Ziemia szamanów - Wojciech Grzelak - ebook
Wydawca: ILLUMINATIO Łukasz Kierus Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 322 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ziemia szamanów - Wojciech Grzelak

Terra incognita Syberia. Nieodgadniona i pełna tajemnic. Fascynuje dzikością przyrody, niedostępnością połaci swojego terytorium oraz zjawiskami „nie z tego świata”. Co tak naprawdę kryje się za granicą syberyjską? Jaka jest historia Syberii? Kim są ludzie, którzy ją zamieszkują, jaką wyznają religię? Dlaczego nazywa się ich obcymi? Czy są kosmitami? O czym głoszą prastare legendy syberyjskie?

Odpowiedzi na te pytania uzyskasz z niniejszych opowieści syberyjskich. Ich autor, Wojciech Grzelak – dziennikarz, podróżnik, wykładowca na Uniwersytecie w Gornoałtajsku, krążący od wielu lat między Polską a Syberyjską Republiką Ałtaj, która stała się jego drugą ojczyzną – opierając się na usystematyzowanej wiedzy o dziejach tych terenów i własnych doświadczeniach z podróży, dostarczy ci szczegółowych informacji o horrorze w pskowskim lesie, starożytnych kurhanach czy podziemnych labiryntach. Dzięki niemu dowiesz się o histerii bajkalskiej i o tym, co obecnie czai się w odmętach Bajkału. Poznasz zombie spod kremlowskiej ściany, upiory starego Bijska, mongolskiego robaka śmierci, tunguskiego gada, lidera zapisanego w gwiazdach i człowieka, który pokochał lód.

Z tej ziemi szamanów wyłaniają się obrazy wymykające się regułom porządku i miejsca o zagadkowym oddziaływaniu.

Odkryj nieznany ci dotąd świat, prastare legendy i tajemnicze postaci!

Opinie o ebooku Ziemia szamanów - Wojciech Grzelak

Cytaty z ebooka Ziemia szamanów - Wojciech Grzelak

Herbert Wells wygłaszali tyrady gloryfikujące bolszewików w momencie, gdy ci dopuszczali się najkrwawszych zbrodni. Bardzo stronniczym piewcą komunistycznej Rosji okazał się także wspomniany już Mieczysław Lepecki. I tym razem lewicowe sympatie polityczne okazały się silniejsze niż reporterska rzetelność. Przez palce patrzyli na bolszewicką nędzę inni polscy znani pisarze, którzy mieli unikalną możliwość udania się na Wschód przed II wojną światową, Melchior Wańkowicz i Antoni Słonimski. Obiektywizm i trzeźwość umysłu zachował za to Stanisław Cat-Mackiewicz,
Poprawił polano, które wysunęło się z ogniska. – Widzisz ten ogień? Możesz go narysować, nawet bardzo wiernie. Możesz także nakręcić film, który pokaże, jak skaczą iskry, jak pełgają poruszane wiatrem płomienie, trzaska drewno. Ale czy poczujesz ciepło bijące od ognia? Zapach wytapianej żywicy? Śpiew tajgi wokół? Może kiedyś powstaną aparaty, które oddadzą także te wrażenia. Lecz nadal to nie będzie wszystko, nie uda się zawrzeć w jakimś wielowymiarowym choćby obrazie pełni tej chwili, której właśnie tu i teraz doświadczamy. Bo gdzie podzieją się myśli, które w tym momencie przepływają przez twój umysł? Albo tryliony kilometrów kosmosu nad nami? A to przecież one stanowią o niepowtarzalności tego, co obecnie wspólnie przeżywamy w tym miejscu świata.
Te z Kamczatki potrafią bezszelestnie przez dłuższy czas tropić wycieczkę czy ekspedycję i wyczekiwać dogodnego momentu. Gdy ktoś odłączy się od grupy, to jeśli ma pecha, więcej już do niej nie wróci.

Fragment ebooka Ziemia szamanów - Wojciech Grzelak






WSTĘP

yberia była koszmarem niejednego pokolenia Polaków. Nieszczęśliwe losy Rzeczypospolitej sprawiły, że rozległa kraina na północy Azji zyskała nawet złowieszcze miano naszej drugiej ojczyzny. Przytłaczał jej ogromny rozmiar, obezwładniało oddalenie, niszczył surowy klimat, zabijała katorżnicza praca. Już sam pobyt na Syberii łamał ducha, nie zawsze zresztą doszczętnie, czego dowodzą brawurowe ucieczki z tego więzienia bez ścian, bunty oraz powstania wzniecane przez zesłańców. Wiele krwi i łez naszych rodaków wsiąkło w syberyjską ziemię, ale także niemało potu przelali tu dobrowolnie. Sto lat temu polscy osadnicy byli na Syberii przykładnymi farmerami, dawni zaś więźniowie lub ich potomni prowadzili hotele, apteki, sklepy czy też fabryki, a czasami dochodzili do bajecznych fortun i skupiali w swoich rękach ważne monopole. Uczeni polscy wnieśli nieoceniony wkład w poznanie tej części świata: w Tomsku, Irkucku lub Barnaule działali architekci i budowniczowie o polskim rodowodzie, inżynierowie i technicy z Polski mieli znaczący udział w budowie słynnej kolei transsyberyjskiej. Bez przesady można powiedzieć, że Polacy cywilizowali Syberię. Także wtedy, gdy znaleźli się tam w roli zesłańców. Ich wielki wkład w to dzieło potwierdzają, choć często niechętnie, nawet rosyjscy historycy.

Mimo to właśnie martyrologia syberyjska zdominowała naszą narodową wyobraźnię. Czy rzeczywiście ten rozdział polskich dziejów można uważać już za ostatecznie zamknięty? Miejmy nadzieję, że tak, jednak warto mieć w pamięci choćby tryskające naiwnym i tragicznym (z teraźniejszego naturalnie punktu widzenia) optymizmem prognozy Mieczysława Lepeckiego, który pisał o Sybirze, że „matki i niańki przestały nim straszyć dzieci, poeci zarzucili jego motyw jako tło męczeństwa i grozy. Spowszedniał ten kraj, zmalał i sprościał. Niedaleki już czas, gdy jego piękne zakątki, których tyle posiada, zaroją się od turystów, a młodzi narzeczeni umawiać się będą: Miesiąc miodowy spędzimy nad Leną”. Autor, adiutant Józefa Piłsudskiego, trzykrotnie podróżował do ZSRS w latach trzydziestych minionego stulecia, a książkę Sybir bez przekleństw, z której wyjęto powyższy cytat, opublikował po raz pierwszy w 1934 roku. Sześć lat później Sowieci rozpoczęli masową promocję walorów turystycznych wschodniej części swojego państwa, z której zmuszony był skorzystać co dwudziesty obywatel Rzeczypospolitej.

