Zbrodnia księdza Amaro  - José Maria de Eça de Queirós - ebook
Wydawca: Ordeno Dariusz Lewandowski Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodnia księdza Amaro - José Maria de Eça de Queirós

XIX-wieczna Portugalia, ultrakatolicka prowincja Europy - młody ksiądz, pobożna parafianka i gorące uczucie, które nie ma prawa istnieć.
Problem celibatu, do dziś dręczący Kościół katolicki, to główny temat powieści, która trafiła na kościelny indeks książek zakazanych i przez lata była niedozwoloną lekturą w portugalskich i brazylijskich szkołach.

Poruszający romans stał się podstawą wielu scenariuszy filmowych - ekranizacje kinowe z 2002 i 2005 r. były prawdziwymi sukcesami frekwencyjnymi i finansowymi.

Dzięki przekładom i wznowieniom Zbrodnia księdza Amaro jest stale obecna na rynkach księgarskich niemal całego świata.

Opinie o ebooku Zbrodnia księdza Amaro - José Maria de Eça de Queirós

Fragment ebooka Zbrodnia księdza Amaro - José Maria de Eça de Queirós






(...) to tylko wątek o księżach i parafiankach snuty
w cieniu starej katedry na portugalskiej prowincji (…)

Eça de Queirós

Zbrodnia księdza Amaro

Z portugalskiego przełożyła

Dorota Górniak

ordeno

Dariusz Lewandowski

Tytuł oryginału

O Crime do Padre Amaro

Redakcja

Maja Górniak

Copyright © for the Polish translation by Dorota Górniak, 2010

Copyright © for the Polish edition by ordeno Dariusz Lewandowski, 2012

Skład i łamanie

Adam Bartoszewski

Projekt okładki

gania

ISBN 978-83-930758-3-6


Od Wydawcy

José Maria de Eça de Queirós, jeden z najwybitniejszych pisarzy portugalskich, urodził się w 1845 r. w Póvoa de Varzim, na północy Portugalii. Zaskakujące są pierwsze fakty z jego biografii - zgodnie z zapisem w świadectwie chrztu urodził się jako syn naturalny José Marii d’Almeida de Teixeira de Queirós i „matki nieznanej”. Tą nieznaną damą była 19-letnia Carolina Augusta Pereira de Eça, której matka prawdopodobnie nie chciała się zgodzić na małżeństwo córki z ojcem przyszłego pisarza. Przez cztery lata Eça de Queirós mieszkał w domu swojej mamki. W 1849 r., po śmierci matki pani Caroliny, rodzice pobrali się, ale chłopiec zamiast z rodzicami zamieszkał z babką ze strony ojca. Po jej śmierci w 1855 r. został oddany do szkoły z internatem w Porto. Ojciec, wysoki urzędnik państwowy, w obawie przed skandalem godził się, by jego pierworodny żył z dala od rodziców i trójki legalnego rodzeństwa.

W wieku 16 lat Eça de Queirós zapisał się na Wydział Prawa Uniwersytetu w Coimbrze. To najstarszy, założony w 1290 r., i do dziś jeden z największych uniwersytetów w Portugalii. Okres studiów pisarza to czas wielkich przemian ekonomicznych i społecznych.
W 1856 r. uruchomiono pierwszy odcinek kolei żelaznej, która, jak pisze Eça de Quierós „(…) otworzyła Półwysep na świat. Codziennie wyruszały z Francji, z Niemiec całe potoki nowych idei, systemów, wartości estetycznych, uczuć, humanistycznych myśli… Każdy poranek niósł nowe odkrycie. Michelet, Hegel, Proudhon, Hugo, Balzak, Goethe, Heine, Poe, Darwin (…) Te wszystkie cuda spadały jak kawałki drewna na ognisko, wzniecając ogromny słup iskier i dymu. Jednocześnie docierały poprzez zacofane Pireneje wielkie uniesienia Europy, które natychmiast przyjmowaliśmy jako nasze własne: kult Garibaldiego i wyzwolonych Włoch, głębokie współczucie dla pokrojonej Polski, miłość do Irlandii, celtyckiego szmaragdu, deptanego przez Saksonów! (…)” Taka atmosfera kształtowała przyszłego pisarza, humanistę, realistę i naturalistę, który czynnie uczestniczył w życiu literackim i społecznym uczelni.

Po ukończeniu studiów Eça de Queirós zajął się działalnością publicystyczną, którą kontynuował przez całe życie, współpracując okazjonalnie z portugalskimi i brazylijskimi pismami. Był znakomitym kronikarzem, świetnym obserwatorem życia politycznego, społecznego i kulturalnego całego świata, które poznał podczas licznych podróży (Bliski Wschód, Ameryka Północna i Środkowa) oraz pracy w służbie dyplomatycznej – był konsulem na Kubie, a potem w Anglii i we Francji. Najpłodniejszy okres w karierze literackiej Esy de Queirós to lata 1873 — 1878 spędzone w Bristolu i Newcastle — pracował wtedy nad projektem obszernej kroniki obyczajowej pt.: Sceny Portugalskie (Cenas Portuguesas), w których, zainspirowany Komedią ludzką Balzaka, planował odmalować panoramę XIX-wiecznego społeczeństwa portugalskiego. Nie zrealizował tego projektu do końca, ale powstały m. in. powieści: Zbrodnia księdza Amaro (O Crime do Padre Amaro), Kuzyn Bazyli (O Primo Basílio), Ród Maia (Os Maias) stanowiące portrety różnych klas społecznych: duchowieństwa, mieszczaństwa i arystokracji w okresie monarchii konstytucyjnej.

Ożenił się późno, w wieku 40 lat. Długo szukał swojego ideału, „kobiety spokojnej, inteligentnej, z majątkiem (niewielkim), o silnym charakterze ukrytym pod łagodną osobowością” jak pisał do przyjaciela. Jego wcześniejsze doświadczenia nie były szczęśliwe — raz związał się „z bezwstydnicą, która komplikowała mi życie”, innym razem „z dewotką, która, zdawało się, że prowadzi mnie do szczęścia, a tymczasem ciągnęła po prostu na mszę!” Ślub z 29-letnią Marią Emílią de Castro Pamplona, siostrą hrabiego de Resende, przyjaciela z lat szkolnych, odbył się w Porto, 10 lutego 1886 r., w kaplicy rezydencji rodziny narzeczonej. Dopiero wtedy, podczas przygotowań do ślubu i związanymi z tym formalnościami, rodzice Esy zostali zmuszeni do oficjalnego uznania syna.

