Zerwane struny - Józef Rogosz - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zerwane struny - Józef Rogosz

Zerwane struny” to powieść Józefa Rogosza wydana w 1893 roku. Józef Atanazy Rogosz (1844–1896) był polskim pisarzem, wydawcą i publicystą. Brał udział w walkach powstania styczniowego, po którym wyemigrował. Przebywał głównie we Włoszech i Francji. Po powrocie do kraju osiedlił się we Lwowie. Współpracował z „Gazetą Narodową” i „Dziennikiem Polskim”. Był założycielem „Tygodnia Literackiego, Artystycznego, Naukowego i Społecznego” oraz właścicielem księgarni wydawniczej. Po przeprowadzce w okolice Krakowa założył czasopismo „Głos Narodu”. Początkowo był związany z obozem liberalno-demokratycznym, następnie jego poglądy skierowały się w stronę nacjonalizmu.

Opinie o ebooku Zerwane struny - Józef Rogosz

Fragment ebooka Zerwane struny - Józef Rogosz





Spis treści

  1. Rozdział I
  2. Rozdział II
  3. Rozdział III
  4. Rozdział IV
  5. Rozdział V
  6. Rozdział VI
  7. Rozdział VII
  8. Rozdział VIII
  9. Rozdział IX
  10. Rozdział X
  11. Rozdział XI
  12. Rozdział XII
  13. Rozdział XIII
  14. Rozdział XVI
  15. Rozdział XVII
  16. Rozdział XVIII
  17. ZAKOŃCZENIE
  18. KOLOFON

Rozdział I

Piękna to była wioska i nie darmo nazwano ją Ustroniem. Jak człowiek, życiem miejskim zmęczony, szeroką drogę opuściwszy, w góry ucieka, by tam czas jakiś żyć w zupełnym osamotnieniu, ze swymi myślami i z Bogiem – tak i ona z daleka od szosy rozsiadła się w załomie wyżyny zielonej, na której grzbiecie rosły od wieków dęby rozłożyste. Zaciszno jej tam było i spokojnie wyżyna chroniła ją od wiatrów północnych, które często nawiedzały tę okolicę. Gwar bitej drogi, przecinającej dolinę, zalatywał do niej tylko po rosie, a ktokolwiek na nią spojrzał z daleka, sądził, że ma przed sobą tylko olbrzymią kępę drzew liściastych, tak wszystkie chaty były ukryte wśród wierzb, grabów, lip i jesionów. Spomiędzy nich, niby dwie skały z zielonej fali morskiej, jedna biała, druga szara, wynurzały się wyraźnie dwa przedmioty: na prawo murowany dwór dziedzica, na lewo cerkiewka drewniana, nakryta kopułą bizantyńską, u której szczytu jaśniał świeżo ozłocony krzyż trójramienny.

Pola między wsią, a szosą musiały być bardzo urodzajne, skoro zboża były wszędzie ciemne, miejscami prawie czarne. Prócz tego roztaczały się tu szerokie łany buraków, kukurydzy i tytoniu, a więc roślin, które w takiej ilości rzadko gdzie można było widzieć w tej części Galicji. Ustronie zawdzięczało wielką urodzajność swojej ziemi namulistemu Dniestrowi, który przed wiekami płynął właśnie tędy korytem miałkim, a szerokim, co wskazywała tak dobrze wyżyna za wsią, mająca kształt brzegu wodami obmytego, jak i głębokie pokłady żwiru, który znajdował się tu wszędzie pod powierzchnią urodzajną. Z biegiem lat, Dniestr cofnął się o pół mili w kierunku południowym, jakby chciał się zbliżyć do czarnego Bieszczadu, który z wszystkich szczelin i parowów wysyłał ku niemu liczne strumyki, by go swymi wodami zasilały.

Nad samym Dniestrem, widne z okien białego dworu, leżało miasto powiatowe.

Dzień był majowy, ciepły, ale wilgotny. Od tygodnia padały deszcze rzęsiste, zwiastujące rolnikom urodzaj. Dopiero dziś, w samo południe, jakby na uczczenie św. Teodora, patrona Ustronia, niebo całkiem się wypogodziło, a teraz słońce, gorącymi promieniami chciwie wodę pijąc, osusza drzewa, zboża i łąki.

Po obu stronach drogi wioskowej, na przestrzeni kilkuset sążni, stoją w dwóch rzędach drzewa chuściaste, niby żołnierze w szeregach. Między nimi co kilkadziesiąt kroków widać mostki, rzucone przez rów przydrożny. Na mostkach siedzą dziewczęta w czerwonych spódniczkach, ze spuszczonymi na plecy warkoczykami, w które matki powplatały im wstążki czerwone. Obok nich stoją chłopcy w słomianych kapeluszach. Każdy ma białą koszulę, spiętą pod szyją na guzik świecący, w pół ciała opasuje go rzemyk, ćwieczkami nabijany, przy którym wisi kozik. O kilka kroków głębiej, przy wrotach i wzdłuż płotu, zajęły wygodne stanowiska niewiasty, czerwone, ogorzałe i wielce gadatliwe, w rańtuchach świątecznych na głowach i z koralami na piersiach. Cenna ta ozdoba sięga u niektórych prawie do pasa. Gdzieniegdzie widać także poważnych gospodarzy w wysokich czapkach baranich lub w kapeluszach z filcu siwego.

