Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 187

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zapiski na chusteczkach - Katarzyna Krzan


Zbiór opowiadań powstających w ciągu kilku lat. Inspiracją dla tekstów stały się doświadczenia mistyczne, obserwacje kultury popularnej, sny, marzenia, fascynacje literaturą iberoamerykańską. Opowiadania te ukazywały się w różnych pismach, między innymi Kurierze Literackim, SosnArcie, ArtAnonsie, a także w kilku magazynach i stronach internetowych. Zapiski na chusteczkach są zbiorem najciekawszych opowiadań autorki, wśród których między innymi: Anioły, Zapiski na chusteczkach higienicznych, Mariposa, Święty spokój, Taniec u wód, Spacer po lodzie, Pokarm biogeniczny, Pociąg pociągiem i wiele innych.


O autorze:

Absolwentka kulturoznawstwa, doktor nauk humanistycznych o specjalności literaturoznawstwo (praca doktorska wydana przez Wydawnictwa Akademickie i
Profesjonalne: Ekstaza w wersji pop. Poszukiwania mistyczne w kulturze popularnej). Autorka poradników: Praktyczny Kurs Pisarstwa (Złote Myśli) oraz Szczęśliwe macierzyńśtwo i jego sekrety (Złote Myśli). Prowadzi KANApę Literacką oraz Kurs pisastwa w Centrum Edukacji i Wychowania Młodzieży KANA w Sosnowcu. Współpracuje z wortalem literackim www.granice.pl. Pisuje recenzje do magazynu społeczno-kuturalnego Śląsk, miesięcznika Sosnart i in.

Opinie o ebooku Zapiski na chusteczkach - Katarzyna Krzan

Fragment ebooka Zapiski na chusteczkach - Katarzyna Krzan













Katarzyna Krzan

Zapiski na chusteczkach

eBookowo

Wydanie I 2008


Copyright by Katarzyna Krzan & e–bookowo 2008

ISBN 978–83–61184–05– 8

www.e–bookowo.pl 

kontakt: wydawnictwo@e–bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione


Wydanie I 2008


Konwersja: Nexto Digital Services



ANIOŁY

Widuję anioły sześcioskrzydłe. Ludzie mówią, że to z głodu. Ale ja nie jestem głodna. Moje ciało jest pokarmem samo w sobie i samo dla siebie. Słowo stało się ciałem, a ciało pokarmem. Czy ja bluźnię? Jeśli tak, to skąd się biorą te wszystkie anioły w mojej głowie, albo wokół mnie? A może to samo zło mami mnie obrazami trzepoczących skrzydeł? Nie wiem. Ale i tak widuję anioły sześcioskrzydłe.

Nic nie wiem. Czuję się taka słaba. Jestem za ciężka, by polecieć razem z nimi do nieba. Ciąży mi moje ciało. Boję się, że mogę nie być niczym więcej... Boże, czy ja bluźnię?

Przychodzą do mnie stare kobiety. Oczekują cudów. Tak mówią i odmawiają różańce. Głowa mnie od tego boli, ale nie mam siły im o tym powiedzieć. Jeszcze uznałyby, że diabeł mnie podkusił, a to nie diabeł, tylko te anioły. Jest ich coraz więcej. Słyszę szum ich skrzydeł.

Był jeden doktor. Dziwił się, że żyję. Nie ruszam się. Nie mam ochoty. A oni wciąż przychodzą, żeby się przede mną modlić, jakbym była jakimś świętym obrazkiem.

Przestałam jeść, bo pragnę odlecieć razem z aniołami. Znowu jest ich więcej. Wiem, że chciałyby mnie wziąć za ręce i pociągnąć za sobą do góry.

Chcę być taka jak one. Muszę stać się aniołem. Czystą miłością.

Ciągle nie mogę się wznieść. Nie wiem, jak długo już to trwa. Może muszę najpierw umrzeć. A jeśli wszystko wtedy się skończy? I przestanę widzieć anioły? Boże, czy ja bluźnię?

