Ze Starżów pani Appelstein - Wincenty Łoś - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 302 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ze Starżów pani Appelstein - Wincenty Łoś

Powieść autorstwa Wincentego Łosia, wydana w 1905 roku. Opowiada o dalszych losach pani Appelstein, znanej czytelnikom z wcześniejszej powieści „Ze Starżów pani Appelstein”. Wincenty Łoś (1857–1918) był polskim arystokratą, a także zapalonym literatem oraz kolekcjonerem. Reprezentował poglądy konserwatywne, które ujawniały się w jego twórczości literackiej. Był bardzo płodnym autorem. Spod jego pióra wyszły także m.in. „Dzisiejsze małżeństwa”, „Jeszcze małżeństwa”, „Wilma”, „Hrabia starosta”, „Jędrek”, „Linoskoczka”, „Wczorajsi”, „Nokturn Szopena”, „Tajemnica”, „Z różnych pułków”, „Nera Pollacca” (1895), „Swat” (1895), „Hrabina” (1895), „Aktorka” (1895), „High life doktor” (1896), „Przy naszych dworach” (1895). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Ze Starżów pani Appelstein - Wincenty Łoś

Fragment ebooka Ze Starżów pani Appelstein - Wincenty Łoś






Spis treści

  1. TOM I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. ROZDZIAŁ XI
  13. ROZDZIAŁ XII
  14. ROZDZIAŁ XIII
  15. ROZDZIAŁ XIV
  16. ROZDZIAŁ XV
  17. ROZDZIAŁ XVI
  18. TOM II
  19. ROZDZIAŁ I
  20. ROZDZIAŁ II
  21. ROZDZIAŁ III
  22. ROZDZIAŁ IV
  23. ROZDZIAŁ V
  24. ROZDZIAŁ VI
  25. ROZDZIAŁ VII
  26. ROZDZIAŁ VIII
  27. ROZDZIAŁ IX
  28. ROZDZIAŁ X
  29. ROZDZIAŁ XI
  30. ROZDZIAŁ XII
  31. ROZDZIAŁ XIII
  32. ROZDZIAŁ XIV
  33. EPILOG I PROLOG
  34. KOLOFON

TOM I


ROZDZIAŁ I

Działo się to pod koniec świetnego karnawału roku 1870, który doskonale pamięta ówczesne pokolenie wchodzącej w świat młodzieży.

Bal u hrabiów Rożniatowskich miał się ku końcowi. Tańczono z niesłychaną werwą białego mazura, prowadzonego przez słynnego w tym tańcu hrabiego K.

Na żadnej twarzy nie było znać zmęczenia; tancerze i tancerki wyglądali tak rześko i świeżo, jakby dopiero rozpoczęli pląsy. A matrony siedzące przy ścianach, zainteresowane żywo to powodzeniem, to niepowodzeniem swych córek, nie spostrzegały, że przez szpary w adamaszkowych portierach, wdzierało się światło dzienne i sprawiało niejednym to niemiłe wrażenie, jakie zawsze sprawia każdy niezgnębiony i nieznoszący rywala, despota. I mężczyźni nawet nie czuli znużenia, będącego następstwem każdego użycia i przyglądali się figurom mazura prowadzonego mistrzowsko, bo czuli może, iż po tym prowodyrze, tego tańca już nikt tak nie poprowadzi; że po nich go już nikt takim może w Warszawie nie zobaczy.

– Pierwsze pary! – zawołał niemłody już hrabia Ka... po chwili pauzy, w której jednakże muzyka nie urywała, jakby się strasznie bojąc, by brak jej akordów nie przypomniał rozszalałemu towarzystwu rzeczywistości, tj. dnia, szparkami w portierach zwalczającego świateł setki i dopominającego się końca balu.

Na hasło „pierwsze pary” powiększył się gwar w sali balowej i przyległych pokojach.

– Pierwsze pary! – powtarzały sobie matrony, podnosząc się na fotelach.

– Pierwsze pary! – rzucali sobie i starsi mężczyźni, tłocząc się do drzwi, wstając z foteli, opuszczając nawet stoliki z kartami i kanapy w fumoirze.