Ci, ćmiąc fajeczki na krótkich cybuszkach, radzą o żywotnych sprawach swojej gminy, o przyszłym wyborze wójta, o szarwarku, o ziemniakach, których dotąd nie posadzili, o sianie, którego zbiór w tym roku obfity się zapowiada, i o bydle, które, szczęśliwie przezimowawszy, od dwóch tygodni wyszło już na paszę. Iwanowie ‒ gospodarze, a jest między nimi także przysiężny, przez wzgląd na swą godność męską nic mieszają się ani do niewiast, ani do dzieci.

Wieś cała wygląda świątecznie. Wszystkie twarze są zadowolone. Rano na cześć św. Teodora miejscowy paroch w asystencji kilku księży okolicznych odprawił nabożeństwo solennie. Potem w każdej chacie nastąpił suty obiad, na którym pierogi z serem i ze śmietaną stanowiły danie najprzedniejsze. Wódka zaś, której Szmul w tym roku taniej dostarczał, dodawała humoru. Teraz każdy odpoczywa i bawi się, jak umie. Ale mimo powszechnej wesołości, we wsi jest spokojnie, nawet cicho – i gdyby nie głośne śmiechy dziewcząt, dające się niekiedy słyszeć między opłotkami, można by przypuścić, że, z prażniku skorzystawszy, wszyscy pozasypiali.

Nagle w pobliżu zagrody wójta śmiech zrobił się głośniejszy. Za chwilę wybiegło na drogę kilka dziewcząt. Za nimi ukazali się parobcy. Nie było ich dużo, ledwie trzech, lecz starczych za wszystkich. Byli to bowiem najprzedniejsi kawalerowie wioskowi. Spojrzyjcie na pierwszego. Rosły, barczysty, mocny jak niedźwiedź. Na imię mu Dmytro. Albo ów, co jak świerk stoi czarny a smukły, z wąsem podkręconym i miną zawadiacką, czy nie wart on uśmiechu najpiękniejszej dziewczyny, a gorącego uścisku najweselszej mołodycy? Choć Semen nie jest tak mocny jak Dmytro, dla swej buty wiedzie on jednak prym między parobkami, w karczmie nikt mu nigdy w drogę nie wejdzie, a wpływ jego zmniejsza się jedynie wtedy, gdy Hrehory się zjawi. Ej! Chłopcze! Tyś już nie jedno serce zranił i niejedną główkę rozmarzył! Krasawice na próżno też czekają, żebyś do której z nich swaty przysłał i osiadł spokojnie na ojcowiźnie, na której możesz łatwo mienia się dorobić, o ziemia dobra, sama po rzeczyna, i obrobić ją nie trudno, gdyż ojciec ma parę wołów, parę koni, dwie krowy i trzy cielaki, a wszystko to dla ciebie przeznaczył. Wiele wart Dmytro i Semeni nie mało, lecz stokroć więcej wart Hrehory – o choć tamci przewyższają go bogactwem, ten jakby kogut w potężny grzebień ustrojony i różnobarwnymi piórami okryty, wyróżnia się między nimi wyglądem, ubiorem, swadą i odwagą zuchwałą, a więc tym, co najbardziej niewiastę w oczy bije i za serce ją chwyta. A wyrósł jak dębczak, zdrów jest jak ryba, a dorodny i czerwony jak jabłko na św. Michała. W prawdzie z oczu nie koniecznie dobrze mu patrzy, lecz na to rzadko która zważa, gdyż inne jego przymioty wadę tę całkiem pokrywają. Hrehory nie dawno wyszedł z wojska. W Bośni, jak to chętnie opowiada, całe bataliony nieprzyjaciół sam jeden rozbijał. A że już trzy lata wysłużył, więc każdej chwili może się teraz żenić. Wolno mu także nosić, jako ułanowi w rezerwie, furażerkę z żółtym orzełkiem, kurtkę granatową i czerwone szarawary w butach wysokich a połyskujących. Takiego stroju w Ustroniu jeszcze nic widziano. Dotąd brano stąd chłopców tylko do piechoty. Dopiero pierwszy Hrehory został ułanem. Nie dziw więc, że dziewczęta zwracają się do niego, jak kwiaty do słońca, inni są bogaci – ale ten jeden jest wielki. Hrehory musi wiedzieć, jaki urok wywiera, skoro, gdy przez wieś idzie, nie minie żadnej dziewczyny, żeby jej nie zaczepił. Każda z nich, stosownie do zwyczaju, w Ustroniu przyjętego, z krzykiem od niego odskakuje – ale ledwie ujdzie kilka kroków, obraca się zawsze ciekawie, jakby chciała zapytać: „Czemu dalej nic zaczepiasz?”.

Tak samo wyrywa mu się teraz Parania Hryńczuczka, dziewczyna jak malina, smukła, czarnooka i czarnobrewa, z długimi warkoczami, co jej po ramionach spływają, a w których krasne wstążki żywymi barwami aż oczy rażą.

