Zapłać im proszę - Andrzej Swat - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Zapłać im proszę ebook

Andrzej Swat

4 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapłać im proszę - Andrzej Swat

Porwanie, niejasne motywy sprawców i zdeterminowana ofiara – komisarz Michał Grosz w akcji. I dobrze! Mariusz Czubaj

Żona bogatego przedsiębiorcy zostaje porwana. Jej mąż gotów jest zapłacić okup, ale nie ufa porywaczom. Prosi więc o pomoc komisarza Grosza. Jednak plan działania porywaczy wyprzedza wszystkie akcje policji. Zrozpaczony mąż traci zaufanie do Grosza, a komisarz bliski jest zwątpienia w swoje umiejętności. W tej grze wygrać może tylko ten, kto znajdzie błąd w perfekcyjnym planie porywaczy.

Andrzej Swat – reżyser i scenarzysta. Jest autorem seriali „Tulipan”, „Akwen Eldorado” Na kanwie spraw prowadzonych przez komisarza Grosza TVP wyprodukowała serial „Mrok ". Autor mieszka w Puszczy Kampinoskiej, jest wykładowcą w PWSFTViT w Łodzi.

Opinie o ebooku Zapłać im proszę - Andrzej Swat

Fragment ebooka Zapłać im proszę - Andrzej Swat






Strona redakcyjna


Rozdział 1

Centrum Handlowe Paradiso wygląda tak, jak mógłby wyglądać budynek Muzeum Obciachu, gdyby kiedykolwiek je stworzono. Zbudowane z czerwonej cegły bryły w kształcie walca, stożka i prostopadłościanu, sklejone łącznikami ze szkła i aluminium, wieńczy turkusowa kopuła, w której stronę tryska sterowana komputerem fontanna. Paradiso postawiono wzdłuż bocznicy kolejowej dworca, na którym przed laty trzy razy w tygodniu zatrzymywał się pociąg jadący ze stolicy kwitnącego Imperium Zła do gnijącego już wtedy truchła Paryża. O tym, kto mógł wsiąść do tego pociągu, decydowała policja polityczna. Dlatego przez długie lata dworzec świecił pustkami. Nawet dzisiaj jego perony nie są przykryte dachem. Pokazywanie się w tym miejscu nigdy nie należało do dobrego tonu – również po odzyskaniu przez nasz kraj wolności. W końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku odjeżdżali z niego Polacy żydowskiego pochodzenia, których polscy komuniści uznali za zdrajców idei wielkiego Lenina. Odszczepieńcy opuszczali państwo, a mimo to interesy szczęśliwych chłopów i radosnych robotników szły coraz gorzej. Z biegiem lat na peronach zaczęły pojawiać się dzieci i wnuki Wielkich Budowniczych Socjalizmu. Niewdzięczna młodzież nie chciała poświęcać życia na spłacanie długów swoich zaczadzonych marksizmem rodziców. Młodzi emigrowali na Zachód, gdzie znajdowali pracę i mieszkania, których nie mogli zdobyć w Ludowej Ojczyźnie. Skupione wokół dworca fabryki bankrutowały jedna po drugiej, szczury uciekały z pustych magazynów, dzika roślinność zachłannie porastała porzuconą przez ludzi przestrzeń. W końcu lat osiemdziesiątych funkcjonowało już tylko otoczone parkiem kino, do którego strach było chodzić po zmroku. Kiedy wszyscy, nawet przodownicy pracy i sekretarze partyjnych komitetów, stracili nadzieję na lepsze jutro, zdarzył się cud. Na tym, między innymi, polega wyjątkowość naszego kraju – chwilę przed ostateczną zagładą zdarza się cud, dzięki któremu trwamy dalej. W sąsiedztwie bocznicy kolejowej pojawiły się maszyny budowlane i spośród rumowisk, krzaków czarnego bzu i prowizorycznych toalet wyłoniło się Centrum Handlowe Paradiso. Wrażliwy na tradycję architekt zachował czerwień fabrycznych murów i odtworzył parkową fontannę. Przed laty ciekła z niej rdzawożółta breja. Teraz ze skierowanej w stronę turkusowej kopuły dłoni greckiej bogini tryska co kilka sekund strumień czystej jak kryształ wody. Krople, które prawie dotknęły niebios, opadają na granitową posadzkę, mieniąc się kolorami tęczy. Przed laty po zmroku na ławkach wokół starej fontanny pojawiały się zakochane pary i miłośnicy wina ze zgniłych jabłek. W ciemności padały twarde słowa zagniewanych mężczyzn, zdarzało się, że niewinność towarzyszących im pań doznawała hańbiącego uszczerbku. Od kiedy do Paradiso wróciła oświecona Europa, nie dochodzi już do takich zdarzeń. Gęstwinę krzaków bzu i czeremchy zastąpiły kawiarniane stoliki i puste o tej porze podium dla pianisty. Wczesnym przedpołudniem przychodzą tu niepracujące kobiety, mężczyźni sukcesu i podejrzanie bogaci, wygładzeni botoksem emeryci. Nie zawsze robią zakupy, częściej korzystają ze spa, basenu, usług fryzjerów i kosmetyczek.

– Myślę, że powinnam go zabić. Nigdy nie lubiłam tych kryminalnych filmów w telewizji, a teraz zaczynają mi się podobać. Nagrałam sobie nawet kilka. Takie bardziej z życia... – Misia przerwała na chwilę, aby wypić łyk swojego caffe macchiato.

– Tylko skończona idiotka może ryzykować więzienie dla takiego gnoja – odpowiedziała Jolka, atrakcyjna blondynka ubrana w zamszowy kostium i buty ze skóry lamparta ozdobione złotą klamrą.

– W środę puszczali taki fajny z Douglasem, do drugiej w nocy oglądałam. „Pułapka” czy jakoś tak. On grał męża, a jego żonę Demi Moore. Widziałaś? Ona siedzi w domu z dzieciakami, on kręci jakieś biznesy, no i zdradza ją na prawo i lewo. Ona poznaje instruktora na fitnesie... Widziałaś?

Jolka zaprzeczyła ruchem głowy.

– Ten instruktor wymyślił numer z butlami do nurkowania. Nie wiedziałam, że tlen jest trucizną.

– Tlen trucizną?! Pogięło cię?! – Jolka nie kryła dezaprobaty dla głupoty swojej koleżanki.

– Jak nie jest zmieszany z powietrzem, to może zabić i nie zostawia żadnych śladów – mądrzyła się Misia.

– Nie prościej wziąć rozwód? – Jolka rozejrzała się dyskretnie w obawie, że ktoś może słyszeć bzdury, które wygaduje jej rozmówczyni.

– Chodzi o zemstę, moja droga, o satysfakcję, że gnój dostał to, na co zasłużył. Mój stary ma sprzęt do nurkowania... te butle też... – Misia była wyraźnie zafascynowana swoim pomysłem. Spotykały się tu dwa razy w tygodniu, przed wizytą (a czasem po) w solarium lub u fryzjera. Stara przyjaźń jeszcze ze szkolnych czasów, z przerwą na kilka pierwszych lat małżeństwa. – Nie jestem taka głupia, jak myślisz. – Na twarzy Misi pojawił się sprytny uśmieszek. – Można to zrobić tak, że nikt niczego nie zauważy. Wszystko przemyślałam. Obawiam się tylko pogrzebu. Nie potrafiłabym ukryć radości. Wiesz, jak to ze mną jest...

– Powiedz mi, zastanawiałaś się, co zrobisz, jak on cię zostawi? – spytała Jolka.

– A po co mu to? Ma dom, kochankę i mnie.... wszystko o czym inni mogą tylko marzyć, podane i uprane. Ten bydlak musiałby być idiotą, żeby to zmieniać.

– Czasami wydaje mi się, że wymyślasz te zdrady swojego męża tylko po to, żebyś miała o czym gadać...

– Ten stary cap wynajął dla niej kawalerkę na Bielanach. Tam to robią! Siksa ma dwadzieścia dwa lata i jest od niego o głowę wyższa. Ty nawet nie wiesz, jaki to jest szok, kiedy uświadamiasz sobie, że żyłaś tyle lat pod jednym dachem z takim kawałkiem gówna! – Misia jednym haustem dopiła swoją kawę, żeby uśmierzyć ból, jaki sprawiło jej to wyznanie.

– Znam to...

– Twój też cię zdradza? – z nadzieją spytała Misia.

– Oni wszyscy zdradzają.

W torebce Misi zaczął dzwonić telefon.

– Przepraszam cię, muszę odebrać. Mów szybko, bo jestem bardzo zajęta. No to wezwij kogoś... O kurwa!!! Zaraz przyjadę! – Misia zerwała się z krzesła. – To ta idiotka, która u mnie sprząta. Przepraszam cię! Woda z ogrzewania zalewa mi dom. Co za głupia cipa! Kaloryfer chciała odkurzyć! – Misia zaczęła gorączkowo zbierać swoje torby z zakupami.

– Bez histerii. – Jolka wstała, poprawiła swój kostium, sięgnęła do szklanego pucharu, gdzie spoczywały resztki jej lodów, wyciągnęła końcami długich paznokci kandyzowaną wisienkę i włożyła ją sobie do ust. – Ja też już idę.

