Zapach miasta po burzy - Olgierd Świerzewski - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1011 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 29 godz. 13 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zapach miasta po burzy - Olgierd Świerzewski

Zapach miasta po burzy” to porywająca historia miłości z upadającym imperium w tle. Dobro i zło w potyczce na zatracenie. Wielka historia rodem z Tołstoja i ciemna strona rosyjskiej natury jak u Dostojewskiego. Pełna pasji i szaleństwa powieść, jakiej dawno nie było. Trzeba nie lada bezczelności, żeby bez najmniejszego skrępowania, jak robi to Olgierd Świerzewski, sięgać pełnymi garściami z żywiołu romansu i mieszać go ze skrajnymi emocjami wyrachowanych szachów. I co najdziwniejsze ulegamy całkowicie tej bezczelności, od pierwszego do ostatniego zdania. Od pierwszego ruchu pionkiem po śmierć lub miłosne spełnienie. Ta książka udowadnia, że między szczytem a otchłanią biegnie jedynie cienka linia. Dwóch rywalizujących sportowców i fascynująca kobieta, ich losy wpisane w czas dziejowych przemian, w polityczne rozgrywki i świat wielkiej polityki. Nie ma prostych schematów ani bohaterów wyłącznie dobrych lub złych. Ich dojrzewanie, wybory i dylematy napiętnowane są przez dramatyczne wydarzenia w chylącym się ku upadkowi Związku Radzieckim i szukającej swojej nowej tożsamości Rosji. Bohaterom nie udaje się uciec od polityki, która wpływa na ich los. Kogo doprowadzi do upadku, komu pozwoli się wybić? Jaki wpływ na życie każdego z nich będzie miała dziewczynka z niewielkiego miasta nad Wołgą?

Kocham Zapach miasta po burzy – mówi jedna z bohaterek – Katia Sawiczewa. – Wszystko jest wówczas takie świeże, oczyszczone, obmyte z grzechu. To daje nadzieję... Wciągam ten zapach i chcę zaczynać wszystko od nowa. Wierzę wówczas, że dostaję nową szansę.

Zapach miasta po burzy” wypełniają emocje, które na długo pozostają w pamięci czytelnika.

Opinie o ebooku Zapach miasta po burzy - Olgierd Świerzewski

Cytaty z ebooka Zapach miasta po burzy - Olgierd Świerzewski

Życie nie jest wcale takie piękne, by się go czepiać na siłę. A kiedy sobie to uświadomisz, musisz szybko wypić, żeby o tym zapomnieć i żeby na drugi dzień rano wstać, przywitać się ze słońcem.
Gdy się nad tym zastanowić, to zwierzęta jakoś rozsądniej do tego podchodzą. Płodzą, bo tak trzeba dla gatunku, a nie, bo kochają, bo pieszczoty, spełnienia, cały ten liryczny seks. Weź takiego Fiedkę. Ślubował, że jak nie Tamara, to żadna. Czujesz, ile potencjalnych pokoleń jego wnuków i prawnuków może teraz zniknąć z metryki urodzeń? Jedna taka decyzja i wielu z nich nigdy się nie narodzi. A może wśród nich jest Ciołkowski, Tołstoj, Fietisow albo nawet Kałasznikow. A ten uparł się, że nie, bo nie.
bez powodzenia sam przyrządzić takiego drinka. Uncja i pół rumu, łyżeczka cukru, sok z połowy limonki kubańskiej i pięć kropli likieru maraschino. No i okazało się, że wyszedł mu niebiański napój. Od tego momentu daiquiri floridita stało się prawdziwym symbolem Kuby.

Fragment ebooka Zapach miasta po burzy - Olgierd Świerzewski









OLGIERD ŚWIERZEWSKI

ZAPACH MIASTA
PO BURZY


Projekt okładki: Aleksandra Szmak

Redakcja: Marianna Zielińska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© conrado/Shutterstock

© by Olgierd Świerzewski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

ISBN 978-83-7758-694-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Pamięci

moich dwóch dziadków urodzonych

w Sankt Petersburgu,

których czytelnik odnajdzie

w tej historii


Od Autora

Uśpiona Moskwa widziana z restauracji hotelu Krasnyje Chołmy to widok, który skłania do refleksji nad życiem mieszkańców tego fascynującego miasta. Siedząc tam ze szklanką mojito w dłoni, w wyobraźni widziałem Antonowa, który wpada w panikę, ogarnięty duszącym uczuciem klaustrofobii, pomimo szerokiej panoramy, jaka roztacza się za oknami.

Pojechałem nocą do centrum, w kierunku ulicy Twerskiej. Pamiętałem ją z dzieciństwa, gdy – zakochany jak młody Oleg – chodziłem po stolicy Związku Radzieckiego, który już dziś nie istnieje. Z tamtego okresu pozostało mi wspomnienie upału i nastroju niczym z powieści Bułhakowa, wspomnienie zapachu czerwcowych wieczorów, zachodów słońca na Wzgórzach Lenina.

Ta powieść wywołuje ponoć bardzo silne wzruszenia, uczucie tęsknoty, pragnienie życia pełną piersią. Cieszą mnie te opinie, bo starałem się ją utkać z emocji, a jednocześnie dać trochę siły tym, którzy wątpią w sens czegokolwiek.

Pucz Janajewa zastał mnie w Australii, gdzie byłem na festiwalu młodych dramaturgów. Pamiętam, jak Janajewowi trzęsły się ręce. Mówiono, że to ze stresu. Później dowiedziałem się, że być może prawdziwym powodem była libacja alkoholowa, którą członkowie spisku urządzili przed świtem dla dodania sobie odwagi. Jeszcze wczoraj trudno było uwierzyć, że nie tak dawno na ulicach wszystkich stolic państw Europy Wschodniej stały czołgi, gotowe, by strzelać. Dziś wydarzenia na Ukrainie pokazują, że historia lubi się powtarzać jak traumatyczne wspomnienie z dzieciństwa.

Moje prababki były Rosjankami, nie mówiły po polsku. Dziadkowie urodzili się w Sankt Petersburgu. Jeden, Witold, w rodzinie lekarza na dworze cara Mikołaja. Ludwik, cioteczny brat Witolda, profesor laryngologii, dorobił się w Moskwie pomnika za swoje naukowe i medyczne osiągnięcia. Pokój drugiego z dziadków, Loni, wypełniały regały z książkami, a jego zdjęcie z pikniku nad brzegiem Niemna należy do moich ulubionych. Mam nadzieję, że będziecie mieli wiele zabawy w tych momentach, w których starałem się oddać atmosferę panującą w czasach dzieciństwa Olega.

A potem przyszły szachy. Koło szachowe w domu kultury, wiadomości z Moskwy, gdzie toczył się pojedynek Karpowa z Kasparowem. Czarno-biały telewizor, przedruki ich partii w gazetach codziennych, nazwa „Scheveningen” wymieniona przez mistrza pokazującego nam na tablicy demonstracyjnej posunięcia obu graczy. To wszystko przemawiało do mojej wyobraźni z taką siłą, że już wówczas marzyłem, aby oddać ten klimat w powieści. I jak każdego młodego romantyka wypełniało mnie pragnienie, aby napisane dzieło złożyć Jej w podarunku. Chodziłem wtedy z wierszami Majakowskiego w kieszeni.

Po wielu latach od wydarzeń, które wywoływały tamte młodzieńcze emocje, zadzwonił do mnie Garri Kasparow i zaprosił do zespołu, który prowadził kampanię wyborczą Anatolija Karpowa w wyborach na prezydenta Międzynarodowej Federacji Szachowej FIDE, odbywających się w Chanty-Mansyjsku. Trudno mi było uwierzyć, że będę współpracował z bohaterami mojego dzieciństwa. Podczas nocnych rozmów pytałem ich o uczucia towarzyszące grze, o to, skąd po przegranej brali siły do walki. Było to dla mnie niezapomniane doświadczenie.

To samo mieszkanie w Paryżu, które w powieści wypełnią tęskne dźwięki fortepianu, ja wynajmowałem, pracując w OECD. Mam nadzieję, że czytając, przeniesiecie się tam z bohaterem. Obiecuję, że postara się on zabrać Was w dalszą fascynującą podróż.

Czy kiedyś w tramwaju z Hagi do Scheveningen naprawdę spotkałem Tatianę? Obserwując stalowe molo w lutowy poranek, myślałem o tym, jak musiało jej być ciężko, jak bardzo zagubiona i samotna była w chwili, gdy musiała podejmować ważne decyzje.

W londyńskim pubie Hereford Arms świętowaliśmy urodziny mojej żony. To tu Antonow czekał na Tatianę. Często o poranku przemierzałem drogę do Parku Kensington, czując podobne jak Oleg emocje, gdy pomimo stresu trzeba było dowodzić swojego profesjonalizmu.

Mógłbym tak opowiadać o tysiącach szczegółów, które, zainspirowany zapachem, kolorem czy uczuciem, starałem się oddać, odtworzyć i opisać, ale nie chcę odbierać Wam przyjemności odkrywania tej powieści. Sami poznacie Olega, Anatolija, Tatianę, Katię, Andrieja i innych bohaterów. Mam nadzieję, że nie zapomnicie ich nawet po odłożeniu tej książki.

Olgierd Świerzewski


Prolog

Uśpiona Moskwa widziana z dwunastego piętra sprawiła, że Antonow poczuł się jeszcze bardziej samotny.

O drugiej w nocy butelka była już pusta. Ze smutkiem zrozumiał, że nie jest dość pijany, by nie czuć bólu. Wiedział, że kiedy zamknie oczy, przez ciszę, jaka go ogarnie, przebije się bezlitosny syk jego myśli.

Coraz trudniej było mu przepełznąć przez każdą następną godzinę dzielącą go od świtu. Poranek przynosił chwilowe ukojenie. A może to zawrót głowy spowodowany świeżym powietrzem po nieprzespanej nocy sprawiał, że nie potrafił nazwać myśli, które nocą zdawały się ostre jak nóż srebrzący się w świetle księżyca. Od kilku dni tuż po wschodzie słońca spacerował szybkim krokiem wzdłuż rzeki, Kosmodamiańskim Nabrzeżem. Potrzebował przestrzeni.

Zdjął koszulę i rzucił ją na fotel. Nagie ciało poczuło chłód powietrza płynącego z klimatyzacji. Zastygł w napięciu. Przez chwilę uwierzył, że jej dłoń dotknie jego ramienia, że jej nagie piersi dotkną jego pleców, a krótki, płytki oddech zdradzi pragnienie bliskości. Siłą woli starał się uczynić tę scenę realną. Przez chwilę zaciskał powieki niczym dziecko, czując, jak rozpacz miesza się w skroniach z nadzieją. Do bólu. Trwało to sekundę, może odrobinę dłużej, aż zrozumiał, że stojąc na granicy dwóch światów, za sobą ma tylko własną wolę, przeciw sobie zaś – pozbawioną współczucia rzeczywistość.

Cisza… Zimny dotyk szyby, którą odruchowo pogładził koniuszkami palców, przypomniał mu, że nadaremnie podejmował podobne próby setki razy, zawsze czując po tym palące rozczarowanie. Opanował go gniew. Był sam z wyobraźnią wypełnioną jej śmiechem, strzępami słów, przyspieszonym oddechem, który nie był już wyznaniem miłości dla niego…

Osunął się na podłogę i z głową wciąż opartą o szybę wielkiego okna spoglądał na most, po którym z rzadka przejeżdżały samochody. Bolało zbyt mocno. Dlaczego musiał pomyśleć o tym akurat teraz…? Obraz jej zamglonych rozkoszą oczu był jak trucizna.

– Powietrza, przestrzeni, powietrza – szepnął, czując narastającą panikę.

Taksówkarz nie zadawał pytań, słuchał muzyki. Ulice były puste. Jechali Twerską. Mijali rozświetlone, wielkie witryny ekskluzywnych sklepów. Antonow pomyślał, że jeszcze ma w sobie coś z dawnego ducha, który sprawił, że z dachu kamienicy opuścił do jej okna przypięty do liny kosz z kwiatami. Bawiło ją to. Zacisnął usta na wspomnienie jej rozbawionych oczu, jej zębów, którymi gryzła mu wargi, gdy ogarnięci namiętnością, spleceni, odnajdywali się, by znów zagubić w spełnieniu, i tak aż do świtu, który witał ich po bezsennej nocy świetlistym odbiciem malującego się na ich twarzach tajemniczego uśmiechu…

Uśmiech zniknął z twarzy Antonowa, gdy pomimo zamkniętych powiek zdał sobie sprawę, że usta, które całuje, są ustami prostytutki, a przywoływane w myślach obrazy i powtarzane słowa wydają się groteskowe. Kiedy kobieta wyszła, usiadł na podłodze z butelką wódki i pytał sam siebie, jak to możliwe, że dotąd nie skończył tego, unicestwiając się. Nie chodziło o dylematy filozoficzne. Nawet nie zastanawiałby się, czy znajdzie coś po drugiej stronie. Powód wydał mu się bardziej prozaiczny – nie wiedział, jak się do tego zabrać. W tych chwilach, gdy był na to przygotowany, brakowało mu pomysłu, by zrobić to, ot tak, od ręki, jak robią to pod wpływem depresji lub delirium myśliwi w tajdze, strzelając sobie prosto w głowę. A kiedy emocje opadały, nie czuł tak naglącej potrzeby śmierci. W końcu to też było lekarstwo – mieć ją zawsze w odwodzie, jak morfinę, po której można zasnąć, zapominając o bólu.

Pomiędzy kolejnymi łykami zdał sobie sprawę, że jutro będzie mu pękać głowa. Tylko jak dotrwać do jutra? Bez wieści, oderwany od źródła swych uczuć, szukający znaku, wciąż zakochany, a może uzależniony od niej, w napięciu czekający, co przyniesie następny dzień, który zapewne nie da ciepłego tchnienia ani nie złagodzi tęsknoty…

Jej obraz atakował go natarczywie, widział ją wszędzie: w reklamach, katalogach, w innych kobietach, gdy odwrócone do niego plecami nie wiedziały, że przyspiesza kroku, by chwilę potem przeżyć zawód, że to nie ona. A kiedy tylko pozwolił sobie na myśl o niej, owo myślenie doprowadzało go do szaleństwa. I być może skończyłby w takiej chwili ze sobą, gdyby nie strach, że po drugiej stronie czeka go to samo uczucie, które tam rozciągnie się w wieczność pozbawioną choćby cienia złudzenia. Nawet teraz, gdy nic nie przemawiało za tym, by miał prawo marzyć, by miał prawo do nadziei, myśl o niej była tą okruszyną, która żywiła go i dawała resztkę energii, by żyć.

Tamtego dnia, o poranku, zrozumiał, że odeszła. Nie było lekarstwa na ból, nie było tamy, która ochroniłaby go przed zalewem paniki i przerażenia, gdy głośno wypowiedział tę prawdę: „To już koniec, Oleg”. Próbował się obrazić, schować za tarczą urażonej męskiej dumy, znienawidzić. Jednak strach chwycił go w żelazny uścisk, pozbawiając oddechu.

Antonow spojrzał w okno. Pomyślał, że mieszka w dziesięciomilionowym mieście i właśnie umiera z samotności.


Część I
Obłok w spodniach[1]


Moskwa,
1 czerwca 1979

Od rana nad Moskwą zawisł upał, który odbierał myślom lekkość, czyniąc umysł powolnym i ociężałym, niczym wół na afrykańskiej sawannie. Olga Lwowna wyjęła z ust kostkę lodu i przetarła nią skronie i szyję. Mały wiatraczek ustawiony na lodówce mełł gorące powietrze, nie przynosząc ulgi. Kobieta włączyła przenośne radio. Mucha chodziła leniwie po rozgrzanej szybie. Olga Lwowna machnęła ścierką. Mucha ociężale poderwała się do lotu i próbowała wydostać się na zewnątrz. Kobieta z wysiłkiem otworzyła zacinające się okno. Uderzyła w nią fala dusznego powietrza, które w mgnieniu oka osuszyło chłodne kropelki na jej skroniach.

– Życzenia dla naszych maluchów w dniu ich święta – przypominał spiker. Po czym z radia popłynęła piosenka z kreskówki Czeburaszka.

Olga Lwowna zgasiła palnik pod stalowym czajnikiem, z którego cienkiej szyjki zaczęła wydobywać się para, dodając ciasnemu pomieszczeniu iście tropikalnej wilgotności.

– Oleg! – zawołała. – Śniadanie gotowe.

Przez chwilę nasłuchiwała, czy usłyszy reakcję syna. Z westchnieniem, przypomniawszy sobie, że chłopiec zaczyna dziś zajęcia o późniejszej godzinie, opuściła kuchnię i weszła do jego pokoju. Czternastolatek spał na brzuchu, zwinąwszy pod siebie całe prześcieradło, które w upalne noce zastępowało mu kołdrę. Matka usiadła na skraju łóżka i spoglądała na niego w milczeniu. Potem powiodła wzrokiem po pokoju, w którym panował nieład. Jej spojrzenie zatrzymało się na stoliku z szachownicą, obok której leżał zeszyt. Sięgnęła po niego i przekartkowała. Na każdej stronie były bardzo starannie zapisane szachowe debiuty i warianty. Zdziwiły ją dokładność i pietyzm, z jakimi syn sporządzał notatki. Znając jego niechlujnie prowadzone zeszyty szkolne, spodziewała się, że podobny brak porządku znajdzie w szachowych zapiskach. Był niecierpliwy i zazwyczaj szybko się nużył, ale tym razem wytrzymał już cztery lata i nadal miał chęć do gry. Odłożyła zeszyt na miejsce. Pozbierała ubrania syna z podłogi i układając je na krześle, przyjrzała się zdjęciu męża, które stało na półce. Fotografia przedstawiała Igora Antonowa siedzącego w narożniku ringu, w podkoszulku, z rękami wspartymi o liny. Wzięła ją na chwilę w dłonie, opuszkami palców pogłaskała szkiełko. Trudno odgadnąć, dlaczego spośród wielu innych zdjęć Oleg wybrał właśnie to. Odwróciła się i napotkała jego wzrok, chłopak przyglądał jej się z zainteresowaniem.

– Śpisz czujnie jak ptak – powiedziała zmieszana, ruszając w stronę drzwi. – A czasem nie można cię dobudzić. Śniadanie gotowe – dodała nieco szorstkim tonem.

Oleg ziewnął.

– Głowa mnie boli od upału.

– Umyj się chłodną wodą! – zawołała z kuchni.

Po kilku minutach Oleg usiadł do śniadania ubrany w same spodenki gimnastyczne, z mokrą od wody twarzą.

– A ty, co? Nie wytarłeś się? – spytała Olga Lwowna.

– Tak chłodniej. Możesz mi położyć na kark wilgotną szmatkę?

Matka przyjrzała mu się i widząc, że nie wygląda najlepiej, bez słowa odkręciła kurek z zimną wodą i zmoczywszy ściereczkę, położyła synowi na ramiona.

– Uuuu, lepiej – ucieszył się, obserwując, jak kropelka ścieka mu po ręce.

– Nie spałeś w nocy?

– Upał taki, że się nie dało.

W radiu, pośród innych komunikatów, podano: „W dniu wczorajszym członkowie ekspedycji, której patronuje «Komsomolskaja Prawda», osiągnęli na nartach biegun północny”.

Oleg odkładał właśnie naczynia do zlewu. Próbował sobie wyobrazić biegun. Lejąc na dłonie zimną wodę, której temperatura była daleka od lodowatej, pomyślał o tym, jak zimno musi być na biegunie i co by było, gdyby upał znad Moskwy przenieść za pomocą gigantycznej dmuchawy nad Arktykę.

– Z okazji Dnia Dziecka mam dla ciebie mały prezent. – Matka weszła do kuchni z książką w ręce. – Obrona Nimzowitscha Marka Jewgienijewicza Tajmanowa.

– O rany – rzucił chłopiec. – Marzyłem o tym! Dziś już nie zdążę z niej nic przygotować. Ale będzie na następny raz.

– Wytrzyj wpierw ręce – zwróciła mu uwagę matka. – Cieszę się, że ci się podoba. Zalałeś herbatę?

– Tak.

Oleg oglądał książkę z zachwytem i prawdziwym zainteresowaniem. Bawiło to matkę, która dziwiła się, że zapisane w linijkach symbole posunięć szachowych mogą wywoływać tak żywe emocje. Wytłumaczyła sobie jednak, że musi to być uczucie podobne do tego, kiedy rozwiązuje się skomplikowane zadanie matematyczne. Wówczas ciągi liczb i wykonywanych na nich działań potrafią mówić swoim głosem niczym najbardziej frapująca opowieść.

– Organizuję dziś w szkole konkurs z okazji Dnia Dziecka – odezwała się. – Przygotowałam dla uczniów zagadki matematyczne.

– My mamy dzień sportu. Dobrze, że nie chodzę do twojej szkoły. – Zaśmiał się, nie odrywając oczu od książki.

Olga Lwowna pociągnęła łyk herbaty, przez chwilę błądziła myślami wokół konkursu. Wyjęła notes i przyjrzała się swoim notatkom. Miała bardzo staranny charakter pisma.