– Puść mnie, Hrehory, puść! – woła i niby się wyrywa, a rękami ledwie rusza, i niby chce uciekać, a wciąż na miejscu stoi.

A Hrehory objął ją za szyję i, nachyliwszy się, śpiewa jej do ucha.

– Chodź do Szmula, chodź, dziewczyno! Tam jest wódka, miód i wino. Tam jest dobroć, słodycz wszelka – Kołacz, piernik i butelka!

– Daj mi pokój, Hrehory, bo doprawdy tatunia zawołam! – krzyknęła Tarania, tym razem wcale energicznie z rąk mu się wyrywając.

– Oho! Jaka z niej frejlina! – odrzekł i, odwróciwszy się, przez zęby splunął. – Ja ją delikatnie do karczmy zapraszam, a ona się wyrywa jak dzika koza.

– Bo teraz nie czas iść do karczmy! – opryskliwie odrzuciła.

– Kto ci to powiedział, Paraniu?

– A czyś ty nie słyszał, jak jegomość w cerkwi mówili, że dnia świętego nie godzi się znieważać?

– Skoro tak słuchasz jegomości, więc pewnie i wieczorem do karczmy nie pójdziesz?

– Wieczorem co innego! Wtedy sam jegomość nie bronię trochę potańcować.

Podczas gdy oni rozmawiali, reszta towarzystwa stała na drodze, z zajęciem ich słuchając.

Nagle Dmytro zawołał:

– Pan hrabia idzie!

– I pani hrabina! – dziewczęta dorzuciły.

Wszyscy spojrzeli w głąb ulicy, na której końcu ukazał się mężczyzna, prowadzący damę pod ramię.

Był to hrabia Gustaw Opaliński, właściciel Ustronia i jego żona, Stanisława.

Zbliżali się powoli. Przed nimi biegło dwoje dzieci: chłopczyk i dziewczynka. Śliczne to były dzieciaki, a twarzyczki miały pełne wyrazu, jak owe dwa aniołki zadumane u stóp Madonny Sykstyńskiej. Każde niosło kwiatki w rączce.

Hrabina miała duży bukiet z bzów, świeżo rozwiniętych. Patrzyła na dzieci i uśmiechała się sama do siebie. Na jej twarzy pięknej malowali się duma macierzyńska, opromieniona żywym zadowoleniem. Dzieci były dorodne, żwawe, grzeczne... Czegóż więc miałaby jeszcze pragnąć? Mimo lat dwudziestu ośmiu, wyglądała na dziewicę w pełnym rozkwicie kształtów i piękna duchowego. Dotąd nic zniknął nawet z jej twarzy ów cudowny puszek brzoskwiniowy, który popielatym, jak ona, blondynkom tyle uroku dodaje. Oczy miała duże, a ciemne, takież brwi i rzęsy. Jej chód był lekki i elastyczny, w całej postawie przebijała duma szlachetna, każdy jej ruch był zaokrąglony i pełen wdzięku.

Idący obok niej mężczyzna mógł mieć lat trzydzieści jeden lub dwa, nic więcej. Był to szatyni smukły, o spojrzeniu melancholijnym, w którym wszystko wskazywało pochodzenie arystokratyczne – nos misternie skrojony, blada cera twarzy, mała ręka i noga, chód, uśmiech, głos – wszystko. Piękny był jak Autinous, a tak uprzejmy, że nawet wtedy, gdy się do żony zwracał, czynił to z lubym przymileniem, jak ongi, gdy się dopiero starał o jej względy.

Szli przez wieś, witając wieśniaków, którzy do kolan im się kłaniali.

– Pewnie idą do jegomości – rzekł Dmytro.

– Chyba nie tam! – zaprzeczyła jedna z bliżej stojących dziewcząt. – Jegomość muszą teraz spać, bo dobry obiad zjedli. A zresztą pan hrabia rzadko tam chodzą, bo jegomość głuchy jak pień i trzeba im dobrze do ucha krzyczeć, nim co usłyszą. Oni prędzej idą na cmentarz.

– Pewnie, że na cmentarz! – potwierdził Semen – Oni tam co dzień chodzą.

W tej chwili hrabia do nich przystąpił.

– Jak się macie, dobrzy ludzie? – rzekł uprzejmie do bliżej stojących, a spostrzegłszy Hrehora, dodał: – A co tam porabia twoja matka, Hrehory?

– A nic, proszę jaśnie pana hrabiego.

– Zdrowa?

– Tak, co by jej nie dostawało.

– Wspomniał mi ktoś wczoraj, że znów leżała...

To mówiąc, spojrzał bystro w oczy parobkowi, który nań zerknął ukosem i zaraz głowę spuścił.

– Ot, zwyczajnie ludzkie gadanie, proszę jaśnie pana hrabiego.

– A twój brat zdrów?

– I jemu, dzięki Bogu, nie nic brakuje.

– Byle tak zawsze było, Hrehory! Pomnij, że kto czci matkę i ojca, a rodzeństwo kocha, tego Bóg błogosławi!

To powiedziawszy, chciał odejść, lecz zatrzymał się, jakby sobie co przypomniał.

