Zasada nenufaru. Menedżerowie i podwójna moralność. Jak chciwość sytych rujnuje świat  - Daniel Goudevert - ebook
Wydawca: BC Edukacja Sp. z o.o. Kategoria: Specjalistyczne Język: polski

Zasada nenufaru. Menedżerowie i podwójna moralność. Jak chciwość sytych rujnuje świat ebook

Daniel Goudevert

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 262 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zasada nenufaru. Menedżerowie i podwójna moralność. Jak chciwość sytych rujnuje świat - Daniel Goudevert

Daniel Goudevert - publicysta i doświadczony menedżer branży motoryzacyjnej - w pełen pasji sposób opisuje tajniki świata wielkiego biznesu i demaskuje jego niszczącą moc zwiększającą przepaść między biednymi i bogatymi. Podważa również mit o czysto racjonalnych zasadach ekonomii i uświadamia nam, jak niebezpieczna jest to iluzja.
Wiele miejsca i emocjonalnego zaangażowania poświęca zagadnieniu moralności ludzi biznesu - nie przedsiębiorców - lecz menedżerów zarządzających korporacjami i odkrywa mechanizmy pozwalające tymże na bezkarne nadużywanie dostępu do władzy i informacji, cyniczne manipulowanie wynikami i nieliczenie się z konsekwencjami decyzji personalnych.

Opinie o ebooku Zasada nenufaru. Menedżerowie i podwójna moralność. Jak chciwość sytych rujnuje świat - Daniel Goudevert

Fragment ebooka Zasada nenufaru. Menedżerowie i podwójna moralność. Jak chciwość sytych rujnuje świat - Daniel Goudevert







Daniel Goeudevert

Zasada nenufaru

Przekład
Agencja STRIDE (Grzegorz Zaręba)
 

Wydawnictwo BC Edukacja Sp. z o.o.



Volkerowi – mojemu przyjacielowi


Lilia...

Lilia wodna pospolita (Nymphaea maligna comunalis) to wymyślony podgatunek z rodziny grzybieniowatych (Nymphaeaceae) i wieloletnia roślina zielna bujnie porastająca powierzchnię, rozprzestrzeniona zwłaszcza w nowoczesnych, dynamicznych społeczeństwach. Z jednej strony uchodzi za mistrzynię samoinscenizacji, ponieważ wszystkie atrybuty jej piękna są ukryte pod wodą, z drugiej – jej kwiaty zawierają odurzający antyseptyk o nazwie nucyferyna, który likwiduje lęki, uspokaja i poprawia nastrój, powodując, że popyt na tę substancję rośnie tak samo szybko jak na mydło wytwarzane z suszonych nasion nenufaru, potrafiące zmyć poczucie winy, przez co jest towarem pożądanym zwłaszcza przez menedżerów, bankierów i polityków.

Od czasów antycznych aż po erę nowożytną lilia wodna była symbolem niewinności, czystości i cnotliwości – jej nasiona pomagały braciom i siostrom zakonnym hamować popędy i dochowywać ślubów czystości. Nie brakowało jednak osób świeckich ostrzegających przed tą rośliną jako „zabójczynią miłości”. Również współczesna ocena nenufaru jako wzoru autoprezentacji jest ambiwalentna. Wprawdzie jego pachnące kwiaty o spiralnie umieszczonych płatkach koronnych skrywają pod cudownym płaszczem zapomnienia wszystko to, co znajduje się niżej, a więc dno i głębię, motywy i zamiary, ale botanicy nie bez racji wskazują, że lilia wodna to roślina bardzo ekspansywna, czerpiąca z podłoża tak dużą ilość substancji odżywczych, że zagraża egzystencji własnego środowiska...


ZAKŁAD O POGODĘ.
WSTĘP

Dogłębne studiowanie problemu
pozwala zyskać na czasie.

Alfred Herrhausen

Początek maja w Prowansji. Wiosna. Dużo światła i ciepła. Łagodne, pachnące powietrze pieści skórę. Kwitnące krajobrazy pełne barw i zapachów pozwalają zapomnieć o zimie. Wydaje się, jakby nagle wszystko powracało do życia. Swoista orgia istnienia.

