Zięciowie domu Kohn et Cie - Wincenty Łoś - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 368 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zięciowie domu Kohn et Cie - Wincenty Łoś

Powieść autorstwa Wincentego Łosia, wydana w 1892 roku. Wincenty Łoś (1857–1918) był polskim arystokratą, a także zapalonym literatem oraz kolekcjonerem. Reprezentował poglądy konserwatywne, które ujawniały się w jego twórczości literackiej. Był bardzo płodnym autorem. Spod jego pióra wyszły także m.in. „Dzisiejsze małżeństwa”, „Jeszcze małżeństwa”, „Wilma”, „Hrabia starosta”, „Jędrek”, „Linoskoczka”, „Wczorajsi”, „Nokturn Szopena”, „Tajemnica”, „Z różnych pułków”, „Nera Pollacca” (1895), „Swat” (1895), „Hrabina” (1895), „Aktorka” (1895), „High life doktor” (1896), „Przy naszych dworach” (1895). Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Zięciowie domu Kohn et Cie - Wincenty Łoś

Fragment ebooka Zięciowie domu Kohn et Cie - Wincenty Łoś






Spis treści

  1. DEDYKACJA
  2. Tom I
  3. ROZDZIAŁ I
  4. ROZDZIAŁ II
  5. ROZDZIAŁ III
  6. ROZDZIAŁ IV
  7. ROZDZIAŁ V
  8. ROZDZIAŁ VI
  9. ROZDZIAŁ VII
  10. Tom II
  11. ROZDZIAŁ I
  12. ROZDZIAŁ II
  13. ROZDZIAŁ III
  14. ROZDZIAŁ IV
  15. ROZDZIAŁ V
  16. ROZDZIAŁ VI
  17. ROZDZIAŁ VII
  18. ROZDZIAŁ VIII
  19. KOLOFON

Adamowi Krechowieckiemu

poświęca Autor.


Tom I


ROZDZIAŁ I

Dnia 15 stycznia r. 188* z bramy hotelu Brühlowskiego wyszedł o godzinie jedenastej z rana młody mężczyzna.

Ubranie jego odznaczało się świeżością i elegancją. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn o niebieskich oczach i pięknym, do góry podniesionym wąsie, był przystojny w całym tego słowa znaczeniu.

Twarz jego typową polską zdobił wyraz męskiej siły i dumy i owiewała ją szczerość.

Idąc, rozglądał się po ulicach z radością i ciekawością człowieka, nieprzywykłego do ruchu i gwaru miejskiego.

Co chwila coś go zastanawiało, to wystawa sklepowa zwracała na siebie jego uwagę, to przystawał i ogarniał badawczym spojrzeniem mijającą go postać kobiecą. Doszedłszy do ulicy Chmielnej, skręcił w nią z Nowego Świata i szukał po kamienicach potrzebnego mu widocznie numeru domu.

Znalazł, bo zatrzymał się.

– Tak, numer 33 – szepnął do siebie i wszedł. Na parterze w guzik dzwonka, przy lewych drzwiach położony, uderzył.

Służący ukazał się natychmiast w progu.

– Pan Bywalski w domu? – zapytał nieznajomy.

– W domu!

– Proszę mnie zaanonsować: Witold Łęcki!

Służący znikł w głębi mieszkania, a wracając za chwilę, wyrzekł:

– Pan prosi!

Witold zaledwie zdołał zdjąć paleto, gdy sam gospodarz wbiegł do przedpokoju

Był to mężczyzna lat pięćdziesięciu przeszło, chudy, niegdyś blondyn, z rzadkim wąsem i rodzajem brody, czy faworytów. W oku miał monokl. Duża łysina świeciła mu na głowie, a cała jego fizjonomia miała wyraz łagodności, pomieszanej z sprytem i bystrością.

– Witold! Kochany Witold! – zawołał, chwytając wysokiego młodzieńca w swoje objęcia – przyjechałeś? Na karnawał?... Dobrze!... doskonale. A matka zdrowa? A w domu?

Obsypując Witolda pytaniami, pan Bywalski przeprowadził go do salonu.

– U pana nic się nie zmieniło – mówił Łęcki – rozglądając się po eleganckim apartamencie – nic nie przybyło, a ja myślałem, że zastanę w tym pięknym apartamencie...