– A nie myślisz ty się nareszcie żenić, Hrehory?

Chłop w głowę się poskrobał i, uśmiechając się, odpowiedział:

– Ta może bym się i ożenił, proszę jaśnie pana hrabiego, ale nie mogę, bo mnie żadna nie chce.

Na to dziewczęta niespokojnie się poruszyły, jedna drugą trąciła łokciem. Parania zaś, sama nic wiedząc czemu, twarz sobie fartuszkiem zasłoniła.

– Nic wykręcaj się, Hrehory, bo wiesz, że ci nie uwierzę – rzekł hrabia. – Ciebie, choć nicpoń jesteś, każda by zechciała, lecz ty ponoś wolisz życie kawalerskie.

Hrehory nic już na to nie odpowiedział, tylko w głowę się skrobiąc, znów hrabiemu, do kolan się skłonił.

– Bądźcie zdrowi, dobrzy ludzie! Bądź zdrów, Hrehory, i pamiętaj czcić starą matkę, bo to sam Bóg nakazuje.

To rzekłszy, z uśmiechem uprzejmym głową im skinął, hrabina to samo uczyniła – szybciej niż przedtem, gdyż dzieci znacznie ich już wyprzedziły, ruszyli ku cerkwi, obok której znajdował się cmentarz. Hrehory stał na dawnym miejscu i, wciąż jeszcze kapelusz w ręku trzymając, chmurnym okiem ich odprowadzał.

– O! Patrzcie go, jak to on umie uczyć, lepiej niż sam ksiądz! – mówił niby do siebie, a jednak tak głośno, że go wszyscy słyszeli. – Nie dość, że jegomość w cerkwi gadają, co im ślina na język przyniesie, jeszcze mi i od niego trzeba słuchać! Czy mi to ojciec, czy kum!

– Zawsze to dziedzic i hrabia! – przerwał mu Dmytro.

– A co z tego? Niech sobie będzie i dziedzicem i hrabią, to jego rzecz, nie moja. On sobie pan na swoim, a ja na moim. Dzięki Bogu, pańszczyzny już nie ma. Dziś każdy kto ma kawałek ziemi, jest sobie takim samym, jak on, dziedzicem.

– Dobrze mówisz, Hrehory – znów Dmytro się wmieszał – że kto ma ziemię, jest jakby sum dziedzic, ale ta, na której ty siedzisz, to ponoć nie twoja.

– A czyja?

– Dworska.

– Dworska? – powtórzył Hrehory i brwi gniewnie ściągnął.

– A wszak ci ją krewny pana hrabiego, ten, który tu dawniej był dziedzicem, dał twojej matce w dożywocie wraz z tą chałupą, w której mieszkacie. Twój ojciec byt dwadzieścia lat gumiennym we dworze, a że maszyna w stodole trochę mu kości popsuła i na to umarł, więc dziedzic dał za to dożywocie twojej matce.

– Skoro raz dał, więc to nasze na wieki! – zawołał Hrehory, głowę hardo zadzierając.

– A jak wam odbierze?

– Odbierze? No, no, niech spróbuje! ‒ Tak strasznym głosem to wypowiedział, że mimo woli wszyscy na niego spojrzeli. Twarz miał chmurną, wargi mu drgały, oczy rzucały błyski złowrogie. Musiał być bardzo popędliwy, może nawet zły, skoro byle co go gniewało, a na samo przypuszczenie, iż mógłby to utracić, co posiadał, czarne duchy wypełzały mu z serca na oblicze i strasznym je czyniły.

Ci tymczasem, których pojawienie się w tym miejscu humor mu popsuło, doszli do końca wsi i, cerkiewkę minąwszy, zwrócili się ku cmentarzowi.


Rozdział II

Cmentarz leżał na wzgórku, otoczony topolami nadwiślańskimi. Drzewa musiały być sadzone równocześnie, skoro nic było między nimi ani cieńszych, ani niższych. Ich korony majestatyczne łączyły się u góry w jeden wieniec, rzucający gruby cień na milczące pole umarłych. Pod strażą tych olbrzymów spoczywali snem wiecznym dawni mieszkańcy Ustronia: starcy do ziemi pochyleni, którym wśród pracy i znoju całe życie zbiegło. Młode dziewoje i parobcy dorodni, których choroby gwałtowne wyrwały z pośród żyjących. Matki i ojcowie, u których łoża, gdy konali, zawodziły sieroty nieszczęśliwe. Niemowlęta i starsze od nich dzieci, którym nic mogli pomóc ani rodzice, ani wróżki, ani sama pani hrabina, choć ta w swojej apteczce ma leki przeróżne, a taka jest miłosierna i uczynna, że, ilekroć potrzeba, nawet wśród nocy wstaje i sama biegnie na wieś do dziecka chorego. Ale na śmierć, którą sam Bóg zsyła, ponoć ratunku nie ma. Mimo starań pani hrabiny, we wsi rok rocznic nie mało dzieci umiera, a i jej samej, dwa lata temu, śmierć porwała dwuletnią Sabinkę, dzieweczkę dobrą, roztropną i piękną, po której rodzice dotąd nic mogą w żalu się utulić. I choć dwoje starszych zdrowo im się chowa, o tej najmłodszej wciąż pamiętają, z nastaniem pięknej pory co dzień chodzą na cmentarz i na jej trumience składają żywe kwiaty, które ona za życia tak lubiła!

