Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski - ebook
Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 14 godz. 3 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

Nowy, długo oczekiwany kryminał z Teodorem Szackim! Jest wiosna 2009 roku, prokurator nie pracuje już w Warszawie, pożegnał się z przeszłością i karierą, by przenieść się do Sandomierza. Tu zaczyna „nowe wspaniałe życie", ale dość szybko spotyka go rozczarowanie. W obcej i nieprzyjaznej rzeczywistości rozgoryczony Szacki prowadzi śledztwo w sprawie dziwacznego morderstwa, którego ofiara to sandomierska działaczka społeczna, kobieta szanowana i ceniona, o nieskazitelnej reputacji. Dochodzenie napotyka piętrzące się przeszkody i ścianę milczenia, a jednocześnie towarzyszy mu gorączka medialna. Ważnym kontekstem staje się bolesny splot relacji polsko-żydowskich oraz historia, która wydarzyła się przeszło sześćdziesiąt lat wcześniej...

 

Prokurator Teodor Szacki nie był człowiekiem wierzącym. Nie wierzył w Boga, przeznaczenie, miłość od pierwszego wejrzenia, seks na pożegnanie, promocje, mechaników samochodowych oraz istnienie rzeczy dobrych i tanich. Przede wszystkim jednak nie wierzył, że utknął na dobre w tej pieprzonej, przereklamowanej dziurze. Nie wierzył, że z gwiazdy stołecznej prokuratury stał się popychadłem w powiatowym miasteczku. Nie wierzył, że jego rodzina to odległa przeszłość, a jedyne, co dostał w zamian, to nudne fizjologiczne romanse i związek, który dawno przestał się mieścić na skali „niemożliwych i niespełnialnych". Nie wierzył, że to właśnie jemu trafiło się śledztwo, z którego powodu albo pójdzie do piachu, albo będzie musiał emigrować na Vanuatu. No i nie wierzył, że są miejsca, w których nie myje się codziennie ekspresu do kawy. Ze wstrętem odsunął od siebie filiżankę, wstał, nie odpowiedział na małomiasteczkowo szczere „do widzenia" barmanki i wyszedł na zalany słońcem rynek.