Wszyscy spieszyliby zobaczyć pierwsze pary, bo w pierwszych parach tańczyły dwie panny Starża – panny, którymi się tej zimy zachwycała, skora jak żadne miasto, do zachwytów Warszawa, tak pochopna do tworzenia światowych bóstw, tak chętna do przewracania w głowach. Bo częściej moda i wypadek, niż rzeczywiste zalety, wydobywają ludzi na wierzch. Kapryśne są fale tego nieuchwytnego morza, jakim bezsprzecznie jest salonowy wielkomiejski sukces. Tej zimy panny Starża były la coqueluehe de tout Varsovie, jak z odcieniem ironii mawiała pani hrabina Korońska.

Ale i ona przybliżyła lornetkę do oczu i przyglądała się tym dwom kobietom, którym powodzenie może dawało właściwie to, co daje powodzenie – tę pewność siebie, ten triumfujący wygląd królewien balu.

Tańczyły w dwóch pierwszych parach, bo tak chciał hrabia Ka... adorator płci pięknej, mimo swych pięćdziesięciu lat; bo tak pozwalała moda, robiąca jedynie najniesłychańsze wyjątki w tym świecie hołdownictwa formom i przesądom.

Panny Starża więc tańczyły przeważnie tego karnawału w pierwszych parach i to zdwoiło jeszcze ich sukces.

Podobne do siebie, były rzeczywiście piękne, choć o piękniejsze nie trudno było w tym samym salonie.

Ale panny Starża miały na skroni ten niewidzialny diadem, który na wybrane czoła kobiet nakłada moda, i miały poklask podwajający urok kobiety już uznany i rozgłośny.

Były to smukłe i rosłe brunetki o pięknych figurach i one to sprawiały, iż nie mogły być niezauważone. Rysy ich dalekie od klasycznej regularności, miały droższą dla kobiety od niej delikatność, kapryśnego, ale mimo to poprawnego rysunku. Oczy czarne i głębokie, zdobiły te podobne do siebie główki, przecudnie osadzone na łabędzich szyjach, a marmurowych i pełnych biustach.

Były to nie przepiękne, ale jak hrabia Ka... mówił: „niesłychanie efektowne i paradne panny”.

Były to wyjątkowo wybitne zjawiska, a ta wybitność tkwiła w ich nieuchwytnie subtelnym aplombie salonowym, złożonym z setek odcieni. Śmiałość spojrzenia, dumny ruch głowy, pyszny chód królewny i czarujący uśmiech niewieści – cechowały jeszcze więcej młodszą pannę Starża, noszącą imię Ireny. Używała też ona większego od siostry powodzenia, po części może i dla tego, że starsza panna Starża zaręczoną była od kilku tygodni, tańczącemu z nią w tej chwili Janowi Jeziołowskiemu, młodzieńcowi o obliczu promieniejącym szczęściem.

Irena była zaś wolną, a kroniki salonowe głosiły, że dzisiaj dała dziesiątego kosza w tymże karnawale.

I o tym to właśnie w tej chwili, lornetując śliczną Irenę, zdwajającą swój urok w mazurze tańczonym z niezrównanym wdziękiem, mówiła hrabina Korońska ze swym nieodstępnym, gdy raczyła mówić, Bywalskim.

– Bo powiedz mi pan – cedziła swym paryskim akcentem, a połatanym francuszczyzną językiem – co skłania tę pannę Starża do niekorzystania z daru ślepej fortuny, której tego karnawału przyszedł dziwny kaprys wysypania rogu obfitości na obie te... panienki. Elles ne sont pas mal, ale... ale na przyszły rok się opatrzą i wyjdą z mody... Będzie polować za tymi, którym tej zimy poodmawiała. Starsza miała więcej rozumu...

Certainement comtesse – bąknął Bywalski, zakładając monokl.

Hrabina usiadła i wskazując obok siebie miejsce towarzyszowi, ciągnęła:

– Pan, który masz przywilej mieszania się do wszystkiego, radzenia wszystkim i żyjesz dobrze ze wszystkimi, powinieneś interweniować. Vous devriez monsieur Bywalski, wytłumaczyć tej panience, że się nie odmawia takich partii, jak Łęski lub Sędzimirski, gdy się nie ma nic prócz swych czarnych oczu i zgrabnej figurki; gdy się jest... enfin tylko panna Starża...

– Ależ to doskonała prastara rodzina – obruszył się Bywalski, który nigdy nie mógł się oswoić ze sposobem traktowania najpoważniejszych szlacheckich nazwisk, przez utytułowana arystokracyę. Może mu to zawsze boleśnie przypominało, że on sam był tylko Bywała-Bywalskim, bez żadnego hr. lub br. wreszcie.