Minęli bramę, której jedna połowa była zawsze otwarta, i weszli na ścieżkę szeroką, świeżo piaskiem wysypaną, która prowadziła do kaplicy murowanej, stojącej naprzeciwległym końcu cmentarza. Na prawo i na lewo rosły drzewa rozmaite, przeważnie dzikie grusze i jabłonie. Gdzieniegdzie dostrzegłeś także to lipę, to grab o korze szarawej. Dołem słały się piołuny i inne zielska, lubiące odwiedzać wiejskie cmentarze. Wśród tego zagaju, bujnie rosnącego, widać było w szeregu kilkanaście świeżych mogił, w których tkwiły białe krzyżyki. Za nimi wznosił się na kamiennej podstawie krzyż żelazny z Chrystusem złoconym. W cieniu lipy, dębowymi sztachetami obwiedziona, stała kolumna samotna z niewyraźnym napisem, dalej pochylały się ze starości krzyże trójramienne, na samym zaś końcu, niby duże kretowiska mchem pokryte, zieleniały mogiły odwieczne, o których we wsi nikt już nic umiał powiedzieć, kogo by w swym łonie mieściły.

Gdy weszli na cmentarz, słowik, który, w krzaku bzu ukryty, śpiewał dotąd swojej lubej wesołą pieśń miłości, nagle ucichł i okiem niespokojnym śledził czworo ludzi, idących do kaplicy. Pod ich stopami skrzypiał suchy piasek na ścieżce.

Kaplica była niewielka, gotycka, z dużym kamiennym krzyżem u szczytu. Dokoła rosły świerki, nie dawno posadzone. Gdy z czasem do góry strzelą i całą ją osłonią, zaciszno będzie w ich cieniu i nikt już nic zamąci odpoczynku tym, którzy w kaplicy znaleźli przytułek po trudach ziemskiego żywota!

Hrabia, przed kaplicą stanąwszy, wyjął klucz i drzwi otworzył. Wszyscy weszli do środka. Wewnątrz była biała jak śnieg, na ścianach nie wisiały żadne malowidła, tylko naprzeciw wznosił się ołtarz ze świecami, a w nim było widać duży obraz Matki Bolejącej.

Po wąskich schodkach, znajdujących się za ołtarzem, zeszli oni do podziemia. Było ono przestronne suche i jasne, ponieważ przez okno, acz grubymi kratami opatrzone, dosyć światła wewnątrz się wlewało. Po prawej stronie, na postumencie, czarnym kirem obitym, stała metalowa trumienką, ujęta, jakby w dwa ramiona matki zrozpaczonej, w dwie gałązki bluszczu zielonego, który wystrzelał z doniczek, na ziemi ustawionych. Na trumience stały szklaneczki z żywymi kwiatami, między nimi płonęła lampa alabastrowa.

Na przedzie trumienki widać było napis: „Sabina”, obok niego wesoły dzień jej narodzin i smutny dzień jej śmierci.

Matka i dzieci wyjęły dawne kwiaty, a świeże wetknęły. Potem wszyscy uklękli i zaczęli się cicho modlić.

Wśród gałęzi bzu dał się znów słyszeć melodyjny śpiew słowika, słońce zaś, które czas jakiś było za chmurą ukryte, zajrzało do podziemia. Dzieci, skończywszy modlitwę, wybiegły już z kaplicy i na cmentarzu różowych kwiatów szukały. Przy trumience zostali sami rodzice. Trzymali się za ręce, a w oczach mieli łzy.

– Ona na nas spogląda tam z wysoka, Gustawie! – szepnęła hrabina. – Ilekroć tu jestem, zawsze czuję się silniejszą, bo mi się zdaje, jakbym słyszała jej głos, z nieba płynący, który mówi: „Jam was opuściła jedynie dlatego, że dla rodzeństwa chcę łaskę Boga uprosić. Bądźcie spokojni, bo macie tu we mnie orędowniczkę!”.

To powiedziawszy, hrabina gorącymi zalała się łzami. Mąż ujął jej rękę i do ust przycisnął. Potem rzekł cicho:

– Chodźmy, Stasiu, dzieci poszukać...

Wyszli.

Za cerkiewką i cmentarzem domy robiły się coraz rzadsze, a po niejakim czasie wieś całkiem się urywała. Między nią a borem, co rósł na wyżynie i po jej stokach zbiegał do głębokiego jaru, poszarpanego wodami leśnymi, widać jeszcze było tylko dwie zagrody. Pierwsza stała trochę na uboczu, druga pod samym lasem. W pierwszej mieszkała Małanka, matka Hrehorego – w drugiej gajowy, Ołeksa Firyńczuk, ojciec Parani.

– Rada bym zobaczyć, co stara Małanka porabia – przemówiła hrabina, gdy do ostatniej chaty doszli.

– Chodźmy, mamusiu, chodźmy! – zawołały radośnie dzieci, klaszcząc w dłonie.