– Piękną połowicę! – podchwycił Bywalski, podsuwający Łęckiemu fotel – nie ma obawy, mój drogi. Ale mów, mów, co tam u was słychać.

– Najprzód – odparł Łęcki – oddam panu list mojej matki. Tu wyjął kopertę i położył ją na stole.

– Jakże twoje interesy? – zapytał gospodarz powoli, sięgając po list.

– Interesy? Stoją dobrze, znakomicie. Podole teraz górą. Zakładają tam cukrownie, plantują buraki, przeprowadzają koleje. Orzą tam pługi parowe, a młócą lokomobile tysiące korcy.

– A wiem! Wiem! – odparł Bywalski. – Czy rzeczywiście nowa kolej przerzyna Zyblówkę i Odrobinę.

– Rzeczywiście!

– A niechże ci powinszuję. W takim razie będziesz za kilka lat milionerem. A pamiętasz, jak to jeszcze niedawno temu twoja matka narzekała? Wy, Podolacy, zakasujecie wszystko, mając ziemię tak urodzajną i tak rozległe przestrzenie. Teraz przy kolejach, fabrykach, któż wytrzyma z wami konkurencję? Milioner!

– Dajże pan pokój! Sza o tym. Już przeszłego roku zrobiliście mi reputację w świecie zamożnego, teraz gotowi jesteście mnie okrzyczeć milionerem, a tu jestem sobie po prostu szlachcicem na trzech wioskach, których nazwiska same nie zwiastują kluczy Wybranówka, Zyblówka i Odrobina halicka.

Bywalski, który tymczasem przebiegł oczami list pani Łęckiej, z miną serio zawołał:

– Matka pisze, abym cię ożenił!

Je ne demande pas mieux – odparł Łęcki.

Bywalski się zamyślił, po chwili dopiero zaczął:

– Świat warszawski znasz! Beze mnie więc się obejdziesz, chyba... – No zawsze! Muszą być nowe domy?

– A są! świat tego roku podzielił się na kółka i jako twój mentor, winienem cię o tym i owym przestrzec...

– No, proszę! Mettez moi au courant.

– Otóż, widzisz! Jak zawsze w Warszawie, tak i tego roku są te nieszczęśliwe finanse, które są liczniejsze, niż kiedykolwiek i silny szturm do salonów przypuszczają.

– Doprawdy? Przybyło ich jeszcze?

– Ach! Mnóstwo bergów, standów i steinów i Bóg wie jak. Młodzież, podbuntowana przez le hante volée, zawiązała tego roku szajkę antysemitów!

– Doskonale! – wykrzyknął Łęcki.

– Jak to doskonale? – przerwał Bywalski.

– Więc nie? źle?

– Naturalnie, kochany Witoldzie – odparł Bywalski, z pewną powagą i emfazą – pod żadnym pozorem nie mieszaj się do nich. Finanse składają się z ludzi doskonale wychowanych światowych i grzecznych. Wczoraj byłem na objedzie u Kohnów. Jest to nowa zupełnie gwiazda w świecie bankierów. Obiad, mówię ci, o se lécher les doigts. A później, jeśli myślisz się ożenić, to nigdzie tak, jak w finansach, się nie ożenisz, milionowe partie!

– Dziękuję – przerwał Witold z naciskiem.

– No cóż znowu?...

– To partia dla hrabiów!

– No cóż znowu? – powtórzył gospodarz, który będąc postępowym i bardzo liberalnym, był z zasady jako Bywała – Bywalski wielkim arystokratą. – No tak! Dziś może jeszcze nie, ale za lat dziesięć? – dodał Łęcki.

– O! Za lat dziesięć – przerwał Bywalski – to nie będzie w Polsce rodziny, która by nie miała kuzynki na stein czy berg.

Obaj się zaśmiali.

– Ale cóż słychać w świecie? – zapytał Witold.

– W świecie? Chcesz krótką definicję, to ci powtórzę nie moją, tylko Frania.

– Hrabiego Skowrońskiego?

– Tak! Podzielił on dzisiejszy świat warszawski na trzy klasy. Pierwszą jest tak zwana le haute volée, gdzie, jak twierdzi, umiera z nudów i głodu. Druga le high life, która otworzyła drzwi wielkim finansom i te przez to przestały dawać obiady. A trzecia, podłe finanse, gdzie on najwięcej bywa, gdzie się bawią, proszą, gdzie jedzą i piją.