Jak zatem widać, można ogromnie pomylić się co do Syberii, więc choćby z tego powodu warto choć trochę ją poznać. Ta kraina to przecież nie tylko obszar podporządkowany Rosji i przez cztery wieki wykorzystywany jako miejsce niezwykle skutecznej izolacji prawdziwych lub wyimaginowanych wrogów tego despotycznego państwa. Czwarta część największego z kontynentów fascynuje urodą krajobrazu, dzikością przyrody, niedostępnością gigantycznych połaci swojego terytorium. Przeszłość jej ledwie fragmentami wyłania się z mroków dawnych wieków, czasami dosyć nieoczekiwanie przypominając o sobie ludziom współczesnym. Bo na Syberii życie toczy się dalej, tu także docierają zarówno pożyteczne, jak i przykre skutki globalizacji. Siłą rzeczy w tej książce obecna jest również dzisiejsza Rosja, nawet we względnie znacznym stopniu. Obraz, który rysuje się przy tej sposobności, jest mało pokrzepiający, zwłaszcza gdy rozchodzi się nie o poszczególne typy ludzkie, ale o zbiorowość i kulturę społeczną.

Przewodnim motywem spajającym większość zamieszczonych w tej książce historii jest ich zagadkowość (a czasem wręcz niesamowitość), wymykają się bowiem regułom porządku, który uważamy w zwykłych warunkach za naturalny. Zazwyczaj każda z nich zawiera mniej lub bardziej wyrazisty wątek awanturniczy, choć niewątpliwie przygody, jakie za Uralem spotykały Corto Maltesego, były także niezmiernie porywające, a znacznie dramatyczniejsze przeżycia stały się udziałem Ferdynanda Ossendowskiego. Skala opisanych w niniejszych szkicach wydarzeń jest dość pojemna: czasem są zaledwie dziwaczne, dziwne lub groteskowe, ale niekiedy wręcz upiorne. Przeważnie powiązane z nieodgadnioną tajemnicą, w pojedynczych przypadkach zaledwie przez nią muśnięte.

Najbliższy na Syberii jest mi Ałtaj, prawdziwa perła i serce Azji, toteż często stanowi on punkt odniesienia w przedstawianiu zdarzeń, które rozegrały się poza jego obszarem. Zresztą w tej książce syberyjskie granice są dość umowne, fragmenty sekwencji układającej się na jej kartach sięgają Rosji europejskiej, a zdarza się, że tropy nieoczekiwanie prowadzą ze wschodu aż w Karpaty czy Alpy.

Byłem świadkiem lub uczestnikiem niektórych z opisywanych sytuacji, o pozostałych słyszałem jedynie od bezpośrednich lub dalszych obserwatorów. Większość wymienionych zakątków odwiedziłem, inne znam tylko z relacji moich syberyjskich znajomych. Nazwiska niektórych rozmówców lub bohaterów zmieniłem na ich wyraźną prośbę. Opowieść ta nie zamierza pełnić roli kompendium wiedzy o niezwykłych zjawiskach występujących na Syberii. W efekcie wiele miejsc wartych uwagi zostało pominiętych, a o kilku jedynie wzmiankuję przy okazji podawania wiadomości o innych fenomenach. Wybór taki był po części przypadkowy (mam jednak poważne wątpliwości, czy istnieje w ogóle przypadek, zwłaszcza w odniesieniu do spraw syberyjskich), częściowo natomiast podyktowany osobistym doświadczeniem autora, zawsze przecież mocno ograniczonym. Również proporcje opisów nie wszędzie odzwierciedlają należytą wagę wypadków, niektóre z nich zostały bowiem przedstawione w niemal encyklopedycznym streszczeniu. Z kolei w niektórych rozdziałach dość nieoczekiwanie, jakby mimowolnie, rozwijają się motywy poboczne, przedstawiane są dokładniej kwestie na pierwszy rzut oka niezwiązane z tematem. Niekiedy jakieś miejsce czy też incydent okazują się jedynie pretekstem do opowiedzenia historii może całkiem zwyczajnej, skłaniającej wszakże, jak sądzę, do pewnych ciekawych refleksji. Zdecydowałem się tego nie zmieniać ani nie poprawiać. Obrana forma przypomina bowiem w pewien sposób drogę przez Syberię, podczas której ziemia ta nie przestaje zaskakiwać zdumionego podróżnika, porywając, wciągając go całkowicie i nieodwracalnie, uwodząc właśnie swoim czarem.


ILUZJE I FANTAZJE

pletli ci peregrynaci troje niewidy z tych awantur...” – pisał Julian Tuwim o podróżnikach zdających ze swoich egzotycznych wojaży relacje nie zawsze odpowiadające prawdzie. Licencją obieżyświatów jest dodawanie barwnych szczegółów do snutych opowieści; koloryzują z reguły tym więcej, im bardziej niedostępnych zakątków świata dotyczą ich wspomnienia. Za taką terra incognita uchodził zawsze wschód Europy i jego ogromne zaplecze – Syberia. Geografia teratologiczna jest bowiem konsekwentna: najwięcej straszliwych dziwolągów zasiedla tereny nieznane, im bardziej odległe i niegościnne, tym lepiej. Podczas swojej tułaczki Odyseusz mógł jeszcze napotkać ziemię cyklopów gdzieś nad Morzem Sycylijskim, natomiast młodszy o kilka wieków od Homera grecki historyk Herodot zlokalizował jednookich Arimaspów na północnych kresach Europy. Podobno mieli zajmować się tam walką z gryfami, lecz starożytny znawca dziejów zastrzegł się: „Nie mogę w to uwierzyć”. Hartmann Schedel, którego Kronika świata stała się prawdziwym bestsellerem XV wieku, zesłał cyklopów aż do Indii. Aż nadto wyraźne jest zakłopotanie księdza encyklopedysty Benedykta Chmielowskiego z XVIII wieku, gdy pokrętnie próbował objaśniać naturę owych Arimaspów: „Nie, żeby mieli jedno oko, ale że będąc głównie strzelcy, z łuku strzelając, mrużą jedno oko, ale ci podobno wcale są inni od tamtych przez Pliniusza i świętego Augustyna opisanych...”. Zdaniem autora Nowych Aten jednoocy zamieszkiwali Scytię, którą za jego czasów lokalizowano w północno-wschodniej Azji.

Terytoria syberyjskie i ich okolice wyobraźnia ludzka zaludniała rozmaitymi monstrami: nad Oceanem Lodowatym mieli żyć Fanesowie (nadzy, ale chroniący się przed mrozem dzięki olbrzymim uszom), w ich sąsiedztwie lokalizowano Koromandów, którzy potrafili wrzeszczeć głośno i okropnie, choć brakowało im ust, a wybrzeże Morza Kaspijskiego zamieszkiwali podobno ludzie-lwy. Z kolei tuż za Uralem grasowały ponoć stwory z oczami na piersi i ustami pomiędzy ramionami albo na ciemieniu (ci ostatni posilali się, wkładając po prostu strawę pod czapkę). Przerażony srogością wschodnioeuropejskiej zimy baron Zygmunt Herberstein utrzymywał, że w czasie tej pory roku umierają wszyscy dwudziestosiedmioletni „górale z Łukomorza” (zlokalizowanego gdzieś w Księstwie Moskiewskim); ginęli oni nie później niż przed 24 kwietnia.

