Zaręczyny - J. Courtney Sullivan - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 637 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zaręczyny - J. Courtney Sullivan

Evelyn jest mężatką od czterdziestu lat – tyle czasu upłynęło od chwili, kiedy drugi mąż zsunął z jej palca pierwszą obrączkę i wyłożył na to miejsce swoją. Delphine oglądała dwa oblicza miłości – ekstatyczną euforię romansu i wściekłą, mściwą furię, która przyszła po jego zakończeniu. James, ratownik medyczny, pracuje na nocną zmianę i wie, że rodzina żony uważa, iż mogła trafić lepiej, zaś Kate, partnerka Dana od dziesięciu lat, widziała już najrozmaitsze śluby – na plaży, w ogrodzie lub w zamku – i poprzysięgła sobie nigdy, pod żadnym pozorem, nie wychodzić za mąż.

Bohaterowie Zaręczyn odsłaniają przed nami sekrety życia i małżeństwa. Oprócz nich poznajemy także Frances Gerety, młodą copywriterkę pracującą w 1947 roku w agencji N. W. Ayer i Syn. Frances przygotowuje kampanię reklamową dla koncernu De Beers i szuka odpowiedniego sloganu. Pewnej nocy, przed pójściem spać, gryzmoli na kawałku papieru zdanie: „Diamenty są wieczne”. Ten slogan zmieni wszystko.

Zaręczyny to bogata, wielowątkowa, pasjonująca powieść obejmująca okres niemal stu lat. Ukazuje dzieje kilku jedynych w swoim rodzaju par małżeńskich, a jednocześnie historię mody na diamenty i sposobu, w jaki stały się one – na i złe – symbolem naszych najgłębszych nadziei na wieczną miłość.

Ta powieść błyszczy równie mocno jak diamenty.

„Glamour”

Opinie o ebooku Zaręczyny - J. Courtney Sullivan

Fragment ebooka Zaręczyny - J. Courtney Sullivan

J. Courtney Sullivan

Zaręczyny

Tytuł oryginału: The Engagements

Projekt okładki: Aleksandra Szmak

Redakcja: Beata Słama

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Redaktornia.com

Fotografie wykorzystane na okładce:

© Viorel Sima/Shutterstock

© 123dartist/Shutterstock

© 2013 by J. Courtney Sullivan

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Anna Rajca-Salata

ISBN 978-83-7758-739-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Kevinowi

Spis treści

1947

Część pierwsza

1972

1987

2003

2012

1955

Część druga

1972

1987

2003

2012

1968

Część trzecia

1972

1987

2003

2012

1988

Część czwarta

1972

2012

2003

1987

1988

Część piąta

1972

2003

1987

2012

Od Autorki

Podziękowania

Przypisy

Dlaczego diamenty tak niewzruszenie, bezlitośnie piękne? Nie ma znaczenia, czy o ich istnieniu zadecydowała śmierć gwiazdy, czy też życie planktonu. Te skalne drobiny jedynie pustym opakowaniem na marzenia wolnym miejscem, w które wpisujemy zmienne pragnienia naszych serc.

Tom Zoellner, The Heartless Stone

Zamieszczamy informacje na temat diamentów noszonych przez gwiazdy sceny i ekranu, przez żony i córki przywódców politycznych, przez wszystkie kobiety, na których widok żona sklepikarza czy ukochana mechanika powie: „Chcę mieć to samo co ona”.

Materiały strategiczne, 1948 rok, N.W. Ayer i Syn

1947

Frances wlała do filiżanki pozostałe w dzbanku resztki gorzkiej kawy. Mały kuchenny stół pokrywały papiery: makiety, poufne wyniki badań, marne hasła odrzucone przed kilkoma godzinami i te dobre opublikowane już w „Looku”, „Vogue’u”, „Saturday Evening Post”, „Lifie” i „Harper’s Bazaar”, mające przypominać o tym, że skoro wcześniej potrafiła coś wymyślić, teraz też się uda.

Na szczęście w kamienicy panowała cisza. Zwykle z jakiegoś odległego zakątka dobiegał płacz dziecka, głosy kłócącej się pary, szum wody spuszczanej w toalecie. Jednak minęła już trzecia w nocy. Birbanci dawno poszli spać, a mleczarze jeszcze się nie obudzili.

Współlokatorka położyła się koło dwudziestej drugiej Frances, gdy zobaczyła w nocnej koszuli i wałkach, poczuła zazdrość, choć Ann była tylko sekretarką w kancelarii prawniczej i jutro miała robić to samo co we wszystkie inne dni: podawać kawę i notować pod dyktando.

Frances właśnie skończyła pisać najnowszy tekst reklamy dla koncernu De Beers, z cyklu adresowanego do nowożeńców. Opatrzony był zdjęciami pięknych miejsc, w które młoda para mogłaby się wybrać na miesiąc miodowy Skaliste wybrzeże Maine! Arizona! Paryż! Oraz specjalna oferta dla niezamożnych zatytułowana Nad rzeką.

Na swój sposób to właśnie ona była najważniejsza, jako że adresatem cyklu miał być przeciętny obywatel. Przed dziesięcioma laty, gdy De Beers wyraził chęć nawiązania współpracy, agencja przeprowadziła szerokie badania rynku, by sprawdzić, jak mocno czy też słabo zakorzeniona jest w Stanach Zjednoczonych tradycja kupowania pierścionków zaręczynowych z diamentem. W tamtych czasach niewiele kobiet o nich marzyło. Uważały, że to wyrzucanie pieniędzy. Wolały dostać pralkę lub nowy samochód, cokolwiek, byle nie drogi pierścionek. Frances pomogła to zmienić.

Hasło reklamy dla nowożeńców brzmiało: Niech wasze szczęście będzie trwałe jak diament. Frances uznała, że jest dobre.

Frank, czas do łóżka wyszeptała do siebie te same słowa, które w dzieciństwie co wieczór powtarzała jej matka.

Już chciała zgasić światło, gdy na makiecie zobaczyła puste miejsce zaznaczone przez dyrektora artystycznego. Powinna do rana je zapełnić.

Do diabła.

Frances usiadła przy stole, zapaliła papierosa i wzięła do ręki ołówek.

Wczoraj zadzwonił do niej Gerry Lauck, dyrektor ich nowojorskiego biura.

Myślę, że powinniśmy umieścić coś sygnalizującego, że chodzi o reklamę diamentów powiedział. Jakiś slogan. Co o tym sądzisz?

Kiedy Gerry Lauck pytał kogoś, co o czymś sądzi, nie należało traktować tego jak prawdziwego pytania. Frances uważała go za geniusza. Bywał nieprzewidywalny i nieco ponury, lecz może takimi cechami odznaczają się wszyscy geniusze.

Znakomity pomysł odparła.

Gerry wyglądał jak Winston Churchill, zachowywał się jak Winston Churchill i Frances myślała czasami, że naprawdę uważa się za Winstona Churchilla. Miewał nawet napady depresji. Kiedy po raz pierwszy pojechała do Nowego Jorku, aby pokazać mu swoje pomysły, umierała ze strachu. Gerry obejrzał materiały, a wyraz jego twarzy nie zdradzał, co o nich myśli.

Doskonale piszesz, Frances powiedział z uśmiechem po kilku męczących minutach. A co ważniejsze wiesz, jak coś sprzedać.

Polubili się. Połowa pracowników agencji N.W. Ayer bała się Gerry’ego Laucka albo go nie znosiła, druga połowa do której należała Frances uważała go za półboga.

Oczywiście w sloganie nie powinno być ani słowa o De Beers dodał przez telefon Gerry.

Oczywiście.

Przez dziewięć lat koncern wydał miliony dolarów na reklamy, które ledwie o nim wspominały. Wymieniając nazwę De Beers, nawet jako dystrybutora, łamało się prawo. Reklamy dotyczyły więc po prostu diamentów i były piękne. Agencja Ayer dawała z siebie wszystko. Nie mogli umieszczać w reklamach zdjęć biżuterii z diamentami, co stawiało dział kreatywny w trudnym położeniu. Teoretycznie Gerry nie miał z nim nic wspólnego. Był poważnym biznesmenem i po prostu wyznaczał zadania. Jednak jako miłośnik sztuki wpadł na pomysł, by u Lucioniego, Bermana, Lamotte’a i Dame Laury Knight zamówić cykle obrazów. Kupił też w najlepszych galeriach Europy dzieła Dalego, Picassa i Edzarda do kolekcji De Beers.

W efekcie powstały kolorowe reklamy przedstawiające cudowne krajobrazy, miasta i katedry. Na tej samej stronie, tuż pod dziełem artysty, umieszczano w ramkach rysunki kamieni szlachetnych o masie od połowy do trzech karatów, wraz z przybliżonymi cenami. Gerry był pierwszą osobą, która wykorzystała w kampanii reklamowej dzieła sztuki. Po roku czy dwóch robili to wszyscy w branży.

Sloganu potrzebuję na jutro zakomunikował Gerry. Lecę rano do Filadelfii, a po południu do Afryki Południowej.

Jasne odparła Frances, a potem to polecenie zupełnie wyleciało jej z głowy i przypomniała sobie o nim dopiero teraz, w środku nocy.

Westchnęła. Gdyby przez całe życie nie zabiegała tak bardzo o tytuł Największej na Świecie Odkładaczki Wszystkiego na Później, dziś pewnie mogłaby się wyspać. Tymczasem, choć wiedziała, że czeka dużo pracy, spędziła cały wieczór z Dorothy Dignam. Rozstały się dopiero o dwudziestej pierwszej, kiedy przyjaciółka wsiadła do pociągu jadącego na nowojorską Penn Station.

Dorothy zaczęła pracować jako copywriterka w filadelfijskim biurze Ayer w 1930 roku, lecz przed czterema laty, tuż po przybyciu Frances, przeniosła się do filii w Nowym Jorku, mieszczącej się pod numerem trzydziestym w Rockefeller Center, by kierować działem public relations. Jej najważniejszym klientem, tak jak dla Frances, był koncern De Beers. Tylko dla niego agencja zatrudniała specjalistów w Miami, Hollywood i Paryżu. Dzięki zabiegom Dorothy wytwórnia Columbia Pictures nakręciła nawet krótki film pod tytułem Magiczny kamień. Z diamentami przez wieki. Wszedł na ekrany kin we wrześniu 1945 roku i obejrzało go ponad piętnaście milionów widzów.

Dorothy nigdy nie mówiła, ile ma lat, ale Frances przypuszczała, że przyjaciółka jest przynajmniej półtorej dekady od niej starsza i pewnie zbliża się do pięćdziesiątki. Zaczęła pracę w branży reklamowej w Chicago w ostatnim roku pierwszej wojny światowej. W wieku siedemnastu lat została dziennikarką kroniki towarzyskiej w „Chicago Herald” i pisała tam, dopóki nowy właściciel gazety, pan Hearst, jej nie wyrzucił. Wtedy zaczęła tworzyć reklamy dla firmy mleczarskiej Contented Cow, a z niej przeszła do Ayer.

Dorothy to nie byle kto. Frances traktowała trochę jako wzór do naśladowania. W latach trzydziestych zjeździła dla Ayer cały świat, pracowała dla Forda w Londynie, Paryżu i Genewie, popłynęła też do Norwegii i Szwecji, by zbadać postępy w użytkowaniu elektrycznego sprzętu gospodarstwa domowego. Bywała nawet częstym gościem w Hollywood, gdzie jadała obiady w Trocadero i widywała wszystkie gwiazdy. Pewnego dnia w domu towarowym Bullocks Wilshire wpadła na Joan Crawford. Kupiły wtedy takie same sukienki, aktorka w rozmiarze czternastym, a Dorothy w szesnastym. Jak napisała na wysłanej pocztówce: Zwykłe, niedrogie czarne kiecki, które na pewno obu nam bardzo się przydadzą.

Dzisiejsza kolacja w Bookbinder’s zaczęła się jako spotkanie służbowe, ale po wypiciu podwójnej porcji martini obie panie ryczały ze śmiechu, jedząc ostrygi i żartując z kolegów z pracy. Bardzo bawiły je rzeczy, które zdaniem panów powinny jako kobiety wiedzieć. Przed kilku laty Dorothy zaczęła trzymać w szufladzie pod maszyną do pisania kartkę i zapisywała na niej wszystkie zadawane przez kolegów pytania.

Dziś wieczorem przeczytała Frances kilka najnowszych: „Jak powinna wyglądać kobieta, która ma siedemnastoletniego syna?”, „Czy zimowy kapelusz można ozdobić ptasim gniazdem?”, „Czy Macy’s to liczba pojedyncza, czy mnoga?”, „Czy kobiety śpiewają w wannie?”, „Jaka jest różnica między zamszem a nubukiem?”, „Czy królowa Mary ma ładną cerę?”, „Ile razy dziennie karmi się dziecko?”, „Czy to coś to jest kontrafałda?”.

Doskonale się bawiły, ale teraz Frances musiała za to zapłacić.