Coraz mniej widzę. To chyba dobry znak. Aniołów nadal przybywa.

Przyszedł dziś (a może rok temu?) także i on. Poznałam. Chyba błagał o coś, bo klęczał trochę inaczej niż stare kobiety. Nie wiem, o co mu chodziło. Nie rozumie, że anioły przylatywały już wcześniej i on nic na to nie mógł poradzić. Ja sama nie mogłam. Były ze mną zanim się narodziłam, ale oddały mnie światu. To chyba jakaś próba. Życie jest egzaminem. Tak bardzo chciałabym go zdać i dostać się na powrót do nich. Do moich aniołów.

O, aniołki kochane, pomóżcie. Wyciągnijcie mnie z tego ciała i zabierzcie ze sobą.

Przestałam krwawić. Nie pocę się. Nie mam zapachu. Aniołowie też nie pachną, bo nie mają ciał. To chyba znak, że zaczęłam znikać. P owoli wygrywam z ciałem.

Dziś po raz pierwszy słyszałam, jak śpiewają. Chyba otworzyło się moje ucho wewnętrzne, bo nie słyszę już zdrowasiek, tylko śpiew aniołów. To cudowne. Chcę tak śpiewać. Nigdy nie umiałam. Nie, Panie, wybacz moją ohydną pychę. Wybacz. Chcę Ci pokornie służyć. Oddaję się Tobie cała.

Anioły muskają mnie swoimi lekkimi skrzydłami po ciele. Są już wszędzie. Przesłoniły mi dawny świat. Czuję je, choć nie mogę ich dotknąć.

Jeszcze tylko troszkę...




KATARZYNA

Powiedział mi dziś, że będę patronką Europy. Uśmiechnęłam się, bo wyczułam pokusy Szatana. Często przychodzi do mnie pod Jego postacią i kusi, nęci, podpowiada. Czasem jest tak przekonujący, że nie wiem, czy aby to na pewno on czy nie on.

Coraz częściej nawiedzają mnie demony. Siostra przełożona twierdzi, że to goście, pielgrzymi przybyli do mnie z najdalszych zaką tków Italii, by posłuchać moich „świętych słów". Właśnie dlatego jej nie wierzę. Wmawiają mi, że jestem święta, a ja przecież wiem, że bluźnię.

Bluźnię przeciwko Kościołowi rodzonemu, przeciwko księżom, nawet przeciwko papieżowi. Wiem to ja, czemu więc oni tego nie d ostrzegają i nie spalą mnie na stosie, jak to robią z lepszymi ode mnie?


ZAPISKI NA CHUSTECZKACH HIGIENICZNYCH

Nie ma tego złego...

Spadaniem zajęłam się dokładnie dwie sekundy temu. To jeszcze nie profesjonalizm, ale też nie amatorstwo.

W końcu spadam praktycznie i samodzielnie. Teorię znam z książek. Niektórym bohaterom udawało się nawet przeżyć takie spadanie z samolotu, choć definitywnie odmieniało to ich życie.

Moje też się zmieni. Jeśli przeżyję...

Spadam już dosyć długo. W końcu nadążam z robieniem notatek. Wysokość musi być duża. Może zdołam jakoś wytracić prędkość?

O, chyba nie. Widzę ziemię. Chmury się przerzedziły.

Rodzinie zapisuję wszystko, co mam. Siostrze, całą szafę. Zawsze coś z niej podbierała. Chcę być pochowana w sukni ślubnej. Takie marzenie. Mam prawo, choć nie mam męża, ale mogłabym mieć, gdyby nie ten samolot.

Wybaczam wszystkim i nie gniewam się na nikogo.

Chyba troszkę się załamałam. Ziemia coraz bliżej. Może będzie jakaś woda. Byle nie za głęboka i nie za płytka.

Mam chyba zbyt duże wymagania. Muszę kończyć, rozłożę ręce, to może się uda.