Zresztą wśród ludów tubylczych żyjących w północnej części Azji także współcześnie żywe jest przekonanie o istnieniu licznych osobliwych stworów, w porównaniu z którymi słynny śnieżny człowiek sprawia dość zwyczajne wrażenie. W różnych miejscach Syberii myśliwi powtarzają sobie gawędy o sprawkach przypominającego krowę kanibala Iskałpydo-murt. Z kolei Turkmeni opowiadają o kobiecie przybierającej postać łabędzicy, która urodziła chłopca z okiem pośrodku czoła; podczas pierwszego karmienia piersią odebrał on mamce całe mleko, przy drugim – wszystką krew, a na koniec życie. Oczokoczi, monstrum z Kaukazu, ma na piersi wyrastającą prostopadle z mostka kość, niezwykle ostrą – dzięki niej zabija ludzi, których najzwyczajniej do siebie przytula. Ostiacy znad Jeniseju widują czasami stwora kosmatego niby niedźwiedź, pozostawia on jednak ślady jelenia. Rywalizuje przy tym z wodnikiem o względy rusałek, ale napastuje również kobiety, które w rezultacie rodzą potworki.

Izolacja geograficzna, kulturowa, a potem także polityczna Rosji sprzyjała żywotności najfantastyczniejszych wyobrażeń związanych z tym regionem świata. Posłowie moskiewscy również w Europie barokowej (a więc rozmiłowanej w formach zawiłych i bogatych) nawet na mieszkańcach Wenecji, przywykłych przecież do niezwykłości karnawałowych strojów, sprawiali wrażenie cudaków w swoich dziwacznych, wielkich jak kominy kołpakach oraz ciężkich szubach. Nie trzeba chyba dodawać, że mentalność i zachowanie przybyszy ze Wschodu także znacząco odbiegały od wzorców europejskich.

Według szesnastowiecznej anegdoty, dobrze znanej w krajach zachodnich, tłumacze polscy palili ogniska na lodzie skuwającym Borysthenes (Dniepr), aby odtajały słowa zamarzłe podczas negocjacji handlowych prowadzonych pomiędzy włoskim kupcem i ruskimi sprzedawcami sobolich skór. Wschodni brzeg tej rzeki wyznaczał bowiem rubieże krainy niewiadomego. W epoce ekspansji bolszewików tę granicę znacznie przesunięto ku sercu naszego kontynentu.

Aktywna propaganda komunistyczna kreowała w świecie idealny obraz Związku Sowieckiego jako miłującej pokój ojczyzny proletariuszy całego świata. Wielu naiwnych dało się na to nabrać i ciągnęło do Bolszewii jak muchy do nasmarowanych miodem i klejem wstążek papieru. Finał, po krótkim okresie euforii, okazywał się zazwyczaj równie żałosny jak w przypadku nieszczęsnych insektów zwabionych w śmiertelną pułapkę. W łagrach można było napotkać farmerów, robotników i intelektualistów z Zachodu, którzy przeszli nielegalnie granicę, aby znaleźć się w wymarzonym raju. Wielu takich uciekinierów stracono jako szpiegów. Wśród tych, którzy poszli na lep czerwonej propagandy i zbiegli do Sowietów, było również niemało obywateli II Rzeczpospolitej, w przytłaczającej części należących do mniejszości narodowych. Ci z nich, których bolszewicy nie zdążyli zlikwidować, posłużyli w 1939 roku jako przewodnicy Armii Czerwonej wkraczającej do Polski.

Zachodni goście przybywający do Moskwy na zaproszenie władz sowieckich, podziwiając potiomkinowski Związek Sowiecki, jaki pozwalano im ujrzeć, głośno wychwalali osiągnięcia bolszewickiego państwa. Takie dobrowolne świadectwa „pożytecznych idiotów” były dla komunistów szczególnie cenne. George Bernard Shaw czy Herbert Wells wygłaszali tyrady gloryfikujące bolszewików w momencie, gdy ci dopuszczali się najkrwawszych zbrodni. Bardzo stronniczym piewcą komunistycznej Rosji okazał się także wspomniany już Mieczysław Lepecki. I tym razem lewicowe sympatie polityczne okazały się silniejsze niż reporterska rzetelność. Przez palce patrzyli na bolszewicką nędzę inni polscy znani pisarze, którzy mieli unikalną możliwość udania się na Wschód przed II wojną światową, Melchior Wańkowicz i Antoni Słonimski. Obiektywizm i trzeźwość umysłu zachował za to Stanisław Cat-Mackiewicz, o czym świadczy już sam tytuł jego studiów nad psychologią Sowietów – Myśl w obcęgach. Wprawdzie w ćwierć wieku później ten sam wybitny publicysta postąpił tak, jakby zapomniał, przed czym kiedyś sam przestrzegał czytelników, ale to już całkiem inna historia.

O standardach pisania w powojennej komunistycznej Polsce na temat wielkiego bratniego narodu i jego państwa nie ma co wspominać: w niektórych wypadkach sięgnęły po prostu dna. Sytuację poprawiały książki autorów emigracyjnych, zwłaszcza dramatyczne wspomnienia z łagrów i zsyłki, choć jeszcze niespełna ćwierć wieku temu twórczość ta była w Polsce nieznana na szerszą skalę.

Winston Churchill nazwał Rosję „sekretem opakowanym w tajemnicę, wewnątrz którego znajduje się enigma”. W przypadku Syberii zresztą ten aforyzm należałoby rozbudować jeszcze o dodatkowe dno – lub nawet kilka. Po nominalnym rozwiązaniu ZSRS w Polsce przez parę lat było o Rosji – nie licząc newsów politycznych – cicho, potem zaczęło się stopniowe odkrywanie Wschodu. W dominujących i popularnych mediach jego wizerunek miał niewiele wspólnego z prawdą. Młodzi dziennikarze, najczęściej po epizodycznym pobycie w Moskwie, przekonywali polskich czytelników, że Rosja to fajne i nowoczesne państwo typu „róbta, co chceta”, kontrastujące z obskurancką Rzeczpospolitą, gdzie panuje „paradoksalny katolicyzm”. W zasadzie takie postawienie sprawy z góry ją przesądza, ale warto zwrócić uwagę, że za sztandarowy przykład rosyjskiego „luzu” służył im czasami moskiewski nocny klub Zona, wierna rekonstrukcja łagru. Dłuższy czas broniono też Włodzimierza Putina przed przypisywaniem mu zapędów totalitarnych, także wówczas, kiedy już obrany przez niego kurs był widoczny jak na dłoni. Autorka zamieszczonego kilka lat temu w periodyku „Max” reportażu z rosyjskiej stolicy próbowała wmówić Polakom, że w Rosji „nikt nie chleje na umór byle gdzie. (...) Tu szanuje się kulturę spożywania alkoholu”. Oczywiście w modzie są rewizje stereotypów, ale korespondentka tego „bezpłatnego magazynu” przegięła „na maksa”. Dwa zdania dalej ta sama wnikliwa obserwatorka rosyjskiej codzienności napomykała, że „na ulicach można potknąć się o upitego, właśnie zmarłego mężczyznę”. Generalnie oczywiście Rosja pije, a znane u nas dowcipy związane z tym zjawiskiem zaledwie w niewielkiej części ilustrują stan faktyczny. Widywałem całe wioski, w których trzeźwe były wyłącznie dzieci – te młodsze. Nie ma co zresztą rozpisywać się na ten tragiczny przecież temat, w który wpisuje się celowo prowadzona przez Kreml polityka rozpijania syberyjskich narodów autochtonicznych. Dlaczego w Rosji pije się tyle i w taki sposób, wyjaśnił trafnie Benedykt Jerofiejew w powieści Moskwa-Pietuszki.