– Nie przeczę, nie przeczę, ale... w naszym wieku i naszym świecie, panie Bywalski, nazwiska utytułowane, książęce, panujące są rien de tout, jeśli niewymawiane z tym odcieniem uszanowania, które niestety mamy tylko dla złota...

– Ach! hrabino!

– Patrzę jasno na rzeczy, panie... Świat mnie taką być nauczył...

– Świat francuski, dodaj pani.

– Nie! Świat warszawski, w którym nie przewracacie się ze śmiechu, widząc w oknach klatki schodowej pałacu Rinberbergów herb „Topór odwieczny”; świat warszawski, w którym próbowano rok temu, gdym się na jego horyzoncie zjawiła, udowodnić, że nie jestem prawdziwą hrabiną Korońską i nie byłam prawdziwą księżniczkę Pilarską, bo znajdowano...

– Co znajdowano?

– Że za mało mam złota, by te dwa nazwiska nosić.

– Ach! pani.

– Nie przecz pan. Byłeś może pierwszy a eu douter, będąc Warszawiakiem par excellence. Was złoto finansów zupełnie zgangrenowało. Nie ma już w Europie miasta, w którym by mniej wielki świat szanował swoje tradycje, a podlejsze złotu bił pokłony. Ceci dit partous...

Tu uśmiechnęła się tym odrębnym uśmiechem kobiety, która kiedyś czarowała pięknością, a rozumem czarować jeszcze pragnęła i podchwyciła:

– Szczęście, fortuna lepiej powiedzmy, zawsze prawie każdemu z nas podaje swą rękę z rogiem obfitości, za którym gonimy. Tylko my nie wiemy o tym a rogu nie widzimy. Powiedzże pan tej pannie Starża, że tej zimy, owa ślepa dama ją sobie wybrała. Powiedzże jej pan, że ta dama długo przy nikim się nie zatrzymuje i długo nie czeka, by uchwycono rękę, którą wyciąga... Powiedzże jej pan to, jeśli masz dla niej cokolwiek życzliwości, a jesteś przecież jej admiratorem i podobno przyjacielem domu Starżów...

– Powiedzieć, by wyszła za Sędomirskiego? Ależ ona lepszego warta. Ależ ona, przypatrz się jej pani, potrzebuje diademu z brylantów, jak ten, który pani masz, i pereł na szyję... a Sędomirski szlachcic na...

– Ha, ha, ha! – zaśmiała się hrabina. – Więc czekać będzie na tego księcia z powieści, który ozdobi jej skronie?...

– Będzie czekać... – odparł Bywalski, którego, jako przyjaciela Starżów, obruszył śmiech hrabiny.

– To się nie doczeka! – zawołała hrabina. – Widziałam wiele takich panien Starża, którym sukces najgorsza wyświadczył przysługę. – Tu wstała i kończyła: – Przepowiadam panu, iż le prince de la fable w Warszawie się nie znajdzie...

– A gdyby się znalazł? – mruknął najwidoczniej zmieszany Bywalski.

– Ha, ha, ha! – zaśmiała się znowu. – Jesteś pan naiwny. Serio myślisz, że jakiś Branicki czy Potocki, Sanguszko czy Lubomirski, oświadczy się o pannę Starża?

– Dlaczegóżby nie?

Hrabina spoważniała i wyraz niezadowolenia przebiegł po jej rysach.

– Panie Bywalski, ależ nie wolno tak nie znać swego świata! Jesteś wielkim augurem u Starżów i gotowyś unieszczęśliwić tę pannę na całe życie, jeśli ją karmisz des ces idée la. Bywalski wstał i zakonkludował:

– Jest godną diademu i diadem mieć winna.

– A więc go dostanie w Warszawie chyba z rąk jakiego steina lub berga...

– Ach! Pani.

– Nie widzę innego sposobu – odparła hrabina i odsunęła się od Bywalskiego.

Ten pozostał zamyślony. Rozmowa ta go zastanowiła.

– Kto wie – myślał – czy w słowach hrabiny nie tkwiło wiele prawdy. Irena upojona sukcesem, mogła się przerachować...

Długo dumał, aż wreszcie się otrząsnął.

