Zgroza w Dunwich - H.P.Lovecraft - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1149 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 32 godz. 3 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zgroza w Dunwich - H.P.Lovecraft

Jeśli istniała rzecz, której Howard Phillips Lovecraft nie pomieściłby w swej otchłannej wyobraźni, był nią pośmiertny los jego własnej twórczości. Niezauważony za życia, dziś uważany za arcymistrza literatury grozy, żył tylko 47 lat. Urodził się i zmarł w Providence, kolebce anglosaskiej Ameryki. Był erudytą, staromodnym dżentelmenem, koneserem klasycznej poezji i kolonialnej architektury. Mało publikował, pisał dla przyjemności, ze straceńczą nonszalancją. Uwielbiał koty. Miewał koszmarne sny. Swe nieokiełznane fantazje przekuł w stylową i obsesyjną prozę, która do dziś nie przestaje zachwycać, przerażać i inspirować.

Czytelniku, miej się na baczności! Oto piętnaście najbardziej upiornych opowieści wszech czasów: Zgroza w Dunwich, Zew Cthulhu, Widmo nad Innsmouth, W górach szaleństwa,Przypadek Charlesa Dextera Warda, Kolor z innego wszechświata… Wszystkie po raz pierwszy w nowym, wiernym przekładzie, w pełni oddającym elegancję i bogactwo stylu Lovecrafta, uzupełnione obszernym posłowiem i ozdobione wspaniałymi ilustracjami.

Opinie o ebooku Zgroza w Dunwich - H.P.Lovecraft

Cytaty z ebooka Zgroza w Dunwich - H.P.Lovecraft

Może zresztą daremnie się łudzę, że uda mi się wyrazić w zwykłych słowach, jak nieopisaną ohydą mogą być przepojone absolutna cisza i jałowy bezkres. W którąkolwiek stronę zwróciłem wzrok czy nadstawiłem uszu, rozciągał się tylko czarny śluz – wszelako dojmujący bezruch i jednostajność tego pejzażu przyprawiały mnie o mdlący lęk.
Najbardziej arcydiabelskim wstrząsem, jaki można sobie wyobrazić, jest ów, gdy wpadamy w otchłań niespodziewanego, gdy niewiarygodność graniczy z groteską. Doprawdy, żadne z dotychczasowych przeżyć nie zatrwożyło mię bardziej niż widok, który miałem teraz przed oczyma – oraz kryjąca się w nim zapowiedź przecudacznych dziwów.
Charles już wcześniej miewał rozmaite dziwactwa i często zmieniał zainteresowania, wszelako jego narastająca skrytość, tudzież pasja, z jaką oddawał się dziwacznym zajęciom, nawet u niego były czymś niespotykanym.
Później przypomniałem sobie tylko tyle, że mój stary czarny kot, którego nastroje znam doskonale, nagle zjeżył się w czujnym pogotowiu, i to tak bardzo, że zgoła nie licowało to z jego usposobieniem.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że brzmi to trywialnie – jak gdybym snuł banalną opowieść grozy, w której obowiązkowo musi pojawić się pies warczeniem ostrzegający swego pana przed duchem – wszelako nie mogę tego zdarzenia z czystym sumieniem pominąć.
Kapitan lubował się we wszystkim, co barwne i niezwykłe, toteż dziwaczne incydenty, które mu zreferowałem – tak niepozorne, a zarazem osobliwe – wielce go zaintrygowały i z miejsca przypomniały mu cały bezlik krążących po okolicy niesamowitych legend.
wahaliśmy się też, co robić: czy poniechać dalszych poszukiwań i z zabobonną ostrożnością porzucić zamek na zawsze, czy też zaspokoić naszą awanturniczą żyłkę i śmiało zmierzyć się z okropnościami, które być może czekają na nas w nieodkrytej ciemnicy.
Całe pasmo w czerwonozłotym blasku niskiego słońca. Wygląda cudownie, jak tajemnicza kraina ze snów albo wrota do zakazanego świata pełnego nietkniętych jeszcze cudów. Szkoda, że was tu nie ma, zobaczylibyście sami.
Dalekie góry unosiły się na niebie niby zaczarowane miasta; w promieniach niskiego nocnego słońca śnieżnobiały świat rozpływał się często w rozmigotaną złotem, srebrem i szkarłatem krainę rodem z baśni Lorda Dunsany’ego, w sennym rozmarzeniu zwiastującą wielkie przygody.
Trudno sobie wyobrazić, by mogły wytwarzać mowę artykułowaną, czyli opartą na zgłoskach i wyrazach, lecz wedle wszelkiego prawdopodobieństwa umożliwiały wytwarzanie melodyjnych, świszczących dźwięków.
Taki przynajmniej pogląd deklarowaliśmy otwarcie w naszych rozmowach, acz nie jestem tak naiwny, by sądzić, że każdy z nas nie snuł po cichu domysłów własnych, nazbyt obłąkanych, by wypowiedzieć je na głos.
Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że widok ten kryje w sobie niesłychaną tajemnicę, potworną jakąś rewelację – jak gdyby te nagie iglice rodem z sennych koszmarów były pylonami straszliwej bramy wiodącej do sfery zakazanych snów, w której niedosiężne głębie czasu i przestrzeni zlewają się w jedną wielowymiarową bezdeń. Dręczyło mnie przemożne, uporczywe uczucie, że gnieździ się tam zło – że są to góry szaleństwa, które najdalszymi stokami opierają się o krawędź jakiejś przeklętej, ostatecznej otchłani.
Trudno będzie zniechęcić innych do wypraw na wielki południowy kontynent; tym bardziej że swym uporem możemy wywołać skutek wręcz przeciwny, czyli zwrócić na siebie tym większą uwagę. Od początku powinniśmy byli się domyślić, że ludzka ciekawość jest nieśmiertelna,
mogę mieć tylko nadzieję, że wśród tych czytelników, którzy zechcą dać wiarę mej opowieści, roztropna ostrożność weźmie górę nad ciekawością. Byłoby prawdziwą tragedią, gdyby moje przestrogi, mające zmierzić światu to antarktyczne królestwo śmierci i zgrozy, odniosły skutek przeciwny.
zerknąłem na tomiszcza, ujrzałem, że są wiekowe i zatęchłe, i że są wśród nich dzieła tak szalone jak Dziwy wiedzy starego Morrystera, straszliwy Saducismus Triumphatus Josepha Glanvilla z 1681 roku, bulwersująca Daemonolatreia Remigiusa, wydana w 1595 roku w Lyonie, oraz rzecz najgorsza ze wszystkich: niewysławialny Necronomicon szalonego Araba Abdula Alhazreda,
Albowiem powiadają od dawna, że dusza przekupiona przez diabła nie umyka ze swej trupiej powłoki, że tuczy się na niej i kształci ówże robak, co ją drąży – dopokąd z zepsucia nie wylęgnie się życie szkaradne, a nierozumne ścierwojady, co ryją w ziemi, nie schytrzeją na tyle, aby ziemię nękać, i nie spotwornieją na tyle, by ją dręczyć. Tam, gdzie winny wystarczyć zwyczajne szczeliny, potajemnie wyżłobiono wielkie jamy, to zaś, co winno pełzać, nauczyło się chodzić.
Największym dobrodziejstwem naszego świata wydaje mi się to, że człowiek nie potrafi objąć go rozumem. Żyjemy sobie na spokojnej wysepce niewiedzy śród czarnych mórz nieskończoności i nie powinniśmy wypuszczać się z niej za daleko. Nauki ciągną w rozbieżne strony i na razie nie wyrządziły nam wielkiej krzywdy; wszelako przyjdzie dzień, gdy scalimy naszą rozproszoną wiedzę, a wtedy zarówno rzeczywistość, jak i nasze w niej miejsce ukażą się z tak zatrważającej perspektywy, że przyjdzie nam albo oszaleć, albo uciec przed śmiercionośnym światłem tego objawienia w kojące i bezpieczne mroki nowego średniowiecza.
To, co odkryliśmy, a czego czytelnik z pewnością od dawna się domyśla, brutalnie odarło nas jednak z tych złudzeń i wstrząsnęło nami do głębi. Jeszcze dziś drży mi ręka, gdy próbuję napisać o tym bez ogródek; może jednak nie jest to już nawet konieczne.
Widok skruszałych, porozrzucanych w piachu bloków nie pozostawiał wątpliwości, że przetoczyły się nad nimi zawrotne cykle czasu i wstrząsały nimi geologiczne konwulsje o iście kosmicznej gwałtowności.
Był dziwny i skryty, nieustannie zerkał przez ramię, jak gdyby się czegoś obawiał, i w chwilach trzeźwości za nic nie ośmieliłby się rozmawiać z obcym – nie umiał sobie jednak odmówić swej ulubionej trucizny i gdy był wstawiony, hojnie zwierzał się z najbardziej zdumiewających wspomnień.

Fragment ebooka Zgroza w Dunwich - H.P.Lovecraft









Dagon


Piszę te słowa w stanie niemałego napięcia zmysłów, bo nim nastanie wieczór, nie będzie mnie wśród żywych. Nie mam grosza przy duszy i kończy mi się narkotyk, ostatnia rzecz, która jeszcze trzyma mnie przy życiu; nie zniosę już dłużej dręczących mnie katuszy, wkrótce otworzę okno mego stryszku i rzucę się na plugawy uliczny bruk. Nie sądźcie, że skoro dałem się zniewolić morfinie, jestem słabeuszem czy zwyrodnialcem. Przeczytajcie to skreślone w pośpiechu wyznanie, a może zdołacie odgadnąć – choć w pełni nie pojmiecie tego nigdy – czemu nie ma dla mnie ucieczki przed zapomnieniem lub śmiercią.

Przemierzaliśmy właśnie najbardziej otwarty i najmniej uczęszczany przestwór wielkiego Pacyfiku, gdy statek pocztowy, na którym służyłem jako nadzorca ładunku, padł ofiarą niemieckiego korsarza. Wielka wojna dopiero się rozpętywała i siły morskie Hunów nie pogrążyły się jeszcze bez reszty w zwyrodnieniu, które stało się ich udziałem w latach następnych, toteż jednostkę naszą wzięto jako należny pryz, nas zaś, jej załogę, traktowano z wszelkim szacunkiem i bezstronnością należną morskim jeńcom. Doprawdy, tak wielką swobodą cieszyliśmy się w rękach naszych pogromców, że pięć dni po naszym pojmaniu udało mi się zbiec samotnie w niewielkiej szalupie, z zapasem wody i żywności na wiele dni żeglugi.

Kiedy wreszcie zostałem sam pośrodku oceanu, miałem nader mgliste pojęcie o swym położeniu. Nie posiadłszy dostatecznej znajomości nawigacji, domyślałem się tylko z grubsza, na podstawie ogólnej pozycji Słońca i gwiazd, że znajduję się nieco na południe od równika. Długość geograficzna była dla mnie niewiadomą, w zasięgu wzroku nie majaczyły żadna wyspa ani wybrzeże. Niebo było pogodne i przez wiele, wiele dni dryfowałem bez celu w palącym słońcu, licząc, że znajdzie mnie przepływający statek lub dobiję do jakichś gościnnych brzegów. Wszelako nie ujrzałem ani statku, ani brzegu, i samotny dryf pod kopułą niezmąconego błękitu z czasem jął przyprawiać mnie o rozpacz.

Zmiana nastąpiła, gdy spałem. Jak do niej doszło, nie dowiem się nigdy, spałem bowiem głęboko, choć niespokojnie, i dręczyły mnie niedobre sny. Gdy się wreszcie zbudziłem, okazało się, że leżę w pewnej odległości od swej szalupy, na poły wessany w śluzowatą breję, która rozlewała się aż po horyzont piekielnym, czarnym, rozfalowanym monotonnie bagniskiem.

Jakkolwiek można się spodziewać, że pierwszym uczuciem, jakie zrodziła we mnie tak znaczna i niespodziewana odmiana krajobrazu, było zdumienie, w istocie nad osłupieniem górowała we mnie zgroza; zarówno powietrze, jak gnijący grunt miały bowiem w sobie coś złowieszczego, co przejęło mnie do szpiku kości. Niekończąca się równina przebrzydłego mułu zasłana była gnijącymi truchłami ryb i jeszcze innych, trudniejszych do opisania stworzeń, przez co nozdrza wypełniał mi wstrętny, trupi odór. Może zresztą daremnie się łudzę, że uda mi się wyrazić w zwykłych słowach, jak nieopisaną ohydą mogą być przepojone absolutna cisza i jałowy bezkres. W którąkolwiek stronę zwróciłem wzrok czy nadstawiłem uszu, rozciągał się tylko czarny śluz – wszelako dojmujący bezruch i jednostajność tego pejzażu przyprawiały mnie o mdlący lęk.

Słońce zalewało mnie swym żarem, a niebo w swym bezchmurnym okrucieństwie wydawało mi się niemal czarne, jak gdyby odbijało się w nim atramentowe trzęsawisko, które miałem pod stopami. Wczołgawszy się do ugrzęźniętej łodzi, doszedłem do przekonania, że moje położenie można wyjaśnić tylko jedną teorią: niespotykana w swej gwałtowności erupcja wulkanu musiała wyrzucić na powierzchnię część oceanicznego dna, odsłaniając obszary, które przez niezliczone milionlecia spoczywały w niezmierzonych głębinach. Wyniesiony pode mną nowy ląd rozpościerał się tak rozlegle, że choć z całych sił wytężałem słuch, nie posłyszałem najlżejszego choćby szmeru morskich fal. Nie zauważyłem też, by jakieś morskie ptactwo żerowało na zalegającym dookoła ścierwie.

Przez kilka godzin siedziałem w skąpym cieniu przewalonej na burtę szalupy, oddając się ponurym dumaniom. W miarę upływu godzin grunt z wolna tracił na lepkości; wydało mi się, że rychło wyschnie na tyle, że uniesie ciężar mych stóp. Niewiele spałem tej nocy, nazajutrz przyszykowałem zaś sobie tobołek z jedzeniem i wodą, gotując się do pieszej wędrówki w poszukiwaniu zaginionego morza i możliwości ratunku.

Trzeciego ranka grunt był już na tyle suchy, że chodziło się po nim z łatwością. Odór ryb był nie do zniesienia, głowę zaprzątały mi jednak znacznie poważniejsze troski, toteż nie przejmowałem się tak błahą niedogodnością i wyruszyłem dziarsko ku nieznanym celom. Przez cały dzień parłem wytrwale na zachód, kierując się w stronę odległego pagóra, piętrzącego się nad dookolną pustynią wyżej aniżeli wszystkie inne wzniesienia. Nocą rozbiłem obóz, a następnego dnia kontynuowałem marsz w stronę pagóra – jakkolwiek odniosłem wrażenie, że od kiedy go wypatrzyłem, zbliżyłem się doń zaledwie odrobinę. Czwartego wieczoru dotarłem wreszcie w jego pobliże. Okazał się znacznie wyższy, niż można było sądzić z oddali; otoczony był doliną, przez co tym wyraźniej odcinał się od powierzchni gruntu. Na wspinaczkę zabrakło mi już sił, przeto położyłem się spać w cieniu wzgórza.

Dalibóg, nie wiem czemu tej nocy nękały mnie tak oszalałe sny, wszelako nim nad wschodnią równiną zdążył wzejść niknący, fantastycznie garbaty księżyc, zbudziłem się zlany zimnym potem i postanowiłem, że spać już nie będę. Nie zniósłbym więcej podobnych majaków. W blasku księżyca przekonałem się też, jak nieroztropnie postąpiłem, wędrując za dnia, w prażącym słońcu; nocny marsz kosztowałby mnie znacznie mniej energii. Uczułem wręcz, że mogę już podjąć się wspinaczki, na którą brakło mi sił o zmierzchu. Spakowałem tedy mój tobołek i ruszyłem ku szczytowi wysoczyzny.

Wspomniałem już, że dookolna równina swą niezmąconą monotonią przyprawiała mnie o mgliste poczucie trwogi – lecz jeszcze większa groza przejęła mnie w chwili, gdy dotarłem wreszcie na wierzchołek i ujrzałem, co znajduje się po drugiej stronie. U mych stóp rozwierał się niepomierną głębią czarny kanion, istna czeluść, której tajni nie rozświetlał dopiero co wzeszły księżyc. Czułem się tak, jakbym stał na skraju świata, jakbym spozierał w bezdenny chaos wiekuistej nocy. W mej strwożonej głowie pobrzmiewały osobliwym echem ustępy z Raju utraconego – przypomniałem sobie, jak Szatan rozpoczynał swą ohydną wędrówkę na Ziemię poprzez nieokrzesane władztwa ciemności…

Gdy księżyc dźwignął się nieco wyżej na nieboskłonie, dostrzegłem, że zbocza doliny wcale nie są tak pionowe, jak sobie zrazu wyobrażałem. Skały pełne były występów i półek, które mogły posłużyć jako oparcie dla stóp, kilkaset zaś jardów niżej spadzistość znacznie łagodniała. Wiedziony impulsem, którego nie umiem do końca wytłumaczyć, z niemałym trudem zeszedłem po skałach i stanąwszy na niższym, łagodniejszym stoku, jąłem wpatrywać się w stygijską głąb nietkniętą jeszcze promieniem światła.

Nagle uwagę moją przykuł pewien potężny, osobliwy obiekt wznoszący się stromo około stu jardów ode mnie na przeciwległym zboczu; postrzegłem go, gdy łysnął biało w promieniach księżyca, który zdążył właśnie wspiąć się nieco wyżej. Rychło upewniłem się, że jest to tylko gigantyczny kawał kamienia, wszelako nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jego kształt i położenie nie do końca są dziełem Natury. Po bliższych oględzinach wypełniły mnie odczucia, których nie umiem wyrazić; jakkolwiek bowiem olbrzymi był ów dziwny obiekt, jakkolwiek przecież od zarania świata musiał tkwić na dnie oceanu, nie miałem najmniejszych wątpliwości, że jest to obelisk o zgoła nieprzypadkowym kształcie, że jego masywna bryła zaznała ongiś twórczej ręki – a może i czci – żywych i myślących istot.

Półprzytomny z przerażenia, ale i nie bez rozkosznego dreszczu naukowej czy archeologicznej ekscytacji, przyjrzałem się baczniej otoczeniu. Księżyc, bliski już zenitu, zalewał ostrym, nieziemskim blaskiem górujące nad przepaścią urwiska, a przy okazji objawił mym oczom coś jeszcze: pokaźne rozlewisko, z obu stron znikające kręto za skalnymi załomami i chlupoczące niemal u mych stóp. Po drugiej stronie rozpadliny drobne fale lizały cokół cyklopowego obelisku; na jego powierzchni mogłem już zaś dojrzeć napisy i toporne rzeźby. Inskrypcje wykonane były pismem hieroglifowym, nieznanym mi i niepodobnym do żadnych systemów, jakie zdarzyło mi się widzieć w książkach; były to głównie konwencjonalne symbole związane ze światem wód: ryby, węgorze, ośmiornice, skorupiaki, mięczaki, wieloryby… Kilka hieroglifów przedstawiało stworzenia morskie nieznane we współczesnym świecie, poznałem jednak, że to właśnie ich truchła zalegały na dźwigniętej z oceanu równinie.

Najbardziej porażające wrażenie wywarły na mnie jednak reliefy obrazkowe – z racji olbrzymich rozmiarów widoczne przez wodny przestwór jak na dłoni. Były to płaskorzeźby o tematyce, której nie powstydziłby się sam Doré. Wyobrażały, jak mi się zdaje, ludzi – a przynajmniej pewien rodzaj ludzi; byli oni wszakże przedstawieni w trakcie rybich figli w morskiej grocie lub składania hołdów w skalnej świątyni najwyraźniej również znajdującej się pod wodą. Ich twarzy i cielesnych kształtów nie śmiem opisać w szczegółach – na samo ich wspomnienie robi mi się słabo. Groteskowe ponad wszystko, co zrodziła wyobraźnia Poego czy Bulwer-Lyttona, w ogólnym pokroju zdradzały wstrętne podobieństwo do ludzi – przeczyły mu jednak płetwiaste dłonie i stopy, rażąco szerokie i obwisłe wargi, szkliste, wyłupiaste oczy tudzież inne, jeszcze mniej przyjemne cechy. Co ciekawe, miałem wrażenie, że wyrzeźbiono je z pogwałceniem wszelkich proporcji względem otoczenia: jedno ze stworzeń zostało przedstawione w trakcie zabijania wieloryba, było jednak odeń zaledwie odrobinę mniejsze. Uwagę moją przykuły, jak powiadam, groteskowość kształtów i dziwne rozmiary tych istot; po chwili wszakże uznałem, że są to tylko wizerunki bogów zrodzonych w wyobraźni jakiegoś prymitywnego rybackiego lub żeglarskiego plemienia, którego ostatni potomek sczezł na długo, nim narodził się pierwszy neandertalczyk lub człowiek z Piltdown. Byłem zdumiony i wstrząśnięty, że tak znienacka dane jest mi wejrzeć w przeszłość, o której nie śniło się nawet najśmielszym antropologom; zamyśliłem się tedy, światło zaś księżyca odbijało się dziwnymi poblaskami w cichym kanale u mych stóp.


ZDUMIEWAJĄCE NICZYM POTWÓR Z KOSZMARNYCH SNÓW ŚMIGNĘŁO W STRONĘ OBELISKU


I nagle to ujrzałem. Leciutką tylko kipielą zdradzając, że wzbija się z głębin, wyśliznęło się nad ciemną wodę; potężne, obmierzłe jak Polifem, zdumiewające niczym potwór z koszmarnych snów śmignęło w stronę obelisku, zarzuciło nań gigantyczne łuskowate ramiona, po czym skłoniło swój ohydny łeb i wydało kilka miarowych dźwięków. Wydaje mi się, że wtedy postradałem zmysły.

Niewiele pamiętam z gorączkowej wspinaczki w górę zbocza, przez krawędź urwiska, i obłąkańczej wędrówki do porzuconej łodzi. Zdaje się, że zawzięcie coś wyśpiewywałem, a gdy nie mogłem już śpiewać, zanosiłem się dziwacznym śmiechem. Przypomina mi się mgliście, że niedługo po mym powrocie do szalupy zerwał się wielki sztorm; tak czy owak słyszałem łoskot piorunów, tudzież inne jeszcze dźwięki, które Natura wydaje z siebie tylko w chwilach najdzikszego szaleństwa.

Gdy umysł mój powrócił już z krainy cieni, ujrzałem, że jestem w szpitalu w San Francisco; przywiózł mnie tam kapitan amerykańskiego statku, który natknął się na moją szalupę pośrodku oceanu. W malignie sporo majaczyłem, lecz moje słowa wzbudziły nikłe zainteresowanie. O tym, by na Pacyfiku nastąpiło wyniesienie morskiego dna, moi wybawcy nie słyszeli nic – ja zaś nie uznałem za stosowne przekonywać ich do czegoś, w co z całą pewnością by nie uwierzyli. Wreszcie dotarłem do sławnego etnologa, który zdumiał się, słysząc z mych ust osobliwe pytania związane ze starożytną filistyńską legendą o Dagonie, Bogu-Rybie; spostrzegłszy jednak, że jego poglądy są beznadziejnie konwencjonalne, rychło zaprzestałem mych dociekań.

Nocami, zwłaszcza gdy rozświetla je niknący, garbaty księżyc, zdarza mi się widzieć tamtą istotę. Ratowałem się morfiną, lecz narkotyk przyniósł mi tylko przejściową ulgę, a w dodatku spętał mnie i uzależnił bez reszty. Oto spisałem więc wszystko, co przeżyłem – kto chce, niech wierzy, albo zbędzie to pogardliwym rozbawieniem – i zamierzam ze wszystkim skończyć. Często zadaję sobie pytanie, czy nie mógł to być wytwór czystej fantazji – gorączkowy majak zrodzony w malignie, kiedym leżał w otwartej łodzi po ucieczce z niemieckiego okrętu. Zadaję je sobie raz po raz, lecz w odpowiedzi zawsze pojawia mi się przed oczyma tamten widok, tak szkaradnie wyrazisty. Ilekroć pomyślę o morskich głębiach, przejmuje mnie dreszcz: wyobrażam sobie, że właśnie teraz te nieopisane stwory wiją się i roją w swojej śluzowatej macierzy, oddając cześć pradawnym kamiennym bożkom i rzeźbiąc ich wstrętne podobizny na podmorskich obeliskach z wyszlifowanego przez wodę granitu. Roi mi się w snach, że pewnego dnia mogą powstać z morskich głębin i wyciągnąć swe cuchnące szpony po niedobitków zmizerniałej, wyczerpanej wojną ludzkości – że pewnego dnia ziemia pogrąży się w odmętach, a mroczne dno oceanu wynurzy się wśród powszechnego pandemonium.

