Zapora - Hubert Hender - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapora - Hubert Hender

Monumentalna Zapora, dzikie, opuszczone tereny i tajemnicze morderstwa

Na dolnośląskiej zaporze w Pilchowicach pewien wędkarz nocą znajduje zmasakrowane zwłoki kobiety. Widok jest tak wstrząsający, że nawet najbardziej doświadczeni policjanci z Jeleniej Góry z trudem ukrywają przerażenie. Jak się okazuje, to dopiero początek makabrycznej serii zabójstw, a każde kolejne znalezione ciało budzi coraz większy lęk i panikę mieszkańców okolicznych miejscowości. Co jeszcze może wydarzyć się tej jesieni?

Hubert Hender – kolekcjoner i miłośnik książek. Zaczytany w Dostojewskim, Kunderze, Hrabalu i Eco. Ceni też dobry kryminał i powieść grozy, dlatego w jego twórczości można odnaleźć elementy obu tych gatunków. Wielbiciel gór i mrocznych miejsc. A przy tym nieumiarkowany kawosz.

Opinie o ebooku Zapora - Hubert Hender

Fragment ebooka Zapora - Hubert Hender







Karta tytułowa

Hubert Hender

Zapora

Wydawnictwo Oficynka


1

Zawiał silny wiatr. Nad doliną rozprzestrzeniała się mgła, która zaczęła okrywać niemal całą okolicę, pozostawiając jedynie w kilku miejscach niewielki tunel widoczności. W powietrzu czuć było wilgoć.

Mężczyzna siedzący nad brzegiem jeziora zamachnął się i mocno rzucił spławikiem w dal. Po kilku sekundach usłyszał delikatne uderzenie w wodę, które na chwilę zakłóciło ciszę. Nawinął żyłkę, odłożył wędkę na stojak i czekał. Spojrzał do góry, niewiele było widać. Martwiła go pogoda, która psuła się od kilku godzin. Ryby nie biorą dobrze, gdy pogoda jest zmienna. Przed piętnastoma minutami przestało padać. Możliwe więc, że za jakiś czas znów zacznie. Skrzywił się na samą myśl, że wróci do domu bez ryb.

Spojrzał na podświetlaną tarczę zegarka. Dochodziła druga w nocy. Siedział już od czterech godzin, lecz tej nocy, jakby na przekór jego staraniom, nic nie brało. Robiło się coraz zimniej, a chłód z każdą chwilą stawał się bardziej dokuczliwy. I ta wilgoć. Potarł mocno dłońmi, by się ogrzać, a potem skulił się, przysuwając głowę i ręce możliwie blisko tułowia. Siedział w takiej pozycji nieruchomo przez parę minut. Już prawie usypiał, gdy nagle usłyszał w oddali cichy pisk.

W pierwszej chwili pomyślał, że mu się przywidziało albo że też zaczyna mieć chorobę Méniere'a, jak jego ojciec, któremu ciszę nierzadko zakłócał delikatny jednostajny pisk, wydobywający się z wnętrza głowy. Wiedział, że jest to przypadłość, która może dopaść każdego, zwłaszcza jego. Nie miał pojęcia, na ile uwarunkowanie genetyczne w tej chorobie przechodzi z ojca na syna, więc zawsze miał obawy i chwilę zwątpienia, gdy tylko coś słyszał. Potrząsnął głową, a potem jeszcze raz, mocniej i gwałtowniej. Ustąpiło. Odetchnął z ulgą. Znów fałszywy alarm.

Ziewnął i skupił się na spławiku, bo to było najważniejsze. Zamknął oczy i odpłynął daleko myślami. Nie minęła minuta, gdy znów usłyszał cichy pisk. Otworzył oczy. Tym razem był on cichszy, niemal na granicy słyszalności, jakby przytłumiony.

Znowu potrząsnął głową. Nic nie pomogło. W takim razie to musiało być coś innego. Możliwe, że jakieś zwierzę wydawało z siebie te odgłosy. Może pies? Wędkarz szybko przeanalizował wszelkie możliwości. Pies, lis, dzik? Tak, pies mógł zostać zaatakowany przez innego psa. Raczej nic większego nie pasowało do tej siły dźwięku.

W ciągu kolejnych kilku minut niczego nie usłyszał, więc przestał o tym myśleć. Skupił uwagę na spławiku, który pływał zatopiony w tafli spokojnego jeziora. Cholera, nawet najmniejszego brania. Szkoda byłoby wracać po tylu godzinach z jedną, małą płotką, która ledwo ocierała się o dopuszczalny wymiar ochronny. Zwłaszcza że ostatnie dni przyniosły mu same marne efekty, tylko kilka płoci, dwa okonie i małego lina. „Musi mi się udać, musi…” — powiedział do siebie.

Zaczął zanęcać łowisko drobinami zmielonej bułki. Uformował niewielką kulkę i rzucił ją przed siebie. W chwili uderzenia bułki o taflę wody usłyszał delikatny hałas w oddali, który na nowo zwrócił jego uwagę.

— Co to za piski? — wyszeptał. Obrócił głowę w kierunku, skąd wydawało mu się, że mogły dochodzić. Wpatrywał się tam przez kilka sekund, jak gdyby spoglądanie w ciemność miało mu pomóc w określeniu źródła niepokojących odgłosów. Odtworzył ten dźwięk w pamięci. Był to krótki, przerywany pisk, dochodzący gdzieś z oddali. Ale skąd się wydobywał?

Zapadła cisza. Obłoki mgły robiły się coraz większe, stwarzając iluzję białej, opadającej pustyni, nakładającej się na okoliczne lasy i bezdroża. Mężczyzna wytężył wzrok. Spławik, uzbrojony w świecącą fosforem nakładkę, stawał się ledwo widoczny z odległości ponad dziesięciu metrów. Żadne cholerstwo nie chciało brać, przeklinał co chwilę w myślach.

Zanęcił znów łowisko. Tym razem rzucał pokarm na oślep przed siebie. Zapalił papierosa, nieustannie nasłuchując dźwięków, które płynęły z różnych stron. Po chwili usłyszał jakieś szmery, jakby w pobliżu coś się poruszało. Może coś biegło? Poczuł strach, choć nie wiedział dlaczego. Przygryzł wargę i obejrzał się za siebie.

Nikogo nie było. Odwrócił wzrok i spojrzał na wodę. Zganił się w myślach za to, że zachowuje się jak dziecko. Jak małe, wystraszone dziecko, które na byle dźwięk dostaje dreszczy. Albo jak nastolatek, który bez pozwolenia rodziców ogląda horror po północy, a potem lęka się iść do łazienki, obawiając się, że za drzwiami kryje się jakiś potwór. Machnął ręką i spojrzał na wędkę.