– Nie wiem, czy nie za trudne – powiedziała, spoglądając na syna.

– Dawaj, spróbuję – mruknął Oleg, popijając herbatę i studiując otrzymaną książkę.

Przewróciła kilka stron w poszukiwaniu właściwej zagadki.

– Mm, no weźmy takie. Nie za łatwe, nie za trudne. Gotowy?

– Czytaj – poprosił Oleg, nadal nie odrywając wzroku od Obrony Nimzowitscha i uśmiechając się do siebie na widok ciekawej ofiary pionka w wariancie Rubinsteina.

Olga Lwowna pokiwała głową z pobłażaniem, po czym zaczęła czytać:

– Na spotkanie przyszli goście, którzy się wcześniej nie znali. Każdy z nich podał rękę drugiemu i żaden z nich nie podawał ręki dwa razy tej samej osobie. Łącznie było sześćdziesiąt sześć uściśnięć dłoni. Ile osób przyszło na przyjęcie?

Oleg ziewnął, na chwilę odłożył książkę. Oparł głowę na dłoni i zaczął liczyć w myślach. Matka przypatrywała mu się z zainteresowaniem.

– Wychodzi mi dwanaście.

Olga Lwowna przygryzła wargi. Jej oczy rozjaśnił blask.

– Prawidłowa odpowiedź – potwierdziła. – Szybko ci poszło. Może za łatwe. Jak to policzyłeś?

– Widziałem te osoby, więc je policzyłem. Sam sobie ręki nie podaję. Jeśli jedna osoba uścisnęła rękę drugiej, to zarazem ta druga podała rękę tej pierwszej. Czyli liczbę, której szukam, mnożę przez tę liczbę minus jeden i dzielę przez dwa, a to ma mi dać sześćdziesiąt sześć.

Olga Lwowna próbowała nadążyć za wyjaśnieniami syna. Kiwała głową, robiąc ołówkiem obliczenia na kartce.

– Doskonale – skwitowała po chwili, przenosząc przenikliwe spojrzenie znad notesu na syna. – Zobaczymy, jak pójdzie innym.

Wstała od stołu. Wsadziła notes do torby, zapięła ją dziarskim ruchem. Poprawiła na sobie ubranie i ruszyła w stronę przedpokoju.

– Widziałeś tych ludzi w wyobraźni? – spytała, stając w drzwiach i odwracając się do syna.

– Tak, ale nie twarze – odparł, ziewając. – Postawiłem ich sobie na szachownicy i zacząłem porządkować.

– Aha. – Olga Lwowna pokiwała głową, starając się zrozumieć, na czym mogło polegać to porządkowanie. – To po szkole wracasz jeszcze? – dodała z przedpokoju, wkładając buty.

– Tak, przyjdę na obiad, bo potem mogę już utknąć do wieczora.

– Z kim jest ta symultana?

– Nie wiem. Nie miałem jak zapytać Wiaczesława Piotrowicza. A może pytałem, a on specjalnie nie powiedział z kim? Nie pamiętam. Ale na pewno jakiś arcymistrz. Niespodzianka.

– Zadzwoń do dziadka Lowy, będzie dumny, że grasz z arcymistrzem.

– Zadzwonię, jak wygram – oświadczył Oleg, mocząc ponownie ściereczkę, którą zdjął z ramion. – Sama gra to żaden powód do dumy.

– W garnku masz barszcz. Nie zachlap mi podłogi. Podgrzej go, a nie tak jak ostatnio, nie dość, że jadłeś zimny, to w dodatku nie chciało ci się nawet przelać go do talerza.

– Chciało, tylko czasu nie miałem.

– To teraz znajdź, bo wieczorem znów będzie cię boleć głowa. W lodówce masz bitki wołowe, już w sosie. Podgrzej w garnku, tylko nie przypal. Idę. Powodzenia i nie przejmuj się porażką, to w końcu arcymistrz.

Oleg mruknął pod nosem, że podgrzewanie jedzenia w taki upał to głupota. Wziął z powrotem do ręki książkę Tajmanowa, dopił herbatę i położył się do łóżka, by leżąc na brzuchu, przeglądać warianty.

Pierwszego czerwca, w czasie gdy amerykański pretendent, geniusz szachów Robert Zimmerman gromił radzieckich arcymistrzów, obrońca tytułu, mistrz świata Tigran Wartanowicz Gurgenidze miał odwiedzić jeden z moskiewskich klubów szachowych, żeby z okazji Dnia Dziecka rozegrać symultanę z młodymi adeptami. W obliczu zbliżającego się meczu w obronie tytułu była to strata czasu, ale spotkania z młodzieżą stanowiły część zadań nałożonych na niego przez Sportkomitet. Mistrz powoli tracił cierpliwość do takich imprez. Czuł, że nie ma już zdrowia, by godzinami wystawać przy szachownicach, bo chcą się z nim zmierzyć pionierzy, podekscytowani robotnicy podczas wizyt w zakładach pracy czy ambitni działacze w lokalnych biurach partii. Ostatnie problemy z prostatą sprawiły, że łatwo łapał infekcje pęcherza, był więc często podenerwowany, szczególnie kiedy nie mógł skupić się nad szachownicą, bo nie potrafił przestać myśleć o szczypiącym bólu i ciągłym uczuciu parcia.

Dom kultury przy prospekcie Komsomolskim znajdował się na tyłach okazałego budynku z lat pięćdziesiątych. Wśród wielu sekcji, których nazwy widniały na tablicy umieszczonej przy monumentalnych schodach, pokrytych przypominającą granit szarą wylewką, była sekcja szachowa. Prowadził ją Wiaczesław Piotrowicz Janowski, mistrz międzynarodowy. Janowski, w sześćdziesiątym ósmym uczestnik finałów mistrzostw Związku Radzieckiego, był niegdyś całkiem dobrym trenerem, ale odkąd popadł w alkoholizm, jedynym miejscem, gdzie mógł się zajmować szachami, była skromna sekcja szachowa w domu kultury. Lecz również tam niewiele brakowało, by z powodu kłótni z dyrektorką Jeleną Siergiejewną, która zwróciła mu uwagę, że regularnie czuć od niego alkohol, wyrzucono go na bruk.

– Zioniecie spirytusem jak gorzelnia! – krzyczała na niego, łypiąc groźnie spoza grubych okularów. – Nie będę tego tolerować. Co to, to nie!

– A jak mam nie zionąć, skoro ból nie do wytrzymania i pić trzeba, żeby dotrwać do rana – bronił się Wiaczesław Piotrowicz. – A potem lęk i drżenie, więc nie można nie wypić małego klina. No i czuć dlatego, oczywista sprawa – mówił, wierząc, że z tak logiczną argumentacją nie ma co dyskutować.

– Więc jeszcze bezczelnie się przyznajecie do pijaństwa? – atakowała dyrektorka.

– A jakże mam nie pić, Jeleno Siergiejewna? Boże mój, cały kraj pije, to co ja, inny? Przecież mówię, ból i lęk, i żal niewysłowiony…

– Partia wciąż apeluje o trzeźwość. A wy pracujecie z dziećmi, jaki dajecie przykład? – Jelena Siergiejewna aż dygotała ze złości. – Nic mnie nie obchodzą wasze bóle, wasze kliny, wasze lęki.

– Toś nie kobieta rosyjska, ale ścierwo nieczułe – rzucił jej z pogardliwym spojrzeniem i trzasnął za sobą drzwiami.

I wydawało się, że wraz z tym trzaśnięciem zamknął sobie na dobre dostęp do sekcji szachowej w domu kultury przy prospekcie Komsomolskim. Zdarzyło się jednak przypadkiem, że na stacji metra Kropotinskaja spotkał się z dawnym przyjacielem – trenerem kadry młodzieżowej Związku Radzieckiego, Aleksandrem Władimirowiczem Zwieriewem. W wyniku spotkania Zwieriew, zamiast wsiąść do metra w kierunku Sokolnik, udał się do ciasnego mieszkania Janowskiego, w którym przyjaciel mieszkał ze zniedołężniałą matką. Grali w blitza[2], pili stoliczną, a gdy tej zabrakło – myśliwską, roztkliwiając się nad swoim niespełnieniem, bólem i przygniatajacą tęsknotą. Od słowa do słowa, Janowski, kiedy już powspominał ze łzami w oczach, jak to w sześćdziesiątym ósmym był bliski wygrania turnieju w Doniecku, opowiedział przyjacielowi, jak po pijanemu nazwał Jelenę Siergiejewnę ścierwem nieczułym. Na co Zwieriew, obejmując „mordę najczystszą”, jak nazwał Janowskiego, powiedział, że Bóg zsyła mu go jako anioła, bo troszczy się o upadłego syna marnotrawnego.

– Otóż, mordo moja najczystsza – zagaił Zwieriew – te gnidy ze Sportkomitetu mówią do mnie: „Zwieriew, zorganizujcie na Dzień Dziecka symultanę dla mistrza świata, prasy i pionierów”. No co, mordo, mordeczko najczystsza, rozumiesz już? Dasz tej swojej wrednej, jak o niej powiedziałeś?

– „Ścierwo nieczułe”.

– Dasz jej piękną imprezę z telewizją i prasą. Aż się babsku w głowie od tego zakręci.

I tak gadali do północy. Zwieriew zadzwonił do swojej żony, Wiery Konstantinowny. Przepraszał, bełkocząc, że „stary przyjaciel”, że „misja”, że „ścierwo nieczułe” trzeba udobruchać. Wiera Konstantinowna trzasnęła słuchawką.

Nazajutrz Janowski, ubrany w garnitur i białą koszulę, udał się z goździkami w ręce do domu kultury przy prospekcie Komsomolskim.

– No, ścierwo to bym wybaczyła, ale że „nieczułe”? – Jelena Siergiejewna nie dawała się przejednać. – Co wy sobie wyobrażacie? Co o mnie możecie wiedzieć, Wiaczesławie Piotrowiczu, żeby mówić „nieczuła”? Że niby nie mam serca? Że niby uczuć nie mam? To wiedzcie, że czuć mogę wiele. Ale żaden taki porządny się nie trafił, który by to docenił, ot co.

A Wiaczesław Piotrowicz chwycił jej dłoń, przycisnął do ust i szepnął pełen pasji: „Bo ich onieśmielasz, Jeleno, onieśmielasz swoją kobiecością”. Spoglądała na niego rozmarzona, gdy wychodził z jej gabinetu.

Tak doszło do wizyty Tigrana Wartanowicza Gurgenidzego w mało znanej sekcji szachowej domu kultury przy prospekcie Komsomolskim.

– Drogi towarzyszu sekretarzu! – zakrzyknęła piskliwym głosem Jelena Siergiejewna. Z powodu tremy pomyliły jej się wyuczone na pamięć przemówienia i zaczęła od tego, które wygłaszała dwa lata wcześniej na powitanie sekretarza Miejskiego Wydziału do spraw Młodzieży. Zaraz jednak dostrzegła pewną konsternację na twarzach zgromadzonych gości i na jednym oddechu zaczęła od nowa: – W naszym domu kultury gościmy dziś wielkiego szachistę, mistrza świata Tigrana Wartanowicza Gurgenidzego, który zgodził się rozegrać z naszymi młodymi zdolnymi pionierami symultanę szachową. – Spojrzała w stronę gości siedzących w rzędach. – Za chwilę, po występie naszego zespołu artystycznego, rozpoczniemy grę na dwudziestu czterech szachownicach, na których przeciwko mistrzowi zagrają uczniowie oraz pedagodzy naszego domu kultury. Najpierw jednak dla naszego wspaniałego gościa dziewczynki i chłopcy z sekcji tanecznej odtańczą układ przygotowany specjalnie na dzisiejszy wieczór.

– Czekaj no – szepnął do siebie Oleg, wyciągając szyję, by lepiej widzieć mistrza. – Już ja cię ogram, sukinsynu!

Dziewczynki i chłopcy przebrani w stroje ludowe rozpoczęli taniec przy dźwiękach bałałajek. Podczas ich występu Gurgenidze ukradkiem zerknął na zegarek i próbował przypomnieć sobie, którędy można dojść do toalety. Pomyślał, że dobrze byłoby nauczyć się zasypiać z otwartymi oczami albo chociaż nosić ciemne okulary, by podczas takich bzdurnych imprez móc ucinać sobie drzemkę.

Jeśli łazienka nie będzie daleko, uspokajał się w duchu, mógłbym też wychodzić podczas gry. Koszula lepiła mu się do ciała i miał ochotę odetchnąć gdzieś z dala od tłumu gapiów. Ale pracująca kamera telewizyjna dyscyplinowała go, i z pobłażliwym uśmiechem dawał się filmować operatorowi.

Oleg przymrużył oczy, chcąc lepiej zobaczyć mistrza, który z filiżanką herbaty, trzymaną w ręce i opartą na wysuniętym ponad paskiem od spodni brzuchu, przyglądał się spod czarnych krzaczastych brwi śpiewającej przed nim grupie pionierów.

Gurgenidze myślał o kieliszku lub dwóch, a może nawet trzech, armeńskiego koniaku, który obiecał sobie wypić, gdy tylko skończy się ten cały cyrk. Sala kolumnowa domu kultury była wysoka, co przypomniało mu, jak kilka lat temu, podczas rozgrywania partii w finale meczów pretendentów, pod sufit podobnie wysokiej sali dostał się ptak. Robił taki hałas, że nie można się było skupić na grze. Ale to był dobry znak. Partia wydawała się niemal przegrana, lecz historia z ptakiem tak rozstroiła jego przeciwnika, że udało się ją zremisować.

Oleg nie odrywał wzroku od mistrza. Chłonął każdy jego gest. Chłopca nie opuszczała pewność siebie, pewność, która pozwalała mu wierzyć, że coś się musi wydarzyć, że los nieprzypadkowo postawił na jego drodze samego mistrza świata. Wróciły wszystkie dziecięce marzenia. Od kiedy dziadek Lowa nauczył go grać w szachy, marzył, że osiągnie coś wielkiego. Wyobrażał sobie te sceny w salach koncertowych lub teatrach, na których obaj wielcy mistrzowie, oglądani przez tłumnie zgromadzoną publiczność, toczą bój o szachową koronę. Te obrazy budziły w nim dreszcz emocji. Nie odnosił dotąd sukcesów. Po czterech latach uczestniczenia w moskiewskich rozgrywkach udało mu się uzyskać pierwszą kategorię, lecz to nie znaczyło nic, to był dopiero przedsionek prawdziwej gry. I o wstępie na te wielkie szachowe salony na razie mógł tylko śnić. Oczywiście, gra podczas symultany, pośród innych amatorów, nawet z mistrzem świata, nie była jeszcze tym wymarzonym pojedynkiem, którego pragnął, ale mistrz świata był jeden, jedyny, najlepszy, wyjątkowy… I teraz, za kilka chwil, on, młody szachista z sekcji domu kultury przy prospekcie Komsomolskim, będzie mógł spróbować swoich sił w partii z najlepszym szachistą planety.

Szybko wygrać i jechać już stąd, obiecał sobie Gurgenidze, wstając ciężko z krzesła i bijąc brawo młodym artystom. Operator kamery przepchnął się do mistrza, który powolnym krokiem zbliżył się do pierwszej szachownicy. Jelena Siergiejewna stała obok niego, wdzięcząc się swoimi mocno pomalowanymi na niebiesko oczami, które zza okularów wydawały się wielkie niczym wytrzeszczone ślepia lemura.

Seans gry jednoczesnej na dwudziestu czterech szachownicach rozpoczął się o osiemnastej. Mistrz podchodził do każdego stolika, przy którym siedział jego przeciwnik, witał się dość niedbałym i obojętnym gestem, po czym wykonywał ruch i przesuwał się do następnego gracza.

Zanim Oleg podał rękę Gurgenidzemu, ukradkiem sprawdził, czy nie jest wilgotna. Nie chciał pokazać lęku i starał się śmiało patrzeć w oczy mistrzowi świata, by dać mu do zrozumienia, że nie ma zamiaru pokornie przegrać. Ale Gurgenidze nawet na niego nie spojrzał, tylko bez odrywania wzroku od szachownicy wyciągnął szybko dłoń, drugą już wykonując ruch pionem królowej.

Mistrz rozgrywał szybko debiuty, starając się pozostawić swoim przeciwnikom jak najmniej czasu do namysłu. Wiedział, że w tej części partii kilku z nich może popełnić błędy, które zagwarantują mu proste wygrane. W ciągu pierwszej godziny poddało się siedmiu graczy. W ciągu następnej – kolejnych dziewięciu. Pod koniec trzeciej godziny zostało trzech. Gracze z pierwszej i trzeciej szachownicy oraz chłopiec na dwudziestej drugiej. Gurgenidze podszedł ciężkim krokiem do pierwszego stolika. Był zły. Liczył, że co najmniej od godziny będzie w domu. Ocenił pozycję i choć jego figury stały nieznacznie lepiej, po ponownym przeliczeniu wariantów doszedł do wniosku, że do ustawienia wygranej końcówki może upłynąć sporo czasu, a to oznacza zmarnowany wieczór. Zaproponował remis, co wywołało ogromną radość u szczupłego studenta w okularach w rogowej oprawce, który od trzech lat był najlepszym graczem sekcji, w randze kandydata na mistrza. Na trzeciej szachownicy widać było szybki koniec. Gurgenidze ucieszył się, bo jego rywal pod wpływem rozczarowania błędem, jaki popełnił, a może też zbity z tropu niesmakiem, jaki odmalował się na twarzy mistrza, poddał partię. Gurgenidze podszedł do dwudziestej drugiej szachownicy, zastanawiając się, czy ma w lodówce kurę, bo wzięła go ogromna ochota na lekko zarumienione, miękkie, polane sosem saciwi. Przyjrzał się pozycji, potem spojrzał na chłopca, który z wypiekami na twarzy, ze szklistym, nieobecnym wzrokiem nachylał się w ogromnym skupieniu nad szachownicą, i westchnął w głębi ducha.

– Przynieście mi krzesło – zwrócił się do najbliżej stojącego widza.

Zapalił papierosa. Usiadł, powoli pochylił się nad pozycją i zaczął ją oceniać. Chłopiec właśnie pozbawiał go spokojnego wieczoru z dobrą kolacją, a czuł już prawdziwy głód na myśl, że będzie przygotowywał sos z orzechami, cebulą, czosnkiem i octem winnym. Ale po chwili analizy Gurgenidze zrozumiał, że ta partia może być warta kolacji. Pozycja powstała na szachownicy była czymś, czego w całej swojej długoletniej karierze dotąd nie widział. Zaciągnął się głęboko dymem, starając się uzyskać maksimum koncentracji i wyciszyć myśli. Jednocześnie jednak poczuł rodzaj intelektualnej ekscytacji.

Przez otwarte okna wślizgiwał się delikatny powiew wieczornego, chłodniejszego powietrza, które przynosiło ulgę. Być może zbierało się na burzę.

Nareszcie, pomyślał Zwieriew, siedząc w kącie sali i z daleka obserwując ciemne niebo, na którego błękitną przestrzeń poczęły wpływać ciemnoszare okręty obłoków. Nawet przelotny deszcz byłby wybawieniem. Choć taki chwilowy mógłby uczynić powietrze jeszcze bardziej parnym. Co się tam dzieje? Zaintrygowało go, że Stary, zamiast kończyć seans, rozsiadał się na krześle naprzeciwko jakiegoś pioniera. Podniósł się ciężko i ruszył, żeby sprawdzić, co zmusiło mistrza świata do takiego zachowania.

Dla tych, którzy choć trochę znali się na szachach, było jasne, że na dwudziestej drugiej szachownicy dzieją się rzeczy niezwykłe. Chłopiec zamknął własną wieżę w pułapce strzeżonej przez białego gońca i pionka Gurgenidzego po to, by móc swobodnie toczyć pojedynek trzema wolnymi pionami z białą wieżą przeciwnika. Śmiałość tej idei była tak oryginalna, że mistrz zrozumiał, iż gra z kimś obdarzonym szachową intuicją, dużą wyobraźnią i wiarą we własne umiejętności. Minęło ponad pół godziny, zanim Gurgenidze wykonał swoje kolejne posunięcie. Widzowie wokół szachownicy wstrzymali oddech. Pionier odpowiedział błyskawicznie. Wokół rozległ się szmer rozczarowania. Chłopiec poświęcał jeden ze swoich trzech pionów, co powszechnie zostało odebrane jako błąd. Ale właśnie w tym momencie Zwieriew poczuł dreszcz, który był niczym znak dla Symeona, gdy przeszła obok niego matka z dzieckiem na ręce. Natychmiast pojął, że młokos dyktuje warunki mistrzowi świata i nie ma zamiaru pogodzić się z myślą o remisie, który byłby przez mistrza niechybnie przyjęty. Nie było w jego posunięciach nic z kunktatorstwa, nieśmiałości czy lęku, przeciwnie – to była czysta brawura. Zwieriew oblizał zaschnięte od upału usta. Wyglądało na to, że Gurgenidze delektuje się postawionym przed nim intelektualnym zadaniem. Mistrz strzepnął spokojnie popiół z papierosa i znów głęboko zadumał się nad pozycją. Dochodziła dziesiąta, kiedy wykonał swoją wieżą posunięcie dające mu remis i z triumfem spojrzał na chłopca. Ten przygryzł wargi i odchylił się na krześle. Na jego twarzy malował się rodzaj uniesienia, zawierającego w sobie zarówno ekscytację, jak i ogromny ładunek bolesnego rozczarowania.