Koniec jest bliski. Za drzwiami słyszę hałas, jak gdyby napierało na nie jakieś ogromne, śliskie cielsko. Nie znajdzie mnie. Boże, ta ręka! Okno! Okno!




Ustalenia dotyczące zmarłego Arthura Jermyna i jego rodu

Życie jest doprawdy ohydne, na domiar złego zaś uchyla niekiedy zasłonę pozorów i odsłania przed nami przebłyski diabolicznej prawdy czyniącej je tysiąckroć ohydniejszym. Nauka, której rewelacje zdążyły już wstrząsnąć nami do głębi, koniec końców przyniesie pewnie zgubę ludzkiemu gatunkowi – o ile rzeczywiście jesteśmy odrębnym gatunkiem – gdyby bowiem świat poznał skrywany przez nią w zanadrzu bezmiar nieodgadnionych zgróz, żaden śmiertelnik nie ostałby się przy zdrowych zmysłach. Gdybyśmy wiedzieli, kim jesteśmy, postąpilibyśmy tak jak Arthur Jermyn; Arthur Jermyn zaś pewnej nocy oblał się naftą i podpalił. Zwęglonych jego szczątków nie złożono w urnie, nie wystawiono mu też nagrobka; pewne dokumenty i zamknięty w pewnej skrzyni przedmiot sprawiły bowiem, że wolano o nim zapomnieć. Niektórzy spośród dawnych jego znajomych zaprzeczają w ogóle, jakoby ktoś taki kiedykolwiek istniał.

Arthur Jermyn poszedł na wrzosowisko i spalił się po tym, jak zobaczył ów przedmiot w skrzyni, świeżo sprowadzony z Afryki. To właśnie za sprawą tego przedmiotu, nie zaś swej osobliwej aparycji, Arthur Jermyn targnął się na swoje życie. Mało kto cieszyłby się życiem, wyglądając tak osobliwie, Arthur Jermyn był wszakże poetą, uczonym, i nie dbał o takie błahostki. Po swych przodkach odziedziczył zapał do wiedzy: sir Robert Jermyn, jego prapradziadek z tytułem baroneta, zyskał sławę jako antropolog, a praprapradziadek sir Wade Jermyn był jednym z pierwszych odkrywców okolic Konga, pisał przebogate w wiedzę rozprawy o żyjących tam plemionach, zwierzętach i domniemanych zabytkach. Gorliwość, z jaką sir Wade oddawał się swym zainteresowaniom, graniczyła wręcz z manią. Jego książka Spostrzeżenia na temat niektórych regionów Afryki, zawierająca cudaczne domysły na temat istniejącej w prehistorycznym Kongu białej cywilizacji, została powszechnie wyśmiana. W 1765 roku nieustraszony ów odkrywca został umieszczony w przytułku dla obłąkanych w Huntingdon.

Szaleństwo u Jermynów przechodziło z ojca na syna, toteż nikt nie żałował, że ród ów był tak nieliczny; istotnie, nie miał żadnych bocznych gałęzi i wygasł wraz z bezpotomną śmiercią Arthura. Gdyby Arthur miał dzieci, nie wiadomo, co mógłby zrobić, ujrzawszy przysłany w skrzyni przedmiot. Jermynowie nigdy nie wyglądali prawidłowo, każdemu czegoś brakowało, Arthur zaś wyglądał najgorzej – jakkolwiek stare rodowe portrety w domu Jermynów zaświadczają, że dawniej, jeszcze przed sir Wade’em, zdarzały się wśród nich przystojne twarze. Szaleństwo zaczęło się niewątpliwie wraz z sir Wade’em, który obłędnymi opowieściami o Afryce wzbudził niegdyś wśród swych nielicznych przyjaciół rozkosz pomieszaną z grozą; dostatecznym świadectwem owego szaleństwa była jego kolekcja afrykańskich trofeów zawierająca okazy, jakich nie zbierałby i nie przechowywał żaden normalny człowiek, jeszcze dobitniejszym zaś – kompletne odosobnienie, w jakim trzymał swoją żonę. Była ona, jak twierdził, córką poznanego w Afryce portugalskiego kupca i nie przepadała za angielskimi obyczajami. Razem z maleńkim synkiem, urodzonym jeszcze w Afryce, towarzyszyła mężowi w drugiej, najdłuższej wyprawie, wybrała się też na trzecią i ostatnią, z której już nie wróciła. Była osobą o ekscentrycznym i gwałtownym usposobieniu, toteż nikt nigdy nie widział jej z bliska, nawet służba. Podczas krótkiego pobytu w Anglii zajmowała odległe skrzydło domu Jermynów, usługiwał jej zaś osobiście mąż. Najosobliwszą właściwością sir Wade’a była właśnie dbałość o rodzinę: gdy pojechał do Afryki, jedyną osobą, jaką dopuszczał do swego dziecka, była pewna wstrętna czarnoskóra Gwinejka, wróciwszy zaś do domu po śmierci lady Jermyn, całkowicie przejął opiekę nad synkiem.

O tym, że przyjaciele sir Wade’a uznali go za szaleńca, zdecydowały wszakże jego opowieści snute zwłaszcza po kilku głębszych. W racjonalnym wieku osiemnastym człowiek światły powinien być na tyle rozsądny, by nie opowiadać o dziwnych i obłędnych rzeczach, jakie dane mu było ujrzeć pod kongijskim niebem: o gigantycznych murach i kolumnadach zapomnianego miasta, murszejących i porosłych winnymi pnączami, o wilgotnych i cichych schodach z kamienia wiodących nieskończenie w mroczną głąb otchłannych lochów, skarbców i niepojętych katakumb. Szczególnie niemądrze było roić o żywych istotach być może nawiedzających to bezbożnie starodawne miasto – stworzeniach na poły dzikich, na poły ludzkich, tak bajecznych, że nawet Pliniusz opisałby je ze szczyptą sceptycyzmu; istotach, które mogły pojawić się na świecie po tym, jak umierające miasto – z jego kolumnami i murami, lochami i obłędnymi rzeźbami – opanowały wielkie małpy. Po powrocie z ostatniej wyprawy sir Wade opowiadał jednak o tym z niesamowitą, zatrważającą wręcz swadą, zwłaszcza w gospodzie Knight’s Head po trzecim kielichu; przechwalał się znaleziskami, które przywiózł z dżungli, i tym, że mieszkał w sobie tylko znanych zakątkach strasznych ruin. Wreszcie począł mówić o owych istotach w taki sposób, że zamknięto go w przytułku dla obłąkanych. Nie okazał wielkiego żalu, że znalazł się za kratami, w jego umyśle zaszła bowiem intrygująca zmiana: od kiedy jego syn zaczął wyrastać z wieku dziecięcego, własny dom stał się dla sir Wade’a miejscem coraz bardziej nienawistnym, aż wreszcie zaczął budzić w nim grozę. Zadomowił się na dobre w Knight’s Head; gdy zaś go zamknięto, okazywał wręcz coś na kształt wdzięczności, jak gdyby na wolności coś mu groziło. Trzy lata później zmarł.

Syn jego Philip był osobą doprawdy przedziwną. Jakkolwiek pod względem fizycznym bardzo przypominał ojca, wygląd i maniery miał tak ordynarne, że omijano go z daleka. Wbrew obawom nie odziedziczył po ojcu szaleństwa, był jednak wyjątkowo głupi, miewał też wybuchy nieokiełznanej gwałtowności. Posturę miał skromną, lecz był ogromnie silny i niewiarygodnie zwinny. Dwanaście lat po objęciu tytułu ożenił się z córką swego leśniczego, z pochodzenia – jak mówiono – Cyganką, jakby jednak ów mezalians tudzież jego prostackie zwyczaje nie były dostatecznym powodem ogólnej odrazy, jeszcze przed narodzinami syna zaciągnął się na okręt wojenny jako zwykły marynarz. Po zakończeniu amerykańskiej wojny o niepodległość pływał ponoć na jakimś statku handlowym do Afryki; swoją siłą i zwinnością we wspinaczce po wantach zaskarbił sobie nawet coś na kształt szacunku, jednak pewnej nocy, gdy jego statek kotwiczył u wybrzeży Konga, przepadł bez wieści.

Osobliwość rodziny Jermynów stała się rzeczą ogólnie akceptowaną, lecz syn Philipa sir Robert Jermyn nadał jej wymiar dziwny i tragiczny. Mimo pewnej dysharmonii w proporcjach ciała Robert był wysoki i wcale przystojny, niepozbawiony tajemniczego orientalnego wdzięku, i już za młodu dał się poznać jako obiecujący badacz i uczony. To właśnie on pierwszy przebadał naukowo potężny zbiór pamiątek, który jego szalony dziadek przywiózł był z Afryki i który rozsławił Jermynów jako rodzinę o tradycjach odkrywczych i etnologicznych. W roku 1815 sir Robert poślubił córkę siódmego wicehrabiego Brightholme’a, która w krótkim czasie urodziła mu trójkę dzieci; najstarszego i najmłodszego nigdy wszak nie pokazano publicznie ze względu na wrodzoną ułomność ciała i umysłu. Przybity rodzinnymi nieszczęściami uczony szukał pociechy w zajęciach naukowych; podjął także dwie długie wyprawy badawcze w głąb Afryki. W roku 1849 jego drugi syn Nevil, osobnik wyjątkowo odpychający, łączący w sobie – jak się zdawało – grubiaństwo Philipa Jermyna z wyniosłością Brightholme’ów, uciekł z pospolitą tancerką, uzyskał jednak ojcowskie przebaczenie, wróciwszy po roku – już jako wdowiec, za to w towarzystwie malutkiego synka Alfreda, który później miał zostać ojcem Arthura Jermyna.

Przyjaciele rodziny twierdzili później, że to właśnie owa seria zgryzot doprowadziła sir Roberta Jermyna do obłędu, jakkolwiek do ostatecznej katastrofy przyczyniła się prawdopodobnie szczypta afrykańskiego folkloru. Będąc w podeszłym już wieku, sir Robert zbierał legendy plemion Onga zamieszkujących rejony sąsiadujące z obszarem, który i on, i jego dziadek badali w trakcie swych wypraw – miał nadzieję, że uda mu się wyjaśnić zagadkę obłędnych opowieści sir Wade’a o zaginionym mieście i mieszkających w nim dziwacznych hybrydach. W osobliwych papierach swego szalonego przodka dostrzegł pewną konsekwencję, która mogła świadczyć o tym, że wyobraźnię jego pobudziły krążące wśród tamecznych ludów mity. Dziewiętnastego października 1852 roku do domu Jermynów przybył z wizytą odkrywca Samuel Seaton; przywiózł ze sobą rękopiśmienne notatki poczynione w trakcie wizyt u Ongasów z nadzieją, że znanego etnologa mogą zaciekawić pewne legendy o szarym mieście zamieszkanym przez białego boga i podległe mu plemię białych małp. Można przypuszczać, że w trakcie rozmowy ujawnił wiele szczegółów, lecz jakiej natury – nie dowie się już nikt, oto bowiem niespodziewanie rozpętała się seria zdarzeń tragicznych i odrażających: sir Robert Jermyn pojawił się samotnie w drzwiach biblioteki, pozostawiając za sobą uduszonego odkrywcę, i nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, pozbawił życia troje swych dzieci – ową niewidzianą przez nikogo dwójkę oraz syna, który niegdyś zasłynął haniebną ucieczką. Nevil Jermyn zginął w obronie swego dwuletniego synka, który najwidoczniej miał być kolejnym celem morderczego ataku oszalałego starca. Sir Robert został pojmany i po kilku nieudanych próbach samobójstwa, uparcie odmawiając wydania z siebie jakiegokolwiek artykułowanego dźwięku, w drugim roku pobytu w przytułku zmarł na apopleksję.

Sir Alfred Jermyn został baronetem, nim zdążył ukończyć czwarty rok życia, lecz swymi zamiłowaniami zadawał kłam szlacheckiemu tytułowi. W wieku dwudziestu lat przystąpił do trupy kabaretowej, a gdy miał lat trzydzieści sześć, porzucił żonę i dziecko i dołączył do objazdowego amerykańskiego cyrku. Zakończył życie w sposób wyjątkowo makabryczny. Wśród cyrkowych zwierząt znajdował się potężny goryl o nietypowo jasnej sierści, który swą zdumiewającą łagodnością zaskarbił sobie wśród cyrkowego personelu znaczną sympatię. Goryl ów budził w Alfredzie Jermynie osobliwą fascynację: obaj często zasiadali naprzeciwko siebie i długo wpatrywali się w swoje oblicza przez pręty klatki. W końcu Alfred poprosił o możność zajęcia się tresurą zwierzęcia i uzyskawszy pozwolenie, radził sobie z tym tak świetnie, że wzbudził zdumienie wśród widzów i kolegów po fachu. Pewnego ranka w Chicago, gdy Alfred i goryl odbywali nadzwyczaj zręczną próbę pojedynku na pięści, małpa wyprowadziła mocniejszy niż zwykle cios, przynosząc jej trenerowi amatorowi uszczerbek nie tylko na ciele, ale i na godności. O tym, co zdarzyło się później, pracownicy „Największego Widowiska Świata”* opowiadają niechętnie. Nie spodziewali się, że usłyszą z ust Alfreda Jermyna tak przeszywający, nieludzki wrzask i zobaczą, jak chwyta oburącz niezdarnego przeciwnika, ciska nim o podłogę klatki i z diabelską dzikością zatapia zęby w jego kudłatym gardle. Goryl dał się zaskoczyć, ale nie na długo: nim właściwy treser zdążył cokolwiek uczynić, z nieszczęsnego baroneta pozostał już tylko nierozpoznawalny zewłok.


II

Arthur Jermyn był synem sir Alfreda Jermyna i szansonistki kabaretowej nieznanego pochodzenia. Gdy Alfred uciekł do cyrku, żona jego wprowadziła się wraz z dzieckiem do domu Jermynów, gdzie nie było już nikogo, kto mógłby sprzeciwić się jej obecności. Jak się okazało, miała pewne pojęcie o tym, co przystoi szlachcicowi, i dopilnowała, by jej syn zdobył najlepsze wykształcenie, na jakie tylko pozwalały ograniczone rodzinne fundusze. Rodowy majątek zdążył niestety znacznie stopnieć, dwór popadł w pożałowania godną ruinę, lecz młody Arthur uwielbiał stare domostwo i wszystko, co się w nim znajdowało. Nie przypominał żadnego ze swych przodków, był bowiem poetą i marzycielem. Niektórzy sąsiedzi, znający opowieści o niewidzianej przez nikogo portugalskiej żonie sir Wade’a, uznali, że w Arthurze niechybnie odzywa się jej południowe pochodzenie; więcej wszelako było takich, którzy pokpiwali z jego wrażliwości na piękno, uważając, że odziedziczył je raczej po matce, osobie o niejasnym statusie społecznym. Poetyczna delikatność Arthura zwracała uwagę tym większą, że przejawiał ją młodzieniec o wyjątkowo ordynarnej aparycji. Dziwaczny i nieco odstręczający pokrój nie był w rodzie Jermynów rzadkością, przypadek Arthura był wszakże uderzający. Właściwie trudno było stwierdzić, do czego jest podobny – lecz rysy i wyraz jego twarzy w połączeniu z długością ramion sprawiały, że widząc go po raz pierwszy, trudno było opanować dreszcz odrazy.

Niedostatki wyglądu Natura wynagrodziła Arthurowi subtelnością umysłu i charakteru. Młodzieniec był mądry i wszechstronnie uzdolniony, w Oksfordzie dostąpił największych zaszczytów i wydawało się, że wskrzesi dawną chwałę Jermynów jako światłego rodu. Jakkolwiek przejawiał raczej temperament poetycki niż naukowy, zamierzał kontynuować etnologiczną i antykwaryczną działalność swych przodków, wykorzystując doprawdy cudowne, choć dziwaczne afrykańskie zbiory sir Wade’a. Często oddawał się fantastycznym rojeniom o prehistorycznej cywilizacji, w którą tak święcie wierzył szalony odkrywca, i układał niezliczone opowieści o zamarłym mieście w dżungli, pojawiającym się w co obłędniejszych ustępach jego pism. Mgliste wzmianki sir Wade’a o zagadkowej, niesłychanej rasie leśnych hybryd budziły w nim osobliwe uczucie fascynacji pomieszanej z grozą; Arthur snuł rozmaite przypuszczenia co do genezy owej fantazji, starał się też rzucić nieco światła na świeższe dane, jakie jego dziadek i Samuel Seaton zebrali wśród Ongasów.

W roku 1911, po śmierci matki, sir Arthur Jermyn postanowił rozwinąć swoje badania na niespotykaną pierwej skalę; sprzedał część swej posiadłości, za uzyskane tą drogą fundusze zorganizował ekspedycję i pożeglował do Konga. Na miejscu ułożył się z belgijskimi władzami, wynajął grupę przewodników i spędził rok na terenach zamieszkałych przez plemiona Onga i Kaliri. Informacje, które udało mu się zebrać, przeszły jego najśmielsze oczekiwania. Kalirisom przewodził sędziwy wódz Mwanu obdarzony nie tylko doskonałą pamięcią, ale i wyjątkową inteligencją. Mwanu interesował się także starymi legendami i potwierdził wszystkie znane Arthurowi opowieści, uzupełniając je własną, przekazaną mu przez przodków wersją mitu o kamiennym mieście i białych małpach.

Wódz twierdził, że leśne hybrydy wyginęły – przed wielu laty zgładziło je wojownicze plemię N’bangus. Plemię to nie tylko wycięło w pień mieszkańców szarego miasta i zburzyło większość budowli, ale osiągnęło też główny cel swego najazdu, czyli przywłaszczyło sobie obiekt kultu owych dziwnych istot – wypchane ciało białej małpiej bogini, zgodnie z tradycją kongijskich plemion uosabiającej postać rządzącej niegdyś w mieście księżniczki. Czym właściwie były owe małpoludy, Mwanu nie miał pojęcia – sądził jednak, że to właśnie one wzniosły kamienne miasto. Jermyn nie miał podstaw, by snuć na ich temat jakiekolwiek domysły, lecz po dokładniejszej indagacji udało mu się usłyszeć od wodza barwną legendę o wypchanej bogini.

Małpia księżniczka poślubiła mianowicie wielkiego białego boga, który przybył z Zachodu. Oboje przez długi czas sprawowali nad miastem wspólne rządy, lecz gdy urodził im się syn, zabrali go i wyjechali. Później biały bóg i księżniczka wrócili, a po śmierci księżniczki boski małżonek zmumifikował jej ciało i złożył je w olbrzymim kamiennym grobowcu, który następnie stał się miejscem jej czci. To uczyniwszy, wyjechał. W tym miejscu legenda zaczynała się rozszczepiać na trzy różne wersje. Jedna głosiła, że nic więcej się nie wydarzyło poza tym, że wypchana bogini zaczęła symbolizować wyższość plemienia, które akurat było w jej posiadaniu – dlatego właśnie porwali ją N’bangusi. Zgodnie z wersją drugą bóg powrócił i skonał u stóp swej zmumifikowanej małżonki. Wersja trzecia głosiła, że powrócił jego syn, osiągnąwszy pełnię wieku męskiego – lub może małpiego czy boskiego – lecz nieświadom własnej tożsamości. Trzeba przyznać, że obdarzone wyobraźnią dzikusy wycisnęły z wymyślnej legendy, ile tylko się dało.

Arthur Jermyn nie wątpił już ani trochę, że opisane przez sir Wade’a miasto istniało naprawdę – i nie zdziwił się, gdy w początkach roku 1912 udało mu się wreszcie odnaleźć jego szczątki. W legendach wyolbrzymiano nieco rozmiary miasta, wszelako mnogość kamiennych ruin świadczyła o tym, że nie była to zwykła murzyńska wioska. Niestety, nie udało się znaleźć żadnych rzeźb, skromne zaś środki, jakimi dysponowała ekspedycja, nie pozwoliły na podjęcie dokładniejszych badań – odkryto jedynie korytarz, który ponad wszelką wątpliwość prowadził do wspomnianego przez sir Wade’a systemu lochów. Jermyn wypytywał wszystkich okolicznych wodzów o białe małpy i wypchaną boginię, dopiero jednak w rozmowie z Europejczykiem udało mu się potwierdzić informacje uzyskane od Mwanu. M. Verhaeren, belgijski agent handlowy stacjonujący w faktorii nad rzeką Kongo, twierdził, że jest w stanie nie tylko zlokalizować, ale i zdobyć wypchaną boginię – potężni niegdyś N’bangusi byli teraz potulnymi poddanymi króla Belgii Alberta i drobna perswazja powinna wystarczyć, by rozstali się z uprowadzonym przed laty makabrycznym bóstwem. Jermyn odpływał tedy do Anglii przepełniony radosną nadzieją, że w ciągu kilku miesięcy otrzyma bezcenny etnologiczny okaz potwierdzający najobłędniejsze opowieści jego praprapradziadka – a raczej najobłędniejsze spośród tych, jakie zdarzyło mu się słyszeć; dziedzice majątków sąsiadujących z posiadłością Jermynów być może znali opowieści jeszcze bardziej niewiarygodne, przekazane im przez przodków, którzy pijali z sir Wade’em w Knight’s Head.

Arthur Jermyn czekał cierpliwie na przesyłkę od M. Verhaerena, coraz dogłębniej studiując rękopisy swego szalonego przodka. Poczuł, że łączy go z nim silna więź, przeto nie tylko badał owoce afrykańskich wyczynów sir Wade’a, ale zaczął też poszukiwać śladów jego życia osobistego w Anglii. Ustnych przekazów o tajemniczej, trzymanej w odosobnieniu dziedziczce było w bród, lecz w całym domu nie pozostał po niej ani jeden ślad materialny. Jermyn próbował dociec, co też mogło sprawić, że sir Wade tak skrzętnie ukrył swą żonę przed światem – i uznał, że przyczyną był jego obłęd. Była ponoć córką portugalskiego kupca; jako kobieta praktyczna i powierzchownie znająca Czarny Ląd z pewnością pokpiwała sobie z męża, gdy bajał o tym, co widział we wnętrzu kontynentu, sir Wade nie był zaś mężczyzną, który puszcza takie rzeczy płazem. Zmarła w Afryce – zapewne mąż zaciągnął ją tam, by na własne oczy przekonała się, że mówił prawdę. Arthur folgował sobie w domysłach, zdawał sobie jednak sprawę, że półtora stulecia po śmierci obojga przodków snucie takich domniemań jest zajęciem raczej jałowym.

W czerwcu 1913 roku przyszedł list od M. Verhaerena. Belg donosił, że znalazł wypchaną boginię, i zapewniał, że jest to przedmiot doprawdy nadzwyczajny – przedmiot, którego jako laik nie jest w stanie sklasyfikować. Tylko uczony mógłby stwierdzić, czy jest to mumia ludzka, czy też małpia, rozróżnienie owo mogło zaś być w tej mierze trudne, że zachowała się w nie najlepszym stanie. Czas i kongijski klimat nie obchodzą zbyt łaskawie się z mumiami, zwłaszcza tak amatorsko spreparowanymi. Małpia księżniczka miała na szyi łańcuszek z pustym medalionem ozdobionym rodowym herbem; najwidoczniej N’bangusi zabrali go jakiemuś nieszczęsnemu podróżnikowi i zawiesili jej na szyi jako amulet. Komentując rysy twarzy bogini, M. Verhaeren pozwolił sobie na kuriozalne porównanie – czy raczej w żartobliwy sposób zastanawiał się, jakie też zrobią one wrażenie na jego korespondencie; był jednak na tyle zainteresowany naukowymi aspektami znaleziska, że nie rozpisywał się o tym zbyt szeroko. Najważniejsze, że wypchana bogini została już należycie zapakowana i powinna dotrzeć do Jermyna około miesiąca po otrzymaniu listu.