Gdy tylko mogę, spędzam maj w Prowansji. Uważam, że to najpiękniejszy miesiąc na południu Francji. A może powinienem był użyć czasu przeszłego? „To był najpiękniejszy miesiąc!” Tej wiosny, podobnie jak w zeszłym roku, wszystko było inne. Południowo-zachodnią Europę od tygodni nawiedzał niekończący się niż znad Atlantyku. Było mokro i zimno. Ani śladu wiosny, łagodnego powietrza i kwitnących krajobrazów. Tymczasem na północy i wschodzie kontynentu skarżono się na niespotykaną suszę i rekordowe upały.

Pogoda. Niewyczerpany temat. Rzeczywiście nie mam pewności, czy już wcześniej nie przeżyłem w Prowansji równie deszczowych majowych dni. Całkiem możliwe. Pamięć bywa zawodna. Tegoroczny maj – podobnie jak zeszłoroczny – ma jednak w sobie coś ostatecznego. Stabilna pogoda należy już chyba do przeszłości. Znajdujemy się w samym środku zmiany klimatu.

Najprawdopodobniej. Ten czy inny ekspert poda pewnie w swoją szacowną wątpliwość to, że za globalne ocieplenie i ekstremalne zjawiska pogodowe odpowiada człowiek, bo przecież klimat to problem zbyt złożony, aby redukować go do prostych zależności. Istnieje wprawdzie zauważalna korelacja między wzrostem zawartości dwutlenku węgla w atmosferze a rosnącymi temperaturami, ale nie jest to przecież dowód na istnienie związku przyczynowo-skutkowego, zwłaszcza że na klimat wpływają również inne czynniki, jak choćby wahania promieniowania słonecznego i kosmicznego, zmiany położenia osi Ziemi, przesunięcia prądów morskich i wiele innych zjawisk. Zresztą okresy ochłodzenia i ocieplenia zawsze następowały jedne po drugich niezależnie od tego, ile dwutlenku węgla znajdowało się akurat w atmosferze. Poza tym badania izotopów głęboko położonych warstw skalnych i lodowych wykazały, że w ciągu ostatnich 500 milionów lat zawartość dwutlenku węgla w otaczającym nas powietrzu nierzadko była nawet dziesięciokrotnie wyższa niż obecnie, jednak nie powodowała ocieplenia klimatu. Tym samym nie możemy wiedzieć na pewno, jak to wszystko wzajemnie od siebie zależy, w związku z czym nie ma powodu, abyśmy popadali w histerię.

Tak, taka właśnie jest współczesna nauka. Po części. Jeszcze dla Tomasza z Akwinu „minimum poznania rzeczy wielkich miało większą wartość niż maksimum poznania rzeczy małych”. Natomiast współcześni eksperci już dawno uznali omylność za swojego największego wroga, zaliczając do kanonu nauki jedynie to, co wiadomo na pewno. Wystarczy cień wątpliwości, aby uznali się za niekompetentnych. Dzięki temu mogą pozostać niewinni i nieomylni sensu stricto. Ale tę pozornie racjonalną ortodoksyjność można utrzymać jedynie za cenę własnego ograniczenia, bo w gruncie rzeczy nie chodzi tutaj o nic innego jak o kapitulację przed złożonością rzeczywistości.

Na wiele ważnych pytań nie da się bowiem odpowiedzieć, zastosowawszy surowe prawa nauki, a przecież wymagają one jakiegoś rozwiązania. Naukowy puryzm nie zawsze jest tutaj pomocny, nierzadko okazując się – zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze i karierę – zwyczajną pozą mającą uczynić ekspertyzę bardziej przekonującą. Do każdej sporządzonej opinii można z łatwością znaleźć „eksperta”, który udowodni coś dokładnie przeciwnego. I wcale nie musi to być nieuczciwe. Trzeba jednak zachować zdrową dozę nieufności i nie dziwić się, kiedy na przykład biegły pracujący na zlecenie przemysłu tytoniowego oceni ryzyko palenia o wiele łagodniej – albo przynajmniej jako jeszcze niedostatecznie zbadane – niż naukowcy z resortu zdrowia.