W ogóle autorom piszącym nawet o dzisiejszym Wschodzie trudno uniknąć sprzeczności, jest bowiem współczesna Rosja krajem schizofrenicznym: na centralnych placach jej miast stoją pomniki Włodzimierza Lenina, na którego rozkaz wymordowano rodzinę carską, czczoną jako święci prawosławni w cerkwiach sąsiadujących z monumentami upamiętniającymi zbrodniarza. Prezydent Putin nazwał upadek Związku Sowieckiego, lidera i wzorzec najbardziej ludobójczego systemu w historii świata, największą katastrofą geopolityczną XX wieku. Takie są opłakane rezultaty pozostawienia fundamentu kłamstwa przy budowie niby nowego, demokratycznego i sprawiedliwego państwa – tę przestrogę powinni zresztą wziąć sobie do serca nie tylko Rosjanie.

Wiosną 2010 roku pośród polskich elit prorządowych wybuchła niemal euforia historycznego pojednania się z Rosją. Okazja była wprawdzie ku temu wyjątkowo niestosowna, ale Moskwa niezależnie od okoliczności wzgardliwie zignorowała wyciągniętą do niej tak ochoczo dłoń. Rosja odzyskuje poczucie siły i natarczywe podlizywanie się słabszych nie robi na niej wrażenia. Toteż nie zaskarbimy sobie jej łask za pomocą zniczy palonych pod obeliskami z czerwoną gwiazdą czy festiwalu w Zielonej Górze. W oficjalnym stanowisku władze z Kremla nie odwzajemniają nawet promila owej serdeczności, z jaką ten czy ów wajdelota z Polski próbował przypodobać się wschodniemu imperium. Dowodzi to, że na wielkich przestrzeniach wschodnich ciągle rozciąga się ziemia nieznana, gdzie zdarzyć się może wszystko – a dziwolągi, którymi niegdyś ją zasiedlano i które być może kryją się gdzieś w jej niezbadanej głębi, nie są z pewnego punktu widzenia bardziej obcymi istotami niż ludzie sprawujący władzę nad tym krajem.


WEEKEND Z SZAMANEM

RZEKA

adszedł od strony słońca, które właśnie sadowiło na górskiej grani, już zmęczone po całodziennej wędrówce. Gwiazda dzienna lamowała jego sylwetkę płomienną aureolą i zdawało się, że wychodzi z żywego ognia. Było upalnie; panował nieprawdopodobny sierpniowy skwar, ziemia ledwie dyszała. Pławiąca się w straszliwym gorącu łąka roztaczała tumaniące zapachy: powietrze było aż gęste od uwolnionych z kwiatowych płatków olejków eterycznych, unoszących się nad niską trawą rozedrganą mgiełką.

Siedziałem na brzegu Czui, niskim, lecz urwistym, mocno podmytym przez bystrze. Rzeka spływała oślepiającym blaskiem, jakby napełniona roztopionym złotem. – Tjachszlar – pozdrowił mnie po ałtajsku. Pochylił się nad wodą, zerkając z ciekawością w zielonkawą toń, przeszytą aż do samego dna grubą smugą słonecznego światła. – Są ryby? – zadał pytanie, jakie zazwyczaj kieruje się do kogoś, kto gapi się bezczynnie w wodę. – Nie ma. – Wzruszyłem ramionami. – A jednak! – Uśmiechnął się jakoś przekornie. Spojrzałem w dół: w słonecznej strudze pod skarpą kłębiły się tłuste lipienie i pstrągi, rozpryskując na wszystkie strony iskry drobnych kropli.

Słońce, niczym porzucony szamański bęben, już do połowy osunęło się za obrębiony ostrymi konturami ośnieżonych szczytów widnokrąg. Wtedy zobaczyłem jego oczy. Patrzył życzliwie, ale zarazem trochę badawczo; wydawało się, że czeka na jakąś moją reakcję. Źrenice miał czarne, przepastne jak otchłań ałtajskiego piekła rządzonego przez demona Erlika. Ale to nie one sprawiały największe wrażenie... Tęczówki, zwykle ciemnobrązowe u Ałtajczyków, były zielone z plamkami jasnymi jak płatki srebrzystego metalu. Każda z nich miała inny kształt; przypominały coś znajomego. Już wiedziałem – to były sylwetki zwierząt zodiakalnych ałtajskiego kalendarza. Rozpoznawałem je bez trudu: bar – tygrys, czyłan – wąż, ułu – smok... Patrzyłem jak zahipnotyzowany. Zodiak w jego oczach poruszył się i z wolna zaczął obracać wokół centrum koła z lewa na prawo. Ten ruch fascynował, przyciągał z magnetyczną siłą. Krąg przyspieszył; nie wiem, ile czasu minęło, chyba niewiele, ale zupełnie straciłem jego poczucie. Przede mną szalała, wirowała zodiakalna zamieć, cały kosmos z galaktykami mknącymi przez niezmierzoną pustkę, z gwiazdami skaczącymi jak piłeczki w dłoniach demiurga-żonglera...

Spotkałem na Ałtaju wielu szamanów. O niezwykłej mocy kilku z nich słyszałem wcześniej dużo; ci, z którymi mówiłem na ten temat, ściszali przezornie głos i rozglądali się niespokojnie wokół. Czasem przekonywałem się, że mieli rację. Bywało również, że ten i ów szaman cieszył się sławą na wyrost, a jego popisy, oględnie mówiąc, trąciły hochsztaplerką. „On czasem lubi dodać coś od siebie” – badacz ałtajskiego folkloru Włodzimierz Ojnyszew wystawił kiedyś taką lakoniczną opinię pewnemu szamanowi z Czemału i mrugnął do mnie porozumiewawczo. No cóż, są magowie i magicy – jak wszędzie na świecie. Kiedy indziej doświadczałem za to zadziwiającej demonstracji zagadkowej wiedzy, na własnej skórze odczuwałem dotknięcie Nieznanego. Widziałem szamana Czeta podczas kamłania: jego ruchy zdradzały, że właśnie podróżuje na gęsi do piekielnych otchłani; widziałem również szamankę Dżanę, sunącą granatową hondą civic po szosie federalnej nr 51 z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę; za jej autem ciągnął się obłok żółtego pyłu. Śledziłem szybkie i zawiłe gesty Świetlany z wioski Muchor Tarchata uzdrawiającej chorego. Obserwowałem, jak Bazyli z Gornoałtajska żmudnie odczytuje przyszłość z nadpalonej łopatki barana. W Ułaganie opowiadano mi o potężnym kamie, który aresztowany przez NKWD, kilkakrotnie uwalniał się z zamknięcia. Gdy wreszcie prześladowcy zażądali od niego demonstracji nadprzyrodzonych umiejętności, zaintonował pieśń tajgi: kiedy śpiewał, z jego ramion wyrosły zielone pędy syberyjskich cedrów.

Nigdy jednak spotkanie z szamanem nie było dla mnie tak wielkim przeżyciem, jak wówczas, w to sierpniowe sobotnie popołudnie, gdy odpoczywałem w cieniu jodły nad rzeką Czują, a on pojawił się, cały w słońcu. Być może taka przygoda mogłaby przytrafić mi się w zupełnie innym miejscu na ziemi, niemniej zdarzyło się to właśnie na południowym Ałtaju, w samym sercu Azji.