Obie bardzo lubiły Paradiso – dbały tu o urodę, piły kawę o trudnej do zapamiętania nazwie, spotykały gwiazdy telewizji śniadaniowej i tasiemcowych seriali. Bywanie w tym miejscu nie tylko nobilitowało je towarzysko, przywoływało również sentymentalne wspomnienia. Przed laty przychodziły tu ze swoimi chłopakami do nieistniejącego już kina z wiecznie zepsutą wentylacją i trzeszczącymi krzesłami. Miały wtedy w sobie radość i nadzieję na życie jak w amerykańskich filmach. Wino owocowe smakowało jak francuski szampan, a pierwsze miłosne uniesienia wydawały się silniejsze od udawanych wzruszeń gwiazd Hollywood na zakurzonym ekranie. Jak zdradziecko szybko minęły te lata! Co się stało z tymi chłopakami? Dlaczego kiedyś nie musiały się odchudzać i mogły balować do białego rana? Pierwsze zmieniły się nazwy ulic – z Leningradzkiej na Jagiellońską, z Nowotki na Andersa, a z Marchlewskiego na Jana Pawła II. Którejś jesieni zabrano sprzed kina pomnik bohaterskiego generała, który okazał się ruskim renegatem. Stary świat przestał istnieć.

Jolka i Misia minęły fontannę i skierowały się w stronę wyjścia na podziemny parking. W windzie młodziutka dziewczyna z obsługi, udając obojętność, pożerała wzrokiem ich nieprzyzwoicie drogie ubrania i markowe reklamówki wypełnione zupełnie niepotrzebnymi zakupami. Przyjaciółki, patrząc na swoje odbicia w kryształowym lustrze, zastanawiały się, czy chciałyby jeszcze raz być w jej wieku. Pokusa była spora – dziewczyna była ładna, wysoka i zgrabna. Do szczęścia brakowało jej tylko pieniędzy, których nigdy nie zdobędzie, sprzątając tu toalety. One miały bogatych mężów i nienawidziły biedy jak karaluchów, z którymi nieszczęsna małolata co dzień toczyła beznadziejną walkę. Miała czarne kreski brudu pod paznokciami, zniszczone detergentami dłonie i srebrny kolczyk w nosie. Patrzyła na nie z pogardą jak na dwie stare, wypełnione silikonem i botoksem pudernice. Demokracja wyparła realny socjalizm, ale walka klas trwa nadal. Wszystko jest na sprzedaż, ale nie wszystko można kupić. Biedni uważają to za niesprawiedliwe i nigdy się z tym nie pogodzą. Bogaci zrobią wszystko, żeby tak zostało. Winda zatrzymała się na poziomie garażu. Dziewczyna ruszyła w stronę kantoru, przed którym sprzątaczki i parkingowi jedli śniadanie i palili papierosy. Misia i Jolka pożegnały się wystudiowanym pocałunkiem, który nie rujnował ich makijażu, i ruszyły w stronę swoich samochodów.

Przy hondzie Jolki kręcił się mężczyzna w słonecznych okularach i czarnej skórzanej kurtce. Na tym parkingu często można było spotkać narkomanów lub alkoholików, którzy proponowali odprowadzenie wózka na zakupy lub przypilnowanie samochodu za równowartość puszki piwa. Ten facet wydawał się trzeźwy, a na jego otoczonej modnie ostrzyżonymi włosami twarzy wyraźnie rysowało się poczucie winy.

– Nie wiem, jak to się stało, ale chyba trochę rozwaliłem pani zderzak – powiedział z rozbrajającym uśmiechem.

Podrywacz, pomyślała, ma czystą koszulę i ładne buty. Czystość i fason obuwia stanowiły ważne kryterium w jej ocenie mężczyzn. Brak troski o tę część garderoby i źle dobrane skarpetki dyskwalifikowały w jej oczach osobników płci męskiej. Włożyła zakupy do bagażnika i podeszła do błotnika, przy którym stał chłopak. Dotknął palcem zderzaka, żeby wskazać uszkodzone miejsce. Jolka poczuła napływającą falę obezwładniającej złości. Jej samochód miał dopiero trzy miesiące! Kosztował ją wiele upokorzeń i kłótni z mężem.

Jarzeniówki pod sufitem garażu dawały marne światło, musiała pochylić się, żeby dostrzec uszkodzenie. Nagle poczuła, jak ładnie pachnąca dłoń zaciska się na jej ustach. Druga ręka objęła ją wokół bioder i uniosła do góry. Kopnęła go ostrym obcasem szpilki w kolano. Stracił równowagę, ale ciągle trzymał ją nad ziemią. Facet miał wspólnika, nie zauważyła go wcześniej. Siedział wewnątrz stojącej obok furgonetki. Był starszy od chłopaka. Miał śniadą cerę, wąską, lisią twarz i siwe włosy na skroniach. Chwycił kobietę za stopę, żeby wciągnąć ją do wnętrza samochodu. Śmierdziało od niego nikotyną. Jolce udało się uwolnić nogę i odepchnąć siwego z całą siłą przerażonej dziewczyny rozpaczliwie walczącej o życie. Cała trójka wylądowała na cementowej podłodze. Zakleili jej usta taśmą, skrępowali ręce i nogi, unieśli nad ziemię i wrzucili jak worek kartofli do samochodu. Leżała twarzą do podłogi. Czuła na karku obcas buta porywacza. Kiedy spróbowała odwrócić głowę, but przydepnął ją z taką siłą, że rozpłakała się z bólu i złości.

Za co to wszystko, kurwa, za co?! Zabiją mnie czy tylko zgwałcą? Jezu!

Próbowała wykrzyczeć kilka najbardziej wulgarnych przekleństw, jakie znała, ale taśma na ustach zapiekła ją tak boleśnie, że znowu zaczęła płakać. Furgonetka przejechała kilkadziesiąt metrów i zatrzymała się w pobliżu rampy dla dostawców. O tej porze nie było tu nikogo. Napastnicy unieśli ciało Jolki i włożyli je do skrzyni, która przypominała kształtem trumnę. Pokrywa wypełniona była rurami PCV i można było odnieść wrażenie, że zajmują one cały pojemnik.

To raczej nie są zboczeńcy, pomyślała, ci działają w pojedynkę i pod wpływem impulsu. Porwali ją bandyci, musieli przecież to wszystko przygotować, obserwowali ją, teraz pewnie wytną jej nerkę albo wątrobę, a resztę zakopią w lesie.

Kurwa! Dlaczego ja?!

Auto wyjechało z garażu i włączyło się do ruchu na czteropasmowej jezdni. Nieśmiało zaczął padać pierwszy w tym roku śnieg. Topił się na asfalcie, ale na gałęziach drzew i trawnikach osiadał, tworząc biały puch zapowiadający nieuchronną zimę. Na rondzie skręcili na południe i natychmiast stanęli w korku.

Jolka była przesądna, wierzyła wróżkom i horoskopom. Próbowała przypomnieć sobie, za co los mógłby ją tak ukarać. Trzy miesiące temu postanowiła, że rozstanie się z kochankiem. Zrobiła to, bo nie chciała upodabniać się do męża z jego tandetnymi romansami. Nie przypuszczała, że będzie to tak bolesne. Młodszy od niej o osiem lat dentysta zdążył się w niej zakochać, a ona odczuwała dotkliwy brak jego spojrzeń i ruchliwych, wszechobecnych, wypielęgnowanych dłoni. To nie mogła być kara za niewierność. Mąż zdradzał ją od lat. Ona zrobiła to po raz pierwszy. Dwa razy dała w kościele na tacę po sto złotych, a raz nawet dwieście na powodzian – to z pewnością dosyć za kilka krótkich spotkań w porze obiadu. Nie potrafiła długo być z kimś, kogo nie kocha. Zdecydowała, że zerwie ze stomatologiem, i cierpliwie znosiła wstręt, jaki odczuwała w stosunku do swojego łysiejącego męża. Dla dobra dziewiętnastoletniej córki – żeby oszczędzić jej koszmaru rozwodu i nie zabrnąć zbyt daleko w romans bez przyszłości.

Czego te śmierdzące typy od niej chcą? Może to jednak są zboczeńcy! Teraz nawet uczniowie gwałcą w szkołach swoje koleżanki na długiej przerwie. Przemoc i prymitywne pieprzenie stały się sposobem na życie...

Zastanawiała się, czy po tym, jak już ją zgwałcą, zabiją ją od razu, czy też będą znęcali się nad nią tygodniami. Czy seks z kryminalistą jest bardziej obrzydliwy niż współżycie z własnym mężem? Kiedy poznała dentystę, musiała nadal odwzajemniać zaloty małżonka, żeby nie wzbudzać podejrzeń... Nagle błysnęła nadzieja – a może to nie są zboczeńcy? To przecież mogą być porywacze! Czekali w garażu na kobietę, która jest do niej podobna lub ma podobny samochód, żonę jakiegoś milionera. Te prymitywy pomyliły ją z kimś innym, a jej skąpy mąż z pewnością za nią nie zapłaci. Tylko jak im to wytłumaczyć? Te bydlaki z pewnością przekonane są o własnej nieomylności.

Boże, ratuj!

Usłyszała dźwięk swojego telefonu w torebce. Była unieruchomiona i nie mogła nic zrobić. Rozległo się skrzypienie unoszonego wieka, a potem czyjaś ręka wsunęła się pod jej skórzaną kurtkę.

Nie, tylko nie to!

Jolka nie starała się nawet bronić, żeby go nie prowokować. Dłoń przesunęła się po jej piersi, ignorując jej kształt, i zatrzymała na malutkiej torebce przewieszonej na złotym łańcuszku przez ramię. Po chwili szarpnęła torebkę, rozrywając łańcuszek. To był ten starszy, śmierdzący, siwy mężczyzna. Podniósł torebkę na wysokość oczu. Wyciągnął z niej telefon, mały flakonik perfum i spięte breloczkiem klucze do domu. Wyjął z telefonu baterię. Przyglądał się kobiecie jak wielkiej egzotycznej rybie, którą udało mu się złapać na przynętę z tłustego robaka.