– Więc w pierwszej kategorii nie ma finansów? – zapytał Witold.

– Nie ma jeszcze. Witold się zaśmiał.

– Jakże pan sobie urządzasz życie w tym świecie, bo pozycja rzeczywiście jest trudną.

– Ja – odparł Bywalski – tak dzielę mój dzień. – Obiad jem w finansach.

– W tych podłych? Skoro tamte...

– No tak – przerwał niechętnie Bywalski – wieczór spędzam w high life.

– A w pierwszej klasie?

– Gdy nic nie ma w drugiej klasie, a jestem bardzo ciężki po wyśmienitym obiedzie w trzeciej, to szukam herbaty... idę na dygestię do pierwszej. – Cóż tam robią?

– Co robią? Nudzą się śmiertelnie i myślą już niejedni, jakby nieznacznie albo drzwi uchylić finansom, lub tak cichaczem wyjść do nich.

Obaj się śmiali serdecznie. – Bywalski założył monokl i wyglądał kontent ze swego sposobu przedstawienia tych rzeczy.

– Mogę ci zaproponować – ciągnął dalej – pojutrze świetny bal u Lewiczów,

– Cóż to? Nie znam!

– A nie znasz, bo to także nowy dom. Sam nie wiem właściwie, kto to. Różnie mówią. Ale oni wszędzie bywają i wszyscy u nich, choć Bóg wie co na nich wygadują. Proteguje ich hrabina Korońska. Tego roku ça suffit.

– Hrabina Korońska? Może ma syna? – zapytał Witold z pewną ciekawością.

– Ma i jest on w twoim wieku.

– No to mój kolega z Liege!

– Bardzo dobrze, ça te posera.

Witold się zaśmiał, ale Bywalski na niego nie zważał, tylko dalej mówił.

– Hrabina Korońska pojawiła się przeszłego roku podczas wyścigów. Dziś dzierży ona berło tego co nazywają w świecie tonem. Jest to najelegantszy salon. Pojutrze także u niej raut. Mogę cię do niej sprowadzić, a po raucie pójdziemy na bal do Lewiczów.

– I owszem! – odparł Witold – ale jak widzę, to cały świat się zmienił. Nie poznaję się w Warszawie, w której przecież spędziłem cały przeszły karnawał.

– I nie poznasz się. To cecha może wszystkich wielkich miast, a od niejakiego już czasu i Warszawy... Ale á propos, opowiem ci bardzo zabawną anegdotę.

– Słucham!

Bywalski poprawił sobie monokl, uśmiechnął się błogo i opowiadał.

– Księżna Druska, jak wiesz, dwa lata nie była w Warszawie. Teraz znów powróciła i w tych dniach pokazała się raz pierwszy w jednym z wczoraj powstałych salonów... Potacza oczami po salach i na próżno szuka znajomych. Obraca się do Szkatulskiego, który, jak wiesz, wszystkich zna i ze zdziwieniem go pyta: „Comment il n’y a personne?” – W odpowiedzi Szkatulski się zrywa, odbiega i powraca z ja kimś nieznajomym panem, którego księżnie przedstawia mówiąc „chciałaś księżna poznać pana Piersohn”. Paradne! Co?

– Doskonałe! – zaśmiał się Łęcki – a księżna zapewne nie była ciekawą Piersohna?

– Bynajmniej.

Jeszcze chwilę rozmawiali. Bywalski dopytywał się o panią Łęcką, którą znał doskonale i ułożywszy się z Witoldem co do rautu u hrabiny Korońskiej a balu u Lewiczów, wypuścił go. Łęcki miał jeszcze kilka wizyt do oddania.

Z Chmielnej więc podążył na Krakowskie, gdzie spodziewał się kogo znajomego spotkać.

A szedł jakiś smutny czy zamyślony.

Inaczej, niż roku zeszłego, spoglądał na ten świat, w którym przyjechał szukać żony. Powoli jego umysł uczył się analizy. Rozkawałkowywał wszystko, co mu powiedział i co mu do zrozumienia dał Bywalski. A te podłości światowe, które pozwalały bywać u kogoś i obgadywać go, oblizywać się po objedzie w finansach i maltretować je, sprowadzały mu jakiś niesmak do duszy, zamiast go bawić.

