Zarabianie prawdziwych pieniędzy - Bartosz Nosiadek - ebook
Wydawca: Złote Myśli Kategoria: Specjalistyczne Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 168 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 4 godz. 42 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zarabianie prawdziwych pieniędzy - Bartosz Nosiadek

Wiele osób marzy o tym, by pieniądze same do nich przyszły. Ale tu potrzeba czegoś więcej niż marzenia. Jeśli tylko zdecydujesz się na kilka prostych zmian w swoim podejściu do pieniędzy oraz podejmiesz pewne NIETYPOWE działania, to pieniądze same zaczną Cię znajdować.

Bartosz Nosiadek ma w tej chwili 27 lat, od 6 lat prowadzi firmę zajmującą się doradztwem finansowym. Od 3 lat prowadzi też drugą firmę, inwestującą w nieruchomości.

W ciągu ostatnich trzech lat:

  • kupił 12 działek,
  • 13 mieszkań,
  • 70% udziałów w kamienicy w centrum miasta,
  • zbudował dom na sprzedaż,
  • obecnie buduje 12 apartamentów mieszkalnych na sprzedaż.
Czy chcesz się dowiedzieć, jak to zrobił?Wykorzystanie chociaż jednej prostej lekcji z książki sprawi, że:
  • Zarobisz dodatkowe pieniądze;
  • Zyskasz praktyczną wiedzę na temat nietypowego inwestowania, które przynosi zaskakujące efekty;
  • Rozwiniesz swoje umiejętności sprzedażowe;
  • Obudzisz w sobie ducha przedsiębiorczości, dzięki czemu zobaczysz pieniądze tam, gdzie inni widzą najwyżej problemy.
W swojej książce Bartosz Nosiadek nie tylko dokładnie opowiada swoją historię. Daje Ci wskazówki, które pomogą podjąć KONKRETNE DZIAŁANIA. Przestaniesz być marzycielem, a staniesz się osobą myślącą jak bogacz. I wtedy naprawdę pieniądze same zaczną wskakiwać do Twojego portfela.