– Bądź grzeczna, to nic złego ci się nie stanie. To tylko interesy.

Jolka milczała sparaliżowana strachem. Chwilę potem usłyszała stukot zamykanego wieka.

Robert Sitarski schował komórkę do kieszeni. Był bardzo przywiązany do drobiazgów i swojej wiedzy o kobietach. Skończył technikum rolnicze w Łowiczu. W więzieniu pisał – w imieniu kolegów – listy do ich żon i kochanek. Przeczytał w więziennej bibliotece wszystkie książki poświęcone mrocznym zakamarkom ludzkiej duszy – zarówno popularne poradniki w miękkiej oprawie, jak i poważne opracowania utytułowanych autorów. Kiedy koledzy z celi dzielili swój czas między sapaniem na siłowni a głupawą zadumą przed telewizorem, Sitarski zrobił korespondencyjny kurs księgowości i doradztwa finansowego. Przylgnęła do niego ksywka Krokodyl, prawdopodobnie dlatego, że ten silny gad w powszechnej świadomości więźniów zakładu w Barczewie kojarzył się ze sprytem i brakiem skrupułów. Sitarski był bystry, pracowity i cieszył się w areszcie szacunkiem kolegów i klawiszy. Niewielu wiedziało, że prześladował go pech. Jego autorska metoda wyłudzania kredytów bankowych szybko zaprowadziła go za kraty. Pozycja, jaką zdobył w zamknięciu, dawała mu spore przywileje, ale osłabiała jego instynkt samozachowawczy. Edukując kolegę z celi, prymitywnego włamywacza, przekonał go do wyższości wyłudzeń nad włamaniami. Facet okazał się kapusiem i Krokodyl został ponownie skazany – tym razem za przestępstwo, którego nie popełnił. Wymyślił je na użytek wykładu o interpretacji dowodów winy. Donosiciel otrzymał status świadka i wyszedł na wolność przed terminem. Sitarski zaś dostał cztery lata ekstra. Przez dwa miesiące zbierał tabletki na sen, aby połknąć je w dniu urodzin. Skuteczne płukanie żołądka uchroniło go przed pogrzebem na koszt państwa i pogłębiło jego zainteresowanie literaturą medyczną. Po wyjściu z więzienia wyjechał nad morze i zajął się małą gastronomią. Dwa kolejne deszczowe lata doprowadziły go na krawędź bankructwa. Turyści potrzebowali parasoli i ciepłych ubrań. Lody i piwo Roberta kupowali tylko desperaci i skandynawscy alkoholicy. Aby przetrwać, potrzebował pieniędzy. Porwanie dla okupu wydawało się stosunkowo prostym rozwiązaniem dla człowieka, który nie może liczyć na kredyt w banku. Opracował kilka wariantów, ale odrzucił je ze względu na stopień ryzyka. Rozwiązanie pojawiło się samo i stanowiło niebudzący wątpliwości dowód na to, że zła passa wreszcie opuściła Sitarskiego. Wszystko szło zgodnie z planem. Nikt ich nie ścigał, a starannie wyselekcjonowana kobieta leżała w stojącej przed nim skrzyni.

Robert zapalił papierosa. Pierwsze minuty po udanym skoku to wspaniałe uczucie – tak pewnie czuje się krokodyl, kiedy zaciska kły na ciele ofiary, smakuje zdobycz i słyszy błaganie o litość. Robert i krokodyl wiedzą, że to dopiero zapowiedź prawdziwej rozkoszy. Przymknął oczy i głęboko zaciągnął się dymem.

Dźwięk, który dobiegł z zewnątrz, zmroził mu krew w żyłach. Dla wszystkich, którzy siedzieli pod celą, nic nie brzmi bardziej złowrogo – groźniej niż cmentarny dzwon i szczęk więziennej kraty. Kiedy człowiek z przeszłością usłyszy nagle obok siebie wycie policyjnej syreny, przed oczami przebiegają mu obrazy, o których przez całe życie próbuje zapomnieć. Czarny samochód z migającym na dachu kogutem pojawił się w lewym lusterku. Z okna wystawała ręka zakończona policyjnym lizakiem. Radiowóz przepychał się lewym pasem, był coraz bliżej ich furgonetki. Siedzący za kierownicą Radek Pułaski, wspólnik Roberta, starał się zjechać na prawy pas, ale nie mógł znaleźć wolnego miejsca wśród stłoczonych aut. Tylko ich furgonetka stała na drodze wozu policyjnego.

– Nie pękaj, młody! – Robert wyjął z kieszeni pistolet, przeładował go i położył obok siebie na ławce.

Radkowi udało się zjechać na prawy pas i policyjny samochód zrównał się z furgonetką. Na groźne spojrzenie policjanta Radek odpowiedział uśmiechem. W lusterku zauważył jadący za nimi ambulans bankowy, pilotowany przez radiowóz z kogutem na dachu. Coś takiego to dobry znak. Kiedy Robert zaproponował mu udział w tym porwaniu, od razu odmówił. Miał pomysł na swój biznes i potrzebował pieniędzy, ale coś, co pachnie więzienną celą, nie wchodziło w grę. U Roberta pracował już ponad rok – zostali nawet kumplami. Wiedział, że jego wspólnik siedział w więzieniu, znał też opowieści spod celi kolegów z podwórka – żadne pieniądze nie były dla niego warte widoku kraty i wrzasków klawiszy. Nie wpadł w panikę, kiedy usłyszał policyjną syrenę. Ufał Robertowi i wierzył w jego plan. Było mu nawet trochę głupio, że za pierwszym razem odmówił. Jeżeli chce się trochę więcej, niż dostają inni, trzeba godzić się na hazard. Dzięki Robertowi zrozumiał, że ryzyko jest motorem wszelkiego postępu.

Jadący przed nim samochód gwałtownie zahamował. Radek nadepnął pedał hamulca, ale furgonetka sunęła dalej, ignorując jego wysiłki. Fala gorąca spłynęła mu po plecach. Nawet drobna stłuczka oznacza problemy dla kogoś, kto przewozi w skrzyni na narzędzia zakneblowaną blondynkę. Musi skoncentrować się wyłącznie na prowadzeniu tego grata. Kupili go wczoraj w autokomisie na Woli. Zabrali ze sobą lumpa z parku Sowińskiego, który wystąpił w roli nowego nabywcy. Radek nie miał czasu, żeby wszystko sprawdzić – sprzęgło i skrzynia biegów były w stanie agonalnym, ale kilka kilometrów asfaltową jezdnią to nie jest przecież rajd Monte Carlo!

W lusterku widział twarz Roberta, skupioną i pozbawioną emocji. Ufa mi, nie mogę go teraz zawieść. To nie jest nic trudnego – zrobię to tylko ten jeden raz. Nigdy więcej! Robert ma dobry plan i to musi się udać. Każdy dostaje w życiu swoją szansę. Wygrywają ci, którzy chcą z niej skorzystać.

***

Michał Grosz zignorował lekkie uderzenie w tył swojego samochodu. Podczas jazdy w korku, takim jak ten, to się czasem zdarza. We wstecznym lusterku obserwował twarz kobiety jadącej za nim czarnym bmw. Chyba nawet nie zauważyła tej kolizji. Atrakcyjna brunetka przed czterdziestką rozmawiała przez telefon, odsłaniając w uśmiechu lśniące białe zęby. Grosz nie miał ochoty wysiadać z samochodu, oglądać uszkodzeń lakieru i wykłócać się o winę. Od kilku tygodni nie miał ochoty na nic. W nocy śniła mu się matka. Wyglądała zupełnie inaczej, niż ją zwykle pamiętał – była gruba i ruda, zamiast chuda i siwa, z jaskrawoczerwoną szminką na ustach. Przeszukała mu całe mieszkanie w poszukiwaniu biżuterii, którą rzekomo jej ukradł. Wrzeszczała i biła go trzepaczką do dywanów. Czuć ją było zapachem butwiejących schodów kamienicy, w której mieszkał po jej śmierci.

Grosz wstał tego dnia o szóstej. Gorąca kąpiel i środek przeciwbólowy pozwoliły mu ubrać się, zjeść śniadanie i wsiąść do samochodu. Do bólu kręgosłupa dołączył nowy, z okolic nerki – prawdopodobnie znowu ma stan zapalny, co oznacza dietę i kolejne wyrzeczenia. Muszę pójść do lekarza, powtarzał sobie co wieczór, kładąc się do łóżka. Muszę coś zmienić w swoim życiu, bo któregoś dnia po prostu zostanę w domu, wyłączę telefon i będę słuchał swoich płyt tak długo, aż umrę.

Samochód stojący za nim zatrąbił przeraźliwie klaksonem. Grosz zobaczył we wstecznym lusterku wściekłą tym razem twarz brunetki w bmw. Samochody przed nim ruszyły i dzieliło go od nich kilkadziesiąt metrów. Zamyślił się i zagapił. Kiedy włożył bieg i ruszył gwałtownie, silnik zgasł. Spróbował kilka razy, ale nie był w stanie go uruchomić. Kobieta usiłowała go ominąć, ale kierowcy na sąsiednim pasie robili wszystko, żeby jej to utrudnić. Wreszcie jej się udało i znalazła się na jego wysokości. Wymachiwała w jego stronę wyciągniętym środkowym palcem, a jej pełne usta miotały wulgarne przekleństwa. Grosz spostrzegł ze zdziwieniem, że brunetka ma sztuczne zęby. Poczuł ulgę, coś w rodzaju pociechy. Uświadomił sobie, że nie tylko on cierpi w tym korku – większość uwięzionych w blaszanych puszkach ludzi jedzie wbrew własnej woli do znienawidzonej pracy i rozmyśla o swoich cierpieniach.

