Zapomniałam, że Cię kocham - Gabrielle Zevin - ebook
Wydawca: Initium Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Zapomniałam, że Cię kocham ebook

Gabrielle Zevin

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapomniałam, że Cię kocham - Gabrielle Zevin

Gdyby Naomi wybrała reszkę, wygrałaby w rzucie monetą. Nie musiałaby wracać po aparat do redakcji księgi pamiątkowej, nie spadłaby ze schodów i nie uderzyłaby o nie głową. Nie obudziłaby się w karetce z amnezją i z pewnością pamiętałaby swojego chłopaka Ace’a. Może nawet pamiętałaby, z jakiego powodu się w nim zakochała. Rozumiałaby, dlaczego jej najlepszy przyjaciel Will uparcie nazywa ją „Szefową”. Wiedziałaby o nowej rodzinie mamy i o narzeczonej taty. Gdyby Naomi wybrała reszkę, może nigdy nie poznałaby Jamesa, chłopaka o wątpliwej przeszłości i niepewnej przyszłości, który już przy pierwszym spotkaniu miał ochotę ją pocałować. A ona może nie chciałaby odwzajemnić jego pocałunku.
Jednak Naomi wybrała orła…


Po spektakularnym debiucie w swojej kolejnej zaskakującej powieści Gabrielle Zevin mówi o miłości, odkrywaniu własnego „ja” i drugiej szansie na prawdziwe życie.

Opinie o ebooku Zapomniałam, że Cię kocham - Gabrielle Zevin

Fragment ebooka Zapomniałam, że Cię kocham - Gabrielle Zevin








Gabrielle Zevin

Zapomniałam, że Cię kocham

Tłumaczenie Grażyna Smosna

Kraków 2012


Tytuł oryginału: Memoirs of a Teenage Amnesiac

 

Copyright © 2005 by Gabrielle Zevin. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM

 

Zdjęcie na okładce: Charles Gullung / Photonica / Getty Images / Flash Press Media

 

Tłumaczenie z języka angielskiego: Grażyna Smosna

 

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta: Anna Płaskoń-Sokołowska, Katarzyna Wróbel

 

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

 

Zamówienia hurtowe:

 

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

tel. (22) 721 70 07 lub 09

e-mail: biuro@olesiejuk.pl

 

Ogólnopolski System Dystrybucji Wydawnictw Azymut Sp. z o.o.

tel. (42) 680 44 12 do 22

e-mail: telemarketing@azymut.pl

 

Platon Sp. z o.o.

tel. (22) 329 50 00, (22) 631 08 15

e-mail: platon@platon.com.pl

 

Wydanie I

 

ISBN 978-83-62577-21-7

 

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: info@initium.pl

 

Konwersja:


Moja opowieść jest przede wszystkim o miłości.

Będzie w niej mowa o zbiegach okoliczności, przyciąganiu i urazach głowy – jak to w większości miłosnych historii.

Wszystko zaczęło się od rzutu monetą.

Postawiłam na orła, a wypadła reszka.

Gdyby ułożyło się po mojemu, może tej historii wcale by nie było. Co najwyżej rozdział lub może tylko zdanie w książce, której właściwy temat jeszcze nie został określony. Może ten rozdział zawierałby w sobie ślad miłosnego wątku, a może nie.

Czasami dziewczyna musi przegrać.


Dla mojej redaktorki, Janine O’Malley, z okazji jej ślubu


Byłam


1

Gdyby sprawy ułożyły się inaczej, nosiłabym imię Natalija lub Natasza, miałabym rosyjski akcent i spierzchnięte przez cały rok usta. Może nawet byłabym dzieckiem ulicy, gotowym oddać właściwie wszystko za parę niebieskich dżinsów. Jednak nie jestem Nataliją ani Nataszą, ponieważ w wieku sześciu miesięcy zostałam przewieziona z Kratowa w Okręgu Moskiewskim do Brooklynu w stanie Nowy Jork. Nie pamiętam tej podróży, tak jak nie pamiętam mieszkania w Rosji. O swoim sieroctwie wiem tylko tyle, ile powiedzieli mi rodzice, a ich wiedza na ten temat była raczej szczątkowa: miałam około tygodnia, gdy znaleziono mnie w walizce po maszynie do pisania, pozostawionej w drugiej od końca ławce w budynku Wschodniego Kościoła Ortodoksyjnego. Czy ta walizka stanowiła wskazówkę do zawodu, który wykonywał mój biologiczny ojciec? Czy to, że zostawiono mnie w kościele, oznaczało, że moja matka była pobożna? Ponieważ wiedziałam, że nigdy nie uzyskam odpowiedzi na te pytania, postanowiłam nie spekulować. Poza tym nie cierpię opowieści o sierotach. Wszystkie sieroty są takie same, mimo to większość książek jest poświęcona właśnie im. Po przeczytaniu kolejnej człowiek zaczyna myśleć, że na świecie żyją same sieroty.

Nie potrafię sobie przypomnieć czasów, kiedy nie wiedziałam, że mnie adoptowano. Nigdy nie doświadczyłam dramatycznej rozmowy, rozpoczynającej się od słów: „Kochanie, musimy ci o czymś powiedzieć”. Moja adopcja była po prostu jednym z oczywistych faktów, tak jak to, że mam ciemne włosy i jestem jedynaczką. Wiedziałam, że jestem adoptowana, jeszcze zanim tak naprawdę zrozumiałam, co to znaczy. Zrozumienie zagadnienia adopcji wymagało przynajmniej podstawowego rozumienia zagadnienia seksu, a o nim nie miałam bladego pojęcia aż do trzeciej klasy. Wtedy to Gina Papadakis przyniosła do szkoły egzemplarz Radości z seksu, należący do jej rodziców. Książka, która i tak nosiła już wyraźne ślady częstego kartkowania, przechodziła podczas przerwy obiadowej z rąk do rąk, ukazując oczom moich przerażonych kolegów nagą prawdę, że ich rodzice robili to, żeby zrobić ich. Ja tymczasem czułam się doskonale, byłam nawet odrobinę z siebie dumna. Może i zostałam adoptowana, ale przynajmniej moi rodzice nie posunęli się do czegoś tak niskiego tylko po to, żebym pojawiła się na tym świecie.

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego nie zrobili tego w tradycyjny sposób. Przez jakiś czas próbowali, ale bez skutku. Po około roku mama i tata zdecydowali, że zamiast inwestować miliardy dolarów w leczenie niepłodności, które wcale nie dawało gwarancji powodzenia, lepiej przeznaczyć te pieniądze na pomoc biednej sierotce, takiej jak ja. Właśnie dlatego nie czytacie teraz inspirującej historii osieroconej Nataliji z Kratowa.