A jak nie



FALLEN

Krzyk noworodka jest wyrazem przeczucia bezmiaru tragedii wcielenia. Od momentu przedarcia się główki przez ciało matki zaczyna się ból materialnego istnienia.

Kropla ducha wszczepiona w ludzką tkankę jeszcze nie wie, co ją czeka, ale odczuwać zaczyna mękę różnicowania się komórek. Trwa to jakiś czas, aż ciało nabierze ludzkich kształtów. Można wtedy odpocząć, kołysząc się miękko w ciepłych wodach bezpieczeństwa. Ale nawet ten stan nie może być wieczny. Szybko okazuje się, że nadszedł czas na przeciśnięcie się przez otwór wielkości pomarańczy. Może to trwać chwilę. Może wiele godzin.

Zawsze jednak na końcu czeka chłód, ostre światło, czyjeś lepkie ręce i lodowate nożyczki oznaczające Odcięcie. Odtąd nie ma już powrotu. Chyba tylko poprzez wyschniętą rozsypkę gdzieś w wilgotnej ziemi. Stowarzyszenie umarłych poetów. Jednym ciałem z najbardziej pogardzanymi robakami świata. Ostateczna lekcja pokory. I, nieważne kim się było. Przez obie bramy trzeba przejść.

Takie myśli przychodzą do niego przed zaśnięciem. A przecież jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Każdego ranka wita życie z euforyczną radością, by po dwunastu godzinach żegnać się z nim na nowo. Jest przekonany, że umrze we śnie. Nie może być inaczej. Odkąd śnią mu się narodziny i śmierć. Razem. Wymieszane. Umierające noworodki i rodzący się starcy. Wszystko w jednym. Jak w jakiejś makabrycznej reklamie kremu odmładzającego.

Odkąd stał się człowiekiem, zaczął wierzyć w czas. Wcześniej n awet go nie zauważał. Po prostu trwał. Teraz poznał znaczenie liczb i wagę swojego ciała, które sezonowo kurczy się lub rozrasta, gdy pochłania smaki, o których kiedyś nawet nie mógł marzyć. Fascynuje go zresztą cały magiczny system trawienny, zdolny marchewkę przerobić na krew. I niech ktoś powie, że na świecie nie ma cudów.

Widział już wiele. Wieczność daje darmowe bilety na nieskończ oną ilość spektakli. Ale przemiana materii stanowi dla niego najprawdziwszy dowód świętości istnienia.

Gdyby to człowiek zajmował się stwarzaniem świata, pewnie kazałby ludzkości odżywiać się poprzez fotosyntezę. Tak byłoby łatwiej: trochę słońca dwa razy dziennie. Gdyby ktoś chciał schudnąć, siedziałby w domu, albo nosił parasol.

A tak: by żyć człowiek musi przerabiać w swoim ciele całe tony pokarmów i hektolitry płynów. A do tego: dbać o sprawy ducha. Jak pogodzić modlitwę z burczeniem w brzuchu? Gdy jest się aniołem, można bez zmrużenia okiem przez tysiąc lat śpiewać Hosanna.

Teraz rozumiał, dlaczego ludziom tak trudno trwać nieustannie w wierze. Teraz wszystko stało się jasne. I wygnanie z raju, i łzy, i ul eganie pokusom pierwszego upadłego. To była najwyższa odwaga w historii wszechświata: stanąć przeciwko wszystkiemu. To musiał być straszliwy ciężar. Sam nie czuł się z nim związany, ale pewnie po części był. Przez sam fakt dokonania wyboru. Choć uczynił to z miłości.

W języku angielskim słowa: upaść i zakochać się określane są tym samym czasownikiem: fall.

Anioł upadły to anioł zakochany


TO GRZECH

Pośród strumieni wrzącego źródła wspięłam się na palce. Chłodna mgła unosząca się nad wodą otuliła moje ramiona drobnymi kropelkami zraszając moje skrzydła. Wzlecieć, wzlecieć jak najszybciej nim mgła opadnie, nim ktokolwiek zauważy.