— Chociaż raz mogłoby coś wziąć… — wyszeptał do siebie i wyciągnął z plecaka termos z kawą. Wypił kilka łyków i poczuł, jak gorący płyn wpływa do żołądka. Chwilowa ulga. Zawsze uważał, że wszelkie przeciwności losu potrafi dobrze wynagrodzić papieros, który sam w sobie jest przyjemnością, no i kawa, która nie dość, że rozgrzewa, to jeszcze pobudza wszystkie zmysły. Sama przyjemność, niemająca sobie równych.

Skulił ciało, przymknął oczy i znów się zamyślił. Nagle usłyszał kolejny odgłos. Tym razem przypominał on jakiegoś wściekłego psa. Straszne i szaleńcze wycie, jakby zwierzę konało albo ktoś je regularnie kopał co parę sekund. Oszacował, że pies nie mógł być dalej niż dwieście lub trzysta metrów stąd. Chociaż woda oraz lekki szum powiewających liści rozmywały źródło dźwięku, a więc pisk mógł pochodzić z niemal każdej strony, z dowolnego zakątka. Jezioro miało kilka kilometrów długości, dlatego też możliwość sprawdzenia, skąd owo wycie dochodzi, była znikoma. Nie, nie o tej porze, bo przecież niczego nie było widać. Ciemność stanowiła barierę dla jakichkolwiek poszukiwań zranionego zwierzaka. Zbyt duże ryzyko, pomyślał i skupił się na wędce.

Spławik ani drgnął przez ten czas. Co kilka sekund słyszał pluskające gdzieniegdzie ryby, choć żadna z nich nie otarła się nawet o jego haczyk.

— Cholery jedne…

Nagle w oddali usłyszał kolejny pisk. Tym razem trwał on kilka sekund. Brzmiał przerażająco, niczym efekt zaciętej walki. Miał wrażenie, jakby dźwięki były coraz głośniejsze i wyraźniejsze. O Boże, jeśli są coraz głośniejsze, to znaczy, że to coś się porusza i może iść w tym kierunku! — analizował. Był coraz bardziej zaniepokojony.

Obejrzał się gwałtownie za siebie, spoglądając w ciemność wielkimi i wystraszonymi oczyma. Cokolwiek to było, lepiej nie mieć z tym czymś do czynienia. I cokolwiek wydaje z siebie te dźwięki, lepiej się z tym nie zetknąć. Nie tutaj i nie o tej porze.

Twarz wędkarza zastygła, a całe ciało zdrętwiało. Myśl o tym, skąd mogły się wydobywać piski, zmroziła mu krew w żyłach. Spojrzał szybko na zegarek. Czas prawie stał w miejscu. Chwila konania tego zwierzęcia nie trwała zbyt długo. Zbadał wzrokiem najbliższą okolicę, która rysowała się jako ciemna, niemal jednolita masa, urozmaicona jedynie białym puchem unoszącym się nad wodą. Mgła wciąż pęczniała i przenikała prawie każdy zakamarek. Nie dostrzegł niczego podejrzanego.

Błyskawicznie podjął decyzję. Połów w takich okolicznościach i tak nie ma już sensu. Z rosnącym niepokojem zaczął więc składać wędkę, nieustannie nasłuchując tego, co działo się dookoła. Wyciągnął z kieszeni latarkę i poświecił nią na boki. Nic. Wrzucił prędko wszystko, co miał ze sobą, do plecaka. Ogarnął wzrokiem miejsce, w którym siedział, sprawdzając, czy niczego nie zostawił, a potem powoli, z rosnącą obawą zaczął wspinać się po stromym, kamienistym brzegu do góry.

Szedł ścieżką prowadzącą przez niewielki las aż do samej drogi oddalonej kilkadziesiąt metrów od brzegu. Tam, przy szosie zostawił swój rower, który przypinał zawsze do drzewa. Nagle stanął w miejscu. Wstrzymał na moment oddech. Znów ten przerażający pisk. Wyraźniejszy niż poprzednim razem. Ale wciąż dochodził z tego samego miejsca.

Co tam się, u diabła, dzieje? Czy ktoś poza mną słyszy te cholerne dźwięki? — myślał, próbując jednocześnie odpowiedzieć sobie na pytania, które nasuwały się jedno po drugim. Czuł, jak serce bije mu coraz szybciej, pompując krew z niesłychaną siłą. Przyspieszył kroku, by nie przebywać za długo w lesie. Chciał się jak najszybciej wydostać z tego miejsca i wrócić do domu.

Mgła przenikająca pomiędzy drzewami rozlała się też nad czarną jezdnią. Wzmagała ona jego strach i niepewność, ponieważ niczego już nie widział. Dawno nie czuł się tak dziwnie. Napięcie rosło z każdą chwilą. Znał przecież to miejsce od wielu lat, często tu przebywał, nierzadko również nocą, lecz nigdy nie słyszał podobnych dźwięków. Czasami z oddali dochodziły go jedynie wrzaski pijanej młodzieży, która latem lubiła zabawić się w pobliżu. Były to jednak dość charakterystyczne odgłosy, które był w stanie doskonale rozpoznać. Przyzwyczajony był również do obecności zwierząt, głównie kozłów, jeleni, dzików czy lisów, które zamieszkiwały okoliczne lasy i kamieniołomy. Ale nigdy nie słyszał niczego równie przeraźliwego jak to. Nigdy nie dostrzegł oznak walki czy szamotaniny.

Po niespełna dwóch minutach maszerowania wąską ścieżką dotarł do szosy. Podszedł do roweru i zaczął się zastanawiać, co ma robić dalej. Myśli kłębiły mu się w głowie. Żadna z nich go nie uspakajała. Nie chciał jechać w tej ciemności, ale jednocześnie musiał się stąd wydostać jak najszybciej. Był bezradny, ale powinien przecież coś zdecydować. Cokolwiek, co spowoduje, że nie będzie stał tutaj bezczynnie.

Bezszelestnie odpiął kłódkę i ruszył z rowerem przy boku w kierunku swojego domu, próbując jednocześnie badać i obserwować otoczenie, tak by nic nie uszło jego uwadze. Wciąż odczuwał strach. Przypomniał sobie, że ma ze sobą nóż wędkarski. Często go używał, by przecinać żyłkę albo oskrobać rybę. Wyjął go i chwycił w prawą dłoń. Lepiej mieć go pod ręką. Nie wiadomo, co go może spotkać. Być może będzie musiał dobić zwierzę, które konało gdzieś w oddali. A może nawet…

Przeszedł kilkadziesiąt metrów szybkim krokiem, gdy nagle usłyszał rytmiczny, coraz głośniejszy hałas. Był to szelest liści. Przypominało to odgłos szybkiego biegu albo marszu. Stanął w miejscu i znieruchomiał. Ścisnął rękojeść noża i wyczekiwał w ogromnym napięciu. Może coś biegnie w jego kierunku, by go zaatakować? O Boże! Coś zbliżało się do niego. Coraz szybciej i szybciej. Serce podskoczyło mu do gardła.