– No cóż, remis – rzekł filozoficznym tonem Gurgenidze, wyciągając do chłopca rękę i powstając z krzesła. Nie miał ochoty na analizowanie partii wśród tłumu gapiów. Poczuł się zmęczony. Czekała go walka w obronie mistrzowskiego tytułu, tymczasem nie mógł pokonać kilkunastoletniego pioniera w białej koszuli i idiotycznej czerwonej chuście na szyi. Podszedł do stojącego obok Zwieriewa i szepnął:

– Chcę mieć zapis tej partii.

Zwieriew przyglądał się pozycji, wciąż licząc warianty. Jego oczy błyszczały z radości.

– Jak ci na imię? – zwrócił się do pioniera, który siedział pogrążony we własnych myślach.

– Oleg Igorowicz Antonow – odpowiedział chłopiec.

– Ciekawa końcówka. – Zwieriew się uśmiechnął. – Bardzo ciekawa. Ale nie było drogi do wygranej. Choć czujesz rozczarowanie, wiedz, że zrobiłeś wszystko, co było możliwe. Spiszesz mi posunięcia?

Oleg wracał do domu z gorączką. Matka zrobiła mu kolację, ale nic nie zjadłszy, położył się spać. Olga Lwowna nie pytała o wynik. Widząc roztargnione spojrzenie syna, była pewna, że przegrał.

W nocy spadł gwałtowny deszcz, który niczym orkiestra symfoniczna uderzył z siłą w kotły, zagrzmiał sekcją dętą, rozwinął przenikliwie i gwałtownie szybkie partie strunowe, poczynając od staccato i stopniowo przedłużając dźwięki, by równie szybko i gwałtownie zamilknąć, pozostawiając po sobie jedynie niepowtarzalny zapach, który wzbudził w Oldze Lwownie tęskny ucisk w piersiach. To był zapach czerwcowej Moskwy, pełnej sprzeczności, wielkiej i surowej, a jednocześnie promieniującej domowym ciepłem, duszącej potęgą i uwodzącej delikatną, orzeźwiającą nutą miłości i marzeń, alkoholowego upadku i artystycznych uniesień. Leżąc w pościeli, Olga Lwowna wdychała ten zapach, a po jej policzkach ciekły łzy.

– Dziś sobota. Chcę, żebyś został w domu – odezwała się, gdy o poranku Oleg wszedł do kuchni. – Dużo cię to wszystko wczoraj kosztowało. Powinieneś odpocząć.

Oleg usiadł obok niej przy stole.

– Nienawidzę rozczarowań – mruknął.

– Nie rozumiem tej gry, więc nie jestem w stanie ci pomóc. Mogę sobie tylko wyobrażać, co czuje się po porażce. Ale nie chcę, byś rzucał wszystko po pierwszym niepowodzeniu. Ojciec marzył, żebyś grał w szachy. Z podziwem patrzył na wielkich szachistów, takich jak Spasski czy Tal. Szachy rozwijają umysł, a może, jak twierdzi dziadek Lowa, po prostu pozwalają melancholijnie zatopić się w ich nierzeczywistym świecie… Nie wiem.

– Czasem czuję, jakby do mnie przemawiały – wyznał chłopiec. – Jakby ożywały w moich palcach, ale głupio mi o tym mówić. Niekiedy tworzą w mojej głowie obrazy, które nie wiem, skąd się biorą. Jestem bardzo zmęczony.

Po wyjściu matki Oleg wrócił do końcówki partii. Nie mógł się pozbyć dręczącego go uczucia, że gdzieś przeoczył drogę do wygranej. Kiedy zdał sobie sprawę, że zapewne stracił szansę na sławę, na jedyny w życiu triumf nad mistrzem świata, wstał, otworzył okno i wyrzucił przez nie szachownicę, obiecując sobie, że nigdy więcej nie będzie tracił życia na takie bzdury. Gdy złość mu przeszła, zbiegł szukać szachów, ale znalazł zaledwie kilka figur i połamaną drewnianą deskę. Ukrył je w obawie przed matką.

Trzy dni później do Olgi Lwowny przyszedł list z centralnego szachowego klubu Moskwy, w którym było zaproszenie dla Olega. Szkolenie dla juniorów prowadził tam Aleksander Władimirowicz Zwieriew. Kiedy Olga Lwowna wbiegła z wiadomością do pokoju syna, ten montował z „Konstruktora” most do kolejki Piko.

– Nie będę grał – oznajmił na wieść o zaproszeniu.

– Co ty mówisz?

– Nie chcę już grać – upierał się, nie przerywając wkręcania śrubek. – Nie będę tracił życia na takie bzdury. Wyrzuciłem szachownicę.

– To nowej nie dostaniesz. – Olga Lwowna poczerwieniała ze złości. – Nauczysz się szanować przedmioty. Nie jesteś już małym chłopcem!

Następnego dnia Oleg wklejał rysunki figur szachowych do kapsli po piwie. Przyjaciel ze szkoły Andriej Grotow, który wpadł do niego, zaproponował mu kapsle po coca-coli w zamian za zdjęcie Sophii Loren z albumu o historii kina. Ojciec Andrieja, Giennadij Artiomowicz Grotow, był pułkownikiem lotnictwa i u Andrieja na urodzinach można było wypić coca-colę. A czasem, kiedy nikogo nie było w domu, włamywali się z Andriejem do barku i próbowali martini lub francuskich koniaków. Oleg podziwiał ojca Andrieja, jego mundur oraz sposób mówienia: opinie, wygłaszane spokojnym niskim tonem, były zawsze wyważone. Imponował mu także jego wzrost. Myślał, że z takim ojcem Andriej musi czuć się bezpiecznie.

– A co tam u ciebie, Oleg? – spytał go kiedyś pułkownik, pijąc herbatę ze szklanki. – Andriej mówił, że grasz w szachy.

– Gram, ostatnio zremisowałem z mistrzem świata. Wprawdzie to tylko symultana, ale zawsze coś.

– Jasne, że tak. Mistrz świata to mistrz świata.

Mówił krótkimi zdaniami i to dla Olega było takie męskie. Czuł, że pułkownik Grotow jest zdobywcą. Jego żona, matka Andrieja, wydawała się Olegowi bardzo atrakcyjną kobietą. Kilka lat temu, kiedy był w pierwszej czy drugiej klasie, fantazjował erotycznie na jej temat.

Oleg spojrzał na Andrieja oglądającego kapsle niczym wprawny zegarmistrz.

– Zostaw sobie kilka, to zagramy w „Korki”.

Andriej imponował Olegowi, który uważał, że przyjaciel zawsze wie, co należy zrobić, ma styl i na mur zajdzie wysoko. Andriej miał też klawe rzeczy, na przykład takie jak półkolarka, o której on czy Fiedka Radulin mogli jedynie pomarzyć. W każdym wyścigu Andriej wyprzedzał ich o kilkanaście metrów. Za to Fiedka był najsilniejszy. Niski, mocno zbudowany, dużo ćwiczył z ciężarkami. Ojciec zapisał go na zapasy. Fiedka marzył, by zostać podwodniakiem.

– Fiedka, a jak łódź zacznie przeciekać? Co wtedy? Czy podwodniacy mają butle tlenowe, żeby się wydostać z głębiny? – zapytał go kiedyś Andriej.

– Teraz łodzie nie przeciekają – odrzekł spokojnym głosem Fiedka, pociągając z butelki łyk piwa. – Mamy najlepsze okręty podwodne na świecie.

– Mimo wszystko mnie by wzięła ta, no, klaustrofobia – stwierdził ze sceptyczną miną Andriej, przejmując od Fiedki butelkę. – Ja lubię przestrzeń, świat, powietrze. Gdybyś został znanym szachistą – zwrócił się do Olega – to mógłbyś grać na całym świecie, co?

– Mógłbym – przytaknął Oleg.

– Chciałbym pojechać do Ameryki – rzucił z rozmarzeniem Andriej.

– A ja zobaczyć Machu Picchu – wypalił bez zastanowienia Oleg. – Czytałem o tym w encyklopedii Prochorowa.

– Co to takiego? – zainteresował się Fiedka.

– Miasto w Peru, wysoko w górach, prawie dosięga chmur. – Oleg się rozmarzył. – Myślisz, że takie rzeczy można sobie wyśnić? Jak czegoś bardzo chcesz, to to się stanie?

– Szczerze mówiąc, nie – zaprzeczył zdecydowanym tonem Andriej. Pociągnął spory łyk piwa i wytarł usta rękawem. – Marzyłem rok temu, żeby ta nowa od angielskiego pokazała mi cycki i nic.

– Może nie dałeś jej szansy, niby jak to miała zrobić? – skomentował Oleg, który nie znał tego marzenia kolegi.

– No coś ty – obruszył się Andriej. – Na koniec roku zaniosłem jej do mieszkania ten wielki kaktus, co to się tak martwiła, że przez wakacje uschnie. Byliśmy sami: ona, ja i kaktus. I nic. Wyciągam z torby colę i mówię: „Macie lód, Natalio Piotrowna? Jakoś gorąco, może się ochłodzimy colą z lodem?”. I zanim zaprotestowała, wyjąłem lód z zamrażalnika, wrzuciłem do szklanek, zalałem colą i… Uważajcie teraz: ściągam koszulkę, przykładam sobie kostkę lodu do karku, do piersi i mówię do niej: „Super tak się ochłodzić, polecam”.

– I…? – Fiedka ożywił się na dobre.

– „Grotow – mówi do mnie – dziękuję za przyniesienie kaktusa. A teraz musisz już sobie iść”. Ja na to, że wcale nie muszę, a ona, żebym już sobie poszedł, bo ma inne sprawy na głowie. No to pytam, jakie ma sprawy na głowie, skoro zaczęły się wakacje. Nie odpowiedziała, tylko otworzyła mi drzwi i kazała iść precz.

– No tak – westchnął Oleg. Miał wrażenie, że po opowieści Andrieja, dowodzącej, że marzenia się tak łatwo nie spełniają, Machu Picchu oddaliło się od niego bezpowrotnie. – Ale przynajmniej próbowałeś. Jutro jadę do nowego klubu. Może powiedzie mi się lepiej niż tobie z Natalią Piotrowną.

– Myślę, że po moim wyjściu ona ten lód sobie… Ech, w dupę kopane – przeklął ze złością Andriej. – Daj jeszcze łyka. – Wyciągnął rękę po krążącą między nimi butelkę.

Gdy koledzy poszli do swoich domów, Oleg długo klęczał na łóżku przy oknie i z głową wychyloną za parapet spoglądał na ulicę szykującą się do snu. Przypatrywał się światłom w oknach sąsiednich bloków, starając się wyobrazić sobie, czy ktoś z ludzi żyjących w tych mieszkaniach trafi kiedyś do encyklopedii Prochorowa, zerkał na latarnie przy drodze, których światła nadawały rosnącym obok nich drzewom fantastyczne kształty.

Centralny Moskiewski Klub Szachowy miał swoją siedzibę w gmachu przy bulwarze Gogola pod numerem czternastym. Ten zabytkowy trzypiętrowy budynek od czasu otwarcia klubu w 1956 roku był świadkiem narodzin wielu arcymistrzów. Młodemu Olegowi wydał się świątynią. Kiedy, ogarnięty tremą, przekroczył jego próg, nagle wpadł w panikę, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nie umie grać dobrze w szachy i że jest tylko marnym amatorem, gdy tymczasem tu, w tym budynku, grają prawdziwi arcymistrzowie.

Wszedł do sali pełnej szachownic, usiadł z boku i przyglądał się grającym zawodnikom. Po godzinie podszedł do niego Zwieriew. Przywitał się i posadził chłopca naprzeciw młodzieńca o rudych włosach i piegowatej cerze.

– Jurij Makarow – przedstawił się rudzielec i wyciągnął rękę.

– Oleg Antonow.

– Jestem mistrzem międzynarodowym, a ty? – spytał, nakręcając zegar, Makarow.

– Ja? Ja już prawie – skłamał Oleg, czerwieniąc się.

– Trener powiedział, żebyśmy zagrali.

– No to grajmy.

– Zagramy w blitza. Zremisujesz, zagramy więcej, przegrasz, przerwiemy, bo szkoda czasu. Jakie chcesz? Białe? Zresztą nieważne, będziemy się wymieniać. Pięć minut na partię, zgoda?

– Zgoda.

I zaczęli.

– Ej, tak się nie gra – zdziwił się Makarow, widząc nieznany mu ruch skoczkiem na pole a3 w drugim posunięciu obrony sycylijskiej.

– Może – odrzekł Oleg, znowu się czerwieniąc. – To wygraj.

Makarow się zezłościł.

– A żebyś wiedział.

Ale nie wygrał ani tej, ani trzech kolejnych partii. Dopiero w piątej udało mu się pokonać Olega, który w pośpiechu przeoczył prostą kombinację przeciwnika. Mijały godziny, a oni siedzieli naprzeciw siebie pochłonięci grą. Nie zauważyli, kiedy podszedł do nich Zwieriew. Przyglądał się pojedynkowi w milczeniu. Wreszcie, widząc, że ledwo siedzą ze zmęczenia, przerwał im, zabierając zegar.

– Dosyć – rzucił szorstko. – Wystarczy.

Oleg spojrzał na niego z rozżaleniem. Przegrał ostatnią partię i czuł złość. Oczy zaszły mu łzami. Zwieriew uśmiechnął się, widząc rozpalone twarze chłopców.

– Dzwoniła twoja matka – odezwał się do Olega. – Obiecałem jej, że cię odwiozę. Nigdy nie zostajemy do tak późnej pory. Jura – zwrócił się do Makarowa – ojciec czeka na dole. Jaki był wynik? – rzucił przez ramię, jakby od niechcenia.

– Jedenaście do dziewięciu dla niego – szepnął ze wstydem Antonow.

Zwieriew odwrócił głowę, by ukryć uśmiech. Jurij Makarow był mistrzem Moskwy juniorów.

– Które partie przegrałeś? – spytał Olega w drodze do metra.

– W piątej przegapiłem proste bicie, w szóstej przekroczyłem czas w końcówce wieżowej przy trzech pionach. Potem w dziewiątej wpadłem w pułapkę w obronie słowiańskiej, w wariancie, którego nie znałem. Makarow poświęcił dwa piony w zamian za atak na skrzydle królewskim. W dziesiątej znowu, bo… – wymieniał po kolei wszystkie przegrane partie, dokładnie opisując przyczyny swoich porażek.

– I boli, że przegrałeś? – drążył Zwieriew, z trudem powstrzymując rozbawienie.

– Bardzo. Wiadomo. Co ma nie boleć?

– To bardzo dobrze. Bardzo dobrze. Musi boleć. Tylko wtedy chcesz wygrywać, masz motywację. Żeby więcej nie bolało.

Jechali metrem w milczeniu. Oleg analizował w myślach rozegrane przez siebie partie. A Zwieriew zastanawiał się nad tym, co mogą wspólnie osiągnąć i co kryje się w oczach chłopca, czy jest to ten niezwykły element charyzmy, który może dać mu szansę gry o najwyższe laury, czy też nadmierna wrażliwość, która będzie ciągłym problemem i stanie się barierą dla wiary we własne umiejętności.

Wysiedli na stacji Sportiwnaja. W progu mieszkania przywitała ich Olga Lwowna.

– No, nareszcie. – Pokiwała niezadowolona głową. – Dziękuję wam, Aleksandrze Władimirowiczu, że go odwieźliście, choć protestuję i nie pochwalam godziny, o której kończycie. Lekcje pewnie nieodrobione? – zwróciła się do syna.

– Odrobione – rzucił Oleg.

– Może zjecie z nami kolację, Aleksandrze Władimirowiczu? Późno, a wy pewnie głodni?

Zwieriew się zawahał.

– Żona będzie zła. – Zaśmiał się. – Ale skorzystam z zaproszenia, będzie mi bardzo miło. Tylko pozwolicie, Olgo Lwowna, że zadzwonię do domu i uprzedzę. Żona trzyma mnie krótko.

– Jak mu szło? – spytała ukradkiem Olga Lwowna, tak żeby Oleg nie usłyszał.

Zwieriew nie odpowiedział, tylko pokiwał tajemniczo głową, po czym usiadł za stołem w salonie i chciwie słuchał opowieści o Olegu i o jego zmarłym ojcu, srebrnym medaliście olimpijskim w boksie. Chłopiec chłonął każdy szczegół, czasem coś dodawał, pokazywał trenerowi album ze zdjęciami ojca.

– A skąd imię Oleg? – zainteresował się Zwieriew.

– Miał być Aleksander, ale to nieszczęśliwe imię w rodzinie, dwóch stryjów zginęło na wojnie i baliśmy się, że ciąży nad nim klątwa.

– Ha, ha – zaśmiał się trener. – Mnie klątwa jakoś nie dotknęła.

Przez całą kolację Zwieriew bacznym wzrokiem lustrował Olega i jego matkę, rozglądał się ciekawie po mieszkaniu, pytał, jak wyglądają zeszyty chłopca, jakie są jego ulubione przedmioty, co czuje, gdy gra. Jego myśli biegły znacznie dalej, niż mogła się tego domyślać Olga Lwowna.

Odprowadzając gościa do drzwi, matka Olega powtórzyła pytanie:

– Czy radził sobie jakoś?

– Był w naszym klubie dopiero pierwszy raz – odpowiedział wymijająco Zwieriew.

– No tak, musi zdobyć wiedzę i doświadczenie – rzekła zadumana i zmartwiona, domyślając się, że nie było najlepiej.

– Musi pracować i tyle, a reszta… zobaczymy. Dobranoc, Olgo Lwowna. – Zwieriew pocałował kobietę w rękę. – Podrzucę mu kilka książek. Ma dobrą pamięć, potrafi liczyć warianty. Zobaczymy. Ogromnie dziękuję za przepyszną kolację.

– Dobranoc, Aleksandrze Władimirowiczu.

Moskwa czerwcową nocą wydała się Zwieriewowi pełna wewnętrznej energii, przepojona nadzieją. Jechał niemal pustym metrem. Pochłonięty własnymi myślami nie zwracał uwagi na rozświetlone stacje, na których stawał pociąg. Przypomniał sobie o kanapce przygotowanej przez żonę. Nie lubiła, gdy coś się marnowało. Czytając czasopismo szachowe „64”, jadł kanapkę z mielonką. Przeglądał debiutowe nowinki, starał się rozpoznać szachistów na czarno-białych fotografiach. Nie pamiętał już atmosfery wielkich turniejów. Tęsknił za nią. Wiedział, że wszystko może wrócić wraz z sukcesem ucznia, na którego tak czekał. Liczył na Makarowa. Rokował bardzo dobrze. Zdobyte mistrzostwo Moskwy juniorów młodszych stawiało go w gronie najzdolniejszych szachistów w kraju.

Może okaże się tym wymarzonym uczniem, pomyślał, przekręcając klucz w drzwiach mieszkania. W milczeniu położył się do łóżka obok obrażonej żony. A gdyby tak z nim zdobyć mistrzostwo świata? Westchnął w duchu, odwrócił się na bok i wciskając rękę pod poduszkę, oddał marzeniom.

Leningrad,
14 czerwca 1979

Kristina Michajłowna przystanęła na moście, dając grupie znak ręką, by ją otoczyła.

– Położenie Leningradu na północy Europy – zaczęła mocnym głosem – na sześćdziesiątym równoleżniku powoduje występowanie wspaniałego zjawiska białych nocy, którego uroki możecie dziś podziwiać. Słońce na przełomie wiosny i lata praktycznie nie chowa się za horyzontem. Czy ktoś z was zgadnie, ile trwa tu najdłuższy dzień w roku?

– Szesnaście godzin? – rzucił mężczyzna w rogowych kwadratowych okularach.

– Osiemnaście? – spytała tęga kobieta.

– Blisko – zachęcała Kristina Michajłowna.

– Dwadzieścia – zaproponował ktoś z grupki.

– Dziewiętnaście – zdradziła odpowiedź Kristina Michajłowna. – Dziewiętnaście godzin. Myślę, że dziś jesteśmy blisko tej właśnie długości dnia. Mamy dziesiątą wieczór, a jak widzicie, słońce nie ma zamiaru się schować. Zresztą, dziś czekają nas typowo leningradzkie wieczór i noc, gdyż o świcie będziemy podziwiać otwieranie mostów nad Newą. Mam nadzieję, że wszyscy dadzą radę, a potem przez wiele lat będziecie wspominać ten wieczór w jednym z najbardziej romantycznych miast na świecie. Tak, tak, to nie przesada. – Kristina Michajłowna zmieniła tembr głosu, który stał się teraz miękki, bardziej uduchowiony. Lubiła robić wrażenie na oprowadzanych przez siebie grupach. – Leningradzkie białe noce sławiło wielu poetów i pisarzy. Były natchnieniem dla Fiodora Dostojewskiego, który pisał: Niebo było takie gwiaździste, takie jasne, że spojrzawszy na nie, mimo woli trzeba było zapytać siebie: czy naprawdę pod takim niebem mogą żyć różni zagniewani i niezadowoleni ludzie?[3]. Tak, to pięknie wyrażona myśl, która każe nam wszystkim zadać sobie pytanie, czy otaczające nas piękno czyni nas szlachetniejszymi, czy też ludzie nie potrafią wznieść się ponad swoją małostkowość, pozbyć zawiści i zła.

