Zakręty losu. Historia Lukasa - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 377 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 10 godz. 35 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakręty losu. Historia Lukasa - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Ostatnia część trylogii o braciach Borowskich przedstawia życie Łukasza „Lukasa” Borowskiego. Gangstera, handlarza, mordercy, lecz również ukochanego syna, brata i męża. To wycieczka w przeszłość do czasów, gdy Lukas stawiał swoje pierwsze kroki „na mieście”, aż w końcu stał się jednym z najważniejszych ludzi mafii, świadkiem koronnym i odkupicielem własnych win.

 

Bo za winy trzeba płacić.

Błędy naprawić.

Złe postępki zamienić na dobre.

Bo ja jestem Lukas. Prosty chłopak z miasta.

O gorącym sercu i zimnym spojrzeniu.

I zawsze spłacam swój dług.

Moje życie dopiero się zaczęło.

A dług pozostał jeszcze niespłacony...

 

Wstrząsająca i wzruszająca opowieść człowieka, który przeżył wiele, widział prawie wszystko i potrafił równie mocno kochać, co nienawidzić.

Opinie o ebooku Zakręty losu. Historia Lukasa - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Fragment ebooka Zakręty losu. Historia Lukasa - Agnieszka Lingas-Łoniewska









Strona redakcyjna


PRZEDMOWA

Czy często słuchaliście spowiedzi gangstera? Ja nigdy dotąd, i dlatego teraz jestem w szoku. To naprawdę wstrząsająca historia życia człowieka przegranego, który – choć nie bez trudu – usiłuje nie tylko wyzwolić się spod presji zła, ale także zrozumieć własny poplątany los. Dzieje upadku... lecz i odbudowy. Co jest tą siłą, która potrafi aż tak odmienić jednego człowieka? I to wiele razy?

Przekonajcie się sami...

Anna Klejzerowicz

pisarka, autorka Cienia gejszyCzarownicy


PROLOG

Rozmyślałem, wspominając pewną chwilę sprzed wielu, wielu lat. Wtedy też byłem w pokoju mojego rodzinnego domu i głaskałem palcami futerał, w którym spoczywał mój ukochany saksofon.

Uwielbiałem grać. Czuć tę siłę w płucach, która zamieniała się w przejmujące dźwięki. Nauczyłem się tego w wieku trzynastu lat. Teraz wraz z trzema kumplami planowaliśmy założyć zespół. To było moje marzenie – poświęcić się muzyce. Tylko to się dla mnie liczyło. Niemal każdą wolną chwilę poświęcałem na ćwiczenia. Doskonaliłem się. Chciałem być lepszy i jeszcze lepszy. Może... gdybym stał się gwiazdą, gdybym został sławny, gdybym coś osiągnął, ojciec zacząłby inaczej postrzegać moją pasję. I w ogóle dostrzegłby mnie. Bo teraz... Miałem wrażenie, że jestem tylko narzędziem w jego rękach. Że jestem gliną, którą on formuje swoimi nieznoszącymi sprzeciwu palcami na własne podobieństwo, nie widząc, że ja może chciałbym nabrać innych kształtów. I pójść inną drogą. Swoją. Własną. Zgodną z tym, co siedzi w mojej głowie i w moim sercu. Ale teraz miałem szesnaście lat i już uczęszczałem na zajęcia dla przyszłych studentów wydziału prawa. Robiłem to dla świętego spokoju. Robiłem to dla mojej matki. Robiłem to dla mojego brata Krzysia, który miał sześć lat i wpatrywał się we mnie jak w Boga. Bo nie chciałem prowokować ojca do wybuchów złości, które kończyły się wielogodzinnymi mowami, wygłaszanymi mentorskim tonem, a ja, siedząc niczym przestępca na ławie oskarżonych, ze zwieszoną głową, słuchałem, jak jestem beznadziejny. I jak beznadziejna będzie moja przyszłość, jeśli pójdę nie tą ścieżką, którą on przede mną rysował.

I pewnie nie stałoby się nic złego, nie zboczyłbym tak bardzo i nie zmieniłbym losów tak wielu ludzi, których kochałem i na których mi zależało, gdyby nie... tamta noc. Tamta cholerna noc, kiedy mój ojciec postanowił raz na zawsze wyprostować moje życie i zadecydować o przyszłości syna. Wtedy... coś we mnie pękło. Coś zostało zniszczone. Ja zostałem zniszczony. Ten dobry chłopak, Łukasz Borowski. Syn mecenasa Borowskiego. Przyszłość rodziny i kancelarii. Bo wtedy, tamtej nocy, narodził się człowiek, który miał się stać jednym z najgroźniejszych ludzi w mieście. Który miał zniszczyć wiele osób. Który miał zniszczyć samego siebie. Którego losy były tak pokręcone, że osoba o słabszej konstrukcji psychicznej nie podołałaby temu, co stanęło na jej drodze. Wtedy dzięki mojemu ojcu, który chciał stworzyć perfekcyjnego, zdolnego adwokata z przyszłością i perspektywami, narodził się Lukas.

Czyli prawdziwy ja.