Nagle tuż przed jego nosem przebiegła sarna. Po chwili jeszcze jedna. Po kilku sekundach obie zniknęły w ciemności lasu, który znajdował się po przeciwnej stronie drogi.

Jezu, co to wszystko ma znaczyć? Zmówili się czy co? Najpierw piski, teraz te zwierzęta.

Dawno nic nie napędziło mu tyle strachu. Odczekał jeszcze chwilę, nasłuchując, by mieć pewność, że nic go już nie zaskoczy, a potem ruszył.

Po dwóch minutach monotonnego marszu dotarł do rozdroża, po czym wsiadł na rower. Już miał ruszyć, gdy coś zwróciło jego uwagę. Hałas. Niewyraźny. Ale coś tam się działo… Jezu Chryste…

A może to jednak wyobraźnia płatała mu figle? Momentami tracił już pewność, bo dźwięk był na granicy słyszalności.

Stał przez chwilę nieruchomo, nie wydając z siebie żadnych, nawet najmniejszych szmerów. Czuł, że po czole spłynęła mu kropla potu. Boże, niech ta cholerna noc się skończy. Niech już będzie jasno, niech już zniknie ta piekielna mgła… Wytarł twarz wierzchem rękawa i postawił nogę na pedale.

I znów to usłyszał.

Jednostajne skamlenie, wydobywające się z jakiejś istoty. Musiała być gdzieś niedaleko. Czuł i wiedział to. To było gdzieś tutaj.

Znów przeszył go strach. Dźwięk był zdecydowanie cichszy, niemal niesłyszalny. Miał jednak już pewność, że to się działo naprawdę. Dochodził z lewej strony, z pobliża zapory wodnej. Spojrzał niepewnie w tamtym kierunku, lecz niczego, poza mglistą zawiesiną, nie dostrzegł. Oparł rower o skałę, która wznosiła się przy drodze, wziął głęboki oddech, ścisnął uchwyt noża i zaczął niepewnie iść w kierunku tajemniczych odgłosów.

Wszedł na wielką tamę, która od stu lat spiętrzała wodę w naturalnym wąwozie doliny Bobru. Zapora stanowiła monumentalny obiekt architektoniczny, który chronił okoliczne wsie i miasta przed powodziami. Nocą ta długa na prawie trzysta metrów budowla przerażała swoją majestatycznością, gabarytami oraz przepaściami po obu stronach barierek. Miała kształt łuku. Przez całą długość zapory prowadziła droga, która łączyła ze sobą strome, zalesione brzegi.

W oddali dostrzegł latarnię, która tliła się gdzieś na końcu tamy, roztaczając dookoła siebie niewielką poświatę. Wyglądała jak mała żarówka wrzucona w gęsty dym. Znajdowała się ponad dwieście metrów od niego.

Cały czas szedł wolno. Słyszał jedynie swoje ciche kroki, które próbował stawiać bezszelestnie. Przez moment sam już nie wiedział, co działo się naprawdę, a co było fikcją. I ta niepewność… jakby został otumaniony. Czuł, że to krytyczny moment. Serce waliło mu coraz mocniej, a niepewność nieustannie wzrastała.

Przeszedł kilkadziesiąt metrów.

Znów usłyszał jakiś hałas.

Przystanął.

Miał wrażenie, jakby źródło dźwięku znajdowało się w pobliżu, tuż przed nim. Zmęczenie i stres spowodowały, że w uszach usłyszał jednostajny cichy szum. Zakres słyszalności stawał się coraz mniejszy. Wszystko zlewało się ze sobą, a on sam czuł się tak, jakby był pijany i coraz mniej mógł kontrolować rzeczywistość. Delikatny szum rzeki płynącej nieopodal dodatkowo zatarł wyrazistość dźwięków, co tylko wzmogło jego lęk i niepokój.

Odczekał jeszcze chwilę, wahając się, co robić dalej. Uznał, że się nie wycofa, mimo że bardzo tego pragnął. Choć bardziej tego, by się to wreszcie skończyło.

Postawił nieśmiało krok, a potem kolejny. Co tu się, do cholery, dzieje? Co ja tu w ogóle robię? Obrócił głowę i oszacował, że przeszedł już niemal sto metrów. A może więcej. Zawahał się przez moment, co robić dalej. Chciał uciec z tego miejsca, ale wewnętrzny głos kazał mu iść przed siebie, więc szedł. I wtedy nagle dostrzegł coś leżącego na ziemi. Poświecił latarką. Wstrzymał oddech i odwrócił głowę, ale gęsta zawiesina zacierała widoczność.

I znów usłyszał ten cholerny dźwięk. Gwałtownie wyciągnął nóż przed siebie, obawiając się, że coś może go zaatakować. Stał przez paręnaście sekund w niepewności i bezruchu. Poczuł się jak wariat, na środku wielkiej tamy, w nocy, z wyciągniętym przed siebie nożem, by stoczyć bój z mgłą oraz z niewidzialnym przeciwnikiem. Idealny materiał na program z ukrytą kamerą, zaśmiał się w myślach, chociaż w ogóle go to nie rozbawiło.

I znów cisza. Martwa, mrożąca krew w żyłach. Sam już nie wiedział, co lepsze — czy ciągłe, przykre odgłosy, czy ta tajemnicza cisza, za którą mogło się czaić jakieś niebezpieczeństwo. Boże…

Już miał się odwrócić i czym prędzej pozbyć się tego ciężaru, tego poczucia strachu, które wdarło się do jego umysłu, gdy nagle coś zabulgotało, jakby się dusiło. Boże, co to mogło być?

Okropny dźwięk stawał się coraz bardziej wyraźny, coraz bardziej krystaliczny. Podszedł bliżej, a potem nagle stanął w miejscu, jakby ktoś w jego ciele wcisnął przycisk „stop”. Wytężył słuch. Coś, co znajdowało się przed nim, dławiło się i jęczało jednocześnie. Usłyszał nerwowy odgłos poruszającej się kilka metrów przed nim masy. Odczekał chwilę, wziął kilka głębokich wdechów i próbował się skoncentrować.

Nagle to coś, co leżało przed nim, zatrzęsło się gwałtownie. Ustały jęki i wszystkie odgłosy. Zacisnął palce na rękojeści noża i przygryzł wargę. Zrobił krok i podszedł jeszcze bliżej. Nagle poczuł, jak coś chlupnęło pod jego butami. Zorientował się, że wdepnął w kałużę. Kucnął i wyciągnął szyję. Tuż przed nim leżała ciemna, wielka masa.