Witold był naturą wiejską, szeroką, był dzieckiem stepów, a nie śliskich salonów.

Biegł odurzony. Wszystko mu się inaczej, niż dawniej, przedstawiało i sam nie wiedział, czemu tę zmianę przypisać. Czy doświadczeniu roku więcej życia, czy może swym matrymonialnym projektom? On przybywał z zamiarem ożenienia się, znalezienia w tym świecie towarzyszki życia. W tym może leżała różnica sposobu zapatrywania się jego na świat i jego próżności, na finanse, i Bywalskiego.

Tak dumał i nie zwracał uwagi na przechodniów, ruch i gwar ożywionej ulicy.

Wtem oczy jego, prostym wypadkiem, spotkały się ze spojrzeniem paru oczu jak węgiel czarnych, które wszystkim jego myślom od razu inny nadały obrót.

Prawie przystanął.

Zjawisko się przesuwało. Trzy postacie kobiece, z których jednej spojrzenie oszołomiło Łęckiego, szły dalej ulicą.

On też nawrócił i szedł za niemi.

Ta z nich, której oczy palące czuł jeszcze Witold, mogła liczyć lat osiemnaście. Wzrost jej był wysmukły, figura śliczna, toaleta elegancka. – Spod męskiego jej kapelusika widocznymi były krucze jej warkocze i różowe ucho. – W całej jej postawie, w każdym ruchu, w chodzie, rozwiany był potężny urok, nie wszystkim pięknym kobietom dany.

Obok niej kroczyła druga postać, wyglądająca na jej młodszą siostrę, panienkę jeszcze potrzebującą guwernantki... Tę też poznał Łęcki w trzeciej kobiecie, ubranej z angielska i zdradzającej nigdy nas niemylącymi cechami, córkę Albionu.

Szedł dalej i dumał.

Nagle na rogu Alei i Nowego Świata jego nieznajome nawróciły tak nagle, iż Witold zaledwie miał czas usunąć się na bok.

Uczynił to niezgrabnie, w pomieszaniu, z ruchem ręki do kapelusza, jakby się chciał ukłonić, choć ich nie znał.

A wejrzenia ich znów się spotkały. Poczerwieniał Łęcki. Rumieniec oblał też świeże, jędrne oblicze nieznajomej.

Oczy jej jakąś chwilę spoczęły na twarzy Witolda i wryły się w jego wyobraźni.

Były to czarne przepyszne oczy, smętne a uśmiechnięte, w nich leżała cała piękność tej świeżej twarzyczki.

A oblewający ją rumieniec zdradzał, że poznała w nieznajomym wielbiciela.

Przyspieszyła też kroku, spuszczając na dół zażenowaną główkę i rzucając towarzyszkom słowa:

– Chodźmy prędzej!

Witold przystanął – iść dalej nie śmiał.

Nikt mu wprawdzie nie bronił używać tej samej, co nieznajoma, przechadzki.

Ale pewna subtelność uczuć, pewna ich wykwintność wstrzymywała go dalej od tej niemej admiracji, Łęcki przystanął, objął jeszcze raz całą śliczną tę postać, jakby usiłował ją dobrze i na długo zapamiętać i pobiegł w przeciwnym kierunku.

Bezmyślnie idąc kombinował, przebiegał w myśli swych znajomych w Warszawie i tych, o których tylko wiedział i słyszał, chcąc wpaść na trop pięknej nieznajomej.

Ale nie trafiał. Wiedział tylko, bo to łatwym było do odgadnięcia z toalety nieznajomej, z angielskiej guwernantki i z różnych innych drobnych szczegółów, że należały one do najlepszego towarzystwa, do jednej z tych klas, których definicję hr. Frania dopiero co był mu powtórzył Bywalski.

– Byleby nie w finansach! – mruczał i biegł.

Ale te czarne orientalne oczy, te krucze włosy go przerażały i zasmucały.

Wreszcie przyspieszył kroku i niecierpliwie machnął laską, jakby chciał sobie dopomóc w rozpędzeniu myśli.

– Cóż ona mnie może obchodzić! Może jej już nigdy nie spotkam! – szeptał sam do siebie, szukał sposobności wykolejenia z obranych torów, swej wyobraźni.

– Łęcki! – zawołał wtem za nim jakiś mu znany głos.