Opinie o ebooku Zarabianie prawdziwych pieniędzy - Bartosz Nosiadek

Cytaty z ebooka Zarabianie prawdziwych pieniędzy - Bartosz Nosiadek

„Ciepły kontakt” (rozmowa z klientem, który miał już okazję poznać mnie wcześniej lub słyszał o mnie coś pozytywnego) jest dziesięć razy łatwiejszy niż „zimny kontakt” czy też „wizyta z buta”. Klient kupuje wtedy, kiedy ma zaufanie, a „zimny kontakt” powoduje, że startujesz od zera i całe zaufanie musisz zbudować na spotkaniu handlowym, czyli często w 10 minut. To trudne i mniej produktywne. Korzystając z tzw. ciepłych spotkań, sprzedasz w tym samym czasie około 300% więcej, niż korzystając z „zimnych kontaktów”.
Miałem ustawiać worki na palecie, lecz szybko doszedłem do wniosku, że skoro i tak już go niosę, to dam go klientowi prosto do bagażnika. Jeżeli pod moje stanowisko podjeżdżał lepszy samochód, to przed załadowaniem worka dokładnie oglądałem, czy nie ma w nim żadnej dziurki — mówiłem klientowi, że nie chcę mu nabrudzić w takim ładnym aucie. Mój gest okazał się dość opłacalny. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy zacząłem dostawać napiwki! Co kilkanaście minut do kieszeni wpadała mi a to złotówka, a to 2 zł. Nigdy nie sądziłem, że ładowacz węgla może w ogóle coś zarobić na napiwkach. A pamiętam, że w ten sposób każdego dnia dorabiałem sobie połowę dniówki — TAX FREE!
Plan był prosty — pożyczam od mamy 300 zł i oddaję za 2 tygodnie (jakoś trzeba sobie radzić z brakiem kapitału). Płacę za 15 stron tłumaczenia te 300 zł, a następnie z powtarzających się fragmentów montuję pełny tekst i liczę 25 zł za stronę (to była średnia stawka, za którą można było dostać takie tłumaczenie na rynku — w końcu tato nie mógł dać tego zlecenia komuś, kto skasuje więcej niż reszta tłumaczy). Byłem tak podekscytowany, że nie mogłem doczekać się zakończenia zlecenia. Sprawa poszła dość sprawnie. Zapłaciłem za tłumaczenie 300 zł, a dostałem 750 zł. Mając 16 lat, zarobiłem 450 zł na czysto, za nie więcej niż 8 godzin pracy. To dało mi do myślenia. W tym czasie minimalna miesięczna pensja, wypłacana większości młodym pracownikom, wynosiła 600 zł. A tu, za 2 dni pracy, mógłbym mieć o 50% większy zarobek niż moi starsi koledzy za 22 dni ciężkiej harówki…
Ciekawym doświadczeniem było dla mnie również to, że w biurze pracowałem sam i nie miałem punktu odniesienia do innych handlowców. Po 3 miesiącach pojechałem na zebranie organizowane dla kilku oddziałów i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że mam najwyższą skuteczność sprzedaży (liczba sprzedanych produktów i usług w stosunku do liczby otrzymanych kontaktów). Zastanowiła mnie wtedy jedna rzecz. Większość handlowców miała skuteczność na poziomie około 25%, a mnie bez większego problemu udawało się mieć skuteczność 80%. To oznaczało, że na 10 spotkań sprzedaję minimum 8 produktów lub usług. Jestem ciekaw, jak wyglądałaby moja skuteczność, gdybym pracował z handlowcami, którzy jedynie co czwarte spotkanie zamykali sprzedażą. Obawiam się, że częsty kontakt z osobami, którzy pracowali poniżej kryteriów, nie wpłynąłby pozytywnie na mój wynik. Kiedy zostałem wyróżniony na zebraniu oddziałów za wysoką skuteczność, stało się coś jeszcze — poznałem średnią skuteczność akwizytora. Chyba już się domyślasz, że w następnym miesiącu moja skuteczność spadła do 60% i… nie czułem się z tym najgorzej — to przecież i tak więcej niż miała reszta!
Morał jest taki — sam nie dasz rady. Buduj relacje i pozwól sobie pomagać. To żaden wstyd upaść. Nawet jak nie potrafisz sam wstać, nie wstydź się, jeżeli ktoś Ci pomoże się podnieść. Nieważne, że nie zrobiłeś tego sam, ważne, że stoisz.
Zabrałem się za pracę. Moje ostatnie pieniądze zainwestowałem w legalną bazę danych. Był to zbiór namiarów na kobiety, które nie dawniej niż 2 lata temu urodziły dziecko. Wydawało mi się, że jest to świadomy i dobry klient, jeśli chodzi o sprzedaż ubezpieczenia. Zacząłem systematycznie pracować na zakupionej bazie tysiąca
Po pierwsze i najważniejsze — nie oferuj niczego, kiedy klient znajduje się w tzw. handlowym szoku. Na własny użytek stworzyłem sobie definicję tego zjawiska. Abyś lepiej mógł zrozumieć, o co mi chodzi, pozwól, że wyjaśnię Ci to na przykładzie. Załóżmy, że wchodzisz w galerii handlowej do sklepu z ubraniami i z góry wiesz, co kupisz (towar jest przeceniony, wiesz, że Ci pasuje i ile kosztuje), po prostu chcesz zapłacić i wyjść. W drzwiach sprzedawca przyskakuje do Ciebie i z uśmiechem numer 5 pyta: „Czym mogę panu służyć?”. Nie wiem, jak Ty, ale ja w takiej sytuacji zawsze odpowiadam: „Dziękuję, tylko się rozglądam”. Potem chodzę sobie to tu, to tam, aż w końcu zbliżam się do właściwego regału, udaję, że przeglądam rzeczy, aż kupuję towar, który i tak chciałem kupić. Robię tak dlatego, że przeżywam szok handlowy. Kto odpowie sprzedawcy na jego pierwsze pytanie: „A, wie pan, szukam polo, rozmiar L, bawełniane, najlepiej czarne”? Pytaniem: „W czym mogę pomóc?” zostajemy przyciśnięci do muru i robimy unik: „Ja się tylko rozglądam”.
Znajdź stowarzyszenie, które ich wspiera. Uda Ci się to bez trudu, korzystając z pomocy wyszukiwarki internetowej. Zadzwoń do tego stowarzyszenia lub fundacji i zgłoś się jako wolontariusz, który będzie zbierał dla nich datki przez telefon. To będzie Twoja szkoła życia. Rozmówcy, których będziesz prosić o wsparcie, będą Ci bardzo często odmawiać, będą Cię zwodzić, ale jeżeli wybrałeś Twój charytatywny cel zgodnie z sumieniem, będziesz miał wielką motywację do działania. Dzwoń co drugi dzień (powiedzmy trzy razy na tydzień), sesja telefoniczna powinna trwać około godziny. Powtarzaj to przez dwa miesiące. Ta forma szkolenia zabierze Ci w sumie nie więcej niż 30 godzin. To mniej niż tydzień nauki w szkole podstawowej. Przypomnij sobie, ile tygodni zmarnowałeś w podstawówce. Ten czas będzie jedną z Twoich najlepszych inwestycji. Pomijając to, że możesz bardzo pomóc grupie, którą wesprzesz swoją pracą, zdobędziesz również bezcenną umiejętność swobodnej rozmowy. Poza tym umysł to narzędzie, które kieruje się zasadą kontrastu. Po wykonaniu tysiąca telefonów, prosząc o pieniądze „za nic”, czyli o darowiznę na fundację, będziesz mógł prosić o spotkanie, powołując się na konkretną korzyść ze sprzedawanej przez Ciebie usługi lub oferowanego produktu. Zobaczysz, że będzie Ci dużo łatwiej.
Moje pierwsze pozytywne doświadczenia związane z pracą agenta zaprocentowały. Odbiłem się od dna i szybko zacząłem sprawnie działać. Miało to duży wpływ na moją dalszą karierę zawodową. Dobre wyniki tworzyły niezły kontrast do wcześniejszych porażek. To trochę tak jak z synem marnotrawnym. Bardziej chwali się tego, który upadł i wstał, niż tego, który cały czas postępował właściwie.