Prawdę mówiąc, rzadko myślę o tych wszystkich sprawach. Opowiadam wam o nich teraz, ponieważ w pewnym sensie byłam wymarzoną kandydatką na ofiarę amnezji. Od zawsze musiałam wypełniać jakieś luki w swoim życiorysie.

Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Kiedy mój najlepszy przyjaciel Will, którego wtedy zupełnie nie pamiętałam, usłyszał o moim wypadku, napisał do mnie list. (Nie znalazłam go od razu, ponieważ wsunął go do opakowania z płytą, na której specjalnie dla mnie nagrał składankę piosenek). Odziedziczył poobijaną maszynę do pisania po swoim prawujku Desmondzie, który podobno był korespondentem wojennym, chociaż Will nie bardzo wiedział, o którą wojnę mogło chodzić. Na klawiszu z symbolem powrotu do początku linii znajdowało się wgniecenie, które, zdaniem Willa, mogła zostawić zbłąkana kula z czasów wojny. W każdym razie Will lubił pisać na tej maszynie, nawet wtedy, gdy o wiele łatwiej było wysłać komuś e-mail lub po prostu zadzwonić. Nie miał nic przeciwko technologii, po prostu doceniał przedmioty, o których inni ludzie dawno zapomnieli.

Powinnam was uprzedzić, że relacja, którą za chwilę przeczytacie, choć stanowi jedyny zapis wydarzeń prowadzących do mojego wypadku, tak naprawdę nie oddaje charakteru Willa. Tak formalny, sztywny czy wręcz nudny styl jest do niego zupełnie niepodobny. Lepiej charakteryzują Willa sporządzone przez niego przypisy, ale pewnie mało kto zada sobie trud ich przeczytania. Ja w każdym razie tego nie zrobiłam. Miałam wtedy bardzo podobny stosunek do przypisów jak do historii o sierotach.

Szefowo:

Pierwszą rzeczą, jaką powinnaś o mnie wiedzieć, jest to, że wszystko pamiętam, a drugą, że jestem prawdopodobnie najuczciwszą osobą na świecie. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie możesz ufać każdemu, kto twierdzi, że jest uczciwy, i wiedząc o tym, normalnie nie powiedziałbym tak o sobie. Mówię o tym teraz, ponieważ czuję, że jednak powinnaś wiedzieć.

Chciałbym Ci się na coś przydać, więc przygotowałem opis przebiegu wydarzeń, które doprowadziły do Twojego wypadku. Możliwe, że nie uznasz go za pomocny, ale oto on:

18:36 Naomi Porter i William Landsman, szefowie redakcji księgi pamiątkowej Szkoły Średniej im. Thoma Purdue, laureatki międzynarodowych nagród1, opuszczają biuro Phoenix2.

18:45 Porter i Landsman docierają na szkolny parking. Porter orientuje się, że zostawili w biurze aparat.

18:46 Wybucha dyskusja3, kto powinien wrócić do biura po aparat. Landsman sugeruje rozstrzygnięcie sporu za pomocą rzutu monetą4, na co Porter się zgadza. Landsman mówi, że wypadnie orzeł, ale Porter przekonuje go5, że to ona powinna obstawić orła. Landsman ustępuje, jak zwykle. Landsman rzuca monetą i Porter przegrywa.

18:53 Landsman jedzie do domu; Porter wraca do Phoenix.

19:026 (w przybliżeniu) Porter dociera do biura Phoenix i zabiera stamtąd aparat.

19:05 (w przybliżeniu) Porter spada ze schodów prowadzących do szkoły. Uderza głową o najniższy stopień, ale jakimś cudem nie upuszcza aparatu7. Zostaje znaleziona przez niejakiego Jamesa Larkyna8.

Jak już mówiłem, jestem gotów odpowiedzieć na wszystkie pytania, które mogą Ci przyjść do głowy.

Pozostaję Twoim wiernym sługą.

William B.9 Landsman

PS Przepraszam za „i”. Jak pewnie zdążyłaś się zorientować, to coś, co przypomina trójząb, tak naprawdę jest literą „i”. Moja maszyna do pisania ma taki feler, że czasem, gdy wciskam klawisz z literą „i”, wstawia oprócz niej „u”.


[1] Wyróżnienie przyznane przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Prasy Szkolnej.

[2] Chociaż zwykli śmiertelnicy rozpoczynają rok szkolny dopiero po Dniu Pracy, dla piłkarzy, członków orkiestry i dla nas zaczyna się on już w sierpniu. Podobnie jak dla obserwatorów ptaków. Następnego ranka mieliśmy sfotografować pierwsze spotkanie Klubu Obserwatorów Ptaków im . Toma Purdue.

[3] Często dyskutujemy na różne tematy. Niektórzy mogliby to nazwać kłótnią.

[4] Nasuwa mi to na myśl serię interesujących pytań filozoficznych, nad którymi w dalszym ciągu się zastanawiam, ale nie jestem gotów, żeby o nich teraz dyskutować.

[5] Inaczej „wykłóca się”.

[6] Niestety od tego momentu muszę polegać na relacji innych osób, takich jak Twój tata i ten łobuz James.

[7] Był to Oneiric 8000 G Pro, który dopiero co zakupiliśmy za 3599 dolarów i 99 centów plus koszty wysyłki, wydając wszystkie pieniądze zarobione podczas ubiegłorocznej akcji pakowania prezentów. Cała redakcja Phoenix jest Ci za to bardzo wdzięczna.

[8] Nie mam pojęcia, co tam robił tamtego dnia.

[9] Pewnie zapomniałaś także o tym, że litera „B” jest inicjałem imienia Blake, chociaż William Blake jest prawdopodobnie najmniej lubianym przeze mnie poetą i tylko w połowie uważam go za artystę. Kobieta odpowiedzialna za to imię, czyli moja matka, to także Twoja nauczycielka angielskiego, czyli pani Landsman.


Oczywiście nie pamiętałam żadnej z tych rzeczy. Ani rzutu monetą, ani zostawionego w biurze aparatu. A już na pewno nie pamiętałam mojego najlepszego przyjaciela, uczciwego Williama Blake’a Landsmana.

Pierwszym, co zdołałam sobie przypomnieć, był „niejaki” James Larkin, chociaż wtedy nie znałam nawet jego imienia. Zresztą jego samego tak naprawdę też nie pamiętałam. Gdy mnie znalazł, musiałam mieć zamknięte oczy, więc pamiętam tylko jego głos. Pewnie pomyślał, że śpię, a przynajmniej przebywam w stanie półsnu. Tak jak wtedy, gdy słyszysz dźwięk budzika, ale udaje ci się go przez chwilę ignorować. Słyszysz muzykę w radiu i szum wody pod prysznicem, czujesz zapach kawy i tostów. Wiesz, że się obudzisz, pytanie tylko, kiedy i kto – lub co – ostatecznie pchnie cię w nowy dzień.