Spojrzała na kartkę z najnowszym planem strategicznym i przeczytała: Mamy do czynienia przede wszystkim z zagadnieniem z psychologii tłumu. Zależy nam na tym, żeby podtrzymać i wzmocnić tradycję kupowania pierścionków zaręczynowych, sprawić, żeby stało się to psychologiczną koniecznością. Grupa docelowa, na którą zamierzamy oddziaływać: około siedemdziesięciu milionów osób w wieku od piętnastu lat wzwyż.

Rzeczywiście, same konkrety.

W 1938 roku przedstawiciel sir Ernesta Oppenheimera, prezesa De Beers Consolidated Mines, napisał do Ayer z pytaniem, czy na skutek, jak to określił, „użycia różnych form propagandy” w Ameryce może wzrosnąć sprzedaż diamentów.

Wielki kryzys sprawił, że ceny kamieni szlachetnych na całym świecie gwałtownie spadły nabywcy stracili zainteresowanie. W Ameryce sprzedawano o połowę mniej diamentów niż przed wojną, a nieliczne kupowane jeszcze pierścionki zaręczynowe były tanie i małe. Koncern De Beers został z zapasami, których nie mógł sprzedać. Oppenheimer pragnął, by pierścionki z diamentami nabrały w Stanach znaczenia. Wiedział z dobrego źródła, że Ayer jest najlepszą agencją reklamową na rynku, jedyną, która poradzi sobie z tego rodzaju zadaniem. Zaproponował, że przez pierwsze trzy lata będzie przeznaczał na kampanię pięćset tysięcy dolarów rocznie.

Wyniki pracy, jaką Ayer wykonała dla De Beers, świadczyły dobitnie o potędze reklamy. Do 1941 roku sprzedaż diamentów zwiększyła się o pięćdziesiąt pięć procent, a potem jeszcze wzrosła, w związku z falą ślubów w Ameryce po drugiej wojnie światowej. Rosła także cena klejnotów: dziś koszt dwukaratowego diamentu wahał się w granicach od tysiąca pięciuset do trzech tysięcy trzystu dolarów. W 1939 roku wynosił odpowiednio od dziewięciuset do tysiąca siedmiuset pięćdziesięciu dolarów.

Na potrzeby kampanii stworzono zupełnie nowy rodzaj reklamy, który od tamtej pory naśladowały inne agencje. Ponieważ nie było mowy o sprzedaży bezpośredniej czy choćby o wymienieniu nazwy firmy, w grę wchodził tylko jeden argument: wartość emocjonalna przypisywana diamentom.

Koncern De Beers ograniczył wydobycie, by nie tworzyć dużych zapasów i utrzymać wysoką cenę. Nowe reklamy nie tylko poprawiły sprzedaż, lecz także zapewniły, że raz sprzedany diament nigdy więcej nie wracał na rynek. Gdy Frances zagrała na uczuciach odbiorców, wdowy, a nawet rozwódki nie chciały rozstawać się ze swoimi pierścionkami.

W minionych latach przy różnych okazjach wyobrażała sobie, jak wyglądają Oppenheimerowie. Szczególny rodzaj łączącej z nimi relacji pobudzał wyobraźnię, prowokował do zastanawiania się, co wyrażały ich twarze, gdy widzieli jej najnowsze pomysły. Czy unosili brwi? Uśmiechali się lekko? Wydawali okrzyki?

Rzadko zdarzało się, że nie znała swojego klienta, ale De Beers jako kartel nie miał wstępu do Stanów Zjednoczonych. Koncern rządził światowym rynkiem diamentów i był tak silnym monopolistą, że już sama obecność jego przedstawicieli w Ameryce uchodziła za złamanie prawa. Działał z Johannesburga i Londynu. Raz w roku Gerry Lauck zawoził do Afryki Południowej grubą oprawną w skórę księgę zawierającą reklamy opatrzone przez Frances tekstami i przedstawiał do zaaprobowania. Trzymał tam na miejscu zestaw kijów golfowych, gdyż było to łatwiejsze niż przywożenie ich za każdym razem z Nowego Jorku.

Gdy Gerry po raz pierwszy wybrał się do Johannesburga, by przedstawić Oppenheimerom wyniki badań rynkowych, jego mały hydroplan rozbił się w pobliżu Mozambiku. Gerry’emu udało się dopłynąć do brzegu dzięki unoszącym się na wodzie dużym oprawionym mapom i wykresom, które wiózł. Dwie pozostałe osoby zginęły i w „New York Timesie” ukazał się nagłówek: Katastrofa samolotu w południowo-wschodniej Afryce. Amerykanin wyszedł z niej cało. Gerry uznał, że wiezione materiały dosłownie ocaliły mu życie i może dlatego dla De Beers gotów był zrobić wiele.

Współlokatorka zachrapała głośno w sąsiednim pokoju, przywołując Frances do rzeczywistości.

Ann czekała na oświadczyny nudnego księgowego, z którym spotykała się od pewnego czasu. Potem Frances znowu będzie musiała poszukać sobie nowej współlokatorki. Od zakończenia wojny działo się tak co kilka miesięcy. Rose, Myrtle, Hildy odchodziły jedna po drugiej, by stanąć na ślubnym kobiercu. Frances liczyła jednak na awans w firmie. Może po odejściu Ann stać będzie wreszcie na samodzielne mieszkanie?

Gdy przed czterema laty, jako dwudziestoośmiolatka, zaczęła pracę dla agencji Ayer, przekonała rodziców, że najwyższa pora, by wyprowadziła się z domu i z miasta. Niestety, przy swoich zarobkach musiała znaleźć współlokatorkę, która pomogłaby opłacić czynsz. Chciała mieć własny dom w jednym z miasteczek Main Line. Wtedy nigdy nie musiałaby się martwić, czy w zimowy poranek wystarczy dla niej gorącej wody na prysznic, ani znosić wieczorem popisów Ann wtórującej nosowym sopranem śpiewającej w radiu Dinah Shore. Frances marzyła o samodzielnym mieszkaniu, tak jak pewnie większość dziewczyn marzy o małżeństwie.

Przesunęła palcem po jednej z nowych reklam skierowanych do nowożeńców. Inne kobiety chyba nigdy nie zastanawiają się nad tym, co będzie dalej. Tak bardzo pragną znaleźć partnera, jakby małżeństwo oznaczało pełnię szczęścia. Frances przeciwnie: zawsze myślała o przyszłości. Mogła pójść na kolację lub na tańce z nowym znajomym i doskonale się bawić. Ale potem, gdy wracała do domu i kładła się do łóżka, serce łomotało jej ze strachu. Jeśli umówi się z nim po raz drugi, może dojść do kolejnego spotkania. W końcu będzie musiała przedstawić go rodzicom, a on swoim. Wreszcie jej się oświadczy. A ona, jak wszystkie inne pracujące dziewczyny, które przed nią wyszły za mąż, po prostu zniknie, by gdzieś na uboczu poświęcić się macierzyństwu.

Dorothy powiedziała jej kiedyś, że miała wielbiciela imieniem George. Gdy po zakończeniu pierwszej wojny światowej wrócił do domu, ożenił się z córką rzeźnika. Dorothy podsumowała to błyskotliwą uwagą, którą zdaniem Frances musiała wygłaszać nie raz: „Siłę ciosu tak mocnego, jakby zadano go tasakiem do mięsa znacznie osłabiło to, że Klub Kobiet Reklamy ciągle mnie kochał”.

Frances nie potrafiła wyobrazić sobie, że Dorothy mogłaby mieć złamane serce. Była na to zbyt niezależna, zbyt bystra. Powiedzmy, że George po powrocie z wojny poprosiłby o rękę, a potem zamknął w jakimś miłym domku. Po paru tygodniach chyba oszalałaby tam z nudów.

Ojciec Dorothy, J.B. Dignam, dziennikarz i jeden z pionierów reklamy, zmarł, gdy córka miała dwadzieścia lat. Od tamtej pory utrzymywała siebie i matkę. Przez pewien czas mieszkały w Swarthmore w Pensylwanii, a teraz rezydowały w apartamencie hotelu Parkside w okolicach Gramercy Park na Manhattanie. Frances nie wiedziała, jakim cudem Dorothy na to stać.

Po pięciu latach spędzonych w Ayer pracownicy dostawali medal z motto firmy: Tak trzymaj, a odniesiesz sukces. Frances, widząc go u kogoś na biurku, zawsze myślała: Uroczy pomysł. Żeby jeszcze dorzucili trochę pieniędzy.

Wśród pracowników agencji krążyło powiedzonko: Doskonałe miejsce pracy, jeśli twoi bliscy pomogą ci finansowo.

Frances wychowała się w Filadelfii, w dość zamożnej rodzinie, choć bez luksusów. Mieli jedną służącą, dziewczynę o imieniu Alberta, która nauczyła piec ciasto i zaplatać warkocz. Ojciec Frances, syn irlandzkich emigrantów, był kierownikiem w składzie węgla. Rodzina matki także przybyła z Irlandii, lecz osiedliła się w Kanadzie, gdzie odniosła wielki sukces w przemyśle budowlanym, wznosząc drapacze chmur w całym Ontario. Choć Pigottowie byli tam bardzo znani, w Stanach Zjednoczonych nikt o nich nie słyszał. Matka Frances mawiała, że dla Amerykanów Kanada mogłaby równie dobrze leżeć na Zanzibarze, tak niewiele wiedzą o tym, co się dzieje za granicą.

Na początku wielkiego kryzysu ojciec stracił pracę. Musieli zwolnić Albertę. W końcu przenieśli się na północ, do Hamilton, rodzinnego miasta matki. Frances miała wtedy piętnaście lat. Gdy skończyła dwadzieścia, nastały lepsze czasy i mogli wrócić do Pensylwanii. Rodzice kupili farmę Longview, duże gospodarstwo w Media, gdzie hodowali teraz kozy i konie.

Kiedy Frances miała kilkanaście lat, trudno jej było opuścić przyjaciół i dogadać się z przyzwyczajonymi do luksusów kuzynami z rodziny Pigottów. Z czasem jednak polubiła życie w Kanadzie.

Ona i ojciec, jako osoby z zewnątrz, bardzo się wtedy do siebie zbliżyli. Frances była jedynaczką, a tata, nawet jeśli jak większość mężczyzn pragnął mieć syna, nigdy nie dał tego po sobie poznać. Nie traktował córki ani jak chłopca, ani jak dziewczynki, tylko jak swoje jedyne ukochane dziecko. Zachwycał go każdy jej pomysł. A jeśli Frances coś się nie podobało i nie chciała tego robić, nie miał nic przeciwko temu. Ocalił od kotylionów, przyjęć i lekcji tańca, będących przeznaczeniem wszystkich jej kuzynek.

W dzieciństwie Frances lubiła pisać opowiadania. Ojciec czytał każde z nich i wygłaszał krytyczne uwagi.

Nie jesteś redaktorem, tylko jej ojcem skarciła go kiedyś matka. Powinieneś po prostu powiedzieć, że wspaniałe.

Ale Frances zachwycało krytyczne podejście taty. Tym cenniejsze stawały się przez to jego pochwały. Czuła się dzięki niemu jak prawdziwa pisarka.

W wieku szesnastu lat, jeszcze w szkole średniej, dostała pracę w lokalnej gazetce informacyjnej w Ontario, w dziale poświęconym zakupom. Sprzedawała reklamy, a także sama je pisała, i w środku kryzysu zarabiała czterdzieści pięć dolarów tygodniowo. Czuła, że to jej prawdziwa pasja uwielbiała pisać i sprzedawać. A nade wszystko lubiła dostawać wypłatę. Ojciec był z niej dumny.

Frances uważała, że pobyt w Kanadzie dobrze przygotował do pracy w Ayer. Prezes agencji, Harry Batten, choć do wszystkiego doszedł ciężką pracą, lubił zatrudniać bogatych absolwentów najlepszych uczelni, zwłaszcza Yale. Mieli też mnóstwo klientów z tej sfery. Ludzi o nazwiskach takich jak du Pont i Rockefeller. Frances była jedyną osobą wśród copywriterów, która nie ukończyła studiów, ale nie brakowało jej pewności siebie i chyba nikt nie zauważał różnicy.

Batten lubił się przechwalać, że w Ayer pracują ludzie ze wszystkich czterdziestu ośmiu stanów.

Nordycki protestant z każdego stanu! myślała Frances. Rzeczywiście, dobra robota! W agencji nie przepadano za katolikami, a o Żydach nie było mowy. Z drugiej strony, taka sytuacja panowała wówczas w całej branży. Frances nie afiszowała się więc ze swoim katolicyzmem. Tylko raz w roku, w Środę Popielcową, zawiadamiała firmę, że jest chora.