One lubiły dalekie przechadzki, a z taką ciekawością zaglądały do chat wieśniaczych, do których ich rodzice czasem wstępowali, jakby w każdej z nich spodziewały się zastać coś nadzwyczajnego. Ojciec, widząc ich radość, uśmiechnął się i, nic nie powiedziawszy, zawrócił ku chacie Małanki.

Przed wrotami siedział pies czarny, kudłaty, z brodą już na pół siwą, ale jeszcze krzepki i czujny. Ten naszych znajomych śledził okiem podejrzliwym od chwili, gdy ich na końcu wioski ujrzał, mimo to zachowywał się z początku dość spokojnie. Wszakże odkąd spostrzegł, że weszli na drogę, prowadzącą do chaty, której strzec był obowiązany, zaczął się coraz bardziej niepokoić i warczeć, w końcu zerwał się i na gwałt jął ujadać.

– Kruczek! Kruczek! – zawołał chłopczyna, biegnący przodem.

I psa nie ułagodził ani widok panicza, którego znał od dawna, ani jego głos przyjacielski, bo wierne strzeżenie chaty poczytywał za swój pierwszy obowiązek. Gdy jednak z drugiej strony nie chciał być zanadto niegrzecznymi dla dostojnych gości, przeto długo się nie namyślając, wziął ogon pod siebie i za płot się schował. Dopiero w tym ukryciu tak rozpaczliwie zaczął ujadać, że mieszkańcy chaty musieli nareszcie wyjść zobaczyć, co się na dworze działo. Drzwi skrzypnęły i na progu ukazał się Nykoła, młodszy syn Małanki. Ten, ledwie zobaczył nadchodzących, pobiegł furtkę otworzyć.

Był to chłopczyna mały, chuderlawy niepokaźny. Na pierwsze wejrzenie trudno też było oznaczyć, ile by miał lat. Niejeden dałby mu może tylko dwanaście, tymczasem miesiąc temu Nykołę wołach już do starostwa, bo chcieli go zrobić żołnierzem. Mówiono, że on sam słuchał z wielką radością, jak mu pisarz, w urzędzie gminnym czytał pismo, w którym go do „werbunku” wzywano. Lecz po kilku dniach wrócił bardzo zafrasowany, lekarz bowiem wojskowy nie kazał mu się nawet rozbierać, tylko za drzwi go wyrzuci, wołając: „Idź do diabła. My tu pokurczów nie potrzebujemy!”. Wrócił więc, a teraz jeszcze bardziej, niż dawniej, ludzi unika, bo się ich wstydzi... Włosy miał płowe, twarz, chudą, bez śladu jakiegokolwiek zarostu, oczy małe, siwe, nos duży, usta niezmiernie szerokie. A jednak w tej brzydkiej fizjonomii było coś, co niejednego mogło ku niemu pociągnąć. Nykoła patrzał poczciwie, a uśmiech miał taki bolesny, że sam jego widok musiał poruszyć do głębi każde serce, umiejące odczuwać niedolę ludzką. Choć dzień był uroczysty, nic miał na sobie nic, krom koszuli, przepasanej pasem rzemiennym, która, rozchylając się na przedzie, odsłaniała ciało żółte i wychudzone.

Kruczek, swego pana ujrzawszy, przestał szczekać, radośnie ku niemu poskoczył, raz i drugi w rękę go polizał, a teraz stoi tuż przy jego nodze, i chociaż Julek gładzi mu głowę kudłatą, nie zwraca uwagi na panicza, jeno w Nykołę zapatrzony bacznie śledzi każde jego poruszenie.

– Matka w domu? – zapytał hrabia.

– W domu.

– Zdrowa?

– Ta niby zdrowi, jeno leżą, bo się im gościec sprzeciwił.

Małanka od dawna chorowała na reumatyzm, z którego nikt jej nie umiał wyleczyć. Ani wiejskie znachorki, choć te skutecznie zamawiają wszelakie choroby, ani pani hrabina, ani sam lekarz, którego z miasta powiatowego hrabia już nieraz do niej sprowadzał.

– A może jej co innego? – spytała hrabina.

Nykoła niespokojnie za siebie spojrzał, lecz nie odpowiedział.

– Czy przypadkiem Hrehory znów jej nie sponiewierał?

– Hrehory!... E! Nic, proszę jaśnie pani, nie!... Hrehory gdzieś we wsi... To gościec, powiadają, nic innego...

Gdy to mówił, minę miał wielce zafrasowaną i wciąż się oglądał to w prawo, to w lewo, jakby się bał, by go kto nie dosłyszał.

Hrabina z mężem weszła do chaty. Dzieci zostały na dworze, bo w tych kilku minutach zawarły z Kruczkiem przyjaźń – i Julek, ująwszy psa za przednie łapy, uczył go już służyć.

Na tapczanie, mając głowę chustą obwiązaną, leżała kobieta stara, wychudzona, jakby ziemią posypana, podobna prędzej do widma, niż do istoty żyjącej. W izbie było na w pól ciemno. Małe okienko wpuszczało ledwie tyle światła do środka, Tego było potrzeba, by rozróżnić znajdujące się tam przedmioty: stół, zgrzebnym płótnem nakryty, ławkę pod ścianą, skrzynię koło pieca, malowaną w kwiaty różowe, czerwone i niebieskie, na półce dwie miski i pięć garnuszków, tapczan, nad nim na drągu poprzecznym kilka kawałków odzieży.