W 1888 r. został mianowany konsulem we Francji. Był to okres jego ożywionej działalności publicystycznej — założył i wydawał pismo Revista de Portugal, uznawane za jedno z najlepszych portugalskich pism tamtej epoki. Jak zwykle mocno zaangażowany
w życie społeczne i polityczne przyłączył do grona intelektualistów (m.in. Emila Zoli, Marii Curie-Skłodowskiej), wypowiadających się przeciw wyrokowi w słynnej aferze politycznej, tzw. sprawie Dreyfusa. Wraz z żoną i czwórką dzieci mieszkał w Neuilly pod Paryżem aż do śmierci w 1900 r.

Zbrodnia księdza Amaro została po raz pierwszy opublikowana
w 1875 r. w odcinkach na łamach pisma Revista Ocidental – bez zgody autora. „Proszę natychmiast zawiesić wydawanie powieści. (…) Nie zgadzam się na publikację bez dokonania korekty” telegrafował do wydawcy pisma. Powieść liczyła wtedy 136 stron i Eça nazwał ją „brudnopisem”. Druga, 362-stronicowa wersja, ukazała się w 1876 r. a jej wydanie sfinansował ojciec pisarza. I ta wersja nie okazała się ostateczną. Eça de Queirós, znany z tego, że nieustannie poprawiał swoje teksty, zaczął ponownie pracę nad Zbrodnią księdza Amaro. Po raz trzeci powieść wydano
w 1880 r. — miała 674 strony i podtytuł: „Sceny z życia religijnego.” Wersja, którą przedstawiamy Czytelnikowi jest właśnie tą ostatnią, różniącą się od poprzednich bardziej antyklerykalnym stanowiskiem pisarza, ostrzejszą krytyką społeczną oraz wzbogaceniem i pogłębieniem psychologicznym postaci. Zbrodnia księdza Amaro, uznawana za pierwszą portugalską powieść realistyczną, jest jednym z najczęściej tłumaczonych dzieł pisarza, wydawanych wielokrotnie w Europie, Ameryce a nawet w Japonii.

Eça de Queirós słynie z oryginalności swojego stylu — stosował swoistą interpunkcję i niekonwencjonalne zasady gramatyczne. W mistrzowski sposób posługiwał się humorem i ironią, bardzo często wykorzystywał karykaturę jako sposób rysowania postaci. Nie bał się trudnych, szokujących, tematów — miłości kazirodczej, afer gospodarczych i politycznych, hipokryzji i władzy Kościoła. Jego prozę, po prawie 150 latach, wciąż świetnie się czyta…


I

W niedzielę wielkanocną rozeszła się po Leirii* wiadomość, że proboszcz katedralnego kościoła, José Miguéis, zmarł nad ranem na apopleksję. Proboszcz, gruby i czerwony na twarzy, uchodził wśród kleru diecezji za „obżartucha nad obżartuchami”. Niesłychane historie opowiadano o jego żarłoczności. Aptekarz Carlos, który proboszcza nie znosił, mawiał zwykle, gdy widział go wychodzącego po sjeście, objedzonego, z przekrwioną twarzą:

— Oho! Boa-dusiciel idzie trawić. Któregoś dnia pęknie!

Rzeczywiście, pękł po obfitej, rybnej kolacji, gdy naprzeciwko, u mecenasa Godinho, obchodzono urodziny gospodarza i hałaśliwie tańczono polkę. Nikt go nie opłakiwał i niewiele osób poszło na jego pogrzeb. Na ogół go nie szanowano. Był wieśniakiem; miał ruchy i pięści jak od łopaty, ochrypły głos, włosy w uszach i do tego wyrażał się prostacko.

Wierne za nim nie przepadały; odbijało mu się w konfesjonale; a ponieważ zawsze żył w wiejskich parafiach, nie rozumiał pewnych wzruszeń wyrafinowanej pobożności; dlatego już na początku stracił prawie wszystkie penitentki, które przeszły do miłego księdza Gusmao, tak elokwentnego i gładkiego w obejściu!

Kiedy wierne mu dewotki opowiadały o swoich wyrzutach sumienia i widzeniach, José Miguéis strofował je, burcząc:

— Co za brednie, kochana! Proś Boga o rozum! O więcej rozumu w makówce!

Najbardziej irytowała go przesada w zachowywaniu postów.

— Najedz się i napij! — miał zwyczaj krzyczeć. — Najedz się i napij, kobieto!

Był miguelistą** i partie liberalne, ich poglądy i gazety doprowadzały go do irracjonalnej złości:

— Pałą ich! Pałą! — wołał, wymachując swym wielkim, czerwonym parasolem.

W ostatnich latach najczęściej przesiadywał w domu, samotny, tylko ze starą gospodynią i psem, Joli. Jedynym jego przyjacielem był prałat Valadares, zarządzający diecezją pod nieobecność biskupa, Dom Joaquima, który od dwóch lat rozczulał się nad swoim reumatyzmem w majątku w Górnym Minho***. Proboszcz odnosił się z wielkim szacunkiem do prałata, człowieka zasuszonego, z dużym nosem, oczach krótkowidza, wielbiciela Owidiusza, który zawsze mówił z grymasem niezadowolenia na ustach i używał wielu mitologicznych aluzji.

Prałat go szanował. Mówił o nim „Brat Herkules”.

— Herkules, bo silny — wyjaśniał z uśmiechem — brat, bo jest łakomy jak mnich.

W czasie pogrzebu osobiście pokropił mu grób; ponieważ miał zwyczaj częstować go codziennie tabaką ze swojej złotej tabakierki, powiedział więc cichutko do pozostałych kanoników, rzucając na trumnę, zgodnie ze zwyczajem, pierwszą grudkę ziemi:

— To ostatnia szczypta tabaki, jaką mu ofiaruję!