Poruszyłam skrzydłami jak najciszej, by nie zbudzić wiatru. Wciąż drżały tamtym płomieniem. Nie mogę im ufać. Muszę uregulować oddech, ochłodzić czerwone policzki. Nie mogą przecież poznać, gdzie byłam.

Wdrapałam się na brzeg. Traw a była mokra zimnym porankiem i przyjemną wilgocią niewidzialnego deszczu. Odpocznę chwilę. Położyłam się na trawie, niedaleko wrzącego strumienia. Ciało miałam ciągle nabrzmiałe, zmęczone. Powieki ciężkie, same układały się do snu. Tak. Zasnąć. Tylko na chwilę. Odzyskać siły. Nabrać świeżości nowego dnia.

Ale nie mogłam pozwolić sobie na sen. Mgła zaczęła już opadać. Mogliby mnie tu znaleźć chłopcy z pobliskiej wioski i wziąć za rusałkę.

Poczułam lekki powiew chłodu. Dzienny wiatr już się obudził, z araz rozgoni resztki nocy. Otuliłam ciało skrzydłami. Były już prawie suche. Gotowe do lotu. Jeszcze chwilka i wrócę. Muszę wrócić. Choć tu jest tak cudownie. Ale tam jest przecież moje miejsce. Moja gwiazda, mój sen.

Nie poszłam na początku z nimi. Wybrałam wolność w błękicie. Ją tylko znałam. Więc teraz mogę bywać tu czasami, najlepiej nocą, gdy gwiazdy przesłonięte są chmurami, gdy nikt nie może nas zobaczyć, gdy wyją wilki, gdy strach nakazuje ludziom pozostanie w domu. Tylko wt edy mogę opaść na sam dół. Do niego.

To grzech. Gotowa byłabym się go wyrzec, gdyby nie wiązał się z miłością. Nie ma piękniejszego świata od niebieskich krain. Nie ma. Ale zdecydował się przed wszystkimi czasami zejść na dół. Szeptali o władzy i wolności. Chciał, żebym poszła z nimi. Nie mogłam. Nie chciałam. To było smutne pożegnanie. Nigdy więcej nie mieliśmy... jako wrogowie... I rzeczywiście: walczyliśmy ze sobą w milionach bitew. Spotykal iśmy się przy umierających, walcząc o ich dusze. Widywaliśmy się przy narodzinach pełnych szczęścia i rozpaczy. Wiele razy potykaliśmy się o siebie podczas szeptania do ludzkich uszu dobrych rad i pokus. Wypowiadaliśmy odwieczne formułki, patrząc sobie w oczy. Przyznaję, że niewiele nas obchodził los tych wszystkich dusz, choć staraliśmy się działać sprawiedliwie, ale tylko po to, by nas nie nakryto. To grzech.

Raz pokazał mi swoim przypalonym skrzydłem to przejście i zniknął bez słowa. Podwodną jaskinię, spod której wybuchają gorące źródła wprost z wnętrza ziemi. Przejście do jego świata. Bezpieczna strefa przygraniczna.

Bałam się. To był strach największy. Pokusa grzechu i obawa outratę Łaski. Krążyłam nad tym miejscem latami, aż ludzie zaczęli opowiadać o bogini wód i składać mi ofiary z kwiatów. Nie mogłam na to pozwalać. Podjęłam decyzję. Nigdy więcej się tu nie pojawię. Ale tęsknota zmusiła mnie do zanurzenia się w gorących wodach którejś bezksiężycowej nocy. Bolało. Poczułam ciężar mokrych skrzydeł i jego dotyk, jakbyśmy nie byli duchami. To grzech, ale nie mogę go nie kochać.