Grupa turystów spoglądała na nią zmęczonymi oczami, pustym, pozbawionym refleksji wzrokiem, w którym nie było widać żadnych emocji. I Kristina Michajłowna poczuła smutek, bo w zagranicznych grupach dostrzegała zainteresowanie i radość, w rodzimych zaś jedynie apatię, znużenie i lęk przed jakąkolwiek formą ekspresji własnych emocji.

– Białe noce trwają od dwudziestego piątego maja do szesnastego lipca – kontynuowała matowym głosem. – Szczególnie pięknie prezentują się podczas tak dobrej pogody jak dzisiejszego wieczoru, kiedy leningradzkie mosty, złote kopuły i pałace okrywa ten unoszący się ponad nami kunsztowny jedwabny różowy woal. Wszystko to wygląda niczym obraz impresjonisty. Jak pisał Puszkin w Jeźdźcu miedzianym: Bez lampy nocą czytam, piszę, śród jasnej pustki nie drgnie nic, i lśni nad śpiących ulic ciszą Admiralickiej igły szpic[4]. Taki jest nasz piękny, ukochany Leningrad…

Mężczyzna w rogowych okularach wyraźnie się ożywił, dyskretnie przysunął do Kristiny Michajłowny i szepnął jej coś do ucha. Przewodniczka przerwała swoją wypowiedź i rozejrzała się dookoła.

– Który? Ten? – spytała mężczyznę, wskazując na przechodzącego kilka metrów od nich młodzieńca, któremu towarzyszyła elegancka, starsza od niego kobieta.

Mężczyzna w rogowych okularach przytaknął. Kristina Michajłowna oceniła sceptycznym wzrokiem idącą parę, po czym zrobiła kilka dziarskich kroków i zaczepiła młodzieńca:

– Przepraszam was, obywatelu, prowadzę tu wycieczkę z Nowosybirska. Ten obywatel pyta, czy jesteście arcymistrzem szachowym.

Atak był zupełnie niespodziewany. Młodzieniec stanął jak wryty, przez chwilę zaniemówił, po czym odrzekł, nadal zdziwiony i lekko rozbawiony sytuacją:

– Tak, jestem arcymistrzem.

– Czy w takim razie można prosić was o autograf?

Młodzieniec się zaśmiał.

– Dajcie coś do pisania, będzie autograf.

Mężczyzna w okularach podbiegł, wyciągając książkę z przewieszonej na skos skajowej torby i podając ją usłużnie. Młodzieniec obejrzał okładkę.

Jak grać debiut Suetina? No cóż, nie moja książka, ale niech będzie, choć dedykować nie mogę. Wasze nazwisko?

– Pantielejew.

– A imię?

– Dymitr Rusłanowicz.

– A w szachy gracie, Dymitrze Rusłanowiczu?

– Gram. Próbuję obronę Caro-Kann. Odkąd pokonaliście Sztejna w Rydze, bardzo mi się spodobał ten debiut.

Młodzieniec uśmiechnął się i wpisał:

Z życzeniami sukcesów w obronie Caro-Kann dla Dymitra Rusłanowicza

Anatolij Romancew

– Mój syn jest już sławny? – zwróciła się do niego towarzysząca mu kobieta, gdy znaleźli się znów sami kilka metrów od grupy turystów.

– Ojciec powiedziałby: „Na sławę trzeba czymś zasłużyć, ty, synu, jesteś co najwyżej popularny w wąskim kręgu szachistów”.

– Oj, Tola, złośliwcze. – Matka zaśmiała się wesoło. – Przystaniemy? Chcę popatrzeć na nasze miasto i na Newę.

Kobieta stanęła na moście przy barierce i spoglądała przed siebie. Różowe światło wieczoru, które mieszało się z jasnymi odblaskami iskrzącej się srebrzyście tafli wody, rozjaśniało jej twarz, tworząc wokół aureolę. Przypominała postaci świętych kobiet z obrazów renesansowych artystów. Szczupła sylwetka, włosy upięte w kok i zwiewna sukienka sprawiały, że wyglądała bardzo młodo. Długie palce przydawały jej dłoniom wyszukanej elegancji.

– I…? – przerwał ciszę Romancew.

– O co pytasz? – szepnęła matka z uśmiechem na twarzy i przymrużonymi oczami.

– Co czujesz, patrząc na nasze miasto?

– Czuję płynącą wraz z Newą miłość. Jakby rzeka emanowała nią, a to uczucie uniosło się w górę i rozbłysło na niebie tym niezwykłym kolorytem białej nocy. Czuję intymność, gdy rankiem słyszę opuszczające się nad rzeką mosty, kłaniające się słońcu lub też pełniące straż nocną, gdy przyjdzie krótki zmrok. Czuję dumę, że mieszkam tu, w największym imperium, i wiem, że cokolwiek tutaj stworzysz, będzie jak kropla, która pada na gładką taflę wody, i z falą rozejdzie się kręgiem po świecie.

Kobieta wsunęła rękę pod ramię syna i, wsparta na nim, ruszyła wolnym krokiem w kierunku Nabrzeża Dworcowskiego. Szli przez pewien czas w ciszy, delektując się spacerem w ciepły czerwcowy wieczór, kiedy nic nie mąci myśli, z pragnieniem, by zachować w sobie to uczucie spełnienia, zanim nie ustąpi ono miejsca trosce.

– Znasz mnie, nie mogłabym mieszkać nigdzie indziej – odezwała się po jakimś czasie kobieta. – Nie umiałabym nigdzie płakać tak jak tu. Nie dlatego, że jestem nieszczęśliwa, ale dlatego, że wzbiera we mnie tęsknota, ta nieodgadniona, nieznająca przedmiotu, po prostu tęsknota… I wtedy myślę, że przecież dookoła jest Rosja, jak okiem sięgnąć, od morza po zieloną tajgę, po południowe stepy i góry Kaukazu. I wiesz? Wówczas mój oddech staje się spokojniejszy, czuję, że jestem w miejscu, w którym być powinnam. I już mnie nic nie martwi. Nie martwią mnie rzeczy, o których opowiada ojciec, nie martwi mnie los przyjaciół, którzy wybrali emigrację, nie martwią mnie słowa bez znaczenia, które słyszę co dzień. Jestem z Czajkowskim, Rachmaninowem, Szostakowiczem czy Musorgskim, przenikają mnie, słyszę ich muzykę, słyszę słowa Lermontowa, Puszkina, Achmatowej i nie boję się tych starców w futrzanych czapach stojących na grobowcu jak martwe kukły. Tola, Tola, mój… – Matka pogładziła syna po włosach. – Więc mój syn jest sławny…

– „Popularny w wąskim kręgu szachistów. Szachy to smętny sport. Ale przynajmniej jeden arcymistrz jest czystej krwi Rosjaninem. Chociaż tyle”.

– Złośliwy ten mój Tola. Jutro jedziesz do Estonii, tak?

– Tak.

– Jak się tam dostaniesz?

– Pociągiem do Tallina, stamtąd zabierze mnie dalej samochód.

– Nie mają na co trwonić pieniędzy, przysyłają po ciebie samochód aż do Tallina? I co tam będziecie robić?

– Gurgenidze organizuje obóz przygotowawczy. Jesienią mecz z Zimmermanem.

– A co się robi na szachowym obozie przygotowawczym? Ta nazwa kojarzy mi się z biegami po plaży.

– No cóż, raczej trudno sobie wyobrazić Gurgenidzego, który biega w spodenkach po plaży.

Romancewa rozbawiła ta wizja i przez chwilę próbował zobaczyć w myślach mistrza świata podskakującego na piasku w stroju gimnastycznym.

– Czy to prawda, że ten Amerykanin, Zimmerman, jest nieco szalony? – ciągnęła matka, widząc, że rozmowa o szachach sprawia synowi przyjemność.

– Powiedziałbym: ekscentryczny. Tak, ekscentryczny, wiesz, typ Salvadora Dalego.

– Dlatego budzi tyle emocji?

– Myślę, że tak. Ludzie lubią dziwaków, którzy uchodzą za geniuszów. A on odpowiada ich oczekiwaniom. Poza tym to Amerykanin, a szachy to nasz sport, rosyjski. Samotnie rzucił nam wszystkim wyzwanie. Od czasów wojny wygrywamy praktycznie wszystkie olimpiady szachowe i tylko reprezentant Związku Radzieckiego był i jest mistrzem świata… A tu Amerykanin sięga po coś, co jest nasze. Uzurpator. Ale jest piekielnie dobrym graczem. Pokonał naszych arcymistrzów w meczach pretendentów do zera. Do zera! Nigdy wcześniej nie zdarzyło się coś podobnego na tym szczeblu rozgrywek. Białym i czarnym kolorem. Bez różnicy. Taka wygrana musi robić wrażenie. Sportkomitet to złości. Każdego Rosjanina złości. Dlatego ten mecz jest tak ważny dla kraju. Prasa zachodnia pisze o nim niczym o konfrontacji Chruszczowa z Kennedym podczas kryzysu kubańskiego. Pierwszy raz telewizja będzie transmitować na żywo pojedynek szachowy.

– A ty? Co sądzisz? Czy nasz mistrz ma szansę na wygraną?

– Nie wierzę, by obronił tytuł.

– Więc kto pokona Amerykanina?

– Ja. Ja go pokonam – rzekł Romancew bardzo zdecydowanym tonem.

Szli chwilę w milczeniu. Klara Dmitrijewna poczuła się dumna z syna, z jego siły i pewności siebie, którą musiała tak mocno chronić, gdy był dzieckiem.

– Zawsze chciałam, byś został pianistą, ewentualnie dyrygentem – zwróciła się do niego ciepłym głosem. – Twój ojciec był przeciwny. Lubi przebywać wśród artystów tylko po to, by móc ich później nazywać lekkoduchami. Zresztą szachistów też nie ceni.

– Wiem, ale wcale mi to nie przeszkadza. Ja kocham szachy.

– Chodź, musimy wracać, ojciec niebawem przylatuje z Moskwy.

Przyspieszyli kroku, idąc brzegiem Newy, której tafla wciąż niczym zwierciadło oddawała niebu jego pełne kolorów oblicze.

– Posłuchaj – zwrócił się Romancew do matki. – Znasz Daszę Suworową?

– Tę aktorkę? Blond piękność z zadartym noskiem? – Matka bacznym okiem spojrzała na syna. – Nie znam osobiście, ale rzecz jasna widziałam ją w kilku filmach. Czemu pytasz?

– Poznałem ją wczoraj.

– No proszę. Gdzie?

Romancew się zawahał. Dojrzał przenikliwe spojrzenie matki, ale zdecydował się mówić dalej.

– Nie były to do końca zwyczajne okoliczności i sam nie wiem, co o tym sądzić.

– Opowiedz – zainteresowała się Klara Dmitrijewna.

– Aby dać ci pełny obraz tego, jak było to dla mnie nieoczekiwane, zacznę od początku. Prosto z Szeremietiewa pojechałem do Rossiji. Sportkomitet ma w niej duże zniżki, więc będąc w Moskwie, zazwyczaj nocuję w Rossiji. Wziąłem prysznic, przebrałem się w szlafrok, nalałem sobie odrobinę koniaku, tak dla ukojenia nerwów po podróży. Wtem ciszę przerywa kobiecy krzyk na korytarzu. Nie wiem, czy to było wołanie, czy krzyk przerażenia. Nie zdążyłem rozeznać. Mniejsza o to. Zerwałem się z fotela i zastygłem w oczekiwaniu. Nie podbiegłem do drzwi, by nie uronić żadnego odgłosu. I nagle, co słyszę? Pukanie do mojego pokoju. W pierwszej chwili wydało mi się to złudzeniem. Ale powtórzyło się. Ktoś do mnie pukał. Podbiegam więc do drzwi, nie pytam kto, bo pomyślałem, że wyjdę na tchórza, a byłem pewien, że to ta kobieta, która krzyknęła. Otwieram, w moje ramiona faktycznie osuwa się kobieta. Przenoszę ją na łóżko. Wracam, żeby zamknąć drzwi. Rozglądam się po korytarzu, czy ktoś ją ściga, czy ktoś nam zagraża. Miejsce, gdzie siedzi etażna, puste. Cisza, nikogo nie widzę. Na wszelki wypadek zamknąłem drzwi na klucz. Wracam. Ona siedzi na skraju łóżka, ma blond włosy, w kompletnym nieładzie. Jest chyba w szoku. Przyglądam się i jej twarz wydaje mi się znajoma. Ale nie śmiem spytać, czy jest tą znaną aktorką. Więc upewniam się tylko, czy nie jest ranna, czy wszystko w porządku. Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to wezwać kogoś z recepcji. Wpierw jednak wolę się upewnić, czy nie narażę jej na jakąś przykrość. Zaraz pojawiłaby się milicja, a może i prasa. Więc siadam naprzeciwko i czekam. A ona podnosi głowę i widząc otwartą butelkę na stole, pyta: „Mogę trochę koniaku?”.

– I co było dalej? – zapytała Klara Dmitrijewna.

– Nalałem jej do szklanki. Wypiła. Wzięła głęboki oddech. Uspokoiła się. Spojrzała na mnie z zainteresowaniem, jakby dopiero teraz zauważyła moją obecność. I wtedy byłem już pewien, że to Dasza Suworowa. Widziałem ją niedawno w Carewiczu Dymitrze. Chyba wykonałem jakiś gest, może otworzyłem usta i wskazałem na nią palcem, bo uprzedziła mnie, mówiąc: „Tak, jestem tą aktorką”. Zmieszałem się i odrzekłem, że wiem i że widziałem ją w filmie. A ona na to: „A wy, kim jesteście?”. Przedstawiłem się, mówię, że arcymistrz szachowy. Oczywiście nie znała mojego nazwiska.

– Nie należała do „wąskiego kręgu szachistów” – zażartowała matka.

– Jak widać nie. Mogłem się przedstawić jako syn Michaiła Nikołajewicza Romancewa, to pewnie zrobiłoby na niej większe wrażenie.

– No dobrze, mów, co działo się dalej, bo jestem szalenie ciekawa.

– Właśnie, ja też byłem szalenie ciekaw, dlaczego krzyknęła i co się wydarzyło. Ale teraz nastąpiło coś niezwykłego. Uważaj. Przez piętnaście, nie przesadzam, piętnaście minut nie powiedziała ani słowa.

– Jak to? Ani słowa?

– Nic. Zupełnie nic. Najpierw przymknęła powieki. Błądziła myślami gdzieś w sobie tylko znanym świecie. Więc milczałem. Dolałem jej koniaku, na chwilę otwarła oczy, nie zaprotestowała i znów zacisnęła powieki. Nalałem również sobie, usiadłem z powrotem naprzeciwko i czekam. A ona położyła się na łóżku i zwinęła w kłębek. Tak, w kłębek. Podkurczyła nogi, jakby szukała bezpieczeństwa. Patrzyłem na to zdziwiony…

Romancew poczuł delikatne uszczypnięcie w nadgarstek. Coś jak sygnał mówiący: „Wiem, że zapragnąłeś położyć się obok i przytulić ją, ukoić jej ból, czymkolwiek był spowodowany”. Nie przyznał się, że faktycznie tak się stało i że leżąc obok znanej aktorki, czuł w tamtym momencie eksplozję zmysłów, jakby ktoś wstrzyknął mu prosto w serce dużą dawkę adrenaliny. A piętnaście minut milczenia było spowodowane między innymi tym, że położyła na jego piersi swoją głowę ukrytą w złotych lokach i trwali tak w przedziwnym zawieszeniu.

– Po tych piętnastu minutach – zaczął Romancew po chwili milczenia, gdy próbował wskrzesić w sobie tamto uczucie – Dasza mówi…

– Dasza? – Matka złapała go za słowo.

– Ona. Mówi: „Mężczyzna, który na mnie napadł na korytarzu, jest Anglikiem. Ambasadorem Wielkiej Brytanii”. Zaskoczyła mnie. Przez myśl przemknęły mi jakieś fantastyczne scenariusze. „Napadł na was?”, spytałem, choć z trudem kojarzyłem, o czym mowa. „Nie widziałem nikogo na korytarzu”. A ona, nie odpowiadając na moje pytanie, ciągnie: „Rok temu zwróciłam się do niego o pomoc. Zresztą nie tylko do niego. Niewiele osób wie, że mój brat trafił do łagru. Jest fizykiem. Został aresztowany w zeszłym roku”.

– Dasza Suworowa ma brata? – zdziwiła się matka.

– Proszę, słuchaj dalej. Czy to kpina w twoim głosie? – zirytował się.

– Jestem daleka od jakiejkolwiek kpiny – obruszyła się Klara Dmitrijewna, wyczuwając złość w głosie syna. Jego reakcja mówiła jej więcej niż słowa o tym, co naprawdę wydarzyło się w pokoju między nim a tamtą kobietą. – Słucham uważnie.

– Dasza mówi do mnie: „Zrobiłabym wszystko, żeby ratować brata, i nie wahałam się prosić o to zagranicznych dyplomatów. Ale ten człowiek postanowił wykorzystać mój dramat. Zaczął obiecywać pomoc, nalegać na spotkania, a ja mu uwierzyłam. W końcu zwabił mnie i wykorzystał w swoim mieszkaniu pod nieobecność żony”.

– I to wszystko powiedziała ci podczas pierwszego spotkania? – Klara Dmitrijewna starała się ukryć sceptyczny ton, z jakim zadała pytanie.

– Nie wierzysz jej?

– Tola, nie wiem. – Matka udała zafrasowanie. – Różne rzeczy się dzieją w naszym kraju…

– Powiedziała, że ten Anglik ją prześladuje, śledzi – kontynuował podekscytowany i zachęcony reakcją matki. – Chciałem ci to opowiedzieć, aby poznać twoje zdanie. Przyznasz, że to dość nietypowa sytuacja.

– Nietypowa – potwierdziła matka. – I co dalej? Opowiedziała ci to i poszła do siebie?

– Tak, w końcu poszła – skłamał Romancew.

– Ach, ty mój chłopaku. Ty mój chłopaku. – Matka udała beztroski śmiech, czochrając włosy syna. – Cudowny wieczór, Ludmiła zrobi nam teraz herbatę z liśćmi mięty – dodała.

Szli chwilę w milczeniu, lecz Romancew zauważył, że matka błądzi gdzieś myślami. Po chwili rzuciła, jakby od niechcenia:

– Takie kobiety mogą być niebezpieczne, Tola. Nie zakochuj się. Posłuchaj matki i się nie zakochuj.

Szachista przygryzł wargę i odwrócił głowę, spoglądając na Newę. Pierwszy raz poczuł, że matka go nie rozumie i jest sam, zupełnie sam, będąc w stanie, którego nie pojmował, którego się obawiał, ale który wydał mu się najbardziej pożądanym uczuciem, jakie mógł w sobie odnaleźć, uczuciem, które wymykało się logicznym kalkulacjom, które panowało nad rozumem. To było tak pociągające… Poczuł rozczarowanie, że matka tego nie pojmuje.

Jadąc do willi, w której sztab arcymistrzów pracował nad najlepszą strategią dla Gurgenidzego, Romancew czuł sportowe podniecenie. Wprawdzie w swojej karierze wygrał już kilka ważnych turniejów międzynarodowych, ale atmosfera wokół przygotowań do meczu o mistrzostwo świata, praca z najlepszymi analitykami w kraju, były czymś, co przemawiało do wyobraźni. Nie był pewien, jaką wartość może wnieść, jak zostaną odebrane jego analizy i propozycje, szczególnie te, które z dużym nakładem czasu przygotował w swoim ukochanym debiucie – partii hiszpańskiej. Wprawdzie nie wierzył, że Gurgenidze może dzięki jego pomocy osiągnąć sukces w meczu z Zimmermanem, lecz ciekawość, jak na opracowane przez niego nowinki zareaguje Amerykanin, była dla niego sama w sobie ekscytująca. Dla Romancewa to był rodzaj gry korespondencyjnej z charyzmatycznym Amerykaninem, którego kariera, odkąd zdobył w wieku czternastu lat mistrzostwo Stanów Zjednoczonych, była dla niego wzorem. Na razie jednak musiał się zadowolić myślą, że Zimmerman będzie grał przeciwko jego pomysłom wykorzystanym przez Gurgenidzego. I to była całkiem sympatyczna myśl, choć wierzył też, że już niebawem zmierzy się z Bobbym, jak go nazywali arcymistrzowie, i że będzie to pojedynek, który w świecie szachowym przejdzie do legendy.