Fragment ebooka Zarabianie prawdziwych pieniędzy - Bartosz Nosiadek






Podziękowania

Drogi Czytelniku,

powstanie tej książki było możliwe dzięki temu, że spotkałem w swoim życiu wielu wartościowych ludzi. Mimo iż nie jestem w stanie wymienić ich w tym miejscu z imienia i nazwiska, to noszę w sercu głęboką wdzięczność dla każdej osoby, która ubogaciła moje życie i sprawiła, że mogłem się rozwinąć.

Szczególne podziękowania składam osobom bezpośrednio związanym z powstaniem tej książki — Oldze Rzyckiej za inspirację do jej napisania oraz Adamowi Wojaczkowi za znakomitą „obsługę techniczną”.

Niniejszą książkę chciałbym zadedykować mojej kochanej żonie Monice, której dziękuję za serce i za wyrozumiałość, okazaną zwłaszcza w czasie powstawania tej publikacji.


O autorze

Bartka Nosiadka poznałam kilka lat temu. Już po pierwszej rozmowie z nim zwróciłam uwagę na niezwykłą pokorę charakteryzującą tego młodego człowieka. Uczciwość, współpraca, skupienie na poszukiwaniu rozwiązań zamiast generowaniu problemów, otwartość, poczucie humoru, wytrwałość i konsekwencja — to tylko niektóre cechy jego charakteru. Prywatnie Bartek jest mistrzem sztuk walki, zdobył czarny pas; jest również kochającym mężem i ojcem dwójki maluchów.

Z dużym zainteresowaniem sięgnęłam więc po napisaną przez niego książkę Zarabianie prawdziwych pieniędzy, czyli czego nie powie ci żaden doradca? — opowieść o tym, jak nie kraść pierwszego miliona. Po pierwsze dlatego, iż lubię książki, po drugie dlatego, że jestem fanką wprowadzania zmian, a po trzecie dlatego, iż na polskim rynku ciągle niewiele jest publikacji o tej tematyce. Po przeczytaniu szczerze polecam ją każdemu, kto chce budować swoją świadomość, nie tylko finansową. Książka z jednej strony zachęca do głębokiej refleksji, a z drugiej do działania. A o to przecież chodzi.

Bardzo się cieszę z powstania takiej publikacji — polecam ją z całego serca każdemu, kto chce zmienić swoje życie, bo to jest możliwe.

Olga Rzycka

Coach, trener, psycholog Development for Executiv

Uwaga!

Porady zawarte w tej pozycji udzielane są według najlepszej wiedzy autora. Należy jednak pamiętać o tym, że każda sytuacja wymaga indywidualnego podejścia — warto przed podjęciem własnych decyzji finansowych skonsultować się z osobą, która ma wiedzę na ten temat i do której mamy zaufanie.

Czytając tę książkę, warto, żebyś miał przy sobie ołówek. Jest to bardzo ważne z dwóch powodów.

Po pierwsze, jeżeli użyjesz go jako wskaźnika i będziesz nim wodził po tekście, będziesz czytał o wiele szybciej i zaoszczędzisz sporo czasu.

Po drugie, dzięki posiadaniu pod ręką ołówka, znacząco zwiększysz szansę na zrobienie kilku cennych ćwiczeń znajdujących się w książce (99% czytelników, którzy natrafiają na podobne ćwiczenia, mówi sobie: „Zrobię to później, nie mam przy sobie ołówka”).