Obrócił się i poznał w tuż dochodzącym do niego młodzieńcu Karola Korońskiego swego kolegę z Liege.

– Karol! – zawołał radośnie. – Jak się masz! – odparł, podając mu rękę Koroński – jak się masz!

Obaj serdecznie się witali.

Karol był ślicznym mężczyzną. Wysoki, uderzająco sympatycznych dystynkcją rysów, zachwycał elegancją ruchów i jakby niewrodzoną, lecz wyrobioną arystokratycznością typu.

Jego jasne, mieniące się szafirowa oczy, odbijały przy białej, kobiecej prawie twarzy i czarnym małym wąsiku.

A w tych oczach było coś wesołego i sprytnego, niebezpiecznego i enigmatycznego.

– Słyszałem – mówił Koroński – że ci się doskonale powodzi, że koleje, cukrownie robią z ciebie powoli...

– Milionera! – dokończył Witold – wlicz w to między bajki, a opowiadaj mi o sobie. Coś zrobił dobrego od lat trzech, czy więcej, jakeśmy się ostatni raz widzieli?

– Opowiadać! Ha! Jeśliś ciekawy, to i owszem, ale nie tutaj, gdzie idziesz?

– Nigdzie!

– No to chodźmy na czekoladę do Loursa i tam pogadamy, tymczasem mów, po co i czy na długo przyjechałeś?

– Przyjechałem na karnawał, a ty, jak się dowiedziałem, jesteś tu z matką, która otworzyła salony?

– Tak... bawimy się doskonale... nigdy nic sądziłem, abym mógł się tak bawić w Warszawie.

– Dlaczego?

– No wiesz! Ja com widział wszystkie stolice, co mnie Paryż zaczynał nudzić i Florencja i Wiedeń!

Witold spojrzał na Karola ukradkiem. Szli dalej, przyspieszając kroku.

Dalsza rozmowa toczyła się urywkami, składała z ulotnych pytań i odpowiedzi, które często wywoływały uśmiech ciekawości, czy wesołości na usta obu młodzieńców.

Wreszcie doszli do cukierni Loursa.

Koroński wyszukał stolik; stojący nieco na ustroniu.

Obaj przyjaciele zasiedli i podano im zażądaną czekoladę, a Koroński tak zaczął, z pewną, nieznaną dotąd Witoldowi u niego pozą.

– Najprzód odpowiedz mi na pytanie, czy chcesz być z nami dobrze?

– Ale i owszem!

– A więc, należysz do partii, na której czele w świecie stoi salon mojej matki, na której czele między młodzieżą stoję ja.

– Nie rozumiem!

– Jak to? Jeszcze nie wiesz? – mówił dalej Koroński – bronimy się przeciw Żydom. My, noszący historyczne nazwiska, reprezentujący prawdziwą arystokrację polską, utworzyliśmy partię antysemicką.

– A do diabła! – przerwał Witold – powariowaliście z tymi antysemitami! Bywalski! Ty!

– Być może – przerwał Koroński, lekko podrażniony – ale tak rzeczy stoją. Towarzystwo enfin dobre podzieliło się na tych, co bywają w finansach i tych, co nie bywają. Do tych należę i ja i każdy, qui se respecte.

– Przepraszam cię. I ja bardzo się szanuję i do finansów specjalnego popędu, nie mam, jednakże demonstrować nie chcę.

– A tu o to właśnie chodzi. Nie wolno ci bywać w tych salonach, nie wolno ci się im prezentować, nie wolno ci tańczyć z tymi pannami...

– Przepraszam! – przerwał nieco wzburzony Witold – dobro wychowanie, a jeśli nie to, to pewna wrodzona szlachetność...

– Ale...

– Żadne ale... w takim wypadku mógłbym tylko nie bywać w domach, w których bym mógł finanse spotykać.

– To prawie byś nigdzie nie bywał.

– A więc chcesz...?

– Nie, nie chcą.

– Owszem! Chcesz, abym działał przeciw moim przekonaniom?

– Semickim?

– Nie, tylko szlachetnym! Zamknijcie drzwi waszych salonów finansom, a szukać ich nie będę. Ale wpuszczać ich na to, aby im pokazywać swoje fumy, aby ich maltretować, to śmieszne i nieuczciwe!