— Jezu! — krzyknął przeraźliwie, gdy zrozumiał, co zobaczył, i gwałtownie odskoczył.

Teraz już wiedział, że nie była to woda. Wszedł w kałużę krwi. Serce zaczęło walić mu z zawrotną prędkością. Wziął kilka głębokich wdechów, ale nic to nie pomogło. Czuł, że robi mu się ciemno przed oczami. A potem poczuł odrętwienie całego ciała i runął na twardy asfalt.


2

Iwanowicza ze snu wytrąciło głośne stukanie do drzwi. Jakby rozwścieczony sąsiad próbował uciszyć głośną zabawę. Otworzył oczy i powoli począł zwlekać się z łóżka. Oparł łokcie o kolana i znów, zapominając, że został zbudzony, przymknął powieki i zaczął cicho pochrapywać. Po chwili usłyszał ponowne stukanie, jeszcze głośniejsze, a zaraz potem dzwonek do drzwi. Otworzył oczy i niezdarnie ruszył do przedpokoju.

Zza drzwi dało się słyszeć lekkie szmery, a ponieważ na klatce schodowej zawsze było ciemno, każdego swojego gościa musiał rozpoznać po głosie.

— O tej porze to pewnie… a zresztą, kto by inny? — zapytał retorycznie, dobierając się niezdarnie do zamków, lecz po chwili się powstrzymał. Musiał się upewnić i czekał na odpowiedź.

— Tak, to ja — usłyszał męski, niski głos.

— Pilne?

— Nie budziłbym cię bez powodu. Musiałem przyjechać, bo gdybym zadzwonił, to na pewno byś nie odebrał — tłumaczył głos zza drzwi.

— Jezu, to nie może poczekać?

Sam siebie próbował oszukać. Wiedział, że Gawłowski nie przyjeżdżałby z byle powodu. Jednak tym pytaniem starał się chociaż o chwilę przedłużyć czas wyciszenia, spokoju i relaksu, na który pracował cały dzień, a który bywał zakłócany, jak to najczęściej bywało, w nocy przez nagłe wezwanie. Przekręcił dwa zamki antywłamaniowe i wpuścił gościa do środka.

Podkomisarz Gawłowski szybkim krokiem wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi. Policjant był średniego wzrostu, po czterdziestce, z lekko siwiejącymi włosami. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę i poprzecierane jeansy. Twarz bez zarostu ani znaków szczególnych.

Przywitali się uściskiem dłoni i przeszli do salonu. Rozsiedli się w wygodnych, skórzanych fotelach. Pomieszczenie było zadbane, wyposażone w nowoczesny komplet wypoczynkowy. Na czołowej ścianie stał wielki regał na książki, wypełniony po brzegi woluminami z literatury pięknej oraz grubymi podręcznikami kryminalistyki i psychologii. Pomiędzy tomy powtykane były wydruki w foliowych koszulkach, tekturowe teczki oraz notesy, tworząc wrażenie totalnego chaosu. Pozornego jednak, bo w gruncie rzeczy był to przemyślany labirynt, po którym swobodnie poruszać się mógł tylko właściciel tej bibliofilskiej układanki.

Ściany w całym mieszkaniu były białe, tylko przedpokój oklejono tapetą imitującą cegły. Po kątach porozstawiane były wielkie kaktusy w glinianych donicach, które przypominały sterczące, prehistoryczne żywe maczugi. Mimo skromnego i funkcjonalnego wyposażenia, wewnątrz panowała przyjemna i ciepła atmosfera.

— Mamy mały problem — powiedział cicho Gawłowski.

— Domyślam się — odpowiedział sucho Iwanowicz, sięgając po szklankę z sokiem. Wypił całą zawartość jednym haustem, głośno odetchnął i spojrzał na kolegę.

— Naprawdę nie chciałem zarywać ci nocy, ale z drugiej strony nie miałem do kogo się zwrócić. Sam nie dam rady.

— Wiem, wiem. — Machnął odruchowo ręką. — Nie mam do ciebie pretensji, tylko zrozum, że zanim zażądałem tego urlopu, czułem już w kościach, że i tak coś się stanie. Sam nie wiem, czy mam się cieszyć z tego, że moja intuicja znów mnie nie zawiodła, czy też martwić, że zbudziłeś mnie w nocy. — Podrapał się po głowie, ziewnął i zapytał: — A tak w ogóle to która jest godzina?

— Piąta pięćdziesiąt, właściwie to prawie szósta.

— No właśnie, ledwo położyłem się parę godzin temu. Sąsiedzi do najspokojniejszych nie należą, ale ich odgłosy nie dawały mi prawa do jakiejkolwiek interwencji. To znaczy teraz to już waszej interwencji — powiedział i uśmiechnął się niezauważalnie pod nosem.

Wstał, podszedł do okna i zwinął roletę. Był wysoki. Miał wyraźne, silne rysy twarzy, na której zawsze nosił kilkudniowy zarost. Ciemne, krótkie włosy w tym świetle były niemal niewidoczne. Wyglądał jak zawodowy żołnierz po pięćdziesiątce.

— Jest sprawa, i to dość poważna. Chciałbym, żebyś na to spojrzał — rzekł Gawłowski, nie zwracając uwagi na pretensje kolegi.

Iwanowicz obrócił głowę w jego kierunku.

— Kobieta, pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat. Znaleziono ją w nocy przy jeziorze.

— Domyślam się, że nie było to utonięcie... Z tym byś do mnie nie przyjeżdżał. Co z nią?

— Widziałem zwłoki przez chwilę, zanim je zabrali. Trudno dokładnie powiedzieć, ale już na pierwszy rzut oka widać, że coś jest nie tak. Dopiero rano ma trafić na stół. Zalewski pracował wczoraj do dwudziestej, więc chłopaki muszą go ściągać znów do roboty. Sęk w tym, że tak zmasakrowanych zwłok już dawno nie widziałem…

Iwanowicz ubrał się bez zbędnych słów, po czym obaj wyszli z kamienicy. Na zewnątrz przywitał ich zimny, jesienny świt. W oddali handlarze targali skrzynki z warzywami i wnosili je na targowisko, na którym za godzinę zacząć się miał intensywny i pracowity dzień.


3

Na niebie pojawiły się pierwsze oznaki nadchodzących deszczy, które wedle zapowiedzi synoptyków miały nękać Kotlinę Jeleniogórską przez najbliższe dni. Spece od pogody ostrzegali również przed intensywnymi gradobiciami, które będą się przeplatać z nagłymi, silnymi wichurami.