Cała kapituła zaśmiewała się z tego żartu księdza prałata; kanonik Campos powtórzył go wieczorem przy herbacie w domu posła Novaisa; żart przyjęto wybuchami śmiechu, wszyscy wychwalali zalety prałata i z szacunkiem stwierdzono, że „jego ekscelencja jest bardzo dowcipny!”

W kilka dni po pogrzebie pojawił się na rynku pies proboszcza, Joli. Gospodynię z gorączką przewieziono do szpitala; dom został zamknięty; pies, opuszczony, włóczył się od drzwi do drzwi, skomląc z głodu. Był to mały kundelek, nieprawdopodobnie gruby, nawet trochę podobny do proboszcza. Przyzwyczajony do sutanny, potrzebujący pana, gdy ujrzał jakiegoś księdza, natychmiast ruszał za nim, popiskując z cicha. Ale żaden nie chciał nieszczęsnego Joli; odganiali go czubkiem parasola; pies, odpędzany jak natręt, przez całe noce wył po ulicach. Pewnego ranka znaleziono go martwego pod szpitalem Misericórdia; zabrał go stamtąd wóz ze śmieciami i ponieważ nikt już więcej nie widział psa na rynku, proboszcz José Miguéis został całkowicie zapomniany.

W dwa miesiące później dowiedziano się w Leirii, że mianowano nowego proboszcza. Mówiono, że to człowiek bardzo młody, który niedawno opuścił seminarium. Nazywał się Amaro Vieira. Wybór jego przypisywano wpływom politycznym i opozycyjna gazeta wychodząca w Leirii, Voz do Distrito****, mówiła z goryczą, cytując Golgota, o „protekcjonalizmie dworu i reakcjonizmie kleru”. Niektórzy księża oburzyli się na ten artykuł; z niechęcią rozmawiano o nim w obecności prałata.

— No, protekcja to tam była na pewno, i że człowiek ma swoich opiekunów, to oczywiste — mówił prałat. — Pisał do mnie Brito Correia, który był w tym czasie ministrem sprawiedliwości, i to potwierdził. W liście napisał mi też, że proboszcz to przystojny, młody mężczyzna. W ten sposób — dodał, uśmiechając się z satysfakcją — po bracie Herkulesie może będziemy mieli brata Apollina.

W Leirii tylko jeden człowiek znał nowego proboszcza: był to kanonik Dias, który w pierwszych latach seminarium uczył go etyki. Za jego czasów, mówił kanonik, proboszcz był chłopcem słabowitym, nieśmiałym, obsypanym pryszczami.

— Wydaje mi się, że go widzę: w wyświechtanej sutannie, blady, jakby miał robaki… Poza tym, dobry chłopak! I sprytny…

Kanonik Dias był bardzo dobrze znany w Leirii. Przytył ostatnio; sterczący brzuch wypełniał mu sutannę; jego szpakowata główka, wory pod oczami i nabrzmiałe wargi przywodziły na myśl dawne anegdoty o rozpustnych zakonnikach łakomczuchach.

Wuj Patrício, straganiarz, zagorzały liberał, który przechodząc obok księży, warczał jak stary pies na łańcuchu, mówił czasem, widząc go, jak idzie przez rynek, ciężki, objedzony, podpierając się parasolem:

— A to grubas! Wygląda jak król JoaoVI!

Kanonik mieszkał tylko ze starszą siostrą, panią Josefą Dias, i jedną służącą, również dobrze znaną w Leirii; zawsze widać ją było na ulicy, owiniętą czarnym, farbowanym szalem, ciężko powłóczącą trepami. Kanonik Dias uchodził za bogatego; miał w pobliżu Leirii posiadłości oddane w dzierżawę, wydawał kolacje, na których podawano indyka; słynne było jego wino duque z roku 1815. Ale najbardziej znamiennym faktem w jego życiu, faktem komentowanym i oplotkowanym, była jego długoletnia przyjaźń z panią Augustą Caminhą, nazywaną „Świętą Joaneirą”, gdyż pochodziła z miejscowości Sao Joao da Foz*****. Joaneira mieszkała na ulicy Misericórdia i wynajmowała pokoje. Miała córkę, Amélię, dziewczynę dwudziestotrzyletnią, ładną, dorodną, bardzo atrakcyjną.

Kanonik Dias był ogromnie zadowolony z powodu nominacji Amara Vieiry. W aptece Carlosa, na rynku, w zakrystii katedry, opowiadał o jego pilności w seminarium, o powściągliwości, posłuszeństwie: chwalił nawet jego głos: „Taki tembr głosu to prawdziwy dar!”.

— Na kazania Wielkiego Tygodnia, żeby trochę wzruszyć wiernych, jak znalazł!

Przepowiadał mu z patosem pomyślną przyszłość, pewnie kanonikat, a może świetność jakiegoś biskupstwa!

I wreszcie, pewnego dnia, z zadowoleniem pokazał koadiutorowi katedry, człowieczkowi milczącemu i służalczemu, list, który przyszedł z Lizbony od Amara Vieiry.

Było sierpniowe popołudnie i spacerowali obaj w okolicy mostu Ponte Nova. Budowano wtedy drogę do Figueiry: stary, drewniany most na rzece Lis został zburzony, przechodziło się już nowym mostem, bardzo zachwalanym, z dwoma szerokimi kamiennymi łukami, mocnymi i przysadzistymi. Dalej prace zostały wstrzymane z powodu spraw wywłaszczeniowych; widać było błotnistą drogę gminy Marrazes, którą nowa szosa miała zastąpić; warstwy żwiru pokrywały ziemię; grube kamienne walce, które ubijają i wyrównują tłuczeń, zagłębiały się w czarną i wilgotną po deszczu ziemię.