CZĘŚĆ PIERWSZA
WSCHÓD

Wschód Słońca – początek dnia. Moment, w którym górna połowa tarczy słonecznej przekracza linię horyzontu. Położenie punktów wschodu i zachodu Słońca na horyzoncie zmienia się codziennie, a czas i miejsce wschodu Słońca jest inne dla każdego miejsca na świecie. Zależy zawsze od pory roku oraz równoleżnika i południka, na którym dany punkt się znajduje [1].


ROZDZIAŁ 1

The Smashing Pumpkins, Landslide

Łukasz Borowski patrzył na ścianę upstrzoną fotografiami z przeszłości. To był jego dawny pokój, który teraz stał pusty. Zostały tylko te fotografie, ale i one wkrótce zostaną zdjęte. Całkiem niedawno mieszkała w nim przez pewien czas ta, która stała się jego jedynym celem życia. Jego wybawieniem i odkupieniem. Ale teraz pokój, którego ściany widziały wiele i słyszały jeszcze więcej, stał pusty, tuż przed planowanym remontem na przywitanie nowego mieszkańca. Lub mieszkanki. Łukasz spojrzał na zdjęcia przedstawiające jego jako dziecko, a potem chłopca pchającego wózek z niemowlęciem. Na tej fotografii był z młodszym o dziesięć lat bratem, Krzyśkiem.

– Długą drogę przebyliśmy... – westchnął do siebie i spojrzał na kolejne zdjęcie, na którym on sam, już dorosły, uśmiechał się szeroko i trzymał w objęciach matkę. Miał wówczas chyba dwadzieścia osiem lat; był to najgorszy, a zarazem najlepszy okres jego życia. Najlepszy, bo korzystał z tego, co przynosił mu los, nie martwiąc się o jutro. A najgorszy, bo teraz, z perspektywy przeżytych czterdziestu sześciu lat, wiedział, do czego go to doprowadziło. Chociaż... gdyby przeanalizował swoją przeszłość, okazałoby się, że wszystko... wszystko zaczęło się o wiele wcześniej. Wówczas, kiedy jego brat był zbyt mały, żeby to zapamiętać, a on sam wierzył jeszcze, że marzenia są po to, aby się spełniały. Aby dawały radość i pokazywały, że warto się starać, dawać z siebie wszystko, bo to przyniesie satysfakcję i samozadowolenie po latach przeżytych z jasno wytyczonym celem. Ale on, Łukasz... Zboczył z tej drogi, wpadł w odmęty wąskich, krętych ścieżek, których zwodniczy urok dawał mu poczucie bezpieczeństwa, właściwie obranej drogi i wreszcie władzy. Dziś dobrze wiedział, że to nie było nic innego, jak tylko ułuda, złudzenie, podróbka. Jego samego. I życia, które mógłby wieść. Lecz teraz... jego kręte ścieżki wyprostowały się i chociaż nadal nie wiedział, co czeka na niego za zakrętem losu, tak jak nie ­wiedział tego żaden inny człowiek, Łukasz wierzył, że to, co go spotkało, dało mu siłę, by mógł przyjąć tę niespodziewaną dobroć losu, która postawiła na jego drodze życia ją, Magdę, jej synka, dla którego był teraz ojcem, i jeszcze to, na co wszyscy z niecierpliwością oczekiwali.

– Coś taki zamyślony? – Krzysiek Borowski wszedł niepostrzeżenie do pokoju i zaskoczył brata.

– A tak... wspominałem.

– To powspominamy razem – młodszy brat Łukasza błysnął uśmiechem i pokazał mu butelkę Ballantinesa oraz dwie niskie szklanki, które trzymał w ręku.

– O! To zacznijmy już zaraz – mężczyzna usiadł na podłodze na wytartej poduszce i drugą taką samą popchnął w kierunku Krzyśka.

– Nasze dziewczyny dobrze się bawią. Dzwoniłem do Katki. Usłyszałem: „Nie przeszkadzaj nam, jesteśmy zajęte”, a w tle dudniła muzyka – młodszy Borowski usiadł, oparł się o ścianę i rozlał brunatny alkohol do szklanek.

– Uważasz, że to nie jest powód do naszej interwencji? – Łukasz z rozbawieniem uniósł brew.

– Raczej nie. Mam tylko nadzieję, że nie zrobią zbytniego przemeblowania – mężczyzna stuknął swoją szklanką w szklankę brata i obaj wychylili trunki.

– Cieszę się, że Kaśka zaprzyjaźniła się z Magdą. Ona, Magda, nigdy nie miała prawdziwej przyjaciółki. Takiej bliskiej osoby... – powiedział starszy z Borowskich, opierając głowę o ścianę i patrząc gdzieś przed siebie.

– Wiem, stary. Też się cieszę – pokiwał głową Krzysiek. – W końcu wszystko się nam wyprostowało.

– W końcu. Czasami mam wrażenie, że to mi się śni, że obudzę się i znowu będę sam – odparł niespodziewanie Łukasz, a młodszy brat spojrzał na niego ze zmarszczonym czołem.