W obliczu coraz częstszych katastrof ekologicznych oraz jednomyślnej ostatnio opinii publicznej przycichł głos sceptyków wątpiących w to, czy za ocieplenie klimatu odpowiada człowiek. I bardzo dobrze, lepiej późno niż wcale, zresztą nie tylko w tej kwestii, ale we wszystkich istotnych sprawach, bo nawet jeśli któryś z zarzutów byłyby uzasadniony, to i tak nie przyniósłby niczego innego niż stagnacja. Długotrwała stagnacja. Dzięki różnorakim ekspertom oraz zadufanym w sobie i notorycznie wszystko lepiej wiedzącym naukowcom gospodarka i polityka to dziedziny, w których wszelkie wyzwania podejmuje się po niemiłosiernie długim okresie przestoju. Dopóki uczeni się kłócą, dopóty nikomu nie będzie się chciało nic zmieniać i domagać się zmian od innych. Do czasu, kiedy trwa dyskusja, wszyscy czują się niewinni jak piękne kwiaty lilii wodnej.

Ja to nazywam brakiem odpowiedzialności. Trzeba wątpić, badać, dyskutować, ale trzeba też działać. Niekiedy równocześnie. Być odpowiedzialnym znaczy odpowiadać na nowe pytania i wyzwania – nawet jeżeli jeszcze nie rozumie się w pełni wszystkich zależności, nawet jeżeli nasza rola w obecnej zmianie klimatu nie została do końca zbadana. Każda obawa – czy to natury społecznej, czy politycznej, czy wreszcie ekologicznej – musi włączać naszą ostrożność. To nie bojaźń, a raczej nakaz zdrowego ludzkiego rozsądku, plan przeżycia, który na pewno nie wykluł się w głowach naiwnych zbawców świata. Nawet zwykłe podejrzenie każe księgowym i złym kapitalistom zachować ostrożność, a niemieckie prawo bilansowe dodatkowo reguluje, jak mają się wówczas zachować – zgodnie z nim zysk można wykazać dopiero wtedy, gdy rzeczywiście się go zrealizuje, podczas gdy stratę bilansuje się już w chwili, gdy jej wystąpienie jest prawdopodobne. Innymi słowy: trzeba zawsze liczyć się z najgorszym, żeby w miarę możliwości do niego nie dopuścić.

Wszystkie próby przepowiadania przyszłości są śmieszne. Na szczęście, bo nawet jeśli nie do końca zbadano przyczyny i skutki jakiegoś zdarzenia, to dopóki istnieje ryzyko, dopóki zachodzi prawdopodobieństwo powstania szkód, dopóty muszę dostosować do niego moje działanie. Inne postępowanie byłoby lekkomyślne, jest lekkomyślne. Przedziwne jest już to, jak rzadko – a w każdym razie jak wolno – uczymy się w tym względzie na popełnionych błędach. Raz po raz lekką ręką pozbywamy się uzasadnionych wątpliwości. Do czego to prowadzi, pokazał dobitnie m.in. kryzys bankowy z roku 2007 i trwające od tego czasu turbulencje giełdowe, w wyniku których odnotowano miliardowe straty, a wiele firm znalazło się na granicy bankructwa, ponieważ banki zbyt ryzykownie udzielały kredytów hipotecznych.

Skutków takiej lekkomyślności, choć na początku niegroźnych, doświadczyłem sam podczas mojego pobytu w Prowansji. Dla milionów ludzi – żyjących na wybrzeżach lub na terenach zagrożonych powodzią bądź suszą – konsekwencją naszej ingerencji w środowisko naturalne jest nie tylko utrata dotychczasowej jakości życia, lecz także jego poważne zagrożenie. Niestety zmiana klimatu najbardziej daje się we znaki tym, którzy najmniej za nią odpowiadają. Według najnowszych badań Międzynarodowego Instytutu Środowiska i Rozwoju udział stu najbardziej dotkniętych krajów w globalnej emisji gazów cieplarnianych wynosi niecałe 5%; same tylko Stany Zjednoczone produkują ich prawie pięć razy więcej, odmawiając jednocześnie udziału w międzynarodowych konwencjach w sprawie redukcji emisji gazów. Oznacza to – zwłaszcza w ubogich krajach, gdzie na działania ochronne niemal brakuje środków – że zmiany spowodowane przez nasz dobrobyt będą miały katastrofalne następstwa. Tym samym zmiana klimatu jest jednocześnie bezpośrednim zagrożeniem sprawiedliwości na świecie. Obie kwestie dotyczą mnie, dotyczą nas wszystkich bezpośrednio i to bez względu na moralność czy przyzwoitość, dobro czy rozsądek – nie od dziś wiadomo, że wszelkie tego typu apele i tak są skazane na niepowodzenie. W przypadku globalnego ocieplenia w zupełności wystarczy, jeśli się skoncentrujemy na własnych korzyściach.