Głos był niski i opanowany. Taki głos zawsze kojarzył mi się z uczciwością, chociaż jestem przekonana, że po świecie chodzi mnóstwo kłamczuchów o niskich głosach, którzy tylko czekają, by wywinąć jakiś numer komuś takiemu jak ja. Chociaż byłam półprzytomna, zaufałam swoim przeczuciom i postanowiłam uwierzyć w każde słowo wypowiedziane przez Jamesa: „Proszę pana, nazywam się James Larkin. Niestety nie ma tu nikogo z rodziny tej dziewczyny, ale jestem jej chłopakiem i pojadę z wami karetką”. Nie słyszałam, by ktokolwiek mu się sprzeciwił. Jego ton nie zostawiał miejsca na dyskusję.

Ktoś wziął mnie za rękę i otworzyłam oczy. To był James. Wiedziałam to, chociaż nie znałam jego twarzy.

– Cześć – powiedział łagodnie. – Witaj z powrotem.

Nie zastanawiałam się nad tym, gdzie byłam, że trzeba mnie witać „z powrotem”. Nie zadałam sobie też pytania, dlaczego znajduję się w karetce z chłopcem, którego podobno byłam dziewczyną, lecz którego zupełnie nie rozpoznawałam.

Wiem, że to idiotyczne, ale spróbowałam się uśmiechnąć. Moja próba była jednak zbyt krótka, więc wątpię, żeby James to zauważył.

Nagle pojawił się ból. Był to ten rodzaj bólu, którego nie sposób z niczym porównać i który nie pozwala się na niczym skupić. Jego epicentrum znajdowało się nad moim lewym okiem, ale fale bólu przeszywające resztę głowy były jeszcze bardziej uciążliwe. Miałam wrażenie, że mój mózg nie mieści się w czaszce. Myślałam, że zaraz zwymiotuję, ale tego nie zrobiłam.

James, jakby czytając w moich myślach, zapytał:

– Czy ktoś mógłby jej dać leki przeciwbólowe?

Sanitariusz poświecił mi latarką w oko.

– Najpierw musi ją obejrzeć lekarz, może nawet zrobią jej tomografię komputerową. Ale to fantastycznie, że tak szybko odzyskała przytomność. Jeszcze tylko pięć minut, Naomi, dobrze?

– Pięć minut do czego? – zapytałam, starając się, by mój głos zabrzmiał spokojnie. Do Bożego Narodzenia? Do momentu, aż moja głowa eksploduje?

– Przepraszam. Do momentu aż dojedziemy do szpitala – odparł sanitariusz.

Ból głowy był tak silny, że miałam ochotę się rozpłakać. I pewnie bym to zrobiła, gdybym nie doszła do wniosku, że wtedy poczuję się jeszcze gorzej.

– Jest pan pewien, że nie można jej podać żadnych leków?! – krzyknął James.

– Spróbuj zająć czymś jej uwagę. Opowiedz dowcip czy coś w tym rodzaju. Już prawie jesteśmy na miejscu – rozległa się irytująca, bezużyteczna odpowiedź.

– Nie sądzę, by dowcip tu pomógł – odparł James.

– Śmiech jest najlepszym lekarstwem – oznajmił sanitariusz.

Jeśli jego zdaniem był to żart, to niestety nie pomógł. Ból głowy był wciąż nie do wytrzymania.

– To kompletna, piramidalna bzdura… – James pochylił się bliżej mojej twarzy. Pachniał dymem i świeżo upranymi prześcieradłami, pozostawionymi na słońcu do wyschnięcia. – …ale czy mimo wszystko chciałabyś usłyszeć dowcip, Naomi? – zapytał.

Kiwnęłam głową, chociaż gdybym miała wybór, zdecydowanie wolałabym coś przeciwbólowego.

– Cóż, właściwie przypomina mi się tylko jeden, i to nie najlepszy. A już na pewno nie na tyle dobry, by mógł uśmierzyć ból. Przychodzi facet do psychiatry i mówi: „Moja żona oszalała. Wydaje jej się, że jest kurczakiem”. Na co lekarz: „W takim razie proszę ją do mnie przyprowadzić”. A facet odpowiada…

Kiedy James zbliżał się do puenty, fala przeszywającego bólu przelała się przez moją głowę. Wbiłam paznokcie w dłoń Jamesa, przecinając skórę i raniąc go do krwi. Nie mogłam mówić, więc spróbowałam przekazać mu przeprosiny spojrzeniem.

– Nie martw się – powiedział James. – Jakoś to zniosę. – I puścił do mnie oko.

Na izbie przyjęć lekarka z przekrwionymi oczami zapytała Jamesa, jak długo byłam nieprzytomna, na co on bez wahania odpowiedział, że dwadzieścia jeden minut. Wiedział dokładnie. Był świadkiem wypadku.

– Przed wejściem do szkoły imienia Toma Purdue znajdują się schody. W jednej sekundzie Naomi po nich schodziła, a w drugiej szybowała w moim kierunku głową w dół, jak meteoryt.

– Czy powinno mnie niepokoić, że tego nie pamiętam? – zapytałam.

– Ani trochę – odparła lekarka. – To całkowicie normalne, że przez jakiś czas nie pamięta się okoliczności wypadku. – Poświeciła mi w oczy maleńką latarką, a ja się skrzywiłam.

W jakimś momencie, choć nie potrafię dokładnie stwierdzić kiedy, dołączyła do nas inna lekarka wraz z pielęgniarzem. Nie pamiętam wielu szczegółów ich wyglądu. Przypominali plamę pasteli rozmytą bielą kitli, niczym kredowe bazgroły na chodniku, rozmywane deszczem.

Lekarka powiedziała, że musi zadać mi kilka ogólnych pytań, niedotyczących wypadku.

– Jak brzmi twoje pełne imię i nazwisko?

– Naomi Paige Porter.

– Gdzie mieszkasz?

– W Tarrytown, stan Nowy Jork.

– Dobrze, Naomi, bardzo dobrze. Który mamy rok?

– Dwa tysiące… Dwutysięczny… chyba.

Już kiedy to mówiłam, wiedziałam, że nie mam racji. Gdyby był rok dwutysięczny, miałabym dwanaście lat, a byłam pewna, że tak nie jest. Nie czułam się jak dwunastolatka. Czułam się… Nie potrafiłam podać dokładnego wieku, ale po prostu wiedziałam, że jestem starsza. Muszę mieć siedemnaście, może osiemnaście lat. Nie miałam ciała dwunastolatki. Ani umysłu. No i był jeszcze James, którego widziałam teraz w pełnej krasie – wyglądał na siedemnaście lat, albo i więcej. – Ja czułam się tak, jakbym miała tyle samo lat co on. Przeniosłam wzrok z lekarki na pielęgniarza: oboje mieli pokerowe twarze.