Wstęp

Drogi Czytelniku! Piszę tę książkę, ponieważ pasjonuję się tematem finansów osobistych oraz nieruchomości. Od 6 lat prowadzę firmę, która doradza klientom w zakresie ubezpieczeń oraz kredytów hipotecznych, od dwóch lat aktywnie inwestuję w nieruchomości, w ubiegłym roku rozpocząłem również działalność deweloperską. Chciałem podzielić się z Tobą swoimi doświadczeniami, ponieważ jestem zdania, że nie warto robić dziury w ścianie tam, gdzie ktoś otworzył już kiedyś drzwi.

Żyjemy w kraju, gdzie połowa ludzi zarabia mniej niż średnią krajową, 20% żyje na skraju ubóstwa, a do braku problemów finansowych przyznaje się nie więcej niż 3–5% społeczeństwa. Stan Twoich finansów to temat, który dotyka Cię codziennie. Może nawet i nęka. Fakt, że trzymasz w ręku tę książkę, to dobry znak — już teraz zacząłeś dbać o swoje finanse, a… będzie jeszcze lepiej.

Pozwól, że opowiem Ci swoją historię, w której doznałem równie wiele porażek, co sukcesów. Pewnie jeszcze mnóstwo razy w życiu dam się zaskoczyć, sądzę natomiast, że mogę podzielić się z Tobą dość bogatym doświadczeniem, które zdobyłem przez ostatnie lata. Mimo iż firmy, które prowadzę, są w dobrej kondycji, nieraz doświadczyłem straty finansowej lub odczułem efekty mojej złej decyzji inwestycyjnej. Sukces wynika bezpośrednio z liczby popełnionych błędów i liczby wyciągniętych wniosków. W związku z tym, że popełniłem już sporo błędów i wyciągnąłem jeszcze więcej wniosków, zapraszam Cię do przeczytania tej książki. Wiedza w niej zawarta może sprawić, że:

  1. zyskasz bardzo dużo oszczędności (np. na odsetkach kredytu lub na obniżeniu ceny kupowanej nieruchomości);
  2. dobrze zarobisz na prostych do zrealizowania inwestycjach;
  3. nie dasz się nabrać na tanie sztuczki nieuczciwych sprzedawców.

Przypomniałem sobie właśnie pewną historię. Jakieś pięć lat temu zacząłem interesować się tematem finansów osobistych. Natknąłem się na intrygującą grę edukacyjną stworzoną przez Roberta Kyosakiego, autora książki Bogaty ojciec, biedny ojciec. Gra kosztowała prawie 400 zł. Mimo szacunku dla autora (przeczytałem jego książkę i zrobiła na mnie piorunujące wrażenie), pomyślałem, że zwariował, oferując tak drogą grę planszową. Zwykły Eurobusiness kosztował w każdym sklepie zabawkowym nie więcej niż 40 zł, a tu 400 zł?! Stwierdziłem wtedy, że nie mam pieniędzy na takie zbytki. Normalny człowiek nie wydaje takiej kwoty na zwykłą „planszówkę”. Opowiedziałem o tych przemyśleniach mojej żonie i z jej kiwania głową wywnioskowałem, że podejmuję słuszną decyzję — w końcu rozpoczynałem własny biznes i liczył się każdy grosz.

Zaskoczyłem się kilka miesięcy później podczas świąt wielkanocnych. Otworzyłem pakunek z prezentem od „zajączka” (czytaj: żony) i znalazłem tę nieziemsko drogą grę. Tak to z kobietami bywa — kiwa głową ze zrozumieniem, a i tak zrobi po swojemu. Bardzo się zdziwiłem, że żona kupiła mi tę grę, ponieważ mamy wspólne konto bankowe, na które często zaglądam i nie było tam żadnej transakcji wskazującej na taki zakup. Pod groźbą tortur Monia przyznała się, że miała trochę „zaskórniaków”, za które postanowiła kupić tę grę, gdyż opowiadałem o niej „z takim przejęciem”…

Po czasie widzę, że to ona miała rację, a nie ja. Na wiedzy, zwłaszcza finansowej, nie powinno się oszczędzać. To była po prostu rewelacyjna inwestycja! 6 lat temu miałem dużo pomysłów, fantazji i 1000 zł na koncie. Dzisiaj razem posiadamy około 13 000 m2 ziemi pod budowę w różnych lokalizacjach, 70% udziału w kamienicy w centrum miasta, własny dom i własnościową siedzibę firmy. Nie można oczywiście powiedzieć, że to wyłącznie zasługa tej gry planszowej. Sukces wymaga również wytrwałej pracy. Ważne jest tylko to, by ta praca nie polegała na wbijaniu gwoździ czołem. Może to i widowiskowe, ale efekt jest mizerny. Oprócz ciężkiej pracy potrzebna jest również inteligencja (zwłaszcza finansowa), bo dzięki niej z poświęconej pracy uzyskujemy nieporównywalnie większy efekt. Nie chodzi o to, żeby pracować więcej, chodzi o to, żeby pracować lepiej. Aby zarabiać więcej, mieć więcej wolnego czasu i poczucie większej niezależności, trzeba zmienić sposób myślenia. Na moją zmianę sposobu myślenia największy wpływ miały praktyczne doświadczenia oraz wiedza finansowa zdobyta dzięki czytaniu książek. Napisałem tę książkę, bo uważam, że wiedza w niej zawarta ma dużą wartość.