Już wcześniej zdarzały mu się jesienne depresje, ale tym razem to było coś poważniejszego. Lekarz kazał mu zrobić podstawowe badania, rentgen jamy brzusznej i urografię. Grosz odkładał to z tygodnia na tydzień. Bał się usłyszeć, co mu dolega. Najbardziej obawiał się raka lub schizofrenii. Choroby te występowały już w jego rodzinie. Matka po rozstaniu z ojcem była prześladowana przez istoty zamieszkujące mityczną Atlantydę. Przybysze chcieli, żeby została ich królową i wydała na świat potomka, który założyłby nową dynastię wyspiarzy. Matka ukrywała się przed nimi w komorze transformatorów, do której w niewyjaśniony sposób zdobyła klucz. Stalowe drzwi i promieniowanie elektromagnetyczne skutecznie broniły ją tam przed atakami wielbiących ją Atlantydów. Znaleziono ją dopiero po dwóch tygodniach – była tak odwodniona, że kilka tygodni później umarła.

Jeżeli ogarniająca mnie apatia, dedukował Grosz, jest pierwszym objawem schizofrenii, a ja wkrótce przestanę odczuwać potrzebę wychodzenia z domu, mogę podzielić jej żałosny los. Czemu służy ten tak zwany postęp, skoro ludzkie życie jest tak samo beznadziejne jak przed wynalezieniem penicyliny i szerokopasmowego internetu?

W ostatniej chwili porzucił rozważania egzystencjalne i skręcił w prawo, zajeżdżając drogę komuś, kto jechał sasiednim pasem. Reklama pralni chemicznej od lat przypominała mu, że właśnie w tym miejscu trzeba skręcić, żeby dojechać najkrótszą drogą do budynku, w którym pracował. Włączył radio, żeby wysłuchać wiadomości. Wielka plama ropy zbliżała się do wybrzeży Szkocji. Parlament Europejski przerwał pracę nad kanonicznym kształtem warzyw i owoców. Temperatura miała systematycznie spadać aż do przymrozków w nocy. W Paryżu pojawiły się już butelki beaujolais z tegorocznych zbiorów.

Zaparkował samochód i wysiadł z niego, zgarniając z szyby trochę śniegu. Dotknął go końcem języka – śnieg nie miał żadnego smaku i topniał na dłoni. Ci w Paryżu zawsze mieli lepiej, a teraz mają jeszcze beaujolais.

Wszedł do budynku. Dyżurny przy drzwiach zerwał się ze swojego krzesła.

– Dzień dobry, panie komisarzu! To dla pana – podał mu stos kopert i kilka luźnych kartek.

– Dzięki, dawno cię tu nie widziałem.

– Przedwczoraj byłem – przypomniał mu dyżurny.

Komisarz Grosz już wcześniej odkrył, że każda próba bycia uprzejmym zawsze obraca się przeciwko niemu.

***

Furgonetka porywaczy zjechała z głównej drogi w wąską, wijącą się między fabrycznymi murami uliczkę. Zbliżali się do celu – miejsca, gdzie ukryją porwaną kobietę. Analityczny umysł Roberta Sitarskiego powędrował na osi czasu już znacznie dalej. Celem uprowadzenia jest skuteczne podjęcie okupu. Ofiara ma w tym niewielki udział – może współpracować lub nie. Na tym etapie nic już od niej nie zależy. Rodziny lub krewni porwanych deklarują współpracę, ale prawie zawsze kłamią i kooperują z policją, narażając życie swoich bliskich. Ludzie niechętnie rozstają się ze swoimi pieniędzmi, a do więzień często trafiają frajerzy, którzy wpadli już po wszystkim, kiedy pijąc szampana, dzielili okup.

Plan Roberta-Krokodyla był absolutnie nowatorski w dotychczasowej praktyce porwań dla okupu. Opisywał krok po kroku uprowadzenie obarczone minimalnym ryzykiem. Jeden skok, po którym realizatorzy wyjeżdżają z kraju i zobowiązują się zerwać ze sobą raz na zawsze wszelkie kontakty. W tym projekcie kryterium doboru partnera było równie ważne jak sama koncepcja. Wspólnik musiał być przystojny, lojalny i bezwzględnie uczciwy. Wśród znanych Krokodylowi kryminalistów żaden nie spełniał tych wymogów niejako z definicji. Dlatego wybrał Radka. Poświęcił dwa tygodnie, żeby go przekonać, pewny, że nie znajdzie lepszego partnera. Był świetnym kierowcą, znał się na samochodach i lubił je. Widok ośmiocylindrowego silnika kręcił go bardziej niż błyszcząca kremem dziewczyna na sopockiej plaży. Lubił zapach benzyny i uciskający przeponę ryk silnika. Żaden samochód nie miał przed nim tajemnic. W stosunku do dziewczyn był ostrożny. Zwykle podobały mu się kobiety z wyższej półki niż ta, na którą udało mu się dotąd wspiąć. Mężczyzna po trzydziestce nie ma już złudzeń. Laski kręci fura. Fura i to, czy zdołasz ją zdobyć i utrzymać. Wtedy potrafią być miłe – nawet bardzo miłe i prawie bezinteresowne. Nastoletnie suczki znają się na modelach i rocznikach. Nie zbajerujesz ich byle fajansem, co ma sześć rur wydechu i ryczy jak stado krów. Fura jest jak laska – musi być młoda, mieć siedzenia z białej, delikatnej skóry i pachnieć czymś jakby od Armaniego.

Radek pracował kilka miesięcy w porcie w Bristolu przy wyładunku importowanych samochodów. Po raz pierwszy w życiu stać go było na wszystko. Miał na czynsz, modne ciuchy, francuskie perfumy i prezenty dla Czeszki Mileny, z którą mieszkał. Ale musiał wrócić do Polski na pogrzeb ojca. Nigdy nie żywił do niego zbyt ciepłych uczuć. Przyjechał, żeby nie zrobić zawodu matce. Ojciec pił i bił ją, kiedy miał jeszcze do tego zdrowie. Przez ostatni rok nie był już w stanie sam wstać z łóżka. Płakał, kiedy matka pomagała mu się wysikać. Radek bardzo przeżył pogrzeb ojca. To była pierwsza śmierć kogoś bliskiego. Dotarło do niego, że on sam też kiedyś umrze, a wcześniej zmarnuje życie, zmagając się z biedą. Coraz częściej budził się w środku nocy ze ściśniętym gardłem.

Milena dzwoniła codziennie, ale Radek nie spieszył się z powrotem. Na cmentarzu spotkał kumpli ze szkoły i z podwórka. Zaczęli wspólnie odwiedzać radomskie knajpy. Dziewczyny, które budziły się rano w jego łóżku, wywoływały w nim niechęć i melancholię. Przypominały mu spędzone w tym mieście dzieciństwo – głód, biedę, zawsze zimną wodę i pijaństwo ojca. Miesiąc po pogrzebie wyjechał nad morze. Znalazł pracę kierowcy i poznał Roberta. Szybko zrozumiał, że ta znajomość jest najważniejszym jak dotąd wydarzeniem w jego życiu. Odkrył, że ma zaniżoną samoocenę i stłumione ambicje. To, co ludzie dostają od życia, wcale nie jest dzielone sprawiedliwie. Oszukiwani przez reklamę, gazety i telewizję, nie potrafią upominać się o to, co im się należy, twierdził Robert. Cwaniacy występujący w telewizji z obłudnym uśmiechem na gębie potrafią wcisnąć człowiekowi każdy kit. Mamy zasuwać, bo dali nam wolne soboty, atom, kosmos, komputery i cyfrową telewizję w pakiecie z telefonem. Dzięki politykom będzie lepiej i jeszcze lepiej. Dziesięć lat temu gadali o krótszym czasie pracy i wcześniejszych emeryturach. Od czarnej roboty miały być komputery, roboty i Chińczycy. Teraz te same gęby gadają, że musimy do starczej renty zapieprzać dwa lata dłużej niż nasi rodzice. No to jak jest naprawdę? Na razie starych wywalają na bruk, bo każdy kapitalista woli młodego robola bez reumatyzmu, prostaty i choroby wieńcowej.

Robert Sitarski otworzył Radkowi oczy na świat i współczesną globalną ekonomię. Sto razy mądrzejszy od jego ojca, mówił prostym językiem, zdzierającym człowiekowi z oczu bielmo głupoty, którą zaraża interaktywna telewizja w standardzie HD. Nie wystarczy, że chcesz żyć lepiej. Nikogo to nie obchodzi. Jeżeli nie chcesz być wykorzystywany jak wół roboczy, musisz mieć odwagę pokazać, że potrafisz to zmienić. W wojsku nauczono Radka posłuszeństwa i pokory. Robert uświadomił mu, że religia i tak zwane życiowe zasady to spisek księży, pazernych kapitalistów i cwaniaków z rządu. Z marnej egzystencji trzeba brać tyle, ile da się unieść. Aby spełnić ewangeliczny obowiązek dzielenia się z innymi, musisz mieć więcej niż oni – to chyba proste. Jeżeli jednak komuś wydaje się, że można żyć z przestępstw, jest idiotą. Takim samym jak ktoś, komu wydaje się, że można czegokolwiek dorobić się w życiu uczciwą pracą. Zarabiania pieniędzy nie da się odłożyć na później. Po pięćdziesiątce zaczynają wypadać zęby, pojawia się cukrzyca i problemy z sercem. Jak nie zdążysz zarobić, kiedy jeszcze możesz, dołączysz do tych dziadków, którzy całymi dniami grają w parku w warcaby z kapsli po piwie. Tak brzmiało życiowe credo Roberta-Krokodyla.