Wokół mostu rozciąga się rozległy i spokojny krajobraz. Od strony skąd płynie rzeka, są niskie wzgórza o zaokrąglonych kształtach, pokryte ciemnozieloną gęstwiną młodych sosen; poniżej, pośród gęsto rosnących drzew, stoją domy, które tym melancholijnym miejscom nadają cech bardziej żywych i ludzkich przez swoje wesołe, pobielone ściany lśniące w słońcu, niebieskie dymy z kominów, które popołudniami unoszą się w powietrzu zawsze przejrzystym i pełnym światła. Od strony morza, gdzie rzeka rozlewa się szeroko między dwoma rzędami bladych topoli, rozciąga się równina Leirii, jasna, rozległa, żyzna, obfitująca w wodę. Z mostu niewiele widać miasta; zaledwie róg ciężkiej, kamiennej bryły jezuickiej katedry, narożnik muru cmentarza osłonięty pomurnikiem oraz ostre i czarne czubki cyprysów; pozostała część ukryta jest za potężnym wzgórzem porośniętym dziką roślinnością, z widocznymi ruinami zamku, zniszczałymi i monumentalnymi; o zmierzchu krążą wokół nich, zataczając po niebie szerokie koła, stada nietoperzy.

Tuż przy moście jest promenada schodząca ku alei, która ciągnie się kawałeczek brzegiem rzeki. To zaciszne miejsce, osłonięte wiekowymi drzewami nazywane jest Starą Aleją. I tu, spacerując z koadiutorem, kanonik radził się ściszonym głosem, w sprawie listu Amara Vieira i „Pomysłu, który mu przyszedł do głowy i wydawał się doskonały! Doskonały!” Amaro prosił go o jak najszybsze znalezienie mieszkania, taniego, dobrze położonego, jeśli to możliwe, umeblowanego, najlepiej dwu pokoi w porządnym domu. „Ksiądz profesor rozumie — pisał Amaro — właśnie to by mi najbardziej odpowiadało. Oczywiście, nie potrzebuję luksusów: sypialnia i salonik byłyby wystarczające. Ważne jest, by dom był szanowany, spokojny, położony w centrum, i żeby właścicielka miała miłe usposobienie i nie żądała ceny jak za złoto. Polegam całkowicie na rozwadze i możliwościach księdza i proszę wierzyć, że te przysługi nie trafią na niewdzięczny teren. Najważniejsze, żeby właścicielka była osobą zgodną i miłą.”

— Mój pomysł, przyjacielu Mendesie, jest taki: ulokować go w domu Joaneiry! — podsumował kanonik bardzo zadowolony. — Świetny pomysł, prawda?

— Znakomity pomysł! — powiedział koadiutor swym służalczym głosem.

— Joaneira ma na dole sypialnię, obok salonik i drugi pokój, który może służyć za gabinecik. Ma dobre meble, dobrą pościel.

— Wspaniałą pościel — powiedział koadiutor z szacunkiem.

Kanonik mówił dalej:

— To piękny interes dla Joaneiry, dając pokoje, pościel, jedzenie i służącą może wziąć śmiało sześć tostoes****** dziennie. A poza tym, zawsze to proboszcz w domu.

— No tak, tylko, że jest Amélia… — rozważał nieśmiało koadiutor. — Ludzie mogą komentować. Dziewczyna młoda… Wiadomo, że proboszcz też młody… Wasza wielebność wie, co to są ludzkie języki.

Kanonik przystanął.

— Eh, brednie! A czy ksiądz Joaquim nie mieszka pod jednym dachem z wychowanicą swojej matki? A kanonik Pedroso nie mieszka ze szwagierką i siostrą szwagierki, dziewiętnastoletnią dziewczyną? Też coś!

— Chciałem tylko powiedzieć … — łagodził koadiutor.

— Nie, nie widzę w tym nic złego. Pani Joaneira wynajmuje swoje pokoje, to tak, jakby miała pensjonat… Czy sekretarz generalny nie mieszkał u niej przez kilka miesięcy?

— Ale duchowny… — powątpiewał koadiutor.

— Tym większa pewność, drogi Mendesie, tym większa pewność! — wykrzyknął kanonik. I zatrzymał się, dodając poufnie: — A poza tym, mnie by to bardzo odpowiadało, Mendesie! Odpowiadałoby mi to, przyjacielu!

Przez chwilę panowała cisza. Koadiutor odezwał się ściszając głos:

— Tak, wasza wielebność robi dużo dobrego dla pani Joaneiry.

— Robię, co mogę, mój drogi przyjacielu, robię, co mogę — rzekł kanonik.

I dodał czułym tonem, uśmiechając się po ojcowsku:

— Warta jest tego, oj warta! Jaka ona dobra, mój przyjacielu! — Przystanął, przewracając oczami. — Wyobraź sobie, że jeśli któregoś ranka nie odwiedzę jej punktualnie o dziewiątej, chodzi cały dzień niespokojna! „Kobieto — mówię — martwi się pani bez powodu”. Ale co to pomaga! A jak dostałem kolki zeszłego roku! Schudła, panie Mendesie! No i zawsze jakiś prezent… Teraz, przy świniobiciu, najlepsze części są dla „świętego księdza”, wie pan? Tak mnie nazywa.

Mówił z błyszczącymi oczami, rozanielony.

— Eh , Mendesie! — dokończył — to wspaniała kobieta!

— I ładna kobieta — powiedział koadiutor z szacunkiem.

— Otóż to! — wykrzyknął kanonik, zatrzymując się znowu. — Otóż to! Doskonale się trzyma! I popatrz, przecież to już nie panienka! A nie ma ani jednego siwego włosa! Ani jednego! A jaki kolor skóry! — I dodał, ciszej, rozmarzony — A to tutaj, oh! Mendesie, a to tutaj! — Wskazywał na szyję, poniżej brody, gładząc ją powoli swoją pulchną ręką. — Co za doskonałość! Poza tym, kobieta czyściutka, bardzo porządna! A jakie mi daje prezenciki… Nie ma dnia, żeby mi czegoś nie przesłała! A to spodeczek galaretki, to talerzyk arroz doce*******, to morcela de Arouca********! Wczoraj przesłała mi jabłecznik. Trzeba go było widzieć! Jabłka były jak krem! Nawet moja siostra Josefa powiedziała: „Są tak dobre, jakby były gotowane w wodzie święconej”. — I kładąc dłoń na piersi, dodał: — To są rzeczy, które poruszają człowieka aż do głębi, panie Mendesie! Powiem szczerze, nie ma drugiej takiej!