Samochód wiozący Romancewa podjechał pod okazałą willę, otoczoną zewsząd wysokim kamiennym murem. Szofer wyciągnął walizkę. Szachista wszedł do domu. Spodziewał się atmosfery wojskowego sztabu generalnego, rozdyskutowanych nad szachownicami analityków. Zamiast tego uderzyła go idealna cisza. Postawił walizkę na podłodze. Zdjął płaszcz, przygładził przed lustrem włosy i ruszył korytarzem. Kiedy zszedł po dwóch stopniach prowadzących do salonu, usłyszał ciche chrapanie. Na kanapie po prawej stronie siedział pogrążony we śnie mężczyzna z głową odchyloną do tyłu i otwartymi ustami. Romancew rozpoznał w nim arcymistrza Rugullisa z Kowna. Uśmiechnął się pod nosem, ciekaw, jakie zadanie szachowe mogło go tak zmęczyć, że w połowie dnia ucina sobie drzemkę. Skręcił w lewo i za szerokim kominkiem dostrzegł czterech innych mężczyzn, którzy grali w karty przy stoliku. Stanął, zaskoczony, nie bardzo wiedząc, co ma zrobić.

– Trzy trefle – licytował mężczyzna siedzący do niego tyłem.

– Pas – rzucił drugi, a ujrzawszy nowo przybyłego, mrugnął do niego z uśmiechem.

Romancew odpowiedział lekkim skinieniem głowy. Wciąż spoglądał na nich, nie mogąc uwierzyć, że czterech wybitnych arcymistrzów – Jefim Wolf, Wiktor Krutin, Michaił Sztejn i Dmitrij Dawidienko – zamiast ciężko pracować nad przygotowaniem debiutów, ucina sobie partyjkę brydża.

– A, Romancew – mruknął Sztejn, odwracając się w jego stronę. – Tigran jest na dole z Jewtuszenką. Rozpakuj się, bo niedługo będzie obiad.

Romancew ruszył zgodnie ze wskazówką i pokonując kręte schody, zszedł na dół. Pośrodku urządzonej w myśliwskim stylu sutereny stał stół bilardowy. Wokół unosił się głęboki zapach egzotycznego tytoniu. Pochylony nad stołem Gurgenidze, z kijem bilardowym w dłoniach, przymierzał się do uderzenia.

– Dzień dobry, Tigranie Wartanowiczu – przywitał się Romancew.

– Tss – zaprotestował Gurgenidze. – No to trach. – Wykonał uderzenie kijem.

Kula przeturlała się na drugą stronę stołu, zderzyła z drugą i stanęła tuż przed otworem.

– No nie, nie, nie – rozeźlił się Gurgenidze. – Teraz ten partacz zaraz ze mną wygra. Zdekoncentrowaliście mnie, Romancew. Straciłem czujność. Ciesz się, Jewtuszenko. Podziękuj Romancewowi, bo dobrze wiesz, że miałeś już tę rundę przegraną. Trudno. Idziemy na obiad.

Odstawił kij i włożył sztruksową marynarkę.

– Rozgośćcie się na górze, pokój powinien być gotowy – zwrócił się do Romancewa, przechodząc obok i nie przejmując się zbytnio jego przybyciem.

Kiedy Romancew znalazł się sam w pokoju, poczuł złość zmieszaną z niedowierzaniem. Wyjął z walizki swoje rzeczy, które poukładał na półkach w szafie i na szklanej półeczce w łazience. Rozłożył również notatki dotyczące partii hiszpańskiej.

Tymczasem w sali jadalnej arcymistrzowie usiedli do obiadu.

– Czy ktoś zna tak naprawdę tego Romancewa? – spytał Gurgenidze, nakładając sobie porcję polędwicy.

– Jego ojciec Michaił Nikołajewicz Romancew, profesor ekonomii Akademii Nauk, jest współautorem planów na obecną pięciolatkę. Wysokie koneksje – relacjonował Jewtuszenko. – A matka to Klara Wołkowska.

– Ta pianistka? – zdziwił się Sztejn. – Nie wiedziałem, że ma syna szachistę. Boże mój, zakochałem się w niej podczas jednego z jej koncertów.

– O polityce lepiej przy nim nie rozmawiać – zauważył Wolf.

– Nigdy nie warto mówić o polityce – stwierdził Sztejn, popijając wino. – Życie jest zbyt skomplikowane samo w sobie. Mamy szachy, kobiety, literaturę, dobry koniak, wino i wódkę. Wygodne życie. My, szachiści, jesteśmy szczęśliwymi ludźmi. Nawet na Zachód puszczają nas bez większego problemu.

– Oj, Misza! – żachnął się Krutin. – Nie mów takich rzeczy! „Na Zachód puszczają”. Po pierwsze, zależy, kogo puszczają. Borysowi Pulko nie pozwalają pojechać na turniej do innego miasta, a co dopiero za granicę. Ale ty zaraz powiesz, że dziękujesz partii za to, że babę ci pozwolili zerżnąć i jesteś w pełni szczęśliwy. Nie masz ochoty choć raz spojrzeć na świat dookoła krytycznie?

– A po co? – ripostował Sztejn, nie dając się zbić z tropu. – Żeby wytrzeźwieć i nie mieć już żadnej łupinki orzecha, w której mogę ukryć swoje myśli? Nazwiesz to hamletyzmem i chętnie się z tobą zgodzę. Mogę wypowiadać słowa, słowa, słowa, bez znaczenia, bez treści, jeśli ich to cieszy. No i co, potępisz mnie? Podziwiam Sołżenicyna, ale jak to ktoś o nim powiedział: „Po co wcierać sól w rany?”. Co mam twoim zdaniem zrobić? Dać się zesłać na Syberię czy zapić się na śmierć, żeby zapomnieć, gdzie żyję? Tego się po mnie spodziewasz? Niewiele mi brakuje, nie martw się, niedługo będziesz się cieszyć obecnością Miszy obok siebie.

– Misza, wiesz, że cię kochamy. – Rugullis się zaśmiał. – I polityką faktycznie się nie zajmuj. Wiktor wie, że nie jesteś do tego stworzony.

Krutin mruczał coś pod nosem, zdegustowany. Do jadalni wszedł Romancew.

– Siadajcie, Romancew – zakomenderował Gurgenidze. – Wyborna polędwica z kurkami, wino gruzińskie, więc możecie tylko chwalić, krytyki nie przyjmę. Słyszałem, że w Holandii nieźle wam poszło.

– Tak, wygrałem.

– No i dobrze. Zuch. Holendrzy kochają szachy i mają najlepsze turnieje.

– Hiszpanie też – wtrącił się Dawidienko.

– Prawda – zgodził się Gurgenidze.

I tyle czasu poświęcili przy obiedzie tematowi szachów, skupiając się w dalszej części rozmowy na zaletach południowych win, sposobach przyrządzania potraw i wyższości mężczyzn nad kobietami, jeśli chodzi o kuchnię. Rozgorzała też żywa dyskusja nad poranną partią brydża. Po obiedzie usiedli w dużych fotelach z kieliszkami koniaku w dłoniach. Gurgenidze, Sztejn i Krutin palili papierosy.

– Jak tam z realizacją planu pięcioletniego, Romancew? – zagadnął prowokacyjnym tonem Krutin.

Zapadła cisza. Oczy Romancewa zmrużyły się mimo woli.

– Romancew, coście tam dla nas przygotowali? Hm? Jakieś pomysły debiutowe? – zwrócił się do Romancewa Gurgenidze, wyczuwając napięcie, jakie wypełniło pokój.

– W hiszpańskiej mam kilka ciekawych pomysłów, które mogą zaskoczyć Zimmermana – odrzekł spokojnym tonem Romancew, wdzięczny za podanie mu ręki w niezręcznej sytuacji.

– No to dawajcie je na warsztat. Zagramy w blitza – rzucił mistrz świata. – Zobaczymy, ile są warte.

Wszyscy, z wyjątkiem Krutina, który ostentacyjnie palił papierosa, siedząc z dala, z ciekawością zebrali się wokół szachownicy. Obaj arcymistrzowie rozegrali błyskawicznie pierwsze posunięcia partii hiszpańskiej, po czym Romancew z lekkim drżeniem ręki wykonał przygotowany ruch forsujący otwarcie pozycji w centrum.

– A tu mnie chcesz podejść, synku – mruczał pod nosem Gurgenidze. – No to zagramy tak.

Po kilku kolejnych posunięciach Romancew zdobył wyraźną przewagę. Mistrz zmienił taktykę. Nie tracił czasu na obmyślanie kolejnego zagrania, ale od razu po ruchu Romancewa wykonywał swój. Kiedy przeciwnik zastanawiał się, co zagrać, Gurgenidze wykorzystywał te chwile na znalezienie planu gry. Dzięki tej taktyce na zegarze młodego arcymistrza podniosła się chorągiewka sygnalizująca przekroczenie czasu, ostrzegając, że do końca partii pozostały mu już jedynie sekundy. Romancew w pośpiechu przeoczył wygrywającą kontynuację, a kiedy to zauważył, zamiast zapomnieć o tym i grać dalej, w myślach zaczął się łajać za ten błąd. Potem pod wpływem stresu spowodowanego upływającym czasem wykonał nieprzemyślany ruch wieżą, po którym otrzymał szybką kontrę i stracił figurę. Partia była przegrana, więc poddał się z uśmiechem zażenowania na twarzy.

– I to wszystko, co wymyśliłeś, chłopcze, dla mnie, starego lisa, do walki z Zimmermanem? – zakpił Gurgenidze.

– Mam kilka innych wariantów – odrzekł zbity z tropu Romancew.

– Wystarczy. – Gurgenidze machnął ręką, wstając od stolika. – Dajcie wasze notatki Jewtuszence. Może coś się przyda.

Romancew obiecał oddać zeszyt z wariantami i spytał, czy jest jeszcze potrzebny.

– Nie – uciął krótko Gurgenidze i zwracając się do pozostałych, zakomenderował: – Idziemy na spacer.

– Więc pozwólcie, Tigranie Wartanowiczu, że się pożegnam. Wracam do Leningradu – oznajmił zimnym tonem Romancew.

– Dziękuję, żeście do nas wpadli. Powodzenia – rzucił niedbale Gurgenidze.

Romancew oddał Jewtuszence zeszyt z wariantami. Spakował się i poprosił o transport na dworzec. Czuł złość i palące upokorzenie.

– Obraził się – podsumował Sztejn podczas spaceru.

– Kto? – spytał Krutin.

– No kto? Romancew.

– No i dobrze – zawyrokował Gurgenidze. – Nie czułem go. Jakiś taki śliski.

– Ale nowinka w hiszpańskiej była całkiem elegancka – dodał w zadumie Wolf. – Bardzo ciekawa idea. Nie widziałem czegoś tak świeżego od kilku lat. Będzie z niego wielki szachista.

– Jefimie, jak nie przestaniesz, to odeślę cię razem z nim – ostrzegł ze śmiechem Gurgenidze.

Gdy Gurgenidze, Sztejn, Krutin i Rugullis dyskutowali o wyższości win gruzińskich nad mołdawskimi i węgierskimi, Jewtuszenko dyskretnie zwolnił kroku, by porozmawiać z Wolfem na temat śmiałej idei debiutowej zaprezentowanej im przez Romancewa i możliwości przekonania mistrza do zastosowania jej przeciwko Zimmermanowi.

Moskwa,
17 czerwca 1979

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – odezwała się Olga Lwowna, kiedy Oleg wszedł, ziewając, do kuchni. – Co za szczęście, że dziś niedziela i masz wolne. A to prezenty dla ciebie – dodała, podając mu torbę.

– Szachy sportowe, nowa szachownica, zegar szachowy Ruhla! Przecież to kosztowało majątek!

Oleg przytulił matkę.

– No, już, już, dobrze. – Olga Lwowna, śmiejąc się, zwichrzyła synowi włosy. – Dziadek Leonid zabiera cię do parku Gorkiego. Prosił, żebyś był gotowy na dziewiątą.

– Na dziewiątą? Czemu tak wcześnie? To za pół godziny.

– Wiesz, że dziadek wstaje o świcie. Po prostu się pospiesz. Rower masz napompowany?

– Tak. Rety, jakie cudowne szachy. Duże, jak w klubie. Nakręcę zegar. Tss. Słyszysz jak tyka? Końcówka partii, cała sala wstrzymuje oddech, kompletna cisza i tylko ze sceny słychać tykanie zegara. Och, przeżyć coś takiego – ekscytował się.

– Ugotowałam jajka. Cztery, na drogę. Poczęstujesz dziadka. – Olga Lwowna krzątała się po kuchni. – Chleb zapakowałam do torby. I małą puszkę mielonki. Nie zjesz ty, dziadek zje na pewno. – Wyjrzała przez okno. – Jedzie już. Ależ on młodo wygląda.

– Zabawne, że imiona moich dziadków zaczynają się na literę „L” – zastanowił się głośno Oleg, rozbijając łyżeczką skorupkę jajka. – I oba oznaczają to samo: lwa.

– Właściwie to dziadek Lowa dostał imię Lejb. Ale jakoś tak sprawy się skomplikowały i wpisano mu w dokumenty „Lew”.

– Jak Lew Jaszyn.

– Jak Jaszyn.

– A Lejb to rosyjskie imię?

– Nie, nie rosyjskie. Żydowskie – rzekła Olga Lwowna, przenikliwie patrząc na syna.

– To dlaczego rodzice dali mu żydowskie imię?

– Bo byli Żydami, jak on, jak ja…

– Jak to Żydami? – zdziwił się Oleg, nie wiedząc, czy matka nie żartuje sobie z niego. – Jak to ty…?

Zapadła cisza. Chłopiec przyglądał się matce, najpierw z uśmiechem, który znikał dyskretnie z jego twarzy. Olga Lwowna czuła, że jej policzki zaczerwieniły się pod wpływem tego wzroku. Potem syn zadumał się, spoglądając w okno.

– Naprawdę jesteś? – przerwał ciszę, znów patrząc matce głęboko w oczy.

Olga Lwowna przytaknęła. Wiele by dała, żeby poznać teraz myśli syna.

– No i ty też – dodała cicho, niepewna jego reakcji. Przygryzła wargi i podeszła do okna. – Dziadek już się niecierpliwi – powiedziała z lekką chrypką.

– Czekałaś z tym do moich urodzin? – spytał chłopiec twardym głosem. – Czekałaś, by mi to powiedzieć, aż do teraz?

– Nie pobrudź ściany, jak będziesz wyciągać rower, ostatnio musiałam myć tapetę – rzuciła ostro, wychodząc z kuchni.

Oleg z premedytacją przycisnął oponę do ściany, żeby został ślad, po czym trzasnął drzwiami tak, że Olga Lwowna poderwała się z kanapy. Miała ochotę krzyknąć na syna, ale zamiast tego podeszła do kuchennego okna i czekała, aż chłopiec wyjdzie z bloku i odjedzie z dziadkiem na rowerową wycieczkę do parku Gorkiego.

Dziadek Leonid w krótkich spodenkach i w podkoszulku na opalonym, śniadym torsie, pomimo że przed miesiącem przekroczył sześćdziesiątkę, wyglądał wciąż na czterdzieści kilka lat. Był dobrze zbudowany, a włosy wcale mu się nie przerzedziły. Po śmierci żony nadal miał powodzenie u kobiet.

– Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Oleg. – Mocny uścisk dłoni musiał wystarczyć za wszelkie czułości. – Popływamy w jeziorku. Zabieram cię na piknik. Musisz nabrać krzepy. No i mam dla ciebie coś specjalnego w prezencie, ale wręczę ci, gdy będziemy na miejscu.

– Dziadku, wiedziałeś, że jestem w połowie Żydem?

Leonid Iwanowicz osłupiał. Zwolnił i nie bardzo wiedział, jak się zachować.

– Nie mów przy mnie nic złego na Żydów, nawet po wódce – ciągnął wnuk, dalej spokojnie jadąc rowerem. – Dobrze? Wiesz, że cię kocham. Ale nie mów tak. Moja matka jest Żydówką, dziś mi o tym powiedziała. – Oleg siedział na siodełku i spoglądał przed siebie. Głos miał spokojny i stanowczy.

– Pościgamy się? – zaproponował Leonid Iwanowicz, nie znajdując słów, którymi mógłby odpowiedzieć wnukowi. Nie lubił Żydów. Syn nigdy mu nie powiedział, że jego synowa jest Żydówką. – Do tamtego słupa! – krzyknął.

Przez resztę drogi jechali w milczeniu. Czerwcowa Moskwa budziła się do życia po sobotniej nocy pełnej tych zwyczajnych i tych nadzwyczajnych zdarzeń, spokojnego snu i godzin pełnych bólu. O poranku czuć było zapach kwitnących bzów i spalonej słońcem trawy, która roztaczała woń suszonego siana.

Po półgodzinie dojechali do parku Gorkiego. Znaleźli uroczą, skąpaną w porannym słońcu polanę, którą otaczały szumiące olchy. Zbocze, porośnięte miękką trawą, schodziło łagodnie na niewielką łachę gliny i wprost do stawu. Zrzucili z siebie ubrania i wskoczyli do wody w kąpielówkach.

– Pływaj blisko brzegu, dalej może być niebezpiecznie – rzucił Leonid Iwanowicz, odgarniając z czoła mokre od nurkowania włosy. – O tej porze nie ma jeszcze milicji, więc możemy się spokojnie kąpać.

– Zimna! – krzyknął Oleg, zanurzając się ostrożnie do pasa.

– Hartuj ciało jak stal. Ruszaj się, to nie będziesz marzł! – zawołał Leonid Iwanowicz, przekręcając się na plecy.

Kiedy wyszli z wody, Oleg trząsł się z zimna. Był blady, pod oczami miał sine plamy.

– Wytrzyj się porządnie, chudzielcu, i zmień gacie, żebyś nie przeziębił pęcherza. W wojsku trzeba dbać o nogi. Mokre nogi w mokrych onucach to pewne kłopoty – mówił Leonid Iwanowicz, siadając na brzegu i susząc stopy. – W wojsku do szpitala wezmą cię tylko wtedy, gdy nie dasz rady chodzić. Z chorym pęcherzem łazić ciężko, a leczyć nie będą, bo choroba niepoważna. Więc po okopach się tułasz, choć ból nie do wytrzymania. Dobrze, zjedzmy coś małego, zanim dołączy do nas Nikifor Gawriłowicz. Co tam matka ci dała?

– Jajka, chleb i mielonkę w puszce – poinformował Oleg, sprawdzając, czy ma suche stopy.

– Ja mam ogórki i faszerowane pomidory. – Leonid Iwanowicz zatarł ręce z radości.

Zaczęli wykładać jedzenie na koc.

– Nikifor Gawriłowicz tu przyjdzie? – spytał Oleg z pełnymi ustami, jedząc jajko na twardo. – Mówiłeś ostatnio, że masz go dość.

– Pewnie, że mam – potwierdził dziadek. – Ale trzyma się mnie jak pijany płotu. To mój jedyny przyjaciel. Co mam zrobić? Kopnę go, to sam jak pies zostanę. Zresztą, kto by tam ze mną wytrzymał. Poza twoją babką nie było takich, a i ona, choć święta, czasem wyrzucała mnie na ulicę.

Oleg spojrzał na dziadka ze współczuciem. Jego starszy brat zginął podczas wojny. Potem stracił żonę i syna. Poza wnukiem nie miał już nikogo.

– Masz mnie – rzekł poważnie Oleg.

– Poczęstowałbym cię piwem, ale za młody jesteś i matka powie, że cię rozpijam – rzucił szorstko Leonid Iwanowicz, próbując ukryć wzruszenie.

Kiedy skończyli jeść, Leonid Iwanowicz podszedł do opartego na nóżce roweru. Do bagażnika przytwierdzony był koszyk ze sklepu spożywczego, sięgnął do niego, by wyciągnąć paczkę splątaną postrzępionym sznurkiem.

– Trzymaj, Oleg. – Wręczył mu zawiniątko.

Pod szarym papierem ukryte były rękawice bokserskie.

– Rękawice – szepnął zaskoczony wnuk.

– Tak. Nie byle jakie rękawice. Daję ci je w sekrecie. Bo nie wiem, jak by zareagowała twoja matka. To są pierwsze rękawice twojego ojca. I mam też worek treningowy, podrzucę ci jutro po pracy. Nie ciągnąłem go tutaj ze sobą, bo ciężki. Dla mnie to święte przedmioty. Obiecałem sobie, że ci je przekażę, gdy będziesz miał piętnaście lat. Nałóż.

Oleg spoglądał z szacunkiem i zaciekawieniem na trzymane w dłoniach rękawice.

– Nałóż – powtórzył Leonid Iwanowicz.

– Nie mogę – jęknął wzruszony Oleg.

– Nakładaj. Męska rzecz. Traktuj to po męsku – powiedział mocnym głosem, lecz oczy miał wilgotne od łez. – Łzy też bywają męskie, jeśli płyną z miłości, woli walki i ambicji. Wkładaj, sparujemy trochę.

I Leonid Iwanowicz zawiązał rękawice na dłoniach wnuka, po czym zaczął go musztrować, pokazywać mu właściwą postawę, podstawowe uderzenia, uniki, kombinacje ciosów.