WIEŚ

W tamtą sobotę rano w Kuraju umawiałem się z Igorem na piknik. Wraz z krewnymi i przyjaciółmi zamierzał spędzić on następnego dnia wolne od zajęć popołudnie na łące nad rzeką. Miałem dojechać do nich później, poprosiłem więc, aby wytłumaczył mi, jak tam trafić. – Zobaczysz górkę i wtedy skręcisz w lewo. – Ale tu wszędzie są góry. – No, to będzie dokładnie ta, którą mam na myśli.

Tak właśnie rozumuje się po ałtajsku. Igor wyniósł z aiłu udziec sarni i wręczył mi go. – Żebym nie zapomniał, lepiej włóż to do bagażnika. Jutro będą szaszłyki, że palce lizać. Bez ciebie i tak nie zaczniemy.

Podejrzliwie przyglądałem się poczerniałemu połciowi surowego mięsa. Syberyjski skwar mimo wczesnej godziny dawał się już dobrze we znaki. – Mam jeździć z tym prawie dwa dni? Nie popsuje się? – Nie ma prawa. Trzymam je już cały tydzień i nie popsuło się ani razu.

Po południu tego samego dnia wróciłem do Kuraju. W głowie miałem mętlik wywołany tym, co przydarzyło mi się nad rzeką. Automatycznie prowadziłem samochód, orientując się na dwa wybujałe modrzewie. „Hotel” Olega, w którym, jak zwykle podczas odwiedzin ajmaku koszagackiego, zatrzymałem się także tym razem, chyba już dwudziestym z rzędu, to parterowy, drewniany budynek na skraju Kyzył Taszu, przysiółka Kuraju, oddzielonego od wsi usianym kamieniami łożyskiem dopływu Czui. Koryto rzeczki wypełnia się wodą tylko czasami po większych deszczach, ale w jego zagłębieniach wielkie kałuże stoją długo. Latem tapla się w nich wiejska dzieciarnia.

Olegowa gościenica to parterowa drewniana chata z kilkoma pomieszczeniami i bielonym piecem pośrodku. W obejściu stoją jeszcze dwa czadyry, tradycyjne ałtajskie szałasy kryte korą zdartą z modrzewi. Panorama widoczna z tego miejsca jest olśniewająca w dosłownym znaczeniu: wiecznie ośnieżone szczyty Grzbietu Północnoczujskiego błyszczą bielą jak wielkie głowy cukru. Tu już rozciąga się wysokogórski Step Kurajski, pełen rozćwierkanych szarańczaków, żurawi i zapomnianych kurhanów.

Oporządziłem się trochę i zaraz potem przyszedł Igor, zapraszając mnie do siebie na kolację. Ale nieśpieszno nam było – siedzieliśmy na ganku chaty, nieopodal jurty, do której każdego lata przeprowadzała się sędziwa matka gospodarza („Duszno mi, gdy w gorące dni muszę spać w domu” – powtarzała). Obok nas, na jabłkowitej szkapinie o przejściowej ambicji ułańskiego rysaka, przegalopowała usadowiona okrakiem, bez siodła, stara Ałtajka w dresie z logo Nike na piersi. Na przyzbie sąsiedniej chaty stał starzec i ćmił fajkę.

Ze stepu powracały krowy kolumną rozciągniętą na dobry kilometr. Każdego ranka we wsi formowano kolektywne stado – poszczególne rodziny posiadały zazwyczaj jedną lub dwie krowy, które opłaceni pastuchowie wiedli na pastwisko i tam czuwali nad nim. Bydło szło teraz ku swoim gospodarzom majestatycznie, z jakąś szczególną formą zwierzęcej godności, ujarzmioną jednak przez niewypowiedzianą rezygnację. Zdawało się, że w powietrzu wręcz słychać towarzyszące podobnej scenie dźwięki znanej kompozycji z Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego.

W domu Igora kobiety z jego rodziny zajmowały się przygotowywaniem dżiargumu, tradycyjnego przysmaku, skręcając długie owcze kiszki w zgrabne warkoczyki. – Zarżnęliśmy dziś barana – powiedział Igor. Rzucił jakiś ochłap łaszącemu się do jego nóg kotu, a potem, okazując tym sposobem szacunek honorowemu gościowi, postawił przede mną talerz, na którym dymił ociekający roztopionym łojem bielutki, trochę wygięty kurdiuk, podobny do monstrualnej larwy. Udało mi się: w pobliskiej Mongolii zostałbym uhonorowany baranią głową. A kurdiuk – to zaledwie owczy chwościk.

PRZEMIANA

...Naraz stał się elementem krajobrazu, równie naturalnym jak góra za nim, niebo z postrzępionymi chmurami nad jego głową i ziemia pod stopami. Gdybym nie wiedział, że znajduje się tuż przede mną, na wyciągnięcie ramienia, być może nawet nie zauważyłbym go: tak głęboko wtopił się w otoczenie, ale nie był to jakiś rodzaj kamuflażu lub mimikry, lecz coś innego, trudnego do zrozumienia – i tym bardziej opisania – jakaś tajemnicza zdolność rozpłynięcia się w tym wszystkim, co mogłem dostrzec wokół siebie. Ale przecież pozostał nadal istotą fizyczną, posiadał ciało, a więc wypełniał ściśle określony fragment przestrzeni? No, niby tak – w zasadzie... Bo nie ograniczało go to, co zwykle wytycza cielesny wymiar człowieka. Inaczej może: jego widzialna postać stanowiła zaledwie centrum, rodzaj jądra, wokół którego istniał w tej chwili. Był oczywistą częścią czy może składnikiem całego otoczenia. Zdawał się obecny w tym miejscu od wieków, a może nawet tysiącleci. Kamienie rozrzucone wokół, źdźbła trawy – te zżółkłe i jeszcze zielone – pobliskie drzewa, ptaki w przelocie, nawet niepokojące, postrzępione chmury pochodziły z niego, a jednocześnie on wynikał z nich. – Gdzie się kończę, a gdzie zaczynam? – zapytał cichym głosem. Nie potrafiłem znaleźć na to odpowiedzi. – Widzisz, tacy naprawdę jesteśmy. My, ludzie. Dotykamy najgłębszych otchłani planety, najdalszych zakątków wszechświata, najodleglejszych zdarzeń. Odczuwamy je tak, jak liście brzozy odczuwają śmierć w zimnym ostrzu topora przyłożonym do białego pnia. Ale nic z tego nie rozumiemy. Rzadko tylko, jak gwiazda w nieprzeniknionej kurtynie nieba, rozbłyśnie w naszym umyśle iskierka przeczucia – czasem tylko raz w życiu, czasem wcale – i zaraz zgaśnie...

DROGA

Szosa z Ortołyku do Beltiru, trzydzieści kilometrów kolejno: asfaltu, żwiru, ubitej ziemi z rzadkimi kocimi łbami i znów asfaltu, była pusta. Właściwie od Cagan Uzun nie spotkałem żadnego pojazdu, jeźdźca ani pieszego – pora wieczorna przez Ałtajczyków uważana jest za niebezpieczną, na styku światła i ciemności panuje chaos, w którym kyrmysy, złe duchy, mogą łatwo zwieść zagubionego wędrowca.

W okolicach Beltiru zawsze bardzo mocno dmucha. Tym razem wiatr był tak silny, że od razu ogarnęła mnie nostalgia za ojczyzną, wyzwolona przez nieodparcie nasuwające się wspomnienie tej jej części, jaka obecnie nazywana jest województwem świętokrzyskim.