Policjanci wyjechali z Jeleniej Góry, kierując się w stronę Jeziora Pilchowickiego, położonego piętnaście kilometrów na północ od miasta. Do Pilchowic prowadziła kręta droga międzymiastowa, od której dwa kilometry przed jeziorem odchodził wąski pas asfaltu o szerokości niespełna dwóch metrów. Była to jedna z kilku dróg, którymi można było dotrzeć nad jezioro oraz do samej wsi.

Jechali powoli, rozpoznając na nowo okoliczne tereny, z którymi już nieraz mieli do czynienia. W zależności od powodzenia sezonu wakacyjnego wyławiano tu zwłoki raz lub dwa razy do roku. Im więcej przyjeżdżało osób, tym więcej mieli roboty nad jeziorem. Przykra zależność, której nie dało się zmienić.

Jezioro to słynęło w okolicy ze swojej tajemniczej, aczkolwiek interesującej aury oraz atrakcyjnego ukształtowania. Miało swój początek blisko spadu wody z Jeziora Wrzeszczyńskiego i tam nabierało stopniowo szerszych i coraz bardziej krętych kształtów. Dalsza, właściwa już część jeziora otoczona była przybrzeżnymi kamieniami i stromymi wzniesieniami. W niektórych miejscach dostęp do wody był wręcz niemożliwy, ponieważ barierę stanowiły ostre krawędzie pionowych skał. Jezioro miało ponad siedem kilometrów długości, rozszerzało się na szerokość kilkuset metrów, to znów zwężało kilkukrotnie, skręcało w różnych kierunkach, a potem znów prostowało, by w rezultacie przypominać wielkiego, zygzakowatego węża pełzającego wśród łąk i lasów.

Wśród tych wodnych zawijasów, pomiędzy wzniesieniami i lasami pochowane były budowle: stary hotel na jednej z wyższych gór blisko zwieńczenia jeziora — zapory, opuszczony kilkanaście lat temu, a także niewielki budynek należący do kompleksu hydrotechnicznego, w którym znajdowały się urządzenia sterujące zasuwami wodnymi — tak zwana sztolnia.

Iwanowicz jechał skupiony na drodze. Zagryzał wargi ze złości. Co rusz przypominał sobie o uciekających chwilach urlopu. Sam się sobie dziwił, że dał się namówić na ten wyjazd. I sam na siebie był wściekły. Nie pocieszała go ani trochę myśl o tym, że jedzie na miejsce zbrodni, by pomóc koledze. Miał nadzieję, że szybko zrobi swoje i wróci do domu. Byle to załatwić, rozejrzeć się i mieć już to z głowy.

— Zawsze podobało mi się to miejsce. Czasami przyjeżdżamy tutaj z żoną — powiedział Gawłowski, by przerwać nieprzyjemną ciszę, która trwała już kilkanaście minut.

— No… ja tu w ogóle nie przyjeżdżam — odpowiedział Iwanowicz, nie odrywając wzroku od jezdni — bo przypominają mi się od razu te wszystkie trupy, zwłaszcza ta ostatnia sprawa. Pamiętasz tego pobitego chłopaka, którego wyłowiliśmy? Kiedy to było? Ze trzy, cztery miesiące temu? Nie nastraja mnie to, by przyjechać tutaj z wędką czy grillem i spoglądać melancholijnie w wodę.

— Mnie to, prawdę mówiąc, jakoś nie rusza. Uodporniłem się na to.

— Dokąd mam jechać? Na samą zaporę? — zapytał komisarz.

— Tak, prawie na sam środek. Zresztą stoją tam nasi, zobaczysz.

Skręcili w prawo, zostawiając za sobą wielki most kolejowy, który wisiał nad jedną z wielu zatoczek jeziora, i pojechali wzdłuż torów. Ciągnęły się one na odcinku ponad kilometra, w odległości nie większej niż dwa metry od jezdni, bez żadnych zabezpieczeń ani barierek ochronnych. Po przejechaniu kilkuset metrów minęli niewielką stację kolejową Pilchowice-Zapora, wybudowaną w tym samym czasie co pozostałe budynki w pobliżu jeziora. Naprzeciw stacji znajdował się jednopiętrowy niewielki dom, przypominający kształtem sześcian o idealnie równych bokach, z płaskim dachem. Budynek stał tuż pod stromą górą, która okalała tory oraz drogi, łącząc się z pozostałymi wzniesieniami. Tworzyły one ogromny i wysoki masyw wokół jeziora, dający wrażenie bariery chroniącej to miejsce.

Przejechali krętą drogą nad tunelem kolejowym, który wydrążony był w ziemi, a potem wjechali w prostą uliczkę wyłożoną kostką brukową, znajdującą się niemal bezpośrednio nad jeziorem. Prowadziła ona aż do samej zapory. Po niespełna minucie dotarli do rozwidlenia dróg. Po lewej stronie znajdowała się wielka kamienna zapora, na wprost droga prowadziła dalej, w dół, pomiędzy lasy, aż do samej wsi Pilchowice, a po prawej był niewielki, dziki parking. Zaparkowali auto na placu i poszli na zaporę. Iwanowicz niepewnie podszedł do barierki po stronie jeziora — od korony tamy do tafli wody było około trzydziestu metrów. W zbiorniku było niewiele wody. Ciekawe, co by się stało z kimś, kto próbowałby stąd skoczyć, przy tak niskim stanie jeziora, pomyślał. Przypomniał sobie swój pobyt tutaj latem zeszłego roku. W pewnym momencie, gdy robili oględziny zwłok, dostrzegł, jak grupa nastolatków skakała z korony tamy do wody. Wtedy jednak poziom jeziora był zdecydowanie wyższy, o dziesięć lub piętnaście metrów. Lot trwał kilka sekund i kończył się ogromnym pluśnięciem. Młodzi ludzie, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, dopływali do brzegu, wbiegali znów na zaporę i ponownie skakali. Swoje szczeniackie popisy nagrywali kamerą. Dla szpanu? Przed kim i po co? Zawsze go to dziwiło — rozumiał, że młodzież ma w sobie potrzebę ciągłego popisywania się, ale nie mógł pojąć, jak można bezmyślnie robić coś, co zagraża zdrowiu i życiu. Po co robić z siebie superbohatera, skoro można skończyć jako kaleka?

Pokręcił delikatnie głową i przeszedł na drugą stronę. W dole znajdowała się duża elektrownia wodna, zbudowana z kamienia. Pod budynkiem stał samochód. Uznał, że musi należeć do pracownika elektrowni. Odnotował to w pamięci i ruszył przed siebie.

Po dwóch minutach marszu zbliżyli się do miejsca oznaczonego taśmą policyjną. Obok stał radiowóz, w którym siedział młody funkcjonariusz. Na ich widok wychylił głowę przez okno.

— Spokojnie? — zapytał Gawłowski.