Skrzynia przybyła do domu Jermynów 3 sierpnia 1913 roku. Dostarczono ją po południu i niezwłocznie wniesiono do dużej komnaty mieszczącej zbiór afrykańskich eksponatów, urządzony przez sir Roberta i samego Arthura. O tym, co zdarzyło się potem, najlepiej zaświadczają relacje służby oraz zbadane później rzeczy i dokumenty związane ze sprawą. Najbardziej obszerna i spójna opowieść pochodzi od kamerdynera Soamesa, człowieka sędziwego i godnego zaufania. Wedle jego słów sir Arthur Jermyn wyprosił wszystkich z komnaty i został sam na sam ze skrzynią, a dochodzące zza zamkniętych drzwi uderzenia młotka i dłuta świadczyły o tym, że nie zwlekał z jej otwarciem. Przez pewien czas nie było słychać nic ponadto; jak długo – Soames nie umiał określić, lecz z pewnością nie dłużej niż kwadrans. Nagle rozległ się przerażający wrzask, bez wątpienia Jermyna, po chwili zaś młodzieniec wybiegł z komnaty i rzucił się w stronę głównego wyjścia z domu, jak gdyby ścigał go ohydny wróg. Wyrazu jego twarzy – która nawet spokojna wyglądała dostatecznie upiornie – nie da się opisać. Tuż przed drzwiami Arthur zatrzymał się, jak gdyby tknięty nagłą myślą, zawrócił na pięcie i zniknął na schodach do piwnicy. Osłupiała służba zgromadziła się u ich szczytu i czekała, lecz pan już się nie pojawił; z dołu dochodziła jedynie silna woń nafty. Gdy zapadł zmierzch, chłopiec stajenny usłyszał grzechot zamka w drzwiach wiodących z piwnicy wprost na dziedziniec, po chwili zaś ujrzał, jak lśniący od stóp do głów i cuchnący naftą Arthur Jermyn przemyka się pod ścianami, a potem znika na otaczających dwór czarnych wrzosowiskach. Wówczas wszyscy ujrzeli coś, co przejęło ich najwyższą zgrozą: na wrzosowisku błysnęła iskra, buchnął płomień i w niebo wystrzeliła kolumna ludzkiego ognia. Ród Jermynów przestał istnieć.

Powód, dla którego nie zebrano i nie pogrzebano zwęglonych szczątków Arthura Jermyna, odkryto później; była nim głównie przysłana w skrzyni istota. Wypchana bogini, przegniła i spróchniała, przedstawiała sobą widok obrzydliwy, ponad wszelką wątpliwość była to jednak zmumifikowana małpa nieznanego gatunku, mniej owłosiona niż wszelkie znane małpy i nieskończenie bliższa gatunkowi ludzkiemu – w istocie bliska wręcz wstrząsająco. Dokładny opis nie byłby zbyt przyjemny, trzeba jednak wspomnieć o dwóch istotnych szczegółach, w odrażający sposób odpowiadają one bowiem niektórym zapiskom z afrykańskich wypraw sir Wade’a oraz kongijskim legendom o białym bogu i małpiej księżniczce. Szczegóły owe są następujące: po pierwsze, herb na pustym medalionie był herbem Jermynów; po drugie, żartobliwa sugestia M. Verhaerena na temat czyjegoś podobieństwa do zasuszonej twarzy dotyczyła – co objawiło się z najżywszą, upiorną grozą zwyrodnienia – nikogo innego jak tylko Arthura Jermyna, wrażliwego prapraprawnuka sir Wade’a Jermyna i jego nieznanej żony. Przedstawiciele Królewskiego Instytutu Antropologicznego spalili mumię, medalion wrzucili do studni, niektórzy zaś z nich zaprzeczają, jakoby Arthur Jermyn kiedykolwiek istniał.


* „The Greatest Show on Earth”, amerykański cyrk założony w roku 1881 przez słynnych impresariów P.T. Barnuma i Jamesa A. Baileya (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).




Wyrzutek

W noc ową baron staczał bój z koszmarem,

Panów rycerzy gnały w snach straszliwych

Chmary glist z trumien, biesy, wiedźmy, dziwy.

Keats*

Nieszczęsny, kto ze wspomnień swoich lat dziecięcych czerpie jeno żałość i trwogę. Biada temu, kto wraca pamięcią do samotnych godzin w potężnych, ponurych komnatach przybranych w brązowe draperie i zastawionych szeregami obmierzłych starożytnych ksiąg, kto wspomina, jak z bojaźnią wpatrywał się w zmroczniałe, ciche gaje gigantycznych, oplecionych winną latoroślą drzew, rozfalowanych gdzieś w dali gąszczem groteskowych koron. Taki bogowie zgotowali mi los – mnie, oszołomionemu, rozczarowanemu, mnie, złamanej, jałowej istocie. A przecież jednak ze zwiędłych tych wspomnień czerpię dziwną radość, hołubię je w sobie z trwożną rozpaczą – ilekroć myśl moja, omsknąwszy się, sięgnie do tego, co zdarzyło się potem.

Nie wiem, gdzie przyszedłem na świat. Wiem tylko, że zamek był stary i straszny ponad wszelkie pojęcie, pełen ciemnych przejść, a sufity miał tak wysokie, że sięgnąwszy okiem wzwyż, widziało się jeno pajęczyny i cienie. Murszejące kamienne korytarze powleczone były zawsze ohydną wilgocią, wszędy unosił się też odór przeklęty, jakby wyziew ze stosu nagromadzonych z biegiem pokoleń trupów. Nigdy nie rozświetlały go najlichsze nawet lampy, niekiedy zapalałem więc świece i z ulgą zatapiałem wzrok w ich płomieniu; z zewnątrz nie docierało też słońce, albowiem nawet szczyt najwyższej dostępnej mi wieży ginął w pomroce rzucanej z góry przez niebotyczne drzewa. Jedna tylko czarna wieżyca wzbijała się ponad ów gąszcz straszliwy, w nieznane, niedosiężne niebo – była wszakże częściowo zrujnowana, tedy aby dotrzeć na jej szczyt, trzeba by dokonać sztuki omal niemożliwej: kamień po kamieniu wspiąć się po nagim murze.

Zamek ów niechybnie był moim mieszkaniem, lecz jak wiele trwało to lat – nie pomnę. Ktoś zapewne troszczył się o me cielesne potrzeby, jakkolwiek nie pamiętam zgoła nikogo prócz mej własnej osoby – ani żadnych żywych stworzeń prócz bezszelestnych szczurów, pająków i nietoperzy. Ktokolwiek mię wychował, musiał być chyba przeraźliwie wiekowy, gdy wspomnę bowiem moje najpierwsze wyobrażenie żywej istoty, widzę kogoś, kto jest do mnie złudliwie podobny, tyle że poskręcany zgrzybiałym uwiądem starości, tak jak i cały zamek. Nie widziałem nic groteskowego w stosach kości i szkieletów zawalających krypty w najgłębszych lochach zamczyska. Roiłem sobie fantastycznie, że jest to widok powszedni i zwyczajny, miałem je za rzecz naturalniejszą niźli żywe istoty z barwnych rycin, które znajdowałem w zapleśniałych księgach. Z takich właśnie ksiąg czerpałem całą wiedzę. Nikt mię nie kształcił, nie naglił do nauki, nie przypominam sobie też, bym przez te wszystkie lata choć raz usłyszał ludzki głos – nawet własny; jakkolwiek bowiem z lektur wiedziałem, że istnieje mowa, nigdy nie próbowałem wydobyć z siebie głosu. Nie mniejszą zagadkę stanowił mój wygląd: w zamku nie było luster, toteż jeno instynkt podpowiadał mi, że muszę być podobny do młodzieńców wyrysowanych i wymalowanych w księgach. Czułem się młody, ponieważ pamięć moja nie sięgała daleko.

Po drugiej stronie fosy, z dala od jej gnilnych wyziewów, kładłem się często w cieniu mrocznych, niemych drzew i godzinami marzyłem o tym, com wyczytał w księgach. Myśl moja wyrywała się hen, za bezkresną puszczę, do słonecznego świata, oczyma wyobraźni widziałem siebie śród wesołych tłumów. Któregoś razu spróbowałem wyrwać się z lasu, lecz gdy tylko oddaliłem się od zamku, cienie jęły gęstnieć, a powietrze wypełniło się posępną trwogą – rzuciłem się przeto jak szaleniec z powrotem, aby tylko nie zgubić się w labiryncie milkliwej pomroki.

I tak upływały nieprzeliczone zmierzchy, a ja śniłem i czekałem; na com wszakże czekał – nie wiedziałem. Z czasem jednak tęsknota za światłem roztętniła się we mnie tak szaleńczo, że nie mogłem już zdzierżyć mej cienistej pustelni – i błagalnie wyciągałem ręce ku czarnej zrujnowanej wieży, która wystrzelała hen, ponad puszczę, wprost w nieznane, niedosiężne niebo. Aż wreszcie postanowiłem, że wdrapię się na nią, choćbym nawet miał przypłacić to upadkiem – wolałem sczeznąć, ujrzawszy choć przez chwilę niebo, niż żyć, aż do śmierci nie widząc światła dnia.

W wilgnym półmroku wspinałem się po wytartych, wiekowych stopniach z kamienia, dopokąd się nie urwały – dalej już pełzłem po ścianie, chwytając się wątłych występów. Straszliwe, upiorne było to miejsce: wymarły, skalisty cylinder bez schodów – zrujnowany, opuszczony, posępnie oskrzydlony czernią spłoszonych nietoperzy śmigających bez szmeru. Lecz jeszcze upiorniejsza, jeszcze straszliwsza była powolność, z jaką piąłem się w górę; ciemność nad mą głową nie rzedła bowiem ani trochę, nadto zaś przeszył mię nieobecny pierwej chłód, jakby ziemisty wyziew grobowej zmurszałości. Dygocząc z zimna, zachodziłem w głowę, czemu jeszcze nie dotarłem do światła; mogłem spojrzeć w dół, lecz nie śmiałem. Łudziłem się, że nagle zapadła noc; chciałem wyjrzeć na zewnątrz i oszacować, na jakiej jestem wysokości, wolną ręką szukałem tedy w ścianie wnęk okiennych – lecz na próżno.

Piąłem się na oślep w tej rozpacznej studni, zda się bez końca – gdy wtem uderzyłem głową w coś twardego; domyśliłem się, że mam nad sobą dach, a przynajmniej jeszcze wyższe piętro. W ciemnościach uniosłem rękę i zmacałem przeszkodę; była kamienna, nieporuszona. Puściłem się tedy na śmiertelnie niebezpieczny obchód całego koliska wieży, chwytając się wszelkich załomów, jakie kryły się w oślizłej ścianie; w którymś wreszcie miejscu pod naciskiem mej dłoni przeszkoda ustąpiła, podciągnąłem się więc na rękach, głową zaś wparłem się w ustępliwą płytę czy klapę. W szczelinie nie zabłysło światło, a dźwignąwszy się wyżej, ujrzałem, że nie jest to bynajmniej kres mej wspinaczki; okazało się bowiem, że otworzyłem zapadnię w płaskiej kamiennej podłodze, mającej obwód większy niźli niższa wieża. Bez wątpienia znalazłem się w jakimś przestronnym napowietrznym obserwatorium. Ostrożnie przelazłem przez otwór; starałem się nie upuścić ciężkiej płyty, ale na próżno – z upiornym łoskotem upadła na swe dawne miejsce. Zległem więc bez tchu na kamiennej posadzce, nie tracąc wszelako nadziei, że w razie potrzeby uda mi się ją na powrót otworzyć.

Byłem przekonany, że wspiąłem się na wysokość niebotyczną, daleko ponad przeklętą leśną gęstwinę – dźwignąłem się tedy z podłogi i jąłem szukać okien, przez które mógłbym po raz pierwszy ujrzeć niebo, księżyc i gwiazdy, o których czytałem w książkach. W którąkolwiek jednak stronę się zwróciłem, tam spotykało mię rozczarowanie: wszędy znajdowałem jeno masywne marmurowe półki, a na nich – ohydne podłużne skrzynie niepokojących rozmiarów. Szukając, zachodziłem zaś w głowę, jakież to zamierzchłe tajemnice mogą się kryć w tym niedosiężnym siedliszczu, które upływ eonów odciął od niższego zamku. Nagle, zgoła niespodzianie, wymacałem wnękę, a w niej – kamienne dźwierze rżnięte w jakieś dziwne wzory. Pchnąłem – były zamknięte; uczułem jednak w sobie siłę mocarza, natężyłem się – i dźwierze ustąpiły, to zaś, co ujrzałem za nimi, wprawiło mię w najczystszą, nieznaną pierwej ekstazę. Ujrzałem bowiem kamienne, biegnące w górę schodki, u ich szczytu żelazną kratę, przez kratę przelewał się zaś blask księżyca w pełni – który dotąd oglądałem jeno w snach i mgławych zwidach, nie śmiąc ich nazwać wspomnieniami.

Rojąc sobie, że dotarłem na sam wierzchołek zamku, popędziłem w górę po kamiennych stopniach; raptem jednak księżyc zaszedł za chmurę, w mroku potknąłem się – i zwolniłem, by dalej posuwać się już krok po kroku. Gdy dotarłem do kraty, wciąż jeszcze było ciemno; pchnąłem ją delikatnie – nie była zamknięta, sądząc wszelako, że znajduję się na zawrotnych wyżynach, nie otwierałem jej, lękając się upadku. Aż wreszcie księżyc wyjrzał zza chmur.

Najbardziej arcydiabelskim wstrząsem, jaki można sobie wyobrazić, jest ów, gdy wpadamy w otchłań niespodziewanego, gdy niewiarygodność graniczy z groteską. Doprawdy, żadne z dotychczasowych przeżyć nie zatrwożyło mię bardziej niż widok, który miałem teraz przed oczyma – oraz kryjąca się w nim zapowiedź przecudacznych dziwów. Widok ów był tyleż zdumiewający, co błahy: oto bowiem miast zawrotnej panoramy drzewnych koron, widzianych z wyżyn strzelistej wieżycy, za żelazną kratą rozpościerał się ni mniej, ni więcej jak tylko twardy grunt, tu i ówdzie urozmaicony marmurowymi płytami i zdobny w takież kolumny. Ponad wszystkim górował prastary kamienny kościół; księżycowy blask łyskał widmowo na zrujnowanej iglicy.

Półprzytomnie otworzyłem kratę i wytoczyłem się chwiejnie na białą żwirową ścieżkę ciągnącą się w obu kierunkach. Jakkolwiek w głowie kłębiło mi się rojowisko wrażeń, wciąż szaleńczo łaknąłem światła, tedy nawet ten fantastyczny cud nie mógł mię odwieść od mych dążeń. Nie wiedziałem – i nie dbałem o to – czy to, co widzę, jest wytworem obłędu, przyśnienia czy mocy czarodziejskich; za wszelką cenę gotów byłem szukać jasności i wesela. Nie wiedziałem, kim bądź czym jestem ani w jakim znalazłem się miejscu; lecz w miarę jak posuwałem się naprzód chwiejnym krokiem, jęła budzić się we mnie jakaś zatrważająca uśpiona pamięć – toteż kierunek mego marszu nie był zgoła przypadkowy. Minąłem łukowatą bramę, opuszczając miejsce pełne płyt i kolumn, i wyszedłem na otwarte pole. Czasem trzymałem się drogi, czasem natomiast ciekawość wiodła mię na przełaj przez łąki, gdzie rozrzucone z rzadka resztki ruin były ostatnim już śladem po starożytnych, zapomnianych gościńcach. Przepłynąłem nawet przez bystrą rzekę – omszałe kikuty filarów wskazywały, że jej brzegi ongiś spajał most.

Minęły z pewnością co najmniej dwie godziny, nim dotarłem do miejsca stanowiącego – jak mi się zdawało – cel mej wędrówki. Było to dostojne zamczysko w oplotach bluszczu, stojące śród gęstego parku; wydało mi się obmierźle znajome, a zarazem w przejmujący sposób obce. Postrzegłem, że fosa jest pełna, część zaś znajomych wież została zburzona, zdumiałem się natomiast, widząc świeżo dobudowane skrzydła. Najbardziej wszakże zainteresował mię i uradował widok otwartych okien – przepysznie rozgorzałych światłem i buchających wrzawą najprzedniejszej hulanki. Zbliżywszy się do jednego z nich, zajrzałem do środka. Oczom moim istotnie ukazała się gwarliwa kompania, cudacznie poprzebierana i tryskająca najwyborniejszym humorem. Najwyraźniej nigdy dotąd nie dane mi było słyszeć ludzkiej mowy, bo treści tych wesołych przekomarzań mogłem się jeno mgliście domyślać. Wyraz niektórych twarzy odzywał się we mnie echem niepojęcie odległych wspomnień, inne wydały mi się zgoła obce.

Niewiele myśląc, przesadziłem niski parapet okienny i znalazłem się w rzęsiście rozjarzonej komnacie – wszelako ten jeden krok zdmuchnął we mnie płomyk nadziei i wtrącił mię w bezdeń najczarniejszej rozpaczy. Koszmar rozpętał się w okamgnieniu! Moje najście spotkało się z najprzeraźliwszym przyjęciem, jakie mogłem sobie wyobrazić: gdy tylko wesoła kompania zoczyła mię w oknie, przeszył ją dreszcz niespodziewanej trwogi – tak przejmującej, że wszystkie twarze wykrzywiły się w ohydnym grymasie, a z gardeł wyrwał się najszkaradniejszy wrzask. Zamęt był nieopisany: rażeni paniką biesiadnicy rozpierzchli się na wszystkie strony, niektórzy padali bez zmysłów na ziemię i towarzysze ciągnęli ich na oślep do wyjścia; inni zasłaniali oczy i gnali po omacku ku pierwszym lepszym drzwiom, przewracając meble i wpadając na ściany.

Wrzask poraził mię, oszołomił. Stałem sam jak palec w przepysznej komnacie, słuchając, jak echo zamiera gdzieś w głębiach zamku, i nagle zadrżałem – pojąłem bowiem, że sprawcą tej nagłej paniki musiała być jakaś niepostrzegalna wciąż dla mnie maszkara. Rozejrzałem się z grubsza – pokój wydawał się opustoszały. Potem jednak ruszyłem ku jednej z alków, i zdało mi się, że ktoś tam jest: w sąsiedniej, dość podobnej komnacie, skroś złotych, łukowo wysklepionych odrzwi dostrzegłem nikły pozór ruchu. Gdy podszedłem bliżej, tajemnicza postać przybrała kształt wyraźniejszy – i wówczas po raz pierwszy i ostatni w mym życiu wydałem z siebie głos: upiorny skowyt, który zbrzydził mię nie mniej niźli jego plugawa przyczyna. Oto w pełni swej strasznej ohydy stało przede mną monstrum niepojęte, nieopisane, niewysławialne – to samo, które w okamgnieniu zmieniło radosną kompanię w szaleńczo rozpierzchłą gromadę.

Jak ów potwór wyglądał – nie umiem opisać nawet w przybliżeniu; był zlepkiem wszystkiego, co nieczyste, niesamowite, nieprzyjazne, nienormalne i odrażające. Było to piekielne widmo najrozpaczniejszej strupieszałości i rozkładu, ociekający zgnilizną zwid objawiający treść chorobliwą, uchylony rąbek wszetecznych sekretów, które miłosierna ziemia winna trzymać w ukryciu. Bóg mi świadkiem, że nie była to istota z tego świata – bądź już nie z tego świata – lecz o zgrozo, w jej kościanych, zgniło rozścierwionych kształtach widziałem przebrzydłą, szyderczą parodię ciała ludzkiego, na domiar złego zaś – co przejęło mię wstrętem wręcz niewysłowionym – tak zatęchle, grzybiasto zmurszałą!

Groza mię sparaliżowała, wszelako nie na tyle, bym nie podjął nieporadnej próby ucieczki; cofnąłem się o krok – lecz nadaremno! Bezimienne, bezgłośne monstrum zniewoliło mię spojrzeniem swych wstrętnych, szklistych ślepiów. Nie mogłem zmrużyć powiek, patrzyłem więc jeno jak zaczarowany – całe szczęście, że po pierwszej chwili zgrozy wzrok mój litościwie się omglił, zacierając ów widok straszliwy. Próbowałem unieść rękę, by się przed nim zasłonić, lecz odrętwiałe nerwy nie chciały mię słuchać. Pod wpływem tej próby daremnej zachwiałem się wszakże, tedy musiałem postąpić kilka kroków naprzód, by uniknąć upadku. Uczyniwszy to, zdałem sobie nagle z przerażeniem sprawę, że wstrętne ścierwo jest tuż obok mnie – roiło mi się wręcz, że słyszę jego cuchnący, głuchy oddech. Bliski obłędu zdołałem jednak wyciągnąć rękę ostrzegawczym gestem, pragnąc dać odpór nadciągającej ohydzie – i w tej sekundzie nastąpiła katastrofa, zdarzenie piekielne, jakby wyśnione w kosmicznym koszmarze: oto pod samym złotym łukiem moje palce dotknęły gnijącej łapy potwora.

Nie wrzasnąłem już – za to w mym imieniu wrzasnął chór upiornych strzyg cwałujących na skrzydłach nocnego wiatru – a w tej samej chwili obruszyła się we mnie lawina wspomnień, od których nicestwieje dusza. Objawiły mi się wszelkie rzeczy przeszłe; nie tylko przypomniałem sobie, skąd wziął się straszny leśny zamek, gdzie przyszedłem na świat, nie tylko rozpoznałem odmienione gmaszysko, w którym byłem teraz, ale także – co zatrwożyło mię najokropniej – cofnąwszy zbrukane palce, poznałem, kim jest bluźniercze szkaradzieństwo wytrzeszczone na mnie z naprzeciwka.

Lecz przecież w kosmosie prócz udręki można też zaznać ukojenia – a zwie się ono nepenthe. W tej najprzeraźliwszej sekundzie zdążyłem zapomnieć, co mię przeraziło, a rozbłysk czarnych wspomnień zgasł w powodzi skłębionych obrazów. We śnie czmychnąłem z przeklętego, widmowego dworzyszcza, w blasku księżyca stopy niosły mię chyżo, bezszelestnie. Wróciłem na marmurowy dziedziniec kościoła i zszedłem do krypty, lecz gdy próbowałem dźwignąć zapadnię, a ta ani drgnęła, nie uczułem żalu – nienawidziłem mego starożytnego zamczyska i dookolnych drzew. Przyjęła mię kompania przyjaznych, kpiarskich strzyg – razem cwałujemy na skrzydłach nocnego wiatru, a za dnia igramy śród katakumb Nephrena-Ka, w strzeżonej, nieznanej dolinie Hadoth nad Nilem. Wiem już, że nie zaznam światła innego niż to, którym księżyc oblewa skalne grobowce w Neb, ani innego wesela niż nieopisane uczty królowej Nitokris popod Wielką Piramidą – lecz w mym swobodnym, dzikim rozkiełznaniu obcość jest mi niemal słodka.

Jakkolwiek bowiem kojący jest balsam nepenthe, nigdy nie zapomnę, że jestem wyrzutkiem – jestem obcy w mym stuleciu, obcy śród tych, co pozostali ludźmi. Wiem o tym od chwili, gdym wyciągnął dłoń w stronę szkaradzieństwa wewnątrz wielkiej pozłacanej ramy – gdym wyciągnął dłoń i dotknął zimnej, gładkiej, niewzruszonej powierzchni zwierciadła.


* Wigilia św. Agnieszki, tłum. Zofia Kierszys.




Muzyka Ericha Zanna

Z najwyższą starannością przestudiowałem plany miasta, lecz na żadnym nie udało mi odnaleźć Rue d’Auseil. Nie ograniczyłem się bynajmniej do map współczesnych – wiem przecież, że nazwy się zmieniają. Owszem, zagłębiłem się także w dokumentach historycznych; ponadto osobiście przeszukałem każdą dzielnicę, bez względu na jej nazwę, w której mogła znajdować się ulica znana mi jako Rue d’Auseil. To doprawdy upokarzające, ale mimo wszelkich starań nie potrafię odnaleźć domu, ulicy ani nawet okolicy, gdzie w ostatnich miesiącach mego ubogiego bytowania jako studenta metafizyki zdarzyło mi się słyszeć muzykę Ericha Zanna.

Nic zresztą dziwnego, że pamięć mi szwankuje; w czasie gdy mieszkałem przy Rue d’Auseil, poniosłem bowiem poważny uszczerbek na zdrowiu, zarówno cielesnym, jak psychicznym; nie przypominam sobie również, bym zaprosił tam kogokolwiek z nielicznych mych znajomych. To, że nie mogę tego miejsca odnaleźć, zdumiewa mnie jednak i frapuje – leżało wszak ledwie pół godziny marszu od uniwersytetu, a przy tym było w swych osobliwościach tak niepowtarzalne, że każdy, kto ujrzałby je choć raz, raczej by go nie zapomniał. A jednak nie spotkałem nikogo, kto widziałby Rue d’Auseil.