Mijałem zapomniane kurhany, gdzieś daleko w stepie migotał słaby ognik. Lunął gwałtowny deszcz i naraz skończył się, jak nożem uciął; potem sypnął z nieba gruby grad, padał jakieś dwie minuty i przestał; po chwili jeszcze raz wyszło słońce. Kawałki białobłękitnego lodu błyszczały jak pogubione diamenty, a gdy przemieniły się w wodę, pochłonęła ją wiecznie spragniona ziemia. Wjechałem na niewielką przełęcz i zatrzymałem wóz – na środku drogi siedziało stworzenie wielkości ogromnego psa. Dopiero kiedy rozwinęło olbrzymie skrzydła, dotykając nimi nieomal krawędzi płytkiego wąwozu, którym biegła szosa, zrozumiałem: był to stepowy orzeł, zajęty swoją zdobyczą. Bardzo powoli poderwał się do lotu i odleciał na wschód, w kierunku ośnieżonych szczytów Sajlugemu.

Nie mogłem przeoczyć tego znaku. Zjechałem z drogi w step i wyszedłem z auta. Zeschła trawa szeleściła, targana porywami wichru.

Czekał na mnie, a kiedy zbliżyłem się, ruszył bez słowa, ja zaś podążyłem za nim.

WZGÓRZE

Róg księżyca wbił się w ciemną grań Kara Kemu. Na zachodzie jeszcze czerwieniała poświata zmierzchu, od wschodu, od Gobi, ciągnęła noc.

Staliśmy na wzgórzu pośrodku Ere Czui, magicznej krainy południowych Ałtajczyków. Na szczycie wzniesienia usypany był stos kamieni, kultowe ule, zaznaczające miejsce święte. Wicher szarpał wstęgi dżalama przymocowane do długiego kija. U stóp pagórka na półpustynnym stepie, ciągnącym się daleko ku rubieży mongolskiej, nieznane mi ziele rosło skupione na obwodach wielkich regularnych kół.

A tam, na sąsiednim kurhanie? Czy to był stojący w bezruchu pasterz, czy też kamień przypominający człowieka? Przy tej odległości i w mroku nie zdołałem tego ustalić. – Patrzysz na głaz, który bierzesz za istotę równą sobie, a może jest odwrotnie? Nie masz pewności. Twój wzrok jest ułomny, a twoje poznanie – zmącone. A jeśli jest jeszcze inna droga do zrozumienia? Możesz na nią wkroczyć, zwracając się w głąb siebie, bo sam jesteś kluczem do zrozumienia wszystkiego, w czym uczestniczysz.

W dali, nad Kosz Agaczem, świeciła biała gwiazda, ale tam, gdzie Czuja oddaje swoje wody Katuni, ciemność właśnie uśmierciła ostatnie światło dnia. – A umarli? – Umarli są z nami. Ci, których kiedyś znałeś, zjawiają się w twoich wspomnieniach i snach. Tu, gdzie teraz jesteśmy, bywali kiedyś ludzie już dawno nieistniejący jako stworzenia z krwi i kości. Ale przecież nie przepadli bez śladu, nawet jeśli przybywali do naszego świata tylko na krótki moment i zaraz stąd odeszli. Pozostały ich radości, smutki, wzruszenia – czasem w postaci bardzo ulotnej, ot, jak powietrze potrącone przez swawolącego skowronka, ale jednak pozostały. Ziemia pełna jest takich tropów, trzeba je tylko odczytać. Wprawny łowca wypatrzy drogę, którą przeszło zwierzę w tajdze, odczytując znaki niewidzialne dla innych ludzi. Ałtajczycy nie odwiedzają cmentarzy, na których pozostają wprawdzie fizyczne, ale niewiele znaczące szczątki, podobne do obciętych włosów lub skrawków paznokci. To, co najważniejsze w człowieku, jest gdzie indziej. – No a ci, którzy nękają żywych? – Masz na myśli tych zmarłych, którzy zmienili się w upiory? – Chyba tak... „Po lesie Baszadaru tylko umarli chadzają...” – zanucił cicho posępną pieśń. Przeszył mnie dreszcz; melodia była wprawdzie monotonna, lecz dziwnie straszna, a jego śpiew chrapliwy i stłumiony. Przypomniałem sobie las baszadarski; kiedyś, gdy podróżowałem z Tuekty do Ust’-Kan, droga wypadła mi właśnie tamtędy, bo na Przełęczy Jabagańskiej remontowano trakt i przejazd był niemożliwy. Na uroczysku Baszadar złapała mnie straszliwa ulewa: musiałem zatrzymać samochód. Byłem sam na rozmiękłej, gruntowej szosie. Po obu stronach drogi rosły modrzewie; ich czerwone pnie lśniły wilgocią, piana bielała w załomach kory. Ogromny chrząszcz, który nadleciał nie wiadomo skąd, uderzył mnie w pierś i opadł na ziemię, w błoto, nieżywy. Odwróciłem go ostrożnie czubkiem buta: pancerzyk osłaniający skrzydełka pokrywał dziwny rysunek, niepokojąca kompozycja złożona z czarnych i czerwonych linii. Z gęstwiny wypełzały długie jęzory mgły, zbliżały się powoli, jak węże pewne swojej zdobyczy. Niewidoczny ptak zawodził swoją nabrzmiałą od bólu skargę. W dolinie, gdzie od kilkudziesięciu wieków zmarli spoczywali pod kamiennymi kurhanami, panowały ciemność i śmierć. To był las Baszadar, co po ałtajsku znaczy „Martwa Głowa”.

OGIEŃ

Płonęła nodia, przemyślne ognisko myśliwych z tajgi: szczególne ułożenie drew sprawia, że płomień podsycany jest przez kłody osuwające się w palenisko dopiero po spopieleniu ich poprzedniczek. Wyjąłem z torby aparat fotograficzny.

Płonęła cedrowa nodia i szumiał płomień, samotny ogień na pustej równinie Ere Czui. – Po co ci zdjęcie? – zapytał. – Chcę napisać o tobie. Dołączę fotografię, to będzie bardziej przekonujące. – Jeśli ludzie nie uwierzą twoim słowom, nie zaufają żywemu świadkowi, to czy ucieszysz się, jeżeli przekonają ich obrazki wykonane mechanicznym przyrządem? A co będzie na nich widać? Tylko tyle, co z wierzchu.

Poprawił polano, które wysunęło się z ogniska. – Widzisz ten ogień? Możesz go narysować, nawet bardzo wiernie. Możesz także nakręcić film, który pokaże, jak skaczą iskry, jak pełgają poruszane wiatrem płomienie, trzaska drewno. Ale czy poczujesz ciepło bijące od ognia? Zapach wytapianej żywicy? Śpiew tajgi wokół? Może kiedyś powstaną aparaty, które oddadzą także te wrażenia. Lecz nadal to nie będzie wszystko, nie uda się zawrzeć w jakimś wielowymiarowym choćby obrazie pełni tej chwili, której właśnie tu i teraz doświadczamy. Bo gdzie podzieją się myśli, które w tym momencie przepływają przez twój umysł? Albo tryliony kilometrów kosmosu nad nami? A to przecież one stanowią o niepowtarzalności tego, co obecnie wspólnie przeżywamy w tym miejscu świata. Każdy przekaz tego momentu, czy to w postaci opowiadania, czy w formie obrazu lub choćby trójwymiarowego filmu, zawsze będzie tylko nieudolną kopią prawdy.