Młody policjant kiwnął głową.

— Działo się coś?

— Nie, panie podkomisarzu.

— Dobra, możesz jechać.

Iwanowicz westchnął i przeczesał wzrokiem okolicę. Błądził przez chwilę spojrzeniem, jakby chciał wprawić się w odpowiedni nastrój do pracy. Na drodze dostrzegł rdzawą kałużę zakrzepłej krwi.

— Kobieta musiała mocno krwawić — stwierdził Gawłowski.

— To akurat zauważyłem — odpowiedział komisarz.

Krew, nim zakrzepła, zdążyła spłynąć częściowo w kierunku barierki, ponieważ asfalt ze względów praktycznych był położony pod lekkim skosem. Dzięki temu woda w czasie ulew nie zalegała na koronie zapory, ale spływała do jeziora. Obszedł zabezpieczone miejsce, próbując w nic nie wdepnąć, i przykucnął z drugiej strony. Przyjrzał się plamom i zasępił się. Ślady męki, które wypłukały już krople deszczu.

Podszedł do barierki i spojrzał przed siebie, a wzrok skupił na drzewach, które kiwały się poruszane silnym, jesiennym wiatrem. Zawsze zastanawiała go kwestia życia jako czegoś jednostajnego, ciągłego biegu świadomości, ukrytego gdzieś głęboko w człowieku, w ciele składającym się z masy mięśni, tkanek, kości, a co było pobudzane jakimś nieznanym nikomu mechanizmem, pracującym swoim rytmem. I to życie tak łatwo można było przerwać: jednym uderzeniem, chwilowym zablokowaniem dopływu tlenu, głęboką raną lub zatruciem któregoś z organów. Wszystko zdąża ku śmierci — powtarzał sobie często tę frazę — i nikt z nas nie ma na to żadnego wpływu. Iwanowicz wiedział, że praca w policji, zwłaszcza w wydziale kryminalnym, to spoglądanie na śmierć w różnym, najczęściej bardzo brutalnym wydaniu. I to nieustanne obcowanie z nią powodowało, że ta refleksja nigdy go nie opuszczała.

Oderwał wzrok od drzew i rzekł, nie odwracając głowy:

— Przynajmniej jedno wiemy na pewno: zabójca mógł przyjść tylko z dwóch kierunków. Albo od strony wsi, albo od strony lasu. Tam, o ile dobrze pamiętam — wskazał w stronę wzniesień porośniętych drzewami — jest droga do hotelu. Są też tam jakieś strome zejścia do jeziora oraz dojazd do pól. Jeśli tamtędy uciekł, to mamy problem, bo tam raczej nikt nie mieszka, więc jesteśmy w pełni zdani na siebie. Musielibyśmy przeczesać sporo terenu, by znaleźć jakiś ślad. Jakikolwiek, nawet najmniejszy.

— Zabójca… sądzisz, że to robota jednej osoby? — zapytał Gawłowski. Po chwili jednak zaczął żałować, że zadał to pytanie. Było tyleż niepotrzebne, co głupie.

— A skąd ja mam wiedzieć? Mogło być ich więcej, nie wykluczam. Ale na razie przyjmijmy, że była to jedna osoba. Od czegoś trzeba zacząć. Musimy dokładnie sprawdzić obie możliwości ucieczki.

— No tak. — Gawłowski kiwnął głową. — Faktycznie to wiemy na pewno. No, chyba że wspięli się lub wspiął po którejś ze ścian zapory, ale to raczej niemożliwe, co?

Iwanowicz odwrócił wzrok, spojrzał na obie ściany ogromnej tamy. Szybko przeanalizował, czy byłoby to możliwe. Zabójca mógł wspiąć się po ścianie, ale po co miałby to robić, skoro mógł wjechać lub wejść drogą? Nie, to nie miałoby żadnego sensu. Nikt by się aż tak nie fatygował.

— Tyle wiem, co i ty, czyli niewiele. Teraz widzę tylko kałużę krwi rozrzedzonej deszczówką. Jak wyglądała ofiara? — zapytał Iwanowicz. Wcisnął ręce w głębokie kieszenie kurtki, która sięgała kilka centymetrów za pas. Komisarz wyglądał, jakby właśnie skończył trening na poligonie. Czarna wojskowa kurtka, spodnie bojówki i wysokie buty oficerki.

— Mogliśmy najpierw pojechać ją zobaczyć, nie musiałbym ci teraz opisywać, jak wyglądała.

— Gdybym chciał, to byśmy tak zrobili. Mów, co widziałeś.

Na twarzy Gawłowskiego pojawił się grymas niezadowolenia i niepewności, jakby mężczyzna nie wiedział przez moment, co ma powiedzieć. Chwilę to trwało, nim zebrał się i rzekł:

— Paskudny widok. Byłem przerażony…

Iwanowicz, zaskoczony, ponaglił go piorunującym spojrzeniem. Ostatnia rzecz, na którą miał chęć, to bawić się w zgadywanie i ciągnięcie za język. Nie miał na to czasu ani ochoty.

— Kobieta, lat sześćdziesiąt, może więcej. Siwe włosy do ramion, sylwetka dość szczupła, ale nie jakaś wysuszona, wzrost średni, ubrana… zwyczajnie.

— Zwyczajnie?

Denerwował się zawsze, gdy Gawłowski nie precyzował opisu i musiał z niego wyciągać podstawowe informacje dotyczące śledztwa. Doskonale obaj wiedzieli, że opis to podstawa każdej czynności śledczej, jednak mimo to czasami Gawłowski jakby o tym zapominał.

— No wiesz, ciemny sweter, brązowe spodnie, jakieś zwykłe buty, takie sportowe na co dzień — wyjaśnił.

— Co jeszcze? Jakieś znaki szczególne?

— Nic. Twarzy ci nie opiszę, bo była zmasakrowana. Totalna miazga.

— A rzeczy osobiste? Jakiś plecak, torba?

— Niczego przy niej nie znaleźliśmy, przeszukaliśmy dokładnie kilka razy. Wyglądała, jakby wyszła na spacer, a nie jak turystka z plecakiem, która ma przy sobie wszystko, by przetrwać na odludziu, włącznie z dokumentami. Może być tutejsza.

Iwanowicz nie komentował informacji, lecz przechodził do kolejnych punktów. Niczego nie notował — w końcu był na urlopie, to nie on prowadził śledztwo i musiał skleić wszystkie poszlaki w całość.

— Kto ją znalazł?

— Wędkarz, mieszka tutaj. W tej wsi. Później do niego pojadę i go przesłucham.

— W porządku, pamiętaj, żeby go przycisnąć. Może ma coś z tym wspólnego, kto wie. Może się złamie, może coś palnie między wierszami. Sam wiesz. Okej, co dalej?