Cztery lata w agencji minęły jak z bicza strzelił, a w każde święta Bożego Narodzenia babka Frances z coraz większym niepokojem pytała, kiedy wnuczka wreszcie się ustatkuje i założy rodzinę. Rodzice poznali się przypadkiem podczas wakacji na Tysiącu Wysp i gdy w 1911 roku wzięli ślub, mieli więcej lat, niż było to wówczas przyjęte: matka miała dwadzieścia osiem, a ojciec trzydzieści. Upłynęły kolejne cztery, zanim urodziła się Frances. Matka wciąż pamiętała pytania, którymi zamęczali zaniepokojeni starsi krewni. Twierdzili, że wyszła za mąż zbyt późno i za długo czeka na dzieci. Te narzekania sprawiały jej wielką przykrość, dlatego przez długi czas nie chciała zatruwać nimi życia córce. A kiedy wreszcie zaczęło się namawianie do małżeństwa, nie trwało długo, bo Frances skończyła trzydzieści dwa lata, czyli weszła w wiek, w którym porzucano wszelką nadzieję. I tak z godnego politowania późno rozkwitłego kwiatuszka stała się w pełni rozkwitłą starą panną. Cóż to była za przyjemność mieć wreszcie z głowy naciski!

Pracowała w najważniejszej agencji reklamowej na świecie. Uważała, że ma zajęcie bardziej ekscytujące niż jakikolwiek mężczyzna, którego w życiu poznała. Nawet gdy ślęczała po nocach, trzęsąc się ze strachu, że nie zdoła dobrze wykonać zadania nawet wtedy czuła dreszcz emocji.

Docierała do niej ironia całej sytuacji: jest niezamężną kobietą, której największy talent polega na namawianiu par, żeby się zaręczały.

Gdy w 1943 roku rozpoczęła pracę w Ayer, stu trzech, czyli dziesięć procent pracowników agencji, służyło w wojsku. Jedynymi klientami byli koncern lotniczy Boeing i Armia Stanów Zjednoczonych. Promowanie luksusowych towarów w czasie wojny uważano za wulgarne. Od czerwca 1942 do września 1943 roku reklamy De Beers ograniczały się do informacji o donacjach koncernu na cele wojenne. Po pewnym czasie reklamy biżuterii powróciły, ale ich twórcy musieli bardzo uważać. W 1945 roku Frances przygotowała nową kampanię, niepodobną do żadnej oglądanej wcześniej w amerykańskich pismach. Ukazywała śluby zawierane przez prawdziwych, powracających z frontu amerykańskich żołnierzy z dziewczynami, które na nich czekały. Zamieszczono zdjęcia autentycznych ceremonii i opisano historie par. Towarzyszyły im informacje na temat diamentów.

Podczas wojny Ayer zaczęła zatrudniać więcej kobiet, i to nie tylko w charakterze urzędniczek i stenotypistek. Z konieczności powierzano im także kierownicze i półkierownicze stanowiska. W dziale obsługi klienta pracowała Dolores, a w dziale mediów Sally, poza tym dwie panie w księgowości, no i oczywiście Dorothy w public relations. Wśród copywriterów było obecnie trzynastu mężczyzn i trzy kobiety. Miały reprezentować damski punkt widzenia podczas tworzenia kampanii reklamowych produktów, o których zakupie bezpośrednio bądź pośrednio decydowały panie.

Przygotowując kampanię dla De Beers, Frances nie mogła odwołać się do swoich marzeń, obserwowała więc koleżanki z pracy, przyjaciółki i współlokatorki. Czego najbardziej pragnęły? To proste wyjść za mąż. Czego się obawiały? Samotności. A wojna jeszcze bardziej spotęgowała te pragnienia i lęki. Frances postanowiła to wykorzystać. Dawała do zrozumienia, że już sam diament może zapobiec tragedii: Diament w pierścionku zaręczynowym błyszczy jak łza lecz nie jest to łza smutku. Skrywa obietnicę wspólnych poranków, dojrzałości, spełnienia i spokoju. Zaklęta w nim pewność towarzyszy dziewczynie przez długi okres oczekiwania, by rozbłysnąć radośnie u progu nowego wspólnego życia.

Większość reklam adresowano do mężczyzn, gdyż to oni kupowali pierścionki. Agencja przygotowała wiele wysmakowanych materiałów o dżentelmenach obdarzonych dobrym gustem i odnoszących sukcesy sugerując, że nawet jeśli dana osoba takich cech nie posiada, może zastąpić je pierścionek ofiarowany ukochanej.

Przyjaciółka Frances wspominała, jak pewnego razu jej narzeczony napisał, że martwi się, co się z nią stanie, jeśli on nie wróci z wojny. Bał się, może zginąć, i jak przypuszczała Frances, nie był w tym osamotniony. Napisała więc: Niewielu mężczyzn założyło miasto, odkryło nową gwiazdę, rozbiło atom. Zaledwie kilku zbudowało sobie pomnik tak wielki, by przyszłe pokolenia mogły, wskazując nań z daleka, powiedzieć: „Spójrzcie, to był nasz ojciec. Tak się nazywał. Tak wiele w życiu dokonał”. Diamenty to najtrwalsza pamiątka, jaką może pozostawić po sobie mężczyzna.

Brzmiało to bardzo mrocznie i patetycznie, ale Gerry Lauck był zachwycony.

Frances zamknęła na chwilę oczy. Powinna się trochę przespać, bo jutro na porannym zebraniu będzie wyglądała strasznie. Ale co ze sloganem? Ułożyła na podłodze wachlarz z kilku pism otwartych na reklamach, które wymyśliła.

W „Vogue’u” napisała: Nosisz diamenty, które zawsze promienieją pięknem. Żadne zmiany w modzie nie zdołają przyćmić ich ponadczasowego uroku.

W „Collier’s”: Noś diamenty, jak niebo gwiazdy, zawsze i wszędzie… ich piękno jest ponadczasowe.

W „Lifie”: Wspomnienia ukryte w zaręczynowym pierścionku będą lśniły przez wieczność.

Motyw ponadczasowości już dawno jej się przejadł. Zamknęła oczy i powiedziała: „Dobry Boże, ześlij mi slogan”.

Potem nabazgrała coś na kawałku papieru i położyła go na szafce nocnej. Padła w ubraniu na łóżko i nawet nie zadając sobie trudu, by nakryć się kołdrą, zapadła w głęboki, pozbawiony marzeń sen.

Gdy po trzech godzinach wyrwał z niego budzik, pierwsze, na co spojrzała, to zapisane wczoraj słowa: Diamenty wieczne.

Uznała, że mogą być.

Stawiając stopy na zimnej drewnianej podłodze, usłyszała, jak Ann idzie do łazienki. Jeśli chodzi o współlokatorkę, Frances wprost nie mogła się doczekać jej zaręczyn.

Szybko zjadła śniadanie i wzięła prysznic. Włożyła brązową sukienkę z długimi rękawami, nie zawracając sobie głowy patrzeniem w lustro. I tak zwykle spotykało rozczarowanie: płaskie szerokie policzki, głupi uśmiech. Bywała na randkach z mężczyznami, którzy twierdzili, że jest ładna, lecz przecież znała prawdę. Przewyższała wzrostem połowę chłopaków w biurze. W tych czasach uważano, że kobieta powinna być skromna, cicha i miniaturowa, a Frances stanowiła przeciwieństwo wszystkich tych cech.

Pojechała pociągiem do centrum, ściskając w ręku skrawek papieru z zapisanymi w nocy słowami. Wysiadła na Washington Square i ruszyła spiesznie w stronę budynku agencji. Była już prawie spóźniona.

W 1934 roku, kiedy cały świat zbankrutował, firma N.W. Ayer i Syn miała wystarczająco dużo gotówki, by przy tym placu wybudować sobie trzynastopiętrową siedzibę. Był to wspaniały gmach w stylu art déco.

Frances o mało nie pękła z dumy, kiedy ojciec, odwiedzając po raz pierwszy w czasie przerwy na lunch, zagwizdał na widok budynku: „No proszę, Frances, to dopiero coś”. Zwracał się do niej pełnym imieniem tylko wtedy, gdy chciał podkreślić, że mówi coś ważnego.

Otworzyła wielkie, okute brązem drzwi budynku, tak ciężkie, że przy najlżejszym wietrze ledwie dawały się ruszyć. Ściany holu wyłożono marmurem. Wystrój wnętrz był klasyczny, bez śladu przesady czy ostentacji. Zupełnie jak sama agencja.

Tuż za drzwiami, za dębowym biurkiem siedziała kobieta w średnim wieku, której zadaniem było witanie wchodzących.

Dzień dobry pani powiedziała.

Dzień dobry.

Frances podeszła do windy i czekała niecierpliwie na jej przyjazd.

W końcu drzwi się otworzyły. W środku stała jasnowłosa windziarka w wyprasowanym mundurku i białych rękawiczkach.

Dziesiąte piętro? zapytała jak każdego ranka.

Frances skinęła głową.

Takie drobiazgi napełniały dziwną dumą oto ktoś, kogo w ogóle nie zna, coś na jej temat wie. Czuła dreszczyk emocji na myśl, że jeśli każe taksówkarzowi w Filadelfii zawieźć się do budynku Ayer, żaden nie będzie miał wątpliwości, gdzie to jest.

Po wyjściu z windy przystanęła obok boksu dla maszynistek zajmującego środek piętra. Drewniane ścianki otaczające miejsce pracy stenografki Alice Fairweather i jej czterech podwładnych wyglądały jak zagroda dla zwierząt, które muszą być trzymane w zamknięciu. Frances zawsze czuła się trochę głupio, rozmawiając z nimi ponad niską barierką.

Dzień dobry, panno Gerety powitała Alice. Ma pani dzisiaj coś dla nas?

Frances podała jej tekst o nowożeńcach.

Musi być gotowy przed zebraniem.

Oczywiście.

Dopiero po przepisaniu bez błędów przekazywano tekst piętro niżej, do działu artystycznego. Szef copywriterów, George Cecil, miał bzika na punkcie nieskazitelnej angielszczyzny. Kiedyś pracownikowi zatrudnionemu w agencji od dziesięciu lat zdarzyło się wypuścić reklamę z literówką. Następnego dnia Cecil go zwolnił.

Pięć po dziewiątej Frances usiadła przy biurku.

Poranne zebranie miało się rozpocząć o dziesiątej. Pan Cecil obejrzy na nim nowe hasła i rozdzieli kolejne zadania. Był staroświecki i sztywny, ale kierownictwo go uwielbiało. Uchodził za największego copywritera swoich czasów. To on wymyślił slogany: Z Kanady przyszła wieść o cudownym napoju dla Canada Dry oraz Śmiali się, gdy usiadłem do fortepianu, lecz gdy zacząłem graćdla Steinwaya, i prawie setkę innych.

Dwa gabinety dalej Nora Allen podniesionym głosem perorowała o czymś do słuchawki. Pokoje miały drzwi, ale ich wysokie brązowe ściany nie sięgały sufitu. Można było zamknąć się w środku i nikogo nie widzieć, jednak z całą pewnością wszystkich się słyszało.

Frances próbowała przeczytać zostawioną na jej biurku wiadomość. Była zmęczona. Kiedyś wreszcie będzie musiała zacząć funkcjonować w normalnych godzinach, lecz wieczorem nigdy nie chciało jej się spać. Powinna pracować w gazecie na nocnej zmianie.

Pomogłaby kawa, niestety Harry Batten zabronił picia jej w budynku agencji, po tym jak dyrektor artystyczny wylał całą filiżankę na gotowe do druku zdjęcia. Zakaz bolał tym bardziej, że jednym z najważniejszych klientów była firma Hills Bros i wokół piętrzyły się puszki kawy tylko czekającej na to, by zaparzyć. W latach dwudziestych pan Cecil wymyślił nawet w ramach kampanii reklamowej określenie przerwa na kawę. Jak na ironię, w budynku agencji za życia Battena nigdy takiej przerwy nie wprowadzono.

Z korytarza doleciały dwa głosy. Ton jednego świadczył o tym, że pan Cecil jest w podłym nastroju.

Kto tak wrzeszczy? zapytał z irytacją.

Chyba Nora Allen odparła sekretarka.

Co ona, na Boga, wyprawia?

Rozmawia z Nowym Jorkiem, proszę pana.

Dlaczego nie skorzysta z telefonu? rzucił szyderczo.

Frances zaśmiała się w duchu. Na zebraniu okazało się jednak, że sama stała się obiektem zrzędliwych uwag pana Cecila. Kiedy przeczytała hasło, wstał z krzesła i zaczął przechadzać się po pokoju, co oznaczało, że zaraz zetrze jej pomysł na proch.

Po co chodzić do szkoły i uczyć się gramatyki, skoro potem się lekceważy? zapytał. W tym zdaniu powinien pojawić się przymiotnik[1]. Gdybyś powiedziała: Diamenty drogie, Diamenty twarde albo Diament przecina kamień miałoby to ręce i nogi. Ale coś takiego?

Frances chciała mu odpowiedzieć, ale on jeszcze nie skończył.

Chuck, co o tym myślisz? zapytał.

Frances napotkała wzrok Chucka McCoya. Nieźle pisał i był dobrym pracownikiem, ale z pewnością nie odznaczał się silną osobowością.

Odchrząknął.

Każdy romans zaczyna się od słów: „Będę cię kochał na wieki”. Po to zawieramy małżeństwo, żeby trwało wiecznie, prawda? Mnie się ten slogan podoba.

Frances uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, lecz on w tej samej chwili odwrócił się w stronę pana Cecila i dodał:

Ale ma pan rację, wyrażenie nie jest gramatycznie poprawne.