Ulica leżała na drugim brzegu ciemnej rzeki, nad którą górowały niebotyczne ceglane ściany magazynów o zamazanych oknach i pretensjonalny most z ciemnego kamienia. Rzekę zawsze spowijał półmrok, jak gdyby słońce nie mogło przedrzeć się przez dym z pobliskich fabryk. Cuchnęła też plugawie i być może dzięki temu uda mi się kiedyś ją odnaleźć – fetorów takich nie czułem nigdzie indziej, przeto rozpoznałbym to miejsce natychmiast. Po drugiej stronie mostu znajdowały się brukowane zaułki pocięte szynami; potem szło się pod górę, zrazu łagodnie, a potem, im bliżej Rue d’Auseil, niewiarygodnie wręcz stromo.



NIGDY JUŻ NIE UDAŁO MI SIĘ ODNALEŹĆ RUE D’AUSEIL


Nigdy wcześniej ani później nie widziałem ulicy tak wąskiej i spadzistej. Było to niemal urwisko, zamknięte dla wszelkich pojazdów, w kilku miejscach przechodzące w schodki, a na szczycie kończące się wysokim murem w oplotach bluszczu. Wyłożone było rozmaicie: kamiennymi płytami, kocimi łbami, gdzieniegdzie wyłaniały się nawet spłachetki gołej ziemi porośniętej lichą zielonkawoszarą roślinnością. Wysokie, niewiarygodnie stare kamienice o kalenicowych dachach miotały się szaleńczo to w przód, to w tył, to na boki. Kilka stojących naprzeciw siebie budynków chyliło się jednako ku przodowi, spinając ulicę dachami na podobieństwo łukowego sklepienia; rzecz jasna skutecznie odcinały ją od światła. Niektóre domy połączone były mostkami.

Szczególne wrażenie zrobili na mnie tamtejsi mieszkańcy. Zrazu sądziłem, że frapuje mnie ich małomówność i powściągliwość; później wszelako za najosobliwsze uznałem to, iż wszyscy są niezwykle sędziwi. Sam nie wiem, jak mogłem zamieszkać przy takiej ulicy, ale wprowadzając się tam, z pewnością nie byłem sobą. Mieszkałem już wcześniej w niejednej nędznej norze, zewsząd wyrzucano mnie za brak pieniędzy na komorne; wreszcie trafiłem na Rue d’Auseil, do chwiejącej się kamienicy, w której stróżował paralityk Blandot. Był to trzeci dom od szczytu i zdecydowanie najwyższy na całej ulicy.

Pokój mój mieścił się na najwyższym, czwartym piętrze, a ponieważ kamienica świeciła pustkami, pozostałe sąsiadujące z moim pokoje były niezamieszkane. Już pierwszej nocy z poddasza doleciała mych uszu dziwna muzyka. Nazajutrz zagadnąłem o nią Blandota i dowiedziałem się, że mieszka tam stary Niemiec, dziwny niemowa podpisujący się jako Erich Zann, grający na wioli w orkiestrze jakiegoś podrzędnego teatru. Zann lubił grywać nocą po powrocie z pracy i z tego właśnie względu zamieszkał tak wysoko, w pojedynczym pokoju na poddaszu; jego okno było jedynym punktem, z którego widać było panoramę rozciągającą się w dół za wieńczącym uliczkę murem.

Od tej pory słyszałem Zanna każdej nocy i choć nie dawał mi spać, jego muzyka oczarowała mnie swą niesamowitością. Nieszczególnie znałem się na sztuce, wszelako byłem pewien, że nigdy wcześniej nie słyszałem podobnych harmonii; doszedłem do wniosku, że mam do czynienia z oryginalnym, niepospolicie utalentowanym kompozytorem. Im więcej go słuchałem, tym bardziej rosła we mnie fascynacja; po tygodniu postanowiłem, że zawrę z nim znajomość.

Pewnej nocy, gdy Zann wracał właśnie z teatru, zatrzymałem go w korytarzu i oznajmiłem, że chciałbym go poznać i posłuchać jego gry. Był drobnym, szczupłym i przygarbionym staruszkiem w znoszonym ubraniu, miał niebieskie oczy, groteskową twarz satyra i niemal zupełnie łysą głowę; na moje zagajenie zareagował, jak mi się zdawało, złością i trwogą. Widząc, że odnoszę się doń przyjaźnie, złagodniał wreszcie i niechętnie dał mi znak, bym ruszył za nim po krętych, skrzypiących i rozchwierutanych schodach. Jego pokój, jeden z dwóch zaledwie, jakie mieściły się pod spadzistym dachem, wychodził na zachód, wprost na wysoki mur zamykający uliczkę. Był bardzo duży, a z racji niezwykłej wręcz skromności obskurnego wyposażenia wydawał się jeszcze większy. Umeblowanie ograniczało się do żelaznego łóżka bez materaca, odrapanego stojaka z miednicą, małego stolika, dużego regału z książkami, żelaznego pulpitu na nuty i trzech staroświeckich krzeseł. Na podłodze piętrzyły się bezładnie stosy nut. Ściany były z gołych desek, prawdopodobnie nikt ich nigdy nie tynkował; wrażenie zaniedbania i opuszczenia potęgowały wszechobecne pajęczyny i zwały kurzu. Widać było, że Erich Zann szuka piękna wyłącznie w najdalszych zakątkach kosmosu wyobraźni.

Niemowa wskazał mi krzesło, zamknął drzwi na duży drewniany rygiel i zapalił drugą świecę. Następnie otworzył przeżarty przez mole futerał, wyjął swą wiolę i zasiadł na najmniej niewygodnym krześle. Nie korzystając w ogóle z nut i nie pytając mnie o życzenia, przez godzinę z pamięci raczył mnie najczarowniejszymi i najdziwniejszymi tonami, najwyraźniej własnej kompozycji. Komuś niebiegłemu w arkanach sztuki muzycznej niepodobna opisać istoty tych dźwięków; układały się w coś na kształt fugi z powracającymi tematami urzekającej wprost urody, uwagę moją wszelako zwróciło to, że brakło w niej zgoła owych niesamowitych melodii, które słyszałem przez sufit w mym pokoju.

Te dziwne melodie zapadły mi w pamięć, często nuciłem je sobie fałszywie lub pogwizdywałem, toteż gdy Zann odłożył smyczek, spytałem, czy nie zechciałby mi zagrać właśnie którejś z nich. Gdy zacząłem wyłuszczać me życzenie, jego pobrużdżona twarz satyra, w trakcie gry znudzona i łagodna, przybrała znów wyraz gniewny i strwożony, taki jak wówczas, gdy zagadnąłem go w korytarzu. Przez chwilę byłem skłonny nalegać, lekce sobie ważąc starcze kaprysy; próbowałem nawet wzbudzić w mym gospodarzu mroczniejszy nastrój, gwiżdżąc niektóre z zasłyszanych uprzednio melodii – lecz trwało to tylko chwilę: ledwie bowiem stary niemowa rozpoznał naśladowane nieudolnie tony, twarz wykrzywił mu grymas, jakiego opisać nie sposób, zaś ręka jego, długa, zimna, koścista, zamknęła mi usta. Co jeszcze dziwaczniejsze, rzucił struchlałe spojrzenie w stronę zasłoniętego okna, jak gdyby obawiał się jakiegoś intruza – spojrzenie absurdalne w dwójnasób, poddasze górowało bowiem, wysokie i niedostępne, nad sąsiednimi domami, samotne okno Zanna było wręcz, jak mówił dozorca, jedynym punktem stromej uliczki, z którego można było zajrzeć za wieńczący ją mur.

Widząc spojrzenie starca, przypomniałem sobie wzmiankę Blandota i przyszła mi cokolwiek kapryśna ochota, by zerknąć przez zasłonięte okno na rozległą, zawrotną panoramę świateł miasta i skąpanych w blasku księżyca dachów, którą spośród wszystkich mieszkańców Rue d’Auseil mógł podziwiać tylko ten gburowaty muzyk. Zbliżyłem się do okna i już miałem rozsunąć spłowiałe zasłony, gdy niemowa dopadł mnie z niespotykaną pierwej furią; tym razem nerwowo pociągnął mnie oburącz ku wyjściu, wskazując głową drzwi. Zmierził mnie tym gestem nie na żarty; rozkazałem, by mnie puścił, i oświadczyłem, że wyjdę bez jego pomocy. Zann zwolnił uścisk, gdy zaś spostrzegł, żem zniesmaczony i obrażony, gniew jego począł z wolna ustępować. Znów mnie ścisnął, lecz tym razem po przyjacielsku; gestem kazał mi usiąść, sam zaś z wyrazem zadumy zasiadł przy zabałaganionym stoliku, chwycił ołówek i długo coś pisał.

Kartka, którą mi wręczył, zapisana była nieudolną cudzoziemską francuszczyzną i zawierała prośbę o zrozumienie i wybaczenie. Zann żalił się, że jest stary, samotny, dręczą go dziwne lęki i zapaści nerwowe związane z jego muzyką oraz sprawami innego jeszcze rodzaju. Rad był, że wysłuchałem jego muzyki, życzyłby sobie też, bym go jeszcze odwiedził i nie zważał na jego dziwactwa; nie może jednak nikomu grać owych niesamowitych harmonii ani słuchać ich w cudzym wykonaniu, nie znosi też, gdy kto tyka rzeczy w jego pokoju. Aż do naszej rozmowy na schodach nie miał pojęcia, że u mnie słychać jego grę, toteż zapytuje mnie, czy nie byłbym łaskaw w porozumieniu z Blandotem przenieść się piętro niżej, gdzie nie będę go słyszał; mógłby nawet pokryć różnicę w komornym.

Odcyfrowując z mozołem tę koszmarną francuszczyznę, uczułem przypływ wyrozumiałości dla znękanego starca. Dręczyły go fizyczne i nerwowe cierpienia – tak jak mnie; studia metafizyczne nauczyły mnie zresztą łagodności. W ciszy, jaka zapadła, zza okna dobiegł nagle mych uszu ulotny dźwięk – nocny wiatr musiał trącić okiennice – i nie wiedzieć czemu wzdrygnąłem się niemal tak gwałtownie jak przedtem Erich Zann. Przeto gdy skończyłem czytać, uścisnąłem dłoń mego gospodarza i rozstaliśmy się w przyjaźni. Nazajutrz Blandot przydzielił mi droższy pokój na drugim piętrze, między mieszkaniem wiekowego lichwiarza a pokojem zacnego tapicera. Na piętrze trzecim nie mieszkał nikt.

Niedługo później przekonałem się, że Zann bynajmniej nie jest tak złakniony mego towarzystwa, jak się wydawało wówczas, gdy namawiał mnie do wyprowadzki z czwartego piętra. Nie zapraszał mnie już, gdy zaś odwiedzałem go nieproszony, był niespokojny i grał apatycznie. Działo się to wyłącznie nocami – w dzień spał i nikogo nie przyjmował. Nie darzyłem go zbytnią sympatią, jakkolwiek pokój na poddaszu i rozbrzmiewająca w nim niesamowita muzyka wciąż budziły we mnie dziwaczną fascynację. Dręczyło mnie cudaczne pragnienie, by wyjrzeć przez jego okno – spojrzeć ponad murem na rozpościerające się tam na pewno, a niewidoczne z dołu wieże i połyskujące dachy miasta. Pewnego razu, gdy Zann był w teatrze, wybrałem się na poddasze, lecz jego pokój był zamknięty.

Udawało mi się jedynie podsłuchać nocne koncerty starego niemowy. Zrazu zakradałem się na palcach nie wyżej niż na moje dawne czwarte piętro, później ośmieliłem się już na tyle, że wspinałem się po stromych skrzypiących schodach aż na poddasze. Stałem w wąskim korytarzyku, przykładałem ucho do drzwi – zaryglowanych i z zatkaną dziurką od klucza – i nierzadko słyszałem dźwięki, które przejmowały mnie nieokreślonym lękiem; był to lęk przed niejasnymi dziwami i mroczną tajemnicą. Nie chodzi o to, że były odrażające, bynajmniej – wibrowało w nich po prostu coś nieziemskiego, ponadto w pewnych interwałach dźwięki owe nabierały symfonicznego rozmachu, jakiego w mym mniemaniu żaden solista wytworzyć nie był w stanie. Zaiste, Erich Zann obdarzony był potężnym, nieokiełznanym talentem. Mijały tygodnie, a jego muzyka kipiała coraz większą dzikością – stary muzyk mizerniał zaś coraz bardziej, przemykał się ukradkiem, aż przykro było nań patrzeć. Nie przyjmował mnie już wcale i uciekał, ilekroć zoczył mnie na schodach.

Wreszcie którejś nocy, podsłuchując pod drzwiami, usłyszałem, jak jego jazgocząca wiola wybucha nagle chaotyczną kakofonią; Zann rozpętał takie pandemonium, że pewnie zwątpiłbym i we własne zmysły, gdyby zza tego zabarykadowanego portalu nie doszedł mnie żałosny dowód na to, że rozgrywa się tam coś strasznego – wstrętny, nieartykułowany krzyk, jaki może wydać z siebie tylko niemowa, i to w chwilach najprzeraźliwszego lęku lub udręki. Pukałem do drzwi, ale bezskutecznie. Czekałem potem w gęstym mroku przejęty dreszczem trwogi, aż wreszcie usłyszałem, jak nieszczęśnik gramoli się z podłogi, wspierając na krześle. Sądząc, że zemdlał i właśnie odzyskuje przytomność, zapukałem ponownie; aby dodać mu otuchy, wypowiedziałem na głos me nazwisko. Usłyszałem, jak Zann kuśtyka w stronę okna, opuszcza je i zamyka okiennicę, następnie niezdarnie podchodzi do drzwi i niepewnie odsuwa rygiel. Tym razem naprawdę uradował się na mój widok: chwycił mnie za rękaw płaszcza jak dziecko chwyta się matczynej spódnicy, a jego przerażona twarz promieniała ulgą.

Roztrzęsiony starzec wskazał mi krzesło, sam zaś opadł żałośnie na drugie. Wiola i smyczek leżały porzucone na podłodze. Przez chwilę siedział bezwładnie, dziwacznie kiwając głową, wszelako sprawiał paradoksalne wrażenie, że intensywnie i trwożliwie nasłuchuje. Nie usłyszał wszakże chyba nic niepokojącego, zasiadł tedy przy stoliku, napisał krótką notkę, podał mi ją, a potem począł pisać dalej, pospiesznie i nieprzerwanie. W notce błagał mnie, bym okazał mu miłosierdzie i przynamniej przez wzgląd na własną ciekawość był łaskaw zaczekać, podczas gdy on opisze dokładnie po niemiecku, jakie dręczą go cuda i zgrozy. Czekałem więc, zaś ołówek niemowy śmigał po papierze.

Jakąś godzinę później, gdy na stoliku wciąż jeszcze rósł stos gorączkowo zapisywanych kartek, ujrzałem nagle, że Zann wzdryga się, jak gdyby coś nim straszliwie wstrząsnęło. Ponad wszelką wątpliwość spoglądał w stronę zamkniętego okna i z przerażeniem nasłuchiwał. Zdało mi się wówczas, że i ja słyszę jakiś dźwięk; nie brzmiał strasznie – była to raczej melodia, niezwykle cicha i płynąca z nieskończonej dali, jak gdyby wygrywał ją muzyk ukryty w jednej z sąsiednich kamienic lub za wysokim murem, przez który nie było mi dane spojrzeć. Na Zanna podziałała jednak przeokropnie: biedak upuścił ołówek, zerwał się z miejsca, chwycił wiolę i jął rozdzierać noc najdzikszą grą, jaka kiedykolwiek wyszła spod jego smyczka – równie dziką słyszałem jedynie wtedy, gdy podsłuchiwałem przez zamknięte drzwi.

Próżno byłoby opisywać, jak grał Erich Zann tej przeraźliwej nocy. Grał straszniej niż kiedykolwiek przedtem, wyraz jego twarzy uświadomił mi bowiem, że tym razem do grania popycha go najczystszy strach. Starzec próbował coś zagłuszyć, odpędzić swym graniem, pogrążyć; co to było – nie miałem pojęcia, wszelako czułem, że musi być potworne. Grał nieziemsko, delirycznie, histerycznie, a przecież nie roniąc najsubtelniejszych nawet znamion swego muzycznego geniuszu. Rozpoznałem melodię – był to dziki taniec węgierski, często grywany w teatrach; przemknęło mi przez myśl, że po raz pierwszy słyszę, jak Zann gra cudzą kompozycję.

Coraz głośniej i głośniej, z coraz dzikszą rozpaczą jazgotała i kwiliła rozszalała wiola. Zlany niesamowitym potem Zann podrygiwał niby małpa, uporczywie wpatrzony w zasłonięte okno. W obłędnych tonach jego wioli kłębiły się czeluście chmur, dymu i błyskawic, a w nich wirowali w oszalałym tańcu widmowi satyrowie i bachantki. Potem zaś zdało mi się, że słyszę nutę, która nie pochodzi z wioli, nutę mocniejszą i przenikliwszą, nutę spokojną, rozmyślną, celową, szydliwą; a dochodziła ona z zachodniej oddali.

Wtedy to poczęły stukać okiennice targane porywami nocnej wichury, która zerwała się nagle ze skowytem, jakby w odpowiedzi na szaleńczą muzykę. Zann przechodził już sam siebie, ze swej rozkrzyczanej wioli dobywał dźwięki, o jakie nigdy bym tego instrumentu nie podejrzewał. Okiennice zastukały jeszcze głośniej, odemknęły się wreszcie i jęły łomotać w okno. Szyba brzęczała, w końcu pękła i do środka wdarł się zimny wiatr; zasyczały świece, zaszeleściły kartki, na których Zann zaczął był spisywać straszną tajemnicę. Spojrzałem na niego, lecz był już niemal nieprzytomny: wybałuszył zeszklone, niewidzące oczy, zaś jego gorączkowa gra przerodziła się w ślepą, mechaniczną, chaotyczną orgię dźwięków, której żadne pióro nie zdołałoby opisać.

Nagły, silniejszy niż dotąd poryw wichru porwał rękopis i uniósł go w stronę okna. Rzuciłem się rozpaczliwie za rozsypanymi kartkami, lecz przepadły w ciemnościach, nim zdążyłem dobiec do strzaskanych szyb. Wtem przypomniałem sobie dawne me pragnienie, by zerknąć przez to okno, jedyne przy Rue d’Auseil, przez które widać było stok wzgórza za murem i rozciągające się u jego stóp miasto. Było bardzo ciemno, lecz miejskie światła nie gasły nigdy, przeto spodziewałem się, że ujrzę je przez zacinający deszcz. Jednak gdy spojrzałem przez to najwyższe spośród okien poddasza – tymczasem za mną skwierczały świece, a oszalała wiola wtórowała skowytom nocnej wichury – nie zobaczyłem w dole znajomych ulic rozjarzonych przyjaznym blaskiem, tylko bezkresną i nieogarnioną czerń, niepojętą przestrzeń roztętnioną muzyką i ruchem, niepodobną niczemu, co nosiła ziemia. I gdy patrzyłem tak skamieniały ze zgrozy, wiatr zdmuchnął obie świece, jedyne źródło światła na strzelistym, wiekowym poddaszu, i znalazłem się w rozwścieklonym, nieprzebitym mroku, przed sobą mając szalejące pandemonium, a za plecami obłąkańczy, diabelski skowyt wioli.

Targnąłem się do tyłu; nie mając czym zapalić świec, brnąłem na oślep: wpadłem na stolik, przewróciłem krzesło, wreszcie po omacku dotarłem do miejsca, w którym ciemność wrzeszczała wstrząsającą muzyką. Bez względu na to, z jakimi mierzyłem się mocami, mogłem przynajmniej spróbować uratować i siebie, i Ericha Zanna. Zdało mi się, że musnęło mnie coś lodowatego, krzyknąłem więc, lecz krzyk mój głuszyła bez reszty ta ohydna wiola. Nagle w najgłębszym mroku uczułem, że trącił mnie piłujący szaleńczo smyczek, poznałem tedy, że jestem już blisko. Postąpiłem naprzód, wymacałem oparcie krzesła, wreszcie odnalazłem Zanna i potrząsnąłem go za ramię, starając się przywrócić mu zmysły.

Starzec nie zareagował, ani na jotę nie osłabł szkaradny jazgot jego instrumentu. Dotknąłem jego głowy, udało mi się zatrzymać jej mechaniczne kiwanie, i krzyknąłem mu do ucha, że musimy uciekać przed nieznanymi mieszkańcami nocy. On wszakże nie odpowiedział, nie uciszył też swej rozszalałej, niewysłowionej muzyki, powietrze w jazgotliwym mroku poddasza zdawało się zaś pląsać w przedziwnych porywach. Dotknąwszy jego ucha, zadrżałem, choć nie wiedziałem czemu – nie wiedziałem, pókim nie przesunął dłoni na jego zmartwiałą twarz: stężałą, lodowatą, bez tchnienia, ze szklistymi oczyma bezużytecznie wytrzeszczonymi w próżnię. I odskoczyłem jak oparzony od tej szklanookiej istoty, cudem odnalazłem drzwi i wielki drewniany rygiel i uciekłem przed tą przeklętą wiolą, która jeszcze w chwili mej ucieczki zanosiła się coraz bardziej upiornym skowytem.

Na łeb na szyję, na oślep leciałem przez niekończące się schody; jak wariat wypadłem z ciemnej kamienicy na bruk wąskiej, stromej, prastarej uliczki; pędziłem w dół po schodkach w cieniu rozchwierutanych domów ku rzece płynącej cuchnącym kanionem; bez tchu przemknąłem przez wielki, ciemny most w stronę znajomych, szerszych i zdrowszych ulic oraz bulwarów; pamiętam te straszne chwile jak dziś. I pamiętam, że nie było wiatru, że świecił księżyc, a miasto rozmigotane było miriadami świateł.

Mimo najstaranniej podjętych poszukiwań nigdy już nie udało mi się odnaleźć Rue d’Auseil. A jednak nie do końca tego żałuję – nawet tego, że w niewyobrażalnych otchłaniach przepadły zapiski, które mogły wyjaśnić tajemnicę muzyki Ericha Zanna.




Szczury w murach

Szesnastego lipca 1923 roku, gdy z rusztowań zeszli ostatni robotnicy, wprowadziłem się wreszcie do Exham Priory. Podniesienie zamku z ruiny było zadaniem kolosalnym – z biegiem wieków została zeń jedynie wydrążona skorupa zewnętrznych murów; ponieważ jednak było to rodowe gniazdo mych przodków, nie szczędziłem wydatków, by przywrócić mu świetność. W zamku nie mieszkał nikt od czasów panowania Jakuba I, kiedy to dziedzic wraz z pięciorgiem dzieci i kilkorgiem służących ponieśli śmierć w tragicznych i niesłychanie ohydnych, choć mocno też niejasnych okolicznościach. Straszliwe podejrzenie padło na jedynego potomka, który ocalał, zachowując tym samym ciągłość odrażającego rodu – trzeciego syna, mego przodka w prostej linii. Ponieważ na jedynym dziedzicu zaciążył zarzut morderstwa, majątek wrócił w ręce korony, oskarżony zaś nie próbował go nawet odzyskać ani oczyścić się z podejrzeń. Walter de la Poer, jedenasty baron Exham, zdjęty raczej zgrozą niż lękiem przed karą czy własnym sumieniem, kierował się już tylko jednym szaleńczym pragnieniem: uciec jak najdalej od starożytnego gmachu i wymazać go ze swej pamięci. Z tą myślą zbiegł za ocean, do Wirginii, i założył tam rodzinę, która w następnym stuleciu stała się znana jako Delapore’owie.

Exham Priory pozostało niezamieszkane, acz później, gdy przyłączono je do majątku rodziny Norrysów, stało się przedmiotem wnikliwych badań ze względu na osobliwą wielowarstwowość swej architektury: gotyckie wieże wznosiły się na podbudowie saksońskiej i romańskiej, ta zaś spoczywała na fundamentach należących do porządku lub porządków jeszcze starszych – jeśli legendy nie kłamią, może nawet rzymskich, druidycznych lub rdzennie cymryjskich. Fundamenty były zresztą wyjątkowe same w sobie: z jednej strony przechodziły płynnie w litą wapienną ścianę urwiska górującego nad pustą, jałową doliną i oddalonego o trzy mile na zachód od wioski Anchester. Zamek Exham był tedy dziwnym reliktem zapomnianych stuleci i jako taki upodobali go sobie architekci i historycy, okoliczni wieśniacy darzyli go jednak serdeczną nienawiścią. Nienawidzili go przed wiekami, gdy mieszkali w nim jeszcze moi przodkowie, i nienawidzili później, gdy pokrył się już mchem i pleśnią zapomnienia. Nim zdążyłem postawić w Anchester choćby jeden krok, już wiedziałem, że mój dom jest przeklęty. A nie dalej jak tydzień temu robotnicy wysadzili Exham Priory w powietrze – i właśnie zacierają ślady po jego fundamentach.