SPACER PO LODZIE

Doskonale zakonserwowane ciało przedwcześnie zmarłej młodej kobiety wystawiono na widok publiczny przed kaplicą Najświętszej Panienki w miasteczku Santo Grosso. Nie miała jeszcze szesnastu lat, gdy zmarła nagle, a właściwie zasnęła w drodze do tejże kaplicy wczesnym rankiem w niedzielę. Zastygła nagle. W bezruchu.

Nie odpowiadała na pozdrowienia mijających ją innych kobiet. Więc te, zaniepokojone, wezwały proboszcza. Ksiądz obejrzał ją dokładnie. Zajrzał w szeroko otwarte, jakby w wielkim zdziwieniu, oczy i oświadczył:

– Marita dostąpiła cudownego widzenia. Jej oczy ujrzały kryształowe schody do nieba i aniołów śpiewających wieczne Hosanna, a jej dusza z radości wyrwała się z ciała i pomknęła ku niebiańskim istotom, zupełnie zapominając o ciele. Módlmy się, bo oto stał się cud! Powinniśmy się radować, że to niewinne dziewczę spotkał tak cudowny zaszczyt i umarła mając przed oczami tak piękny widok.

Zabrano jej zesztywniałe już lekko ciało do kaplicy, skropiono wodą święconą i wezwano lekarza, aby stwierdził zgon, gdyż takie prawo obowiązywało w miasteczku: każda śmierć powinna być odnotowana przez don Fernanda. Lekarz, zwany don Fernandem, był jeden na całą prowincję. Bywał w Santo Grosso w środy, więc należało się spodziewać, że nie pojawi się wcześniej. Mimo to, wysłano po niego dwunastoletniego ministranta. Pozostało jeszcze powiadomić rodzinę Marity, któ

ra chodziła na msze popołudniami, więc o niczym jej członkowie jeszcze nie wiedzieli.

Przyniesieniem złej, a zarazem dobrej wieści zajęły się kobiety, które całą gromadą udały się do domu Marity. Wszystkie chciały zob aczyć miny jej rodziców, kiedy dowiedzą się o cudzie. Idąc, omawiały precyzyjną strategię stopniowania napięcia tak, by finał wydał się możliwie jak najbardziej niesamowity. Wymyśliły więc, że na dziewczynę napadł po drodze wilkołak, przed którym obroniła się jednym spojr zeniem, co już świadczyć miało o jej świętości. Potem diabeł pod postacią pięknego młodzieńca kusił ją, by z nim poszła. Ten fragment był przygotowany dla narzeczonego Marity, Juana, najlepszego kawalera w mi asteczku. Mieli się pobrać w przyszłym roku na wiosnę. Juan był bardzo zazdrosny o swoją ukochaną, więc ta historia powinna wywrzeć na nim silne wrażenie. Następnie miały opowiedzieć o niesamowitej wizji, którą miała Marita tuż przed wejściem do kapliczki. Tą wizję miała opowiedzieć wszystkim zgromadzonym na nabożeństwie i dopiero po skończeniu opowieści, zastygnąć na zawsze. Kobiety doszły do wniosku, że będzie to dobra historia i długo jeszcze będzie powtarzana.

Pozostała im jeszcze do omówienia kwestia przyszłego ożenku Juana. Doszły po wielu sporach do wniosku, że Juan po odpowiednim okresie żałoby będzie musiał wybrać sobie kogoś innego. Najlepsza dla niego będzie młodsza siostra Marity, trzynastoletnia Marina. Będzie to ładnie ze strony owdowiałego narzeczonego, no i posag zwiększy się o wiano drugiej siostry. I w ogóle będą same korzyści. Nie trzeba przecież będzie odwoływać uroczystości ślubnych. A to, że Marina jest bardzo młoda, to nawet dobrze. Juan będzie miał z niej dłużej pociechę.

Jak uradziły, tak postanowiły zrobić.