– Wiesz – przerwał Koroński ze złośliwym uśmiechem – przychodzi mi na myśl, że może do diabła masz na myśli jakie małżeństwo w tym świecie! Łęcki poczerwieniał.

– Dotąd w modzie to tylko jest w arystokracji, a ja szlachcic...

– Zrobiłeś się impertynentem!

– Mój kochany Karolu – odparł Witold – bardzo cię kocham, lecz do twego stowarzyszenia należeć nie będę. Zresztą finanse kpią sobie ze mnie. Skaptuj dla twego towarzystwa hrabiego Frania, który się u Żydów objada, a potem ich wydrwiwa, skaptuj Bywalskiego, który u nich w sekrecie dostaje indygestii, a na dygestię idzie do salonu twej matki, a oddasz prawdziwą przysługę wielkiemu światu, bo zdobędziesz mu przynajmniej szacunek finansów, którego teraz nie ma.

Koroński w odpowiedzi zamilkł i wyglądał zły i podrażniony.

Witold zmieniając ton i wyciągając rękę do Karola, zagadnął:

– Mimo to będziemy dobrymi przyjaciółmi i bądź przekonanym, że mimo tego, com ci powiedział, nie będę szukał obiadu u Kinsteinów, ani kotyliona z panną Kohn czy inną. Wierzaj mi! A teraz przejdźmy do innego przedmiotu. Opowiedz mi o sobie, bardzo cię proszę.

Korońskiego fizjonomia łagodniała, po minucie namysłu, odparł:

– O sobie? Mój drogi! Jesteśmy, to jest byliśmy zanadto dobrze, abym chciał ci ukrywać przyczynę naszego zjazdu do Polski. Tobie jednemu mogę się zwierzyć, bo cię znam. Pragnę się ożenić! Majątki nasze są nieco nadwerężone przez to życie, jakie od lat prowadzimy. Tak jeszcze nie jestem zbankrutowany, aby się żenić z córką jakiego krupiera, jak Tonio, ani też tak wielkim panem, aby szukać księżniczki zdetronizowanej, zwykle brzydkiej i nie bogatej. Majątku potrzebuję, bo sam mam, choć zadłużoną, ale pańską fortunę. Z wielkiego nazwiska, z wielkich stosunków, także bym nie rezygnował, bo wiesz, w jakim świecie byłem wychowany, bo nazwisko noszę jedno z najpiękniejszych w kraju... Koroński skończył czy urwał, a Witold potakiwał miną, w której czytałeś tylko szczerość i życzliwość. Wreszcie zagadnął:

O ile znam wasz świat, to natrafisz na pewne trudności, sądzę...

– O mylisz się! – przerwał Karol z uśmiechem zarozumiałym – pojutrze raut mant soirée u mej matki... przyjdziesz naturalnie i zobaczysz, jaką mamy pozycję. Świat warszawski, mówię ci, moja matka ma cały w kieszeni. Ona dziś jest wyrocznią ona reprezentuje la fine fleur znaczenia rodu, stosunków i szyku. Dziś sądzę, nie ma w Polsce panny, która by nie była szczęśliwą z mego wyboru. Tylko ja się namyślam... bo te polskie posagi, mój drogi, wściekle są małe i eteryczne. Ja nie zdradzam się dotąd, że tego roku pragnę zrobić ten coup d’état, ale między nami mówiąc, ostatnie wypadki zachwiały naszą fortunę.

– Mówiono – przerwał cicho Łęcki – żeś się starał w Paryżu o siostrę księżnej Emerykowej.

– Mówiono prawdę! – odparł jeszcze ciszej Koroński, lekko się rumieniąc – była chwila, w której dla milionów chciałem poświęcić urodzenie.

– I?...

– Wystaw sobie głupiemu bankierowi zachciało się i dla drugiej córki polskiej mitry a ja tylko hrabią. – Nie żałuję! Wolę milion mniej, a przyzwoity herb podwójny na drzwiczkach mej karety.

Witold coraz głębiej się zamyślał, aż wreszcie z pewną obawą w oczach zapytał przyjaciela. – Więc serce u ciebie?...

Allons donc – przerwał Koroński – minęły te czasy. Koroński nie może słuchać podszeptów serca, choćby je miał. – Serce to największy marnotrawca, który zagraża ruiną zwykle wielkim nazwiskom i rodom. Ty szczęśliwy! Możesz się ożenić według twego gustu i serca. Ja! Rozumiesz to, mam pewne święte obowiązki.