Autor o swoim bohaterze

Opinie o ebooku Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

Cytaty z ebooka Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

Prokurator, jego zdaniem, nie powinien utożsamiać się z  narodem, powinien nie wierzyć w  nic i  nie mieć zasnuwającej umysł mgłą pasji. Kodeks jest precyzyjny, kodeks nie dzieli na lepszych i  gorszych, nie patrzy na wiarę i  narodową dumę. A  prokurator ma być sługą kodeksu, strażnikiem porządku i  praworządności.
Że człowiek powinien określać siebie przez dobre emocje, przez to, co lubi, co go uszczęśliwia, sprawia mu radość. Że budowanie tożsamości na tym, co go drażni i  wkurwia, to wstęp na równię pochyłą zgorzknienia, po której zjeżdża się coraz szybciej, aby na końcu stać się ziejącym nienawiścią frustratem.
Prokurator Teodor Szacki był człowiekiem światłym, znał podstawy psychologii i  wiedział, że negatywna identyfikacja to ślepa uliczka. Że człowiek powinien określać siebie przez dobre
emocje, przez to, co lubi, co go uszczęśliwia, sprawia mu radość. Że budowanie tożsamości na tym, co go drażni i  wkurwia, to wstęp na równię pochyłą zgorzknienia, po której zjeżdża się coraz szybciej, aby na końcu stać się ziejącym nienawiścią frustratem. Wiedział
Tak, białowłosy heros Temidy nienawidził mediów szczerze. Z  wielu różnych względów. Na pewno dlatego, że były niemiłosiernie, boleśnie, do krwawych torsji nudne i  przewidywalne. Na pewno dlatego, że w  żywe oczy kłamały i  konfabulowały w  zależności od potrzeby chwili, żonglując faktami tak, aby pasowały do z  góry założonej tezy. Na pewno dlatego, że wypaczały obraz świata, nadając każdemu marginalnemu ekstremum cechy normy i  trendu, bo tylko wtedy margines zyskiwał rangę, która usprawiedliwiała międlenie czegoś nieistotnego dwadzieścia cztery godziny na dobę.
nieprzynależności. Wszystko w  nim nie przynależało. Jego samotność do ich przyjaźni – bo miłości nie był pewien – jego zimna wielkomiejskość do ciepłego prowincjonalnego gniazda, cięte riposty do snujących się opowieści bez pointy, wyprasowany garnitur do sportowych ciuchów, w  końcu cola do piwa. Tłumaczył sobie, że gdyby nie przesłuchanie, to siedziałby rozwalony w  swetrze i  kończył drugi browar, ale znał siebie aż za dobrze. Na tym to polegało, że prokurator Teodor Szacki nigdy nie siedział rozwalony w  swetrze.
ale pomyślałam, że powinieneś opuścić to ciemne miejsce, w  którym siedzisz. Nie wiedział, co powiedzieć, więc się nie odezwał. Rosnąca pod mostkiem kula emocji wymykała się jego kontroli. Skrępowanie, wzruszenie, zażenowanie, zazdrość, smutek, ból przemijania, zadowolenie z  dotyku chłodnej dłoni Barbary Sobieraj, zazdrość raz jeszcze – nie potrafił zapanować nad kulą śniegową emocji. Ale było mu bardzo przykro, że taka zwykła rzecz, jak spędzenie z  kimś leniwego wiosennego poranka w  przydomowym ogrodzie, nigdy nie stała się jego udziałem. Bez sensu takie życie.
kominka. Szacki go rozumiał, gdyby miał z  kimkolwiek takie zdjęcie, traktowałby je jak relikwię. Zrobione na Błoniach w  Krakowie, siedzieli razem na ławce, w  tle widać było kawałek Wawelu. Szyller wyglądał jak Pierce Brosnan na wakacjach, Ela Budnik uwiesiła się jego szyi w  wariackiej, pełnej zgrywy pozie, teatralnie zginając jedną nogę gestem Audrey Hepburn i  układając usta do całusa. On był po pięćdziesiątce, ona po czterdziestce, a  wyglądali jak para nastolatków, szczęście wypływało każdym porem skóry, prześwietlało kliszę, tyle było miłości w  tym małym obrazku, że Szackiemu zrobiło się żal Szyllera. Być może był zabójcą, być może nie, ale jego strata musiała być niewyobrażalna.
Trochę to był typ koleżanki z  harcerstwa, dziewczyny, z  którą można przesiedzieć całą noc na warcie i  cały obóz przegadać, a  jak w  końcu dociera, że to była nie tylko przyjaźń, to ona już dawno jest czyjąś żoną. Zamknął
Nosowska została wokalistką roku. Zaklął głośno. Niewiarygodne, no po prostu, kurwa, niewiarygodne. Uwielbiał Osiecką, cenił Nosowską, kupił płytę zaraz po premierze, żeby sprawdzić, co rockowa diwa zrobiła z  tekstami poetki, jak zaaranżowała słynne songi, czy będzie w  stanie zmierzyć się z  kompozycjami Komedy, Satanowskiego, Krajewskiego. Po pierwszym przesłuchaniu był wstrząśnięty. Ponieważ Nosowska nic nie zrobiła. Było to po prostu kilkanaście coverów legendarnych kawałków Osieckiej. Ani jednej nowej nutki, po prostu covery. Tyle tylko, że zamiast zróżnicowanych głosów Fettinga, Jędrusik czy Rodowicz cały czas to zachrypnięte wycie,