Tymczasem Marita stała przed wejściem do kaplicy, sztywna, opuszczona przez ludzi, czekająca już tylko na lekarskie potwierdzenie swojego zgonu. Wiatr wsypywał jej piasek do oczu, ale nie mogła zmrużyć powiek, by się przed nim uchronić. Słonce grzało coraz mocniej, zbliżało się południe. Trudno będzie wytrzymać w skwarze, przemknęła się przez jej głowę myśl. Ale, czy to nie wszystko jedno.

To, co zobaczyła w drodze do kościoła całkowicie odebrało jej zdolność ruchu i decydowania o sobie. Nie potrafiła nawet oddychać. A jednak żyła. Była pewna, że nie umarła. To nie mogła być śmierć. Śmierć dotyka ludzi starych, albo młodzieńców śmiertelnie zranionych, albo zwierzęta, ale nie ją. Nie była przygotowana na śmierć. Szła prz ecież tylko do kościoła. Jak co dzień. A za rok miała stać się panną młodą. To nie może być śmierć. Czuła przecież, że znajduje się nadal w swoim ciele, a przecież ksiądz nauczał, że po śmierci dusza opuszcza ciało... To nie może być śmierć.

A jednak coś ją przecież nagle zatrzymało, kazało znieruchomieć tuż przed kaplicą Najświętszej Panienki. Wiatr targał jej sukienkę i włosy, a ona nie mogła się poruszyć. Całkowicie skostniała z zimna, którego nigdy nie czuła w tym zawsze gorącym kraju.

To, co zobaczyła było całkowicie lodowate i przerażająco białe. Ta biel zakłuła ją w oczy i wdarła się w głąb jej duszy.

Gdyby znała to określenie, mogłaby powiedzieć, że zwyczajnie zamarzła.


FILIP

„Twoje oczy zawsze widzą to, co chcą zobaczyć." Umysł nadaje n azwy rzeczom zanim się pojawią. Powstaje z tego świat zbadany i zmierzony od początku do końca: góra, dół, lewy i prawy świat, miejsca święte i zwyczajne.

Zdarzają się jednak umysły niespokojne, które błądzą w tym świecie z pozoru tylko nadanych znaczeń. Umysły, które pytają o wszystko, każdemu zjawisku się dziwią i nie mogą uwierzyć w doskonałość świata. Właścicielem takiego nieuprzedzonego umysłu był Filip, od narodzin pacjent szpitali psychiatrycznych i zagadkowy przypadek dla całej rz eszy dyplomowanych lekarzy.

Życie Filipa składało się z zadawania pytań. Nie rozumiał niczego, nie nauczył się żadnej zasady, nie przyjął żadnego prawa. Nie pozwolił sobie wmówić, że dwa razy dwa to cztery. Pytał, dlaczego. A do tego odznaczał się przecież ponadprzeciętną, nienormalną wręcz inteligencją. Nie było dla niej skali w żadnych testach.

Filip nie potrafił się ubrać. Nie mówił „dzień dobry", nie przepr aszał, nie prosił. Na napomnienia reagował zawsze tym samym: „dlaczego". Dlaczego mam mieć zapięte spodnie, dlaczego nie mogę załatwić się akurat tutaj, dlaczego mam jeść łyżką, jeśli zupę mogę po prostu wypić. I tak dalej. Nie rozumiał podstaw dobrego zachowania.

Najdziwniejsze było jednak to, że Filip znał co najmniej osiemn aście języków, nigdy ich się nie ucząc. Ignorował przy tym zasady ortografii i gramatyki. Nie słuchał porad. Zawsze pytał: a dlaczego? Nie przemawiało do niego powoływanie się na tradycję, reguły, słowniki. Gdyby nie ignorancja dla podstawowych zasad Filip dostałby pewnie nagrodę Nobla. I to w kilku różnych dziedzinach. Gdyby nauczył się cz ytać. Nie chciał tego robić, gdyż uznał znaki pisma, niezależnie od języka za abstrakcyjne symbole, które raz znaczą jedno, innym razem drugie. Nie można więc im ufać. To samo mówił o wzorach matematycznych. Zapytany potrafił wyjaśnić najbardziej skomplikowane zagadnienia. Ale tylko słowami. Naukowcy zaś potrzebowali dowodów, wyliczeń, których Filip nie chciał im dać. Filip odmawiał przekładania beztroskiego lotu piłki na język wykresu czy wzoru.