– Być bogatym!

– Niestety!

Witold spojrzał na przyjaciela, ale tak, jakby go dopiero poznawał, a nie znał od lat.

Koroński wstał i spojrzał na zegarek.

– Pierwsza – zawołał – mam tysiące wizyt, o pierwszej obiecałem być u księżnej Druskiej. Do widzenia ci. – Będziesz u mnie. Rano zawsze jestem w domu. Co tylko Warszawa ma de brillant, poznasz u mej matki pojutrze. U mnie co rano zobaczysz całą młodzież. Do widzenia! Mój drogi! Konie moje, wszystko na twoje usługi! Do widzenia!

Uścisnęli sobie ręce, Koroński wybiegł, a Witold dziwnie oszołomiony zbierał myśli swe bezładne.

Te rozmowy z Bywalskim i Korońskim prawie go przestraszymy. Bał się wpaść w jakąś pułapkę z tymi obozami, w tym nowym rozdwojeniu towarzystwa. Nie chciał bynajmniej narażać sobie tych ani owych.

Wyszedł z cukierni i nie wiedział, gdzie skierować swe kroki.

Czuł potrzebę mądrej i życzliwej rady, zdrowego na rzeczy poglądu. Zdania Bywalskiego, światowca i wyjadacza, ani Korońskiego, panicza i utracjusza, nie mogły wpływać na Witolda. Obałamuciły tylko jego zdrowe pojęcia, jego szczerą, otwartą i szlachetną naturę.

Stał na chodniku i myślał.

Wtem przypomniał sobie hrabiego Ostoję, człowieka już starszego, którego rozumne i filozoficzne poglądy zachwycały go w swoim czasie.

– Gdybym do niego poszedł – pomyślał – wnuk zawsze tak mnie lubił, znał mego ojca należy mu się to nawet.

Hrabia Ostoja wycofał się od lat ze świata, ale to nie przeszkadzało, że o wszystkim wiedział i wszystkich znał. A dziwnie zdrowy i bezstronny miał sposób zapatrywania się na rzeczy tego świata. Łęcki nie długo się wahał, pospieszył i wnet stanął przed pałacem Ostojów.

– Pan hrabia przyjmuje? – zapytał i podał swój bilet służącemu.

– Pan hrabia prosi – odparł tenże, wkrótce powróciwszy i przeprowadził Łęckiego przez szereg pokoi, urządzonych z staroświeckim komfortem.

– Jak się masz! – zawołał hrabia, nieco podnosząc się na fotelu.

Hrabia liczył lat przeszło sześćdziesiąt. Był to typ wielkiego pana starej daty. Jakaś wspaniałość cechowała tak dobrze jego figurę jak i twarz... Ta ostatnia szeroka, o wyniosłem czole, otwarta, z dużym orlim nosem, przypominała typy z szesnastego wieku obrazów Matejki. Najzupełniejszą swoboda widniała z każdego jego ruchu, z tonu jego słów płynących powoli i bez żadnej emfazy. Witold usiadł naprzeciw niego i zapalił cygaro, do którego ogień podawał mu sam gospodarz.

Rozmawiali o niczym i o wszystkim.

Wreszcie zagadnął Łęcki.

– Zgniewaj się hrabia na mnie, lecz się przyznam szczerze, że dziś jeszcze nie byłbym mu złożył mego uszanowania, gdyby nie potrzeba, jaką czuję, usłyszenia o tym i o owym jego zdania.

Ostoja poprawił się na krześle i uśmiechnął.

– Do starego inwalidy przychodzą tylko po rady.

– Które zawsze są jedynie dobre – dodał Witold – skoro młody bizun, jak ja, na pierwszych krokach czuję ich potrzebę. – Otóż widziałem dziś Bywalskiego...

– A! Ten pieczeniarz! Poczciwy człowiek – lubię go – to przyjaciel prawdziwy twego domu, czy tak?

– Tak... – odparł Łęcki i ciągnął dalej – widziałem też i młodego Korońskiego... Obaj nagadali mi dużo niestworzonych rzeczy o stosunku dzisiejszym towarzystwa do finansów.

Hrabia zrobił minę zdziwioną.

Towarzystwo – ciągnął dalej Łęcki – podobno się podzieliło na obozy... młodzież także...