– Ruch, Oleg, ruch. Trzymaj pion, nie trać równowagi. Trzymaj dystans lewym prostym.

Oleg kilkakrotnie padł trafiony. Podnosił się, twarz go szczypała, a w nosie czuł zapach krwi. W końcu usiadł i wysapał:

– Nie mam już siły. Nie mam siły, dziadku.

– No dobra. Na pierwszy raz, niech będzie. Ale masz zacząć ćwiczyć, codziennie, trochę biegu przed szkołą, pompki, przysiady, skłony na mięśnie brzucha. Nie chcę, żebyś wyglądał jak chuderlawy szachista.

– Żydowski szachista – dogryzł dziadkowi Oleg.

– Oj, bo cię huknę.

– W urodziny?

– Urodziny, nie urodziny. Wszystko jedno.

– Dobrze, nie złość się. Jestem Rosjaninem jak ty, jestem z tego dumny. Kocham nasz kraj, jak ty. Kocham naszą sborną i Spartaka. A po mamie jestem Żydem i też fajnie.

– Na następnym treningu dam ci wycisk. Lepiej się dobrze przygotuj. A teraz poczekamy na Nikifora Gawriłowicza, który nadjeżdża właśnie z przenośnym grillem własnej produkcji. Zrobimy prawdziwy piknik. Jak Boga kocham, ciągnie ze sobą to żelastwo. Zrobił grilla z chłodnicy od żiguli. W zeszłym tygodniu powiedział mi, że po śmierci ze wszystkiego na świecie najbardziej będzie mu brakować grilla. A tłusty już jest, popatrz tylko. Prosiak na rowerze.

Oleg spoglądał na zbliżającego się na rowerze Nikifora Gawriłowicza, który wiózł na bagażniku metalową kratę od samochodu, do której przyspawane były metalowe nóżki od turystycznego stołu. Przyjaciel dziadka miał na sobie białą czapkę z daszkiem, błękitną koszulę z kołnierzem i krótkimi rękawami, beżowe spodenki do pół uda i czarne podkolanówki naciągnięte do samych kolan.

– Brakuje ci tylko czarnego swetra i będziesz jak Jaszyn – zażartował Leonid Iwanowicz, wyciągając na przywitanie rękę.

– Zasapałem się – wydusił z siebie Nikifor Gawriłowicz, z trudem łapiąc oddech.

Faktycznie, koszulę miał na bokach mokrą od potu.

– Idź się wykąp, bo nic przy tobie do gęby nie weźmiemy – zakpił z niego Leonid Iwanowicz.

– Idź sam, głupi dziadu – obruszył się Nikifor Gawriłowicz. – Myślałby kto, amant się znalazł.

Oleg uwielbiał, gdy się przekomarzali. Zazwyczaj dziadek był w tych słownych potyczkach górą, bo miał ostrzejszy dowcip. Spędzili w trójkę czas do popołudnia. Rozmawiali o boksie, o meczach Spartaka. Po wypiciu stolicznej Leonid Iwanowicz i Nikifor Gawriłowicz pokłócili się o Konstantina Bieskowa, którego przyjaciel dziadka nazwał zdrajcą za to, że zamierzał trenować również kadrę Związku Radzieckiego. Nikifor Gawriłowicz twierdził, że teraz na pewno Spartak spadnie na dno, a Leonid Iwanowicz mówił, że gówno się zna na futbolu i że tacy ludzie jak Bieskow potrafią wykrzesać z zawodników więcej niż sto procent możliwości.

– Chrzanisz jak nasza dyrekcja z tymi stu procentami – bronił swojego zdania Nikifor Gawriłowicz. – „Dajcie z siebie wszystko i jeszcze więcej” – udawał głos z megafonu.

– A żebyś wiedział – burknął Leonid Iwanowicz. – Za tępy jesteś, żeby to zrozumieć. Ty byś tylko na styropianie spał na zapleczu. Nie masz pojęcia, co to ambicja. Gdyby nie urodziny chłopaka, to dałbym ci w dziób.

– Uważaj, bo jestem cięższy, i jak cię ścisnę, to uduszę – odgryzał się Nikifor Iwanowicz.

Oleg pękał ze śmiechu. Wiedział, że za chwilę będą się przechwalać, co robili, gdy byli młodzi, potem popadną w sentymentalny, rzewny nastrój, a jeszcze później utną sobie drzemkę, by zebrać siły na powrót do domu.

Dwa tygodnie później Oleg znów ćwiczył boks nad rzeką. Leonid Iwanowicz niemal wniósł wyczerpanego wnuka do mieszkania.

– Co wy wyprawiacie? – Olga Lwowna spiorunowała teścia oczami.

– Wyścig Pokoju – odrzekł wesołym głosem Leonid Iwanowicz. – Ścigaliśmy się. Niech chłopak nabierze krzepy. Strach na niego patrzeć.

Po kolacji pili herbatę, kiedy przez radio podano, że amerykański pięściarz Muhammad Ali ogłosił swoją decyzję o zakończeniu kariery.

– Walczył kiedyś z Igorem? – spytała teścia Olga Lwowna.

– Nie, Igor walczył tylko z Foremanem – odpowiedział z nutką pogardy w głosie Leonid Iwanowicz.

– Co on będzie teraz robił? – zainteresował się Oleg.

– To chyba najtrudniejsze, osiągnąć cel, a potem… No właściwie, co potem? – dodała Olga Lwowna.

Leonid Iwanowicz wzruszył ramionami.

Przed snem Oleg zadzwonił do dziadka, by podziękować mu za wspólny dzień i umówić się na kolejną niedzielę. Leonid Iwanowicz był już mocno pijany, bąknął coś pod nosem, zaklął i odłożył słuchawkę.

Moskwa,
sierpień 1979

Siedemnastoletnia Tatiana Bułanowa obudziła się nagle i gwałtownie usiadła na łóżku. Już przez sen poczuła ogarniającą ją panikę, która odbierała oddech i wprawiała serce w drżenie. Oddychała ciężko. Starała się uspokoić. Za oknami panował jeszcze półmrok, tylko gdzieniegdzie widać było przebłyski zbliżającego się ukradkiem świtu. Otaczała ją cisza. Przez otwarte okno do pokoju wślizgiwało się orzeźwiające powietrze, które przynosiło zapach budzącego się miasta, świeżość porannej rosy osiadłej na parapetach i maskach zaparkowanych samochodów, zmieszanej ze spalinami ruszających spod domu pojazdów, aromatem kawy zaparzanej w sąsiednich mieszkaniach, z nutką przenikającego skronie, niepokojącego zapachu ozonu.

Tatiana była sama. Rodzice kończyli występy w Ameryce i mieli dziś wracać do Moskwy. Dziewczyna poczuła nieprzepartą potrzebę wejścia do ich sypialni, usadowienia się jak kot na fotelu naprzeciw łóżka. Chciała poczuć się bezpieczna. W końcu, skuszona namiastką uczucia, które ogarnęło ją pod wpływem tej wizji, przekręciła mały ozdobny kluczyk w złotym zamku i, choć matka zabraniała jej tego, przestąpiła próg sypialni. Wskoczyła na łóżko i zwinęła się w kłębek. Miała wrażenie, że strach ustępuje. Jakby miejsce, w którym się ułożyła, ochraniał rozpostarty nad nim niewidzialny baldachim utkany z pozytywnych emocji. Leżąc, usiłowała przypomnieć sobie sen, który wywołał w niej to uczucie niepokoju. Nie mogła odtworzyć szczegółów, ale zapamiętała, że we śnie samolot rodziców nie mógł się poderwać z pasa startowego, że okazał się wielką, wykonaną z betonu i stali atrapą, która nigdy nie miała szans unieść się w przestworza. Przypominał wywrócony na bok budynek Uniwersytetu Łomonosowa, z gigantycznymi betonowymi skrzydłami, a jego silniki nie były naprawdę silnikami, tak, nie były silnikami, lecz jedynie bryłami betonu, niezdolnymi do wykonania jakiejkolwiek pracy przy starcie. Wszystko to było szare, bezduszne, nawet niebo ponad płytą lotniska miało stalową barwę i sunęły po nim szare obłoki. I ta niepokojąca pusta przestrzeń… Przypominało to obrazy Giorgia de Chirico. Jednak najgorsze było to, że tylko ona dostrzegła, że samolot nie ma szans, by polecieć. Jakiś człowiek tracił czas na oglądanie umocowania betonowych brył, które udawały silniki, jakby nie wiedział, że są niczym innym jak tylko żałosną imitacją. Wykonywał swoje zadanie tak irytująco dokładnie, że Tania chciała do niego krzyknąć, żeby przestał i zakończył tę mistyfikację. Ale jej głos uwiązł gdzieś w krtani, i zamiast ekspresyjnego wyzwolenia emocji poczuła duszenie, jakby ktoś złapał ją mocną dłonią za szyję i nakazał milczenie. A przecież chciała ich ostrzec: „Samolot nie poleci, nie poleci! Czy tylko ja to widzę, czy tylko ja to rozumiem?”. Nikt jednak nie chciał usłyszeć jej rozpaczliwego komunikatu. Mężczyzna z obsługi dał znać, że maszyna jest gotowa do lotu. Teraz sen stawał się wyraźniejszy. Zobaczyła pasażerów. Beztroskich, ubranych jakoś niestosownie, jakoś kabaretowo, jakby wyszli wprost z garderoby wodewilowego przedstawienia. Stali na metalowej kładce prowadzącej do drzwi betonowego samolotu. Dostrzegła matkę. Na jej twarzy malowało się uczucie smutnej zadumy. Może zrozumiała, że nigdy nie ujrzy córki. Matka dotykała betonu, jakby ona jedna z całego tego groteskowego korowodu dostrzegła teraz, że samolot nie da rady wznieść się w powietrze. Ojciec stał z dala od reszty. Milczał. Wydawał się taki obcy, i Tatiana znów poczuła duszący niepokój, zerwała się z łóżka i opierając o ścianę, ciężko oddychała.

W sypialni pachniało perfumami matki. Dziewczyna łapczywie wdychała ich głęboki orientalny aromat przypominający zapach olejku na rozgrzanej od słońca skórze, zmieszany z odrobiną wanilii, cynamonu i mirry. To ją uspokoiło. Matka używała tych perfum jedynie na noc. Były kuszące, rozbudzały wyobraźnię i zmysły. Teraz pozwalały zapomnieć o ponurym widoku, jaki krył się pod powiekami i tak bardzo mącił spokój poranka. Dziewczyna postanowiła zagłuszyć w sobie negatywne emocje najprostszą z metod – świeżą kawą i makowym ciastem, które upiekła poprzedniego dnia ich gosposia Ksenia.

Z kolanami pod brodą usiadła na krześle, trzymając w dłoni filiżankę pachnącej domowym ciepłem nieposłodzonej kawy. Palcami drugiej ręki kruszyła ciasto, które smakowało wyśmienicie. Na blacie stołu leżała gazeta, widniało w niej zdjęcie matki stojącej obok reżysera Teatru Bolszoj Grigorija Kasłanowa, a nad nim tytuł Teatr Bolszoj jedzie na podbój Ameryki z nowym wykonaniem Romea i Julii.

„Teatr Bolszoj, eksportowy produkt najwyższej jakości”, jak mówił o swoim teatrze ojczym Tatiany, Aleksander Naumow, występował w sierpniu w Nowym Jorku. Naumow był w tym czasie jego najwybitniejszym solistą, gwiazdą pierwszej wielkości, którego talent porównywano do talentu Rudolfa Nuriejewa i bliskiego przyjaciela Aleksandra – Michaiła Barysznikowa. Już jako osiemnastolatek Naumow tańczył u boku Igora Moisiejewa, który pierwszy poznał się na jego możliwościach. Na scenie moskiewskiego Teatru Wielkiego zadebiutował w pas de trois w pierwszej scenie z Jeziora łabędziego, by chwilę później otrzymać rolę księcia. Krytycy byli jednomyślnie entuzjastyczni. Chwalili go za zdolność kreowania niuansów, bogactwo uczuciowych tonów i półtonów, fenomenalny talent aktorski, błyskotliwą wirtuozerię, jak również niezwykłą łatwość panowania nad ciałem, wręcz czarodziejską zdolność pokonywania grawitacji i zastygania w powietrzu nad sceną. Słowem, Sasza Naumow był kimś, kto wzbudzał zainteresowanie, i to nie tylko krytyków. Był wysokim przystojnym mężczyzną o błękitnych oczach, nad którymi falowała jasnoblond czupryna, modnie opadająca na ramiona.

Wraz z Mają Plisiecką Naumow stworzył niezapomniany, wręcz hipnotyzujący duet w Annie Kareninie, wcielając się w rolę Wrońskiego. Już wtedy był związany ze starszą od niego o kilka lat matką Tani, Jeleną. Poznali się parę lat wcześniej. Kiedyś w przypływie szczerości opowiedzieli Tani, jak spotykali się ukradkiem za kulisami, jak całowali na chwilę przed wejściem na scenę, a potem, potem, kiedy inspicjent wzywał ich nerwowym szeptem, tańczyli w euforii, bliscy utraty zmysłów, nie pozostawiając w sobie już żadnej energii.

– Wydawało mi się, że Sasza czeka na mnie w każdym zakamarku teatru – mówiła ze śmiechem Jelena. – Wystarczyła minuta, by nikogo wokół mnie nie było, a natychmiast pojawiał się w ciemności jak lampart. Chwytał w ramiona, zasypywał pocałunkami. Cieszyłam się, że rzadko gramy razem, bo widzowie w końcu rozpoznaliby, co nas łączy, a Sasza zapomniałby się w jakiejś scenie i dał ponieść emocjom.

Trwało to kilka miesięcy i nadszedł czas, kiedy nie można było dłużej ukrywać ich związku. W końcu Jelena zdecydowała się rozbić układ, w którym żyła, uwolnić się od swego protektora. Po raz ostatni spotkała się z mężczyzną, który pomógł jej stać się primabaleriną Teatru Bolszoj. Ryzykując karierę i bezpieczeństwo, przeniosła się z Aleksandrem do małego mieszkanka w bloku z wielkiej płyty. Tatiana pamiętała tamte dni pełne emocji, tajemnicy, przełamywania lęku i uczenia się miłości do przybranego ojca, jedynego, którego poznała. To był dziwny czas. Z dnia na dzień musiały porzucić wielki apartament pełen antyków, w którym prawdziwy ojciec Tani, kimkolwiek był, trzymał ją i matkę niczym w złotej klatce, dbając, by córka nigdy nie poznała jego imienia.

Pierwsze dni w nowym mieszkaniu kojarzyły się Tani z chłodem. Ciasno, mało światła, zimno. Brakowało wszystkiego: talerzy, sztućców, pościeli, książek, a czasem też jedzenia.

– No, Sasza – powiedziała Jelena, my możemy się nakarmić naszą miłością, ale Tani trzeba coś ugotować.

Jako tancerz Naumow otrzymywał dziewięćdziesiąt osiem rubli miesięcznie. Jelena musiała sprzedać swoje futra z białych lisów i norek, złotą bransoletkę. Potem na sprzedaż poszła reszta biżuterii. Aleksander przeżywał to, zaciskał zęby i pracował nad sobą. Tania czuła się ciężarem. Chciała uciec z domu, ale paraliżował ją lęk, a miasto przerażało.

Gdybym mieszkała w lesie, myślała, mogłabym schronić się nad brzegiem jeziora, żywić jagodami, grzybami, nauczyłabym się łowić ryby. A w zimę, w zimę usiadłabym jak dziewczynka z zapałkami z baśni Andersena i cicho zasnęła, nie sprawiając już nikomu problemu.

Jednak praca Naumowa nie poszła na marne. Po tym jak zatańczył rolę Wrońskiego z Mają Plisiecką w Annie Kareninie, jego gaża skoczyła do pięciuset pięćdziesięciu rubli.

– Przyniósł dumny te pieniądze – relacjonowała później Jelena – ale nie byłby sobą, gdyby nie zrobił z tego spektaklu. Ukrył je w dzbanku i odegrał pantomimę, że niby znajduje czarodziejskie naczynie, które za pomocą zaklęcia napełnia się pieniędzmi, a na koniec klęknął przede mną i całując mnie w dłoń, powiedział: „Wszystko tobie zawdzięczam, królowo…”.

Naumow stał się gwiazdą. Wokół niego gromadzili się młodzi tancerze, dziennikarze. Niedługo potem wraz z Jeleną i Tanią przenieśli się do nowego mieszkania. Bywanie u Naumowa i Bułanowej było dla artystów zaszczytem. Następne role: Iwan Groźny, Don Kichot, a przede wszystkim Spartakus, okazały się kolejnymi triumfami. Ta szybka kariera była dla nich rodzajem ochrony przed zemstą byłego protektora Jeleny. Wierzyli, że tamten rozdział jest już zamknięty i że nic nie zakłóci ich szczęścia. Mimo sukcesów, a może z powodu nich, Naumow miał zakaz wyjazdów za granicę. Oficjalnie mówiło się, że to z powodu ucieczki na Zachód jego przyjaciela – Michaiła Barysznikowa. Ale może kryło się w tym coś więcej… Jeździła więc tylko Jelena. Tania widziała, jak Aleksander ze smutkiem pakował rzeczy jej matki, jak drżał, gdy słyszał nazwy Paryż, Londyn, Tokio i… największe jego marzenie: Nowy Jork.

– Sasza marzy, by zatańczyć z Maurice’em Béjartem – mówiła matka przez telefon, nie podejrzewając, że z powodu podsłuchu nieświadomie przedłuża w ten sposób mężowi zakaz wyjazdu.

Tania nie dziwiła się, że Naumow czuł upokorzenie, zdawała sobie sprawę, że chciałby się podzielić swoją energią, swoim tańcem z całym światem, że jak każdy wielki artysta pragnie, by jego sztuka była uniwersalna, by dotarła wszędzie. Przyglądanie się, jak cierpi podczas zagranicznych wyjazdów matki i miota się niczym piękny ptak w klatce, było dla Tani prawdziwą torturą. W mieszkaniu unosił się nastrój napięcia. Cisza, czasem zapach alkoholu, który stawał się symbolem porażki ukrytej w triumfie, bezsilnej walki z systemem dającym możliwość wyniesienia na szczyt, by tuż przed jego osiągnięciem zepchnąć boleśnie w dół, złamać, nauczyć pokory, zmusić do rezygnacji.

Tania uwielbiała Naumowa. Kiedy matka występowała poza Rosją, był dla niej opiekunem, trochę niezgrabnym w roli ojca, ale wzruszająco nadrabiającym wszelkie braki ciepłem przyjaźni, którą ofiarowywał. Czasem ćwiczyli razem taniec. Często słuchali wspólnie muzyki. Siedząc na podłodze, delektowali się dźwiękami czwartej i szóstej symfonii Czajkowskiego, koncertami Rachmaninowa, Glinki i Musorgskiego. Opisywał jej swoje uczucia rodzące się pod wpływem muzyki, obrazy, które widział namalowane w wyobraźni.

Tania pamiętała tamten wieczór, kiedy po odprowadzeniu matki na lotnisko wracali razem z Szeremietiewa do domu.

– Taniu, zauważyłem, że mama nie zabiera cię nigdy na swoje spektakle – zagadnął ją w samochodzie. – Chciałbym, żebyś poszła dziś ze mną i obejrzała mojego Spartakusa.

Tak to się właśnie odbyło. Po prostu powiedział „chciałbym”. Tego wieczoru Tania trafiła do świata, którego wcześniej nie znała. Emocji, jakie jej towarzyszyły od pierwszych chwil spektaklu, nie dało się porównać z niczym innym. Muzyka Chaczaturiana urzekała to swoją patetyczną mocą, to delikatnością uczuć. A taniec Aleksandra po prostu porywał. Raz emanował siłą, ekspresją, by chwilę potem, w scenach z Frygią, uwodzić czułością. Adagio sprawiło, że łzy płynęły z wrażliwych zielonych oczu Tani. Była całkowicie zauroczona. Serce drżało w niej z rozkoszy. W nocy nie mogła zasnąć, zwymiotowała z nadmiaru wrażeń. Ale pragnęła ich, łaknęła sztuki, bardzo, bardzo, bardzo. Tamtej nocy postanowiła zostać aktorką.

W 1979 roku odbyła się premiera baletu Siergieja Prokofjewa Romeo i Julia, w którym Naumow wcielił się w rolę Tybalta. Było nie do pomyślenia, by Teatr Bolszoj mógł odbyć tournée bez swojego najlepszego solisty. Ministerstwo Kultury, chcąc nie chcąc, wyraziło zgodę na wyjazd Aleksandra za granicę. I od razu był to występ w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Wprawdzie trzymano go w niepewności do ostatniej chwili, robiono problemy z paszportem, kazano wypełniać różne deklaracje lojalności. Był nawet pomysł, żeby zostawić Bułanową, ale ze względu na pozycję Jeleny w zespole okazało się to niemożliwe. Tak więc pierwszy raz udawali się w podróż razem.