Jedna z lekarek powiedziała:

– W porządku, to na razie nam wystarczy. Postaraj się nie martwić. – Oczywiście jak na zawołanie po tych słowach zaczęłam się martwić.

Zdecydowałam, że najlepszą rzeczą, jaką mogę w tej chwili zrobić, będzie powrót do domu i kojący sen. Spróbowałam usiąść na swoim łóżku na kółkach, ale moja głowa zaczęła pulsować jeszcze mocniej.

– Hej, Naomi, dokąd to się wybierasz? – zapytał pielęgniarz, po czym z pomocą Jamesa delikatnie przywrócił mnie do pozycji horyzontalnej.

Lekarka powtórzyła:

– Postaraj się nie martwić.

Jej koleżanka powtórzyła po niej z troską:

– Naprawdę nie powinnaś się martwić.

Następnie obie skierowały się przez salę przyjęć do innego pacjenta. Gdy odchodziły, słyszałam tylko wyrywkowe, niepokojące szepty: „łagodne uszkodzenie mózgu”, „specjalista”, „tomografia komputerowa”, „możliwa amnezja regresywna”. Niestety mam tendencję do radzenia sobie z problemami w taki sposób, że w ogóle sobie z nimi nie radzę, więc zamiast zażądać, by ktoś natychmiast mi wyjaśnił, co jest ze mną nie w porządku, podsłuchiwałam tak długo, aż szepty ucichły. A później postanowiłam skoncentrować się na tym, co bardziej namacalne.

James zawsze powtarzał, jaki jest brzydki, ale myślę, że musiał wiedzieć, że to nieprawda. Może był trochę za chudy, ale czy to ważne? Przypuszczalnie dlatego, że nie mogłam sobie przypomnieć nic innego, czułam, że muszę rejestrować każdy, nawet najdrobniejszy szczegół dotyczący Jamesa. Jego postrzępiona biała koszula była rozpięta, widziałam więc, że ma pod nią naprawdę stary koncertowy podkoszulek, wypłowiały do tego stopnia, że nie można było już odczytać nazwy kapeli. Znad paska dżinsów wystawały bokserki, na tyle że mogłam dostrzec ich deseń: ciemnozieloną kratkę. Palce Jamesa były długie i chude, tak jak reszta jego ciała, a na kilku widniały ślady czarnego tuszu. Włosy miał wilgotne od potu, przez co wydawały się jeszcze ciemniejsze. Zauważyłam na jego szyi pojedynczy skórzany rzemyk, na którym wisiała srebrna obrączka. Czy dostał ją ode mnie? Na lekko postawionym kołnierzyku dostrzegłam ślady krwi.

– Masz krew na kołnierzyku – powiedziałam.

– Cóż… jest twoja. – Roześmiał się.

Ja też spróbowałam się roześmiać, ale mój mózg zaczął boleśnie pulsować.

– W karetce… – Z jakiegoś powodu określenie „w karetce” mnie krępowało, musiałam więc zastąpić je innym. – W samochodzie powiedziałeś, że jesteś moim chłopakiem.

– Hm, nie wiedziałem, że to słyszysz. – Uśmiechał się zabawnie i potrząsnął kilka razy głową, jakby rozmawiał sam ze sobą. Puścił moją dłoń i oparł rękę o materac łóżka. – Nie – powiedział. – Wspomniałem tylko, że jesteś moją dziewczyną, żeby pozwolili mi jechać z tobą karetką. Nie chciałem cię zostawiać samej.

Ta wiadomość mnie rozczarowała, delikatnie mówiąc.

Jest taki żart o ludziach cierpiących na amnezję, który zawsze przypomina mi tamto spotkanie z Jamesem. Właściwie to nie jest żart, tylko napis na koszulce, którą nosili albo ludzie cierpiący na amnezję, albo osoby wyjątkowo sentymentalne, albo wreszcie ci, którzy mieli problemy nie tylko z pamięcią, ale też z niską samooceną lub po prostu z kiepskim gustem. Wyobraźcie sobie naprawdę tanią, wykonaną w pięćdziesięciu procentach z poliestru koszulkę z białym przodem i czerwonymi rękawami. A teraz dodajcie do niej napis: „Cześć, mam amnezję. Czy my się znamy?”.

– Powiedzieć ci coś śmiesznego? – zapytałam. – Pierwszą rzeczą, jaką o tobie pomyślałam, było to, że w twoim głosie słychać uczciwość. A teraz okazuje się, że mnie oszukałeś.

– Nie. Nie ciebie, tylko jakiegoś pajaca w kitlu – poprawił mnie. – Gdybym wtedy myślał trzeźwo, powiedziałbym, że jesteś moją siostrą. Nikt by tego nie zakwestionował.

– Poza mną. Nie mam rodzeństwa. – Próbowałam żartować, ale tak naprawdę wolałabym być jego udawaną dziewczyną niż siostrą. – Czy przynajmniej jesteśmy przyjaciółmi?

– Nie, Naomi – odparł James z tym samym półuśmieszkiem. – Nie mogę tak o nas powiedzieć.

– Dlaczego nie? – Znów zawód. James sprawiał wrażenie osoby, z którą miło byłoby się przyjaźnić.

– Może powinniśmy nimi zostać – powiedział tylko.

Ta odpowiedź była jednocześnie satysfakcjonująca i rozczarowująca, więc postanowiłam zadać inne pytanie.

– Co sobie myślałeś przedtem, kiedy kręciłeś głową?

– Pytasz mnie o to na poważnie?

– Musisz mi odpowiedzieć. Wiesz, że mogę umrzeć.

– Nie sądziłem, że z ciebie taka manipulantka.

Zamknęłam oczy i udawałam, że straciłam przytomność.

– Och, niech ci będzie, ale to zagranie poniżej pasa – powiedział, śmiejąc się z rezygnacją. – Zastanawiałem się, czy mogę pozwolić ci nadal myśleć, że jestem twoim chłopakiem. A później doszedłem do wniosku, że to byłoby złe i nieuczciwe – nawet nie wiesz, który mamy rok, na litość boską! Dobrego związku nie buduje się na kłamstwach i całym tym syfie. Poza tym, no cóż, zastanawiałem się, czy to byłoby złe, gdybym cię pocałował – nie w usta, może w czoło lub dłoń – kiedy miałem okazję, kiedy jeszcze myślałaś, że jesteś moją dziewczyną. I doszedłem do wniosku, że to byłoby bardzo, bardzo złe i pewnie czulibyśmy się z tym później niezręcznie. Poza tym taka dziewczyna jak ty prawdopodobnie ma już chłopaka…

– Naprawdę tak myślisz? – przerwałam mu.

James kiwnął głową.

– Jasne, że tak. Guzik mnie on obchodzi, ale nie chciałem cię narazić na szwank… ani wykorzystać. Doszedłem do wniosku, że gdybym miał cię kiedyś pocałować, chciałbym to zrobić tylko za twoim przyzwoleniem. Chciałbym…

I właśnie wtedy w izbie przyjęć zjawił się mój tata.