Czysto statystyczne dane na temat mego rodu nigdy nie były dla mnie tajemnicą, podobnie jak to, że mój pierwszy amerykański przodek przybył do kolonii otoczony dziwnymi podejrzeniami. Szczegółów nie znałem jednak żadnych, albowiem temat dziejów rodzinnych zawsze był u Delapore’ów zbywany milczeniem. W przeciwieństwie do naszych sąsiadów nieczęsto chlubiliśmy się wyczynami naszych antenatów, nie zwykliśmy mienić się potomkami krzyżowców ani innych średniowiecznych bądź renesansowych herosów. Nie przekazywaliśmy sobie również żadnej rodzinnej tradycji; jedynym jej śladem była pewna zalakowana koperta, którą aż do wybuchu wojny secesyjnej każdy dziedzic przekazywał swemu najstarszemu synowi z przykazaniem, by otworzył ją dopiero po jego śmierci. Szczyciliśmy się jedynie tym, co osiągnęliśmy już na amerykańskiej ziemi; a osiągnęliśmy niemało – byliśmy dumnym i poważanym, choć cokolwiek powściągliwym i nietowarzyskim rodem wirginijskich plantatorów.

W czasie wojny odwróciła się od nas fortuna; koleje naszej egzystencji odmieniły się nieodwracalnie z chwilą, gdy Carfax, nasz dom usytuowany na brzegu rzeki James, został podpalony przez żołnierzy Unii. W pożarze zginął mój dziadek, posunięty już w latach, a wraz z nim rzeczona koperta – jedyna więź łącząca nas z przeszłością. Miałem wówczas siedem lat, ale pamiętam wszystko jak dziś: ogień, krzyki żołnierzy, pisk kobiet, modlitewne zawodzenia murzyńskich niewolników. Ojciec był wtedy w wojsku, walczył w obronie Richmondu; po długich pertraktacjach matce i mnie udało się przekroczyć linię frontu i doń dołączyć. Gdy wojna dobiegła końca, wyprowadziliśmy się na północ, do Massachusetts, rodzinnego stanu mej matki; dorastałem przeto, wchodziłem w wiek średni i dorabiałem się majątku już jako rozsądny, praktyczny Jankes. Ani memu ojcu, ani mnie samemu nie było dane dowiedzieć się, co zawierała nasza dziedziczna koperta – gdy zaś wtopiłem się na dobre w szary, kupiecki świat, straciłem wszelkie zainteresowanie mglistą prehistorią mego rodu. Ach, gdybym tylko przeczuł, jak straszliwą skrywa tajemnicę! Z przyjemnością pozostawiłbym Exham Priory na pastwę pajęczyn, mchów i nietoperzy!

Ojciec mój zmarł w roku 1904, nie pozostawiając żadnego przesłania – ani mnie, ani memu jedynemu dziecku Alfredowi, którego w wieku lat dziesięciu odumarła matka. To właśnie mój syn odwrócił w naszej rodzinie tradycyjny obieg informacji; od swego ojca nie usłyszał bowiem o przeszłości nic prócz krotochwilnych domysłów, sam zaś, gdy w 1917 roku stacjonował w Anglii jako oficer lotnictwa, opowiedział mi w liście garść arcyciekawych rodzinnych legend. Historia rodu Delapore’ów musiała być doprawdy barwna, a może nawet posępna – przyjaciel Alfreda, kapitan Edward Norrys z Royal Flying Corps, mieszkał w Anchester i opowiedział mu o przesądach rozpowszechnionych wśród okolicznego chłopstwa, tak obłędnych i niewiarygodnych, że bledną przy nich wymysły najwyuzdańszych powieściopisarzy. Sam Norrys, rzecz jasna, nie traktował ich poważnie, mój syn jednak szczerze się zdumiał i uznał za stosowne przytoczyć mi je w listach. To właśnie owe legendy ostatecznie skierowały mą uwagę ku europejskim przodkom i sprawiły, że postanowiłem odkupić i odrestaurować rodzinne gniazdo; Norrys pokazał Alfredowi tę malowniczą ruinę, a ponieważ stanowiła ona wówczas własność jego rodzonego wuja, zaofiarował się, że pomoże nam nabyć ją po zaskakująco przystępnej cenie.

Kupiłem Exham Priory już w roku 1918, niemal natychmiast musiałem jednak zaniechać planów odbudowy, ponieważ mój syn odniósł na froncie ciężkie rany i wrócił do domu jako inwalida. Żył jeszcze tylko dwa lata – ja zaś cały ten czas poświęciłem bez reszty na opiekę nad nim, pozostawiając nawet moje interesy pod nadzorem wspólników. I tak oto w roku 1921 zostałem sam, nieutulony w żalu, i jako emerytowany przemysłowiec, od dawna już niemłody, jąłem rozglądać się za kolejnym zajęciem – jakoż i postanowiłem w ostatnich latach mego życia zakrzątnąć się przy nowym nabytku. W grudniu wybrałem się do Anchester, odwiedziłem kapitana Norrysa – sympatycznego, pulchnego młodzieńca, który zachował mego syna w dobrej pamięci – i uzyskałem odeń obietnicę pomocy w zbieraniu planów i anegdot mających pomóc mi w kierowaniu odbudową. Sam zamek nie budził we mnie emocji – było to tylko omszałe, rozchwierutane zwałowisko średniowiecznych ruin, przycupnięta na skraju przepaści kolonia gawronów, w której nie zachowały się nawet podłogi ani stropy, a jedynie zewnętrzne kamienne mury poszczególnych baszt.

W miarę jak rekonstruowałem wygląd budowli sprzed trzystu lat, czyli z czasów, gdy opuścił ją mój praszczur, zacząłem najmować robotników do pracy. Okazało się jednak, że muszę szukać ich w dalszych miejscowościach – wieśniacy z Anchester odnosili się bowiem do mej posiadłości z niewiarygodnym wręcz lękiem i nienawiścią. Byli w tych uczuciach tak zatwardziali, że niekiedy udawało im się nawet zarazić nimi przyjezdnych robotników, co z kolei skutkowało niezliczonymi dezercjami z miejsca pracy. Zorientowałem się też, że obiektem tej trwożliwej odrazy jest zarówno sam zamek, jak i zamieszkujący go niegdyś ród.

Syn mój wspomniał był kiedyś, że gdy odwiedzał wioskę, miejscowi jakby go unikali, właśnie dlatego, że był z rodu de la Poerów; ja również zacząłem doświadczać podobnego ostracyzmu, wszelako zaradziłem temu, dając wieśniakom do zrozumienia, że posiadam nader nikłą wiedzę na temat mego dziedzictwa. Wciąż jednak odnosili się do mnie z ponurą niechęcią, toteż gdy zacząłem zbierać miejscowe gawędy, musiałem zdać się na pośrednictwo Norrysa. Być może nie mogli mi wybaczyć, że przyjechałem wskrzesić symbol, który napawa ich takim wstrętem – zasadnie czy nie, w Exham Priory widzieli bowiem wyłącznie siedlisko upiorów i wilkołaków.

Z zebranych przez Norrysa podań tudzież prac kilku uczonych, którzy pierwej badali ruiny, wywnioskowałem, że w miejscu, gdzie stoi Exham Priory, w czasach prehistorycznych znajdowała się świątynia, druidyczna lub nawet przeddruidyczna, rówieśniczka sławnego Stonehenge. Większość badaczy nie miała wątpliwości, że odprawiane w niej były jakieś niepojęte rytuały; zachowały się też nieprzyjemne wzmianki o tym, jakoby po nadejściu Rzymian rytuały te zaadaptowano na potrzeby kultu bogini Kybele. W najgłębszych lochach widać było jeszcze resztki inskrypcji z wyraźnie zachowanymi ciągami liter: DIV… OPS… MAGNA. MAT… – bezsprzecznymi śladami kultu Magna Mater, Wielkiej Matki, na próżno zakazywanego niegdyś wśród obywateli Rzymu. Wiele śladów wskazuje, że w Anchester stacjonował trzeci legion cesarza Augusta, świątynia Kybele była zaś ponoć naprawdę przepyszna; tłumy wiernych pod przewodem frygijskiego kapłana odprawiały w niej nieopisane obrzędy. Legendy mówią też, że upadek dawnej religii bynajmniej nie położył kresu świątynnym orgiom – przeciwnie, kapłani przeszli na nową wiarę, nie zmieniając zbytnio swych obrządków. Rytuały nie zanikły też wraz ze schyłkiem potęgi Rzymu; Saksonowie rozbudowali świątynię, nadając jej mniej więcej taki kształt, w jakim przetrwała następne stulecia, i uczynili z niej ośrodek kultu, który budził lęk w wielu państwach anglosaskiej heptarchii. Około roku tysięcznego, jak wynika z kronik, było to pokaźne kamienne opactwo zamieszkane przez dziwny i potężny zakon, otoczone rozległymi ogrodami, które odstraszały strwożone pospólstwo lepiej niż kamienne mury. Opactwo przetrwało najazd Duńczyków, musiało jednak poważnie podupaść po podboju normańskim, skoro w roku 1261 Henryk III bez większych trudności zawłaszczył je i nadał memu przodkowi Gilbertowi de la Poer, czyniąc zeń pierwszego barona Exham.

Do tego momentu nie pojawiają się żadne podejrzane wzmianki na temat mej rodziny, potem jednak musiało się zdarzyć coś dziwnego. Jeden z kronikarzy wspomina, że w roku 1307 de la Poer został „przeklęty przez Boga”, zamek zaś, wzniesiony przezeń na fundamentach dawnej świątyni i opactwa, zaczął budzić wśród miejscowych wieśniaków szaleńczą trwogę jako siedlisko zła. W tych wiejskich bajędach roiło się od makabrycznych opisów, tym upiorniejszych, że wylękli gawędziarze otaczali je mglistymi niedomówieniami. Przodkowie moi jawili się w nich jako ród wcielonych demonów, przy których bezeceństwa Gilles’a de Retza i markiza de Sade’a wydają się niewinnymi wybrykami; po cichu obarczano ich też odpowiedzialnością za zniknięcia okolicznych wieśniaków, jakie zdarzały się przez kilka pokoleń.

Najnikczemniejszymi kreaturami byli sami baronowie i ich bezpośredni spadkobiercy – przynajmniej o nich krążyło najwięcej mrocznych pogłosek. Jeśli któryś dziedzic zdradzał zdrowsze skłonności, szybko i w tajemniczych okolicznościach umierał, ustępując miejsca bardziej typowym latoroślom. Wygląda na to, że w Exham Priory uprawiano wewnętrzny kult ograniczony niekiedy do najściślejszego grona; przewodniczyła mu zawsze głowa rodziny. Kult ów krzewił się raczej na pożywce indywidualnego temperamentu aniżeli dziedzictwa krwi, uprawiało go bowiem także kilkoro powinowatych rodu. Czyniła tak na przykład lady Margaret Trevor z Kornwalii, żona Godfreya, drugiego syna piątego barona – dama ta rychło stała się postrachem dzieci w całej okolicy i demoniczną heroiną wyjątkowo przeraźliwej ballady, którą po dziś dzień można jeszcze usłyszeć na angielsko-walijskim pograniczu. W pieśni gminnej zachowała się także – choć z innej przyczyny – ohydna opowieść o lady Mary de la Poer, która wyszła za hrabiego Shrewsfielda i niedługo po ślubie została zamordowana przez męża i jego matkę. Jej mordercy zostali ponoć rozgrzeszeni i pobłogosławieni przez księdza, wyznawszy mu rzeczy, których nie ośmielili się wyjawić światu.

Te mity i ballady, jakkolwiek stanowiły typowy wytwór prostackich zabobonów, wielce mnie wzburzyły. Szczególnie irytujące były ich trwałość tudzież to, że dotyczyły tak długiej linii moich przodków. Gdy czytałem o przypisywanych im potwornościach, nawiedziło mnie nieprzyjemne wspomnienie skandalu, jaki wywołał jeden z mych nieodległych protoplastów, kuzyn Randolph Delapore z Carfaksu – młodzieniec ów, wróciwszy z wojny z Meksykiem, zbratał się mianowicie z Murzynami i został kapłanem wudu.

Znacznie mniej wstrząsnęły mną inne, nieco mglistsze opowieści: o lamentach i zawodzeniach, jakie słychać było niekiedy w smaganej wiatrem dolinie u stóp wapiennego urwiska; o cmentarnych fetorach, które czuć było po wiosennych deszczach; o tym, jak sir John Clave, jadąc konno pewnej nocy przez ustronne pole, stratował nieopatrznie szamoczącą się z kwikiem białą istotę; o służącym, który postradał zmysły, ujrzawszy coś w świetle dnia w zamkowych wnętrzach. Byłem podówczas zawołanym sceptykiem, toteż odrzuciłem je z miejsca jako bajania przesądnego gminu. Trudniej było zbagatelizować wzmianki o zaginionych chłopach, choć zważywszy na panujące w średniowieczu obyczaje, nie miały one raczej kluczowego znaczenia. Karą za wścibstwo w tamtych czasach była śmierć – jakoż i niejedną ciekawską głowę zatknięto na nieistniejących już dziś bastionach wokół Exham Priory.

Niektóre opowieści były niezmiernie malownicze; zacząłem wręcz żałować, że w młodości nie posiadłem większej wiedzy z dziedziny mitologii porównawczej. Wierzono na przykład, że każdej nocy nad zamkiem gromadzi się legion nietoperzoskrzydłych diabłów i przewodzi sabatowi czarownic; a musiał to być legion liczny i żarłoczny, bo tylko tak można wytłumaczyć wielką obfitość warzyw uprawianych w olbrzymich zamkowych ogrodach. Najbardziej wszakże sugestywna i dramatyczna była opowieść o szczurach – plugawej, wychudzonej, wygłodniałej armii, która trzy miesiące po zbrodni Waltera de la Poer wynurzyła się z opustoszałego zamku – obmierzłej, nienasyconej armii, jaka z rozmrowionym po tysiąckroć tupotem ruszyła przez wioski, pożerając wszystko, co stanęło jej na drodze: ptactwo, koty, psy, wieprze, owce, a nawet dwoje nieszczęsnych ludzi. To niezapomniane, epickie zdarzenie obrosło całym cyklem mitów, szczurze plugastwo rozproszyło się bowiem po chałupach, siejąc postrach i grozę wśród wieśniaków.

Takimi właśnie nasiąkałem klechdami, gdy ze starczym uporem niosłem na swych barkach brzemię odbudowy rodowego gniazda. Nie należy sądzić, iżby wpłynęły one znacząco na moją psychikę – wręcz przeciwnie, kapitan Norrys oraz wspomagający mnie w tym dziele historycy wspierali mnie nieustającą pochwałą i zachętą. Odbudowa trwała przeszło dwa lata. Kiedy ukończono ostatnie roboty, jąłem przechadzać się po wielkich komnatach i podziwiać obite boazerią ściany, sklepione sufity, kwaterowe okna, szerokie schody – i rozpierała mnie duma z nawiązką wynagradzająca bajońskie sumy wydane na odbudowę. Wszystkie atrybuty średniowiecznej architektury zostały zmyślnie zrekonstruowane, nowe części zespolono idealnie z pierwotnymi ścianami i fundamentami. Siedlisko mych praojców było ukończone – i nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie mój ród, we mnie mający ostatniego przedstawiciela, odzyska dobre imię w swych ojczystych stronach. Postanowiłem, że zamieszkam w Exham Priory na stałe i udowodnię, że ten, kto nosi nazwisko de la Poer (przywróciłem bowiem pisownię oryginalną), wcale nie musi być potworem. W dobrym samopoczuciu umacniało mnie być może również i to, że choć zamek zrekonstruowałem wedle średniowiecznych planów, cały wystrój wnętrza był zupełnie nowy, wolny od szczurzego plugastwa i dawnych upiorów.

Jak już wspomniałem, do zamku wprowadziłem się 16 lipca 1923 roku. Wraz ze mną zamieszkało siedmioro służących oraz dziewięcioro przedstawicieli gatunku, w którym mam szczególne upodobanie – czyli kotów. Mój najstarszy kot nosił imię Nigger-Man, miał siedem lat i przyjechał ze mną z mego domu w Bolton, w stanie Massachusetts; pozostałą ósemkę zgromadziłem podczas mego pomieszkiwania u kapitana Norrysa. Przez pięć dni życie w zamku toczyło się z niezmąconym spokojem. Większość czasu poświęcałem na porządkowanie wiadomości o pradziejach swego rodu. Udało mi się dotrzeć do bardzo szczegółowych relacji na temat zbrodni i ucieczki Waltera de la Poer; uznałem, że właśnie ta opowieść niechybnie stanowiła treść rodowych zapisków, które przepadły w pożarze Carfaksu. Mojego przodka oskarżono mianowicie – i to raczej zasadnie – o to, że zamordował we śnie wszystkich swych domowników, z wyjątkiem czterech służących będących z nim w zmowie; uczynił to zaś ponoć dwa tygodnie po dokonaniu pewnego wstrząsającego odkrycia, które całkowicie odmieniło jego postępowanie, lecz którego w bezpośrednich słowach nie wyjawił nikomu – chyba że służbie będącej wspólnikami zbrodni i towarzyszącej mu w ucieczce za ocean.

Dokonaną z rozmysłem rzeź, której ofiarą padli ojciec, trzej bracia i dwie siostry Waltera, wieśniacy przyjęli z dużą pobłażliwością, prawo zaś zajęło się nią tak opieszale, że sprawca, nie ponosząc żadnego uszczerbku na ciele i honorze – ba, nie ukrywając nawet swej tożsamości – rychło zbiegł do Wirginii. W Anchester przeważała opinia, że swą zbrodnią Walter oczyścił okolicę z ciążącej na niej od niepamiętnych czasów klątwy. Cóż za odkrycie pchnęło go do tak straszliwego czynu – nie mogłem sobie wyobrazić. Ponure opowieści na temat swej rodziny Walter de la Poer musiał znać od dawna, toteż nie mogły być one bezpośrednią podnietą. Byłżeby on zatem świadkiem przeraźliwego starożytnego rytuału? A może natrafił w zamku bądź jego sąsiedztwie na jakiś tajemny symbol i za jego sprawą doznał zatrważającego objawienia? Dopokąd mieszkał w Anglii, cieszył się opinią młodzieńca nieśmiałego i układnego. W Wirginii nie zhardział ani nie zgorzkniał – wydawał się raczej wylękły i znękany. Wspominał o nim w swym pamiętniku inny szlachcic awanturnik Francis Harley z Bellview – wedle jego świadectwa Walter był człowiekiem wielkiego honoru, delikatnym w obejściu i sprawiedliwym.

Dwudziestego drugiego lipca wydarzył się pierwszy dziwny incydent. Zrazu został raczej zlekceważony, nabrał jednak nadzwyczajnego znaczenia w świetle wypadków późniejszych. Był właściwie tak błahy, że łatwo mógł ujść mej uwadze i zważywszy na okoliczności, mogłem go w istocie zlekceważyć – należy bowiem pamiętać, że z wyjątkiem murów budynek był zupełnie nowy i krzątała się po nim stosownie liczebna służba, toteż nie było żadnych rozsądnych powodów do lęku. Później przypomniałem sobie tylko tyle, że mój stary czarny kot, którego nastroje znam doskonale, nagle zjeżył się w czujnym pogotowiu, i to tak bardzo, że zgoła nie licowało to z jego usposobieniem. Targany niepokojem jął przemierzać komnatę za komnatą, nieustannie obwąchując ściany po części składające się z pierwotnych, gotyckich murów. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że brzmi to trywialnie – jak gdybym snuł banalną opowieść grozy, w której obowiązkowo musi pojawić się pies warczeniem ostrzegający swego pana przed duchem – wszelako nie mogę tego zdarzenia z czystym sumieniem pominąć.

Nazajutrz jeden ze służących poskarżył się, że wszystkie koty zachowują się bardzo niespokojnie. Gdy przyszedł mi to oznajmić, siedziałem w swym gabinecie na piętrze – wysokiej komnacie o łukowatych sklepieniach, ze ścianami wyłożonymi czarną dębową boazerią i z potrójnym gotyckim oknem wychodzącym dokładnie na jałową dolinę u stóp wapiennego urwiska – i zanim jeszcze skończył mówić, ujrzałem, jak zjeżony Nigger-Man pełznie wzdłuż zachodniej ściany i drapie w nowiutkie boazerie pokrywające starożytny mur. Odparłem służącemu, że stare ściany pewnikiem wydzielają osobliwy zapach czy wyziew, niewyczuwalny dla ludzkich zmysłów, ale drażniący delikatne kocie nozdrza – nawet przez świeże drewniane obicia. Mówiłem to ze szczerym przekonaniem, gdy zaś sługa zasugerował, że może w grę wchodzą raczej szczury bądź myszy, stwierdziłem, że szczurów nie było w zamku od dobrych trzystu lat, okoliczne pola roją się zaś wprawdzie od myszy, lecz trudno przypuszczać, by zapuściły się tak wysoko na zamkowe mury, skoro nigdy wcześniej ich tu nie spotykano. Po południu odwiedziłem kapitana Norrysa, ten zaś zapewnił mnie, że hipoteza o polnych myszach jest zgoła nieprawdopodobna – z całą pewnością nie mogły zagnieździć się w zamku, i to tak znienacka.

Tej nocy, jak zwykle obywając się bez lokaja, udałem się na spoczynek do komnaty, którą obrałem za swą sypialnię. Znajdowała się ona w zachodniej wieży, z gabinetu prowadziły do niej kamienne schody – po części oryginalne – oraz krótka galeria, w całości zrekonstruowana. Komnata miała kolisty kształt, była bardzo wysoka i pozbawiona boazerii – mury zasłonięte były jedynie arrasami, które osobiście wybrałem w Londynie. Upewniwszy się, że jest ze mną Nigger-Man, zamknąłem ciężkie gotyckie drzwi i zapaliłem elektryczne lampy, nadzwyczaj zręcznie imitujące świece. Wreszcie zgasiłem światło i spocząłem na mym rzeźbionym łożu, pod rozpiętym na czterech kolumnach baldachimem, z dostojnym kocurem śpiącym jak zwykle w poprzek mych stóp. Nie zaciągnąwszy zasłon, popatrywałem w wąskie północne okno na wprost łóżka. Niebo było rozjarzone jakby zorzą w przyjemny sposób podkreślającą subtelności okiennych maswerków.

W którymś momencie musiałem niepostrzeżenie zapaść w sen, pamiętam bowiem wyraźnie, że gdy wybudzałem się z jakichś dziwnych rojeń, kot zerwał się nagle z miejsca. Widziałem jego sylwetkę na tle bladej zaokiennej poświaty: głowę wyciągnął naprzód, przednie łapy wsparł na mych kostkach, a tylne rozkraczył za sobą. Wpatrywał się intensywnie w jakiś punkt na ścianie, nieco na zachód od okna – punkt ów na moje oko nie wyróżniał się niczym, lecz idąc za przykładem kota, skupiłem na nim teraz całą uwagę. Po chwili wiedziałem już, że Nigger-Man nie niepokoił się na próżno. Czy arras faktycznie się poruszył – nie potrafię orzec; myślę, że tak, leciuteńko. Mogę za to przysiąc, że dobiegł mnie zza niego cichy, stłumiony chrobot szczurów bądź myszy. W mgnieniu oka kot rzucił się wprost z łóżka na ciężką oponę i zdarł ją na posadzkę ciężarem swego ciała, odsłaniając starożytny mur z wilgotnego kamienia – widać było na nim łaty świeżej zaprawy, lecz ani śladu przyczajonych gryzoni. Nigger-Man jął biegać wzdłuż ściany, smagając pazurami zwalony arras, niekiedy usiłując też wcisnąć łapę między ścianę a dębową podłogę. Nic jednak nie znalazł – i po dłuższej chwili powrócił, znużony, na swe dawne miejsce w nogach łóżka. Ja nawet nie drgnąłem, ale nie zmrużyłem już oka aż do rana.