Koadiutor słuchał w zazdrosnym milczeniu.

— Ja dobrze wiem — powiedział kanonik, znów przystając i dobierając powoli słowa — ja dobrze wiem, że tu ludzie gadają… Ale to jest wielkie oszczerstwo! Rzecz w tym, że lubię tę rodzinę. Lubiłem jeszcze za życia męża Joaneiry. Pan o tym dobrze wie, panie Mendesie.

Koadiutor potwierdził gestem.

— Joaneira to uczciwa kobieta! Uczciwa kobieta, panie Mendesie! — wołał kanonik, mocno uderzając o ziemię końcem parasola.

— Języki ludzkie są jadowite, księże kanoniku — odrzekł koadiutor frasobliwie. A po chwili milczenia dodał cicho: — Ale waszą wielebność zapewne drogo to kosztuje…

— Otóż właśnie, mój przyjacielu! Wyobraź sobie, że od czasu wyjazdu sekretarza generalnego biedna kobieta ma puste pokoje: to ja dokładam do gospodarstwa, panie Mendesie!

— Przecież ona ma kawałek ziemi — zauważył koadiutor.

— Kawalątek ziemi, drogi panie, kawalątek ziemi! A tu podatki, dniówki… Dlatego też mówię, proboszcz to kopalnia. Sześć tostoes, które jej zapłaci, to, co ja dołożę, to, co sama zarobi ze sprzedaży warzyw, wystarczy, aby jako tako żyć. A dla mnie to duża ulga, panie Mendesie.

— Duża ulga, księże kanoniku! — powtórzył koadiutor.

Umilkli. Kończyło się pogodne popołudnie; bezchmurne niebo miało kolor bladego błękitu; powietrze było nieruchome. O tej porze roku poziom rzeki był bardzo niski; błyszczały suche łachy piasku; płytka woda lekko falowała, marszcząc się na gładkich kamieniach. Na błotnistej drodze, biegnącej wzdłuż zarośli po drugiej stronie rzeki, naprzeciw alei, ukazały się dwie krowy poganiane przez dziewczynę; weszły powoli do wody i, wyciągając otarte przez jarzmo szyje, piły powoli, w ciszy; co jakiś czas podnosiły poczciwe łby i rozglądały się dookoła z biernym spokojem sytego stworzenia; błyszczące w świetle nitki zaślinionej wody zwisały im z pysków. W miarę jak słońce chyliło się ku zachodowi, woda traciła lustrzany blask; kładły się na niej cienie kamiennych łuków mostu. Od strony wzgórz unosiła się szara mgiełka. Krwistoczerwone i pomarańczowe chmury zapowiadające upał tworzyły, od strony morza, wspaniałą scenerię.

— Piękne popołudnie! — rzekł koadiutor.

Kanonik ziewnął, zasłaniając usta znakiem krzyża.

— No i przychodzimy na nieszpory, co?

Kiedy, po chwili, wchodzili po schodach katedry, kanonik stanął, zwracając się do koadiutora:

— A więc postanowione, przyjacielu Mendesie, ulokuję Amara w domu Joaneiry! To będzie korzyść dla wszystkich.

— Wielka korzyść — przytaknął z szacunkiem zakrystian. — Wielka korzyść!

I przeżegnawszy się, weszli do kościoła.

*Leiria – miasto w centralnej Portugalii, położone nad rzeką Lis, kilkanaście kilometrów od wybrzeża Atlantyku; stolica dystryktu Leiria.

** miguelista – zwolennik ruchu społecznego, dążącego do przywrócenia monarchii absolutnej króla Miguela I (1802 – 1866) i jego potomków.

***Minho – północno-zachodni region Portugalii z charakterystyczną, wiejską zabudową z granitu.

****Voz do Distrito (port.) – Głos Dystryktu.

*****Sao Joao da Foz (port.) – Św. Jan z Foz.

******tostao (l.m. tostoes) – drobna srebrna moneta o wartości 100, 200, 500 réis (l.p. real, l.m. réis – dawna jednostka monetarna Portugalii i Brazylii).

*******arroz doce – popularny deser z ryżu na słodko z żółtkami.

******** morcela de Arouca – oryginalny deser portugalski w postaci kiełbasek; masą składającą się głównie z mielonych migdałów i cukru napełnia się jelita wieprzowe, następnie parzy a potem suszy; podaje się je np. smażone na maśle.


II

Tydzień później dowiedziano się, że nowy proboszcz ma przyjechać z Chao de Maças dyliżansem, który przywozi popołudniową pocztę; i już od szóstej kanonik Dias i koadiutor Mendes przechadzali się po rynku, czekając na Amara.

Był koniec sierpnia. W długiej, wybrukowanej alei, biegnącej wzdłuż rzeki, miedzy dwoma rzędami starych topoli, prześwitywały jasne suknie spacerujących pań. Od strony Łuku ciągnął się szereg ubogich chałup; na progach przędły staruszki; brudne dzieci bawiły się w ziemi, pokazując swe ogromne, nagie brzuchy; żarłoczne kury dziobały walające się dookoła śmieci. Wokół studni panował gwar; słychać było przesuwanie dzbanów po kamieniach; kłóciły się służące, do których zalecali się żołnierze w brudnych mundurach i w wielkich, koślawych butach; kołysząc biodrami, szły parami dziewczyny, niosąc na głowie pękate, gliniane dzbany; dwaj znudzeni oficerowie, w rozpiętych na brzuchu mundurach, rozmawiali, czekając, ciekawi, „kto to przyjedzie”. Dyliżans spóźniał się. Kiedy zapadł zmierzch, w niszy świętego, na szczycie Łuku, zajaśniała lampka; i naprzeciwko, jedno po drugim, rozbłyskały ponurym światłem okna szpitala.