James stał pochylony nad moim łóżkiem na kółkach, ale wyprostował się jak żołnierz, żeby uścisnąć dłoń ojca.

– Sir – powiedział. – Nazywam się James Larkin. Chodzę do szkoły z pańską córką. – Ale tata, chcąc jak najszybciej dotrzeć do mnie, minął Jamesa, który zastygł z wiszącą w powietrzu dłonią. Dostrzegłam na niej cztery rany kłute, pozostawione przez moje paznokcie, kiedy zbyt mocno ją ścisnęłam.

Wtedy też powróciły lekarki – razem z pielęgniarzem, specjalistą i sanitariuszem, który skierował moje łóżko w stronę wyjścia z izby przyjęć, nie informując nawet, dokąd mnie zabiera. Czułam, że naprawdę muszę zwymiotować, ale nie chciałam, żeby James oglądał mnie w takim stanie. Bałam się, że zniknie niepostrzeżenie, do czego, o czym niebawem miałam się przekonać, wykazywał wielki talent.

Leżałam już w swojej sali, a tata bez przerwy wypytywał mnie, czy dobrze się czuję. Wykazując się zdumiewającą cierpliwością, raz za razem odpowiadałam, że wszystko ze mną w porządku, chociaż sama nie miałam pojęcia, czy mówię prawdę. Przy piątym, a może szóstym pytaniu nie wytrzymałam.

– Gdzie jest mama? – Ona radziła sobie w takich sytuacjach lepiej niż ojciec.

– W mieście – odparł zdawkowo tata. Bez przerwy krążył po pokoju, co chwilę wyglądając na korytarz. – Chryste, czy ktoś nam w końcu pomoże?

– Pracuje? – Nie dawałam za wygraną. Mama była fotografem i czasami wyjeżdżała służbowo do Nowego Jorku.

– Pracuje? – powtórzył tata. Wyglądał na korytarz, wyciągając szyję jak żółw ze swojej skorupy, ale na moje pytanie odwrócił się i spojrzał na mnie. – Ona… ona… Naomi, czy ty próbujesz mnie przestraszyć?

– A ty mnie wkręcić? – Znając mojego tatę, był to mało prawdopodobny scenariusz.

Wkręcić cię?

Pomyślałam, że nie spodobało mu się moje słownictwo, chociaż zwykle nie przejmował się takimi drobiazgami. Zawsze powtarzał, że słowa to tylko słowa i należy unikać jedynie tych, które mogą kogoś zranić lub są pozbawione znaczenia. Doszłam do wniosku, że najwidoczniej ta stresująca sytuacja daje mu się we znaki, więc poprawiłam się:

– Przepraszam. Oszukać mnie. Wszystko jedno.

– A ty próbujesz mnie wkręcić? – zapytał tata.

– Więc tobie wolno używać tego słowa, a mnie nie? To nie fair – zaprotestowałam, zbita z tropu.

– Guzik mnie obchodzi, jakiego użyłaś słowa, Naomi. Ale odpowiedz mi, czy właśnie to próbujesz teraz zrobić?

– Nie wkręcam cię, tato! Po prostu chcę wiedzieć, gdzie jest mama.

– W NY. – Zabrzmiało to tak, jakby mówił w zwolnionym tempie. Eeeeeeeen. Łaaaaaaaj. – W Nowym…

– …Jorku. Tak, tato, rozumiem, co do mnie mówisz. Ale dlaczego mama jest w Nowym Jorku?

– Bo tam mieszka. Od naszego rozwodu. Nie mogłaś o tym zapomnieć.

Wygląda na to, że jednak mogłam.

Wszyscy zawsze powtarzają mi, jak bardzo przypominam moją mamę. Wydaje się to niedorzeczne, bo jest ona w połowie Szkotką, a w połowie Japonką. Tym, co niewątpliwie nas łączy, są jasnobłękitne oczy. Nikt nigdy nie mówi, że przypominam tatę, w którego żyłach płynie rosyjska krew. W pewnej części jest Francuzem, a w całości – Żydem, chociaż niezbyt religijnym. Rzeczywistość nie jest jednak taka ciekawa – moja mama tak naprawdę jest zwykłą dziewczyną z Kalifornii, a tata urodził się w Waszyngtonie. Poznali się w college’u w Nowym Jorku, gdzie mieszkaliśmy aż do moich jedenastych urodzin. Wielbiciele podróży i książek podróżniczych mogli słyszeć o moich rodzicach. Napisali serię pamiętników ze swoich wypraw, zatytułowaną Wędrujący Porterowie. Opisywali wyprawy do takich miejsc jak Maroko czy Toskania. Mama robiła zdjęcia, a tata pisał teksty, czasami uzupełniane przez mamę o przypisy typu: W fabryce sera edamskiego Naomi zwymiotowała do ogromnego drewniaka lub: Naomi szczególnie zasmakował sznycel. Jeśli chodzi o mój osobisty wkład w literaturę podróżniczą rodziców, to byłam bohaterką serii z wydania na wydanie coraz bardziej krępujących zdjęć umieszczanych na skrzydełku tylnej okładki, tuż nad zdaniem: „Kiedy nie wędrują, Cassandra Miles-Porter i Grant Porter mieszkają w Nowym Jorku razem ze swoją córką Naomi”.

Kiedy tata oznajmił, że się rozwiedli, właśnie to było moje pierwsze wspomnienie – książki wędrujących Porterów i zdjęcia na skrzydełku okładki, przedstawiające mnie jako dziecko. W zdumiewający sposób nie czułam, że ten rozwód dotyczy mnie – Naomi Porter, a już na pewno nie Naomi Porter tu i teraz, leżącej na szpitalnym łóżku. To przydarzyło się tamtej małej dziewczynce z okładek książek. To jej, a nie sobie, w tej chwili współczułam.

– Czy to się wydarzyło niedawno? – zapytałam.

– Czy co się wydarzyło?

– Rozwód.

– Minęły dwa lata i jedenaście miesięcy, ale jesteśmy w separacji od blisko czterech lat – wyjaśnił tata. Coś w jego głosie mówiło mi, że potrafiłby określić dokładną liczbę dni. Może nawet minut i sekund. Tata już taki był. – Lekarze powiedzieli, że nie byłaś pewna, który mamy rok, ale… Myślisz, że te zaburzenia pamięci to wynik tego samego problemu?

Nie odpowiedziałam. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że zapomniałam wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich czterech lat.

Spróbowałam przywołać ostatnią rzecz, którą pamiętałam. Okazało się, że jest to niesamowicie trudne zadanie, ponieważ nasz umysł bezustannie tworzy nowe wspomnienia. To, co przyszło mi do głowy, było zupełnie bezużyteczne: widok mojej krwi na kołnierzyku koszuli Jamesa.