WSPOMNIENIE

W mieście Bijsku, na nizinnym Ałtaju, mieszka szaman Makary Kastorakow. – Namówiłem go, żeby oddał swój bęben do muzeum – opowiadał mi przyjaciel Kastorakowa. Wraz z kompanią Igora biesiadowaliśmy na zacisznej polanie, opodal rzeki. Na mangale, blaszanej kuwecie z umieszczonym na dnie paleniskiem, spoczywały gotowe już szaszłyki; krople zastygającego tłuszczu skapywały leniwie i skwierczały w gorącym popiele. – Posłuchał mnie i odtąd duchy nie dawały mu spokoju, dręczyły bez ustanku. Rozchorował się, schudł bardzo. W końcu poszedł do dyrektora muzeum i poprosił, aby zwrócono mu bęben. „Umrę – powiadał – to i tak go sobie zabierzecie”. Dyrektor spełnił jego prośbę. Kastorakow, kiedy wspólnie jeździliśmy na kilkudniowe wyprawy w głąb Ałtaju, niezwykle starannie wybierał miejsce pod nocleg. Nie wszędzie pozwalał rozbić namiot. Były takie zakątki, które napawały go lękiem, denerwował się wtedy, bladł. „Tu jest za dużo duchów” – mówił.

Ten, którego imienia nie poznałem, nie miał bębna, ani szamańskiego stroju, nie kamłał, aby odwiedzać niewidzialne krainy – może więc wcale nie był szamanem? Osiągnął zrozumienie, pogodzony z naturą w najszerszym tego słowa znaczeniu – a więc także z przemijaniem – a przecież właśnie do tego dąży każdy z nas, mniej lub bardziej świadomie.

Kim więc był?

* * *

Szamanizm bywa definiowany jako najstarsza religia Syberii, a zatem również Ałtaju. Najbardziej charakterystyczna jego cecha to zdolność do kontaktu lub raczej pośredniczenia pomiędzy ludźmi i duchami uzyskiwana za pomocą metod ekstatycznych. Widzialnymi elementami typowego rytuału szamańskiego są uderzenia w bęben, śpiew, taniec, grzechot blaszanych naszywek na specjalnym stroju.

Jest to centralny nerw dawnej ałtajskiej kultury. Podczas rządów komunistów próbowano go brutalnie wyrwać, nie bacząc na społeczne skutki takiej ingerencji.

Szamanienie, zwane także kamłaniem (kam – szaman), jest rodzajem obcowania z duchami osiągalnym na dwa sposoby: albo duchy wcielają się w szamana (czy też zamieszkują jego bęben), albo też szaman odprawia się w podróż w zaświaty, czyli do krainy duchów. Przypomina to dwa rodzaje opętania rozróżniane przez demonologów – opętanie właściwe, posessi (od wewnątrz człowieka i za jego przyzwoleniem) i nawiedzenie wbrew woli człowieka (obsessi).

Zasadniczym instrumentem kama jest bęben, wykonany zazwyczaj ze skóry marala (gatunek jelenia) naciągniętej na obręcz z cedru, jak na Syberii nazywają tamtejszą odmianę sosny. Rezyduje w nim duch Tiungur Eze – Gospodarz Bębena. Przed kamłaniem należy bęben ogrzać nad ogniem. Łatwo to skojarzyć z przygotowywaniem do jazdy silnika samochodu przed daleką drogą. Z kolei strój szamański można porównać do skafandra nurka lub kosmonauty, niezbędnego do pracy w obcym i niebezpiecznym dla człowieka środowisku.

Szamani tylko w najważniejszych szczegółach opisują świat, który znajduje się za skrajem nieboskłonu. Na końcu Ziemi żyje chan Solo (który nie ma naturalnie nic wspólnego z postacią z filmowego cyklu „Gwiezdne wojny” graną przez Harrisona Forda) wraz ze swoją jedyną córką. Tam właśnie znajduje się sądne miejsce, gdzie Ulgen, najpotężniejszy spośród jasnych duchów, zawzięty rywal Erlika, mieszka w pałacu o złotych wrotach.

Mapa szamańskiej podróży wygląda w skrócie następująco: wyrusza on z jurty, w której wprawił się w trans, i dostaje się na szczyt góry rzeczywiście istniejącej w widzialnym świecie; tam zwraca się ku jasnym duchom. Potem przez skalną szczelinę wędruje do dziedziny podziemnej. Odwiedza w niej górę, na której bawią się córki Erlika, „z oczyma czarnymi jak noc”. Następnie szaman przebywa równinę, pustą, bez źdźbła trawy i dociera pod kamienny słup, gdzie gromadzą się duchy umarłych. Są wśród nich również zmarli przodkowie szamana. Tam także znajduje się jurta chana Temira, strażnika świata martwych. Dalej są jeziora łez i jezioro krwi, błota, po których błądzą umarli oraz koński włos rozciągnięty nad topielą – tylko tędy szaman może przedostać się na drugi brzeg.

Widzialna Ziemia natomiast, zdaniem Ałtajczyków, którzy często ją nazywają „matką”, przypomina człowieka. Bywa antropomorfizowana jako całość, wówczas poszczególne kontynenty czy państwa postrzegane są jako oddzielne organy (na przykład Rosja to kręgosłup), ale także cechy ludzkie przypisywane są różnym obiektom geograficznym (góry rosną latami, mają głowy, ramiona itp.). Ten sposób postrzegania otoczenia znalazł swoje odzwierciedlenie w wieloznaczności pojęcia Ałtaj: jest to miano obszaru zamieszkiwanego przez Ałtajczyków, lecz jednocześnie swój Ałtaj ma każdy ród, a nawet rodzina, gdyż aiły, tradycyjne chaty ałtajskie, wznoszone są na planie sześciokąta, świętej figury krainy Ałtaj. Tak nazywają się również duchy ziemskie.

Ałtajczycy wierzą, że szamanem może być tylko taki człowiek, którego przeznaczy do tego zadania Kudaj Ulgen (Niebiański Bóg). W rodzie kandydata musi być obowiązkowo jakiś inny szaman, to znaczy człowiek mający „szamańską kość lub korzeń”. W linii ojca dar szamaństwa przechodził na syna lub wnuka, po kądzieli natomiast od brata matki na siostrzeńca. Przyszły szaman od najmłodszych lat wyróżnia się wśród rówieśników, jest wrażliwy, nerwowy, czasami cierpi na epilepsję. Przeważnie jako nastolatka zaczyna dręczyć go choroba szamańska, zwana tios pasczit (dosłownie: „duch dusi”). Jej ataki powtarzają się zazwyczaj co miesiąc podczas nowiu. Osoba dotknięta tą dolegliwością zachowuje się dziwnie, stroni od bliźnich, cierpi na bezsenność lub śpi bardzo niespokojnie, jest wyraźnie wyobcowana, ma uczucie dławienia w piersi, odczuwa drżenie i słabość kończyn, wykonuje gorączkowe ruchy i okrzyki.