Z zachowania Filip przypominał zwykłego wariata, podcierającego się ręką, wycierającego nos o koszulę czy bekającego podczas spotkań z ważnymi lekarzami. Tylko jego inteligencja starczyłaby na doktoraty dla dwudziestu pracowników uniwersyteckich.

Filip znał przeszłość i przyszłość ludzkości. To właśnie najbardziej fascynowało naukowców. Wiedział wszystko, jakby jego pamięć genetyczna znajdowała się w tym samym miejscu, co pamięć krótkoterm inowa. Znał daty i wydarzenia. Potrafił powiedzieć, co Ludwik XIV jadł w czwartek danego dnia miesiąca i roku. Wiedział, kto wygra wybory w Senegalu za 15 lat, gdzie zmieni się ustrój, ile będzie kosztować benzyna, co astronauci odkryją na Uranie za kilkanaście lat, kto zginie w wypadku, komu wypadną włosy. Wszystko. Ale nie popisywał się swoją wiedzą, na której mógłby zrobić majątek. Każdą informację, szczególnie te o kursach walut i indeksie giełdowym, trzeba było wyciągać z niego podstępem, albo czekać na moment, gdy zechce mówić.

Lekarze nie wiedzieli, co z nim zrobić. Byli przekonani, że Filip nie poradzi sobie wśród normalnych ludzi, że będzie wyszydzany, nietolerowany, a może nawet ktoś go zastrzeli z zazdrości. Nie wiedzieli, czy ogłosić go Einsteinem XXI wieku, czy zamknąć „dla jego dobra" na stałe w szpitalu. Wybrali to drugie, by w celach naukowych poddać go testom, a może nawet sklonować... na przyszłość.

Filip miał już wtedy 26 lat. Potrafił rozmawiać na każdy temat. Miał wiele pomysłów, które naukowcy wykorzystywali jako swoje. Traktowali go jak własne źródełko wiedzy, z którego można czerpać pełnymi garściami, bo przecież i tak nigdy nie upomni się o swój wkład w rozwój nauki. Od biologii poprzez mechanikę do teologii. Dzięki umysłowi Filipa naukowcy wydali kilkadziesiąt książek i zebrali tyleż samo nagród. Dostanie się na swoistą audiencję do niego było wielkim prz ywilejem, otwierało przecież drogę do błyskotliwej kariery naukowej. Trzeba było jednak wszystko trzymać w tajemnicy przed dziennikarzami, a nawet współmałżonkami. Za wizyty u Filipa trzeba było z czasem coraz więcej płacić. Rozległą wiedza oraz wrodzona niewinność pozwalały Filipowi zadawać pytania, które okazywały się przełomowymi. Notowano więc wszystkie jego słowa, by móc nimi potem handlować.

Interesy szpitala psychiatrycznego, w którym przebywał Filip szły wyśmienicie. Odczuł to sam bohater świata naukowego. Dostał większy pokój z wszystkimi wygodami, komputerem, którego i tak nie chciał używać, telewizorem. Zresztą mógł mieć wszystko. Wdzięczność naukowców nie znała granic.

Stopniowo też Filip przestał interesować się sprawami ciała. Stawał się samym umysłem, który nie potrzebował już pokarmu dla ciała. Wystarczały mu rozmyślania. Powoli zmieniał się w inteligencję najczystszej postaci.

Naukowcy widzieli proces stopniowego odmaterializowywania się ich pacjenta, ale nie potrafili go wyjaśnić. Filip o tym nie wspominał. Powoli znikał. Jego skóra stawała się cienka i przezroczysta, a żyły n abierały barwy bladego błękitu.