Postanowiłam zadać mojemu mózgowi bardziej konkretne pytanie. Spróbowałam przywołać ostatnie wspomnienie dotyczące mojej matki. Do głowy przyszły mi Znaki czasów, czyli wystawa jej zdjęć w Galerii Brooklyńskiej. Przyjechała ostatniego dnia szóstej klasy, żeby zrobić dla mnie specjalny pokaz, nim na wernisaż dotrze reszta gości. Wystawa składała się ze zdjęć różnorodnych znaków z całego świata: znaków ulicznych, drogowych, szyldów restauracyjnych, symboli okręgów miejskich, kin, łazienek, oznaczeń, które zostały przez kogoś zamalowane, ale w dalszym ciągu było widać, co przedstawiały, tablic napisanych odręcznie przez bezdomnych lub autostopowiczów, i tym podobnych. Mama wyznawała teorię, że znaki i symbole stosowane przez ludzi mówią wszystko i o nich, i o cywilizacji jako takiej. Jedno z jej ulubionych zdjęć przedstawiało pokryty rdzą znak, ustawiony przed domem w jakiejś zabitej deskami dziurze. Na tablicy widniał napis: żadnych psów, czarnuchów i meksykanów. Mama powiedziała, że ten znak zakomunikował jej, iż powinna „jak najszybciej zrobić zdjęcie i wziąć nogi za pas”. Większość jej eksponatów nie była jednak aż tak ciekawa. Kiedy wychodziłyśmy z galerii, powiedziałam mamie, że jestem z niej dumna. Rodzice zawsze mi to mówili, kiedy przychodzili do szkoły na dzień otwarty lub gdy oglądali mnie na scenie. Mama odpowiedziała, że też jest z siebie dumna. Zapamiętałam uśmiech na jej twarzy, zanim się rozpłakała.

– Czy mama jest już w drodze? – zapytałam tatę.

– Nie sądziłem, że będziesz chciała ją zobaczyć.

Odparłam, że przecież jest moją matką, więc oczywiście chcę ją zobaczyć.

– Chodzi o to, że… – Tata odchrząknął niepewnie. – Zadzwoniłem do niej, ale ponieważ od dłuższego czasu ze sobą nie rozmawiacie, jej przyjazd nie wydawał mi się dobrym pomysłem. – Zmarszczył brwi, a ja zauważyłam, że ma na głowie mniej włosów, niż powinien mieć. – Chcesz, żebym zadzwonił do niej raz jeszcze?

Chciałam. Tęskniłam za nią w najbardziej prymitywny sposób, ale nie chciałam zachowywać się jak dziecko lub jak nie ja, cokolwiek to teraz oznaczało. I o co chodziło z tym, że mama i ja ze sobą nie rozmawiamy? Wydawało mi się to nieprawdopodobne, a w moim obecnym stanie tym bardziej nie miałam najmniejszych szans, by to zrozumieć. Potrzebowałam czasu, żeby wszystko sobie przemyśleć.

Powiedziałam tacie, że nie musi dzwonić do mamy, a jego zmarszczone czoło odrobinę się wygładziło.

– Tak właśnie myślałem – odparł tylko.

Mniej więcej minutę później tata klasnął w dłonie i wyciągnął z tylnej kieszeni notes i ołówek. Zawsze je przy sobie nosił, na wypadek gdyby wpadł mu do głowy jakiś pomysł.

– Powinnaś zrobić listę wszystkich rzeczy, których nie pamiętasz – powiedział, wyciągając w moją stronę ołówek.

Chociaż mój tata pisze książki głównie dla pieniędzy, tak naprawdę najbardziej lubi sporządzać listy: zakupów, przeczytanych książek, ludzi, na których się gniewa. Gdyby płacono mu za pisanie list, zamiast książek, byłby pewnie o wiele szczęśliwszym człowiekiem. Powiedziałam mu to kiedyś, na co roześmiał się i odparł: „A jak ci się wydaje, czym jest spis treści? Książka to nic więcej, jak bardzo szczegółowa i dopracowana lista”.

Mój ojciec należy do osób, którym wydaje się, że można osiągnąć każdy cel, uleczyć wszystkie bolączki współczesnego świata, jeśli tylko spisze się je na kartce i ponumeruje. Być może jest to dziedziczne, bo ja z całą pewnością taka nie jestem.

– Co ty na to? – Tata w dalszym ciągu wyciągał w moją stronę ołówek.

– Skoro nie pamiętam tych rzeczy, to jak mam je umieścić na liście? – zapytałam. To była najbardziej absurdalna propozycja, jaką usłyszałam tego wypełnionego absurdami dnia. Równie idiotyczna jak zapytanie osoby, która właśnie zgubiła klucze, o to, gdzie widziała je po raz ostatni.

– No tak, masz rację. – Tata postukał się ołówkiem w głowę. – Widzę, że twój mózg w dalszym ciągu pracuje sprawniej niż mózg twojego staruszka. Może umówmy się tak: za każdym razem, gdy usłyszysz o czymś, czego nie pamiętasz, powiesz mi o tym, a ja wpiszę tę rzecz na listę?

Wzruszyłam ramionami. Przynajmniej będzie miał jakieś zajęcie.

– Rzeczy, o których zapomniała Naomi – powiedział, zapisując na kartce tytuł listy. – Numer jeden: rozwód mój i Cass. – Pokazał mi kartkę. – Widzisz, kiedy tylko to słowo znalazło się na papierze, od razu wydaje się mniej straszne, prawda?

Nieprawda.

– Numer dwa – kontynuował. – Wszystko, co wydarzyło się od rozwodu mojego i Cass. Czyli od roku dwa tysiące pierwszego, prawda?

– Nie wiem. – Rozumiałam, że tata próbuje mi pomóc, ale jego zachowanie naprawdę zaczynało działać mi na nerwy.

– Numer dziesięć: twój chłopak, jak przypuszczam?

– Więc mam chłopaka? – Pomyślałam o tym, co powiedział James.

Tata spojrzał na mnie.

– Ma na imię Ace. Nie wrócił jeszcze z obozu tenisowego. – Zanotował kolejny punkt.

Tym sposobem dotarliśmy do punktu dziewiętnastego („Kurs prawa jazdy? Nie. Prowadzenie samochodu? Może”), kiedy do sali weszła pielęgniarka, żeby zabrać mnie na pierwsze z badań. Poczułam ulgę na myśl, że nie usłyszę dwudziestej pozycji.

Spędziłam w szpitalu jeszcze trzy noce. Sabat najprzeróżniejszych pielęgniarek budził mnie średnio co trzy godziny, świecąc mi latarką w oczy. Tak właśnie postępują z pacjentami po urazie głowy: tobie zależy wyłącznie na tym, żeby się przespać, a one robią wszystko, by do tego nie dopuścić. Kiedy nie próbowałam spać, byłam poddawana nudnym badaniom, ignorowałam nieustanne uzupełnianie listy przez mojego tatę i zastanawiałam się, czy James Larkin przyjdzie mnie odwiedzić.