Można to zilustrować pewną grą, a mianowicie zakładem o istnienie Boga wymyślonym przed około 350 laty przez mojego krajana Blaise’a Pascala, wielkiego filozofa i twórcę rachunku prawdopodobieństwa. „Zagrajmy w pewną grę” – powiedział. Grę, w której musi pojawić się rozstrzygające pytanie „orzeł czy reszka”. Nie możemy z całą pewnością wiedzieć, czy Bóg istnieje, ani czy nie istnieje. Musimy się jednak zdecydować, bo „trzecie wyjście nie istnieje”. Na co mamy postawić? Po zbadaniu różnych możliwości odpowiedź Pascala jest jednoznaczna, a do tego absolutnie jasna: „Rozważmy przegraną w przypadku podjęcia decyzji, że Bóg istnieje: jeżeli wygrasz, wygrasz wszystko, jeżeli przegrasz, nie przegrasz niczego. Dlatego nie zwlekaj i postaw na to, że Bóg istnieje”.

Mogę założyć się o to, że zmiana klimatu nastąpi, a jej skutki będą szybsze i bardziej katastrofalne od oczekiwanych. Jakim wynikiem może zakończyć się ten zakład?

  1. Stawiam na zmianę klimatu, a ona następuje. Wówczas podejmuję określone działania, aby przynajmniej zminimalizować jej skutki, czyli wygrywam.

  2. Stawiam na zmianę klimatu, lecz ona nie następuje. Wówczas nie wyrządzając żadnej szkody, poprawiam stan środowiska naturalnego i jakość życia, czyli znów wygrywam.

  3. Wątpię w zmianę klimatu, bo nie mam co do tego ostatecznej pewności, a ona rzeczywiście nie następuje. Wówczas niczego nie wygrywam ani też nie przegrywam.

  4. Wątpię w zmianę klimatu, lecz ona następuje. Wówczas nas wszystkich dosięga najwyższa kara.

Wynik jest całkowicie jednoznaczny: nie zwlekajmy i postawmy na to, że zmiana klimatu nastąpi! Wówczas wygramy, nawet jeśli przegramy zakład.

W czym więc tkwi problem? Dlaczego robimy tak mało, skoro wiemy już tak dużo – jeżeli nie wszystko? Czy brakuje nam rozwiązań technicznych? Ależ nie! Przykładowo przemysł motoryzacyjny od lat byłby w stanie istotnie zredukować zużycie paliwa; również instalacje hybrydowe lub te na gaz ziemny, wodór czy biogaz od dawna są gotowe do codziennego użytku. Tak samo w wielu innych dziedzinach dałoby się za pomocą dostępnych technologii poprawiać wydajność energetyczną, sukcesywnie zwiększając udział alternatywnych źródeł energii.

Dlaczego więc nie dzieje się nic lub dzieje się tak niewiele i tak ospale? Czyżby była to wina kosztów? Także nie! Wprowadzenie katalizatora lub filtra cząstek stałych trwało tak długo nie dlatego, że produkcja i sam produkt były za drogie. Oczywiście nowej techniki nie można mieć za darmo, ale żadne ze znanych mi działań nie okazało się do tej pory przeszkodą. Najdalej w średniej lub dłuższej perspektywie koszty okazują się absurdalnym argumentem. Nie tylko obiektywnie obliczono wysokość ekonomicznej szkody spowodowanej zmianą klimatu (we wszystkich opracowaniach jej wartość znacznie przewyższa ogół kosztów wszelkich możliwych działań związanych z ochroną środowiska), lecz także przedstawiono liczne dowody (np. przemysł solarny) na to, że badanie i rozwój alternatywnych technologii naprawdę się opłaca oraz że takie inwestycje napędzają gospodarkę.