– Ależ nie... to niemożliwe. Irena potrzebuje majątku, dużego majątku, Sędomirski... nie?

Polubił tę pannę i interesował się nią może więcej wskutek swego stanu starokawalerskiego, potrzebującego protegować i admirować, niż w skutek swego bardzo dalekiego ze Starżami pokrewieństwa.

Ta ostatnia złośliwość hrabiny go obruszyła. Co za myśl, by Irena miała nie znaleźć partii, tylko pod postacią kogoś z finansów. Cóż tę myśl hrabinie dało? czy to, że młody Appelstein kręcił się koło panny Starża?

Bywalski powiódł po sali oczami i odszukał w niej Irenę.

Siedziała na taborecie. Po prawej stronie miała młodego hrabiego Korońskiego, którego słuchała z widocznym roztargnieniem – czy dlatego może, że ją wciąż zagadywał Appelstein, siedzący po jej lewicy i wpatrzony w nią wzrokiem pełnym uczucia i namiętności.

Bywalski zastanowił się. Wyraz twarzy Ireny zdawał mu się być innym niż kiedykolwiek i tak indywidualnym, iż jego niezbyt głęboką psychologię przykuwał.

Panna Starża wyglądała znudzona i zawiedziona: jej spokojny wzrok spoczywał na twarzy pięknego Korońskiego, syna hrabiny i zdawała się go badać z intensywnością, myśli, usiłującej coś odgadnąć. A to, co odgadnąć pragnęła, znała już prawie, tylko sobie tego przyznać nie chciała. Tyle zaobserwował Bywalski i to mu wystarczyło, by się zatrwożyć. Ten bal był ostatnim balem tego karnawału. Czyżby Koroński, na którego wiedział, że rachowano, nie oświadczył się? Irena była nim zajęta. Pani Starża, obracająca może ostatki swych niegdyś dużych funduszów na ten właśnie karnawał w Warszawie, pragnęła gorąco wydać swe obie córki. Liczyła też na Korońskiego. A najwięcej może nań liczył młody Starża, brat Ireny, mężczyzna lat blisko trzydziestu, który pragnął wyjścia za mąż swych sióstr, aby mu te ułatwiły czy to bogate ożenienie się, czy też życie takie, jakie mieć pragnął. A potrzebował on przede wszystkim pieniędzy, bo lubił namiętnie to tylko, co pieniądze dają.

Gdy też on stanął w myśli Bywalskiemu, posunął się by go odszukać i zasięgnąć języka. Na tym balu bowiem rozeszła się była pogłoska, że Irena odmówiła Sędomirskiemu, a Bywalski nie wiedział, azali to było prawda, lub salonową bajką tylko.

Edward Starża bawił w przylegającym do sali tańców salonie i co chwila opuszczał grupę kilku rozmawiających mężczyzn, by zbliżyć się do drzwi sali i gorączkowym okiem rzucać w stronę, w której Irena z Korońskim i Appelsteinem ściągała jego uwagę.

Młodzieniec ten równie jak siostry przystojny, wysoki, barczysty, blondyn, typ polskiej, szlacheckiej, junackiej, męskiej piękności – dzięki modzie, używał też tej zimy niepomiernego w Warszawie sukcesu.

Ale teraz nie wyglądał nim upojony, ani zabawą oszołomiony. Owszem, jakiś twardy wyraz mienił się w jego raczej wesołych rysach, jakieś widoczne niezadowolenie burzyło jego gorącą krew.

Bywalski stanął przy nim w chwili, w której tenże zagryzając delikatne blond wąsy, zamierzał opuścić dopiero co zajęte obserwacyjne stanowisko.

– Powiedz mi Edwardzie – zagadnął – czy jest w tym coś prawdy, co głoszą dzisiaj?

– W czym?

– Że twoja siostra odmówiła Sędomirskiemu?

– Albo ja wiem – obruszył się, jakby hamując wybuch, Edward Starża – albo ja wiem co ona myśli i komu odmawia? Warszawa przewróciła jej w głowie. Nikt się dotąd o nią nie oświadczył, choć kroniki głoszą o dziesięciu, nikt! bo jest głupią gęsią! Ot patrz teraz, siedzi między dwoma. Czy myślisz, że z tego co będzie? Nic! Sukces ją upoił – mówił cicho, ale z wybuchem.