Noc już zapadła, gdy dyliżans z zapalonymi latarniami wjechał na most; chude, siwe konie biegły zmęczonym kłusem. Dyliżans zatrzymał się przy studni, pod gospodą Cruza; pomocnik Wuja Patrí- cia natychmiast ruszył biegiem na rynek z plikiem Diário Popular; Wuj Baptista, właściciel, z czarną fajką w kąciku ust, klnąc pod nosem, wyprzęgał konie; mężczyzna, który jechał na siedzeniu obok woźnicy, w kapeluszu i długim płaszczu duchownego, zszedł ostrożnie, trzymając się żelaznych poręczy siedzenia, tupnął, by rozruszać zdrętwiałe nogi, i rozejrzał się wokoło.

— Amaro! — krzyknął kanonik Dias, podchodząc. — Jak się masz łobuziaku?

— Ksiądz profesor! — powiedział tamten z radością. I uściskali się, podczas gdy koadiutor stał, nisko pochylony, z beretem w ręku.

W chwilę później klienci w sklepach ujrzeli idącego przez rynek, między powolnym korpulentnym kanonikiem Diasem i chudą postacią koadiutora, lekko pochylonego człowieka w księżowskim płaszczu. Wiedziano już, że to nowy proboszcz; w aptece skomentowano od razu „że to przystojny mężczyzna”. Przodem szedł Joao Bicha, niosąc kufer i płócienną torbę, a ponieważ o tej porze był już podpity, mruczał pod nosem Chwalmy Pana.

Dochodziła dziewiąta, zapadała noc. Wokół rynku domy pogrążone już były we śnie; ze sklepów pod arkadami sączyło się smutne światło naftowych lamp, wewnątrz majaczyły senne postacie gawędzących przy ladzie klientów. Ulice, które zbiegały się na rynku, kręte, ponure, z jedną, zamierającą latarnią, robiły wrażenie niezamieszkałych. I, wśród ciszy, dzwon katedry ogłaszał powoli koniec dnia.

Kanonik Dias opowiadał powoli proboszczowi „co mu załatwił”. Nie szukał dla niego samodzielnego mieszkania; trzeba byłoby kupić meble, znaleźć służącą: niezliczone wydatki! Uważał więc, że lepiej wynająć pokój w porządnym, przytulnym domu; w tej sytuacji — i jest tu nasz przyjaciel koadiutor, który może to potwierdzić — nie ma nic lepszego od domu Joaneiry. Przewiewny, idealnie utrzymany, z kuchni nie przechodzą żadne zapachy; mieszkał tam sekretarz generalny, a przedtem inspektor szkolny; a pani Joaneira — przyjaciel Mendes zna ją dobrze — to kobieta bogobojna, skrupulatna, gospodarna i bardzo ugodowa.

— Będziesz się tam czuł jak u siebie w domu! Dostaniesz dwudaniowy obiad, kawę…

— Dobrze, a jaka cena, księże profesorze — spytał proboszcz.

— Sześć tostoes. Do diabła, to za darmo! Masz sypialnię, masz salonik…

— Wspaniały salonik — dodał z szacunkiem koadiutor.

— A czy daleko od katedry? — spytał Amaro.

— Dwa kroki. Można odprawiać mszę w rannych pantoflach. W domu jest dziewczyna — ciągnął swoim powolnym głosem kanonik — to córka pani Joaneiry. Dziewczyna dwudziestotrzyletnia. Ładna. Ma swoje humory, ale z natury dobra… Oto twoja ulica.

Była wąska, z niskimi, ubogimi domami, przytłoczonymi wysokimi murami starego szpitala; w głębi ponuro świeciła latarnia.

— A oto twoje apartamenty! — rzekł kanonik, uderzając kołatką w wąskie drzwi.

Na pierwszym piętrze sterczały dwa żelazne, staroświeckie balkony; w rogach, w drewnianych skrzynkach, rosły kuliste krzewy rozmarynu; malutkie górne okna miały parapety; ściana, przez swoje nieregularności, przypominała zgniecioną puszkę.

Joaneira czekała u szczytu schodów; służąca, wychudzona i piegowata, trzymała naftową lampę; oświetlona postać Joaneiry rysowała się wyraźnie na tle bielonej ściany. Była tęga, wysoka, o bardzo jasnej karnacji; wyglądała na osobę o łagodnym usposobieniu. Wokół jej czarnych oczu skóra była już pomarszczona; włosy zaczesane do tyłu, z czerwoną ozdobą, były przerzedzone po bokach nad czołem i na początku przedziałka; ale ramiona miała pulchne, biust obfity, ubranie schludne.

— Ma pani tu swego gościa — oznajmił kanonik, wchodząc.

— To wielki zaszczyt przyjmować księdza proboszcza! Wielki zaszczyt! Zapewne jest ksiądz zmęczony. Oczywiście! Tędy, jeśli łaska. Proszę uważać na schodek!

Wprowadziła go do małego saloniku pomalowanego na żółto, z obszerną, wyplataną kanapą opartą o ścianę; naprzeciwko stał stół wyłożony zielonym suknem.

— To salonik księdza proboszcza — powiedziała Joaneira. — Można kogoś przyjąć, wypocząć… A tu — dodała, otwierając drzwi — sypialnia. Ma ksiądz swoją komodę, szafę… — Otworzyła szuflady, zachwalała łóżko, klepiąc dłonią elastyczny materac. — Dzwonek na służącą, kiedy tylko ksiądz zechce… Kluczyki od komody są tutaj… Może ksiądz lubi wyższą poduszeczkę? Jest tylko jeden koc, ale jeśli potrzeba…

— Jest dobrze, wszystko jest bardzo dobrze, droga pani — rzekł proboszcz swoim miękkim i niskim głosem.

— Proszę się nie krępować! Co tylko mamy, z największa chęcią…

— Kobieto! — przerwał jowialnie kanonik. — Teraz to on chce zjeść kolację!

— Kolacyjka też już gotowa. Od szóstej czekam z rosołem…

I wyszła, aby ponaglić służącą; w głębi schodów rozległ się jej głos:

— Prędzej, Ruça, ruszajże się, ruszaj!