Jednak nie przyszedł.

Moim pierwszym gościem, poza tatą, był William Landsman. Godziny odwiedzin zaczynały się w piątki o jedenastej, a Will zjawił się już o dziesiątej pięćdziesiąt cztery. Tata wyszedł z pokoju, żeby wykonać kilka telefonów, więc w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby mi wyjaśnić, kim jest nastolatek w kasztanowej bonżurce.

– Ładny chwyt, Szefowo! – powiedział Will, wchodząc do mojej sali.

Zapytałam go, co ma na myśli, a on wyjaśnił, że uratowałam aparat, którym robiliśmy zdjęcia do naszej szkolnej księgi pamiątkowej.

– Nie ma na nim nawet zadrapania. Takie poświęcenie naprawdę przekraczało zakres twoich obowiązków – dodał.

Choć jego wątpliwy gust w kwestii ubioru mógł wskazywać inaczej, Will nie był słabeuszem ani grymaśnikiem. Kiedy zapytałam go o bonżurkę, powiedział, że traktuje ją ironicznie, „żeby rozbawić siebie samego w obliczu codziennej monotonii szkolnych mundurków”. Był dobrze zbudowany, tego samego wzrostu co ja (metr siedemdziesiąt), ale wyglądał postawnie. Miał faliste włosy kasztanowego koloru i ciemnoniebieskie oczy o odcieniu szafiru lub lazuru – o głębszej barwie niż moje. Jego rzęsy były bardzo długie i wyglądały tak, jakby je starannie wytuszował, chociaż oczywiście tego nie zrobił. Tamtego dnia miał delikatne cienie pod oczami i zaróżowione policzki. Podejrzewam, że jego głośne i buńczuczne zachowanie wynikało z tego, że chciał zamaskować swoją troskę o mnie. W każdym razie z miejsca go polubiłam. Czułam się w jego towarzystwie dobrze i komfortowo, jak w ulubionych dżinsach. Obecność Jamesa, przez cały czas trwania naszej krótkiej znajomości, działała na mnie w dokładnie odwrotny sposób.

– Czy to ty jesteś Ace? – zapytałam, przypominając sobie informację taty o tym, że mam chłopaka.

Will zdjął okulary w czarnych prostokątnych oprawkach i wytarł je o spodnie. Jak miałam się dowiedzieć później, był to gest, który wykonywał mimowolnie zawsze wtedy, gdy czuł się skrępowany, jakby zamazany obraz rzeczywistości mógł go w jakiś sposób oddzielić od niezręcznej sytuacji, w której się znalazł.

– Nie, z całą pewnością nim nie jestem – powiedział. – Ace jest o jakieś piętnaście centymetrów wyższy ode mnie. A poza tym to twój chłopak. – Sekundę później w oczach Willa pojawił się złośliwy błysk. – Okej, to, co sobie pomyślałem, jest strasznie złe. Chcę, żebyś przyjęła do wiadomości, że to, co zaraz powiem, jest naprawdę okropnie złe, jeszcze zanim te słowa padną z moich ust.

– W porządku. Jest złe – powiedziałam.

– Strasznie…

– Strasznie złe.

– W porządku. – Will skinął głową. – Czuję się o wiele lepiej, wiedząc, że jego też nie pamiętasz. A swoją drogą, twój facet musi być bęcwałem, skoro jeszcze się tu nie zjawił.

– Bęcwałem? – Kto jeszcze używał tego słowa?

– Głupkiem. Bez urazy.

– Wyjdź stąd natychmiast – powiedziałam z udawaną powagą. – Posunąłeś się za daleko, obrażając Ace’a… Jak on się właściwie nazywa?

– Zuckerman.

– Właśnie. Ace’a Zuckermana. Tak, jestem naprawdę rozwścieczona tym, że obrażasz mojego chłopaka, którego zupełnie nie pamiętam.

– Jeśli się zjawi, możesz się na mnie wściekać, wtedy cofnę każde słowo. Zresztą godziny odwiedzin zaczęły się dopiero minutę temu, więc pewnie jeszcze do ciebie przyjdzie.

– Tata powiedział, że wyjechał na obóz tenisowy.

– Gdyby chodziło o moją dziewczynę, wróciłbym nawet stamtąd.

– A kto jest twoją dziewczyną? – zapytałam.

– Nie mam dziewczyny. Mówiłem czysto hipotetycznie. – Will zachichotał, a później wyciągnął do mnie rękę. – Chyba przydałaby się nam porządna prezentacja. Nazywam się William Landsman i jestem szefem redakcji Phoenix. Tak się składa, że ty jesteś jej drugą szefową. Twój tata uprzedzał, że mogłaś sporo zapomnieć, ale nie spodziewałem się, że nie pamiętasz także mnie.

– Naprawdę tak trudno cię zapomnieć?

– Szczerze mówiąc, tak. – Kiwnął głową z przekonaniem.

– Na dodatek jesteś skromny… – Nie musiałam pamiętać Willa, żeby dokładnie wiedzieć, jak mu dociąć.

– Jestem też twoim najlepszym przyjacielem, jeśli jeszcze się nie zorientowałaś. – Will znowu zaczął czyścić okulary.

– Naprawdę? Mój najlepszy przyjaciel nosi bonżurkę? – Pokiwałam głową. – To bardzo ciekawe.

– Założyłem ją dla żartu. A poważnie, możesz mnie zapytać, o co tylko chcesz. Bóg mi świadkiem, Szefowo, wiem o tobie wszystko.

Spojrzałam Willowi w oczy i intuicyjnie postanowiłam mu zaufać.

– Jak wygląda moja twarz? – Odkąd założyli mi na czole szwy, starałam się unikać swojego odbicia w lustrze.

Przyjrzał mi się z obu stron, a później od przodu.

– Jest nieco opuchnięta wokół lewego oka i kości policzkowej, ale w większości zakryta taśmą i gazą.

– Zajrzyj pod gazę.

– Nie zrobię tego, Szefowo! To całkowicie niehigieniczne i prawdopodobnie niezgodne z przepisami! Nie chcesz chyba, żeby mnie stąd wyrzucili i nie pozwolili więcej cię odwiedzać?

– Zależy mi na tym, by dowiedzieć się, jak wygląda moja twarz, zanim będę musiała zobaczyć ją na własne oczy. Chcę wiedzieć, czy nie jest… no cóż… zniekształcona. – Starałam się, żeby moje słowa zabrzmiały lekko, ale tak naprawdę byłam przerażona. – Proszę, Will, to ważne.