zestaw nieśmiertelnych motywów, które podobno dwóm miliardom ludzi ofiarowują poczucie pewności, spokój i  świadomość, że mogą robić, co chcą, bo w  końcu Bóg i  tak najbardziej lubi synów marnotrawnych. Kolejne poronione hobby dla zaburzonych, szlag by was wszystkich trafił. Szacki potarł twarz dłońmi, czuł się śmiertelnie znużony.
znaleźć sto powodów do kpin, Szackiego jednak ten widok rozczulił. Przez lata mieszkania w  Warszawie czuł, że coś jest nie tak, że ta najbrzydsza metropolia Europy nie jest miejscem przyjaznym, że jego przywiązanie do burych murów to tak naprawdę neurotyczne uzależnienie, urbanistyczny syndrom sztokholmski. Tak jak więźniowie uzależniają się od więzienia, a  mężowie od złych żon, tak on uwierzył, że sam fakt życia w  brudzie i  chaosie wystarczy, aby tenże brud i  chaos obdarzyć uczuciem. Prokurator Teodor Szacki, warszawiak. Warszawiak, czyli bezdomny. Teraz, na pełnym słońca i  gwaru dziedzińcu zamku w  Sandomierzu, widział to wyraźnie. Jako obywatel wielkiego miasta nie miał małej ojczyzny, nie miał krainy szczęśliwego dzieciństwa, swojego miejsca na ziemi. Miejsca, gdzie
wyciągnięte dłonie i  zmienione przez czas, ale te same twarze. Gdzie rysy sąsiadów i  przyjaciół, którzy już odeszli, odnajduje się w  ich dzieciach i  wnukach, gdzie można poczuć się częścią większej całości, odnaleźć sens w  byciu ogniwem mocnego i  długiego łańcucha. Widział tutaj ten łańcuch, pod bazarowymi garniturami i  garsonkami, i  zazdrościł tym wszystkim ludziom. Zazdrościł tak bardzo, że aż bolało, ponieważ czuł, że jemu nigdy to nie będzie dane, nawet na najszczęśliwszej emigracji pozostanie zawsze i  wszędzie bezdomnym bez ojczyzny.
Tuż obok niego przy ogrodzeniu tarasu siedziała para tubylców zakochanych w  sobie jak nastolatkowie, choć musieli mieć dobrze po pięćdziesiątce. On w  typie zażywno-dyrektorskim i  rozchełstanej koszuli, ona w  kolorowej bluzce i  z  zadziornym seksapilem, który bez szwanku przetrwał dekady pieczenia ciast i  chowania potomstwa. Bez przerwy rozmawiali o  dzieciach, których musieli mieć chyba trójkę, sądząc z  obrazowo opisywanych życiowych perypetii – wszystkie w  okolicach trzydziestki, wszystkie w  Warszawie.
Rojski uspokoił oddech i  wstał, uderzając głową o  wiszący kawałek dachu. Zaklął i  odwrócił się, żeby stwierdzić, że niestety ani papa nie była papą, ani kawałek dachu kawałkiem dachu. Zwłoki powieszono na haku pod powałą jak półtuszę, tułów zamknięto w  ocembrowanej, ponabijanej bretnalami beczce. Powyżej beczki ciało było gipsowo białe, poniżej pokryte warstwą zaschniętej krwi, słońce blikowało radośnie na amarantowej politurze. Na ryżej czuprynie trupa siedział kruk i  patrzył jednym okiem na Rojskiego. Bez przekonania dziobnął zwisający smętnie z  czoła zwłok plaster.
O  co tutaj chodzi? Wyminął go zdecydowanym krokiem, idąc w  stronę zgromadzenia, które grzmiało teraz Marsz, marsz, Polonia . No tak, oczywiście, jęknął w  myślach, jakżeby mogło w  tej sprawie zabraknąć szalonych narodowców, niepodobna.
Ziemista cera, smutne spojrzenie, czarna koszula zapięta pod szyję. Trochę z  zombie, trochę z  menela – prawdziwy katolik, radosny i  szczęśliwy, że Bóg rozwinął przed nim świetlisty szlak prosto do nieba. Szacki bez słowa cofnął się o  krok i  skrawkiem suchej podłogi przeszedł do bocznej nawy.
tabloidy na całym świecie są identycznie ksenofobiczne. Wiedzą, że ich zapijaczony i  tłukący żonę czytelnik niczego tak nie potrzebuje, jak wskazania wroga, którego może obarczyć winą za swoje niepowodzenia.
–  Piękną togę odziedziczysz – powiedział do Sobieraj. –  Ona jej nie dostanie – wyszeptał staruszek tak cicho, że Szacki bardziej się domyślił słów, niż je usłyszał. –  Dlaczego? – zapytał, wracając do łóżka. Zniecierpliwiona Sobieraj stała w  drzwiach i  wymownie przewracała oczami. –  Bo ona nie rozumie. –  Czego nie rozumie? Stary prokurator dał znak ręką, młody nachylił się nad nim nisko, prawie przytknął ucho do warg umierającego. –  Za dobra jest. Nie rozumie, że wszyscy kłamią.
Szacki uśmiechał się i  było mu jednocześnie przykro. Wielu dekad pielęgnowania miłości i  czułości potrzeba, żeby stać się taką parą. On jedną swoją rodzinę zniszczył, na drugą był już za stary, nie dla niego będzie wchodzenie w  starość z  kimś, z  kim dzieliło się