Kanonik siadł ciężko na kanapie, wąchając tabakę:

— Musi ci to wystarczyć, mój drogi. Tylko to dało się znaleźć.

— Mnie jest wszędzie dobrze, księże profesorze — odrzekł proboszcz, wkładając kapcie. — A jak było w seminarium! W Feirao… deszcz padał mi na łóżko…

Od strony placu doszedł ich dźwięk trąbki.

— Co to takiego? — spytał Amaro, podchodząc do okna.

— Wpół do dziesiątej, capstrzyk.

Amaro otworzył okno. W głębi uliczki dogasała latarnia. Noc była bardzo czarna. Miasto ogarnęła głucha, grobowa cisza.

Po trąbce rozległ się powolny dźwięk bębnów, oddalający się w kierunku koszar; pod oknem przemknął biegiem żołnierz, który zbyt długo zabawił w jakiejś uliczce pod zamkiem; od murów szpitala nieustannie dochodziło przenikliwe nawoływanie puszczyków.

— Smutne to — powiedział Amaro.

Ale Joaneira wołała już z góry:

— Bardzo proszę, księże kanoniku! Rosół na stole.

— No, chodźmy, chodźmy! Pewnie umierasz z głodu, Amaro! — rzekł kanonik, podnosząc się z trudem.

I, przytrzymując na chwilę proboszcza za rękaw marynarki:

— Zaraz zobaczysz co to jest rosół z kury, zrobiony przez tę panią… Aż ślinka cieknie!

Pośrodku jadalni, wyklejonej ciemną tapetą, cieszył oczy jasny stół ze śnieżnobiałym obrusem, talerzami, kieliszkami lśniącymi w silnym świetle lampy osłoniętej zielonym abażurem. Z wazy pełnej rosołu unosiła się wonna para; na dużym półmisku tłusta kura, tonąca w wilgotnym, białym ryżu i otoczona kawałkami dobrego paio*, wyglądała jak sute, królewskie danie. W oszklonym kredensie, nieco ukrytym w cieniu, widniała jasna, kolorowa porcelana; w rogu, przy oknie, stał fortepian przykryty pokrowcem z wypłowiałej satyny. W kuchni coś skwierczało; i, czując świeży zapach dochodzący z koszyka z wypraną bielizną, proboszcz, zadowolony, zacierał ręce.

— Tutaj, księże proboszczu, tutaj — powiedziała Joaneira. — Stamtąd może ciągnąć.

Poszła zamknąć okiennice; podsunęła mu pudełeczko z piaskiem na popiół i niedopałki papierosów.

— Ksiądz kanonik zje odrobinę galaretki, prawda?

— Niech będzie, dla towarzystwa — odpowiedział wesoło kanonik, siadając i rozkładając serwetkę.

Joaneira tymczasem, krzątając się po pokoju, podziwiała proboszcza, który, z głową pochyloną nad talerzem, jadł w milczeniu swój rosół, dmuchając na łyżkę. Był przystojny; włosy miał kruczoczarne, lekko kręcone. Twarz była owalna, skóra śniada i delikatna, oczy czarne i duże, z długimi rzęsami.

Kanonik, który nie widział go od czasów seminaryjnych, uważał, że Amaro przytył i zmężniał.

— Byłeś takim chuderlakiem…

— To górskie powietrze — wyjaśnił proboszcz — dobrze mi zrobiło!

Opowiedział wtedy o swoim smutnym życiu w Feirao, w Górnej Beirze**, podczas surowej zimy, tylko z pasterzami. Kanonik nalewał mu wina, z góry, by się pieniło.

— Pij, człowieku, pij! Takiego trunku nie miałeś w seminarium.

Zaczęli mówić o seminarium.

— Ciekawe, co się stało z „Ogonkiem”, szafarzem? — pytał kanonik.

— A z „Żuczkiem”, który pokradał kartofle?

Roześmiali się; i, pijąc, przypominali sobie z radością wydarzenia z tamtych czasów; wiecznie zakatarzonego rektora, czy nauczyciela śpiewu, któremu pewnego dnia wypadły z kieszeni obsceniczne poezje Bocage’a***.

— Jak ten czas leci, jak ten czas leci… — mówili.

Joaneira postawiła właśnie na stole głęboki talerz z pieczonymi jabłkami.

— O ho, ho! No, nie, tym też nie pogardzę! — zawołał kanonik. — Pysznego pieczonego jabłuszka, nigdy sobie nie odmawiam! Wspaniała gospodyni, przyjacielu! Doskonała gospodyni, ta nasza pani Joaneira! Wspaniała gospodyni!

Ona śmiała się; widać było jej dwa przednie zęby, duże i zaplombowane. Przyniosła butelkę porto; z namaszczeniem położyła na talerzu kanonika upieczone jabłko, posypane cukrem, i klepiąc go po ramieniu pulchną, miękką ręką:

— To święty, księże proboszczu! Święty człowiek. Och, ileż mu zawdzięczam!

— Eh, gadanie! — powiedział kanonik z rozanielonym wyrazem twarzy. — Dobry trunek! — dodał, smakując swoje porto. — Dobry trunek!

— To jeszcze z urodzin Amélii, księże kanoniku.

— No, właśnie, a gdzie mała?

— Poszła do Morenalu z panią Marią. Pewnie spędziły wieczór u sióstr Gansoso.

— Ta pani tutaj, to właścicielka — wyjaśnił kanonik, mając na myśli folwark Morenal. — Posiada prawdziwe królestwo! — Śmiał się dobrotliwie, a jego błyszczące oczy spoglądały czule na obfite kształty Joaneiry.

— Och, księże proboszczu, proszę nie słuchać, to tylko skrawek ziemi… — powiedziała.

Lecz, widząc opartą o ścianę służącą, która trzęsła się od wstrzymywanego kaszlu:

— Na Boga! Idźże wykasłać się do kuchni, dziewczyno!

Służąca wyszła, zasłaniając usta fartuchem.

— Biedna, wygląda na chorą — zauważył proboszcz.