– Przesadzasz – szepnął Bywalski, wsuwając swą rękę pod ramię Starży i próbując go uprowadzić. Z rozdrażnienia młodzieńca pragnął skorzystać i dowiedzieć się tego, co przed nim nawet, jako przyjacielem domu, widocznie ukrywano. On był przekonany, że panna Starża dała dziesięć koszów tej zimy, a tu się dowiadywał...

– Me przesadzam – odparł Edward. – Nie widziałem tak głupiej gąski, jak Irena. Na serio bierze swój salonowy sukces, a przy tym ten nieszczęśliwy sentymentalizm!... Chciałaby w jednej osobie księcia, milionera i kochanka. Ona jest głupszą od gąski. Ot! patrz teraz, siedzi między dwoma. Gdyby była sprytną i trochę kokietką, a mniej sentymentalną, toby już się był oświadczył Koroński... byłaby go do tego zmusiła. Gdyby była przynajmniej mądra, jak inne panny, toby się oświadczył Appelstein... A ona za chwilę wstanie z niczym, bo jej głupia ambicja nie pozwala zmusić Karola do oświadczenia się, a przewrócona głowa i sentymentalizm nie chcą, by się oświadczył Appelstein...

– Więc byłbyś i za Appelsteinem? – zapytał szeptem Bywalski.

– Dla czegóż by nie – mruknął Edward. – Widzisz jak lubi toalety, zabawy, jak ją odurza świat. Wszystkiego mieć na świecie nie można. Gdy się jest za głupią, by złapać hrabiego i milion, to się bierze trzy miliony u diabła i robi się bardzo prosty rachunek: milion zamiast tytułu, drugi milion za milion, a trzeci za Żyda. C’est simple comme bonjour, et le compte y est.

W tym muzyka urwała. Powstało zamieszanie, tylko Bywała Bywalski długo jeszcze stał w miejscu, popychany i potrącany przez cisnące się z sali tańców tłumy.

Smutno mu było, temu wytrawnemu salonowcowi na myśl, że widocznie Koroński bałamucił tylko Irenę.


ROZDZIAŁ II

Bernard Appelstein był pierworodnym synem Salomona Appelsteina, który założywszy w Warszawie poważny dom Appelsteinów, powoli, w tej epoce właśnie schodził z tego świata w bardzo już podeszłym wieku. Czystej krwi potomek warszawskiego Izraela, był nie bez pewnych zasług dla społeczeństwa polskiego, które w satyrycznym wierszu zasługi te niejako upamiętniło. W swoim czasie, lat temu wiele, gdy Salomon Appelstein był w sile wieku, jakiś dowcipniś puścił w kurs ten czterowiersz, będący niejako pamiątką popularności pana Salomona:

Kto nie kocha Łubieńskiego, synów i wnuków jego,

Kto nie kocha pani Łąckiej i Łąckiego,

Kto Appelsteina nie kocha.

Ten nie wart ziarnka grochu.

Gdy ten wiersz się na bruku warszawskim rodził, Appelstein był u zenitu powodzenia. A działo się to w czasach, w których się nie słyszało o świecie finansowym, ale w których znajdowali się już finansiści. Były to lepsze dla nich czasy. Appelstein prawie bez rywali, łatwo, dla siebie wyłącznie zagarniał złotodajne interesy, które nie tylko w tych okolicznościach pozwoliły mu robić krocie i miliony, ale nadto dawały możność przysłużenia się społeczeństwu i zyskiwania rozgłosu człowieka wyjątkowych zdolności i talentów.

Cały olbrzymi majątek i tę spuściznę, zasługi i tę firmę niby nietkniętą żadnym szwindlem, pozostawiał swoim synom, z których starszego Bernarda po prostu ubóstwiał. A ubóstwiał go dlatego może, że o ile młodszy ze swym krogulczym nosem był do niego podobnym, o tyle Edward przedstawiał całkiem odmienny typ i niczym nie przypominał swego pochodzenia, którego wprawdzie stary Appelstein się nie wstydził, ale o którym zapomnieć wolał.

