej się za nim ciszy. Na zewnątrz wstawał dzień.

Wciąż jeszcze czuł się lekki. Zmęczony, lekki i spragniony. Szedł na palcach, by nie zbudzić gości. Tuomas Heinonen leżał szeroko rozciągnięty na kanapie. Sądząc na pierwszy rzut oka, spał dobrze. Na stole w kuchni stały butelka i karton z mlekiem.

Joentaa wypił szklankę wody i przyglądał się, jak poranek staje się coraz intensywniej niebieski, coraz jaśniejszy, bielszy, coraz bardziej słoneczny, aż wypełnił prostokąt okna, przypominając idealny obrazek z kartki pocztowej. Pomyślał o ciszy i niemal równocześnie usłyszał dzwonek telefonu i głuchy odgłos uderzenia.

– Cholera… Co… co jest? – mamrotał Heinonen, leżąc na podłodze.

– Wszystko w porządku? – zapytał Joentaa.

– Spadłem z łóżka… z kanapy – odparł Heinonen, podczas gdy Joentaa szukał telefonu. Nie znalazł go. Heinonen podniósł głowę i sprawiając wrażenie nieobecnego, zapytał, czy może w czymś pomóc.

– Musi tu gdzieś leżeć – powiedział Joentaa.

– Te bezprzewodowe telefony… Też ich nigdy nie mogę znaleźć… A gdy do tego jeszcze kołyszesz w ramionach bliźniaczki, musiałbyś mieć trzecią rękę, by znaleźć telefon… – powiedział zaspany Heinonen.

Telefon zamilkł, kilka sekund później z korytarza dobiegło brzęczenie komórki. Joentaa podszedł i wyjął ją z kieszeni swego płaszcza.

– Joentaa.

– Kimmo, tu Paavo. Koniec świętowania. Wróciłem wcześniej z urlopu. Miejsce zbrodni znajduje się w lesie. Wyjedź z miasta ulicą Eerikinkatu, jedź nią aż do końca, potem skręć w lewo, jedź jakiś czas pod górę, na wzgórze, potem idź leśną drogą, aż trafisz na miejsce.

– Dobrze… Ja…

– Wszystko jasne?

– Tak, pewnie… Czy poinformowaliście Laukkanena lub jego kolegów?

– Laukkanen jest już na miejscu. To on jest ofiarą.

– Dobrze. Zaraz się zbieram…

– Jeszcze się nie obudziłeś? To Laukkanen jest ofiarą.

– Laukkanen…

– W lesie leży lekarz sądowy Laukkanen. Ma przypięte narty biegówki i jest martwy – powiedział Paavo Sundström.

Kimmo milczał.

Cisza jest lekka, pomyślał.

– Co jest? – zapytał Heinonen za jego plecami.

– Zadzwonisz do Heinonena? Ja zawiadomię Petriego Grönholma, o ile wiem, wczoraj wrócił z Karaibów – powiedział Sundström.

– Tak… Ja…

– Kimmo, weź się w garść, proszę! – rzucił Sundström i przerwał połączenie.

– O co chodzi? – zapytał Heinonen ponownie.

– Laukkanen… – odparł Joentaa.

– Tak?

– Paavo Sundström powiedział, że nie żyje – ciągnął Kimmo.

– Aha – Heinonen patrzył na niego pytająco.

– Paavo już tam jest i stwierdził, że ofiarą jest Laukkanen.

– To jakaś bzdura – odparł Heinonen.

– Jedźmy tam – powiedział Joentaa.

– Chce z nas zakpić, te jego dowcipy stają się coraz głupsze – stwierdził Heinonen.

– Jedźmy tam – powtórzył Kimmo.

Heinonen kiwnął głową. – Oczywiście. Ale coś tu się nie zgadza. Przecież to bzdura – powtórzył i sięgnął po swoje ubranie przewieszone przez fotel. – Och… obawiam się, że będziesz musiał mi coś pożyczyć, miałem przecież na sobie tylko ten kostium…

– Chwileczkę – Joentaa poszedł do sypialni, założył spodnie i sweter. Kobieta owinęła się kołdrą i mocno spała. Przyglądał się jej przez chwilę. Potem wyjął z szafy koszulę i spodnie dla Tuomasa Heinonena, ostrożnie zasunął drzwi i wrócił do salonu. Heinonen w kilka sekund włożył na siebie ubranie.

– Idziemy? – zapytał.

– Jeszcze chwilę.

Joentaa wyjął kartkę i długopis i stał niezdecydowany.

– Hmm… Kimmo? – powiedział Heinonen.

– Przepraszam – odparł Joentaa i napisał: Droga Larisso, zostałem wezwany na akcję. Mam nadzieję, że dobrze spałaś. Byłoby miło, gdybyś była tu jeszcze, kiedy wrócę do domu. Kimmo

Położył kartkę i zapasowy klucz do domu w widocznym miejscu, na stole w salonie. Zimowy dzień był żółto-niebieski i kłuł w oczy.

Gdy jechali, Heinonen zadzwonił do żony, a Kimmo Joentaa myślał o pustym domu, i o tym, że wieczorem do niego wróci. I o tym, że nie znał adresu ani daty urodzenia tej kobiety. Wiedział tylko, że nie nazywała się Larissa.

8

Śnieg skrzypiał pod nogami. Heinonen mamrotał coś niezrozumiałego, a Joentaa pomyślał, że to nie działo się naprawdę. Obraz, zaaranżowana scena, która miała niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Trup leżał na plecach, jedna z nart przypiętych do stóp mężczyzny sterczała pionowo w górę. Jasnoniebieska kurtka była przesiąknięta krwią. Ubrani w białe kombinezony pracownicy ekipy zabezpieczającej ślady wtapiali się w śnieżne tło.