Rankiem przepytałem całą służbę, lecz nikt nie zauważył niczego niezwykłego – z wyjątkiem kucharki, której utkwiło w pamięci dziwne zachowanie kota śpiącego na parapecie w jej izbie. O jakiejś nieokreślonej porze nocy kot ów jął mianowicie głośno zawodzić; kucharka zbudziła się i w ostatniej chwili zdążyła jeszcze spostrzec, jak zwierzę zrywa się z parapetu, pędem wybiega przez otwarte drzwi i znika na schodach. W południe zażyłem niedługiej drzemki, a po południu ponownie złożyłem wizytę Norrysowi. Kapitan lubował się we wszystkim, co barwne i niezwykłe, toteż dziwaczne incydenty, które mu zreferowałem – tak niepozorne, a zarazem osobliwe – wielce go zaintrygowały i z miejsca przypomniały mu cały bezlik krążących po okolicy niesamowitych legend. Obaj byliśmy szczerze zdumieni, że w zamku zagnieździły się szczury; kapitan pożyczył mi trutkę i kilka pułapek, które zaraz po powrocie kazałem służbie rozmieścić w strategicznych miejscach.

Ponieważ czułem się bardzo niewyspany, wcześnie udałem się na spoczynek, nocą dręczyły mnie jednak najszkaradniejsze sny. Śniłem, że spoglądam z niebotycznych wysokości w głąb spowitej półmrokiem groty pełnej gnoju i widzę, jak unurzany w nim po kolana białobrody demon z laską w ręku pasie stado sflaczałych grzybowatych bydląt, których wygląd napełnił mnie niewysłowioną odrazą. W pewnym momencie pasterz zatrzymał się i skinął głową – na ten znak nieprzeliczony rój szczurów rzucił się z góry w cuchnącą czeluść i jął pożerać jednako stado i pasterza.

Z tej strasznej wizji wybudził mnie znienacka Nigger-Man, który jak zwykle spał zwinięty w nogach łoża. Tym razem nie musiałem już się domyślać, czemu tak burczy i syczy, ani dociekać, dlaczego aż tak się przeląkł, że zatopił odruchowo pazury w mojej łydce – oto bowiem wszystkie ściany komnaty roztętniły się mdlącym dźwiękiem: plugawym, śliskim chrobotem wygłodniałych, gigantycznych szczurów. Tym razem nie było zorzy, która oświetliłaby arrasy – opona zerwana przez kota wróciła już na swoje miejsce – wszelako nie byłem aż tak strwożony, by zapalić światło.

Gdy żarówki rozjarzyły się już jasnym blaskiem, ujrzałem, że zasłaniające ścianę opony rozfalowały się ohydnym drżeniem, przez co zdobiące je figury, utrzymane w cokolwiek osobliwym stylu, ruszyły w przedziwny pląs śmierci. Ruch ten zamarł niemal po chwili, wraz z nim ucichł także dźwięk. Wyskoczyłem z łóżka i dźgnąłem arras długą rękojeścią spoczywającej nieopodal szkandeli, po czym uniosłem róg tkaniny – nie było tam wszakże nic prócz połatanego kamiennego muru; nawet kot stracił swą czujną pewność, że istotnie czai się tam coś nienaturalnego. Sprawdziłem pułapkę – była zatrzaśnięta, lecz cokolwiek się w nią złapało, zniknęło bez śladu.

O spaniu nie było już co marzyć, przeto zapaliłem świecę, otwarłem drzwi i w towarzystwie Nigger-Mana ruszyłem galerią w stronę antycznych schodów prowadzących do mego wielkiego gabinetu. Nim jednak dotarliśmy do kamiennych stopni, kot wyrwał się naprzód i zniknął. Gdy i ja ruszyłem w dół, raptem z komnaty dobiegł mnie dźwięk, którego niepodobna z czymkolwiek pomylić. Za dębową boazerią wprost roiło się od szczurów: gryzonie kotłowały się ze wstrętnym tupotem, a Nigger-Man biegał wzdłuż ścian miotany wściekłością zdezorientowanego łowcy. Znalazłszy się w gabinecie, zapaliłem światło, tym razem to jednak nie wystarczyło, by uciszyć hałas: szczurze kłębowisko wiło się nieprzerwanie z niesłychaną siłą, a także – jak zdołałem zorientować się po chwili – w określonym kierunku. Stada gryzoni, wyrojone w nieprzeliczonej obfitości, najwyraźniej przemieszczały się z jakichś niewyobrażalnych wyżyn w dół, w wyobrażalną – a może jednak nie – głąb zamkowych piwnic.

W korytarzu usłyszałem kroki; po chwili masywne drzwi otwarły się i w progu stanęło dwóch służących. Biegali właśnie po całym domostwie, usiłując dociec, co sprawiło, że wszystkie koty nagle zjeżyły się, zaburczały i puściły biegiem po długich, krętych schodach do najgłębszej piwnicy, by na koniec przycupnąć, wrzeszcząc przeraźliwie, u zamkniętych wrót. Spytałem, czy słyszeli szczury, lecz słudzy zaprzeczyli; chciałem zwrócić ich uwagę na dźwięki dobiegające zza obić, lecz zdałem sobie sprawę, że wszelki hałas ucichł. Pospołu zeszliśmy do piwnicy, ale kotów już tam nie było. Postanowiłem, że później otworzę drzwi i dokładnie zbadam kryptę, tymczasem zaś ruszyłem na obchód zamku, sprawdzając pułapki. Wszystkie zostały zatrzaśnięte – i wszystkie były puste. Upewniwszy się, że szczury słyszałem tylko ja i moje koty, aż do rana przesiedziałem w gabinecie, dumając głęboko i przypominając sobie wszystkie, najdrobniejsze nawet strzępki legend związanych z zamieszkaną przeze mnie budowlą.

Przed południem zdrzemnąłem się odrobinę, zasiadłszy wygodnie w wielkim fotelu w bibliotece – i takiego bowiem mebla nie pominąłem w mych rekonstrukcyjnych planach. Potem zatelefonowałem do Norrysa. Kapitan zjawił się natychmiast i pomógł mi zbadać piwnicę. Nie odkryliśmy absolutnie nic podejrzanego, nie mogliśmy jednak powstrzymać się od dreszczu podniecenia – zwiedzaliśmy wszak lochy zbudowane rękoma starożytnych Rzymian. Rzymski był każdy łuk niskiego sklepienia, każdy podtrzymujący je filar – mówiąc to, nie mam zaś na myśli zdegenerowanej rzymskiej maniery saksońskich partaczy, lecz surowy, harmonijny klasycyzm ery Cezarów. Przypominały o tym również ściany pokryte inskrypcjami, które w toku niekończących się badań zdołali już rozszyfrować historycy – takie na przykład jak P. GETAE. PROP… TEMP… DONA… czy L. PRAEC… VS… PONTIFI… ATYS…

Odwołanie do Atysa przyprawiło mnie o dreszcz, czytałem bowiem Katullusa i wiedziałem co nieco o ohydnych rytach, jakie odprawiano na cześć tego wschodniego boga, silnie powiązanych z kultem Kybele. W świetle latarń usiłowaliśmy z Norrysem odczytać dziwaczne, niemal do cna zatarte zdobienia na nieregularnych, prostokątnych blokach z kamienia, powszechnie uważanych za stoły ofiarne – starania nasze spełzły jednak na niczym. Przypomniało nam się, że jeden z wzorów, coś na kształt słońca w wianuszku promieni, badacze uważali za obcy kulturze rzymskiej; sugerowali, że ołtarze mogły zostać po prostu zaadaptowane przez rzymskich kapłanów, pierwotnie stanowiły zaś część jeszcze starszej, być może tubylczej świątyni. Na jednym z bloków widać było dziwne brązowe plamy, które uznałem za głęboko zastanawiające. Blok największy, stojący pośrodku izby, na górnej powierzchni nosił znamiona świadczące o tym, że ongiś stykał się z ogniem – być może składano na nim całopalne ofiary.

Takie oto widoki ukazały się naszym oczom w krypcie, pod którą pierwej zawodziły koty i w której wraz z Norrysem postanowiliśmy spędzić noc. Nakazaliśmy służącym, by nie przejmowali się, jeśli nocą koty będą się podejrzanie zachowywać, i znieśli nam na dół kanapy. Do pomocy i towarzystwa wzięliśmy sobie Nigger-Mana. Zdecydowaliśmy, że wielkie dębowe drzwi do piwnicy – replikę starych wrót, zaopatrzoną w szczeliny wentylacyjne – pozostawimy zamknięte na głucho; to uczyniwszy, udaliśmy się na spoczynek, pozostawiając zapalone latarnie, by w razie czego móc szybko zorientować się w sytuacji.

Loch znajdował się w najgłębszych fundamentach zamku, z pewnością jeszcze niżej niż podłoże wapiennego urwiska górującego nad dolinnym pustkowiem. Nie miałem wątpliwości, że właśnie tutaj zmierzają owe niepojęte szczurze hordy, ale czemu tak czynią – nie umiałem orzec. Leżeliśmy na kanapach w czujnym oczekiwaniu, lecz w moje czuwanie rychło jęły wsączać się na wpół senne rojenia – z których budziły mnie niespokojne poruszenia kota jak zwykle leżącego na moich stopach. Rojenia owe nie były bynajmniej niewinne – przeciwnie, był to koszmar podobny do tego, który nawiedził mnie poprzedniej nocy. Raz jeszcze ujrzałem półmroczną grotę, raz jeszcze objawił mi się pasterz i unurzana w gnoju trzoda niewysłowionych grzybowatych bydląt; gdy zaś skierowałem na te stworzenia wzrok, zdało mi się, że są nieco bliżej, że widzę je wyraźniej – tak wyraźnie, że mogę niemal dostrzec ich gęby. Jąłem tedy przyglądać się obwisłej fizjonomii jednego z nich – i zbudziłem się z krzykiem tak głośnym, że Nigger-Man zerwał się na równe łapy, a kapitan Norrys, który nie spał, wybuchnął gromkim śmiechem. Być może uśmiałby się bardziej – a może jednak mniej – gdyby wiedział, co skłoniło mnie do krzyku. Nawet ja nie mogłem sobie tego jednak przypomnieć, przynajmniej na razie. Najskrajniejsza zgroza często poraża pamięć litościwym paraliżem.

Norrys obudził mnie, gdy zaczęły się dziać niepokojące zjawiska. Grążyłem się właśnie po raz kolejny w przeraźliwym śnie, gdy uczułem, że potrząsa mnie delikatnie za ramię i nagli, bym posłuchał kotów. Doprawdy było czego słuchać: za zamkniętymi drzwiami, górującymi u szczytu kamiennych schodów, rozpętywało się właśnie istne pandemonium kocich zawodzeń i chrobotów, a Nigger-Man, nie bacząc na obecność pobratymców, biegał w wielkim podnieceniu wokół kamiennych murów – z murów dobiegał zaś ten sam szczurzy harmider, który tak mnie zaniepokoił poprzedniej nocy.

Uczułem, że narasta we mnie najczystsza zgroza – miałem bowiem przed sobą anomalię, dla której niepodobna było znaleźć normalnego wyjaśnienia. Jeżeli szczury nie były wytworem zwykłego szaleństwa, które dotknęło tylko mnie i moje koty, musiały naprawdę ryć i myszkować w rzymskich murach – jak mniemałem wprzódy – zbudowanych z litych bloków wapienia… A może przez siedemnaście stuleci woda zdążyła wyżłobić w nich tunele, w których z łatwością mieściły się ciała smukłych gryzoni? Lecz wówczas sytuacja nie byłaby ani na jotę mniej upiorna: jeśli bowiem istotnie w murach roiło się od żywego plugastwa, czemu dźwięk tej obrzydliwej kotłowaniny nie docierał do uszu Norrysa? Czemu kapitan wciąż naglił mnie, bym obserwował Nigger-Mana i posłuchał kotów za drzwiami, czemu nie wiedział, co je niepokoi, tylko snuł jedynie mgliste, szalone domysły?

Nim zdołałem oznajmić mu, co usłyszałem – starając się jak najracjonalniej ważyć słowa – szczurzy tumult zdążył ścichnąć niemal do cna; przemieszczał się zaś wciąż w dół, w jeszcze dalszą głąb; odniosłem wrażenie, że w całym skalnym urwisku pod nami roi się od buszujących szczurów. Wbrew oczekiwaniom Norrys nie odniósł się do moich słów sceptycznie – wręcz przeciwnie, wydawał się głęboko poruszony. Zwrócił uwagę, że koty pod drzwiami już się uspokoiły, jak gdyby pogodzone z tym, że gryzonie czmychnęły bezpowrotnie. Nigger-Man natomiast rozszalał się znów z niepokoju: biegał wokół wielkiej podstawy kamiennego stołu ofiarnego – do którego Norrys miał ze swej kanapy bliżej niż ja – i drapał w nią jak opętany.

Mój lęk przed nieznanym narastał z każdą chwilą. Wydarzyło się coś naprawdę zdumiewającego; zorientowałem się też, że kapitan Norrys – człowiek młodszy, bardziej krzepki, a być może też o bardziej materialistycznych zapatrywaniach – jest poruszony nie mniej niż ja, być może dlatego, że przez całe życie nasiąkał miejscowymi legendami. Na razie nie mogliśmy uczynić nic; patrzyliśmy tylko, jak mój stary czarny kocur ze słabnącą werwą drapie w podstawę ołtarza, co pewien czas spoglądając na mnie i miaucząc nagląco – zupełnie jakby dopraszał się ode mnie jakiejś przysługi.

Norrys wziął wreszcie latarnię, przybliżył do kamiennego bloku i obejrzał miejsce, gdzie drapał Nigger-Man; potem ukląkł bez słowa i zeskrobał wielowiekową warstwę mchu, która spoiła masywny prehistoryczny blok z mozaikową posadzką. Nie znalazł jednak niczego i już miał zaprzestać dalszych prób, gdy uwagę moją przykuła pewna okoliczność; w zasadzie była to okoliczność trywialna, nie wynikało z niej nic ponad to, czego już pierwej się domyślałem, a przecież nie mogłem powstrzymać dreszczu zgrozy. Podzieliłem się moją obserwacją z Norrysem i obaj jęliśmy przyglądać się nieuchwytnemu niemal zjawisku zahipnotyzowani niezwykłością naszego odkrycia i najzupełniej pewni, że oczy nas nie mylą. Wyglądało ono następująco: gdy zbliżaliśmy latarnię do ołtarza, płomień zaczynał leciuteńko, lecz wyraźnie migotać, poruszony prądem powietrza – żywszym niż zastałe piwniczne powietrze, a dobywającym się ponad wszelką wątpliwość ze szczeliny między posadzką a kamienną podstawą, którą nieświadomie odsłonił Norrys, zdrapując warstwę mchu.

Resztę nocy spędziliśmy w rzęsiście oświetlonym gabinecie, debatując nerwowo, co czynić dalej. Odkrycie, że popod najgłębszymi rzymskimi fundamentami znajdują się jeszcze jakieś lochy – których istnienia nie domyślili się najdociekliwsi nawet historycy ostatnich trzech stuleci – było już dość ekscytujące samo w sobie, jego wagę potęgowały zaś jeszcze posępne dzieje zamku. Byliśmy przeto zafascynowani w dwójnasób; wahaliśmy się też, co robić: czy poniechać dalszych poszukiwań i z zabobonną ostrożnością porzucić zamek na zawsze, czy też zaspokoić naszą awanturniczą żyłkę i śmiało zmierzyć się z okropnościami, które być może czekają na nas w nieodkrytej ciemnicy. Nim wstał świt, doszliśmy do porozumienia. Postanowiliśmy, że udamy się do Londynu i zbierzemy stosowną grupę archeologów i ludzi nauki zdolnych do zmierzenia się z odkrytą przez nas tajemnicą. Muszę też nadmienić, że zanim opuściliśmy piwnicę, próbowaliśmy przesunąć ów centralny ołtarz będący – wiedzieliśmy to już na pewno – bramą do siedliska nieznanej, niewysłowionej trwogi; nasze starania nie przyniosły jednak żadnych rezultatów. Sekret otwarcia owej bramy musieliśmy pozostawić mędrszym od nas badaczom.

W Londynie spędziliśmy z kapitanem Norrysem wiele dni; zgromadzone przez nas fakty, domysły i gminne bajania przedstawiliśmy pięciu znakomitym, a przy tym zaufanym autorytetom – ludziom umiejącym zachować w tajemnicy rodzinne sprawy, które mogą wyjść na jaw w trakcie badań. Większość z nich na szczęście nie wykpiła naszych domniemań, przeciwnie – okazała żywe zainteresowanie i szczerą życzliwość. Nie ma chyba potrzeby ich wszystkich wymieniać, mogę tylko powiedzieć, że znalazł się wśród nich sir William Brinton, którego wykopaliskami w Troadzie w swoim czasie ekscytował się cały świat. Gdy wyjeżdżaliśmy pociągiem w stronę Anchester, czułem, że jestem o krok od zatrważających rewelacji; wrażenie to podkreślał symbolicznie żałobny smutek panujący wśród Amerykanów, spowodowany wieścią o nagłym zgonie prezydenta.

W Exham Priory wylądowaliśmy wieczorem 7 sierpnia. Słudzy oznajmili, że podczas mej nieobecności nie wydarzyło się nic niezwykłego. Koty, nie wyłączając starego Nigger-Mana, zachowywały niezmącony spokój, nietknięte pozostały też wszystkie pułapki. Badania zamierzaliśmy rozpocząć nazajutrz; resztę dnia poświęciłem na rozlokowanie gości w specjalnie przygotowanych pokojach. Sam jak zwykle spocząłem u siebie w wieży, z Nigger-Manem leżącym na mych stopach. Zasnąłem szybko, lecz nękały mnie ohydne sny. Tym razem wyśniłem sobie rzymską biesiadę, wyuzdaną niby uczta Trymalchiona, z jakąś potwornością podaną w krytym półmisku. Potem znów ujrzałem przeklętą wizję z pasterzem i jego ugnojonym stadem w oćmionej grocie. Obudziłem się wszakże dopiero późnym rankiem i usłyszałem jedynie odgłosy zwyczajnej, codziennej krzątaniny. Nie niepokoiły mnie szczury, ani żywe, ani te widmowe, Nigger-Man pogrążony był w błogim śnie. Schodząc na dół uczułem, że mój spokój przejęło całe domostwo; gdy podzieliłem się tym wrażeniem z mymi gośćmi, jeden z nich – niejaki Thornton, zamiłowany mediumista – cokolwiek absurdalnie odparł, że dzieje się tak zapewne dlatego, iż pewne siły objawiły mi wreszcie przeznaczoną mi wizję.

Wszystko było już przygotowane, toteż o godzinie jedenastej zebraliśmy się całą siedmioosobową grupą, uzbroiliśmy w potężne elektryczne reflektory i sprzęt do wykopalisk, po czym zeszliśmy do piwnicy i zaryglowaliśmy za sobą drzwi. Towarzyszył nam Nigger-Man, nasi naukowcy bowiem nie mieli jeszcze okazji, by zaobserwować jego pobudzenie, i domagali się wręcz, by nam towarzyszył – na wypadek gdyby szczury znów rozpoczęły swe tajemnicze pochody. Rzymskim napisom i nieznanym zdobieniom na kamiennych blokach nie poświęciliśmy wiele uwagi, spośród naszej ekipy trzej uczeni widzieli je bowiem już wprzódy, pozostali zaś znali je z opisów. Głównym przedmiotem naszego zainteresowania był ołtarz główny – i nie minęła godzina, a sir William Brinton odkrył zasadę, podług której wyważono ów ciężki kamienny blok, i zdołał przechylić go do tyłu.

Czyniąc to, odsłonił przed naszymi oczyma widok tak przerażający, że gdybyśmy nie byli nań przygotowani, padlibyśmy chyba na ziemię jak rażeni gromem. Przez kwadratowy otwór w posadzce widać było kamienne schody, tak wyślizgane, że pośrodku została z nich już niemal równa pochylnia – pokrywało je zaś upiorne usypisko ludzkich bądź półludzkich kości. Roiło się na nich od śladów szczurzych zębów, gdzieniegdzie zachowały się też jeszcze całe szkielety zastygłe w panicznej trwodze. Kształt i wielkość czaszek wskazywały jednoznacznie, że ich właściciele nie wyrastali ponad poziom skrajnego kretynizmu czy wręcz prymitywnego, na poły małpiego idiotyzmu. Nad piekielnymi schodami wznosiło się łukowate sklepienie, najwyraźniej wykute w litej skale. Z otworu płynął wyraźny prąd powietrza – nie był to jednak smrodliwy wyziew, jaki zwykle bucha z otwartego lochu, lecz chłodny powiew niepozbawiony swoistej świeżości. Nie ociągając się zbytnio, drżącymi rękoma jęliśmy torować sobie drogę wśród kości. Sir William, który przyglądał się bacznie kutym ścianom, poczynił wówczas dziwaczne spostrzeżenie, że sądząc po kierunku uderzeń kilofów, musiały one zostać wyrżnięte od dołu.

Muszę teraz starannie i z rozmysłem dobierać słowa.

Odkopawszy spod ogryzionych kości kilka schodków, ujrzeliśmy przed sobą światło – i to bynajmniej nie żadną mistyczną poświatę, tylko stłumione, acz wyraźne światło dzienne, najpewniej sączące się przez nieodkryte dotąd spękania w urwisku górującym nad jałową doliną. To, że nikt dotąd takich spękań nie odkrył, nie było niczym nadzwyczajnym: dolina jest zupełnie niezamieszkana, a urwisko tak wysokie i nachylone, że dokładnie dałoby się je zlustrować jedynie z pokładu aeroplanu. Znów postąpiliśmy parę schodków w dół – i to, cośmy ujrzeli wówczas, dosłownie zaparło nam dech. Thornton, badacz mediumista, osunął się bez zmysłów prosto w ramiona oszołomionych uczonych, którzy szli za nim; Norrysowi, którego pulchne oblicze rozciągnęło się w obwisłą, bladą maskę, wyrwał się jedynie nieartykułowany okrzyk; ja zaś chyba jęknąłem tylko, bądź syknąłem, i zakryłem oczy. Uczony idący moim śladem – jedyny z naszej siódemki, który był starszy ode mnie – wykrztusił tylko banalne „o mój Boże!”, uczynił to wszakże najbardziej ochrypłym głosem, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć. Spośród siedmiu statecznych, wykształconych mężczyzn jedynie sir William zachował zimną krew – tym większe zaś należy mu się uznanie, że szedł na samym czele i ujrzał wszystko pierwszy.

Przed nami, dalej niźli sięgał wzrok, rozciągała się oćmiona, niebotycznie wysoka grota. Ten podziemny świat, bezkreśnie tajemniczy i nasuwający na myśl najstraszliwsze skojarzenia, wypełniały budowle i inne ułomki dawnej architektury – w jednym mgnieniu strwożonego oka dostrzegłem niesamowicie ułożone kurhany, stojące w barbarzyńskim kręgu obeliski, nisko sklepione ruiny rzymskie, rozległe rumowiska z czasów saksońskich, wreszcie staroangielski gmach z drewnianych bali – wszystko to wszakże nie mogło się równać z diabolicznym widokiem, jaki przedstawiało dno samej groty. U stóp schodów ścieliły się bowiem w szaleńczym rozsypisku ludzkie kości – przynajmniej tak samo ludzkie jak te, którymi usłane były stopnie. Piętrzyły się bieliście niby fale spienionego morza, niektóre osobno, inne zaś jako nierozpadłe jeszcze do cna kościotrupy; te ostatnie zastygłe były w demonicznie obłąkańczych pozach: broniły się przed jakimś zagrożeniem bądź wpijały się ludożerczo w swoich towarzyszy.

Gdy nasz antropolog doktor Trask przystąpił do badania i klasyfikowania czaszek, orzekł z niekłamanym zdumieniem, że stanowią one wyjątkowo zwyrodniałą mieszaninę gatunków. Większość czerepów była prymitywna, ich właściciele stali na niższym szczeblu ewolucyjnej drabiny aniżeli człowiek z Piltdown, wszyscy jednak bez wątpienia byli ludźmi. Wiele było też typów wyżej rozwiniętych, znalazło się również nieco czaszek, które musiały należeć do osobników prawdziwie inteligentnych i wrażliwych. Wszystkie kości były pogryzione, przeważnie przez szczury, ale też przez pobratymców bądź jeszcze inne, półludzkie kreatury. Między nimi walały się drobniutkie kosteczki szczurów – padłych członków śmiercionośnej armii, która położyła kres epicznym dziejom tych prastarych lochów.