Stary pan Salomon bowiem, żyjąc całe życie wśród arystokracji polskiej, z którą go wiązał ten potężny węzeł, jakim jest duży majątek i wypływające zeń okoliczności, marzył o złączeniu i zespoleniu się z tym społeczeństwem, do którego należał. To społeczeństwo nie zamykało przed nim drzwi, owszem, ceniło jego finansową głowę, lubiło jego dowcip, uznawało jego zasługi, bo widziało w nim tylko zdolnego i uczynnego bankiera, a nie reprezentanta kasty, mogącej się stać niebezpieczną dla jej żywiołu. Widziało w nim wyjątkową jednostkę, a nie klasę; widziało Appelsteina, a nie członka nieistniejącego wtedy, chciwego i wyzywającego świata finansowego.

I stary pan Salomon zestarzał się w przekonaniu, że następne pokolenie, to jest to do którego należeć będzie jego pierworodny, zapomni zupełnie o jego pochodzeniu i że tenże zajmie już w Warszawie bezsprzecznie stanowisko, jakiego jemu jeszcze zająć nie pozwalała zbyt dobra pamięć ludzka, pamiętająca może samego pana Salomona, jak chodził dzieckiem po Warszawie ze swym rodzicem, właścicielem spacerującego sklepiku.

I stary pan Salomon powoli schodził ze świata w tym naiwnym przekonaniu, bo już był za starym, by zauważyć, że od czasów, w których dowcipny wierszokleta odsądzał od czci tego, coby go nie kochał, dużo się zmieniło i dużo przeinaczyło. Stary pan Salomon nie widział już, że o ile dawniej był lubionym bankierem, o tyle teraz był członkiem jakiejś nagle powstałej klasy, która tym silniejsze ściągała pociski i obudzała nienawiści, im więcej stawała się potężną i zagrażała dotychczasowemu porządkowi.

Stary Appelstein już tego nie widział i dziwił się tylko, dlaczego Bernard nie daje mu wnuka o złoto – blond włosach, o zadartym nosku i o szerokiej wardze, stworzonej do zawiesistego i strzępiastego wąsa.

Trapił się stary bardzo i nie pojmował, i głupiał niemal w swym zdziecinnieniu lat osiemdziesięciu.

– Co to ma znaczyć? co to ma znaczyć – pytał – że Bernard, taki piękny i bogaty Bernard, nie znajduje żadnej szlachcianki.

Bo gdyby marzył o księżniczce, toby może jeszcze zrozumiał niepowodzenie syna, ale on marzył tylko o szlachciance z obywatelskiego, porządnego domu. Stary Appelstein miał całe życie słabość do obywatelskich porządnych domów.

Ta słabość z wiekiem przeszła w manię, i gdy się zestarzał, gdy stracił pamięć, gdy stracił nawet zdolność rachunkową i spryt do interesów, gdy prawie zdziecinniał, to pamiętał jeszcze, że Bernard ma się ożenić z panną, pochodzącą z zacnego polskiego starodawnego domu.

Dnia tego, a było to nazajutrz po balu u Rożniatowskich, siedział w swym gabinecie i czekał niecierpliwie przybycia syna, który zwykle pierwszą wizytę mu składał. A czekał jej tym niecierpliwiej, że tej zimy się staremu ubrdało, że syn jego musi się ożenić. Czuł, że się w nim ostatnie zapasy życia wyczerpywały, że gasła lampa jego żywota, a nie mógł się pogodzić z myślą, by miał zejść z tego świata, nie zabierając z sobą pewności, że dom jego się rozrośnie i rozmnoży, że skarby w nim przezeń nagromadzone, posłużą do rozkrzewienia rodu Appelsteinów.

Czekał na Bernarda. Tenże był mu kilka razy tej zimy powiedział, że dołoży wszelkich starań, by zadość uczynić gorącym marzeniom rodzica. A młodszy syn jego, Jakub, też mu się zwierzył, że nie próżno Bernard był tak stałym i gorliwym uczestnikiem balów tego świetnego karnawału.

Dnie i noce więc spędzał stary pan Salomon, marząc o Irenie i usiłując ją sobie wyobrazić, usiłując przeniknąć przyszłość, której ciekawością, może już jedynie od lat kilku, żył.