W czym więc tkwi problem? Dlaczego wciąż wesoło pływamy po powierzchni i realizujemy tam nasze kwitnące marzenia, chociaż już od dawna wiemy, że w jeziorze tworzą się „martwe obszary” i grozi mu katastrofa? Dlaczego w obliczu grożącego nam niebezpieczeństwa byliśmy i wciąż jesteśmy bierni? Od działania nie powstrzymuje nas przecież brak wiedzy czy możliwości ani nawet brak chęci. Moim zdaniem problem polega na tym, że w społecznej zmianie klimatu topnieje nasza zdolność podejmowania właściwych decyzji i przedkładania długoterminowej korzyści nad własną wygodę i krótkoterminowy zysk, a także na tym, że we współczesnym świecie z jego podziałem i technicyzacją pracy tracimy z oczu odpowiedzialność za wszystko, co dzieje się wokół nas. Poza tym galopująca współczesność pozbawiła nas przyzwoitości i skrupułów, bo zarówno przyzwoitość, jak i skrupuły wymagają czasu, którego nam najwidoczniej brakuje – przy czym powstaje pytanie, kto kogo właściwie popędza. I dlaczego?

Podejmowanie właściwych decyzji, bycie odpowiedzialnym, przyzwoitym i pełnym skrupułów może zabrzmieć niemodnie i nadopiekuńczo i zapewne coś w tym jest, ponieważ wszystkie te zdolności lub „cnoty” pozostają w sprzeczności z dynamiczną nowoczesnością i wszechwładnie panującą modą na sukces, a poza tym zakładają roztropność, niechybnie prowadząc do spowolnienia. Uniwersalne wartości, na których się opierają, nazywano wcześniej dobrymi obyczajami. Bo tylko kiedy wiem, co wypada lub nie wypada, mogę tego bronić bądź się temu sprzeciwić.

Odpowiedzialność i przyzwoitość mają ponadto nie tylko wymiar cywilny i społeczny, lecz także – co bardzo istotne – ekonomiczny. Zdaje się, że całkowicie o tym zapominamy. Bezwzględność prędzej czy później zostanie ukarana przez rynek. Tylko ten, kto myśli o skutkach podejmowanych przez siebie działań, kto jest rzetelny, kto gwarantuje dobrą jakość i komu można zaufać, może skutecznie i z powodzeniem konkurować z innymi. Dopiero przyzwoitość warunkuje zaufanie – a to, jak dużo takie zaufanie znaczy, można sprawdzić choćby na przykładzie sukcesu niemieckiego eksportu. „Made in Germany” zawsze oznaczało nie tylko wysoką jakość produktu, lecz także rzetelność i uczciwość.

Właśnie o to, o odpowiedzialność i przyzwoitość, powinno chodzić w tej książce – a nie o zmianę klimatu, która nadaje się jedynie na obrazowy wstęp. Zmiana klimatu jest bowiem szczególnie dobrym, bo namacalnym przykładem, który dramatycznie ilustruje, co może się stać, gdy przestaniemy kwestionować nasz stosunek do siebie nawzajem i do naszego środowiska, szukać „właściwych” odpowiedzi na ciągle zmieniające się wyzwania lub przestrzegać zobowiązań podejmowanych w życiu – zarówno prywatnym, jak i gospodarczym.

Odpowiedzialność i przyzwoitość stają się jednak przeżytkiem – co zdają się potwierdzać przykłady z życia codziennego. Volkswagen, Siemens, Nokia czy kryzys bankowy, afery korupcyjne, seksualne, podatkowe czy podsłuchowe – chciwość zdaje się najważniejszą z obowiązujących obecnie zasad rynkowych, a maksymalizacja zysków uświęconym celem wszelkiej działalności zawodowej. „Ten wyścig szczurów za coraz większym zyskiem” – jak ostrzegał już nawet federalny minister finansów – „może naprawdę wstrząsnąć systemem”.

Czym więc jest dziś odpowiedzialność? Dlaczego coraz trudniej postępować właściwie? Czemu tak trudno przemyśleć do końca proponowane rozwiązania? Dlaczego właśnie ludzie zarządzający gospodarką i polityką są tak mało przyzwoici? Jak można wyjaśnić tę społeczną zmianę klimatu i jak jej zaradzić? Dziś potrzebujemy nie tylko środków ochrony przed globalnym ociepleniem, lecz także społecznych celów ochrony klimatu.