Zeszły tydzień, te dni, odkąd Aleksander dowiedział się o zgodzie na wyjazd, wydały się teraz Tani najwspanialszymi chwilami w jej życiu. Matka i Sasza byli tak bardzo szczęśliwi, pakując się, cały czas żartowali, tańczyli, całowali się i śmiali. Dzień po przylocie do Nowego Jorku matka zadzwoniła i powiedziała, że ulokowano ich w hotelu Mayflower obok Central Parku i że wieczorem mają się spotkać z Michaiłem Barysznikowem i jego żoną Jessicą Lange.

– Chodziliśmy po mieście, kupiliśmy ci prezenty – relacjonowała pełna entuzjazmu. – Sasza kręcił piruety w pokoju, zachwycony luksusem. Cieszył się jak dziecko. Powiedział, że to spełnienie jego marzeń i że nigdy nie czuł się szczęśliwszy.

Nagle rozmarzoną Tanię poderwał dźwięk dzwonka do drzwi. Zamarła w oczekiwaniu. Dzwonek znów zabrzęczał, przecinając niczym ostry miecz delikatny woal unoszącej się wokół porannej ciszy. Dziewczyna z lękiem podeszła do drzwi. Wzdrygnęła się, gdy dzwonek zabrzmiał po raz trzeci. Było w nim coś złowrogiego, coś, co emanowało chłodem…

– Kto tam? – spytała.

– Komitet Bezpieczeństwa Państwowego. Proszę otworzyć, Tatiano Bułanowa.

Przerażenie sparaliżowało Tanię. Nie była w stanie zaczerpnąć oddechu.

– Proszę otworzyć. Niczego wam nie zrobimy, proszę się nie obawiać – odezwał się drugi, kobiecy głos.

Tania spojrzała przez maleńki wizjer. Na klatce stało troje ludzi: kobieta i dwóch mężczyzn, wszyscy ubrani po cywilnemu.

– Macie jakąś legitymację? – wydusiła z siebie Tania.

– Swieta, pokaż jej legitymację – powiedział jeden z mężczyzn.

Kobieta wyjęła legitymację z kieszeni płaszcza i przytknęła do wizjera. Tania dojrzała złote litery KGB na bordowym tle. Otworzyła zamki i cofnęła się. Funkcjonariusze wpadli do środka z impetem.

– Swieta, zabieraj dziewczynę, niech się ubierze, i poczekajcie w samochodzie – wydawał rozkazy chrapliwym głosem niski łysy mężczyzna. – Kostia, zostajesz tutaj.

– Ubieraj się – nakazała Tani kobieta.

Kiedy Tania wyszła ubrana ze swojego pokoju, w mieszkaniu panował nieład. Szuflady i książki leżały na podłodze. Dziewczyna tak się przestraszyła, że nie była w stanie zdobyć się na odwagę i zapytać o powód najścia.

– Czy jestem aresztowana? – szepnęła tylko do kobiety.

– Musimy cię stąd zabrać.

– Czy mamie coś się stało?

– Nie, nic jej nie jest. Wychodzimy.

Na Łubiance zaprowadzono ją do dużego gabinetu. Nie wyglądał jak sala przeznaczona do przesłuchań, raczej jak miejsce pracy. To ją nieco uspokoiło, choć nadal ręce jej drżały, a ze strachu chciało jej się wymiotować. Kazano jej usiąść na fotelu przy biurku i czekać. Gdy znalazła się sama, rozejrzała się i dostrzegła na blacie depeszę. Pochyliła się w tamtą stronę i zaczęła czytać: Wczoraj, około 21.00 tancerz Teatru Bolszoj Aleksander Naumow opuścił hotel Mayflower i zgłosił się do władz amerykańskich, prosząc o azyl… Serce Tani zaczęło gwałtownie bić, znów poczuła silne zawroty głowy. Zemdlała.

Podano jej szklankę wody i zrobiono zastrzyk, po którym zrobiła się senna.

– Mąż twojej matki, Aleksander Naumow, postanowił was porzucić i uciec z ojczyzny – odezwał się ubrany po cywilnemu oficer, siadając za biurkiem. – Stara się o azyl polityczny w Ameryce. Twoja matka jest w tej chwili w naszym konsulacie w Nowym Jorku. Zastanawiamy się, czy na pewno wie, co ma teraz zrobić. Czy przypadkiem się nie waha. Dobrze by było, żebyś w razie potrzeby umiała przekonać matkę do właściwego wyboru. Jeśli zajdzie taka potrzeba, podam ci słuchawkę i poinstruuję, co masz powiedzieć.

Tatiana spoglądała na oficera szeroko otwartymi oczami. Nie rozumiała, co do niej mówi.

W tym czasie Jelena Bułanowa na wpół przytomna po nieprzespanej nocy, dokładnie jak opisał to oficer w Moskwie, przebywała w radzieckim konsulacie w Nowym Jorku. Obok niej, spoceni i drżący ze strachu, siedzieli dwaj funkcjonariusze KGB, którzy nie upilnowali jej męża. Wiedzieli, że spotka ich za to kara po powrocie do kraju. Jelena nadal nie wierzyła, że Sasza nie wrócił. Godziny czekania wczoraj w nocy, czekania do świtu, lęk, potęgowany przez zegar odmierzający minuty, że podejrzenie może okazać się prawdą. Nad ranem złapały ją torsje ze stresu i zmęczenia. Pomimo nadejścia poranka w pokoju hotelowym panowała martwa, nieczuła cisza. Żadnego ruchu, żadnego pukania do drzwi, telefonu, sygnału. Niepewność. Obezwładniająca rozpacz.

– Proszę wysłać mnie do córki – zwróciła się do konsula. – Chcę lecieć do domu.

– Wasza córka jest pod naszą opieką. Proszę się nie martwić, nie jesteśmy bez serca, jest bezpieczna.

– Zawieźcie mnie na lotnisko.

– Chcecie do niej zadzwonić?

– Nie. Zawieźcie mnie na lotnisko – powtórzyła z mocą, lekko kiwając się do przodu i do tyłu.

– Zawieziemy – odrzekł konsul, spoglądając na nią badawczo. – Podejrzewamy jednak, że FBI będzie próbowało was przejąć, nim tam dotrzemy. Dlatego przewieziemy was po kryjomu. Dla was odrobina teatru to nie problem.

Godzinę później Jelena, w męskim płaszczu i kapeluszu na głowie, wsiadła do samochodu, który spod radzieckiego konsulatu zabrał ją na lotnisko Kennedy’ego. Kontrola paszportowa dłużyła się niemiłosiernie. Jelena marzyła, by mieć już to za sobą, pragnęła, by nikt nie kazał jej nic tłumaczyć czy też podejmować jakichkolwiek decyzji. Starała się uciec myślami od prawdy, że nigdy już nie ujrzy Saszy i że to koniec. Słaniając się na nogach, podtrzymywana przez jednego z funkcjonariuszy KGB, dotarła po metalowych schodach do samolotu, w którym siedziała już cała trupa Teatru Bolszoj. Usiadła z dala od reszty zespołu, z przodu, nie przejmując się, czy to jej miejsce. Na chwilę przed startem, gdy zamknęły się za nią drzwi samolotu, Jelena wpadła w panikę. To koniec, nigdy go nie zobaczysz… – słyszała w sobie krzyk rozpaczy. Jej myśli przerwał głos stewardesy: „Szanowni pasażerowie, z przykrością informujemy, że nasz odlot będzie opóźniony. Władze Stanów Zjednoczonych nie wydały jeszcze zgody na nasz start z lotniska Kennedy’ego”.

Po chwili ktoś zastukał mocno w metalowe drzwi samolotu. Funkcjonariusze KGB poderwali się i podbiegli do stewardesy. Z kokpitu wyszedł kapitan, który pomimo protestu tajniaków polecił otworzyć drzwi.

– FBI. Chcemy, żebyście uwolnili Jelenę Bułanową – odezwał się niski mężczyzna w kapeluszu i beżowym prochowcu, pokazując legitymację.

– Pokład naszego samolotu to terytorium Związku Radzieckiego – odrzekł spokojnym głosem kapitan.

– Zgodnie z konwencją chicagowską mamy prawo do przeszukania samolotu – przypomniał agent FBI.

– Chcecie dostać zgodę na start? – zapytał jego kolega. – Uwolnijcie Bułanową. Jej mąż twierdzi, że ona nie odleci z własnej woli, proszę pozwolić jej zostać w Stanach Zjednoczonych.

Kapitan z niepewną miną spojrzał na oficerów KGB, nie rozumiejąc, o czym mówi Amerykanin.

– Wsiadając do tego samolotu, Bułanowa podjęła decyzję – zaprotestował funkcjonariusz KGB. – Proszę pozwolić nam wystartować.

– Jeśli chcecie dostać zgodę na start, przepuście do niej naszą koleżankę – ripostował Amerykanin. – Dajcie jej porozmawiać z Bułanową. Jeżeli wyrazi chęć, by lecieć do Rosji, damy zgodę na start.

Funkcjonariusze KGB zrobili krok w tył, by przepuścić kobietę, która musiała już wcześniej widzieć zdjęcie Jeleny, gdyż przysiadła się do niej bez wahania. W tej chwili w Jelenie wszystko się jakby skurczyło i szepnęła do siebie: „Żegnaj, Sasza…”.

Amerykanka odezwała się po rosyjsku z silnym akcentem:

– Twój samolot nie leci, bo władze Stanów Zjednoczonych uważają, że zabierają cię stąd siłą. Sasza kocha cię mocno. Opuść samolot razem ze mną. Błagam cię. On czeka w samochodzie na płycie lotniska. To zaledwie kilka metrów stąd. Jeśli teraz wstaniesz i wyjdziesz, będziesz pod ochroną władz amerykańskich. Będziecie razem z Saszą. Nie bój się. Chodź, zrobimy to razem.

– Tam jest moja córka – odparła zdławionym głosem Jelena. – Jeżeli powiem, że chcę wracać do Rosji, pozwolicie nam lecieć?

– Pozwolimy.

– Więc proszę, dajcie nam już odlecieć.

Kobieta przez chwilę spoglądała w milczeniu na Jelenę. Być może zdała sobie sprawę, że nie ma już argumentów i że w obliczu dramatu, jaki rozgrywa się w duszy matki, tylko Jelena ma prawo wybierać. Położyła dłoń na jej dłoni, po czym bez słowa wstała i podeszła do agentów FBI, informując ich, że Bułanowa zdecydowała się wrócić do kraju.

Przez następne dni Tatiana słyszała muzykę Czajkowskiego dobiegającą zza zamkniętych drzwi sypialni, płacz matki i szmer kroków, które stawiała w tańcu. Wiedziała, że matka tylko w ten sposób może wyrazić ból. Kilka dni później Jelena Bułanowa znalazła swoją córkę w wannie, w purpurowej od krwi wodzie, z podciętymi żyłami[5].

Moskwa,
21 października 1979

– Oleg, rusz się. Będę robić obiad, a ty doprowadź do ładu swój pokój i sprzątnij te graty. Dziadkowie zostają u nas na noc, więc będziesz spał na składanym łóżku w salonie, ze mną.

Była w złym humorze. Oleg wyczuł, że nie należy jej drażnić i bez słowa skargi zabrał się do porządkowania pokoju.

Jak co roku, w rocznicę śmierci ojca Olega, przyjechała rodzina wraz z dziadkiem Lową i babcią Kirą, siostrą Olgi Lwowny, Anną, i jej mężem Jurijem Borisowiczem. Anna była niższa od Olgi, miała dłuższy nos, który ją wyraźnie szpecił, i choć nie pracowała zawodowo, czuła się wiecznie zmęczona. Jurij Borisowicz był inżynierem w zakładach lotniczych. Wysoki, z okrągłą twarzą, która się mocno rumieniła pod wpływem alkoholu.

Na cmentarzu spotkali Leonida Iwanowicza. Jego samotną, zgarbioną tego dnia sylwetkę, Oleg dostrzegł już z daleka. Bił od niej wielki smutek, niepodobny do tej pozytywnej energii, którą dziadek emanował zazwyczaj, gdy się spotykali. Leonid Iwanowicz skinął im milcząco głową na przywitanie. W ręce trzymał kwiaty zawinięte w biały papier. Wszyscy stanęli wokół małego grobu ze zdjęciem Igora Antonowa. Oleg wpatrywał się w nie, starając się wydobyć z pamięci okruchy wspomnień związanych z ojcem: wspólne zabawy, grę w piłkę, mocne ramiona, które podnosiły go w górę jak lekką zabawkę. Jego oczy napełniły się łzami i gdyby nie strach przed wzrokiem dziadków, pozwoliłby, żeby spłynęły po policzkach.

Matka wyjęła szmatkę i butelkę z wodą. Wraz z siostrą zaczęły wycierać marmurową płytę i zmywać z niej kurz. Leonid Iwanowicz położył kwiaty i zapalał znicze. Lew Mojsiejewicz i Jurij Borisowicz złożyli duży wieniec, który wcześniej Olga Lwowna zamówiła w sklepiku przy cmentarzu. Stanęli w milczeniu.

– Pod wieczór będzie wieniec od związku bokserskiego i zawsze są kwiaty od przyjaciół – przerwała ciszę Olga Lwowna. – Wciąż pamiętają.

Jej głos brzmiał obco, przepełniony smutkiem, jakby docierał gdzieś z daleka. Oleg, słysząc go, zrozumiał, że połowa serca matki została złożona w tym grobie, przed którym stoją. Leonid Iwanowicz westchnął głęboko. Wnuk dostrzegł, że ręce dziadka drżą ze wzruszenia.

– Chodźmy, tato, na śniadanie – odezwała się do niego Olga Lwowna, biorąc go pod rękę. Rzadko okazywali sobie czułość.

Przechodząc obok Olega, Leonid Iwanowicz dyskretnie szepnął mu do ucha: „Kopnij mnie, gdybym gadał głupoty”.

Podczas obiadu mężczyźni postawili na stół butelki wódki. Dziadek Lowa, ubrany w jasnoszary sweter, którego kolor był niemal identyczny z barwą jego włosów, wytarł głośno nos. Oleg popatrywał na niego – na krzaczaste czarne brwi, duży nos i wielkie uszy, które poruszały się w górę i w dół, gdy przeżuwał jedzenie. Matka odziedziczyła po nim duże usta. Jej dodawało to uroku, jemu trochę odbierało męskości.

Oleg przyniósł album ze zdjęciami ojca oraz księgę pamiątkową poświęconą igrzyskom olimpijskim w Meksyku. Chociaż wszyscy oglądali ją dziesiątki razy, po raz kolejny usiedli na kanapie, przekazując sobie album z rąk do rąk.

– Boże mój – mówił Jurij Borisowicz. – Nikt z nas nie wierzył, że Igor może zajść tak wysoko.

– Ja wierzyłem – żachnął się Leonid Iwanowicz. – Wierzyłem, bo chłopak miał cholerną ambicję. Zawsze wstawał, podnosił się. A przecież wcześniej nie miał łatwej drogi, nieraz dostał mocno i aż łzy miałem w oczach, jak to widziałem. Ale dawał radę. Nie bał się.

– No, Leonidzie Iwanowiczu, Jurij – zwrócił się do mężczyzn Lew Mojsiejewicz, podnosząc szklankę z wódką.

– Mów mi Lonia – rzekł Leonid Iwanowicz, unosząc swoją szklankę w stronę Lwa Mojsiejewicza. Wypili bruderszaft. Leonid Iwanowicz przyłożył kromkę chleba do nosa i wciągnął głęboko powietrze. Potem się ucałowali.

– Lowa – odpowiedział Lew Mojsiejewicz, szukając ogórka na zagryzkę.

– Więc chcę powiedzieć, Lonia… – zaczął ponownie Lew Mojsiejewicz, wciągając ogórek w mięsiste wargi. – Musisz przyznać, że srebrnego medalu nikt się nie spodziewał. Igor nigdy nie był nawet mistrzem kraju.

– W sześćdziesiątym ósmym był wicemistrzem – wtrącił się Oleg.

Leonid Iwanowicz nalał wódki do szklanek Lwa Mojsiejewicza i Jurija Borisowicza.

– Dla pań? – zwrócił się do Anny i Olgi.

– A jak najbardziej – obruszyła się Anna Lwowna, uznając samo pytanie za niestosowne.

– Widzisz – zaczął Leonid Iwanowicz – Igor to była taka dusza, że jak chciał coś osiągnąć, to walczył do upadłego. Ale żeby nie było, wiedział, że to tylko sport i że jest też rodzina, Olga, Oleg. Że wszystkiego nie wolno mu porzucić dla pogoni za sukcesem. Jak postanowił się zmobilizować i swoje zrobić, to tak zrobił. Może nie był najlepszy technicznie, więc powiedział sobie: „Nie będę czekał na werdykt sędziów, załatwię to sam”. Trzech położył przez nokaut. No, Amerykaniec był za mocny. Ale i z nim poszedł na walkę, nie uciekał, nie klinczował.

– Foreman już wtedy był silny jak tur – powiedział zamyślony Jurij Borisowicz, którego twarz zaróżowiła się jak u prosiaka. – Pamiętam dokładnie tę walkę. Igorowi krew zalewała twarz, ale starał się walczyć otwarcie i, jak mówi Leonid Iwanowicz, nie uciekał, nie klinczował[6].

– Skoro dotarł do finału, to czego miał się bać. Trzeba było spróbować, drugiej szansy nie dostaniesz od życia – stwierdził filozoficznie Leonid Iwanowicz, patrząc przed siebie. Potem wzruszył się i dodał: – Mój syn. Mój syn.

Podniósł szklankę.

– Za naszego Igora.

Wypili i chwilę milczeli. Leonid Iwanowicz dolał wszystkim wódki.

– Z Foremanem przegrać nie wstyd – przerwał ciszę Jurij Borisowicz. – To w sumie jeden, za… z tych największych bokserów. W całej historii boksu. – Jurij Borisowicz nie miał mocnej głowy i po dwóch wypitych naraz szklankach język zaczął się mu się lekko plątać.

– Ambitny był chłopak – rozrzewnił się Leonid Iwanowicz. – Pamiętam, muzykę klasyczną słyszę z jego pokoju. Nie wiem, nie znam się dobrze, czy to Czajkowski był, czy kto. Mówię do niego: „Ty co, muzykiem chcesz zostać?”. A on mi na to: „Dziewczynę wspaniałą poznałem. Inteligentna. Muzykę lubi, to ja też chcę posłuchać. Płyt trochę kupiłem”. Tak, tak, dla ciebie, Olgo, chciał nawet na uniwersytet pójść. „Ale wpierw… – mówi – medal olimpijski przywiozę, żeby nie było, że nic nie potrafiłem osiągnąć i dlatego rzuciłem boks. Medal będzie, nikt nie powie, że mięczak jestem”.

– Zabrałam go w Odessie na Oniegina – szepnęła wzruszona Olga Lwowna.

– Wtedy, co na obóz nauczycielski pojechałaś? – Kira Josifowna pokiwała głową. – Po latach się dowiedziałam, że Igor też tam był.

– Mamo, byliśmy młodzi. Nie pytam, co wy z ojcem robiliście w naszym wieku.

– To były inne czasy. – Kira Josifowna się zmieszała. – Wojna. Każdy dzień mógł być ostatnim.

– A poza tym my mieszkałyśmy w domu wczasowym, a on to tu, to tam. Nie był jeszcze taki znany, pieniędzy też nie miał. Gdy wybraliśmy się do opery, garnitur dla niego pożyczyłam z pralni.

– Wypijmy – zakomenderował Leonid Iwanowicz.

Wszyscy posłusznie wychylili szklanki i zagryźli ogórkami, chlebem i rybą.

– Poznaliśmy się u Maszy Ignatowej – ciągnęła Olga Lwowna. – Opowiadał o miejscach, do których jeździł jako sportowiec. Imponowało mi to, bo za granicą nie byłam. Chciał mnie odprowadzić do domu. Uważałam, że za wcześnie. Wymknęłam się po cichu. Byłam pewna, że nie zauważył. Wsiadłam do trolejbusu przy Pirogowskiej. Patrzę przez szybę i co widzę? Igor goni trolejbus. Spoglądam na kierowcę, a on zerka w lusterko i specjalnie dodaje gazu. Odwracam się znowu, myślę, zrezygnuje. A Igor wciąż biegnie. Trolejbus skręcił w lewo w bulwar Zubowski. Patrzę wciąż za siebie, mówię sobie: „nie dogoni”, ale jakieś wzruszenie się we mnie rodzi, mam łzy w oczach, kiedy widzę, jak biegnie, choć nie ma szans. Stanął, musiał przepuścić samochody. Trolejbus odjechał. Spojrzał za nim smutny. I wtedy dostrzegł, że stoję na przystanku. Stałam i śmiałam się do niego, łzy miałam w oczach i się śmiałam. Podszedł zasapany i właściwie nie wiedział, co powiedzieć. Ale w jego szarobłękitnych oczach widać było wszystko. Spoglądałam na niego, patrzyłam w jego oczy i czułam ciepło, cieszyłam się, że wysiadłam. A on nagle rzucił: „Przepraszam, że przeze mnie musieliście wysiąść, powinienem popracować jeszcze nad dynamiką”.