Tego, o czym na kolejnych stronach przeczytasz, nie dowiesz się w szkole, nie usłyszysz tego również od swojego agenta czy doradcy finansowego. Nie wynika to z ich złej woli. Po prostu nauczyciel podstaw przedsiębiorczości w liceum z reguły nie inwestuje w nieruchomości, a doradca finansowy nie inwestuje samodzielnie w oferowane przez siebie produkty. Każdy mój mały lub duży sukces wynika z tego, że uczyłem się od ludzi bogatszych, sprytniejszych i sprawniejszych biznesowo ode mnie. Właśnie do tego Cię zachęcam. Jeśli chcesz mieć to, co mają inni, rób to, co robią inni. Chcesz żyć jak sąsiad, postępuj tak jak on. Chcesz żyć na wysokim poziomie, nie ucz się tego od ludzi, którzy ledwo wiążą koniec z końcem.

Albert Einstein powiedział kiedyś, że szaleństwo to „robić wciąż to samo, a oczekiwać różnych rezultatów”. Na kolejnych stronach książki będę Cię zachęcał do pójścia „pod prąd” i do zmiany własnych przekonań na temat finansów. Jeżeli nie trafi do Ciebie moja zachęta do zmiany stylu życia, też osiągniesz korzyść z lektury. Może i nie zostaniesz inwestorem czy biznesmenem, ale za to staniesz się dużo sprawniejszym konsumentem, który niczego w ciemno nie podpisze i który będzie umiał wynegocjować dla siebie to, co do tej pory wydawało mu się „nie do ruszenia”.

Wiem, że możesz ocenić mnie jako osobę, która ledwie skończyła 26 lat i zjadła wszystkie rozumy. Nie widzisz mnie, nie słyszysz, czytasz tylko to, co napisałem. Masz prawo tak myśleć. Daleko mi do wielkich biznesmenów i inwestorów. Czytałem ich książki i zawsze miałem poczucie, że moje poczynania wobec ich kolosalnych sukcesów są jak poruszanie się fiatem 126p po niemieckiej autostradzie. Pewnie nie udzielę Ci rad niczym Bill Gates, Warren Buffet czy Donald Trump. Sądzę jednak, iż moje wskazówki ubrane w kilka historii odniosą efekt, bo jestem zwykłym „chłopakiem z podwórka” i w sensie finansowym dzieli Cię ode mnie kilka bystrych ruchów i może ze 3 lata rozsądnego inwestowania. Jeżeli teraz myślisz: „I tak mi się nie uda, bo zarabiam za mało, mam za dużo wydatków i tonę w długach”, to masz rację! Nie uda Ci się, bo nie wierzysz w swoje możliwości. Jeżeli myślisz sobie: „Cały świat spiskuje, żeby mi się nie udało, nawet gołębie «lubią» tylko mnie”, to też masz rację! Gdybyś był gołębiem, to w kogo byś celował? W gościa, który szybko idzie pewnym krokiem, czy w zgarbionego osobnika, który sunie, nie odrywając nóg od ziemi? Kogo łatwiej trafić? Jeżeli poprawi Ci to humor, to zjedz kostkę czekolady, wypij pyszną kawę i oddaj się lekturze. Liczę na to, że znajdziesz w niej coś dla siebie. Jeżeli wykażesz się otwartym umysłem, może zarobisz niezłe pieniądze, jeśli po prostu skorzystasz z kilku moich porad, to oszczędzisz tysiące, dziesiątki tysięcy, a może nawet setki tysięcy złotych na zaciąganych zobowiązaniach finansowych czy na kupowanych nieruchomościach. Tak czy inaczej skorzystasz.

Pozwól teraz, że opowiem Ci kilka historii, które zmieniły moje myślenie i które sprawiły, że nabrałem pełnego przekonania o tym, że warto iść „pod prąd”.