Gawłowski podrapał się po brodzie, a potem przesunął rękę na kark, wpatrując się w ziemię, jakby to z niej czerpał wszelkie informacje, które dalej przekazywał koledze.

— Stary… ona wyglądała koszmarnie. Była makabrycznie skatowana. Zabójca pastwił się nad jej ciałem, jakby był w amoku. Zmiażdżona czaszka, twarz. No i podziurawiona klatka piersiowa. Po prostu… masakra. Jak mówiłem, miazga zamiast twarzy. Nawet nie chcę sobie tego przypominać. Gość musiał być w totalnym szale… sam nie wiem, co mam o tym myśleć... — zawiesił głos.

— Szpic, coś ostrego, może nóż? — zapytał sucho Iwanowicz.

— Ale o co pytasz, bo nie rozumiem?

— Czym to zrobił według ciebie?

— Aaa… Raczej nie, to musiało być coś szerokiego, ale rzeczywiście ostrego. Sam nie wiem. Szpicem podziurawiłby czaszkę, ale nie zmiażdżyłby jej aż tak. To było coś bardziej… — wykonał rękami niezrozumiały gest, chcąc zwizualizować sobie narzędzie zbrodni — wydaje mi się, że coś bardziej kanciastego. Rany były głębokie na dwa, może trzy centymetry. Głowa i klatka. No i też podobnie szerokie. Wydaje mi się, że to coś… sam, kurwa, nie wiem, może bardziej stożkowatego.

— Masz jakiś pomysł, co to mogło być?

— Czy ja wiem… może jakiś przecinak, może toporek, szlag wie.

— Pewnie to pytanie nie ma sensu, ale znaleźliście jakieś odciski czy ślady?

Wiedział, że niczego nie znaleźli, bo gdyby tak było, Gawłowski od tego zacząłby swoją relację. Ale mimo to pytanie cisnęło mu się na usta.

— Z tego, co wiem, nic nie ma. W nocy i nad ranem padał deszcz, więc nawet jeśli były jakieś ślady, to je zmył.

Iwanowicz znów spojrzał na asfalt, a potem przejechał wzrokiem wzdłuż tamy, jakby obserwował przejeżdżający niewidoczny samochód.

— Skoro padał deszcz — powiedział cicho — to jednak mogą być jakieś ślady. Może butów? — Tym razem powiedział wyraźniej: — Pomyśl, tutaj są prawie same lasy, a w nich pełno błota. To właściwie jedyne miejsce, gdzie możemy coś znaleźć. Ktokolwiek to zrobił, nie przyjechał tutaj, takie mam nieodparte wrażenie, z dołu, od strony wsi. Myślę, że raczej…

Przerwał i podszedł do barierki od strony elektrowni. Zapora z tej strony, licząc od samego dołu, mierzyła ponad sześćdziesiąt metrów. Sześćdziesiąt metrów wysokości to wystarczająco dużo, by zrzucić kogoś, jeśli się chce go zabić. A więc czemu ofiara nie została zrzucona, ale pozostawiona na asfalcie? Może zabójca się spieszył, może nie miał siły, by przerzucić ciało za barierkę, która miała około metra trzydziestu wysokości, a może ktoś go spłoszył i nie zdążył zrobić tego, co zaplanował? O ile w ogóle to wszystko było zaplanowane, a nie było wynikiem jakiegoś napadu szału.

Przyglądał się okolicy. Dziwne miejsce, a jeszcze dziwniejsze okoliczności, pomyślał. Nie ma nic gorszego niż zmasakrowane i porzucone na kompletnym pustkowiu ciało. Nie ma co liczyć na znalezienie świadków, no, poza człowiekiem, który odkrył zwłoki. To za mało, choć zawsze coś. Niczego nie widział, nikogo nie słyszał. To pewne. Inaczej Gawłowski już by o tym wspomniał.

Iwanowicz znów się przemieścił. Tym razem analizował widok od strony jeziora, mówiąc coś do siebie niezrozumiale. Jego technika pracy była dość nietypowa. Miejsce zbrodni oglądał tylko pobieżnie. Skupiał się zawsze na otoczeniu tego miejsca. Teraz nie interesowały go odciski, bo to należało do zadań techników, nie zajmowała go analiza obrażeń, bo te dokładnie przebada medyk sądowy i wszystko przekaże w protokole. Jemu chodziło o coś więcej, coś mniej oczywistego, czego nie da się dostrzec na pierwszy rzut oka. Często powtarzał, że wskazówki do rozwiązania zagadki tkwią w tym czymś, czego się nie widzi gołym okiem, czego się nie dostrzega i nie bierze pod uwagę. Rzadko kiedy tłumaczył się ze swoich teorii i nie do końca wiadomo było czasami, co one oznaczały.

— Na razie nie mamy żadnej pewności, co tak naprawdę się tutaj zdarzyło — rzekł, nie odrywając wzroku od falujących od wiatru gałęzi drzew. — Jak były ułożone zwłoki?

— Głową do barierki — Gawłowski wskazał ręką na tę, przy której stał Iwanowicz, po czym kucnął i przyjrzał się uważnie temu, co pozostało na asfalcie. Przybliżył głowę do jezdni i przez kilkanaście sekund oglądał plamę.

— I co, znalazłeś coś? — zapytał Iwanowicz, spoglądając na niego kątem oka.

— Nie, chyba nic tutaj nie ma — odpowiedział poważnym tonem podkomisarz, nie wyczuwając ironii w głosie partnera.

— Gdyby coś tam było, nasi by to znaleźli. Daruj sobie. Lepiej idź na koniec zapory. Może znajdziesz coś po drodze. Miej oczy dookoła głowy, bo nawet nie wiemy, czego mamy szukać. — Iwanowicz głową wskazał kierunek, cały czas trzymając ręce w kieszeniach. Stał chwilę bez ruchu, patrząc na odchodzącego kolegę, po czym rzekł dla pewności: — Sprawdź też, czy nie ma jakichś śladów na tej ścieżce, która prowadzi do lasu. Tylko nie idź ścieżką, a obok niej, żeby niczego nie zadeptywać. Może jest tam… — urwał. Sam postanowił sprawdzić pobocze oraz ścieżkę, która znajdowała się po drugiej stronie skarpy.


4

Zszedł krętymi schodkami w kierunku elektrowni, nie odrywając wzroku od drewnianej barierki, która ciągnęła się przez całą długość wydeptanych schodków. Dotarł na sam dół, nieopodal elektrowni. Piękny widok, pomyślał. Niesamowita, robiąca wrażenie budowla z kamieni, łączonych tylko spoiwem cementowym, z tej perspektywy wyglądała o wiele ciekawiej. Fascynujące i niewyobrażalne, jak tego dokonano. Zdumiewał go fakt, iż zrobiono tę zaporę ludzkimi rękoma. Wysoka na ponad sześćdziesiąt metrów, nie licząc fundamentu, długa na prawie trzysta, a gruba na… tego nie wiedział, uznał jednak szybko, że mogła liczyć nawet około czterdziestu metrów szerokości u podstawy.