Frances pokręciła głową. Głupi lizus. Postanowiła sama zabrać głos w swojej obronie.

Według mnie słowo „są” oznacza „istnieją”. To synonim. Ale można je zmienić, jeśli pan sobie życzy. Ślubu z tym hasłem nie brałam.

Dowcip niezamierzony dodał Chuck.

Frances wzniosła oczy do nieba.

Zastanówmy się zaproponowała. Na pewno znajdziemy podobne określenie, które będzie pasowało.

Chciała dodać: Sama poświęciłam na to zaledwie trzy minuty w środku nocy, ale się powstrzymała.

Tak, musimy to przedyskutować zgodził się pan Cecil.

Przez następne trzy godziny przerzucali się pomysłami. W popielniczce na środku stołu rosła góra niedopałków. Frances słyszała, jak burczy jej w brzuchu. Na tym etapie skłonna była zaakceptować wszystko, czego zażąda pan Cecil, jeśli tylko będzie potem mogła wyskoczyć do automatu po kanapkę z serem.

W końcu do pokoju wetknął głowę Gerry Lauck.

George, muszę już jechać na lotnisko oznajmił. Jak brzmi slogan dla De Beers?

Frances wymyśliła Diamenty wieczne odparł pan Cecil tonem, jakby chciał na nią naskarżyć.

Gerry utkwił wzrok w suficie i zastanowił się głęboko.

Spróbujemy zadecydował. Pokażę go klientowi i zobaczymy, co o nim myśli.

Ale to nie jest poprawnie po angielsku zaznaczył pan Cecil.

Gerry wzruszył ramionami.

Nie martw się, George. To nie takie ważne. To tylko wstępna propozycja.

Część pierwsza

1972

Na stoliku w korytarzu leżało pięćdziesiąt kopert z naklejonymi znaczkami, zaadresowanych na skrytkę pocztową w New Jersey. Evelyn jednym ruchem zgarnęła cały stosik.

Kochanie, wychodzę! zawołała do Geralda, który siedział w gabinecie w głębi domu.

Jedź ostrożnie! odkrzyknął mąż.

Wyślę twoje zgłoszenia!

Jesteś aniołem!

Już zamykała drzwi, gdy zawołał coś jeszcze, czego nie dosłyszała.

Westchnęła i zawróciła.

O co chodzi? zapytała.

Cisza. Evelyn jeszcze nie przyzwyczaiła się do tego, że we wtorek o dziewiątej rano mąż jest w domu. Ruszyła w stronę gabinetu mijając bawialnię, salon i jadalnię, w której nakryła już stół dla trzech osób płóciennym obrusem i elegancką porcelaną swojej matki. Stojący na środku duży kryształowy wazon czekał na kwiaty o długich łodygach. Nie wiedziała, dlaczego zadaje sobie tyle trudu. Po tym, co zrobił jej syn, powinna mu podać na papierowym talerzyku kanapkę z tuńczykiem i kazać zjeść na podjeździe przed domem. Zawsze uważała umiejętność urządzania awantur za swoją największą wadę.

Gerald siedział przy biurku w gabinecie. Przed nim stała maszyna do pisania, a o filiżankę z kawą opierało się pudełko pełne kopert.

Masz tego więcej? Evelyn ściągnęła brwi.

To na inny konkurs. Można wygrać tygodniową wycieczkę rowerową po Toskanii sponsorowaną przez Prince Spaghetti! Oczy mu rozbłysły. Wyglądał jak na portrecie z dzieciństwa wiszącym kiedyś w saloniku jego matki.

Gerald w wieku sześćdziesięciu sześciu lat nie interesował się pięknymi kobietami czy szybkimi samochodami, lecz wszelkiego rodzaju konkursami, zakładami i loteriami. Evelyn zawsze współczuła młodym, pełnym zapału sekretarkom, które firma wyznaczała mu do pomocy. Pewnie myślały, że będą brały udział w poważnych przedsięwzięciach, tymczasem musiały bez końca wypisywać adres swojego szefa na kopertach ze znaczkami.

Odkąd Gerald przeszedł na emeryturę, jego hobby zmieniło się w rodzaj obsesji. Zazwyczaj niczego nie wygrywał, ale po każdym rzadkim zwycięstwie podejmował starania ze zdwojoną siłą. Twierdził, że ma duże szanse, gdyż większość ludzi tylko od czasu do czasu (lub, zdaniem Evelyn, nigdy) bierze udział w konkursach, wtedy gdy stawką jest coś, na czym naprawdę im zależy. Gerald uczestniczył we wszystkich. W ciągu mniej więcej dwudziestu lat wygrał tylko kilka razy i nigdy nic nadzwyczajnego: dwa bilety na mecz Red Soxów, kajak, paskudną brązową lodówkę turystyczną stojącą teraz w garażu, olej silnikowy, obraz przestawiający psy pływające żaglówką oraz wystarczający na całe życie zapas płatków śniadaniowych Kaboom, których żadne z nich nie jadło.

Może już jesteś zwycięzcąIleż to razy Evelyn widziała powyższe słowa wypisane rozstrzelonym drukiem na pierwszej stronie gazety? Większość loterii zniknęła przed kilku laty, gdy Federalna Komisja Handlu sporządziła raport ujawniający to, co Evelyn od dawna podejrzewała: najcenniejsze nagrody przyznawano bardzo rzadko. Obecnie kupony kilku ostatnich loterii rozdawano w sklepach spożywczych lub na stacjach benzynowych, gdzie traktowano je jako rodzaj promocji.

Jedna nazywała się Chodźmy na wyścigi i żeby wziąć w niej udział, należało odebrać darmowy kupon w Stop & Shop, a potem obejrzeć w telewizji pokazywany raz w tygodniu wyścig koni. Jeżeli koń z kuponu wygrywał, dostawało się nagrodę. W każdy piątek Gerald, ściskając w ręku kupon, zasiadał pełen nadziei przez telewizorem. Evelyn nie miała serca mu powiedzieć, że wyścigi sfilmowano zapewne dawno temu i ten, kto przygotowywał kupony, dokładnie wiedział, ilu będzie zwycięzców.

Cała ta sytuacja żenowała. Przecież niczego im nie brakowało. Zaczynało jednak do niej docierać, że potrzeba to jedno, a chęć wygrania to coś zupełnie innego.

Wycieczka rowerowa? zapytała teraz. Kiedy ostatni raz jeździłeś na rowerze?

Pewnie jako brzdąc w krótkich spodenkach, ale właśnie o to chodzi. Evie, przeszedłem na emeryturę! Wszystko jest możliwe.

Owszem. Choć z drugiej strony teraz sam musisz wypełniać wszystkie zgłoszenia.

Na to wygląda mruknął. Chyba że zdołam zainteresować tym zajęciem żonę.

Na to nie licz. Pogroziła mu palcem. A poza tym, co do mnie wołałeś? Nie usłyszałam.

Pytałem tylko, czy mam coś zrobić, kiedy cię nie będzie.

Evelyn się uśmiechnęła. Na emeryturze Gerald stał się innym człowiekiem, choć może bardziej w myślach niż w uczynkach. Wcześniej nie proponował, że pomoże jej w domu, jednak w ostatnich tygodniach, gdy kilka razy skorzystała z jego oferty, wszystko wyszło nie tak: do szafki trafiły niedomyte naczynia, a za bardzo przystrzyżone żywopłoty wyglądały jak stado smutnych pudli.

Chyba nie, ale kochany jesteś, że pytasz powiedziała.

Pościeliłaś wszystkie łóżka na górze? zapytał. Gdzie go dzisiaj położymy?

Evelyn znieruchomiała.

Nie zatrzyma się u nas oznajmiła.

Nie?

Nie.

Właśnie z tego powodu zaprosiła syna na lunch, a nie na obiad.

Mamy sześć pustych sypialni przypomniał Gerald.

Evelyn popatrzyła na niego uważnie. Wiele razy ustępowała już pola w tej bitwie, ale tym razem miała zamiar być stanowcza. Przyjazd Teddy’ego to dobry znak. Liczyła, że oprzytomniał. Lecz gdy myślała o jego żonie i córkach mieszkających po drugiej stronie miasta i o tym, jak przed pięcioma miesiącami je porzucił, czuła się, jakby ktoś wykręcał jej serce niczym mokrą ścierkę.

Syn nie wspomniał, czy zamierza dziś nocować w domu. Jeżeli nie, niech idzie do hotelu.

Przepraszam. Nie powinienem był… zaczął Gerald.

W porządku. Nic się nie stało.

W zeszłym tygodniu Teddy zadzwonił i oznajmił, że pragnie zobaczyć się z rodzicami.

Musimy omówić parę spraw powiedział. I nie mieliśmy jeszcze okazji uczcić przejścia taty na emeryturę.

Evelyn zasmuciła się, widząc, jaką przyjemność sprawiło Geraldowi ostatnie zdanie. Cóż z tego, że na wystawne przyjęcie pożegnalne, które przed dwoma miesiącami wyprawiła mu firma, Teddy nie pofatygował się z Florydy? Mąż zawsze myślał o synu jak najlepiej, choć tak naprawdę nie miał ku temu powodów.

Gerald wierzył, że Teddy przyjeżdża, żeby zrobić porządek w swoim małżeństwie. Evelyn także miała taką nadzieję, ale nawiedzały wątpliwości. Dlaczego syn powiedział, że woli przyjść sam, kiedy chciała zaprosić na lunch Julie z dziewczynkami? Według Geralda wolał przed spotkaniem z żoną najpierw porozmawiać z rodzicami.

Może nawet nas przeprosi powiedział.

Evelyn tylko pokiwała głową. Bardzo dbała o spokojną atmosferę w domu. Rzadko się z Geraldem kłócili, a gdy już do tego doszło, szybko ucinała spór, powtarzając w myślach wierszyk Ogdena Nasha Słówko do mężów, choć uważała, że odnosi się także do żon:

Żeby małżeństwa płonął żar

i ktoś ci szeptał: kocham cię,

gdy nie masz racji, przyznaj to.

A gdy masz, to zamknij się.

Jednak przez kilka ostatnich miesięcy, odkąd zaczęły się kłopoty z Teddym, atmosfera między małżonkami gęstniała. Gerald jasno dał żonie do zrozumienia, że bez względu na wszystko powinni trzymać stronę syna, który może wtedy zrozumie, postąpił źle. Evelyn nigdy nie wtrącała się w to, z kim syn umawiał się w młodości. Przy wielu okazjach gryzła się w język. Jego pierwsza dziewczyna nadużywała alkoholu i za kłótnie i wrzaski wyrzucono ich z Teddym z niemal wszystkich barów w Bostonie. Następną aresztowano, gdy pobiła się z własną matką. Teddy musiał prosić Geralda o pieniądze, żeby zapłacić za nią kaucję. Jednak później ożenił się z Julie, cudowną dziewczyną, i mieli dwie piękne córeczki.

Przedtem Evelyn najbardziej żałowała tego, że ma tylko jedno dziecko. Gdyby Gerald się zgodził, adoptowałaby jeszcze piątkę. Ale kiedy pojawiła się Julie, poczuła, że wreszcie ma córkę. Tak często się razem śmiały, pożyczały sobie książki i czasopisma. Julie prosiła o sprawdzone przepisy, więc Evelyn spisała wszystkie ręcznie i pewnego roku na Gwiazdkę ofiarowała synowej cały ich zbiór. Dziesięć lat, które upłynęły od ślubu syna, były najszczęśliwszym okresem w jej życiu. Po raz pierwszy dom był pełen ludzi. Raz w tygodniu cała rodzina jadła razem obiad. W niedzielę po mszy dzieci rzucały kawałki suchego chleba kaczkom kręcącym się przy niskim brzegu stawu, a Evelyn i Julie siedziały na patiu, piły lemoniadę i gawędziły. Raz w roku wszystkie cztery ubierały się elegancko i szły na herbatę do hotelu Ritz. Dziewczynki zabierały ulubione lalki i udawały, że poją je earl greyem z delikatnych porcelanowych filiżanek.

Evelyn i Julie poznały się, bo pracowały jako nauczycielki w tej samej szkole średniej. Z początku Evelyn przyglądała się młodszej koleżance z daleka. Wysoka smukła dziewczyna o pięknych jasnych włosach łatwo nawiązywała kontakt z uczniami i naprawdę ich lubiła. W pokoju nauczycielskim mężczyźni z grona pedagogicznego pchali się jeden przez drugiego, by usiąść obok niej podczas lunchu. Evelyn od razu pomyślała o Teddym. Oto dziewczyna, z którą powinien się związać kochająca dzieci, solidna, o dobrym sercu.

Po kilku tygodniach zdobyła się na odwagę i zagadnęła nową koleżankę. Z nerwów ściskało w żołądku, zupełnie jakby sama się w niej zakochała. Dowiedziała się, że Julie przed trzema miesiącami przeprowadziła się na wschód z Oregonu i prawie nikogo tu nie zna. Ma czwórkę młodszego rodzeństwa. Jej rodzice byli nauczycielami akademickimi, jednak w latach pięćdziesiątych zajęli się sadownictwem i założyli sad wiśniowy.