Bartosz Nosiadek


Rozwożę węgiel

Podczas nauki w liceum pierwszy raz poczułem się „dorosły” w chwili, gdy podobnie jak 97% dojrzałych ludzi doświadczyłem braku pieniędzy. W tym czasie mój ojciec prowadził własny biznes polegający na produkcji kostki brykietowej. Zaczynały się wakacje, miałem sporo wolnego czasu, więc liczyłem na to, że zarobię trochę grosza. Pechowo dla mnie okazało się, że w zakładzie ojca kierowników było dostatek, a dla mnie znalazła się „ciepła” posadka w hali produkcyjnej.

Przez kolejny miesiąc moja praca polegała na grzebaniu w mule, sprzątaniu łazienek i noszeniu wszystkiego, co kwalifikowało się do określenia: „O, chodź tu! Jesteś młody, masz krzepę, a to swoje waży”. Tato polecił brygadzistom, by nauczyli mnie „dobrej roboty”. Pracę zaczynałem o 6.00 rano. Zawsze wydawało mi się, że tak wcześnie wstają tylko koguty w bajkach, a tu taka niespodzianka — nigdy w życiu nie widziałem tylu wschodów słońca w ciągu dwóch miesięcy! Nie powiem, żebym był wtedy z tego powodu bardzo zadowolony. Nastrojową atmosferę psuła świadomość, że zaraz dostanę do ręki łopatę i przez najbliższych osiem godzin będę z nią ściśle współpracował.

Dostawałem z firmy taty normalną wypłatę — 900 zł miesięcznie. To było dla mnie sporo, co wcale nie zmienia faktu, że moje potrzeby były nieograniczone i przerażała mnie wizja, że tak mogłoby wyglądać całe moje życie. Wschody słońca miałem gratis, ale i tak musiałem coś wymyślić. Okazja pojawiła się sama.

Zdałem w tym czasie egzamin na prawo jazdy i nie posiadałem się ze szczęścia, kiedy mogłem prowadzić samochód. W mojej sezonowej pracy spotkał mnie też awans. Wspiąłem się na wyższy szczebel kariery i z chłopca na posyłki stałem się pełnoprawnym „ładowaczem węgla do worka”. Mój nowy zakres obowiązków polegał na tym, że cały dzień pakowałem do foliowych worków 25 kg węgla. Węgiel ten sprzedawany był odbiorcom detalicznym, a ja miałem dbać o to, żeby nie zabrakło zapakowanych worków oraz o to, by każdy z nich ważył równo 25 kg.

Miałem ustawiać worki na palecie, lecz szybko doszedłem do wniosku, że skoro i tak już go niosę, to dam go klientowi prosto do bagażnika. Jeżeli pod moje stanowisko podjeżdżał lepszy samochód, to przed załadowaniem worka dokładnie oglądałem, czy nie ma w nim żadnej dziurki — mówiłem klientowi, że nie chcę mu nabrudzić w takim ładnym aucie. Mój gest okazał się dość opłacalny. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy zacząłem dostawać napiwki! Co kilkanaście minut do kieszeni wpadała mi a to złotówka, a to 2 zł. Nigdy nie sądziłem, że ładowacz węgla może w ogóle coś zarobić na napiwkach. A pamiętam, że w ten sposób każdego dnia dorabiałem sobie połowę dniówki — TAX FREE!

Dziś po czasie wiem, że zarabia się tam, gdzie ktoś wyciąga pieniądze z portfela i że najbardziej opłaca się „być jak najbliżej klienta”. Postanowiłem pójść za ciosem. Do zakładu taty dzwonili klienci i pytali, czy sprzedajemy workowany węgiel z dostawą do domu. Początkowo usługa ta nie znajdowała się w ofercie firmy, więc postanowiłem zmienić ten stan rzeczy. Wypożyczyłem od znajomego samochód marki Polonez Truck i załadowany workami z węglem ruszyłem na miasto. Do pomocy zatrudniłem młodszego brata, któremu powiedziałem, że zrobimy na tym węglu interes życia. Okazało się, że nie musiałem więcej mówić. Plan był prosty: co sobotę pożyczamy poloneza i bierzemy od taty w komis worki z węglem na pakę auta. Do ceny doliczamy dla nas kilka procent, kasujemy za transport i oferujemy usługę „dodatkową” — wniesienie worków do piwnicy. Kiedy pierwszy raz ruszyliśmy z bratem tym starym klekotem na miasto (chyba przeładowaliśmy pakę), czułem się jak baron węglowy. Trochę studził mnie drobny fakt, że po wciśnięciu hamulca stary polonez nadal sunął przed siebie całym pędem, ale taka drobnostka nie mogła zabić przecież mojego entuzjazmu.