To wielkie problemy, wiem. I właśnie dlatego, żeby nie upaść pod ich ciężarem, nie zajmę się nimi wprost i systematycznie jak „ekspert”; nie znam też żadnej drogi na skróty ani jasnych, „prowadzących prosto do celu” rozwiązań czy gotowej instrukcji obsługi, na podstawie której można by sprowadzić społeczeństwo i gospodarkę na „właściwą” drogę. W istocie mogę tylko opisać, jak widzę świat, i zasugerować, jakim chciałbym go oglądać. Działam raczej w oparciu o skojarzenia – praktycznie. Myślę, że przykłady, obserwacje, sytuacje mogą być co najmniej tak samo pouczające jak teoretyczne rozważania albo terapeutyczne porady, do których tak czy inaczej nie czuję się powołany.

To, co mną powodowało w chwili, gdy postanowiłem, że w ogóle zajmę się takimi problemami, wprowadzi nas w sam środek tematu. Odpowiadać za coś znaczy szukać odpowiedzi. Akurat do tego czułem się powołany zawsze – nie tylko w czasie, kiedy byłem menedżerem. Mimo to niniejsza książka zawdzięcza swoje powstanie również atakowi atawizmu. Jest bowiem swego rodzaju powrotem do przedsiębiorczości – przecież musimy coś przedsięwziąć. Nie tylko współokreślać, lecz także współtworzyć.

Muszę jeszcze wyjaśnić, dlaczego upubliczniam moje zainteresowanie tą problematyką, czemu uważam, że moje odpowiedzi mogą zainteresować innych. To przecież wcale nie jest oczywiste, zwłaszcza że nie oferuję niczego naprawdę spektakularnego, co mogłoby przydać moim słowom dodatkowej wagi. Również w medialnej przestrzeni publicznej od dawna panuje zasada nenufaru: im więcej widać na powierzchni – przede wszystkim na powierzchni ekranu telewizora – tym większa jest szansa, że znajdę posłuch, niezależnie od tego, na jaki temat się wypowiadam. To wprawdzie bardzo dziwne, ale obecnie chyba najbardziej uznane świadectwo jakości, którego – wolę przyznać się zaraz na początku – nie mogę niestety przedłożyć. Nie mogę się także pochwalić przejściem Drogi św. Jakuba, ani tym, że przeszkodziłem Chińczykom wnieść ogień olimpijski na Mount Everest; nie chcę doszukiwać się niczego dobrego w narodowym socjalizmie, nie tęsknię też za starymi, dobrymi czasami. Tak samo nie mogę się przemóc, żeby piać z zachwytu nad starą, sprawdzoną dyscypliną. Nie ukrywam żadnego skandalu erotycznego – przyznaję się do swojej heteroseksualności, którą rozpala we mnie dorosła, spokrewniona ze mną jedynie przez ślub kobieta; nie rozprawiłem się też z jej pozostałymi adoratorami.

Cóż więc miałoby uczynić ze mnie interesującego autora? To pytanie zmusza mnie samego do przyjęcia postawy lilii wodnej i umycia rąk. Za niniejszą książkę odpowiadają w pierwszej kolejności moi czytelnicy, którzy na różnych spotkaniach niezmordowanie mobilizują mnie do działania. To im zawdzięczam wiele merytorycznych impulsów oraz motywację do tego, żeby zebrać, a następnie z trudem przelać moje myśli na papier, w czym na szczęście pomógł mi Rüdiger Dammann. Mając go u swego boku, dałem się w końcu namówić i zrobiłem to tym chętniej, że wiele zdarzeń z niedalekiej przeszłości i teraźniejszości zasługuje na moje, nasze wzburzenie oraz że większość z nich ma tę samą siłę napędową, która przez długie lata napędzała również mnie – mianowicie gospodarkę.

W gospodarce, którą mam na myśli, nie ma jednak miejsca na chciwość. W gospodarce, którą mam na myśli, chciwość jest passé, ponieważ – jak zauważył Zygmunt Freud – ludzie skąpi i chciwi „są niewolnikami instynktu, który wyłącza rozum”. Ekonomia z „wyłączonym rozumem” przestaje być ekonomią. Chciwość i skąpstwo są nieekonomiczne, ponieważ podobnie jak piękne nenufary mogą strawić wszystko, co trzyma nas – także tych chciwych i skąpych – przy życiu.

czerwiec 2008