Radek odczytał to jako nową ewangelię i swoją życiową szansę. Nie marzył o bogactwie, ale czuł nieprzeparty wstręt do nędzy. Nie chciał jej dziedziczyć po swoich rodzicach. Pragnął mieć tylko tyle pieniędzy, żeby móc urządzić swoje życie i pomóc matce. Tylko dlatego zgodził się na ten skok. To nie było zwykłe przestępstwo, którego trzeba się wstydzić po latach. To wyzwanie i próba, czy zasługuje w życiu na coś lepszego. Musiał pokonać strach i przesądy, aby dowieść, że należy mu się więcej niż jego ojcu. Radek spędził dzieciństwo z czwórką rodzeństwa w zagrzybionym dwupokojowym mieszkaniu na przedmieściach Radomia. Do wojska poszedł z radością, chciał nawet zostać zawodowym żołnierzem. Dwupiętrową pryczę i wrzaski kaprali ocenił wyżej niż jednostajne rzężenie za ścianą ojca chorego na pylicę – nagrodę za dwadzieścia lat pracy w fabryce trotylu.

Po skończeniu służby zasadniczej potrafił prowadzić i naprawić każdy wóz. Obiecywano mu wyjazd na wojnę do Iraku. Za późno zorientował się, że świat jest bardziej skomplikowany niż ten, który znał z telewizji. Za oddelegowanie na tak zwaną misję trzeba było dać łapówkę w dolarach. Kiedy jego sprytniejsi koledzy zaczęli wracać do kraju w zalutowanych trumnach, zwolnił się z wojska. Stała i pewna praca przestała dla niego cokolwiek znaczyć. Umieranie za pieniądze uznał za frajerstwo. Wyjechał do Anglii. Facet, który zlecił mu zajęcie w porcie, polubił go i docenił jego umiejętności. Gdyby Radek miał wtedy swoją lawetę, byłby w stanie rozwozić importowane fury po całym Zjednoczonym Królestwie, a to już była kasa, o której nie mógł w Polsce marzyć nawet prezydent.

A teraz, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie mógł rwać nawet takie pachnące laski, jak ta, którą mieli w skrzyni.

Furgonetka skręciła w lewo i wjechała na dziedziniec starej garbarni. Robert wyskoczył z samochodu i zamknął bramę. Dwumetrowy mur z czerwonej cegły odgradzał dziedziniec od ulicy i sąsiednich ruin. Wyciągnęli kobietę ze skrzyni i sprowadzili ją schodami do piwnicy. Miejsce, które wybrali na kryjówkę, było kiedyś zapleczem socjalnym lub szatnią. Snop światła z nieosłoniętej żarówki oświetlał duży kwadratowy pokój ze stojącym pośrodku prostym drewnianym stołem z liszajem forniru na blacie i trzema różnego kształtu krzesłami. Metalowe drzwi w ścianach prowadziły do małych pomieszczeń używanych kiedyś jako schowki na chemikalia. W jednym z nich mieściło się składane łóżko przykryte śpiworem i dwa plastikowe wiadra. We wszystkich pomieszczeniach brakowało okien, a mimo to ściany były suche. Ktoś zadał sobie trud oczyszczenia ich z kurzu i pajęczyn.

Radek wepchnął Jolkę do pomieszczenia z łóżkiem i zerwał z jej ust taśmę. Kobieta plunęła mu w twarz. Marzyła o tym przez całą drogę, leżąc na twardych deskach skrzyni i dusząc się zapachem PCV. Czuła tak potężną, obezwładniającą wściekłość, że nawet nie pomyślała o konsekwencjach. Po prostu musiała to zrobić, to było od niej silniejsze. Patrzyła teraz porywaczowi prosto w oczy – czuła się tak upokorzona, że zapomniała o strachu. Gotowa była walczyć do ostatniej kropli krwi.

Robert-Krokodyl uświadomił sobie, że babka wygląda tak samo, jak wtedy, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy na sopockim molo. Przez nieuwagę potrącił ją sprzedawca lodów. Zamiast przeprosić, pozwolił sobie na komentarz o blondynkach. Natychmiast tego pożałował, usłyszawszy od niej, jak nisko upadła jego matka i jak żałosną karykaturą mężczyzny jest facet sprzedający syfiaste lody. Skompromitowany lodziarz odszedł bez słowa, a obserwujący zajście mężczyźni patrzyli na Jolkę z podziwem. Robert osobiście wolał kobiety uległe, ale to zdarzenie zrobiło na nim wrażenie. Pojechał za dziewczyną do Warszawy i obserwował ją przez dwa tygodnie – wizyty u fryzjera, fitness club, kosmetyczka, dwa razy w tygodniu godzinne wizyty w gabinecie dentysty na Ochocie. Po wyjściu od stomatologa zawsze sprawdzała efekty jego zabiegów i przez kilka minut poprawiała w samochodzie makijaż.

Początkowo planowali porwać ją właśnie tam. Ale obiekt ich zainteresowania zaczął pojawiać się w tym miejscu coraz rzadziej. Ulica, przy której znajdował się gabinet, była wąska – śmieciarka lub samochód dostawczy mogły całkiem niespodzianie zablokować drogę ucieczki. Dlatego wybrali podziemny parking Centrum Handlowego Paradiso. Spełniał on wszystkie kryteria planu Krokodyla. Ruda dziewczyna pracująca w tamtejszym salonie fryzjerskim chętnie przyjęła zaproszenie Radka na tańce w dyskotece. Jej klientki traktowały ją jak powietrze, bez żenady rozmawiając przy niej o swoich mężach, kochankach i niesfornych dzieciach. Do obowiązków Rudej należało mycie głów i umawianie kolejnych wizyt. To od niej dowiedzieli się, że Jolka jest żoną Stanisława Gajdy, właściciela kilku hurtowni budowlanych. Gajda nosił na szyi złoty łańcuch i dwa razy w tygodniu konserwował w solarium swoją opaleniznę. W wywiadzie dla bardzo kolorowego tygodnika powiedział, że żona jest jego największym skarbem i zawdzięcza jej wszystko, co dotąd osiągnął. Oprócz hurtowni Gajda miał jeszcze ciche udziały w firmach deweloperskich. Ani jego żona, ani urząd skarbowy nie zdawali sobie sprawy z tego, jakim majątkiem obracał ten skromny, dość pospolicie jak na mężczyznę sukcesu wyglądający facet.

Jolanta Gajda, zamiast histeryzować i błagać o litość, napluła Radkowi w twarz. Robert-Krokodyl zbyt dobrze znał kobiety, aby przyjąć to jako akt heroicznej odwagi. Ludzie często mylą odwagę z bezczelnością. Jego plan wymagał bezwzględnego rozgraniczenia tych pojęć. Chwycił dłoń kobiety tak mocno, że wykrzywiła się z bólu. Kiedy wyjął z kieszeni ogrodniczy sekator, grymas przerażenia na jej twarzy utwierdził go w przekonaniu, że postępuje słusznie.

– Muszę uciąć ci jeden palec. Nie traktuj tego zbyt osobiście. Chodzi wyłącznie o czytelny komunikat dla twojego męża.

– Nie rób tego! Proszę cię! Nie chciałam tego zrobić! Nie chciałam! Przepraszam! Przepraszam!

– Bez histerii! Pluj, ile chcesz. Za każde plunięcie jeden palec. To może być fajna zabawa, co? – Spojrzał pytająco w stronę Radka, który wzruszył tylko ramionami. – Pomyśl, ile zaoszczędzisz na malowaniu pazurów. – Robert odsłonił żółtawe zęby i zbliżył otwarty sekator do jej dłoni.

– Nie! Nie! Przepraszam! Przepraszam! – wrzeszczała jak opętana. Trzymał ją tak mocno, że nie mogła oddychać. Czuła, że ostrze sekatora zaczepiło o pierścionek i tylko dlatego nie straciła jeszcze palca. – Mój mąż za wszystko zapłaci! Nazywam się Gajda! Panowie się pomylili!

Robert i Radek spojrzeli na siebie, udając zdezorientowanie. Robert podniósł ją na tyle wysoko, że nie sięgała palcami stóp podłogi. Jolka krzyknęła rozdzierająco jak niesiona na szafot dziewica. Mężczyzna przeniósł ją kilka metrów i bezceremonialnie usadził na krześle stojącym przy stole. Gwałtowność, z jaką się na nim znalazła, odebrała jej resztę woli walki. Obaj napastnicy byli silni i brutalni – jej kobiecość i delikatność nic dla nich nie znaczyły. Zaczęła pochlipywać. Nikt dotąd nie traktował jej w ten sposób. Faceci byli w jej oczach półgłówkami, nad którymi zawsze potrafiła zapanować. Teraz czuła się zupełnie bezradna.

– Umiesz czytać, kretynko? – spytał Robert, trzymając w ręku kartkę z wypisanym dużymi literami tekstem. Jolka przebiegła tekst wzrokiem i rozbeczała się na dobre. Radek postawił na blacie stołu dyktafon i spojrzał pytająco na Roberta. Znawca kobiecych dusz chwycił dłoń kobiety tak, że jej wskazujący palec wystawał ponad ich splecione dłonie.