Nasz pierwszy klient okazał się strzałem w dziesiątkę. Starsza pani, mieszkająca samotnie, zabrała 1/3 naszego towaru i sama powiedziała, że dopłaci nam, jak zniesiemy jej worki do piwnicy. Nie minęły 3 godziny i każdy z nas miał po 60 zł zysku w kieszeni. Było nas nawet stać na to, by wlać do poloneza więcej benzyny, niż miał, gdy go pożyczaliśmy. Każdy był zadowolony, najbardziej chyba klienci, i właśnie to chwytało.

Postanowiliśmy z bratem agresywnie wejść na rynek. Tym razem plan był równie prosty. Jedziemy do pobliskiego miasta, w którym dużo ludzi utrzymuje się z pracy za granicą, i tam szukamy klientów docelowych. Nasza reklama była konkretna, tania i przede wszystkim skuteczna. Chodziłem „po domach” i zostawiałem mały woreczek z kilkoma węgielkami i ulotką firmy. Nikt mnie psem nie poszczuł, bo przecież węgiel rozdawałem.

Zamówienia pojawiły się dość szybko i okazało się, że zarabiamy dużo lepiej na usługach dodatkowych niż na samym węglu. Najbardziej opłacało się znosić węgiel do piwnicy. Nie podawałem ceny, mówiłem tylko, że jestem uczniem i dorabiam w wakacje. Metoda ta była szczera i skuteczna, a takie najlepiej w biznesie działają. Wiele razy zaskakiwała mnie hojność klientów, którzy dawali mi za 10 minut znoszenia węgla 20 zł napiwku! W godzinę mógłbym zarobić tyle, co prawnik po aplikacji (z tą różnicą, że prawnika mogą boleć plecy od siedzenia na krześle, a mnie bolały od targania worków z węglem).

Moja „węglowa” przygoda dobiegała końca. Ostatni miesiąc wakacji chciałem zostawić dla siebie — odpocząć trochę i pojechać na Mazury. Kiedy zastanowiłem się chwilę nad pracą w hali i kontaktem z klientami, zauważyłem, że bardziej opłaca się porozmawiać z ludźmi i „pohandlować”, zamiast cały dzień machać łopatą. Co więcej, ten model pracy okazał się dla mnie o wiele przyjemniejszy. Pracując w hali produkcyjnej, nie miałem możliwości podjechania sobie na hamburgera i ciastko. Kiedy byłem w terenie i spotykałem się z klientami, to sam ustalałem sobie trasę przejazdu i na najbliższe godziny sam byłem sobie szefem. I bardzo mi to odpowiadało.

Niełatwo tłumaczyć

W trzeciej klasie liceum mój tato zapytał mnie, czy byłbym w stanie przetłumaczyć techniczny tekst z języka niemieckiego. Pracował wtedy w firmie, która m.in. zajmowała się produkcją okien. Firma ta chciała przetłumaczyć na język polski opisy systemu profili, z których produkowano okna. Nauka języków zawsze przychodziła mi z łatwością, więc podjąłem się tego zadania. Co więcej, pomyślałem sobie, że to bardzo dobry pomysł na rozpoczęcie pracy zarobkowej głową, a nie własnymi rękoma. Tato dostarczył mi teksty i w 2 tygodnie miałem się z tym uporać.

Postanowiłem podejść do tematu bardzo systematycznie. Zrobiłem to z jednego powodu — pierwszy raz w moim życiu ktoś chciał mi zapłacić za pracę umysłową, a nie za zrzucanie węgla do piwnicy. Wypożyczyłem techniczny słownik języka niemieckiego i zabrałem się do pracy. Tekst składał się z 30 stron, więc miałem co robić. Przetłumaczenie pierwszego akapitu zajęło mi godzinę. Niemiecki język techniczny w zakresie stolarki okiennej okazał się dla mnie „Everestem nie do zdobycia”. Do dzisiaj wiem, jak pisze się po niemiecku „szpros”, „zawias” i „szczelina wentylacyjna”.

Dokonałem krótkiego podsumowania. Przetłumacze­nie akapitu zajęło mi godzinę. Na każdej stronie znajdowały się 3 akapity, więc potrzebowałbym 3 godziny na każdą stronę. Dziennie po szkole mogłem pracować jakieś 3 godziny, więc przetłumaczyłbym tekst w 30 dni. Taki termin nie wchodził w grę. Pracę musiałem oddać za 2 tygodnie. Zacząłem nerwowo myśleć i pierwsze, co przychodziło mi do głowy, to poprosić o wydłużenie terminu na realizację zlecenia. Było mi wstyd, że podejmuję się czegoś, czego nie potrafię zrobić jak należy we właściwym czasie. Kiedy przeglądałem tekst i analizowałem, ile czasu zabierze mi jego przetłumaczenie, zauważyłem jedną rzecz. Opisy profili okiennych wiele razy się powielały. Były wręcz identyczne. Moja radość była bezgraniczna, kiedy okazało się, że tak naprawdę muszę przetłumaczyć 15 stron, bo spora część tekstu się powtarza. Mogłem więc wykonać zlecenie na czas!