Zaprawdę to dziwne, żeśmy dokonawszy tego ohydnego odkrycia, uszli w ogóle z życiem i o zdrowych zmysłach. Żaden Hoffmann, żaden Huysmans nie zdołałby wymyślić czegoś bardziej niewiarygodnie szaleńczego, frenetycznie odpychającego i gotycko groteskowego niźli grota, przez którą brnęliśmy właśnie w półmroku – z każdym krokiem natykając się na coraz obłędniejsze rewelacje i starając się nie myśleć o tym, co też musiało się w niej dziać onegdaj: przed trzystu laty – przed tysiącem – przed dwoma, dziesięcioma tysiącami lat. Był to istny przedsionek piekła – a biedny Thornton zemdlał po raz wtóry, gdy Trask oznajmił, że część umarłych istot już od dobrych dwudziestu pokoleń zdegenerowana była do poziomu istot czworonożnych…

Groza wzmogła się do niesłychanych granic, gdy poczęliśmy analizować resztki budowli. Istoty czworonożne, tu i ówdzie uzupełnione dwunogami, trzymane były w kamiennych kojcach, i najwidoczniej w końcu wyrwały się z nich doprowadzone do obłędu przez głód bądź lęk przed szczurami. Były ich stada nieprzeliczone, tuczono je zaś najpewniej warzywami – trujące resztki kisiły się jeszcze na dnie olbrzymich kamiennych kadzi starszych chyba niż Rzym. Nareszcie się dowiedziałem, czemu moi przodkowie uprawiali tak rozległe ogrody! O niebiosa, gdybym mógł wymazać sobie tę wiedzę z pamięci! W jakim celu hodowano te stada – doprawdy nie musiałem już pytać.

Sir William stanął z reflektorem pośród rzymskich ruin i odczytał na głos opis najbardziej wstrząsającego rytuału, o jakim zdarzyło mi się kiedykolwiek słyszeć; objaśnił nam też, czym żywili się członkowie odprawiającej go przedpotopowej sekty – sekty, z którą połączyli się później kapłani Kybele, tworząc jeden, wspólny kult. Norrys, jakkolwiek w okopach Wielkiej Wojny przywykł był do najróżniejszych okropności, ledwie trzymał się na nogach, gdy wyszedł z angielskiego budynku. Tak jak się spodziewał, znalazł tam jatkę i kuchnię; wszelako ujrzeć w takim miejscu znajome, angielskie sprzęty kuchenne i znajome angielskie napisy na ścianach, wykonane nawet jeszcze w 1610 roku – tego było już dlań zbyt wiele. Nie odważyłem się tam wejść – nie chciałem oglądać śladów diablich poczynań, którym położył kres dopiero sztylet mego przodka Waltera de la Poer.

Przemogłem się natomiast, by wejść do ruin z czasów saksońskich, niskiego budynku o zwalonych dębowych drzwiach. Wewnątrz odkryłem straszliwy szereg dziesięciu kamiennych cel o zardzewiałych kratach. W trzech znajdowały się jeszcze szkielety więźniów – ludzi na wysokim poziomie rozwoju – na jednym z kościanych palców znalazłem zaś sygnet z pieczęcią mego rodu. Pod kaplicą rzymską sir William odkrył jeszcze starsze cele, lecz zupełnie puste. Pod nimi znajdowała się niska krypta ze skrzyniami pełnymi starannie ułożonych kości; niektóre skrzynie pokryte były straszliwymi inskrypcjami wyrżniętymi po łacinie, grecku i w języku Frygów. Doktor Trask dostał się tymczasem do wnętrza jednego z kurhanów i wydobył kolejne czaszki, niewiele bardziej ludzkie niźli czaszki goryli i porżnięte nieczytelnymi ideogramami. Mój kot przechadzał się wśród tych okropności statecznie i niewzruszenie. W pewnej chwili spostrzegłem, że przycupnął potwornie na szczycie wielkiego stosu kości – i zadumałem się, jakie też sekrety mogą kryć się w jego żółtych ślepiach.

Zaznajomiwszy się przynajmniej odrobinę z zatrważającymi rewelacjami, które objawiły się naszym oczom w spowitej półmrokiem części groty – zwiastowanymi mi ohydnie w nawracających snach – ruszyliśmy dalej w bezkresną, zdawałoby się, wypełnioną mrokiem najczarniejszej nocy głąb, nietkniętą najniklejszym nawet promykiem światła ze szczelin urwiska. Nigdy już nie poznamy stygijsko mrocznych światów, jakie kryją się w tej czeluści – przeszedłszy niewielki kawałek, uznaliśmy bowiem, że ludzkość nie powinna znać jej sekretów. A przecież i tak dość się napatrzyliśmy: ledwie zanurzyliśmy się w mrok, światło naszych reflektorów odsłoniło przed naszymi oczyma przeklęte, nieprzeliczone skupisko głębokich wykopów, w których niegdyś zwykły ucztować szczury; gdy owe wykopy nagle przestały się zapełniać, wygłodniała armia gryzoni zrazu zaatakowała ludzką trzodę konającą z głodu w kojcach, a potem wyrwała się z zamku i rozpętała historyczną orgię zniszczenia po dziś dzień pamiętaną przez miejscowych chłopów.

Boże mój, Boże! Bodajbym nie ujrzał nigdy tych koszmarnych dołów wypełnionych stosami ludzkiego ścierwa – poprzerzynanych, ogryzionych szkieletów i rozłupanych czaszek… kości pitekantropów, Celtów, Rzymian, Anglików, nagromadzonych z biegiem nieprzeliczonych, bluźnierczych stuleci! Niektóre jamy były pełne po brzegi – a kto wie, jak głęboko ongiś sięgały? Inne ziały na nas w świetle reflektorów bezdenną czernią i zamieszkiwał je tylko tłum naszych niewysłowionych rojeń. Cóż stało się z nieszczęsnymi szczurami – pomyślałem – które przemierzając w nieprzebitym mroku ten potworny Tartar, powpadały do takich pułapek?

W pewnej chwili stopa omsknęła mi się tuż obok straszliwej krawędzi jednego z tych dołów i przeżyłem chwilę ekstatycznej trwogi. Musiałem się głęboko zadumać, bo gdy się rozejrzałem, w zasięgu wzroku nie było już nikogo prócz pulchnego kapitana Norrysa. Potem z bezbrzeżnej, czarnej jak atrament dali doszedł mnie dźwięk, który wydał mi się znajomy; w tej samej chwili mój stary czarny kot śmignął obok mnie, niczym skrzydlaty egipski bóg, prosto w bezbrzeżną czeluść nieznanego. Niewiele mnie jednak wyprzedził – wahałem się tylko przez chwilę. Dźwiękiem, który usłyszałem, był bowiem upiorny tupot szczurów, nieutrudzonych w ściganiu nowych zgróz – diablego pomiotu wiodącego mnie uparcie coraz dalej i dalej, do samego środka Ziemi, wprost w paszcze jaskiń, gdzie Nyarlathotep, szalony bóg bez twarzy, zawodzi bezrozumnie do wtóru dwóch bezkształtnych flecistów idiotów.

Mój reflektor zgasł, lecz nie ustawałem w biegu. Słyszałem głosy, słyszałem wycia, słyszałem echa – lecz ponad wszystko wznosił się delikatnie ów bezbożny, zdradliwy tupot; narastał i narastał, delikatnie, tak samo delikatnie, jak odęty, sztywny trup wznosi się nad tonią oleistej rzeki płynącej pod łukami nieprzeliczonych onyksowych mostów ku czarnemu, smrodliwemu morzu. Coś na mnie wpadło, coś miękkiego i pulchnego; na pewno szczury – lepka, galaretowata, nienasycona armia, która ucztuje na ciałach żywych i umarłych… Czemu szczury nie miałyby pożreć de la Poera, skoro de la Poer pożera to, czego żreć zakazano? Wojna pożarła mego syneczka, niechby ich wszystkich diabli… jankeski ogień pożarł Carfax, spalił seniora rodu Delapore’ów i naszą tajemnicę… Nie, nie, mówię wam przecież, to nie ja byłem tym demonem, który pasł swoją trzodę w oćmionej grocie! Ten sflaczały, grzybowaty stwór wcale nie miał tłustej gęby Edwarda Norrysa! Kto mówi, że jestem z rodu de la Poerów? On przeżył – a mój syneczek zginął!… Czy Norrysowie przejmą ziemie de la Poerów?… To wudu, mówię wam… ten plamisty wąż… Niech cię szlag, Thornton, już ja cię nauczę mdleć na widok uczynków mego rodu!… Na rany Krysta, wemknę-ć ia te krzyki do garła… mam-że iak ony obrać się za ciebie, śmierdzielu?… Magna Mater! Magna Mater!… Atys… Dia ad aghaidh ’s ad aodann… agus bas dunach ort! Dhonas ’s dholas ort, agus leat-sa!*… Ungl… ungl… rrrlh… chchch…


Ponoć takie właśnie słowa usłyszeli z mych ust pozostali odkrywcy, gdy po trzech godzinach poszukiwań znaleźli mnie w mroku. Znaleźli mnie skulonego nad pulchnym, na wpół pożartym ciałem kapitana Norrysa; mój kot skakał mi z pazurami do gardła. Exham Priory zostało zburzone, Nigger-Mana mi zabrano, a ja siedzę zamknięty w zakratowanym pokoju w przytułku Hanwell i słucham trwożliwych plotek na temat mych przodków i ich wyczynów. W sąsiednim pokoju siedzi Thornton, ale nie dopuszczają mnie do niego. Usiłują też zataić większość ustaleń dotyczących zamku. Kiedy wspominam o nieszczęsnym Norrysie, oskarżają mnie o ohydny postępek, ale przecież na pewno wiedzą, że nie ja to zrobiłem. Na pewno wiedzą, że to szczury – szmerliwe, rozbiegane szczury, których tupot już nigdy nie pozwoli mi zasnąć – diabelskie szczury, które myszkują za obiciami mej izolatki i wabią mnie do kolejnych potworności, większych niż mi się śni – szczury, których prócz mnie nikt nigdy nie usłyszy – szczury – szczury w murach.


* Fragment pisany po gaelicku w zamyśle autorskim miał pozostać niezrozumiały, lecz skoro S.T. Joshiemu, biografowi i badaczowi Lovecrafta, udało się dotrzeć do jego źródła, godzi się za nim wyjaśnić: Lovecraft przepisał te słowa z noweli The Sin-Eater („Zjadacz grzechów”) szkockiego pisarza Williama Sharpa, opublikowanej w 1895 r. pod pseudonimem Fiona Macleod. Sharp opatrzył swoją nowelę przypisem, tłumacząc sens tych słów następująco: „Oby cię Bóg pokarał… obyś sczezł w bólu i zgryzocie, przeklęty… na pohybel tobie i twoim bliskim…”.




Święto

Efficiunt Daemones, ut quae non sunt,

sic tamen quasi sint, conspicienda hominibus exhibeant.*

Laktancjusz


Byłem daleko od domu – i stało się, że wschodnie morze rzuciło na mnie swój czar. O zmierzchu posłyszałem, jak bije o skały, i pojąłem, że jest blisko, tuż za wzgórzem, na którym pokrzywione wierzby wiły się na tle czystego nieba i pierwszych gwiazd wieczoru. A ponieważ leżało tam też miasto, do którego już wprzódy wzywali mnie ojcowie, ruszyłem zapadłą drogą ku szczytowi wzniesienia, tam gdzie śród drzew łyskał Aldebaran; przez płytki, świeży śnieg ruszyłem do wiekowego miasteczka – nigdy go pierwej nie wiedziałem, lecz często o nim śniłem.

Był to czas Yuletide. Ludzie nazywają go Bożym Narodzeniem, choć w głębi duszy wiedzą, że jest starszy niż Betlejem czy Babilon, starszy niż Memfis, starszy niż ludzkość. Był to czas Yuletide, a ja wreszcie zmierzałem do wiekowego portowego miasteczka, w którym moi krajanie od wieków obchodzili Święto. Obchodzili je w dawnych czasach, gdy było zakazane; jakoż i przykazali swym synom: niechaj raz na stulecie oni także je obchodzą, aby nie zginęła pamięć o najpierwszych sekretach. Starzy byli ci moi krajanie, starzy byli już przed trzystu laty, gdy do ich brzegu przybili pierwsi osadnicy. I dziwni byli ci moi krajanie, przybyli tu bowiem jako smagły, skryty lud z ogrodów południa, odurzających wonią orchidei, i mówili wówczas innym językiem niż ów, którego nauczyli się od błękitnookich rybaków. A teraz rozproszyli się po świecie; i tylko to ich jeszcze łączyło, że odprawiają misteria i rytuały niepojęte dla żywych. Tej nocy prócz mnie nie było zaś nikogo, kto posłuszny legendzie wróciłby do starego rybackiego miasteczka – albowiem pamiętają tylko ci, co są samotni i ubodzy.

Wreszcie zza garbu wzniesienia wyłoniło się Kingsport, mroźnie roziskrzone w gęstniejącym zmroku – zaśnieżone Kingsport pełne prastarych iglic, kalenic, kominów z nadstawkami i kurków na dachach, nabrzeży i mostków, wierzb i cmentarzy – niekończący się labirynt uliczek, stromych, wąskich i krętych, z górującą pośrodku wieżycą kościoła, którego nie ośmielił się nadkruszyć ząb czasu – niezgłębiony gąszcz kolonialnych domów, nieporządnie nawarstwiony, pokrzywiony na wsze strony niby stos dziecięcych klocków – mansardowe dachy pobielone ręką zimy i otulone szarym skrzydłem zamierzchłości – naświetla i okna o maleńkich szybkach rozbłyskujące po kolei w zimnym zmroku światłami domowych ognisk, jak gdyby chciały dołączyć do Oriona i archaicznych gwiazd. O butwiejące nabrzeża rozbijały się zaś fale morza – tajemnego, niepamiętnego morza, z którego przed wiekami wyszli ludzie.

Przy drodze, ze wzgórza wyrastał pagór jeszcze wyższy; posępny był, nagi, wysmagany wiatrem, i poznałem, że jest na nim cmentarz – ujrzałem bowiem czarne nagrobki wychynięte upiornie spod śniegu niczym gnijące palce gigantycznego trupa. Na drodze nie widać było żywej duszy. Niekiedy zdawało mi się, że w oddali coś straszliwie poskrzypuje, jakby chwiejąca się na wietrze szubienica. W roku 1692 czworo mych pobratymców powieszono za czary; lecz gdzie to się zdarzyło – nie wiedziałem.

Gdy schodziłem już ku morzu, z każdym zakrętem coraz bardziej wytężałem słuch, spodziewając się radosnej wieczornej wrzawy – nie usłyszałem wszakże nic zgoła. Wszelako – pomyślałem sobie – jest to czas świąteczny; może stary purytański ludek ma własne, dziwaczne dla mnie zwyczaje, może czci Boże Narodzenie, siedząc przy kominku z cichą modlitwą na ustach? Przestałem tedy nasłuchiwać świątecznego gwaru i wypatrywać miejscowych wesołków, szedłem dziarsko naprzód, zostawiając za sobą ciche, rozjarzone światłem farmy tudzież prastare sklepiki i tawerny: cieniste kamienne mury, szyldy poskrzypujące w powiewach słonej bryzy, ganki z kolumnami i groteskowe kołatki łyskające w świetle sączącym się z małych, zasłoniętych okien na wyludnione niebrukowane podwórza.

Plany miasta widziałem już pierwej, wiedziałem więc, gdzie znajdę dom moich krewnych. Powiedziano mi, że rozpoznają mnie i ugoszczą, albowiem wiejskie legendy mają długi żywot; przez Back Street dotarłem tedy do Circle Court, jedynego kompletnie wybrukowanego placu w mieście, teraz zasypanego dziewiczym wciąż śniegiem, po czym za gmachem targowym skręciłem w zaułek Green Lane. Stare mapy nie straciły na aktualności, nie zmyliłem więc drogi; w Arkham chyba mi jednak nakłamano, że do Kingsport jeżdżą tramwaje – nie zauważyłem bowiem wcale tramwajowych przewodów. Nie widziałem również szyn, choć te mógł zasypać śnieg. Byłem rad, że zdecydowałem się iść pieszo – ze szczytu wzgórza zaśnieżona mieścina wyglądała przepięknie; teraz zaś spieszno mi było, by zapukać do drzwi moich ziomków. Mieszkali przy Green Lane, w siódmym domu po lewej; budynek miał prastary kalenicowy dach i piętro wysunięte nad ulicę, powstał zaś jeszcze przed 1650 rokiem.

W środku paliło się światło, sądząc zaś po rombowych oknach dom musiał zachować się w nieledwie pierwotnym stanie. Górna kondygnacja chyliła się nad wąską, zachwaszczoną uliczką, niemal stykała się z piętrem domu naprzeciwko, toteż stojąc przed niskim kamiennym progiem, zgoła wolnym od śniegu, czułem się prawie jak w tunelu. W zaułku nie było chodnika, za to wiele domów miało wysokie podmurówki, więc do drzwi wejściowych wchodziło się po podwójnych biegach schodów z żelaznymi balustradami. Był to widok przedziwny; nigdy wcześniej nie bywałem w Nowej Anglii, nie widziałem tedy jeszcze czegoś podobnego. Miasteczko przypadło mi nawet do gustu, wszelako spodobałoby mi się bardziej, gdybym dostrzegł w śniegu jakiekolwiek ślady, gdybym spotkał na ulicach choćby garstkę ludzi, gdyby choć kilka okien nie było szczelnie zasłoniętych.

Gdy zastukałem archaiczną żelazną kołatką, ogarnął mnie nieuchwytny lęk. Narastał we mnie już od dłuższej chwili. Czego się bałem? Może tego, że mam tak dziwnych przodków, że tak posępny jest wieczór, że tak dziwaczna jest cisza, że tak osobliwe zwyczaje panują w tej sędziwej mieścinie? Gdy zaś moje pukanie przyniosło spodziewany skutek, lęk ów wzrósł we mnie i zgęstniał, albowiem nim skrzypnęły otwierane drzwi, nie posłyszałem za nimi żadnych kroków. Wszelako nie lękałem się długo: otworzył mi staruszek w szlafroku i kapciach, o twarzy tak łagodnej, że aż odetchnąłem z ulgą; pokazał wprawdzie na migi, że jest głuchy, miał jednak ze sobą woskową tabliczkę i rysik, i skreślił mi na niej pradawne, staroświeckie powitanie.

Skinieniem ręki zaprosił mnie do niskiego pokoju o potężnych, odsłoniętych belkach stropu i nielicznych meblach, ciemnych i niewygodnych, najwyraźniej jeszcze siedemnastowiecznych. W blasku świec widziałem, że przeszłość wciąż jest w nim żywa – zaprawdę, nie brakło ani jednego jej atrybutu. Był tam przepaścisty kominek, a nawet kołowrotek – garbiła się przy nim, odwrócona plecami do wejścia, milcząca staruszka w luźnej podomce i wielkim staroświeckim czepku, i choć czas był świąteczny, przędła zapamiętale. W pokoju panowała nieokreślona wilgoć, toteż zdumiałem się, że w kominku nie pali się ogień. Po lewej stronie, na wprost zasłoniętych okien stała ława z wysokim oparciem; zdało mi się – acz pewności nie miałem – że ktoś na niej siedzi. Nie wszystko, co ujrzałem w pokoju, przypadło mi do gustu, przeto powrócił mój uprzedni lęk. Główną jego przyczyną było teraz coś, co pierwej go zmniejszyło, mianowicie łagodna twarz staruszka – im dłużej się jej przypatrywałem, tym bardziej mnie ta łagodność przerażała. Oczy były zupełnie nieruchome, a skóra aż nazbyt kojarzyła się z woskiem. Koniec końców nabrałem pewności, że nie jest to wcale twarz, lecz wykonana z upiorną zręcznością maska. Wiotkie ręce staruszka, o dziwo obleczone w rękawiczki, śmigały jednak wesoło po tabliczce; przeczytałem na niej, że nim zostanę zaprowadzony na miejsce obrzędu, muszę jeszcze chwilę zaczekać.

Następnie stary wskazał mi krzesło i stół, na którym piętrzyły się książki, po czym wyszedł z pokoju; a gdy usiadłem i zerknąłem na tomiszcza, ujrzałem, że są wiekowe i zatęchłe, i że są wśród nich dzieła tak szalone jak Dziwy wiedzy starego Morrystera, straszliwy Saducismus Triumphatus Josepha Glanvilla z 1681 roku, bulwersująca Daemonolatreia Remigiusa, wydana w 1595 roku w Lyonie, oraz rzecz najgorsza ze wszystkich: niewysławialny Necronomicon szalonego Araba Abdula Alhazreda, w zakazanym łacińskim przekładzie Olausa Wormiusa – księga, której dotąd nie widziałem na oczy, lecz słyszałem na jej temat potworne, szeptane trwożliwie pogłoski. Nikt się do mnie nie odzywał, słyszałem tylko poskrzypywanie szyldów na ulicy i terkot kołowrotka, na którym staruszka w czepku wciąż przędła, przędła i przędła w milczeniu. Cały ten pokój, razem z książkami i dwojgiem staruszków, wydał mi się chorobliwy, jął mierzić mnie i niepokoić – wszelako przybyłem na to dziwne świętowanie, by stało się zadość tradycji mych praojców, postanowiłem tedy, że niczemu nie będę się dziwił. Próbowałem zająć myśli lekturą przeklętego Necronomiconu; zaiste, nie minęło wiele czasu, a znalazłem w nim coś, co przykuło mą uwagę i przejęło mnie do głębi – pewna myśl, myśl i legenda, nazbyt ohydne dla zdrowej, ludzkiej świadomości. A potem zdało mi się, że coś słyszę, i wcale mi się to nie spodobało: oto jedno z okien, przed którymi stała ława, zamknęło się, jak gdyby ktoś je pierwej niepostrzeżenie otworzył. Wcześniej rozległo się jakby terkotanie i wcale nie było to terkotanie kołowrotka. Dźwięk ów był nikły, staruszka przędła bowiem zaciekle, przez chwilę zaś wtórowało jej bicie wiekowego zegara. Z tą chwilą zgoła odeszło mnie uczucie, że na ławie ktoś siedzi, i z trwożliwym zapałem pogrążyłem się na powrót w lekturze – aż wreszcie wrócił stary, obuty i odziany w luźny antyczny kostium, i zasiadł właśnie na owej ławie, znikając zupełnie za wysokim oparciem. Czekałem, rzecz jasna, w wielkim nerwowym podnieceniu, zdwojonym jeszcze przez trzymane w dłoniach bluźniercze tomiszcze. Gdy wybiła godzina dwudziesta trzecia, starzec wstał wreszcie, bezszelestnie oddalił się w kąt i z masywnego, rzeźbionego kufra wyjął dwa płaszcze z kapturami; jeden wdział na siebie, drugim zaś otulił staruszkę, która właśnie przerwała swą monotonną pracę. Potem oboje ruszyli do wyjścia: kobieta pokuśtykała niezdarnie, stary zaś, wziąwszy ode mnie księgę, którą właśnie czytałem, skinął na mnie i zasłonił swą nieporuszoną twarz czy maskę kapturem.

Wyszliśmy pod bezksiężycowe niebo i zanurzyliśmy się w gąszcz niewiarygodnie wiekowych uliczek; gdy zaś szliśmy przez ten labirynt, w zasłoniętych oknach po kolei gasły światła, a Psia Gwiazda łypała z góry na tłum – zakapturzony, okutany, wylewający się w milczeniu ze wszystkich drzwi i w potwornym pochodzie sunący uliczkami; i szedł ten tłum, mijając skrzypiące szyldy i fasady przedpotopowych domów z krytymi strzechą dachami i oknami o rombowych szybkach – i brnął pod górę przez spadziste zaułki pełne stłoczonych, murszejących zgodnie chałupinek, przepływał przez place i przykościelne cmentarze – a gdy szedł przez te place, rozkołysane światełka niesionych latarń zlewały się w nieziemskie, pijane konstelacje.