– Co mam zrobić? Czego ode mnie chcecie? – Ostrza przecisnęły się między pierścionkami i zacisnęły na jej palcu. Bardziej od bólu bała się widoku swojego odciętego palca na brudnej podłodze.

– Przeczytaj to, przeczytaj to tak, żeby twój mąż się wzruszył – głos Roberta brzmiał miękko i przyjaźnie.

Puścił jej dłoń i obaj patrzyli na nią wyczekująco. Radek nacisnął przycisk dyktafonu. Przełknęła łzy i końcami palców odruchowo poprawiła włosy.

– Zostałam porwana, wrócę do domu, jak zapłacisz trzysta tysięcy euro... Stasiek!

Robert zatrzymał nagranie.

– Gdzie tu jest napisane Stasiek? – spytał.

– Mój mąż jest Stasiek, do niego chyba mówię, nie?

– Masz czytać to, co tu jest napisane, chyba że chcesz, żeby zabolało.

– Zostałam porwana... – wydukała płaczliwie.

– Stop! Powiem ci, kiedy masz zacząć, głupia krowo!

Radek skasował poprzednie nagranie.

Zaczęła czytać, połykając łzy. Robert z uznaniem skinął głową – żądanie okupu brzmiało jasno i dramatycznie, tak jak wymagał tego jego plan.


Rozdział 2

Ten komisariat już kilka razy chciano przenieść w inne miejsce. Adaptowane naprędce pomieszczenia po starej drukarni miały początkowo służyć przez rok, potem dwa lata. Wyłoniono tam sekcję kryminalną. Na początku nazywano ich wydziałem, a potem już tylko sekcją. Wszystko było tu tymczasowe i prowizoryczne – poza trupami ofiar. Kiedy zainstalowano centralne ogrzewanie, dla wszystkich stało się jasne, że zostaną tu na dłużej. Komisarz Michał Grosz twierdził, że na zawsze.

W Polsce liczba osób zamkniętych w więzieniach jest od kilkunastu lat porównywalna z liczbą zatrudnionych na etatach policjantów. Krajowe i unijne standardy bardzo rygorystycznie określają warunki bytowania więźniów. Przestępców zawsze jest zbyt wielu na metr kwadratowy powierzchni cel, w których są osadzeni. Jednak kwoty, jakie przeznacza się na ich utrzymanie, zawsze są wyższe, per capita, od tych, które przeznacza się na policję. Więzień musi być nakarmiony, mieć bieżącą wodę i centralne ogrzewanie. Kiedy czegoś zaczyna brakować, wybucha bunt. Politycy panicznie boją się zamieszek w więzieniach – malkontenci i opozycja często interpretują takie zdarzenia jako oznakę słabości państwa. W policyjnych komisariatach nikt nie bada temperatury i wilgotności powietrza. Nikogo nie wzrusza, że w jedynej na całym piętrze, koedukacyjnej toalecie od dwóch tygodni nie ma ciepłej wody. Są za to robale. Kilka szybko biegających po ścianach i podłodze gatunków.

Stanisław Gajda siedział po drugiej stronie biurka komisarza Grosza i śledził wzrokiem trasę spaceru karaczana wschodniego, który wspiął się na drewniany parapet okna i zmierzał w stronę pęknięcia tynku przy framudze okna, gdzie prawdopodobnie rezydował. Pytania, które zadawał mu Grosz, zaczęły się powtarzać i było to już trochę irytujące. Gajda starał się nad sobą panować, ale w tej chwili bardziej intrygowało go, skąd bierze się dowolność w nazywaniu karaluchów prusakami lub francuzami i dlaczego nie dotyczy ona pluskiew. Porwano mu żonę, którą kochał, a policjant, do którego przyszedł po pomoc, był tak samo bezradny jak on.

– Czy wcześniej ktoś już panu groził?

– Nic z tych rzeczy – odpowiedział Stanisław Gajda, bardzo rozczarowany zniknięciem karalucha.

– Czy pana żona pożyczała pieniądze... gdzieś poza systemem bankowym?

– W domu siedziała, ptasiego mleka jej nie brakowało, miała swoje pieniądze i nie musiała się z nich rozliczać. Nie rozumie pan, że tu o mnie chodzi? Chcą mnie wydoić na parę złotych i z tego, co tu widzę, to pewnie im się uda.

Grosz uruchomił magnetofon. Wydobył się z niego piskliwy głos Jolki.

– Stasiek, zapłać im! Jak zawiadomisz policję, zabiją mnie. Nie próbuj z nimi pogrywać, zapłać im! Ja cię błagam, Stasiek!

Zimne, wyprane z koloru, kiedyś niebieskie oczy Gajdy skierowane były w stronę pęknięć muru przy framudze okna. Słyszał to nagranie już kilka razy. Miał absolutną pewność, że to głos jego żony i że ta historia wydarzyła się naprawdę. Dwie spędzone tu godziny uznał za stracone. Gajda był człowiekiem czynu – skoro już wiadomo, o co chodzi, to trzeba jak najszybciej skończyć gadanie i zacząć działać.

Grosz zauważył na pospolitej twarzy Gajdy, trochę zdeformowanej warstwą tłuszczu, rysy jednostki przywódczej. Stworzonej do wielkich dzieł i wydawania poleceń. Współpraca z ociężałą machiną policyjną musiała być dla niego bolesnym upokorzeniem.

– Nie obawia się pan, że kontaktując się z policją, pogarsza pan sytuację swojej żony?

– Mam pieniądze i chcę zapłacić. Przyszedłem tu, bo im nie wierzę. Ile razy mam to panu tłumaczyć, do jasnej cholery?!

– Akceptuje pan sytuację, że wezmą pieniądze i nie oddadzą panu żony?

– Próbuję pana przekonać, że to są bandziory. Mogą pogrywać sobie ze mną, ale chyba nie z policją, co?

– Dowiedział się pan o porwaniu żony o piętnastej? – ciągnął Grosz.

– Straciłem głowę, tego chyba nie muszę tłumaczyć? Pobiegłem do banku po pieniądze, potem czekałem na telefon. Gdyby zadzwonili od razu, pewnie byłoby już po wszystkim. Minęła godzina, dwie, zacząłem już myśleć o tym tak bardziej na chłodno. Człowieku, pomyślałem, a jak zrobią cię w bambuko? Zgarną kasę i zażądają więcej? Sam nie dam rady, muszę mieć jakieś wsparcie. – Gajda przeniósł wzrok na siedzącego obok Grosza aspiranta Marcina Burhardta. Wydawało mu się, że ten młody chłopak jest inteligentniejszy niż Grosz i potrafi zrozumieć jego argumenty. Nie miał już wątpliwości, że komisarz reprezentuje typ biurokraty, który potrafi tylko gadać. Jest to zapożyczona od polityków maniera służąca ukryciu niekompetencji. Ktoś, kto siedzi w interesach, wyczuwa takich nygusów od razu. Gładko wygolonych mądrali na państwowych posadkach.

– Dobrze pan zrobił, panie Gajda. – Marcin uśmiechnął się do niego z aprobatą.

– Kocham swoją żonę. Ma kobita wszystko, co chce, ale to jest tak jak z dziećmi: dobrobyt odbiera rozum. Człowiek mądry jest dopiero po fakcie. Sto razy jej powtarzałem: nie noś tyle tego złota na sobie, kobito, wyglądasz jak choinka. Ludzie teraz często na chleb czy na lekarza nie mają, za dwadzieścia złotych potrafią zabić. Zresztą, co ja gadam, panowie sami wiecie najlepiej, na co dzień to macie.

Grosz spojrzał na rozłożone na biurku fotografie Jolki, które przyniósł Gajda. Próbował wyobrazić sobie zrozpaczonego męża w jedwabnej piżamie, samotnie leżącego w ogromnym małżeńskim łożu. Człowiek przyzwyczajony do narzucania swojej woli, mężczyzna sukcesu, mąż ponętnej – o jedenaście lat młodszej – blond żony musi czuć się w takiej sytuacji wyjątkowo fatalnie. Czy Stanisław Gajda upije się dzisiaj przed telewizorem, czy będzie zmagał się z sennymi koszmarami, w których wypielęgnowane ciało jego małżonki bezczeszczą niedomyci zwyrodnialcy? Czy będzie czuwał przez całą noc przy telefonie, gotów w każdej chwili biec z pomocą ukochanej kobiecie? Czy zaśnie w ubraniu na kanapie, jak zdarza się to Groszowi przynajmniej raz w tygodniu?

– Ona swój rozum ma, ale te jej koleżanki to kompletne dno – odezwał się Gajda. – Kto wie, z kim one się zadają? Jakiś namiar przecież bandzior musiał mieć. Skąd oni niby wiedzą, że ja mam kasę? Skąd wiedzieli, że akurat dzisiaj miała tego fryzjera?

Gajda stał się dla Grosza znowu całkiem realny. Siedział po drugiej stronie biurka i mówił jak policjant. Typował sprawców, ich powiązania z ofiarą, określał motywy działania. Podstawowe elementy śledztwa. Niezwykły człowiek. Grosz doszedł do wniosku, że mógłby go polubić – facet był trochę egocentryczny i łatwo wpadał w złość, kiedy działo się coś wbrew jego woli. Ale przecież porwanie żony to coś poważniejszego niż wyrwanie zęba. A on jednak nie wpadał w panikę i nie histeryzował, zachowywał się jak prawdziwy mężczyzna, chciał odzyskać swoją kobietę i gotów był za to zapłacić. Policjant poczuł ukłucie żądła zazdrości. Tacy ludzie popychają ten świat do przodu – zaradni i zdecydowani. Ten Gajda ma wszystko to, czego mi brakuje, pomyślał komisarz. Jest zadowolony z życia i twardy jak skała, o którą rozbijają się fale zwątpienia i melancholii.