Po roku obserwacji stwierdzono, że krew Filipa przestała krążyć, a on sam dobrowolnie zaprzestał oddychania. Aparatura, do której był podłączony przestała pokazywać jego czynności życiowe. Filip umarł dla świata materialnego, a przecież wciąż żył. Rozmawiał z badaczami, dawał im wskazówki, mówił jakiej płci będą ich nienarodzone jeszcze dzieci, wnuki i prawnuki.

Naukowcom również udzieliło się zdziwienie Filipa, gdy pewnego dnia w jego łóżku zobaczyli jaśniejącą ciepłą smugę światła.

– Przeanielił się za życia! – wykrzyknęła na ten widok jedna z wierzących pielęgniarek i natychmiast padła na kolana.

Jeden z lekarzy wyprowadził ją na korytarz, tłumacząc, że to, co widziała było aurą, poświatą, jak zdjęcie rentgena i żeby tak się nie przejmowała, bo może stracić pracę.

Pielęgniarka wzięła wolne i pobiegła do kościoła.


WIECZÓR

– Nie rozumiem, dlaczego to ty zawsze trzymasz pilota...

– Ja? Pilota?

– Pilota. Czy ja już nie mam prawa niczego sobie obejrzeć?

– Kto ma pilota, ten ma władzę. To co byś niby chciała oglądać?

– Film na Drugim.

– Na Drugim?! – spojrzał na żonę niedowierzająco zza okularów. – A cóż takiego niby jest na Drugim?

– Już się zaczął. Daj tego pilota wreszcie.

– Weź sobie. Przecież leży.

– Koło ciebie...

– Muszę go mieć pod ręką. Zaraz zobaczymy, co to za film ci się marzy... – Sięga po gazetę telewizyjną, jedyną prasę dostarczaną raz w tygodniu do domu. Uważnie czyta streszczenie filmu.

Żona tymczasem zdobyła dostęp do pilota i zaczęła skakać po kanałach.

– Przecież myśmy to już oglądali! – wykrzykuje nagle jej małżonek, wyraźnie poddenerowany jej poczynaniami. – To jest o tym, jak żona zabiła męża, bo miała kochanka, który...

– Zaraz ja ciebie zabiję, jak nie przestaniesz. Czy jest na świecie jakiś film, którego ty jeszcze nie oglądałeś?

– Jest, na Polsacie... Dlaczego zawsze musimy oglądać to, co ty chcesz? – Mąż przystąpił do kontrataku, wykorzystując jej własną broń.

– Zawsze? Chyba żartujesz?! Zresztą weź sobie tego pilota. I tak nie pozwolisz mi obejrzeć w spokoju.

– Na Polsacie jest taki fajny film o terrorystach...

– Pokaż tą gazetę... Przecież już to oglądałeś!

– Nie.

– Jak to nie. To o tym, jak wysadzają budynek, a potem w pościgu rozwalają pół miasta. Bardzo ambitne...

– Od kiedy to zostałaś krytykiem filmowym? Wszystko zawsze musisz zepsuć. Człowiekowi mija ochota na oglądanie. To może „Milionerów"? – zapytał po chwili ugodowo.

– Wolałabym jakiś mądry film. Zresztą, rób co chcesz. To ty masz pilota. Ja chyba coś poczytam.

– Wszędzie reklamy – wymruczał małżonek, zappingując po setce kanałów.

Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia zgasło światło. Nastała cisza. On zastygł z pilotem w ręku. Ona w pół drogi po książkę.

– Dranie wyłączyli prąd. Akurat teraz.

– I co teraz będzie? – zapytała z niepokojem.


POKARM BIOGENICZNY

– Witaj, kochanie. Już wróciłam. Zrobiłam zakupy.

– Cześć, kotku. A co dobrego kupiłaś?

– Była promocja. Wzięłam trzy klony. Dwa zamrożę, a z tego zr obię obiad na dziś i niedzielę. Co ty na to?

– Może być.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com