— Bardzo chorowita, bardzo! Biedne stworzenie… To jej wychowanica, sierota, zagrożona suchotami… Wzięła ją z litości…

— Dlatego, że poprzednia służąca poszła do szpitala, bezwstydnica! Zadała się z jakimś żołnierzem…

Ksiądz Amaro powoli spuścił wzrok i, zjadając okruszyny, spytał, czy było wiele chorób tego lata.

— Biegunki od niedojrzałych owoców — mruknął kanonik. — Rzucają się na arbuzy, a potem opijają się wodą… I gorączki…

Zaczęli mówić o malarii na wsi, o klimacie Leirii.

— Bo ja teraz — rzekł ksiądz Amaro — czuję się o wiele silniejszy. Chwała niech będzie naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi, na zdrowie narzekać nie mogę!

— I niech je Bóg księdzu zachowa, bo nie wie ksiądz, jaki to skarb! — zawołała Joaneira. Natychmiast opowiedziała o wielkim nieszczęściu w jej domu, o swojej siostrze, całkiem otępiałej, od dziesięciu lat przykutej do łóżka. Skończy sześćdziesiąt lat… Zimą nabawiła się kataru i od tej pory, biedaczka, gaśnie powoli…

— Niedawno, późnym popołudniem, miała atak kaszlu! Myślałam, że to już koniec… Teraz jej trochę przeszło…

Opowiadała dalej o „tym zmartwieniu”, potem o swojej Amélii, o siostrach Gansoso, o zmarłym prałacie i ogólnej drożyźnie, siedząc z kotem na kolanach, bezwiednie ugniatając w palcach kuleczki z chleba. Kanonik, ociężały, przymykał powieki; zdawało się, że wszystko w jadalni stopniowo zapada w sen; lampa świeciła coraz słabiej.

— No tak, moi państwo — rzekł wreszcie, poruszając się kanonik — na nas już pora.

Ksiądz Amaro wstał i ze spuszczonymi oczami zmówił modlitwę.

— Czy ksiądz proboszcz chce lampkę? — zapytała troskliwie Joaneira.

— Nie, droga pani. Nie potrzebuję. Dobranoc!

I zaczął powoli schodzić, dłubiąc w zębach wykałaczką.

Joaneira przyświecała mu lampą z przedpokoju. Lecz na pierwszych stopniach proboszcz stanął i, odwracając się, łagodnie powiedział:

— Ach, prawda, proszę pani, jutro piątek, post…

— Nie, nie — wtrącił kanonik, który otulał się peleryną, ziewając — jutro obiad jesz u mnie. Przyjdę po ciebie, wstąpimy do prałata, do katedry… Pamiętaj, że mam ośmiorniczki. Istny cud, bo tu nigdy nie można dostać ryby.

Joaneira pospieszyła uspokoić proboszcza:

— Ach, o postach nie trzeba mi przypominać, księże proboszczu. Jestem pod tym względem bardzo skrupulatna.

— Mówiłem — tłumaczył się proboszcz — bo niestety dziś nikt nie przestrzega…

— Wasza wielebność ma całkowitą rację — przerwała. — Ale nie ja! Na Boga! Zbawienie własnej duszy przede wszystkim!

W tej chwili na dole głośno zadźwięczał dzwonek.

— To pewnie mała — rzekła Joaneira. — Otwórz no, Ruça.

Trzasnęły drzwi, rozległy się głosy, śmiech.

— To ty, Amélio?

Ktoś wołał „Do widzenia! Do widzenia!” i pojawiła się, prawie biegnąc po schodach, z suknią lekko uniesioną z przodu, piękna dziewczyna, silna, wysoka, z białą chustą narzuconą na głowę i gałązką rozmarynu w ręce.

— Wejdź, córeczko. To jest ksiądz proboszcz. Właśnie niedawno przyjechał, wejdź!

Amélia zatrzymała się nieco zakłopotana, patrząc w górę schodów, gdzie przy poręczy stał proboszcz. Była zaróżowiona, oddychała szybko; jej żywe i czarne oczy błyszczały; bił od niej świeży zapach powietrza i łąk, z których wracała.

Proboszcz zszedł, przyciśnięty do poręczy, by ją przepuścić, mruknąwszy z opuszczoną głową „Dobry wieczór”. Kanonik, który schodził ciężko za nim, stanął na środku schodów przed Amélią:

— O tej porze, niegrzeczna?

Roześmiała się cichutko, zawstydzona.

— No, idź, idź z Bogiem! — i poklepał ją lekko po twarzy swą grubą, owłosioną ręką.

Wbiegła na górę, podczas gdy kanonik, zabrawszy z saloniku parasol, wychodził, mówiąc jeszcze do służącej, która oświetlała schody:

— Dobrze, dobrze, ja widzę, nie zazięb się, dziewczyno. A więc o ósmej, Amaro! Bądź gotów! Idź już, dziewczyno, do widzenia! Pomódl się do Matki Boskiej Bolesnej, żeby cię uwolniła od tego przeziębienia.

Proboszcz zamknął drzwi od swego pokoju. Odchylona pościel, bielusieńka, miała przyjemny zapach upranego płótna. Nad wezgłowiem łóżka wisiała stara rotograwiura, przedstawiająca Chrystusa na krzyżu. Amaro otworzył swój brewiarz, ukląkł przy nogach łóżka, przeżegnał się; ale czuł zmęczenie, nie mógł opanować ziewania; i wtedy, na górze, nad sufitem, wśród modlitw, które mechanicznie odmawiał, usłyszał stukanie bucików Amélii i odgłos nakrochmalonych halek, które strzepywała przy rozbieraniu.

* paio – tradycyjna wędzona kiełbasa portugalska, której głównym składnikiem jest schab przyprawiony papryką i czosnkiem.

** Beiras – drugi co do wielkości region Portugalii, ciągnący się przez środkową część

kraju od granicy z Hiszpanią po wybrzeże Atlantyku.

*** Manuel Maria de Barbosa du Bocage (1765 – 1805) – wybitny poeta portugalski, znany również ze swych obscenicznych wierszy.