Grosz skarcił się za to ostatnie zdanie, uznając je za zbyt pretensjonalne. Ostatecznie ten facet przyszedł do niego i prosił go o pomoc. Nigdy nie będzie taki jak on, ale wyłącznie dlatego, że mu na tym nie zależy.

– Marcin! – Grosz zaczął wydawać dyspozycje. – Weź pana Gajdę do siebie i spisz wszystkie kontakty oraz personalia osób, które pracują w jego firmie. Młoda niech zacznie od tej Misi, czy jak ona tam się nazywa, potem krąg najbliższych znajomych. Macie państwo kogoś do pomocy w domu?

Gajda twierdząco skinął głową.

– Jest gosposia i ogrodnik, facet ma teraz urlop... Co mam robić, jak zadzwonią?

– Powie im pan, że jest pan zajęty i nie ma pan czasu, coś takiego. Proszę odbierać tylko domowy telefon, połączenia na komórkę tylko wtedy, kiedy zidentyfikuje pan numer.

– Nie zamierzam z nimi pogrywać. Chcę zapłacić i mieć ją w domu. Ona jest dla mnie najważniejsza!

– Chcemy panu pomóc, panie Gajda – wtrącił Marcin.

– Ja panów rozumiem, macie swoje sposoby, różne takie gierki, no... zapomniałem słowa... gry operacyjne! Czytam gazety, orientuję się trochę, ale to nie jest taka sytuacja. Tę sprawę z Płocka przecież znacie. Kombinowali, kombinowali, kasa poszła się jebać i w końcu dostali trupa. Ja kocham moją żonę. Dzwonią, ja wypłacam pieniążki i ona ma być w domu, tak to widzę.

Grosz znowu poczuł rozczarowanie. Z Gajdy, kiedy tracił nad sobą panowanie, wychodził prymitywny wieśniak. Komisarz nie mógł znieść, że jest uzależniony od ludzi, których nie może po prostu wyrzucić za drzwi.

– Dzisiaj raczej nie zadzwonią – powiedział. – Poczekają, żeby pan trochę skruszał, zaczął kierować się emocjami, stał się uległy i zastraszony... Jeżeli zadzwonią, to mają się dowiedzieć, że z pana jest twardy zawodnik, którego nie da się łatwo złamać. Bo taki pan jest, prawda?

Gajda przyglądał mu się podejrzliwie.

– Do zobaczenia, panie Gajda! – Grosz uśmiechnął się do niego i patrząc mu prosto w oczy, uścisnął dłoń z taką siłą, że mężczyzna stracił na chwilę czucie w przedramieniu.

Policjant postanowił, że zrobi wszystko, żeby pomóc temu człowiekowi. Uświadomił sobie, że bardzo chciałby zamienić chociaż kilka zdań z jego żoną. Na fotografii nie wyglądała na idiotkę. Z relacji Gajdy wynikało, że byli ze sobą bardzo szczęśliwi. Grosz nie potrafił sobie tego wyobrazić. Sporo by dał, żeby móc usłyszeć to od niej. Często mylił się w ocenie kobiet i pewnie dlatego ciągle był sam. Patrząca na niego z fotografii Jolanta Gajda nie była w jego typie. Potrzebę rozmowy z nią uznał za trochę perwersyjną. Los znowu okazał się dla niego łaskawy – dostał szansę wyrwania się z zachłannie ogarniającej go apatii.

***

Pokój Marcina prawie w całości wypełniały dwa biurka. Przy tym po lewej stronie od wejścia siedziała wpatrzona w ekran swojego komputera Marta Czapska. Nie zwróciła uwagi na wchodzących.

– To jest pan Gajda, a to aspirant Czapska. Mamy porwanie z żądaniem okupu. – Marcin przysunął Gajdzie krzesło. Ten podszedł do Marty i pocałował ją w rękę z wyrazem twarzy człowieka, który powierza komuś swój los. Martę żenowało całowanie w rękę, ale ponieważ zdarzało jej się to niezwykle rzadko, nie protestowała. Facet ładnie pachniał, był dobrze ubrany i chętnie odpowiadał na jej pytania. Zauważyła, że kiedy pochyla się nad klawiaturą, Gajda dyskretnie studiuje kształt jej piersi.

– Ile pieniędzy mogła mieć żona przy sobie?

– Pojęcia nie mam. Ona nie ma zaufania do kart kredytowych, zawsze płaci gotówką. Bez przerwy coś kupuje...

– Mówił pan, że żona nie pracuje.

– Dostaje na dom i... na to, czego tam potrzebuje.

– Ile?

– No tak... dychę jej daję.

– Dziesięć tysięcy? – zapytała z niedowierzaniem Marta.

Gajda potwierdził skinieniem głowy.

Marcin postawił przed nimi szklanki z herbatą. Marta przez chwilę zastanawiała się, czy chciałaby być żoną takiego faceta. Wyszło na to, że nie. Łysina, łańcuch na szyi i złoty rolex na włochatym przedramieniu przekraczały kilkakrotnie na jej skali granicę obciachu.

– Ile osób zatrudnia pan w swojej firmie?

– Której? – spytał Gajda, obserwując sposób, w jaki Marta piła herbatę. Zapomniał na chwilę o istnieniu aspiranta Burhardta. Wnikliwie analizował zarys ust policjantki. Miał teorię, że charakter kobiet można poznać po ruchu i kształcie warg. – Mam cztery swoje firmy i udziały w kilku innych.

– Będziemy musieli sprawdzić każdą z osób, które pan zatrudnia – wtrącił się Marcin. – Marta zajmie się rodziną i kręgiem pana najbliższych znajomych. Kto pracuje u pana w domu?

– Jest dziewczyna, która sprząta i podaje do stołu. Od lat jest u nas... – Gajda odwrócił się w stronę Marcina. – Wie pan... ostatnio to rzeczywiście jakaś taka ciekawska się zrobiła. Wydawało mi się kiedyś, że podsłuchuje, gdy rozmawiam przez telefon.

Na chwilę w pokoju zapanowała cisza. Gajda spróbował swojej herbaty. Z zadowoleniem oblizał usta – smakowała mu, odzyskiwał powoli równowagę i poczucie pewności. Poznał kiedyś faceta, który dokonał eksmisji owianego złą sławą komisariatu przy ulicy Jezuickiej na Starym Mieście. Tego, w którym milicjanci pobili śmiertelnie Grzegorza Przemyka. Ówczesny minister spraw wewnętrznych w odręcznej notatce polecił, aby sąd skazał w tej sprawie lekarkę i sanitariuszy, którzy próbowali chłopca ratować. Ten komisariat kompromitował system, więc pomysł, żeby zamienić go na ruską knajpę, komunistyczne władze przyjęły z ulgą. Cwaniak eksmitował funkcjonariuszy do kontenera przy Cytadeli i budowa ruszyła. Firma Gajdy dostarczała tam materiały budowlane i wyposażenie kuchni. Musi teraz odnaleźć tego faceta. Miał supermocne wejścia w policji. Te gnojki tutaj zaczną traktować go tak, jak się należy.

– Zgodzi się pan na założenie w pana domu podsłuchu? Ktoś od nas nagrywałby wszystkie rozmowy.

– Myślę, że tak. Zgadzam się na wszystko, co może pomóc.

Kontaktowy gość, pomyślał Marcin. Bogaci ludzie, którzy do nich przychodzili, zwykle traktowali ich trochę z góry, a nawet z lekceważeniem. Wydawało im się, że łapanie oprychów w epoce komputerów i filmów 3D jest bajecznie proste. Wystarczy mieć całe miasto na podglądzie kamer monitoringu, podsłuchiwać wszystko i wszystkich, a świat będzie bezpieczny jak w reklamach banków i biur podróży. Wszystko pod czujnym i sprawiedliwym okiem Wielkiego Brata. Bogaci burżuje byli przekonani, że właśnie na to idą ich podatki. Nikt nie chciał wierzyć, że Marcin musi przynosić do pracy swój papier toaletowy i wkłady do drukarki. Ten Gajda wyglądał na kogoś, kto wie, co jest grane w tym kraju. Nie będzie się stawiał ani pisał skarg do komendanta. Wszystko, czego od nich oczekiwał, to odzyskanie pulchnego ciała jego żony.

Marcin skończył w sierpniu trzydzieści lat i miał już precyzyjnie określoną strategię życiową. Dwa miesiące przed urodzinami rozstał się z dziewczyną. Ten związek pozostał w jego pamięci jak pobyt w więzieniu o łagodnym rygorze. Praca stanowiła przykrą konieczność, ale miała też swoje plusy. Jego namiętnością były kanały sportowe w telewizji kablowej i orientalna kuchnia typu fast food. W soboty i niedziele bywał na meczach piłkarskich i odsypiał zaległości z tygodnia.

Drzwi pokoju uchyliły się. Wysunęła się zza nich zniszczona życiem twarz Władka Jawora. Marcin spojrzał na zegarek. Władek zaprosił go już wcześniej na kawę, którą sam przyrządzał we włoskiej maszynce. Pożegnał się z Gajdą i podał mu swoją wizytówkę.

– Mamy porwanie – mruknął chwilę później, mieszając kawę.

– Wiem – odmruknął Władek. – Stary kazał mi zostawić tego topielca z Łazienek.

– Będziesz to ciągnął z nami?