Evelyn zwierzyła się ze swoich planów najlepszej przyjaciółce. Ruth Dykema uczyła pierwszoklasistów algebry i zawsze mówiła to, co myśli.

Lepiej uważaj ostrzegła. Swatanie może się czasem obrócić przeciwko dziewczynie.

Evelyn starała się nie przejmować ani nie zastanawiać, czy ostrzeżenie przyjaciółki wiąże się z tym, że Teddy nie nadaje się na męża. W dodatku Ruthie miała doskonały kontakt ze swoim synem, przez co jej uwaga zabolała Evelyn jeszcze bardziej.

Przecież chciała dla Julie tylko dobra. W tamtych czasach kobieta, która do dwudziestego piątego roku życia nie wyszła za mąż, zazwyczaj pozostawała starą panną. Julie miała dwadzieścia trzy lata.

Musisz przyjść do nas w przyszłym tygodniu. Wydaję małe przyjęcie powiedziała następnego dnia podczas lunchu. Postanowiła przedstawić sobie młodych. Wiedziała, że w tych sprawach trudno coś wymusić, ale przecież można trochę pomóc losowi.

Przed przyjęciem całą noc nie spała. Zastanawiała się, jak sprawić, by Julie i Teddy zaczęli rozmawiać. Jeśli syn wyczuje, że zastawiono na niego pułapkę, nie będzie chciał mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Ku zdumieniu i radości Evelyn oboje zwrócili na siebie uwagę od pierwszego przypadkowego spotkania na ganku. Gdy Evelyn otworzyła drzwi, stali tam razem, a tak rozpromienionego syna nie widziała od lat.

Zaczęli się spotykać i po sześciu miesiącach się zaręczyli. Czasem Evelyn zastanawiała się, czy Teddy powiedział Julie o swojej przeszłości, a jeśli nie, to czy ona powinna to zrobić. Ale w końcu postanowiła się tym nie przejmować. Przy Julie Teddy się zmienił. Może po prostu potrzebował więcej czasu, by dojrzeć. Z ulgą wyobrażała sobie, że stanie się takim mężczyzną, jakim w jego wieku był Gerald. Gdy na świat przyszły dziewczynki, uznała, że to koniec kłopotów. Nie musi się już dłużej martwić. Powinna była mieć więcej rozumu i pamiętać, że nigdy nie wiemy, co nas w życiu czeka.

To Melody, starsza wnuczka, pierwsza powiedziała wiosną Evelyn, że Teddy ich opuścił.

Tatuś pojechał służbowo do Naples i się zakochał oznajmiła wprost, gdy Evelyn przyniosła im tulipany ze swojego ogrodu i zastała synową płaczącą przy kuchennym stole.

Pogłaskała Julie po głowie i nalała brandy do dwóch szklaneczek. Nigdy nie piła w środku dnia, ale tym razem sytuacja tego wymagała. Zapewniała synową, że Teddy popełnił głupi błąd, którego na pewno pożałuje.

Zadzwonił i zawiadomił, że zostanie na Florydzie przez jakiś czas mówiła zrozpaczona Julie. Powiedział, że nigdy nie doznawał takich uczuć jak w towarzystwie tej kobiety. Kiedy zapytałam, co to ma oznaczać, wyjaśnił, że przy niej czuje się jak mężczyzna. Wolny. Był taki podekscytowany. Zupełnie jakby oczekiwał, że ja też się ucieszę.

Oszalał stwierdziła Evelyn.

Przygotowała obiad i została, dopóki dziewczynki nie położyły się spać.

Rano zadzwoni i cię przeprosi, wiem o tym zapewniała. Zastanawiała się, czy Teddy znów zaczął pić. Chciała się usprawiedliwiać, paść na kolana i błagać Julie, by mu przebaczyła, choć wiedziała, że to nie ma sensu.

Po powrocie do domu opowiedziała o wszystkim Geraldowi.

No to mamy kłopot stwierdził krótko.

Jak on mógł, Geraldzie? Co robimy? Może powinieneś polecieć na Florydę i przemówić mu do rozsądku?

Spodziewała się, że mąż stanie po jej stronie, ale on tylko pokręcił ze smutkiem głową.

Evie, nie wolno nam się wtrącać. To nie w porządku spiskować z Julie. Teddy jest naszym synem.

Początkowo zlekceważyła radę męża. Każdego wieczoru rozmawiały z synową i zastanawiały się, co zrobić, żeby Teddy wrócił do domu. Ale w końcu Julie zaczęła widzieć w niej tylko matkę niewiernego męża. Evelyn coraz rzadziej spotykała się z wnuczkami. Synowa przestała się do niej odzywać.

Evelyn spojrzała na zegar stojący na biurku Geralda. Teddy przylatuje o trzynastej. Ma niecałe cztery godziny na to, żeby kupić mięso, kwiaty i ciasto, włożyć pieczeń do piekarnika i się przebrać.

Muszę iść, kochanie powiedziała. Niedługo wrócę.

Gerald podszedł do niej i położył jej ręce na ramionach.

Cokolwiek się stanie, przetrwamy to.

Wiem. Uśmiechnęła się do niego ciepło.

Gdy kilka minut później przekręciła kluczyk w stacyjce, poczuła przypływ nadziei. Trzeba myśleć pozytywnie. Czarnowidztwo nie jest w jej stylu. Przed tygodniem, zanim Teddy zadzwonił, bała się, że już nigdy nie wróci. A przecież niedługo przyleci. Może pewnego dnia będą wspominali ten okres tylko jako czarny rozdział w życiu rodziny. Mężczyźni popełniają błędy, a potem przepraszają i kobiety im wybaczają. To się zdarza każdego dnia.

Przez chwilę napawała się pięknem rześkiego jesiennego poranka. Liście już żółkły i w całym mieście drzewa kipiały jaskrawymi barwami: pomarańczem, czerwienią i złotem. Evelyn musiała uważać, by prowadząc samochód, nie zagapić się i nie zjechać z drogi.

Na szczęście mieszkali na ponadhektarowej zalesionej działce na Belmont Hill. Dom stał w pewnej odległości od ulicy, a za nim, w oddali, połyskiwał staw. Cała posiadłość cieszyła się z nadejścia jesieni żółte liście pięknie wyglądały na tle dostojnych ceglanych murów, ostatnie burze nadały trawnikom odcień żywej zieleni, a chłopcy z Pielęgnacji Ogrodów O’Malleya przed dwoma dniami je skosili. Rozłożyste bzy i rododendrony dawno już przekwitły, ale wciąż zielone liście cieszyły oko. Wiele lat temu Evelyn zasadziła za domem byliny i róże, założyła też warzywnik. Uwielbiała pracę w ogrodzie. Raz w tygodniu pracowała jako wolontariuszka w Arnold Arboretum, oprowadzając wycieczki szkolne, i organizowała doroczną zbiórkę pieniędzy, podczas której zwiedzano historyczne domy w Massachusetts, łącznie z jej własnym.

Położyła koperty Geralda na fotelu obok, razem z listą zakupów i torebką, po czym otworzyła okna, by wpuścić trochę świeżego powietrza. W radiu stacja z muzyką poważną nadawała utwór, który Evelyn znała i nawet lubiła IX symfonię Dvořaka Z Nowego Świata. Nastawiła głośniej i ruszyła długim podjazdem w stronę ulicy.

Najpierw zatrzymała się przed pocztą, by wrzucić do skrzynki koperty Geralda. W tym konkursie nagrodą był gramofon. Za pieniądze wydane na znaczki Gerald mógłby kupić go sobie sam, ale jakie to miało znaczenie.

W centrum znalazła miejsce parkingowe przed księgarnią. Wzięła torebkę, przeszła na drugą stronę Leonard Street i zmierzała w stronę znajdującego się kilka domów dalej supermarketu Sage’s. Gdy dotarła na miejsce, ze sklepu wyszła Bernadette Hopkins, trzymając za rękę dziewczynkę z mysimi ogonkami. Minęło dziesięć lat. Bernadette trochę przytyła w talii i nosiła natapirowany kok, ale jej dziecinna twarzyczka w ogóle się nie zmieniła. Evelyn pamiętała wszystkich swoich uczniów, z wieloma nadal utrzymywała kontakty. Chociaż uczyła ich przed laty, zapraszali na śluby i przysyłali mnóstwo kartek na Boże Narodzenie, dołączając do nich zdjęcia swoich dzieci. Evelyn przechowywała je w pudle na strychu.

Pani Pearsall! zawołała Bernadette, a potem zwróciła się do dziewczynki: Rosie, to jest pani Pearsall, moja ulubiona nauczycielka ze szkoły średniej.

Możesz teraz mówić do mnie Evelyn powiedziała z uśmiechem starsza pani.

Och, nie, nigdy. Nie przeszłoby mi to przez gardło.

Evelyn się roześmiała. Zwykle taką właśnie odpowiedź słyszała.

Przyjechałaś odwiedzić rodzinę? zapytała. Bernadette skinęła głową.

Moja kuzynka z Newton urodziła dziecko.

Gdzie teraz mieszkasz?

W Connecticut, w Darien. Mąż stamtąd pochodzi. Poznaliśmy się na studiach. Na Uniwersytecie Notre Dame. Ja byłam tam oczywiście w college’u Saint Mary’s. Znów zwróciła się do dziecka: Pani Pearsall napisała mi list polecający.

Evelyn się uśmiechnęła. Mało prawdopodobne, żeby dziewczynkę obeszła ta wiadomość. Może Bernadette chciała tylko pokazać dawnej nauczycielce, że o tym nie zapomniała.

Wszyscy panią lubili ciągnęła. Pamięta pani moją przyjaciółkę, Marjorie Price? Pracuje teraz w redakcji „Ladies’ Home Journal” w Nowym Jorku. Zawsze powtarza, że to dzięki pani została pisarką.

Czuję się zaszczycona odrzekła Evelyn. Proszę, pozdrów ode mnie serdecznie. Z wieloma koleżankami z klasy utrzymujesz kontakt?

Pamiętała, że Bernadette działała w samorządzie szkolnym i choć może nie należała do najzdolniejszych uczennic, na pewno miała mnóstwo entuzjazmu. Cieszyła się popularnością i była dla każdego miła, a to rzadkie połączenie.

Jasne. Wendy Rhodes i Joanne Moore gospodyniami domowymi, tak jak ja. Każda z nas ma dwójkę dzieci: jedno dwu-, a drugie czteroletnie. Joyce Douglas pracuje jako pomoc dentystyczna. Zabawne, biorąc pod uwagę, że jej bracia przez tyle lat grali w hokeja. I pewnie słyszała pani o tym, co spotkało biedną Nancy Bird?

Evelyn pokręciła głową, choć przeczuwała, czego się zaraz dowie.

Półtora roku temu jej mąż Roy przyleciał na urlop z Wietnamu. Mówił, że zdaniem dowódcy za sześć miesięcy wszyscy Amerykanie wrócą do domu. Potem pojechał z powrotem na front i parę tygodni później zginął.

Evelyn zrobiło się ciężko na sercu. Biedna Nancy, jest jeszcze taka młoda.

Jak ona się czuje? zapytała.

Załamała się. Urodziła chłopczyka. Tydzień przed śmiercią Roya odkryła, że jest w ciąży.

Evelyn drgnęła zaskoczona. Z racji wieku zareagowała staroświecko: w czasach jej młodości nikt nie wypowiedziałby głośno słowa „ciąża”.

Zanotowała w pamięci, żeby napisać do Nancy i zapytać, czy mogłaby jej w czymś pomóc.

W głosie Bernadette pojawiła się weselsza nutka.

Kiedy dowiedziałam się, że odeszła pani z Belmont High, było mi strasznie żal moich siostrzenic. Nie będzie ich pani uczyła. Moja siostra wciąż tu mieszka. Przy tej samej ulicy co mama i tata.

Przez chwilę Evelyn miała ochotę zapytać ją, czy zna Julie były w podobnym wieku ale Bernadette mówiła dalej, nie dając jej dojść do głosu:

Swoją drogą, świetnie pani wygląda. Ładnie jak zawsze. Pamiętam, że chłopcy się w pani kochali, chociaż była pani taka…

Stara? dokończyła Evelyn.

Starsza niż my, i tyle odparła Bernadette. Zresztą w ogóle się pani nie zmieniła.

Wszyscy tak mówili, chociaż nie była to prawda. Evelyn od skończenia studiów nosiła długie spódnice i bluzki ze stójką, a włosy upinała zwykle w luźny kok. Przez większość życia były jasne, jak Julie i dziewczynek, ale ostatnio nabrały całkiem ładnego srebrzystego odcienia. Jak na kobietę była wysoka miała prawie metr osiemdziesiąt i szczupła, ale nigdy chuda. Przez całe życie pływała, jako studentka Wellesley brała nawet udział w zawodach.

Przeszła na emeryturę przed dziewięciu laty, kiedy urodziła się jej pierwsza wnuczka, żeby w razie potrzeby pomóc Julie. Robiła to z przyjemnością, ale tęskniła za nauczaniem. Jej ulubionym dniem roku był pierwszy września. Kończyły się wakacje, a ona wracała do szkoły i otwierała klasę. Wciąż pamiętała radość, jaką czuła, wdychając zapach nowej kredy, patrząc na wypisane na brystolu cytaty z dzieł literackich, które co roku wieszała na ścianie, i na czysty dziennik z nazwiskami nowych uczniów, wypisanymi jedno pod drugim, pełnymi obietnic.