Kari Niemi, szef zespołu zabezpieczającego ślady, z typowym dla siebie spokojem przekazał im instrukcje. Przed i za leżącym na ziemi ciałem przebiegały trasy narciarskie, z których jedna prowadziła w prawo do lasu, a druga w lewo aż po horyzont. Nad jego linią unosiło się zimowe słońce. Paavo Sundström wyszedł im naprzeciw i powiedział:

– Szybko wam poszło.

Heinonen odpowiedział coś, a Joentaa minął ich i obszedł ciało. Obok przekrzywionej na bok głowy mężczyzny leżała wełniana czapka przypominająca kształtem szlafmycę, której jasnoniebieski odcień pasował do jasnego błękitu sportowej kurtki i nieba. Joentaa kucnął i spojrzał w twarz Patrika Laukkanena.

– Został znaleziony przez dwóch chłopców i kobietę. Ktoś musiał go zaskoczyć. Przypuszczalnie zaatakowano go od tyłu, wygląda to na pchnięcie nożem. Tak przynajmniej uważa Salomon – powiedział Sundström.

Joentaa podniósł wzrok i ujrzał Salomona Hietalahtiego, siedzącego nieco dalej na ławce. Hietalahti był najbliższym współpracownikiem Laukkanena w zakładzie medycyny sądowej. Joentaa nie znał dobrze Laukkanena, ale wiedział, że współpraca między nim a Hietalahtim układała się bardzo dobrze. Może nawet byli zaprzyjaźnieni. Wyprostował się i podszedł do ławki, z której rozciągał się malowniczy widok na zaśnieżone miasto.

– Salomonie – powiedział.

– Kimmo, witaj – odparł Hietalahti, sprawiając wrażenie nieobecnego.

Joentaa usiadł obok niego na ławce.

– Może powinieneś… Może nie powinieneś pracować przy tej sprawie – powiedział Joentaa.

– Może – odparł Hietalahti.

Joentaa widział Heinonena i Sundströma stojących z boku i pogrążonych w pospiesznej rozmowie. Petri Grönholm stał przy barierce razem z dwoma młodymi chłopcami, którzy znaleźli Patrika Laukkanena i śledzili bieg wydarzeń z wytrzeszczonymi oczami i mieszanymi uczuciami. Wyglądali na przerażonych, a jednocześnie podnieconych. Na dole, w mieście, rozbrzmiewały dzwony kościołów.

– Wiedziałeś, że dopiero co został ojcem? Mam na myśli Patrika… – zapytał Hietalahti.

– Nie.

– Późne ojcostwo. Przekroczył już pięćdziesiątkę. Nigdy nie mówił zbyt wiele o sobie, ale o tym tak. Obawiał się, że być może jest zbyt stary i umrze, zanim jego syn osiągnie pełnoletniość… Absorbowało go to.

Joentaa kiwnął głową i szukał odpowiednich słów.

– Ona jeszcze o niczym nie wie, Leena… – powiedział Salomon. – Mam na myśli, że Leena jeszcze nie wie, że Patrik… nie żyje. Zrobisz to? Powiadomisz ją?

– Nie wiem… Omówię to z Paavo Sundströmem.

– Chyba dobrze by było zrobić to jak najszybciej.

– Pewnie. Masz rację.

– Od dawna są razem. Przynajmniej od trzynastu lat, tak długo, jak trwała nasza współpraca. Wtedy, gdy zaczynałem, Patrik już był z Leeną. Czasami bywałem u nich na obiedzie… tylko parę razy, ale zawsze było bardzo fajnie. Patrik opowiadał, że Leena niesamowicie cieszyła się z tego późnego dziecka… Nigdy dokładnie tego nie wyjaśnił, ale oni chyba… chyba długo próbowali, zanim się udało…

Joentaa kiwnął głową.

– Mieszkają niedaleko. Ze dwa, trzy kilometry stąd – powiedział Hietalahti.

Sundström gestykulował w oddali. Joentaa przyglądał mu się przez chwilę, aż w końcu pojął, że gesty Sundströma były skierowane do niego. – O co chodzi? – zawołał Kimmo, idąc ku niemu.

– Powinniśmy poinformować jego żonę – krzyknął Sundström.

– Przyjaciółkę – poprawił go Heinonen, gdy Joentaa do nich dołączył.

– Hm?

– Przyjaciółkę. Laukkanen nie był żonaty. Jestem prawie pewien, że nie ożenił się z Leeną – powiedział Heinonen.

– To przecież wszystko jedno, w każdym razie musimy poinformować kobietę, która żyła z Laukkanenem… Chwila… Yriönkatu 17. Czy ktoś ją zna?

Joentaa i Heinonen przytaknęli.

– Tak… i? – zapytał Sundström.

– Też ją znasz, była na imprezie gwiazdkowej dwa tygodnie temu – przypomniał Heinonen.

– Ach tak? – zdziwił się Sundström.

– Jest znacznie młodsza od Patrika. Tuż przed czterdziestką, jak sądzę – powiedział Heinonen. – Ma jasnorude włosy.

– Ach – stwierdził Sundström. – Tak, tak… Nawet sobie przypominam. Przez cały czas myślałem, że Laukkanen podrywał ją po pijaku i wstyd mi było za niego.

– No, cóż… – odparł Heinonen.

Joentaa spojrzał na martwego mężczyznę w śniegu i pomyślał, że jeszcze przed dwoma dniami rozmawiał z Patrikiem Laukkanenem.

Rzeczowym tonem, o śmierci.

Wspólnie pochylali się nad ciałem pewnej młodej kobiety, która przypuszczalnie zmarła w wyniku przedawkowania silnych tabletek nasennych.

– Leena, mówisz? Ta kobieta świetnie wyglądała – powiedział Sundström.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com