Z uderzeniem godziny dziewiątej wszedł Bernard, a oblicze starca się rozpromieniło, ale na sekundę tylko. Młody milioner wyglądał zmęczony i zafrasowany. A był to już skończony mężczyzna, mogący liczyć przeszło lat trzydzieści, o rysach na pierwszy rzut oka, bynajmniej nie semickich. Przypatrzywszy się jednak uważniej tej twarzy, uderzała tryskająca z niej namiętność, jakby dzika i niepohamowana, szczególnie w małych, siwych, gorących i migotliwych oczkach uwydatniona. Zresztą Bernard Appelstein był dobrej budowy ciała, a zarost obfity, bo nosił wąsy i faworyty, miał zbyt jasny, co czyniło starszą jego fizjognomię. Z dala mógł się wydać siwym lub siwiejącym. Nie będąc brzydkim, nie był przystojnym, ale w świecie warszawskim, w którym typ semicki silnie zawsze u jego synów występował, mógł raczej uchodzić za każdego, niż za Appelsteina, syna pana Salomona i panny Rotbeer, która w swoim czasie z powodu wybitnego typu, by nie psuć obywatelskiej pozycji mężowi, nigdy się nawet u siebie nie pokazywała.

Stary pan Salomon to widział i tym więcej kochał Bernarda, którego oblicze nie stawało na przeszkodzie jego ambicjom. Radość na widok syna, zaraz zniknęła i zapytał z pośpiechem:

– Bernardzie, co tobie?

– Nic, drogi ojcze – odparł syn i uściskawszy staruszka z czułością pospolitą w tym świecie, szanującym lepiej od naszego węzły rodzinne, dodał: – Bal wczorajszy się bardzo późno skończył. Nie spałem więcej niż dwie godziny.

Nastało milczenie.

Stary wpatrywał się w oblicze syna i chciał zeń coś wyczytać, coś, co czuł, że go trapi. Bernard unikał ojcowskiego wzroku i bawił się nożem od przecinania papieru.

– I nic? – nagle zapytał grobowym głosem stary Appelstein.

Bernard się ocknął.

– Owszem! oświadczyłem się – wykrztusił z widocznym cierpieniem.

Pergaminowe oblicze starca pokryło się jakby woskiem.

– I? Iiii...

– Nie odpowiedziała mi nic...

– Nic? – Nic... nie wiem, co mam dalej począć?

– Jak to?

– No! nie wiem... nie wiem...

Stary westchnął i opuścił głowę na piersi, by na bardzo długo się zadumać. Nagle się obudził i zawołał:

– A więc raczej jesteś przyjęty?

– Nie wiem.

– Nie ma jedynego na świecie, mój Bernardzie, wypadku. W twoim więc wypadku cóż się robi? Ja ci poradzić nie mogę... Ja... U nas... Za moich czasów...

Machnął ręką i nie skończył. Syn podchwycił:

– Myślę też nad tym. Wypadałoby znaleźć kogoś, kto by się za mnie o odpowiedź upomniał.

– I o takiego kogoś ci trudno?

– Nie znajduję...

– Czyż to możliwe?

– Nie znajduję...

– Ha, ha! – zaśmiał się stary – wydajesz rocznie sto tysięcy rubli na przyjaciół i nie masz ani jednego?

– Zaczekaj ojcze, poszukam. To rzecz nie łatwa. Tu potrzeba kogoś, kto by wpłynął, jeśliby zaszła potrzeba.

Stary kiwnął głową, rozumiał to widocznie i uznawał.

I nastało znów długie milczenie, aż zniecierpliwiony pan Salomon je przerwał. – Wyglądasz, jakbyś wątpił o sobie, a Jakub mi mówił, że ci Starżowie nic nie mają, że gonią, resztkami, że młody Starża...

– To żadna racja. Stary się obruszył.

– To duża racja. Od dzieciństwa nie umiałeś się cenić. Reprezentant firmy Appelstein...

– Ależ mój ojcze. To przecież nie giełda.

– Wszystko na świecie jest giełdą, mój drogi Bernardzie – odparł przytłumionym tonem, spostrzegając, że drażni syna.

Nastało znów milczenie i znów je przerwał pan Salomon.

– Jeszcze szukasz?

– Szukam.

– A ten Bywalski? Bernard milczał.

– Ten Bywalski, który nie opuszcza żadnego u ciebie obiadu, który cię kocha, gdy przyjmujesz bankierów i gdy przyjmujesz szlachciców, którzy...

– Ależ Bywalski jest ich krewnym, może mi być przeciwnym.

– Przeciwnym? przeciwnym tobie, który mu dałeś czterdzieści tysięcy na oczyszczenie jego majątku w tych błotach?...

– Ależ mój ojcze, nie mówmy o pieniądzach. On wziął czterdzieści tysięcy, a dziś zamiast mi pomóc, może mi stołka podstawić.