Uczyła angielskiego w drugiej i trzeciej klasie. Znajomi nauczyciele robili, co mogli, żeby uniknąć pracy z młodzieżą w tym wieku, ale ona przepadała za swoimi uczniami. Nawet ci najbardziej denerwujący i kłopotliwi, jeśli lepiej im się przyjrzeć, mieli coś w sobie. Niektórzy nauczyciele nie chcieli angażować się tak głęboko, lecz Evelyn to uwielbiała.

Jedynym dzieckiem, do którego nigdy nie zdołała dotrzeć, był jej własny syn. Okazał się największą porażką. Wszyscy spodziewali się, że Evelyn, jak większość kobiet, po wyjściu za mąż rzuci pracę, i rzeczywiście na pewien czas to zrobiła. Chciała być przy Teddym i zwolnić miejsce dla innej osoby podczas ostatnich lat wielkiego kryzysu. Wtedy bardzo źle patrzono na pracujące dziewczyny, zwłaszcza mężatki. Większość szkół w kraju w ogóle nie zatrudniała kobiet.

Jednak tęskniła za pracą i gdy Gerald wrócił z wojny, znów, po ponad dziesięcioletniej przerwie, zaczęła uczyć. Nie było wtedy przyjęte, żeby mężczyzna na jego stanowisku miał pracującą żonę. Gerald jednak rozumiał Evelyn lepiej niż inni i wiedział, jak wiele to dla niej znaczy.

Z biegiem lat dzieci się zmieniały. To dziwne i pouczające doświadczenie: być dla wszystkich piętnasto- i szesnastolatków z okolicy przystankiem na drodze. Rodzice także się zmieniali, i to na lepsze. Evelyn wiedziała, że złymi rodzicami często osoby, które miały trudne dzieciństwo. Takie błędne koło. Mimo to nienawidziła ludzi, którzy traktowali okrutnie swoje dzieci i bez cienia wstydu posyłali je do szkoły z siniakami na rękach i nogach. Sama nigdy nie uderzyła syna, nie pozwoliła też na to Geraldowi, choć w tamtych czasach wszyscy stosowali takie kary.

Ruthie, przyjaciółka Evelyn, wciąż uczyła w szkole i informowała na bieżąco o najnowszych zmianach. Ostatnio podrzuciła jej broszurę rozprowadzaną przez Stowarzyszenie Rodziców i Nauczycieli zatytułowaną: Jak rozpoznać, czy twoje dziecko jest potencjalnym hipisem, i co z tym zrobić.

Evelyn przekartkowała listę sygnałów ostrzegawczych:

1. Nagłe zainteresowanie obcymi wierzeniami zamiast powszechnie przyjętą religią.

2. Niezdolność do bycia w związku uczuciowym z jedną osobą, skłonność do doświadczeń „grupowych”.

3. Skłonność do posługiwania się niejasnymi terminami filozoficznymi, mówienie nie na temat.

4. Chęć posiadania pieniędzy, a jednocześnie niechęć do ich zarabiania.

5. Przesadne zainteresowanie poezją i sztuką.

6. Wyśmiewanie wszystkich form rządów.

7. Przekonanie o tym, że ma się rację, niemożność przyznania się do błędów.

8. Coraz częstsze wagary.

9. Tendencja do umawiania się na randki tylko z osobami innej rasy i wyznania.

Na ostatniej stronie broszury umieszczono opinię psychiatry, którą Ruthie odczytała głośno, naśladując cudzoziemski akcent:

Oczywiście niektóre z powyższych oznak można zaobserwować u zupełnie normalnych nastolatków. Dopiero gdy mamy do czynienia z większą liczbą takich zachowań, pojawia się groźba, że dziecko zostanie „hipisem”. też symptomy dość oczywiste, takie jak długie włosy i specyficzny ubiór, jednak one jeszcze o niczym nie świadczą. Czasem to tylko chwilowa moda. Trzeba odbyć wiele rozmów niekiedy bardzo bolesnych aby skłonić młodych ludzi do zmiany przekonań. Będą uparcie zaprzeczali, że wrogo nastawieni. Dopóki nie wydobędzie się tej ukrytej wrogości, dzieci będą skłonne do buntu. Staraj się wykazać zrozumienie i okaż więcej tolerancji. Dojrzewanie to w najlepszym razie bardzo niespokojny okres w życiu.

Ruthie się śmiała, ale Evelyn pomyślała o swojej starszej wnuczce Melody, która za kilka lat będzie musiała się z tym zmierzyć. Chyba nigdy wcześniej w historii bycie nastolatkiem nie wydawało się takie skomplikowane.

Córeczka Bernadette zaczęła się denerwować i kołysać na piętach.

Mamo, chodźmy już poprosiła.

Bernadette wciąż uśmiechała się szeroko niczym lampion z dyni zrobiony na Święto Dziękczynienia. Nie zwracała uwagi na dziecko.

Ma się pani czym zająć? zapytała.

Och, tak odparła Evelyn. Jestem babcią dwóch dziewczynek.

Prawdę mówiąc, ostatnio niewiele miała do roboty. Przed odejściem Teddy’ego dwa razy w tygodniu odbierała dziewczynki ze szkoły. Zwykle też zajmowała się nimi w sobotnie wieczory, kiedy syn z Julie gdzieś wychodzili. Zawsze wymyślała dzieciom jakieś zajęcie lepienie z papier-mâché na dworze albo pieczenie ciasteczek w kuchni. Bardzo lubiła czytać im książki, które sama pochłaniała w dzieciństwie. Wymyślała też własne historie i cieszyła się, gdy ta czy inna tak im się spodobała, że wciąż domagały się powtórek. Jednak od dwóch miesięcy Julie nie prosiła o pomoc w opiece nad dziećmi. A gdy teściowa zapraszała je wszystkie, mówiła, że nie mają czasu.

Evelyn zwolniła sprzątaczkę. Uznała za absurdalne prosić kogoś, by sprzątał jej łazienkę i ścielił łóżka, skoro sama nie wie, co zrobić z czasem. Świętej pamięci matka Geralda byłaby wstrząśnięta, lecz ona zawsze uważała, że Gerald i Evelyn zachowują się jak parweniusze. Chociaż żyli na wysokim poziomie, Evelyn nigdy nie interesowała się Małą Ligą i podobnymi rzeczami, a Gerald, choć lubił od czasu do czasu zagrać w golfa, wolał spędzać czas z żoną w domowym zaciszu niż brylować na nudnych przyjęciach. Spotykali się tylko z kilkoma zaprzyjaźnionymi małżeństwami, Evelyn brała udział w ulubionych imprezach charytatywnych i raz w tygodniu, w niedzielę, jadła lunch z Ruthie.

Odkąd Julie ograniczyła kontakty z dziećmi, Evelyn większość czasu przebywała sama i ten smutny stan przypominał jej własne dzieciństwo spędzone w Nowym Jorku. Wychowywały głównie guwernantki. Była najmłodsza z czworga rodzeństwa, a od poprzedniego dziecka w rodzinie dzieliło piętnaście lat. Może rodzice w późniejszym wieku zdecydowali się na jeszcze jedno dziecko, a może po prostu wpadli. Ojciec Evelyn wciąż pracował. Widywała go co wieczór przez pół godziny, gdy popijał sherry. Zapraszał na chwilę do siebie, a potem równie szybko odprawiał.

Matka wydawała się trochę niezadowolona z obecności córki. Liczyła pewnie, że w tym wieku będzie już mogła skupić się na swoim życiu. Evelyn wciąż miała przed oczami: wysoką piękną damę, gotową do wyjścia na wykład o prawach wyborczych kobiet. Nosiła długą ciemną aksamitną suknię, białe rękawiczki, czarne buciki, na ramiona narzucała sobolową pelerynkę, a na głowę wkładała czarny kapelusz z czarnym strusim piórem.

Jako dziecko Evelyn znalazła pociechę i przyjaciół na kartkach ukochanych książek, głównie powieści o odważnych bohaterkach obdarzonych bujną wyobraźnią. Najbardziej lubiła Małe kobietki. Przeczytała chyba pięćdziesiąt razy. Udawała, że panny March jej siostrami.

Ostatnimi czasy czytała zwykle dwie książki na tydzień. Uwielbiała pisarzy wiktoriańskich, zwłaszcza Charlesa Dickensa i George Eliot. Podziwiała Jane Austen. Największą przyjemnością było dla niej popołudnie spędzone nad stawem na czytaniu poezji W.B. Yeatsa lub Elizabeth Barrett Browning.

Gdy była w ciąży, bała się, że urodzi dziecko, które nie będzie lubiło czytać. Byłoby to jak wydanie na świat istoty obcego gatunku. Cóż, w tej kwestii Teddy nie sprawił jej zawodu. Chętnie czytał, przynajmniej jako mały chłopiec. Najbardziej lubił Tajemniczy ogród, co Evelyn uważała wtedy za przejaw uroczej wrażliwości i empatii. Wszędzie nosił ze sobą pluszowego baranka, którego nazywał Owiesiem. Nie rozumiał, dlaczego nie pozwoliła mu zabrać go do szkoły. Płakał. I miał złote kędziorki, nie mogła się zmusić, żeby mu je obciąć. W którym momencie stał się taki nieczuły?

Evelyn przestała słuchać tego, co mówiła Bernadette.

Ile mają lat? powtórzyła młoda kobieta, najwyraźniej po raz drugi, a może nawet trzeci.

Proszę? zapytała Evelyn.

Ile lat mają pani wnuki?

Dziewięć i siedem. Dwie dziewczynki. Mieszkają w naszym mieście.

Rozmawiały jeszcze przez chwilę i w końcu się pożegnały. Evelyn z oświetlonego słońcem chodnika weszła do zatłoczonego sklepu i ruszyła do stoiska z mięsem, przed którym czekały w kolejce cztery młode kobiety. Przy ladzie starsza pani, nie spiesząc się, żądała, aby pokazywano jej każdy kawałek mięsa.

Polędwica na pieczeń po dwa dolary za kilogram? dopytywała się. Ale czy jest dobra?

Evelyn uśmiechnęła się blado do dziewczyny na końcu kolejki i stanęła za nią. Pozdrowiła rzeźnika Gusa, który jej pomachał. Spojrzała na zegarek. Samolot Teddy’ego zaraz wyląduje na lotnisku Logana. Mimo wszystko pomodliła się w duchu, by doleciał szczęśliwie.

Zaczęła przekręcać na palcu pierścionek zaręczynowy, robiła to zawsze, gdy była zdenerwowana. Nosiła go tak długo, że skóra pod nim zrobiła się biała i gładka, jakby pierścionek chronił przed upływem czasu, suszą, słońcem i zmarszczkami.

Evelyn nigdy nie przepadała za biżuterią, wyjątkiem był ten pierścionek. Jej ulubiony. Nawet po czterdziestu latach małżeństwa często łapała się na tym, że mu się przygląda. Był wyjątkowy. Ozdabiały go dwa duże, okrągłe, osadzone niesymetrycznie brylanty[2]. Obrączka tworzyła na górze jakby ósemkę, owijając się wokół kamieni niczym pnącze wysadzane maleńkimi diamencikami. Z każdej strony umieszczono trzy małe diamenty o szlifie zwanym markizą, które gdy im się uważnie przyjrzeć, przypominały listki. Większość zaręczynowych pierścionków ozdabiał jeden duży brylant, czasem zdarzały się trzy, dwa widywało się rzadko, choć dla Evelyn miało to najgłębszy sens oto ich dwoje, ona i Gerald, zaklęci na wieczność w kamieniu symbolizującym miłość, mocną i niewzruszoną niczym diament.

Już dawno temu zapisała swój pierścionek Julie w testamencie.

Pochodził z prywatnej kolekcji matki Geralda, pani Pearsall, i zrobił go w 1901 roku londyński jubiler. Chciała, żeby dostała go Evelyn. Same brylanty były w rodzinie o wiele dłużej i należały chyba do babki jej teściowej. Gerald powiedział narzeczonej, że może wybrać sobie u Tiffany’ego taki pierścionek, jaki jej się spodoba, ale Evelyn, chcąc zrobić przyjemność jego matce, przyjęła prezent. Pearsallowie należeli do ludzi, którzy uważali, że biżuteria, dzieła sztuki i meble powinny pozostawać w rodzinie, a jej odpowiadał ten pogląd.

Uważam, że do ciebie pasuje powiedział Gerald w dniu, w którym włożył go jej na palec. Chyba przypomina kwiat, prawda? I zobacz, dzięki temu będzie naprawdę twój.

Wskazał wewnętrzną stronę platynowej obrączki. Kazał tam wygrawerować zdrobnienie, którym nazywał: EVIE.