– Tak powiedział? – Anna Lwowna się zaśmiała. – „Nad dynamiką”?

– Tak. Poczuł wstyd, że nie dogonił trolejbusu – rzekła zamyślona Olga Lwowna. – Skojarzyło mi się to z dynamikami newtonowskimi i chciałam mu coś odpowiedzieć, ale tylko się uśmiechnęłam. Tata rozleje jeszcze – zwróciła się do Leonida Iwanowicza, który zapadł w lekki letarg, słuchając opowieści synowej.

– Tak, napijmy się – dodał Lew Mojsiejewicz.

– Trzeba otworzyć nową butelkę – zauważył Jurij Borisowicz, zdejmując z pewnymi problemami nakrętkę.

– Lej powoli, bo rozlejesz – mruknął Lew Mojsiejewicz.

– Pamiętam, jak Olga przyprowadziła Igora na obiad. Pierwszy raz. Czerwienił się i ręce mu się trochę trzęsły – powiedziała z uśmiechem Kira Josifowna.

– Czerwony to był od mrozu, mamo – sprostowała Anna Lwowna. – Pamiętam, bo to było przed Nowym Rokiem. Zaprosił Olgę na prywatkę sylwestrową i poradziłam jej, aby wcześniej wam go przedstawiła.

– Potężny chłop, jadł za dwóch – ciągnęła Kira Josifowna.

– Bo mu kazałam – rzuciła ze śmiechem Olga Lwowna. – Ostrzegłam go, że się obrazisz, jak nie zje. On mi na to: „Dobrze, że nie muszę wagi zrzucać”. A ja do niego: „Dynamikę stracisz”. Nie pamiętał i nie skojarzył, dlaczego to powiedziałam. Tylko się zmartwił i przytaknął. Ale jadł.

– To już wiecie, dlaczego nie zdobył mistrzostwa kraju. Stracił szybkość po blinach Kiry – zawyrokował Lew Mojsiejewicz.

– Tak, życie ze sportowcem to niełatwa sprawa – zauważyła filozoficznie Olga Lwowna. – Ciągle w napięciu, kalendarz turniejów dyktuje ci sposób życia, lekarz klubowy wtrąca się nawet w dietę. Pouczał mnie, co mam gotować.

– Ale były też plusy. Te ośrodki wczasowe na południu, wspaniała rzecz – wtrąciła Anna Lwowna. – Zazdrościłam strasznie Oldze tych balów olimpijczyków. Tylu znanych z telewizji sportowców, dziennikarzy, nawet aktorów.

– Uczyliśmy się z Igorem tańczyć, żeby się jakoś tam odnaleźć. – Olga Lwowna westchnęła. – Ani mnie, ani jemu nie szło to najlepiej. Ale staraliśmy się i przynajmniej z lekcji mieliśmy dużo uciechy. Na bal zawsze było ciężko dopasować garnitur.

– Nic mi nie mów o garniturach – weszła jej w słowo Kira Josifowna. – Pożyczyłam mu garnitur twojego ojca, a gdy tylko spróbował się wyprostować, poszły szwy na plecach. Bałam się Lowie powiedzieć i zszywałam nocą.

– I niby mnie się bałaś? – Lew Mojsiejewicz zaśmiał się, całując dłoń Kiry Josifowny. – A wiecie, że to wtedy otwarła się szachowa kariera przed Olegiem? – zagadnął, rozlewając wódkę do szklanek.

– Jak to? – spytała Anna Lwowna.

– A tak – rzekł Lew Mojsiejewicz, czując satysfakcję, że przykuł uwagę wszystkich. – Widzicie, kiedy Olga szykowała się do balu, usiedliśmy z Igorem i nie bardzo wiedziałem, na jaki temat zacząć z nim rozmowę. Spojrzałem na szachownicę z rozstawioną pozycją, widziałem, że przyglądał się jej z zainteresowaniem, więc spytałem, czy nie rozegrałby partyjki szachów. Wtedy zaczerwienił się, na pewno nie od mrozu. – Pochylił się w kierunku Anny Lwowny. – Bąknął, że nie umie, ale obiecał, że swojego syna na pewno nauczy. I słowa, jak widać, dotrzymał.

– Igor zawsze słowa dotrzymywał, choć ja uważałem, że szachy to niemęska gra – wtrącił się Leonid Iwanowicz, akcentując swoją wypowiedź głębszym łykiem wódki. – Kopnąłeś mnie w kostkę Oleg.

– Przepraszam, dziadku, myślałem, że to noga od stołu.

– Swoją drogą, chłopak ma niezłego kopa – zauważył Leonid Iwanowicz. – Mógłby grać w trampkarzach Spartaka.

– No, ale w boksie Igor wdrapał się na szczyt, wypijmy za jego srebrny medal olimpijski! – Jurij Borisowicz poderwał się z krzesła. – Gdzie właściwie przepadł ten medal?

– Ech – zmartwiła się Olga Lwowna. – Przepadł i już. Igor zabierał go ze sobą na różne wyjazdy, chciał go mieć przy sobie. Aż wrócił z Kazania bez medalu. Ukradli mu pewnie.

– Chrzanić kawałek metalu! – zawołał Jurij Borisowicz. – Pijmy za sukces i za to, że żyje on w naszej pamięci.

Wszyscy powstali i wypili w milczeniu toast.

– Pamiętam, oglądaliśmy finał wszyscy razem, jeszcze żyła Irina – rzekł, opadając na krzesło Leonid Iwanowicz. – Nasz telewizor wiecznie nawalał, więc przyszliśmy tu do was.

– Oleg miał ze cztery lata – przyłączyła się Olga Lwowna. – Siedział u mnie na kolanach i mało rozumiał. Zaczął płakać, gdy zobaczył, że tata ma twarz we krwi. Musiałam go odesłać do drugiego pokoju. Zresztą ja też płakałam. Jak zbliżenie zrobili, kiedy wycierali mu krew, poczułam taki ucisk w sercu, że marzyłam tylko, by skończyli walkę.

– Dobrze, że trenerzy go poddali. Nie było sensu dalej walczyć – zgodził się Lew Mojsiejewicz.

– Zawsze jest sens – zaoponował Leonid Iwanowicz. – Napoleona i Hitlera też pokonaliśmy, chociaż na początku dostawaliśmy w skórę.

– Płakałam, gdy go poddali, bo było mi tak bardzo żal. – Olga Lwowna westchnęła głęboko. – Ale potem, kiedy odbierał medal, płakałam znowu, tyle że z dumy i szczęścia. Kto mógł się spodziewać… Mój Igor wicemistrzem olimpijskim. Wtedy dopiero do mnie dotarło, jak wiele osiągnął, do czego doszedł.

– Za szybko odszedł od nas, za szybko – szepnęła Kira Josifowna.

– Krwiak, compressio cerebri, ucisk na mózg, wzrost ciśnienia tętniczego i asystolia – szeptał Lew Mojsiejewicz, jakby stawiał diagnozę, po czym z niedowierzaniem pokręcił głową i wychylił kolejną szklankę wódki.

Rozmowa przeciągnęła się do wieczora. Po kolacji i kilku kolejnych szklankach wódki Leonid Iwanowicz i Lew Mojsiejewicz zaczęli wspominać frontowe historie.

– Nie wiem, czy wam już opowiadałem, jak przywieźli do mnie chłopaka z urwaną od połowy uda nogą, do zszywania – zaczął Lew Mojsiejewicz.

– Tak, tato, wiele razy – powiedziała Anna Lwowna.

– No tak, ale opowiem raz jeszcze, bo może Lonia nie słyszał. No, więc ten chłopak mówi: „Buty mi zdejmijcie i dajcie tu pod głowę”. A ja mu na to: „Synu, pal diabli buty”. Ale chłopak się upiera: „Nie, ojczulku, buty nowe, dobre, dajcie mi”. Dałem znak pielęgniarzowi, by zdjął mu but i podał. A chłopak na to: „Drugi mi dajcie”. Powoli tracę cierpliwość i mówię: „Synu, drugi się zgubił”. A on: „Niemożliwe, ciągle go czuję na nodze”.

Oleg zebrał naczynia i wyszedł do kuchni, w której Jurij Borisowicz, uwieszony na lodówce Mińsk, opowiadał o swojej pracy w lotniczym biurze projektowym. Wspominał, niemal płacząc, o dopiero co zakończonej karierze dumy radzieckiego lotnictwa Tu-144, o silnikach turboodrzutowych Kolesowa, które nie pomogły go utrzymać w produkcji. Rozrzewnił się tak, że Anna Lwowna musiała go przytulić i pocieszać, mówiąc, że jest jej misiem.

– Wszystko przez to – grzmiał Jurij Borisowicz – że zamiast ufać własnym projektom, wzorujemy się na tych zachodnich czy amerykańskich, i wychodzi ni pies, ni wydra.

Oleg zamknął się w swoim pokoju i poprawił zdjęcie ojca stojące na półce, po czym położył się na łóżku i postanowił, że zostanie szachowym mistrzem świata.

Moskwa–Rejkiawik,
grudzień 1979

Grudniowy chłód zaskoczył moskwian jak nagła słabość po wypiciu kolejnej szklanki spirytusu. Niby każdy wie, że nadejdzie, lecz kiedy przychodzi, nie jesteśmy na tę słabość gotowi. Tak było z zimą, która uderzyła gwałtownie, zasypała ulice ciężką pierzyną śniegu, a mróz, niczym kapryśny artysta tworzący happening, malował akwarele na oknach, zamrażał nawet wódkę w butelkach żywo dyskutującym o tym cudzie natury amatorom picia na świeżym powietrzu i zaskakiwał kierowców, którzy przeklinali, słysząc ciche rzężenie swoich samochodów.

Ale dla rosyjskich szachistów sroga zima była całkowicie na marginesie tego, co zaprzątało ich myśli, od dwóch miesięcy bowiem cały szachowy świat żył meczem o mistrzostwo świata między obrońcą tytułu Tigranem Wartanowiczem Gurgenidzem a amerykańskim pretendentem Robertem Zimmermanem. Prasa zachodnia przedstawiła ten mecz jako symboliczne starcie zimnowojenne. Naprzeciw komunistycznej machiny stanął samotny bohater, przedstawiciel „wolnego świata”, Bobby Zimmerman.

Z Rejkiawiku, gdzie zamierzano rozegrać mecz, napływały bardzo intrygujące i zarazem bulwersujące wieści. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy Amerykanin w ogóle przystąpi do pojedynku. Negocjował stawki, zagroził, że jeśli nie dostanie dodatkowych dwustu tysięcy dolarów, meczu nie będzie. W końcu znalazł się prywatny sponsor, miłośnik szachów, który nie mógł sobie odmówić przyjemności obserwowania „pojedynku stulecia”, jak prasa zaczęła nazywać ten mecz, i wyłożył stosowne pieniądze. Ale nikt nie wiedział, czy to już koniec żądań Amerykanina i czy rzeczywiście zjawi się w stolicy Islandii.

Każdego poranka Jewtuszenko jechał na lotnisko, czekał na pasażerów samolotu z Nowego Jorku, po czym dzwonił do hotelu, w którym zatrzymała się radziecka delegacja, i informował: „Zimmermana nie ma. Nie przyleciał”. I w końcu mało kto wierzył, że przyleci. Gurgenidze grał całymi dniami w karty, coraz bardziej się rozprężając. Gdzieś w podświadomości liczył, że wygra walkowerem, bo Amerykanin po prostu nie stawi się na mecz. Kiedy Zimmerman nie przybył na losowanie kolorów w dniu poprzedzającym rozpoczęcie pojedynku, to, co było dotąd przypuszczeniem, stało się niemal pewnością. Gurgenidze zaczął odczuwać sprzeczne emocje. Z jednej strony wypełniło go poczucie ulgi, z drugiej – głębokie rozczarowanie, że tak obroniony tytuł nie da mu satysfakcji i że prasa zachodnia będzie spekulować, co by było gdyby, i nigdy nie uwolni się od tego dręczącego pytania: „Czy pokonałby Zimmermana?”.

W dniu, w którym wyznaczono początek meczu, Jewtuszenko zadzwonił jak zwykle z lotniska.

– Jest! Przyleciał! Powtarzam, Zimmerman przyleciał! – krzyczał do słuchawki. Gurgenidze poczuł zapewne to samo co Hektor, gdy stojąc na murach Troi, obserwował zbliżające się statki z Hellady.

Na pierwszą partię Zimmerman ostentacyjnie spóźnił się około kwadransa, docierając do sali gier prosto z konferencji prasowej. Amerykanin grał tego wieczoru nierówno i w remisowej końcówce popełnił prosty błąd, za który został skarcony przez Gurgenidzego. Ale radości w zespole radzieckim nie było. Wieczorem arcymistrzowie siedzieli wspólnie przy kolacji.

– Nie ma co analizować – mówił sceptycznym tonem Rugullis. – Ot, po prostu głupi błąd w równej końcówce, który kompletnie nic nie znaczy. Nie ma mowy o tym, aby na tej podstawie oceniać jego formę.

Gurgenidze przytaknął.

– Jakoś mnie ten punkt nie cieszy. – Uśmiechnął się kwaśno. – Za łatwo przyszedł.

Tak więc zdaniem większości obserwatorów dopiero druga partia miała odpowiedzieć na pytanie, jaki jest prawdziwy układ sił. Spodziewano się, że Zimmerman, grając tym razem białymi pionami, będzie chciał zaatakować, aby szybko wyrównać rezultat. Zespół radziecki czekał w napięciu. Pięć minut po szesnastej Gurgenidze zjawił się w sali gier i, przywitany oklaskami widzów, zajął swoje miejsce. Był zły. Szachowy savoir-vivre nakazywał, aby to pretendent oczekiwał mistrza. Czyniąc zadość tradycji, Gurgenidze spóźnił się pięć minut, ale widać pięciominutowe spóźnienie nie wystarczyło. Siedział więc sam na scenie, spoglądając na zegar, który odmierzał czas Amerykanina. Po piętnastu minutach oczekiwania mistrz świata zrozumiał, że Zimmerman tego wieczoru w ogóle nie stanie do gry. Wezwał do siebie sędziego, wdał się z nim w dyskusję, choć właściwie tylko dla zabicia czasu. Sędzia przypomniał, że zgodnie z regulaminem może ogłosić walkower dopiero po godzinie. Gurgenidze ukrył się za kulisami i czekał, coraz bardziej upokorzony i rozeźlony zachowaniem Amerykanina. Publiczność zaczęła gwizdać i buczeć. Wieczorem na konferencji prasowej sztab amerykański odczytał oświadczenie, w którym poinformował, że pretendent, arcymistrz Robert Zimmerman, nie zjawiając się na drugą partię, zaprotestował w ten sposób przeciwko hałasowi, jaki powodują kamery telewizyjne pracujące w sali gier. W obozie radzieckim zawrzało. Zachowanie Amerykanina uznano za narodową zniewagę, nie mówiąc już o afroncie, z jakim spotkał się mistrz świata. Zamiast przygotowań do kolejnej partii, granej przez Gurgenidzego białym kolorem, praktycznie cały wieczór zajęły dyskusje nad tym, jak należy się zachować w tej sytuacji. Sztejn proponował, żeby oddać punkt, nie stawiając się na kolejną partię.

– A co, jeśli Amerykanin znów odmówi gry? – zadał pytanie Jewtuszenko. – Mecz zmieni się w farsę.

Kierownik radzieckiej delegacji, Bondariewski, był zdania, że trzeba trzymać się regulaminu i nie zważając na prowokacje Amerykanów, robić swoje. Argumentował, że przy wyniku dwa do zera Gurgenidze będzie w stanie utrzymać przewagę do końca meczu.

Ale sam Gurgenidze czuł, że właśnie teraz ten mecz przegrywa. Był rozsierdzony do granic. Przystępował do gry z dwoma punktami forów, co przypominało mu opowieści o dawnych mistrzach, którzy grając w kawiarniach z amatorami, aby wyrównać szanse, zaczynali partię bez którejś figury. A on przecież był mistrzem świata.

– Trzeba zwrócić punkt – rzekł do Bondariewskiego, przychylając się do opinii Sztejna. – Nieważna prasa, nieważni kibice. Nie jesteśmy, do cholery, pionierami, którzy trzymają się regulaminu! – zagrzmiał.

Ale Moskwę interesowało wyłącznie zwycięstwo i nikt w Sportkomitecie nie miał zamiaru przejmować się psychologicznymi niuansami i ambicjonalnym dyskomfortem Gurgenidzego. Dwa punkty przewagi oznaczały wielką szansę na końcową wygraną. Tak więc po konsultacjach z Moskwą przeważyło zdanie Bondariewskiego. Gurgenidze miał przystąpić do trzeciej partii. Sztejn poszedł się upić, Krutin na znak protestu opuścił radziecką delegację i wrócił do Leningradu. Kiedy wydawało się, że wszystko zostało ustalone, dwie godziny przed rozpoczęciem partii nadeszła kolejna sensacyjna informacja. Zimmerman zażądał przeniesienia pojedynku do osobnego pomieszczenia, bez widzów, bez kamer. Było to złamanie regulaminu meczu uzgodnionego przez delegacje amerykańską i radziecką na kilka tygodni przed meczem. Stanowisko Międzynarodowej Federacji Szachowej oraz organizatora meczu było jasne: jeśli Gurgenidze się zgodzi, możemy pójść na rękę Amerykanom. W przeciwnym razie mecz musi być kontynuowany tak, jak uzgodniono. W odpowiedzi Zimmerman zagroził zerwaniem całego pojedynku. Sportkomitet przysłał z Moskwy jasną instrukcję: „Mecz ma być kontynuowany w głównej sali. Żadnych ustępstw”. To był poker. Gurgenidze nie wiedział, czy Zimmerman blefuje. Odrzucał aprobatę dla myśli, że przyjdzie mu wygrać walkowerem. Nie chciał trafić do encyklopedii szachowych jako ten, który obronił tytuł dzięki walkowerowi. Ta wizja była mu wstrętna. Poprosił Sztejna i Jewtuszenkę, aby w tajemnicy przed Bondariewskim przekazali Amerykanom informację, że zgadza się na żądanie Zimmermana.

Następnego dnia o szesnastej rozpoczęła się trzecia partia. Tak jak tego chciał „genialny Bobby”, w zamkniętym przed widzami pokoju przebywali tylko on i Gurgenidze. Bondariewski wpadł we wściekłość. Bał się, że zostanie rozliczony za to, iż nie potrafił zapanować nad kryzysem. Jedyne, co mogło ich uratować, to pogrom Zimmermana. Pogrom był, ale to Gurgenidze przegrał w zadziwiająco łatwy sposób, grając zdecydowanie poniżej swojego normalnego poziomu. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zespół radziecki był w rozsypce, Gurgenidze zasklepił się w swoim świecie urażonych ambicji i nie było z nim kontaktu. Bondariewski starał się ratować mecz. Udało mu się z powrotem przenieść pojedynek do głównej sali. Zaczął słać protest za protestem, chcąc wybić Amerykanów z uderzenia i zniwelować uzyskaną przez nich przewagę psychologiczną. Ale było za późno. Przełom został dokonany. Zimmerman doskonale o tym wiedział. Zaszokował jeszcze zespół radziecki całkowitą zmianą repertuaru debiutowego, pozostawiając rywala praktycznie bez wsparcia teoretycznego, bez przygotowanych na mecz wariantów. Teraz, mając przeciwnika w narożniku, Zimmerman był już gotowy, by skupić się wyłącznie na szachach, i grał rzeczywiście fantastycznie. Gurgenidze przegrał kolejno trzy partie, i to tak łatwo, jakby działał pod wpływem hipnotycznej siły Amerykanina. Delegacja radziecka zażądała rozebrania na części fotela Zimmermana w celu sprawdzenia, czy nie znajdują się tam urządzenia, które mogłyby emitować fale oddziałujące na mózg Gurgenidzego. Tymczasem mistrz świata popadł w przygnębienie, grał apatycznie, bez wiary, bez koncepcji, tracił mnóstwo czasu na fazę debiutową, rozgrywając nieznane sobie otwarcia. Nie było recepty na przełamanie tego fatalnego trendu. Grali do sześciu zwycięstw. Wynik cztery dwa dla pretendenta stawiał mistrza w bardzo trudnym położeniu, choć wciąż nie w beznadziejnym. Wreszcie po serii remisów Gurgenidze przełamał się i wygrał. W serca rosyjskich kibiców wstąpiła nadzieja. Ze wszystkich zakątków Związku Radzieckiego przychodziły do Moskwy listy poparcia i otuchy dla mistrza świata, czasem były to porady, czasem gotowe warianty do wykorzystania przeciwko „Amerykańcowi”. Ewentualna porażka ich reprezentanta byłaby rzeczą bolesną, ale porażka po takiej serii upokorzeń, po takim prowokacyjnym zachowaniu pretendenta była absolutnie nie do zaakceptowania. Naród solidaryzował się ze swoim mistrzem. Nie znając prawdziwych powodów wyjazdu Krutina z Rejkiawiku, radzieccy miłośnicy szachów mieli do niego żal, że porzucił zespół i uznali to za zdradę.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.