– Dlaczego? Bernard ruszył ramionami i do najwyższego stopnia zniecierpliwiony, nic nie odparł.

Ale i stary Appelstein był zniecierpliwiony. Wydawało mu się, że syn jego mówił od rzeczy. Firmy „Appelstein” nie brał zupełnie w rachubę, a Bywalskiego zwalniał ze wszystkich obowiązków, mimo aktu hipotecznego czterdziestu tysięcy, który się musiał znajdować w kantorze.

Powstał z fotela i zaczął chodzić po pokoju, by co chwila nad synem przystawać i o coś go pytać, lub mu coś radzić. Doprowadzał tym widocznie do rozpaczy młodego mężczyznę, który nie wiedział jak wyjść z trudnej pozycji. Oświadczył się był wczoraj Irenie w niefortunnej chwili, gdy mazur się kończył, gdy Koroński coś jej szeptał. Wprawdzie spojrzała nań w odpowiedzi zdziwionym, zdawało mu się, wzrokiem, i miała już otworzyć usta, gdy hrabia Ka... wezwał wszystkie pary do ostatniej figury i Koroński porwał Irenę.

Co teraz miał począć? czy czekać nowego spotkania, czy iść za przysłowiem qui tacet consentire videtur, czy może... użyć rzeczywiście jedynego Bywalskiego? Ale ten jedyny Bywalski tak mu się wydawał do tej misji nieodpowiednim... Gdyby jeszcze panna Starża nie była jego daleką, kuzynką... Ale w tym stosunku, nie wierzył w jego życzliwość, nie wierzył, by Bywalski pragnął go mieć powinowatym, ten Bywalski, który gotów był się z nim nie rozstawać, gdy po obiedzie pito zamorskie likiery i palono cygara. A Jesiołowski, ten galicyjski szlachcic, pochodzący z kraju, w którym nie znano finansów, w którym jak słyszał, nie spotykano na lekarstwo w salonach steina, berga czy standa.

Pracował wytężająco myślą, ważył pro i contra, ważył tym namiętniej, że się kochał w pannie Starża, o czym zapewne ojciec jego nie wiedział, gdy znów przystanął i upartym milczeniem syna zniecierpliwiony, zaczął:

– Bo ty jesteś głupi, mój Berdziu, ty jesteś głupi, przypuszczając, że ci Starżowie mogą być nieuszczęśliwieni z twego wyboru. Cóż ci oni zarzucić mogą? Jesteś młody i przystojny. Cóż ci oni zarzucić mogą? Żeś nie jest wyedukowany? Wszakże z odznaczeniem skończyłeś uniwersytet, a Jakub mi mówił, że Starżę wypędzili z piątej gimnazjalnej...

Bernard zakrył twarz dłońmi i usiłował ojca nie słyszeć, a dalej błądzić w labiryncie swych myśli. Ale stary ciągnął, pragnąc mu dodać otuchy, jakby małemu dziecku, jakim zawsze dlań był reprezentant milionowej firmy.

– Czy może nie jesteś obywatelem? Jesteś nim, jesteś w każdej guberni, w każdym niemal powiecie. Czy może nie masz tytułu? To go sobie kupisz, jak Kronberg lub Hildeck. Czy może nie masz zasług za sobą? To im przedstaw moje. Ze sto takich starych rodów jak oni, uratowałem od zagłady, a nazwisko Appelstein zapisane będzie i jest już w niejednym miejscu. Niech idą do gmachu Towarzystwa Wielkiego Kredytu, tam je zobaczą wyryte złotymi literami na białym marmurze, między nazwiskami Oleśnickich i Ostojów. Niech zobaczą akt fundacyjny Towarzystwa...

Tu Edward ryknął z niecierpliwości i cierpienia fizycznego, ale stary nie dał się zbić z tropu i tocząc tylko wątek myśli, podchwycił:

– Czy jeszcze nie jesteś dość bogatym, czy nie jesteś? Cóż ci oni zarzucić mogą?

Urwał, bo młody Appelstein się zerwał odkrywając szkarłatne z rozdrażnienia oblicze i zawołał:

– Że jestem Żydem!

Stary pobladł i drżącą dłonią zaczął szukać krzesła poza sobą, uginając się i chyląc, a Bernard wybiegł z komnaty jak szalony.