Czasami pierścionek trochę Evelyn krępował. Był piękny, ale tak drogi, że wstydziła się go nosić do szkoły albo występować z nim na palcu przed rodzicami uczniów. Nie chciała wywołać niewłaściwego wrażenia. Oczywiście taki klejnot mógł oznaczać tylko jedno: że ona i Gerald zamożni. Zrobiono go dla kobiety z wyższych sfer, która miała służbę, nigdy sama nie ścieliła łóżka ani nie pisała na tablicy. Kamienie odstawały od obrączki i wciąż zaczepiały o różne rzeczy, Evelyn wyciągała sobie nimi nitki ze swetra lub zahaczała o włosy.

Jeszcze wiele lat po ślubie z Geraldem nosiła na łańcuszku na szyi pierścionek zaręczynowy otrzymany od pierwszego męża. Jednak pewnego dnia, podczas pobytu na greckich wyspach, zdjęła go, zanim poszła popływać. Gdy wróciła na ręcznik, pierścionka już nie było. Poczuła wtedy, jakby jej pierwszy mąż, Nathaniel, umarł jeszcze raz. Ludzie mają zabawny stosunek do niektórych przedmiotów. Tamten pierścionek prostą złotą obrączkę z maleńkim szmaragdem jej kamieniem ceniła tak, jakby był wart milion dolarów.

Wreszcie Evelyn dotarła na początek kolejki i zapłaciła za zamówione kilka dni wcześniej dwa i pół kilograma żeberek. Gus zapakował je w woskowany papier i włożył do brązowej papierowej torby.

Zwykle kupuje je pani na niedzielę zauważył, wydając resztę. Jakaś specjalna okazja?

Jesteśmy już na emeryturze. Niedziela czy wtorek, to dla nas bez różnicy! Evelyn starała się mówić wesoło, ale nawet w jej uszach te słowa zabrzmiały ponuro.

W kwiaciarni próbowała się pocieszyć, kupując dalie, storczyki i róże, dobrała bukiet, który ledwie mogła objąć ramieniem. Przed pójściem do piekarni będzie musiała zostawić go w samochodzie. Zamówiła ciasto kokosowe. W innej sytuacji upiekłaby je sama, ale ten lunch budził w niej tyle sprzecznych uczuć, że zawsze, gdy o nim myślała, stwierdzała, że ma coś pilniejszego do zrobienia trzeba było schować letnie ubrania do schowka i wyjąć zimowe albo dokładnie umyć okna.

Wróciła do samochodu i położyła kwiaty i mięso na pieczeń na tylnym siedzeniu. Na podłodze spostrzegła błyszczącą różową kokardkę, samą, którą widziała tyle razy we włosach swojej wnuczki June. Z westchnieniem podniosła ozdobę, przesunęła po niej palcami i nawet powąchała, by sprawdzić, czy pozostał na niej słodki zapach dziewczynki. Po chwili schowała kokardkę do torebki. Lepiej teraz o tym nie myśleć.

Zamierzała przed lunchem przygotować dip z awokado, który lubią teraz chyba wszyscy młodzi ludzie. Poda też jak zwykle kulki serowe, faszerowane łodygi selera i sałatkę Waldorf. Przepowiadając sobie w myślach składniki, odwróciła się w stronę mijanej wystawy księgarni, by popatrzeć na swoje odbicie.

A tam, po drugiej stronie szyby, stała Julie. Ich oczy się spotkały. Evelyn uśmiechnęła się i skręciła do drzwi.

Wtedy synowa odwróciła się i odeszła w głąb sklepu.

Evelyn zrobiło się przykro, ale nie zrezygnowała. Podeszła do Julie od tyłu i położyła jej rękę na ramieniu.

Cześć.

Evelyn, proszę cię, odejdź szepnęła młoda kobieta.

Julie, kochanie.

Synowa się odwróciła. Na jej twarzy widać było ślady łez.

Wiesz, że on przyjeżdża? zapytała.

Evelyn przytaknęła.

A słyszałaś, o co mnie poprosił?

Teściowa się wzdrygnęła.

Nie.

Chce rozwodu.

Evelyn poczuła, że serce pęka jej niczym cienka tafla lodu.

Żeby dostać rozwód, trzeba mieć podstawy ciągnęła Julie. Na przykład popełnić cudzołóstwo, porzucić rodzinę, być impotentem, nałogowcem albo okrutnikiem znęcającym się nad rodziną.

Cudzołóstwo, pomyślała Evelyn, ale synowa mówiła dalej:

Nie widział dzieci od pięciu miesięcy, nawet do nich nie zadzwonił, a gdy się w końcu odezwał, miał mi do powiedzenia tylko jedno: że jego prawnik zasugerował argument o stosowaniu przemocy. Pewnie najłatwiej udowodnić, bo na wszystko muszą być świadkowie. Powiedział, że zrobią mi uprzejmość i nie będą wymagali, żebym opowiadała, jak przyłapałam go z kimś w łóżku. Uprzejmość! Mam stanąć przed sądem i zeznać, że podbił mi oko, uderzył mnie w twarz i rzucił mną o ścianę. Powinnam też przyprowadzić przyjaciółkę albo sąsiadkę, która powie, że wszystko widziała. Zaproponował nawet, żebyś to ty wystąpiła w tej roli.

Ależ to krzywoprzysięstwo wyjąkała Evelyn.

Mówi, że wszyscy tak robią.

Evelyn czuła palący wstyd, jakby to ona była winna, że Teddy poprosił o coś takiego. Jak może żądać, żeby jego żona kłamała z tak ohydnych powodów? A ona? Czy naprawdę sądziła, że syn przyjeżdża tutaj, aby wszystko naprawić? Okradł z rodziny, pozbawił dzieci ojca, a żonę męża. Evelyn przerażał taki egoizm. Teddy ma prawie czterdzieści lat i nie rozumie, że ta decyzja dotyczy ich wszystkich, nie tylko jego.

Julie, to jakieś szaleństwo. Teddy stracił rozum.

Zabieram dziewczynki do Eugene, chcę być bliżej rodziców powiedziała synowa.

Evelyn skinęła głową.

Odwiedziny u nich dobrze wam zrobią. My tymczasem postaramy się jakoś wszystkiemu zaradzić.

Julie spojrzała jej w oczy. Evelyn wydało się, że widzi na jej twarzy cień czułości.

Wyjeżdżamy na zawsze.

Teściowa osłupiała.

Nie wyjeżdżaj prosiła. Jeszcze nie jest za późno. Możesz powiedzieć, że nie zgadzasz się na rozwód. Nie tylko jego zdanie się liczy.

Wiem, że chcesz jak najlepiej, ale błagam cię, idź już.

Ale…

Proszę powtórzyła Julie. w to wmieszani prawnicy. Nie powinnam z tobą rozmawiać.

Evelyn chciała powiedzieć, że jeśli będzie trzeba, złoży zeznanie na jej korzyść. Że po południu, wszystko jedno jakim kosztem, przekona syna, by wrócił do domu.

Ale tylko pokiwała głową i ruszyła do drzwi. Zdołała jeszcze odebrać ciasto z piekarni i wyjechać na ulicę, lecz gdy oddaliła się na bezpieczną odległość, łzy popłynęły jej z oczu. Każdy rozdzierający szloch jeszcze bardziej pobudzał do płaczu. Nie starała się opanować, dopóki nie dojechała do domu.

1987

Termometr za drzwiami pokazywał minus dziesięć stopni.

Była piąta rano, dzień Wigilii, a na podwórku panowały egipskie ciemności. James zapalił światło na ganku, ale nadal prawie nic nie widział. Gdy było ciemno, zaczynał ogarniać go lęk, i chociaż wiedział, że to dziecinne, ostatnio właśnie tak się zachowywał – niespokojnie, zbyt czujnie. Zamknął drzwi na klucz, choć do niedawna rano nie zawracał sobie tym głowy. Na górze Sheila i dzieci jeszcze spały.

Podjazd pokrywała świeża warstwa lodu. Dwa dni temu posypał solą chodniki przed domem swoim i matki, ale już widział, że to nie wystarczy.

Pies szarpnął, a James pociągnął za smycz. Nie chciał rozpoczynać dnia od szorowania tyłkiem po ziemi.

– Przyhamuj, stary – powiedział. – Jezu, Rocky, spokojnie.

Dziewięcioletni basset stęknął, ale posłuchał pana i powoli poczłapał w stronę krawężnika. Po dotarciu na miejsce obsikał obficie rosnący na granicy działki ostrokrzew Sheili. Pomarańczowe światło latarni wydobywało z mroku okoliczne budynki.

Mieszkali na samym końcu ciasno zabudowanej ulicy. Ich dom stał na narożnej działce, zwrócony frontem w stronę ruchliwego skrzyżowania. Po zmroku w okna na parterze świeciły reflektory samochodów, a ich poblask przeszkadzał w oglądaniu wieczornych wiadomości i programu Johnny’ego Carsona. Oglądali je więc w sypialni na trzynastocalowym czarno-białym telewizorze regulowanym za pomocą pokrętła.

James zadarł głowę i popatrzył w niebo. Bolał go krzyż. Przez palto pomasował sobie dół pleców. Chyba robi się za stary na dźwiganie przez cały dzień tych przeklętych noszy.

Na trawniku od tygodnia leżał śnieg. Facet od prognozy pogody przewidywał, że do wieczora spadnie jeszcze trzydzieści centymetrów. W pracy może będzie przez to spokojniej, ale jutro rano, po powrocie do domu, czeka Jamesa odśnieżanie schodów i ścieżek. Jego stary kumpel Dave Connelly pracował dla miasta i zawsze po śnieżycy przejeżdżał pługiem przed jego domem. I przed domem jego matki. W podzięce za przysługę James za każdym razem kupował mu sześciopak piwa i podrzucał bez słowa na ganek.

Facet w furgonetce przemknął na czerwonym świetle i stanął na miejscu do wysadzania pasażerów przy stacji kolejki elektrycznej North Quincy.

– Dupek – mruknął James do psa. Ruszyli ulicą.

Przecznicę dalej była stacja benzynowa, a naprzeciwko niej salon samochodowy, McDonald’s i cukiernia Dunkin’ Donuts. Na ziemi walały się śmiecie. James zbierał je w niedzielne poranki podczas koszenia lub grabienia trawy. Torby po chipsach, puszki po napojach, papierki po batonikach, a od czasu do czasu, ku jego obrzydzeniu, prezerwatywa. Mieszkali trzy przecznice od szkoły średniej w North Quincy i czasem myślał, że to kara za cały syf, jaki sam, będąc nastolatkiem, rzucał na ziemię lub przez okno samochodu.

Sheila nie pozwalała dzieciom bawić się przed domem. Bała się, że ktoś mógłby je porwać albo przejechać. Spędzały więc czas na małym ogrodzonym siatką podwórku z tyłu, gdzie ledwie starczało miejsca na pomalowaną metalową huśtawkę, plastikową piaskownicę w kształcie żółwia i biało-niebieską figurę Najświętszej Marii Panny, którą młodszy synek nazywał lalką mamusi.

W październiku dwulatka z Teksasu wpadła do studzienki kanalizacyjnej. Przez dwa dni wszyscy mówili tylko o tym. Przewożeni karetką pacjenci, sami w stanie o wiele gorszym niż mała Jessica, martwili się o nią i pytali Jamesa, czy słyszał w radiu coś nowego. A Sheila dodała nową pozycję do swojej długiej listy zmartwień o dzieci. James próbował tłumaczyć, że obaj chłopcy urodzili się duzi jak świąteczne indyki i w dziurę takiej wielkości nie zdołaliby wsadzić nawet jednej nogi.

Ich dom był mały, o połowę mniejszy od tego, w którym na drugim końcu miasta spędziła dzieciństwo Sheila. Pokrywał go szary plastikowy siding. Na piętrze były dwie sypialnie i staroświecka łazienka, a na parterze mała kuchnia z ciemnymi szafkami z lat siedemdziesiątych, pokój dzienny z telewizorem i jadalnia, w której nigdy nie jadali. Stół służył jako tymczasowa przechowalnia suchego prania przyniesionego z piwnicy, ale jeszcze nieodłożonego na miejsce, listów, starych programów telewizyjnych i numerów „Heralda” z całego tygodnia, które James miał zamiar kiedyś przeczytać.

Do domu nie wpadało zbyt dużo światła. Nawet w południe, gdy na dworze świeciło słońce, w każdym pomieszczeniu panował mrok. Na szczęście Sheila miała zmysł artystyczny – łazienkę ozdobiła wymalowanymi według szablonu kaczuszkami, a w pokoju chłopców położyła tapetę w pirackie statki. Co prawda James mógłby się obyć bez jej sześciu ukochanych lalek Cabbage Patch siedzących rzędem na kredensie w jadalni. Żona bardzo chciała mieć córkę, lecz on uważał, że dwójka dzieci w zupełności wystarczy.

Całe szczęście, że kiedyś namówił ją, żeby wzięli Rocky’ego. Po urodzeniu chłopców na pewno by się na to nie zgodziła. James wyprowadzał basseta każdego ranka i każdego wieczoru, jeśli tylko nie pracował. I nawet gdy, tak jak teraz, z zimna odmarzały mu jaja, były to jego ulubione chwile. W dni wolne, przy ładnej pogodzie, zabierał psa na plażę w Wollaston i spuszczał ze smyczy. Ale w zimie obaj woleli przespacerować się przez parę przecznic i szybko wrócić do domu.