Napady powracają regularnie, a ich siła wzrasta, dopóki nawiedzony nie zdecyduje się na przejście inicjacji szamańskiej. Przyszły szaman często opowiadał bliskim, że nawiedzający duch szukał u niego „dodatkowej kości”. Pasowanie na szamana jest całą sekwencją niesamowitych zdarzeń rozgrywających się w zaświatach, rozciągniętych na całe lata (w czasie pozaziemskim, gdyż w istocie w naszym świecie upływa jedynie kilka dni). Kandydat na szamana przechodzi straszliwe tortury, duchy rozrywają jego ciało na części, przekuwają je na nowo, wylizują mózg, aby oczyścić go z tego, co zbyteczne.

Według prawosławnego misjonarza Bazylego Wierbickiego, autora fundamentalnej pracy o Ałtajczykach opublikowanej ponad 130 lat temu, chorobę szamańską, towarzyszącą często szamanowi w złagodzonej formie przez całe życie, miał sprowadzać duch górski Kara Tuu (Czarna Góra). Zmuszał on przyszłego szamana do kamłania, a w razie sprzeciwu – zadawał mu cierpienia fizyczne i psychiczne. Ale każdy szaman miał także czystego ducha opiekuńczego Ak Tuu. Rozróżnić mógł je tylko stary, wprawny kam, podczas specjalnego obrzędu dokonywanego trzy razy do roku.

Początkujący szaman zrazu kamłał bez bębna. Zamiast niego używał szmatki przywiązanej do kija lub pęczku gałązek brzozowych, czasami także łuku. Zastępczymi instrumentami (na przykład biczem lub wyobrażeniem bębna narysowanym na chuście) posługiwali się także szamani pozbawieni bębna – w czasach władzy sowieckiej zdarzały się rekwizycje tego najważniejszego atrybutu szamańskiego. Dopiero po pewnym czasie, gdy adept posiadł już tajniki sztuki, rodowa góra, miejsce święte dla ałtajskich klanów, pozwalała mu na przygotowanie szamańskiego instrumentu.

Czym jest podróż kama w zaświaty? Uczeni przyjmują, że świadkowie seansów szamańskich ulegają hipnozie, ale jednocześnie sam szaman wprowadza się w stan autohipnozy. Badacze bez trudu dostrzegli związek szamańskich praktyk z odchyleniem od normy psychicznej (w sensie definiowanym przez współczesną medycynę). Oto kilka poglądów uczonych na tę kwestię: Ksenofontow nazywał zjawisko szamanizmu wręcz „kultem wariatów”, Łopatin odnotował u goldskich szamanów „skłonność do nerwowych zaburzeń”, Kon pisał o szamanach po prostu: „Chorzy nerwowo, cierpiący na halucynacje”.

Podczas obrzędu wyprawy w niewidzialne światy (można go, w zależności od celu ekspedycji, przeprowadzać pod dachem lub też w brzozowym lesie) szaman recytuje wiele długich formuł magicznych, udaje głosy i zachowanie różnych zwierząt oraz duchów, imituje nawet czkawkę pijanych demonów. Jego zadaniem jest odzyskanie porwanej przez złe biesy duszy swojego pacjenta. Postaci duszy odróżniają Ałtajczycy aż sześć: tyn, suzy, kut, tiula, siursiune. Niższe jej szczeble występują także u roślin i zwierząt (jest to coś w rodzaju siły witalnej), wyższe są właściwe wyłącznie ludziom. Bez niektórych z nich można żyć, o człowieku, który doznał pomieszania zmysłów, Ałtajczycy powiadają, że „bies uniósł jego duszę”. Szaman targuje się zaciekle z duchami podziemi dotąd, aż staną się skłonne do zwrócenia uprowadzonej duszy. Odgłosy tych rokowań słyszą osoby asystujące podczas kamłania. Cena płacona przez szamana w finale negocjacji bywa różna: czasami duchy zadowalają się odrobiną pokarmu lub ofiarowaną im gęsią, podobno zdarza się jednak, że czarni szamani obiecują im duszę (i życie) innego człowieka.


CZARNA TĘCZA

yłania się z ostępów syberyjskiej tajgi nocą, podczas pełni księżyca, nagle, nieoczekiwanie, bez żadnych znaków zwiastujących jej nadejście. Sama jest przecież zapowiedzią, ponurym ostrzeżeniem czy raczej wyrokiem, nigdy dotąd bowiem nie zdarzyło się, aby tych, którzy ją ujrzeli, ominął tragiczny wypadek. Czarna tęcza zapewne wcale nie jest tęczą, ale tak właśnie opisują to zjawisko ludzie, którzy je obserwowali. „Sprawia wrażenie utkanej z ciemnej mgły, gdy zbliżyć się do niej, oddala się, a w pewnym momencie znika – opowiada Jerzy Prusak, mieszkaniec wsi Mokrusza w Kraju Krasnojarskim. – Wygląda jak czarny łuk na niebie, choć widziano ją także w postaci unoszącego się nad ziemią olbrzymiego kręgu”.

Czarna tęcza występuje w okolicach Kańska, stosunkowo dużego miasta położonego na głównym trakcie syberyjskim, czyli drodze federalnej M53, pomiędzy Krasnojarskiem a Irkuckiem. Przebiega też tędy kolej transsyberyjska. Miejscowość tę przeklinają kierowcy, którym wypadło przez nią przejeżdżać, ale wcale nie z powodu niepokojącego fenomenu czarnej tęczy, lecz dlatego, że Kańsk jest wyjątkowo źle oznakowany i łatwo tu pobłądzić. Miasto jest bardzo rozległe, zabudowane przeważnie parterowymi drewnianymi chatami; leży nad szeroką, leniwą rzeką Kan, której nazwa w języku ludów pochodzenia tureckiego, zamieszkujących dawniej te tereny, oznacza „krew”. Ten region Syberii zyskał złą sławę w czasach sowieckich, znajdowały się tu liczne łagry.

Czarną tęczę widują mieszkańcy przedmieść Kańska i okolicznych wsi od co najmniej kilkudziesięciu lat. Świadkiem jej pojawienia się jest za każdym razem tylko jeden człowiek, przeważnie samotny wędrowiec, wieśniak, myśliwy lub ktoś, kto swoje obowiązki sprawuje nocą w pobliżu tajgi, która zwartym pierścieniem otacza miasto. Przyroda tutejsza jest niezwykle bujna, podczas krótkiego syberyjskiego lata wśród roślin trwa zażarta rywalizacja, każda z nich chce wydać piękniejszy kwiat czy dorodniejszy owoc. Rozgrzane słońcem zioła rozsiewają mocną woń, gąszcze dwumetrowego szaleju kipią jadowitymi sokami, znad bezkresnych bagien płyną przyprawiające o zawrót głowy pasma gęstych oparów.

Pojawienie się czarnej tęczy zapowiada gwałtowną, często makabryczną śmierć obserwatora lub kogoś z jego najbliższej rodziny; charakterystyczne jest, że zgon tej osoby następuje w czasie kolejnej pełni, czyli mniej więcej po upływie miesiąca księżycowego. Zjawisko ukazuje się różnym osobom, płeć, wiek, wyznanie, narodowość i rasa wydają się nie mieć w tym wypadku znaczenia. Niektórym ludziom spotkanie z czarną tęczą zdarza się tylko raz w życiu, innym parokrotnie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.