Na widok wchodzących chora, dobywszy: reszty sił, wsparła się na łokciu.

– Jaka łaska... jaśnie państwo przyszli aż tu... jaka łaska! – szeptała raz po raz i wzrok dziękczynny rzucała to na hrabinę, to na jej męża.

Hrabina dotknęła się dłonią jej głowy...

– Połóżcie się, Małanko, połóżcie! – rzekła łagodnie, w tył ją przechylając. – Wczoraj nam mówiono, że leżycie, a Hrehory, gdyśmy go przed chwilą o was pytach, utrzymywał, że wam nic nie brakuje.

– Prawdę powiedział, proszę jaśnie pani... stara bieda, nic nowego, nie ma o czym wspominać. Niezadługo przyjdzie rozstać się z tym światem i aż wtedy będzie całkiem dobrze. Mnie tam życia nic nie żal... dobrego nie zaznałam, a złe im prędzej minie, tym lepiej. Lecz kogo mi żal, to mego biednego Nykoty. Starszy da sobie radę, bo zdrów, mocny i w głowie ma dobrze, może nawet lepiej, niż trzeba. Ale Nykoła gotów się zmarnować... Ludzie go nie lubią i bliznowatym nazywają, a on sam nie umie sobie poradzić, a brat także mu nie pomoże. Ot, jego mi żal jednego, jego, proszę jaśnie państwa, ale życia nie...

– Nie trzeba się przedwcześnie niepokoić, dobra kobieto – przemówił hrabia. – Bóg miłosierny was podźwignie. A gdyby nawet inaczej zarządził, to jeszcze i w takim razie nie dalibyśmy zmarnować się waszemu synowi... Zresztą i Hrehory, jako starszy, musiałby o nim pamiętać...

– Et, Hrehory! – chora jęknęła i głowę odwróciła.

Uderzyło to hrabiego.

– On was pewnie poniewiera, Małanko! – rzekł, bliżej przystępując. – Nieraz mi to już ludzie mówili, lecz jam dotąd nie całkiem temu wierzył. Powiedzcie mi jednak prawdę, a potrafię go przykładnie ukarać.

– Nic, jaśnie panie, nie... on zdolny, przecie to mój syn... ale zwyczajnie prędki, czasem się uniesie i potem gada, co mu ślina na język poda, a źli ludzie podsłuchują i myślą, że on doprawdy zły... Niech im jaśnie państwo me wierzą. Prawda, Nykoła, że Hrehory dobry – zwróciła się do syna, który stał w sieni i rozmowie uważnie się przysłuchiwał.

– Ta prawda – odrzekł chłopak, w głowę się robiąc.

– Trzeba, moja biedna kobieto, lepiej o sobie pamiętać – przemówiła teraz hrabina. – W piecu widzę ogień wygaszony i wy pewnie nie macie łyżki ciepłej strawy. Niech Nykoła przyjdzie zaraz do dworu z garnuszkiem, a dostanie, co będzie... W chorobie, moja kobieto, trzeba lepiej jeść, bo bez pożywienia siły nie przybędą. Dziś wieczorem przyjedzie do nas pan konsyliarz, to go wam przyślę.

– Bóg zapłać, jaśnie państwo, Bóg zapłać... Idź, Nykoła, kiedy każą, i w nogi ich pocałuj, że tacy miłosierni. Ale mnie tam nie już nie pomoże, ani jadło, ani doktor, chyba sam nasz Pan Jezus Chrystus i Jego Matka Przenajświętsza! Ej! Lżej by było umierać, lżej, gdyby nie ta troska, co mi serce krwawi... Niech wam, jaśnie państwo, Bóg stokrotnie to wynagrodzi, co dla mnie biednej czynicie.

Tu chora ujęta za rękę najpierw hrabinę, potem jej męża i zimne usta do nich przytknąwszy, okryła je pocałunkami. Hrabina, nad nią się pochyliwszy, w czoło ją pocałowała.

Niedługo potem małżonkowie do dworu wracali, a o kilkadziesiąt kroków za nimi szedł Nykoła. W lewej ręce miał garnuszek, szmatą obwiązany, w prawej kij sękaty, którym się wioskowym psom opędzał. Kruczek został w domu. Ten tak kochał swego pana i tak go słuchał, że w ostateczności zdobywał się nawet na heroizm i na jego rozkaz w domu zostawał.

W kuchni dworskiej znalazł się rosół gorący i spory kawał mięsa ugotowanego. A gdy Nykoła z pełnym garnuszkiem do domu się już wybierał, zjawiła się pani hrabina i kazała mu dać drugi garnuszek mleka z bochenkiem chleba białego, Julek zaś i Lunia wetknęli mu po kilka białych dziesiątaczków, które wyjęły ze swych skarbonek. Chłopak, tak hojnie obdarowany, rozglądał się wkoło z zakłopotaniem, patrzył to na garnuszki, to na pieniądze, myśląc, że śni, i nie wiedział, ani jak dziękować, ani co mówić. Nareszcie zdobył się na odwagę – przystąpił do hrabiny ręką ujął jej suknię i pokornie ją ucałował.