Skręcili w Holmes Street. Niektóre bliźniaki ozdobione były świątecznymi lampkami – Sheila uważała, że najelegantsze są białe, więc takie właśnie powiesili u siebie. Sąsiedzi z jednej strony mieli kolorowe, a ci z drugiej – niebieskie. Zdaniem Sheili świadczyło to o złym guście. W ciągu czternastu lat małżeństwa James nigdy się nie przyznał, że w dzieciństwie marzył o tym, żeby zamieszkać w domu ozdobionym niebieskimi lampkami.

Wychował się półtora kilometra stąd, w nieco lepszej dzielnicy, w parterowym domku, który wciąż zajmowała jego matka. Teściowie, Linda i Tom, też wciąż mieszkali w swoim dużym starym domu w Squantum, nad oceanem. Bardzo im pomagali w opiece nad dziećmi. Byli dziesięć lat starsi od matki Jamesa, ale wydawali się o wiele młodsi. W lecie w każdą sobotę pływali żaglówką, a o zachodzie słońca pili na patiu koktajle z przyjaciółmi. Czasem, patrząc na nich, James myślał o swojej matce palącej samotnie papierosy przed telewizorem i miał ochotę walnąć pięścią w ścianę.

Wiedział, że zdaniem teściów Sheila mogła trafić lepiej. Mniej by się tym przejmował, gdyby w duchu nie przyznawał im racji. Raz podsłuchał, jak Tom mówił do córki: „Powinnaś wyjść za prawnika, gdy miałaś taką szansę”.

– Żartował, oczywiście, że żartował – zapewniła Sheila, gdy ją potem o to zapytał. Akurat.

Teściowie byli w sumie dobrymi ludźmi. Ale Tom, który miał własną firmę budowlaną, wciąż próbował dyktować zięciowi, co ma robić – w minionych latach wielokrotnie proponował mu pracę i pieniądze. Przed miesiącem, spoglądając na łuszczącą się farbę na ich kuchennym suficie, powiedział: „Jimmy, to nie jest drobna kosmetyczna robótka. Z łazienki na górze cieknie woda. Lepiej nie odkładaj tej naprawy”. Jakby James nie wiedział o cholernym przecieku. Jakby czekał, aż ktoś mu powie, żeby natychmiast zadzwonił po hydraulika i wydał na niego tygodniową pensję.

Parę dni temu Tom zapytał, czy potrzebują pomocy przy zakupie gwiazdkowych prezentów dla dzieci. James się obraził i szybko zaprzeczył, choć prawdę mówiąc, z gotówką było krucho – za połowę prezentów zapłacili kartą kredytową, której pewnie nigdy nie spłacą, a pozostałe wzięli na raty.

Sheila uważała, że chłopcy czasem mogliby obejść się bez podarków, ale James za nic nie chciał się na to zgodzić. Szczególnie w Boże Narodzenie. Wciąż pamiętał, jak w wieku ośmiu lat zobaczył w Searsie rower marki J.C. Higgins, gdy poszedł tam z matką kupić ubranie do szkoły. Strasznie chciał go dostać, marzył o nim miesiącami, ale rower kosztował trzydzieści dziewięć dolarów i dziewięćdziesiąt pięć centów, a James wiedział, że matka nie ma pieniędzy, więc nawet jej o nim nie wspomniał. O rowerze powiedział tylko sklepowemu Świętemu Mikołajowi w domu towarowym w centrum Bostonu, tak na wszelki wypadek, choć wiedział, że w świąteczny poranek nie znajdzie wymarzonego prezentu. Dostał traktor błyskający światełkami, zabawkę dla o wiele młodszego dziecka. Ze względu na matkę udawał, że jest zachwycony, cieszył się przesadnie, a w nocy zabrał nawet traktor do łóżka. Teraz, gdy o tym myślał, przygnębiało go nie tyle to, że nie dostał roweru, ile świadomość, iż nawet nie mógł go chcieć. Pragnął, by jego chłopcy mieli marzenia. To nie ich wina, że trafił im się niezaradny ojciec, który potrafi tylko tracić.

Kupili dom w najgorszym możliwym okresie, tuż po narodzinach Parkera. Kilka lat wcześniej kosztowałby połowę, ale gdy wreszcie uzbierali pieniądze na wkład własny, inflacja drastycznie wzrosła, ceny domów w całym kraju poszybowały w górę i najlepsze oprocentowanie kredytu, jakie mogli dostać, wynosiło czternaście procent. W pierwszym roku w nowym domu, gdy pieniędzy mieli tak mało, że na kolację jedli płatki, odkryli w piwnicy pleśń. James w takich sprawach był naiwny jak dziecko. Przeżył wstrząs, gdy się okazało, że choć wszystko skontrolowali i zrobili, jak należy, sami muszą naprawić usterki.

Marzyli o tym, by mieć własny dom, ustawić w nim meble i pomalować okiennice na ulubiony kolor. Ale w pięknym domu czaiło się wiele strachów. Połowę czasu poświęcali na pilnowanie, by się nie rozleciał. Od wypadku z pleśnią co parę miesięcy pojawiał się kolejny problem. A to rynny wymagały naprawy, a to zatkał się komin. Parker zrobił rysę na porcelanowym kuchennym zlewie i trzeba było wymienić całość. Drzewo złamane podczas huraganu Gloria uszkodziło dach garażu.

Rodzice Sheili pożyczyli im pieniądze na usunięcie pleśni. Podobno nie oczekiwali zwrotu, ale James nie mógł znieść, że ma u teścia dług. Odłożył gotówkę dla Toma, płacąc za inne rzeczy – jedzenie, meble, benzynę, ubranka dla dziecka, za co tylko się dało – kartą kredytową. Przez całe życie, tak jak matka, oszczędzał na wszystkim i teraz bawiło go nowe podejście do kwestii wydatków. Nie stracili nad nimi zupełnie kontroli, nie płacili Visą za wyjazdy na Florydę ani nie kupili stołu bilardowego do piwnicy, jak wielu przyjaciół. Używali karty tylko wtedy, kiedy musieli. Ale coraz częściej okazywało się, że właściwie tak jest zawsze.

W 1984 roku James stracił pracę w straży pożarnej w Lynn i przez rok nie mógł znaleźć nowej. Wydawali w tamtym czasie tyle samo co zwykle, płacąc za wszystko kartą. Refinansowali kredyt hipoteczny. James próbował, za namową Dave’a Connelly’ego, nadrobić stratę, pakując resztki gotówki w zakłady bukmacherskie. Dave zapewniał, że łatwo na tym zarobić, i przez pewien czas naprawdę się udawało. Ale w końcu James stracił wszystkie pieniądze. Potem matka zachorowała i w ciągu pół roku wydała całe oszczędności. Musieli zapłacić część rachunków za lekarzy. Wciąż czasem jej pomagali, chociaż sami nie mieli pieniędzy. James wiedział, że długi to jego wina. Złe decyzje połączone z brakiem szczęścia. Najpierw zapożyczali się, żeby przetrwać, by odsunąć się od przepaści. Kiedy zrozumiał, że wciągnął ich w bagno, było już za późno.

Przestali wieczorami odbierać telefon. Zwykle dzwonili wierzyciele. W powietrzu wisiało napięcie, wiedzieli, jak ogromny jest ich dług i jak mała szansa, by go w najbliższym czasie spłacili. Dwa razy odłączono im prąd. Powiedzieli dzieciom, że to zabawa w życie w dawnych wiekach – świece na stole, bajki na dobranoc czytane przy świetle latarki. Potem oczywiście Parker domagał się, żeby każdego wieczoru przesiadywali w ciemnościach.

Gdy się kłócili, to zazwyczaj o pieniądze. Sheila zarabiała całkiem nieźle: brak pielęgniarek sprawił, że szpitale w Bostonie płaciły fortunę i ściągały kobiety do pracy nawet z Irlandii. Ale James dostawał grosze. Dałby wszystko, żeby było odwrotnie, choć przecież mieliby wtedy dokładnie tyle samo pieniędzy.

Mówili w gniewie okropne rzeczy, takie nie do wybaczenia, ale zawsze w końcu się godzili. James czuł, że zna żonę lepiej niż kogokolwiek na świecie, lecz czasem, słuchając jej, zastanawiał się, czy właściwie ocenia swoje życie. Sheila twierdziła, że nie jest tym samym człowiekiem, za którego kiedyś wyszła, ciągle chodzi smutny i zły. Zarzucała mu, że jest agresywny, chociaż nie pobił się z nikim od szesnastu lat. Według niej nie miało to znaczenia – można być agresywnym, nie podnosząc na nikogo ręki.

Po kłótni czuł się koszmarnie, i ona też. Ale najmniejszy drobiazg mógł spowodować wybuch. Teściowie szczycili się tym, że nigdy nie położyli się spać pokłóceni – była to jedna z ich Złotych Zasad Małżeństwa, które wypisali na karcie ofiarowanej Sheili w dniu ślubu. Ale jak, do diabła, dwoje ludzi może sobie coś takiego obiecać? James zastanawiał się, czy Tom i Linda nigdy nie mieli poważnych problemów, czy też po prostu aż tak bardzo im na sobie nie zależy.

Starali nie kłócić się w obecności chłopców. Wszyscy mówili, że to najgorsze, co mogą zrobić rodzice. Ale przecież nie planowali tych kłótni: „W każdą środę o siódmej, gdy dzieci są na meczu Małej Ligi, skaczemy sobie do gardeł!”. Najgorsze awantury zwykle Jamesa zaskakiwały, wybuchały często tuż po chwilach pozornego spokoju, na przykład podczas uroczystego rodzinnego obiadu albo wycieczki do kina.

Sheila od tygodni była wściekła, bo zgodził się pracować w Wigilię, ale myślał, że klamka zapadła i oboje o tym wiedzą. Szef zaproponował podwójną stawkę, nie mógł tego odrzucić.

Kilka dni później jedli razem miłe niedzielne śniadanie. Sheila usmażyła jajka na boczku, śmiali się z różnych głupstw, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, wróciła do sprawy Wigilii. Była zła, że James zostawi ich samych w tak ważne święto. Nie mógł uwierzyć, iż Sheila nie rozumie, dlaczego to robi, i jak bardzo wolałby tego uniknąć.

– To mają być nasze szczęśliwe lata? – zapytała. – Dlaczego wszystko jest takie gówniane?

– Nie wiem, kochanie, może ty mi powiesz? To na pewno moja wina.

– Jasne, rób z siebie ofiarę. Doskonale ci to wychodzi.

– Uczyłem się od najlepszych.

James zdał sobie sprawę, że na siebie wrzeszczą, dopiero gdy Parker zakrył dłońmi uszy i powiedział:

– Proszę, przestańcie. Nie wiem, po czyjej mam być stronie.

To go dobiło.

Gdyby mógł cofnąć czas, nigdy by się nie zgodził nazwać synka Parker. Chciał mu dać na imię Bird, na cześć koszykarza Larry’ego Birda, który w 1980, czyli w roku narodzin pierwszego syna Jamesa, zdobył dla Boston Celtics najwięcej punktów. Sheila oświadczyła, że według wielu poradników dla kobiet już sama taka propozycja byłaby powodem do rozwodu. Pozwolił więc, by to ona zdecydowała, w końcu przeszła przez piekło, starając się zajść w ciążę. Zanim Parker przyszedł na świat, poroniła sześć razy. Byli siedem lat po ślubie i wszyscy zaczynali im się dziwnie przyglądać, zupełnie, jakby nie było powodu, by być małżeństwem, jeśli nie zamierza się mieć dzieci.

A teraz, choć wydawało się, że upłynęła zaledwie chwila, Parker skończył siedem lat, a mały Danny dwa.

James przystanął przed domem Pata Flaherty’ego, gdzie pies zajął się obwąchiwaniem wystającej spod śniegu kępy trawy. Na krzakach nie wisiały świąteczne lampki, a przed wejściem nie stały żadne samochody. Żona Pata odeszła. Po pewnym niedzielnym obiedzie podała szarlotkę i zawiadomiła męża, że ma romans z miejscowym pastorem. Dave Connelly twierdził, że puściła biedaka z torbami.

– Musiała, skoro teraz ma żyć z pensji pastora – zażartował James, ale pomyślał o Sheili. Może i ona pewnego dnia wstanie i wyjdzie z domu na zawsze. Gdy miał osiemnaście lat, wytatuował sobie jej imię na prawym przedramieniu. Pobrali się, kiedy skończyli dwadzieścia jeden lat. Czasami, zwłaszcza ostatnio, zastanawiał się, czy dziś podjęłaby taką samą decyzję.

Na trawniku Pata Flaherty’ego stała tabliczka: Na sprzedaż. Bezpośrednio. James nie wiedział, co stało się z Patem – czy zamieszkał z matką w Wollaston? Mieć trzydzieści cztery lata i zaczynać wszystko od początku? Już na samą myśl o tym ogarniało go cholerne przygnębienie.