Śladem mych bezgłosych przewodników przedzierałem się przez te milczące tłumy – tymczasem łokcie, co mnie szturchały, wydawały się nadnaturalnie miękkie, a brzuchy, co mnie popychały, wydawały się nienormalnie pulchne – nie widząc wszakże ani jednej twarzy i nie słysząc jednego choćby słowa. I pełzły pod górę te przeraźliwe zastępy, i dalej, i dalej, wciąż pod górę, aż wreszcie ujrzałem, że w pewnym miejscu zlewają się wreszcie w jedną zwartą ciżbę; miejsce to leżało pośrodku miasteczka, był nim zaś wierzchołek wysokiego wzgórza, na którym zbiegała się obłędna plątanina zaułków i mościł się wielki biały kościół. Widziałem ten kościół już wprzódy, gdym schodził ku miasteczku, widziałem na tle świeżo zaciągniętego zmroku – i pamiętam, że się wtedy wzdrygnąłem, bo zdało mi się, że na jego upiornej wieżycy przysiadł przez chwilę Aldebaran.

Wokół kościoła rozpościerał się plac – po części cmentarz, wnosząc z widmowych sylwet nagrobków, po części zaś dziedziniec, na poły brukowany, niemal do cna omieciony ze śniegu przez wiatr; okalały go niezdrowo archaiczne domy o kalenicowych dachach i wysuniętych nad plac wykuszach. Nad grobami tańczyły błędne ogniki, tworząc nader ponure widowisko, lecz – co osobliwe – nie rzucając cieni. Hen za wzgórzem, w prześwitach między domami, postrzegłem rozmigotane nad portem gwiazdy; samo miasteczko ginęło natomiast w nieprzebitym mroku. Tylko gdzieniegdzie śród krętych uliczek zachybotał jeszcze straszliwie płomień latarni spieszący w ślad za tłumem – ów zaś wślizgiwał się właśnie bez szmeru do kościoła. Zaczekałem, aż wszyscy przecisną się przez czarne wrota, przepuściłem też wszystkich maruderów. Stary niemowa ciągnął mnie za rękaw, lecz ja postanowiłem, że wejdę ostatni. Jakoż i wszedłem wreszcie, puszczając przodem mego posępnego przewodnika i sędziwą prządkę. Zanurzając się w niezgłębioną, rojną ciemność świątyni, odwróciłem głowę, by spojrzeć raz jeszcze na otwarty świat, i w schorzałej cmentarnej poświacie ujrzałem dróżkę, którą przyszliśmy na wzgórze. Ujrzawszy ją zaś, zadrżałem; jakkolwiek bowiem wiatr wyczyścił był ją niemal do cna, przy samych wrotach leżało parę nietkniętych spłachetków śniegu – i teraz, rzuciwszy przez ramię przelotne spojrzenie, ujrzałem ze wzburzeniem, że nie odcisnęły się w nich żadne ślady stóp, nawet moje własne.

Latarnie nie rozświetlały zbytnio ciemnego kościoła, albowiem większość z nich już zniknęła: tłum sunął główną nawą, między rzędami śnieżnobiałych ławek, ku zejściu do podziemi, ziejącym ohydnie tuż przed kazalnicą, i bezszelestnie zanurzał się w głąb. Ja także zstąpiłem bez słowa po wytartych stopniach w wilgny, dławiący mrok podkościelnej krypty. Strasznie było patrzeć, jak ogon tego ludzkiego węża wije się po schodkach, lecz gdy zeszliśmy już do wnętrza sędziwego grobowca i ujrzałem go w całej poskręcanej okazałości, przeraziłem się w dwójnasób. Potem spostrzegłem, że w podłodze krypty znajduje się otwór kolejny, że ciżba znów ześlizguje się w dół – i chwilę później zstępowaliśmy już pospołu po złowieszczych schodach z topornie ciosanych kamieni; schodach wąskich, wilgotnych, woniejących dziwacznie i wiodących spiralnie w głąb nieskończoną, do samych trzewi świątynnego wzgórza. Strasznie mi się szło w tym milczącym tłumie, a po pewnym czasie spostrzegłem też ze zgrozą, że ściany i stopnie wyglądają inaczej niż wprzódy, że nie są już wymurowane z kamiennych bloków i spojone skruszałą zaprawą, tylko wykute w litej skale. Najbardziej zaś gnębiło mnie to, że całe to mrowie ludzkich stóp schodzi bez najcichszego nawet tupotu, bez najniklejszego echa. Szliśmy tak, zda się, przez wieki, aż wreszcie ujrzałem, że korytarz wiodący niczym sztolnia w najgłębszy, najtajniejszy mrok nie jest już wcale jednolity, bowiem z nieznanych, najczarniejszych czeluści dochodzą doń boczne chodniki czy przekopy. Wnet była ich już mnogość nieprzeliczona, ziały w ścianach niczym bezbożne katakumby pełne nieopisanego zła; wionący z nich cierpki fetor rozkładu stał się nie do zniesienia. Domyśliłem się, że jesteśmy już nie tyle nawet we wnętrzu góry, ile wręcz niżej niźli samo Kingsport; wzdrygnąłem się na myśl, że to naprawdę aż tak starożytne miasto i że aż do samych trzewi przeżarła je larwa nikczemności.

Potem uderzyło mnie w oczy blade, migotliwe światło i usłyszałem podstępny chlupot podziemnych wód. Zadrżałem raz jeszcze – sekrety, jakie odsłaniały się przede mną tej nocy, wcale mi się nie podobały, gorzko żałowałem, że moi przodkowie wezwali mnie na ten pierwotny rytuał. Gdy korytarz począł się rozszerzać, usłyszałem dźwięk kolejny: wątłe, szydliwe zawodzenie cieniuteńkiej piszczałki. I nagle świat podziemny rozokolił się przede mną bez granic: ujrzałem kolumnę schorzałego zielonkawego ognia, a w jej blasku potężny, zagrzybiony brzeg obmywany przez szeroką, oleistą rzekę. Rzeka płynęła z jakichś przeraźliwych otchłani, w niepojęty sposób łącząc je z najczarniejszą bezdnią niepamiętnego oceanu.

Z wrażenia omal nie zemdlałem; jak zaczarowany chłonąłem wzrokiem tytaniczne muchomory, trędowaty ogień, lepką toń podziemnych wód – wszystko razem kipiące niczym jakiś bezbożny Erebus – tymczasem zakapturzony tłum ustawił się w półkręgu wokół płomienistej kolumny. Był to obrzęd Yule, który narodził się wcześniej niż człowiek i któremu przeznaczone jest przeżyć człowieka; pierwotny rytuał przesilenia, w samym środku zimy wieszczący nadejście wiosny; rytuał ognia i wiecznej zieleni, światła i muzyki. I ujrzałem, jak zebrany w stygijskiej grocie tłum rozpoczyna rytuał, jak oddaje cześć słupowi ognia, jak zrywa i ciska do rzeki garście lepkich roślin łyskających zielonym, chlorotycznym blaskiem. Widziałem to wszystko – i spostrzegłem też, że w oddali, poza kręgiem światła, przykucnął kształt nieokreślony, poświstując plugawie na piszczałce; i gdy słuchałem tej piszczałki, zdało mi się, że z najodleglejszych, cuchnących ciemności dobiega też odrażający trzepot. Wszelako najbardziej zatrwożył mnie ów słup płomienisty – kipiąc wulkanicznie z niepojętych głębin Ziemi, nie rzucał bowiem cienia, jak powinien czynić każdy zdrowy ogień, i oblewał saletrzaną skałę jedynie wstrętną, jadowitą śniedzią. Cała ta rozkipiała pożoga nie dawała bowiem ani krztyny ciepła, bluzgała tylko maziście śmiercią i zepsuciem.

Mój przewodnik przecisnął się pod samą kolumnę ohydnego ognia, odwrócił twarzą do półkola tłumu i jął wykonywać sztywne ceremonialne gesty. W pewnych momentach rytuału ciżba pokornie padała mu do stóp, zwłaszcza gdy wznosił nad głową obrzydliwy Necronomicon; i ja także padałem na twarz, albowiem przybyłem na Święto posłuszny pismom mych przodków. Potem stary celebrans dał znak ukrytemu w półmroku fleciście, ów zaś przestał naonczas wątle popiskiwać i zadął mocniej, w innej tonacji – zwiastując tym samym potworność niewyobrażalną i niespodziewaną. Ujrzawszy ją, omal nie zatoczyłem się na liszajowatą ziemię – rażony zgrozą nie z tego świata, nie z żadnego świata, raczej z obłędnych międzygwiezdnych przestrzeni.

Oto mianowicie z niezgłębionej pomroki czerniejącej poza kręgiem zimnego, gangrenowego ognia, z tartarowych bezkresów, przez które toczyła oleiste fale niesamowita, niesłychana i niespodziewana rzeka, wybiegło z rytmicznym trzepotem stado oswojonych, wyszkolonych stworów – skrzydlatych hybryd, jakich trzeźwe oko nigdy nie zdołałoby w pełni ogarnąć, a trzeźwy umysł nie potrafiłby zapisać bez reszty w pamięci. Nie do końca były to kruki, nie do końca krety, nie do końca myszołowy, mrówki ani nietoperze wampiry, ani też rozkładające się ludzkie zwłoki – raczej coś, czego nie mogę i nie wolno mi wspominać. To podskakując na płetwiastych łapach, to polatując na błoniastych skrzydłach, stwory zbliżyły się do tłumu wiernych, ci zaś chwytali je i dosiadali, po czym kolejno oddalali się wzdłuż smolistej rzeki – w głąb tajemnych czeluści i przejść wypełnionych trwogą, tam gdzie trujący nurt toczy się po niedosiężnych, straszliwych kataraktach.

Stara prządka zniknęła wraz z ciżbą, stary zaś został tylko dlatego, że gdy skinął na mnie, bym i ja dosiadł zwierzęcia i wyruszył, odmownie pokręciłem głową. Dźwignąwszy się na równe nogi, spostrzegłem, że bezkształtny flecista zniknął już z pola widzenia, dwie bestie wciąż jednak stały nieopodal i czekały cierpliwie. Widząc, że się waham, stary wyciągnął tabliczkę i rysik, po czym napisał, że jest prawowitym następcą mych ojców, którzy w tym starożytnym siedlisku zaczęli ongiś obchodzić Yule, oraz że zrządzono, iżbym powrócił do Kingsport i że czekają nas jeszcze najtajniejsze misteria. Pisał to wszystko swą sędziwą dłonią, gdy zaś wciąż się wahałem, z fałdów szaty wydobył pierścień i zegarek, oba z mym rodowym herbem – pragnąc w ten sposób dowieść prawdziwości swych słów. Był to jednak dowód ohydny, albowiem czytałem kiedyś w starych dokumentach, że ów zegarek w 1698 roku złożono razem z mym prapraprapradziadkiem do grobu.

Następnie starzec odsunął kaptur, aby zademonstrować mi rodzinne podobieństwo – lecz ja tylko się wzdrygnąłem, ponieważ byłem pewien, że nie jest to twarz, tylko diabelska maska z wosku. Trzepotliwe zwierzęta skrobały już niespokojnie liszajowatą skałę, zauważyłem też, że stary niecierpliwi się nie mniej niż one. W końcu jedno jęło człapać przed siebie kaczkowatym krokiem, stary pospieszył więc, by je zatrzymać – i nagły ów ruch spowodował, że woskowa maska obsunęła mu się z czegoś, co powinno być głową. Wówczas, ponieważ w owej chwili koszmarnej stary zagradzał mi drogę do kamiennych schodów, rzuciłem się w oleiste fale podziemnej rzeki z bulgotem zdążającej ku podmorskim jaskiniom – skoczyłem w tę płynną zgniliznę z głębi Ziemi, ażeby obłąkańczy mój wrzask nie wywołał z morowych czeluści następnych trupich legionów.

W szpitalu dowiedziałem się, że znaleziono mnie o świcie na przystani w Kingsport; bliski zamarznięcia dryfowałem na zesłanej mi przez szczęśliwy traf belce. Powiedziano mi, że nocą skręciłem w złą stronę na wzgórzu i spadłem z urwiska przy Orange Point; wywnioskowano to z moich śladów na śniegu. Nie mogłem zaoponować, bo wszystko było inaczej, wszystko było nie tak. W morzu dachów, jakie rozpościerało się za szerokim oknem mej sali, najwyżej co piąty był naprawdę stary, ulice zaś rozbrzmiewały turkotem tramwajów i warkotem aut. Wszyscy upierali się, że jestem w Kingsport, a ja nie mogłem zaprzeczyć. Dowiedziawszy się, że szpital stoi nieopodal starego kościoła na szczycie Central Hill, zacząłem bredzić w malignie, toteż przewieziono mnie do Szpitala Marii Panny w Arkham, który mógł zapewnić mi lepszą opiekę. Spodobało mi się tam: lekarze byli światlejsi, korzystając ze swych znajomości wypożyczyli mi nawet z biblioteki Uniwersytetu Miskatonic starannie strzeżony egzemplarz gorszącego Necronomiconu Abdula Alhazreda. Wspomnieli coś o „psychozie” i zgodnie stwierdzili, że najlepiej będzie, jeśli wyzbędę się wszelkich dręczących obsesji.

Przeczytałem tedy ponownie ów rozdział ohydny i tym razem przeraziłem się w dwójnasób; zaiste, byłem bowiem pewien, że nie czytam go po raz pierwszy. Widziałem go już pierwej, bez względu na to, co mówiły moje ślady na śniegu; lecz gdzie to było – zapomniałem ze szczętem. Nikt nie był w stanie mi tego przypomnieć, przynajmniej na jawie; moje sny natomiast pełne są zgrozy za sprawą zdań, których nie śmiem przytoczyć z owej strasznej księgi. Ośmielę się zacytować jeden tylko ustęp – o ile zdołam go przełożyć z niezgrabnej średniowiecznej łaciny:


Najgłębszych jaskiń – pisał szalony Arab – nie przenikną ani nie pojmą oczy, które widzą; mieszkają w nich bowiem cuda dziwne i straszliwe. Niechaj przeklęta będzie ziemia, w której umarłe myśli powstają do życia w nowych, osobliwych ciałach; zły to umysł, co nie mieszka w niczyjej głowie. Mądrze rzecze Ibn Schacabao: szczęśliwy to grób, w którym nie spoczął czarownik, i szczęśliwe jest nocą miasto, gdzie czarownicy obrócili się w proch. Albowiem powiadają od dawna, że dusza przekupiona przez diabła nie umyka ze swej trupiej powłoki, że tuczy się na niej i kształci ówże robak, co ją drąży – dopokąd z zepsucia nie wylęgnie się życie szkaradne, a nierozumne ścierwojady, co ryją w ziemi, nie schytrzeją na tyle, aby ziemię nękać, i nie spotwornieją na tyle, by ją dręczyć. Tam, gdzie winny wystarczyć zwyczajne szczeliny, potajemnie wyżłobiono wielkie jamy, to zaś, co winno pełzać, nauczyło się chodzić.


* Demony umieją sprawiać, by ludzie postrzegali rzeczy nieistniejące tak, jak gdyby istniały one naprawdę (łac.).




Zew Cthulhu

(rękopis znaleziony w papierach zmarłego Francisa Waylanda Thurstona z Bostonu)

Można sobie wyobrazić, że takie potężne moce czy byty zachowały się do dziś… zachowały się z pradawnych czasów, gdy świadomość być może manifestowała się jeszcze w kształtach i formach, które później ustąpiły przed naporem rozwijającego się człowieczeństwa… formach, których ulotne wspomnienie przetrwało jedynie w poezji i legendach, pod postacią bóstw, potworów, najprzeróżniejszych mitycznych istot…

Algernon Blackwood




I. Gliniane szkaradzieństwo

Największym dobrodziejstwem naszego świata wydaje mi się to, że człowiek nie potrafi objąć go rozumem. Żyjemy sobie na spokojnej wysepce niewiedzy śród czarnych mórz nieskończoności i nie powinniśmy wypuszczać się z niej za daleko. Nauki ciągną w rozbieżne strony i na razie nie wyrządziły nam wielkiej krzywdy; wszelako przyjdzie dzień, gdy scalimy naszą rozproszoną wiedzę, a wtedy zarówno rzeczywistość, jak i nasze w niej miejsce ukażą się z tak zatrważającej perspektywy, że przyjdzie nam albo oszaleć, albo uciec przed śmiercionośnym światłem tego objawienia w kojące i bezpieczne mroki nowego średniowiecza.

Teozofowie domyślili się, jak przeraźliwie majestatyczny jest kosmiczny cykl, w którym nasz świat i ludzka rasa są jedynie przejściowym incydentem. Czynione przez nich aluzje do zachowanych z dawien dawna dziwów zmroziłyby nam krew w żyłach, gdyby nie były przybrane w dobrotliwą maskę optymizmu. Lecz to nie w pismach teozofów postrzegłem przebłysk zakazanych eonów, przejmujący mnie dreszczem, ilekroć o nim myślę, i nawiedzający w snach, od których tracę zmysły. Przebłysk ów, tak jak wszystkie inne przebłyski strasznej prawdy, zamigotał mi przed oczyma, gdy przypadkowym zrządzeniem losu połączyłem zgoła odrębne rzeczy: artykuł ze starej gazety oraz notatki pewnego zmarłego profesora. Mam nadzieję, że nikomu nie uda się już powtórnie złożyć ich w całość; rzecz jasna, jeśli przeżyję, nigdy świadomie nie przyczynię się do uzupełnienia tego odrażającego łańcucha faktów. Sądzę, że również sam profesor nie zamierzał ujawnić znanego mu ogniwa i że zniszczyłby swe notatki, gdyby nie zaskoczyła go nagła śmierć.

Całą sprawą zacząłem interesować się zimą roku 1926 na 1927, kiedy to zmarł mój cioteczny dziadek George Gammell Angell, emerytowany profesor języków semickich na Uniwersytecie Browna w Providence, w stanie Rhode Island. Profesor Angell był powszechnie znany jako autorytet w dziedzinie starożytnych inskrypcji, często służył swą wiedzą kuratorom najlepszych muzeów, toteż jego śmierć w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat nie przeszła bez echa. Na miejscu szczególne zainteresowanie wzbudziła też niejasna przyczyna jego zgonu. Profesor zasłabł, gdy wracał ze statku po powrocie z Newport; szedł urwistą ścieżką wiodącą na skróty od nabrzeża do domu pogrzebowego na William Street. Jak zeznali świadkowie, upadł nagle potrącony przez Murzyna, z wyglądu żeglarza, który wynurzył się z jednego z podejrzanych ciemnych podwórzy na zboczu wzniesienia. Lekarzom nie udało się odnaleźć na ciele profesora żadnych widocznych obrażeń; zakłopotani po dyskusji doszli do wniosku, że życiu starego profesora położyła kres bliżej nieokreślona dolegliwość sercowa wywołana szybką wspinaczką na strome wzgórze. W owym czasie nie miałem powodu, by nie zgadzać się z tym dictum, dziś jednak zdarzenie to głęboko mnie zastanawia – i nie tylko zastanawia.

Dziadek umarł jako bezdzietny wdowiec, toteż oczekiwano, że będąc jedynym spadkobiercą i wykonawcą ostatniej woli, przejrzę pozostawione przezeń papiery. Aby zająć się tym z należną pieczołowitością, wszystkie jego teczki i pudła przewiozłem do mego mieszkania w Bostonie. Sporą część opracowanych wówczas materiałów opublikuje wkrótce Amerykańskie Towarzystwo Archeologiczne; jedno pudło ujawniło wszakże zawartość niezmiernie zagadkową i o tym, by mogła ona ujrzeć światło dzienne, myślałem z wielką niechęcią. Pudło było zamknięte na klucz i długo nie mogłem go otworzyć. Dokonałem tego wreszcie, przypomniawszy sobie pierścień, który profesor nosił zawsze w kieszeni. Gdy zajrzałem do środka, trafiłem na przeszkodę jeszcze potężniejszą: cóż bowiem miały znaczyć dziwaczna gliniana płaskorzeźba i stosik niepowiązanych z sobą zapisków, bazgrołów i wycinków? Czyżby mój dziadek na starość padł ofiarą jakichś szytych grubymi nićmi szalbierstw? Postanowiłem, że odszukam ekscentrycznego rzeźbiarza, który – jak uznałem – zamącił biednemu staruszkowi w głowie.

Relief miał kształt topornego prostokąta, mniej więcej pięć na sześć cali szerokiego i na niespełna cal grubego. Wykonano go z całą pewnością w naszych czasach, wszelako klimat umieszczonych na nim rytów i nasuwające się w związku z nimi sugestie nie miały w sobie nic współczesnego; jakkolwiek bowiem nieokiełznane są wybryki kubistów i futurystów, nieczęsto zdarza się im odtworzyć ową szczególną regularność, która skrywa się wśród tajni prehistorycznych pism. Lwia część rytów ponad wszelką wątpliwość była zaś pismem – aczkolwiek mimo niezłej orientacji w papierach i zbiorach mego dziadka żadną miarą nie mogłem określić, do jakiego należy rodzaju, ani wysnuć z niej najbledszych nawet skojarzeń.

Nad domniemanymi hieroglifami widniało coś, co miało być zapewne podobizną, acz wykonano ją na tyle impresjonistycznie, że niepodobna było wysnuć niezbite wnioski na temat natury zobrazowanej postaci. Był to jakby potwór, czy też symbol przedstawiający potwora, o kształtach, które mogły się zrodzić tylko w schorzałej fantazji. Nie uchybię chyba duchowi tego monstrum, jeśli powiem, że w mej cokolwiek nieumiarkowanej wyobraźni skojarzył mi się jednocześnie z ośmiornicą, smokiem i karykaturą człowieka. Miał groteskowe, łuskowate cielsko zaopatrzone w szczątkowe skrzydła i zwieńczone mięsistym, mackowatym łbem; najbardziej zatrważający wydał mi się wszakże jego ogólny zarys. W tle płaskorzeźby majaczyły sylwety jakichś cyklopowych budowli.

Pomijając plik wycinków z gazet, wszystkie zapiski towarzyszące tej osobliwości sporządzone były starczą ręką profesora Angella, nie rościły sobie też żadnych pretensji do literackości. Rękopis, który sprawiał wrażenie najgłówniejszego dokumentu, opatrzony był nagłówkiem „KULT Cthulhu”, starannie wypisanym drukowanymi literami, najwyraźniej po to, by nikt się nie pomylił, odczytując niespotykane słowo. Dzielił się na dwie części; pierwsza nosiła tytuł „1925. Sen i owoc snu H.A. Wilcoksa, Thomas St. 7, Providence, Rhode Island”, druga: „Opowieść inspektora Johna R. Legrasse’a, Bienville St. 121, New Orleans, Louisiana, na zjeździe A. T. A. w 1908 r.; notatki dot. sprawy i sprawozd. prof. Webba”. Resztę rękopiśmiennych materiałów stanowiły krótkie fiszki: streszczenia dziwnych snów różnych osób, cytaty z książek i czasopism teozoficznych (głównie Atlantydy i zaginionej Lemurii W. Scott-Elliota) oraz komentarze na temat zachowanych po dziś dzień tajnych stowarzyszeń i ukrytych kultów, z odnośnikami do prac źródłowych z dziedziny mitologii i antropologii, takich jak Złota gałąź Frazera i Kult czarownic w Europie Zachodniej panny Murray. Wycinki prasowe traktowały głównie o niecodziennych zapaściach umysłowych i wybuchach zbiorowego szaleństwa czy manii, jakie nastąpiły wiosną 1925 roku.

Pierwsza część głównego rękopisu zawierała wielce osobliwą opowieść. Otóż 1 marca 1925 roku profesora Angella odwiedził pewien chudy, śniady młodzieniec o wyglądzie zdradzającym neurotyczną nadpobudliwość, dzierżący w ręku osobliwą glinianą płaskorzeźbę, zupełnie jeszcze mokrą i świeżą. Zaanonsował się jako Henry Anthony Wilcox, profesor domyślił się więc, że ma do czynienia z najmłodszym potomkiem znanej mu co nieco, znakomitej rodziny, oddającym się ostatnio studiom rzeźbiarskim w Rhode Island School of Design i mieszkającym samotnie nieopodal uczelni w kamienicy Fleur-de-Lys. Wilcox był młodzieńcem nad wiek rozwiniętym, utalentowanym, ale i wielce ekscentrycznym – już od dziecka zwracał powszechną uwagę swoimi frapującymi historyjkami, a także dziwacznymi snami, których treść miał zwyczaj opowiadać. Uważał, że jest „psychicznie nadwrażliwy”, natomiast stateczni mieszkańcy prastarego kupieckiego miasta częściej określali go pobłażliwym mianem „cudaka”. Wilcox stronił od ludzi tego pokroju i z biegiem czasu zniknął z oczu miejscowej społeczności, przestawał już tylko ze skromną gromadką estetów z innych miast. Nawet Klub Artystyczny z Providence, skrzętnie pielęgnujący swój konserwatyzm, uznał go za przypadek beznadziejny.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.