Rozrzewnił ją ten dowód niemej wdzięczności.

– Bądź zdrów, Nykoła, a jutro w południe znów przyjdź. Pamiętaj, żebyś przez cały czas choroby matki co dzień tu był, bo inaczej bardzo bym się gniewała.

Uśmiechnął się, jak umiał najczulej, znów jej suknię pocałował i, z kuchni wychodząc, rzekł:

– Zostańcie z Bogiem.

Julek wybiegł za nim na podwórze.

– A przyprowadź jutro swego Kruczka – wołał – bo to bardzo ładny i rozumny piesek. Przekonasz się, że za kilka dni nauczę go służyć, jak pudla.

– Dobrze, paniczu, dobrze! – odpowiedział i krokiem zdwojonym ruszył za bramę.

Szedł szybko, garnuszki daleko od siebie trzymając, by broń Boże, z nich się co nie wylało. Serce z radości w piersi mu się tłukło. Był uradowany, jak jeszcze nigdy! Wszak niósł matce przysmaki, a on matkę tak kochał!

Mięsa i rosołu nie pamiętał w swojej chacie, a mleko w ostatnich latach coraz rzadziej u nich się pojawiało. Chleb czarny, barszcz, kapusta, ziemniaki – oto ich pożywienie w dni powszednie, jak i w święta. Za życia ojca było lepiej – każdej niedzieli matka warzyła pierogi – lecz to było już tak dawno, że Nykoła tylko jak przez sen przypominał sobie owe czasy szczęśliwe. Po śmierci ojca niedostatek rósł jak na drożdżach. Nieboszczyk zostawił trochę długów, prócz tego matka musiała się zapożyczyć, a gospodarzyć nie miał kto. Sama nie umiała, Hrehory nie chciał, a on, Nykoła, nie mógł, bo był mały i słaby. Niedługo też trzeba było czekać, żeby Szmul zabrał im krowę, za którą poszło i wszystko, co było w stodółce i komorze. Gdy potem brata do wojska wzięli, Nykoła zabrał się do roboty, lecz niewiele zdziałał, matka bowiem, z ostatniego ciągnąc się, co mogła Hrehoremu posyłała. Miasto więc iść ku lepszemu, zapadach w nędzę coraz większą. Teraz stosunki mogłyby się znów poprawić, gdyby jeno Hrehory chciał rękawy zakasać, lecz on... Et, lepiej o nim nie wspominać!

Zadyszany wbiegł do chaty. Kruczek wyprzedzał go radośnie, ogonem wymachując. Ten pewnie zaraz się domyślił, z czym jego pan przyszedł, bo nim jeszcze Nykoła miał czas garnuszki rozwiązać, już pies usiadł na tylnych łapach, uszy po sobie położył, nos w górę wyciągnął i, okiem roziskrzonym w garnuszki zapatrzony, zaczął skomleć

– Jest, mamuniu, wszystko dobre – rzekł, do tapczanu przystępując. – Rosół, mięso, mleko, chleb, biały jak bułka... wszystko dobre, mamuniu!... Jedzcie z Bogiem, a będziecie zdrowi.

Chora wzięła łyżkę, którą jej podał.

– Nie, tego jeść nie mogę – szepnęła, rękę garnuszek z rosołem odsuwając. – Daj mi mleka!

To jej lepiej smakowało. Wypiła też blisko ćwierć garnuszka. Potem głęboko westchnąwszy, na wznak się położyła.

– Rosół i mięso weź sobie, Nykoła... Ale zostaw połowę Hrehoremu, bo wiesz, jaki on zły, gdy głodny...

Nykoła spojrzał na garnuszek, oblizał się raz i drugi, zdjął kozik z pieca i chyłkiem wyszedł z chaty i siadł na przyzbie, garnuszek wetknął między kolana, chleba do rosołu nakrajał, i w pół się schyliwszy, zaczął jeść, aż mu się uszy trzęsły. Pies tymczasem skomlał coraz żałośniej. Nareszcie Kruczek, widząc, że biesiada ma się już ku końcowi, a pan dotąd go sobie nie przypomniał, zerwał się na równe nogi i zaszczekał.

– Poczekaj! Dostaniesz i ty!

To powiedziawszy, Nykoła wyjął mięso z garnka, od kości je oddzielił i kość psu rzucił. Kruczek chwycił ją skwapliwie, zaniósł pod płot, wziął w przednie łapy, i na brzuchu się położywszy, zaczął ją ogryzać. Nim skończył, w garnku już dawno nic nie było, a i z chleba białego niewiele zostało teraz Nykoła wziął garnuszek z mlekiem, po drabinie, co w sionce stała, dostał się na strych i tu pod strzechą ukrył razem z chlebem. Gdy po chwili znów na przyzbie usiadł, twarz jego była uśmiechnięta, zadowolona. Bo i podjadł dobrze i na Hrehorym się zemścił...