Podszedł pod ścianę zapory i oparł się o nią, po czym spojrzał w górę. Po przeciwnej stronie dostrzegł Gawłowskiego, który krzątał się gdzieś pomiędzy końcem tamy a małym placem przed lasem. Po chwili zobaczył, że kolega macha do niego. Wiedział, że ten ruch nic nie znaczy. Przypominał raczej gest zadowolonego dziecka, które samodzielnie wspięło się gdzieś wysoko i chciało się tym pochwalić.

Rozejrzał się, badając każdy kąt, a potem obszedł jeszcze elektrownię. Niczego nie znalazł, choć miał nadzieję, że na coś się natknie. Każdy zabójca pozostawia ślad na miejscu zbrodni, nawet jeśli jest przekonany, że jest bezbłędny. Sęk w tym, że to może być wszystko, więc nie wiadomo, czego szukać. W tym przypadku Iwanowicz liczył na coś więcej, coś konkretnego: może przedmiot, którym morderca zabił kobietę, lub cokolwiek innego, czego łatwo mógł się pozbyć, wyrzucając przed siebie, właśnie tutaj.

Chwilę stał bezczynnie, po czym wrócił na górę. Po kilku minutach przybiegł zdyszany Gawłowski. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu.

— Masz coś?

— Raczej nic — odparł podkomisarz.

— Raczej nic?

— No nic, raczej nic. Ogólnie mówiąc, znaleźć tam coś, właściwie cokolwiek, nawet jasny przedmiot, graniczy z cudem. Jest tam tyle liści od lat nawarstwionych, że właściwie może tam być wszystko i nic…

Iwanowicz odwrócił głowę i znów się zasępił, zawieszając wzrok gdzieś ponad doliną.

— Sęk w tym, że nawet nie wiemy, czego szukamy. No i nie tylko liście, ale też śmieci nie ułatwiają nam roboty.

— Śmieci to osobny temat. Gdyby wyzbierać wszystko, co jest w tych lasach, można by usypać z tego niezłą kupę, może drugą tamę jak ta. — Gawłowski zaśmiał się, lecz nie udało mu się rozbawić kolegi.

Iwanowicz odruchowo splunął w przepaść i śledził wzrokiem spadającą ślinę, aż ta rozbiła się o ścianę tamy, tworząc mikroskopijne kropelki białej cieczy, które poszybowały dalej w dół.

— Mógł nawet zostawić nam coś pod nosem, ale wątpię, byśmy to znaleźli — rzekł po długim namyśle. — Na razie musimy zadowolić się tym, co mamy.

Spojrzał przenikliwie na asfalt, jakby w ten sposób chciał się zmusić do bardziej analitycznego myślenia. Pod wpływem zimnego powietrza oraz silnego wiatru, jaki wiał na tej wysokości, poczuł, jakby to on dostał cios w głowę. Coś mu nie grało w tym wszystkim. Rzadko miewał momenty, by jego myśli utykały. Zwykle działo się tak, kiedy był w nowych miejscach. Czuł się tutaj obco i nieswojo, jak gdyby wykroczenie poza teren miasta pozbawiło go umiejętności szybkiej dedukcji.

— Możemy jeszcze wezwać ludzi, by przeszli się po tych lasach.

— Zajmij się tym osobiście. Niech to będzie na twojej głowie, nie mojej. Ale teraz zastanówmy się nad tym, co pewne.

Gawłowski kiwnął głową i czekał na dalsze wskazówki.

— Dobra, podsumujmy. Przede wszystkim wykluczamy pomysł, że zabójca wspiął się po ścianach zapory.

— Wykluczasz więc, że to jakiś pieprzony alpinista?

— Im więcej wyeliminujemy, tym łatwiej będzie ci pracować. Ja się zaraz zmywam do domu. Mam urlop, nie zapominaj o tym. Nie będę tutaj stać cały dzień na tym wietrze, bo jeszcze jakieś choróbsko złapię. Gdybym wiedział, że tutaj tak cholernie zimno, to chociażbym się ubrał jakoś, a nie biegał w cienkiej kurtce.

— No tak…

— Poza tym właściwie to nie wiem, po co mnie tutaj ściągałeś — rzucił Iwanowicz, poirytowany stratą czasu. — Ale dobra. Skoro już jestem, to dodam od siebie parę słów. Przyjechałem, zobaczyłem, a teraz chcę to jakoś podsumować, żebyś miał jak najmniej do roboty.

— To co robimy?

— Przede wszystkim, jak mówiłem, wykluczamy, by ktoś się wspiął po ścianach zapory. To graniczy z cudem, aby ktoś w nocy za pomocą lin chciał się wspinać kilkadziesiąt metrów, skoro mógł przyjść, zaczaić się na ofiarę i ją zatłuc. Poza tym nie ma żadnych śladów otarć po linie na barierkach, które by świadczyły, że ktoś faktycznie się tutaj wspiął. Nie ma śladów, więc ta możliwość odpada.

— Aż tak wszystko dokładnie obejrzałeś?

— Kiedy ty oglądałeś krew, nie wiem zresztą po co, ja wolałem się skupić na czymś, co faktycznie ma znaczenie — odgryzł się Iwanowicz, po czym zmienił ton: — Dobra, czyli to już ustaliliśmy. Zabójca w takim razie przyszedł albo przyjechał w to miejsce. Trudno powiedzieć skąd, ponieważ ciało denatki było skierowane w stronę barierki, kiedy padł cios. Najprawdopodobniej albo musiała stać bokiem do któregoś z kierunków, albo ktoś specjalnie ułożył jej ciało. Co nam podpowiada, że musimy wziąć pod uwagę dwie możliwości dojścia. Śladów na parkingu zbyt wiele nie ma, ale jeśli założymy, że przyjechał samochodem, to musiał zaparkować gdzieś w pobliżu. Plac jest raczej czysty. Raczej, bo, owszem, są tam ślady opon. Ale mógł je zostawić każdy, kto tutaj przyjeżdża. Jacyś wędkarze czy ktokolwiek inny. Poza tym to muszą być wczorajsze ślady.

— To fakt. W takim razie plac i ślady opon trzeba dokładnie sprawdzić. Zapytam młodego, który tu pilnował. Dowiem się, czy widział kogoś dziś rano. Może ktoś się kręcił.

— Jeśli nie było nikogo, to sprawa się upraszcza, a ty jednocześnie masz mniej pracy.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com