– Na to wygląda – odpowiedział Władek. Kawa wydała mu się zbyt gorzka. Dosypał do niej odrobinę trzcinowego cukru i zapalił papierosa. Widok trupa w smokingu, którego wyciągnęli w nocy z parkowego stawu, ciągle stawał mu przed oczyma. Facet był na kolacji w restauracji na terenie parku Łazienkowskiego. Zostawił na chwilę swoje towarzystwo i już do niego nie wrócił. Ktoś wbił mu w plecy myśliwski nóż i wrzucił do wody. Władek przesłuchał prawie dwadzieścia osób i nie miał nic. Z Marcinem oprócz kawy łączyły go jeszcze zakłady bookmacherskie ligi angielskiej i to, że Władek był – dokładnie co do dnia – starszy o dziesięć lat od ojca Marcina.


Rozdział 3

Piwnica szybko wypełniła się ciepłym, smrodliwym zaduchem. Pod sufitem świeciła brudna żarówka, wokół której szamotała się ćma. Jolka zacisnęła powieki, aby odgrodzić się od tego, co wbrew żarliwie szeptanym modlitwom okazało się rzeczywistością – została porwana. Szok powoli ustępował, za to pojawił się ból poobijanych bioder i pleców oraz upokarzająca wilgoć w majtkach. Zsikała się, kiedy ten oprych próbował odciąć jej palec. Krótki nerwowy sen przyniósł poczucie absolutnej bezradności. Za ścianą słyszała skrzypiące posłanie i urywane chrapanie śpiącego mężczyzny. Wcześniej przez szparę pod drzwiami widziała smugę światła, która teraz znikła. Prawdopodobnie w drugim pomieszczeniu śpią jej oprawcy. Boże! To nie jest upiorny sen, który skończy się o świcie.

Gdzieś w tle, daleko za murami jej więzienia, rozległ się metaliczny stukot. Po chwili odezwał się ponownie. Coś jak jęk szlifowanego metalu. Pamiętała ten dźwięk jeszcze z dzieciństwa. To zgrzyt kół tramwaju zawracającego na pętli. Świadomość, że ciągle jeszcze jest w mieście, dodała jej sił i trochę otuchy. Przestała już dręczyć się poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, dlaczego spotkało to właśnie ją. Kara za romans z dentystą nie mogła być tak surowa – w ogóle nie było mowy o tak absurdalnych konsekwencjach. Powiedziała kochankowi, że mąż podejrzewa ją o zdradę i muszą ograniczyć spotkania. Stasiek to obleśna świnia i za zdradzenie go nie należała się żadna kara. Sam ciągle spotykał się z dziwkami. Złapała go też kiedyś na obmacywaniu służącej i oglądaniu filmów porno w garażu. Bóg jest surowy, ale sprawiedliwy.

Kropla potu spłynęła po jej szyi i wsiąkła w biustonosz. Rozważania o Sądzie Ostatecznym i panująca duchota zaczęły wprowadzać ją w stan histerycznej ekstazy. Ta kropla spływającego potu to znak, że nie jest sama i może jeszcze wyjść z tego cało! To ostateczny i niepodważalny dowód na to, że Bóg istnieje i nie jest małostkowy! Napastnicy zabrali Jolce telefon komórkowy, który miała w torbie. Ale przecież był jeszcze drugi – prezent od dentysty, miniaturowy, ze sztucznym diamentem w klapce, z zawsze wyłączonym dzwonkiem. Tylko kochanek znał ten numer. Pamięć aparatu wypełniona była SMS-ami z jego liryką miłosną. Na początku romansu używała go kilka razy dziennie, później odbierała już tylko wiadomości z prośbą o spotkanie. Nosiła go na złotym łańcuszku, od którego odpięła medalik Matki Boskiej. Kiedy prowadząc samochód lub robiąc zakupy, czuła między piersiami delikatną wibrację, zapominała na chwilę, że jest żoną Gajdy. Na jej twarzy pojawiał się zagadkowy uśmiech, który niezwykle intrygował Misię. Zdarzało się to coraz rzadziej, ale ciągle jeszcze powracało.

Włączyła aparat i przyłożyła dłoń do ust, żeby stłumić jęk. Komunikat na wyświetlaczu wyglądał jak nekrolog. Bateria słaba! Zasięg pulsował między jedną kreską a zerem. Wybrała numer dentysty i szybko wyłączyła komórkę. Nie powinna do niego dzwonić. Facet był miły, ale nie było sensu go w to wkręcać. Przypomniała sobie, co ta idiotka, Misia, wygadywała o kryminałach w telewizji. W filmach porywacze zostają złapani tylko dlatego, że komuś na tym zależy. Gajda zniszczy każdego, kto sięga po jego własność.

Poczuła kolejny przypływ obrzydzenia do swojego męża, ale – w odróżnieniu od kochanka – była pewna jego reakcji. Stasiek nie daruje tym draniom. Porywacze nie ukrywali swoich twarzy, a to znaczyło, że pewnie zabiją ją natychmiast po podjęciu okupu. Nie mogli ryzykować rozpoznania. Jeżeli Gajda dowie się o dentyście, nie zrobi nic, żeby ją ratować.

Usłyszała szmer za drzwiami. Żadnych telefonów, do cholery! Wyśle wiadomość, ale musi przemyśleć jej treść, bo jeżeli bateria padnie, pęknie cienka nić, na której wisi jej życie. To jej ostatnia szansa! Może liczyć tylko na siebie i na swój spryt. Będzie żyła tak długo, dopóki tych dwóch nie dostanie pieniędzy, chyba że któregoś dnia stracą cierpliwość. Czuła, że wraca jej energia. Do cholery, jedna krótka, logiczna wiadomość i tych dwóch zasrańców trafi do więzienia.

W szparze pod drzwiami pojawiło się światło. Szybko schowała telefon pod bluzkę i przykryła się kocem. Usłyszała odgłos przelewanej wody, a po chwili szum elektrycznego czajnika. Zgrzytnął klucz w zamku i w otwartych drzwiach stanął ten młodszy.

– Chcesz herbaty? – spytał.

– Chcę się umyć i przebrać! Za co mój mąż ma płacić, za ten śmierdzący barłóg?

– Nie drzyj się, nikt cię tu nie usłyszy. A jak mnie wkurwisz, to dostaniesz w dziób. Dociera to do ciebie? Chcesz herbaty?

– Piję tylko zieloną.

– Mam zwykłą. Żarcie będzie później. – Sięgnął do klamki, żeby zamknąć drzwi. Starał się być ordynarny i robić groźne miny, ale ona wyczuła, że jest trochę zażenowany sytuacją.

– Chcę się umyć, cała się lepię od brudu. – Zrzuciła z siebie koc, podeszła do drzwi i wstawiła nogę za próg, tak żeby nie mógł ich zamknąć.

– Coś pomyślę, odsuń się!

Jolki nie zadowoliła ta odpowiedź. Wzbierająca w niej złość sprawiła, że z całej siły uderzyła w drzwi, pragnąc wydostać się z cuchnącej klitki. Radek uchylił je tak, że straciła równowagę. Objął ją ramieniem, unieruchamiając jej obie ręce. Próbowała kopnąć go kolanem w krocze. Mężczyzna zablokował cios, ale to ją tylko jeszcze bardziej rozjuszyło. Odepchnęła się nogą od ściany, z nadzieją, że uwolni się z jego uścisku. Oboje stracili równowagę i upadli na jej posłanie.

– Proszę cię, nie rób tego...

– Wydaje ci się, że chciałbym cię przelecieć? Wyluzuj. – Wstał z łóżka, żeby podkreślić, że leżenie na niej nie sprawia mu przyjemności. – Nie podskakuj, bo będę musiał cię związać. Chcesz tego?

Jolka milczała obrażona i upokorzona. Przeszywający ból paraliżował jej przedramię. Facet był bardzo silny, nie warto się z nim było szarpać, bo mógł jej coś złamać.

– Pytałem cię o coś, dziewczynko – powiedział półgłosem.

Rozpłakała się. Nie znosiła bólu i przemocy, niewygód i brudu. Potrafiła manipulować mężczyznami. Zwykle jej ulegali, teraz jednak była zupełnie bezradna. Fakt, że ten brutal pachniał perfumami Calvina Kleina, tymi samymi, które kupiła dentyście na urodziny, doprowadzał ją do wściekłości.

Poczuła, że telefon wysunął się spomiędzy jej piersi i w lepszym świetle jego kształt będzie widoczny pod bluzką. Uniosła się nieco na łokciu, żeby temu zapobiec.

– Poproszę trochę wody – powiedziała zrezygnowanym, uległym tonem. Radek zniknął za drzwiami, a po chwili wrócił z butelką wody mineralnej.

– A jak będę chciała do toalety?

– Masz tu wiadro.

– Ty chyba żartujesz?

– Mam je zabrać?

Przez chwilę taksowała go wzrokiem. Robił wrażenie inteligentnego chłopaka. Zupełnie nie pasował do jej wyobrażeń o bandytach – miał zbyt niebieskie oczy. Ci, których znała z filmów, wyglądali inaczej i nigdy nie mieli niebieskich oczu.

– Jak masz na imię?

– Nie musimy się zaprzyjaźniać. Jak będziesz czegoś chciała, to zastukaj w drzwi. Tylko się nie drzyj, nienawidzę wrzasku. Dam ci dobrą radę: jeśli chcesz wyjść z tego cało, to potraktuj to jak interes.

– Interes? A co ja mogę z tego mieć?

– Życie... Nie jesteś jeszcze taka stara.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.