Jeżeli jesteś osobą, która niedawno zakończyła edukację, pewnie myślisz: „No dobrze, mógł zdążyć, ale rano szkoła, po południu praca i jeszcze zadania domowe — to nie jest życie”. I wiesz co? Pomyślałem dokładnie tak samo. Mimo że termin tłumaczenia okazał się realny, to nie uśmiechało mi się pracować przez 2 tygodnie i całkowicie zrezygnować z czasu wolnego.

Lenistwo jest motorem wszelkiego postępu. Obmyśliłem plan i zacząłem go realizować. Obdzwoniłem kilku tłumaczy przysięgłych i zapytałem o cenę tłumaczenia 15 stron (po co płacić za 30 stron, skoro mogę przekopiować większość tłumaczenia i złożyć z nich pełny tekst). Znalazłem tłumacza, który mieszkał niedaleko mnie i zadeklarował, że przetłumaczy owe 15 stron za 300 zł.

Plan był prosty — pożyczam od mamy 300 zł i oddaję za 2 tygodnie (jakoś trzeba sobie radzić z brakiem kapitału). Płacę za 15 stron tłumaczenia te 300 zł, a następnie z powtarzających się fragmentów montuję pełny tekst i liczę 25 zł za stronę (to była średnia stawka, za którą można było dostać takie tłumaczenie na rynku — w końcu tato nie mógł dać tego zlecenia komuś, kto skasuje więcej niż reszta tłumaczy). Byłem tak podekscytowany, że nie mogłem doczekać się zakończenia zlecenia. Sprawa poszła dość sprawnie. Zapłaciłem za tłumaczenie 300 zł, a dostałem 750 zł. Mając 16 lat, zarobiłem 450 zł na czysto, za nie więcej niż 8 godzin pracy. To dało mi do myślenia. W tym czasie minimalna miesięczna pensja, wypłacana większości młodym pracownikom, wynosiła 600 zł. A tu, za 2 dni pracy, mógłbym mieć o 50% większy zarobek niż moi starsi koledzy za 22 dni ciężkiej harówki…

Cała ta sytuacja wywarła na mnie duży wpływ. Skoro raz mi się udało, czemu nie miałbym spróbować ponownie? Niestety postąpiłem dość nierozsądnie względem tych zarobionych 450 zł — kilkakrotnie zaprosiłem znajomych do restauracji Pizza Hut i raz dwa pozbyłem się wszystkich pieniędzy. Wydawało mi się to właściwe — skoro sam zarobiłem, mogę wydać po swojemu. Dziś postąpiłbym zupełnie inaczej — 100 zł wydałbym na przyjemności, a 350 zł reinwestowałbym w kolejny pomysł. Niezależnie od sposobu zagospodarowania tych pieniędzy, przekonałem się, że „garść handlu jest lepsza niż kupa roboty”.

Zarabiaj, nie wychodząc z domu

Po doświadczeniu z tłumaczeniem tekstów postanowiłem poszukać czegoś, co mógłbym robić w sposób bardziej regularny. Chciałem zarabiać na dodatkowe kieszonkowe co miesiąc, a nie tylko sporadycznie. Spodziewałem się, że osobie, która nie ukończyła nawet liceum (byłem wtedy w trzeciej klasie ogólniaka), trudno będzie załapać się na sensowną pracę popołudniami, lecz mimo wszystko postanowiłem nie odpuszczać.

W tym czasie coraz popularniejszy stawał się internet w wersji „stałe łącze”. Kiedy przesiadłem się z modemu na „radiówkę”, zacząłem poznawać uroki intensywnego korzystania z sieci.

Nagle olśniło mnie! Jeżeli spędzam dużo czasu, korzystając z internetu, i równocześnie poszukuję dorywczej pracy, to powinienem znaleźć pracę w sieci. Zgadnijcie, co znalazłem po wpisaniu w Google „praca przez internet”? Setki tysięcy wyników. Czułem, że złapałem Pana Boga za nogi. Do późnych godzin nocnych analizowałem oferty typu: „Zarabiaj $100 dziennie, nie wychodząc z domu” lub „Nic nie musisz robić, a my płacimy”. Ta druga wydała mi się podejrzana, ponieważ osobiście nie płaciłbym za nicnierobienie. Postanowiłem więc skorzystać z oferty typu „Zarabiaj $100 dziennie…”. To wydawało mi się bardziej wiarygodnym rozwiązaniem.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com