Will wydał z siebie ciężkie westchnienie i wymamrotał:

– Obiecałem, że powiem ci wszystko, a nie że zrobię wszystko. Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że ja, William Landsman, byłem temu całkowicie przeciwny, a poza tym nie zostałem przeszkolony w zakresie procedur medycznych. – Poszedł do maleńkiej łazienki, gdzie dokładnie umył ręce, i wrócił. Delikatnie położył lewą dłoń po prawej stronie mojej twarzy i prawą dłonią powoli usunął kawałek taśmy chirurgicznej niedaleko linii włosów. – Powiedz mi, jeśli cię zaboli. Nawet lekko.

Skinęłam głową.

Odrywając taśmę, Will pociągnął mnie za włosy. Na mojej twarzy mimowolnie pojawił się grymas – miałam nadzieję, że niezauważalny – ale Will zastygł w bezruchu.

– Zabolało cię?

Pokręciłam głową.

– Nie przejmuj się.

Dziesięć sekund później usunął dostatecznie dużo taśmy, by podważyć gazę i zajrzeć pod nią.

– Widzę dziewięć szwów, a tuż pod nimi śliwę rozmiarami przypominającą brukselkę oraz duży siniak ciągnący się przez całe czoło. Nie wygląda mi to na nic trwałego. Pewnie będziesz miała maleńką bliznę po szwach. – Umieścił gazę na swoim miejscu równie delikatnie, jak ją stamtąd usunął. – W dalszym ciągu jesteś obłędnie, niesprawiedliwie, boleśnie piękna i więcej na ten temat nic nie powiem, Szefowo.

– Dziękuję – powiedziałam.

– Bardzo proszę – odparł wesoło. – Cieszę się, że mogłem się na coś przydać. – Uchylił rondo niewidzialnego kapelusza. – Niech ci się nie wydaje, że nie wiem, o co tak naprawdę ci chodziło: wyłącznie o komplementy.

– Aha, przejrzałeś mnie na wylot – powiedziałam.

Will pochylił się nade mną i szepnął:

– No dalej, przyznaj się. Tak naprawdę mnie pamiętasz. Wymyśliłaś cały ten amnezyjny szajs, żeby odpocząć od Phoenix.

– Skąd wiedziałeś? Po prostu nie chciałam zranić twoich uczuć, Landsman.

– To bardzo miłe z twojej strony.

– No więc jaki jest mój chłopak? – zapytałam.

– Zastanówmy się. Ace Zuckerman to piekielnie dobry tenisista.

– A więc go nie lubisz.

– Technicznie rzecz biorąc, nie muszę go lubić, skoro to nie mój chłopak, Szefowo.

– A co wiesz o Jamesie Larkinie?

– James Larkin. Larkin James. Cóż, właściwie to go jeszcze nie poznaliśmy. Dołączył do nas dopiero w tym roku, co w klasie maturalnej nie zdarza się często. Myślę, że mogli go wyrzucić ze starej szkoły, czy coś w tym rodzaju.

– Młodociany przestępca? – A to ciekawe…

Will wzruszył ramionami.

– Spotkałem go dopiero tego ranka, kiedy podrzucił aparat do Phoenix. Był wtedy słodki jak miód. Jeśli chciałabyś wiedzieć, ten dzieciak w niczym nie przypomina Ace’a Zuckermana. – Zawiesił głos. – Ani mnie. – Sięgnął do swojej torby-konduktorki i wyciągnął z niej laptopa. – Masz przy sobie słuchawki, prawda?

Pokręciłam głową.

– Nie jestem pewna.

– Zawsze je masz. Gdzie twoja torba?

Wskazałam na szafę stojącą w kącie sali. Will otworzył ją i zaczął przetrząsać mój plecak. Pewnie powinno mi to przeszkadzać, ale z jakiegoś powodu tak się nie działo. Wyciągnął iPoda, prawdopodobnie mojego, a później podłączył go do swojego laptopa.

– Kiedy usłyszałem od twojego taty, co się stało, postanowiłem nagrać dla ciebie składankę. Nie martw się, wypaliłem ci też płytę. – Podał mi CD razem z playlistą zatytułowaną Piosenki dla nastolatki z amnezją, część 1. – Nagrywałem już lepsze. Wybór niektórych piosenek może cię zaskoczyć – kontynuował – ale działałem pod presją czasu. Obiecuję, że część druga będzie lepsza, tak jak w przypadku drugiego nagrania White Album Beatlesów albo filmów o ojcu chrzestnym.

Will podał mi słuchawki, odłożył laptopa i zaczął mówić naprawdę szybko.

– Nie jest łatwo stworzyć dobrą składankę. Każdy chce uniknąć oklepanych kawałków, podobnie jak tych mało znanych. Poza tym na płycie mieści się tylko dziewiętnaście utworów, a każdy z nich powinien dotyczyć czegoś innego. Liczba piosenek szybkich i wolnych musi się równoważyć i zawsze pozostaje stres, czy każdy kawałek odpowiednio łączy się z poprzednim. Na dodatek trzeba bardzo dobrze znać osobę, dla której nagrywa się składankę. Na przykład na twojej każda piosenka coś znaczy. Pierwsza kojarzy się z okolicznościami, w jakich poznaliśmy się w pierwszej klasie. Pomyślałem, że może dzięki temu odzyskasz pamięć.

Spojrzałam na listę piosenek.

Fight Test grupy Flaming Lips?

– Tak, wahałem sie między nią a pierwszą częścią Yoshimi Battles the Pink Robots, a także To Whom It May Concern Johna Wesley’a Hardinga. Tę ostatnią odrzuciłem, ponieważ chciałem wykorzystać na składance inną jego piosenkę, a duplikowanie utworów jednego artysty jest kiepskim pomysłem. Wykorzystałem więc tylko Song I Wrote Myself in the Future, znajdziesz ją na przedostatniej pozycji.

Miałam wreszcie zapytać, jak się poznaliśmy, ale nagle pojawiła się osoba, przez którą natychmiast zapomniałam o Williamie Landsmanie i jego składance.

– Dzień dobry, pani Miles – powiedział Will do mojej matki.

– Witaj – odpowiedziała niepewnie.

Will roześmiał się.

– Nie mieliśmy okazji się poznać, ale widziałem pani zdjęcia. Nazywam się William Landsman, w skrócie Will.

– Czy możemy zostać przez chwilę same, Will? – zapytała moja matka.

Will spojrzał na mnie.

– Poradzisz sobie?

Kiwnęłam głową.

– I tak powinienem wrócić do pracy nad rocznikiem – oznajmił.

– To latem też się tym zajmujemy? – zdziwiłam się.

– Pracujemy przez okrągły rok. – Chwycił moją dłoń i uścisnął ją w dość oficjalny sposób. – Zadzwonię do ciebie – obiecał. – Nie zapomnij naładować komórki.

Za Willem już parę minut temu zamknęły się drzwi, a żadna z nas ciągle się nie odezwała.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com