– A, wiem już o czym chcesz mówić – przerwał hrabia, puszczając kłąb dymu i jakby się zabierając do dłuższej rozmowy – wiem!

Uśmiechnął się ironicznie i dalej mówił – Hrabina Korońska stanęła tego roku na straży nieskazitelności salonów i... rodów. Genialna to kobieta, która zawsze, wszystko co chciała, przeprowadzała... tej zimy, więc zapewne zapanuje w świecie silny prąd antysemicki... Czy to długo potrwa, zobaczymy. Właściwie wszelkie uprzedzenia w prawdziwym świecie miejsca mieć nie powinny i nigdy ich nie mają Myśmy przekręcili znaczenie wyrazu „le monde”, bo go w właściwym znaczeniu nie znamy. Świat to jest towarzystwo, złożone z wybitnych członków całego społeczeństwa. Do tego towarzystwa, do tego wielkim nazwanego świata wstęp dają urodzenie, piękność, talent, geniusz i majątek. Myśmy światem nazwali szczelnie zamknięte kółko, zasklepione w swych głupich nieraz przesądach, schorzałe od dawna. Do tego światka, do tego kółka łudzi, pogrążonych w własnej admiracji, pchają się przebojem finanse. Czy to do uwierzenia?

Hrabia się zapalał i nie czekał już na odpowiedź Witolda, tylko dalej mówił:

– Cóż spotkasz w tym tak zwanym świecie polskim? Nic i nikogo, bo unikają go ludzie talentu i zasługi, a nudzą się w nim ludzie serio. Do niego pchają się tylko finanse. Te finanse, zamiast myśleć o ustanowieniu silnego, odrębnego, żywotnego towarzystwa, myślą tylko o wciśnięciu się przebojem do kółka, które nawet ich rzeczywistych, bo mija je, cnót nie jest zdolne ocenić, tylko ich śmieszności wydrwić potrafi. Cóż oni w tym świecie znajdują? Smakoszy, którzy zjedzą ich obiady i hrabiów, którzy podminują ich krwawo zapracowane miliony. Mimo to jest ciągły tłok ludzi o semickich rysach i rozumnych często w twarzy wyrazach u drzwi, nad którymi błyszczy korozja czy mitra. To raj Żydów! Byłem zawsze bardzo przeciwnym otwarciu na oścież naszych podwoi tym ludziom, którzy machają kozły akrobatyczne, aby dojść do miliona, którzy doszedłszy, uniżają się i podlą, aby zjeść z nami śniadanie. Le jeu ne vaut pas la chandelle. Doświadczenie dostatecznie pokazało.

Witold się uśmiechnął, a hrabia pociągnął kilka razy cygaro i dalej mówił:

– Sam broniłem przez całe moje życie ogniska mego, aby portret hetmana nie skrzywił się na widok w tej komnacie człowieka, który krętą drogą doszedł do milionów, zrównujących się z zasługą czy szesnastoma pokoleniami zacnej i szlachetnej krwi. Dziś...

Hrabia przerwał i gorzko się uśmiechnął, aby dalej mówić.

– Dziś... gdy nie jestem pewnym, czy jaki kuzyn mego domu nie zmusi mnie do otwarcia tej komnaty finansom, jako krewnym, pragnę w tym wszystkim odegrać przynajmniej szlachetną i rozumną rolę. Nie rozumiem więc hasła, które z powodzeniem puściła w obieg pani Korońska, boję się...

Tu hrabia dziwnie sprytnie się uśmiechnął i dodał:

– Boję się, aby jutro nie otworzyła swego talonu finansom, wprowadzonym przez synową.

Witold głęboko się zamyślił, a hrabia kończył:

– Raz gdy to się stało, dzieje i dziać się – niestety! Będzie, finanse muszą uważać nasz salon za swój, bo swojego nigdy już nie utworzą, a my śmieszni będziemy w pogardzie dla ludzi, których milionami się zasilamy. Hrabia skończył, a Witold pomówiwszy z nim jeszcze o innych światowych drobnostkach, zabierał się do wyjścia.

Przy pożegnaniu Ostoja poprosił Łęckiego, aby go jak najczęściej odwiedzał.

– Cygaro i radę człowieka, który nigdy nie używał okularów, zawsze u mnie znajdziesz – dodał, podając mu swą szeroką dłoń.