– Ciągle cię to gryzie? To, co było? Przecież nigdy nie byłeś sam.

– Byłem. I nie było to fajne.

– Domyślam się. Ale po co do tego wracać?

– Nie wracam. Ale dzisiaj... Zamiast iść gdzieś do klubu, bawić się na własnym kawalerskim wieczorze... – Łukasz spojrzał bratu prostu w oczy – wolałem spędzić ten czas z tobą. Bo muszę ci coś opowiedzieć.

– Też chciałem się z tobą napić – Krzysiek kiwnął głową, patrząc uważnie na siedzącego obok niego wysokiego mężczyznę o potężnych ramionach i brązowych włosach, lekko przyprószonych na skroniach siwizną. – Ale co musisz mi opowiedzieć?

– Historię pewnego człowieka. Wiesz, że czasami wystarczy impuls, błysk światła, ułamek sekundy, żeby zmienić swój los?

– No, coś słyszałem o tym – Krzysiek trochę się zaniepokoił, bo jego brat był znany raczej z zabawowego trybu życia, a nie z filozoficznych rozważań o sensie egzystencji.

– Ze mną też tak było. Jedno wydarzenie sprowokowało następne i tak ruszyła machina. I teraz... po tym wszystkim, chciałbym ci opowiedzieć tę historię – Łukasz rozlał alkohol do szklanek i kiwnął w kierunku brata.

– Jaką historię? – Krzysiek przechylił naczynie i wypił trunek.

– Historię kogoś, kogo kiedyś nienawidziłeś. Ty, twoja piękna. I ja sam czasami też. Historię Lukasa – Borowski jednym haustem wypił alkohol, oparł się o ścianę i nie patrząc na zaskoczonego brata, zaczął mówić.

*

Wróciłem z ćwiczeń naszej szkolnej grupy rockowej. Byłem w drugiej klasie liceum, miałem siedemnaście lat i kochałem muzykę. Grałem na saksofonie w zespole, który założyliśmy z kumplami z klasy. Dyrektor szkoły, doceniając nasze zaangażowanie i chęci, udostępnił nam stary szkolny magazynek; zaadaptowaliśmy go na klub. I teraz, po ośmiu miesiącach działalności, mieliśmy za sobą kilka szkolnych występów, między innymi na studniówce najstarszych klas, a od kilku tygodni przygotowywaliśmy się do udziału w konkursie zespołów rockowych, który mógłby dać nam szansę i perspektywy na dalszy rozwój w tym kierunku. Oczywiście, staraliśmy się nie zaniedbywać nauki, żeby rodzice się nie czepiali, ale teraz ten konkurs był dla nas najważniejszy.

Po cichu wszedłem do domu, bo było już dość późno. Miałem nadzieję, że uda mi się przemknąć niepostrzeżenie, tak aby nie spotkać się z ojcem, z którym ostatnio miałem na pieńku. Hm. Ostatnio? Chyba raczej od zawsze. Ale ta nadzieja umarła, zanim na dobre zdołała zakwitnąć w mojej głowie, bo gdy tylko złapałem za poręcz, chcąc pobiec na górę, do swojego pokoju, mój ojciec wyszedł ze swojego gabinetu. Patrzył na mnie tak jak zawsze, czyli krytycznym wzrokiem.

– Nie za późno? – spytał z marsową miną.

– Sorry. Próba się przeciągnęła – burknąłem.

– Nie zapomnij, że w weekend wyjeżdżasz ze mną na spotkanie z członkami rady adwokackiej.

– W ten weekend?

– Tak, w ten.

– To miało być za tydzień – patrzyłem na ojca zszokowanym wzrokiem.

– Pomyliłem terminy. Wyjeżdżamy w piątek wieczorem – ton ojca był zimny jak lód.

– Nie ma mowy – wzruszyłem ramionami, mocniej zaciskając palce na rączce futerału, w którym spoczywał mój saksofon.

– Słucham?

– Mówiłem ci chyba z milion razy, że jadę do Zielonej Góry na przesłuchanie. Robią nabór do konkursu „Młoda Rockmania”. Przeszliśmy pierwszy etap, jeśli zaliczymy kolejny, pojawi się szansa na nagranie płyty.

Ojciec wzniósł oczy do nieba, jakby szukał tam natchnienia do wygłoszenia kolejnej tyrady, ale powiedział tylko:

– Będziesz musiał wybierać.

Spojrzałem na niego z uśmiechem.

– Już wybrałem.

– To znaczy? – zmarszczył brwi i podszedł do mnie. Mimo że był wysoki, i tak musiał unieść głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nie sądzę, by odnalazł w nich choć odrobinę ciepłych uczuć. Muzyka była dla mnie wszystkim, a wiedziałem, jaki on ma do tego stosunek. Bolało mnie to bardzo, ale nie dałem po sobie nic poznać, bo przecież w przyszłości miałem zostać opanowanym prawnikiem z maską zamiast twarzy.

– To znaczy, że w sobotę rano pakujemy się do pociągu i wyjeżdżamy. Na przesłuchanie – odpowiedziałem pewnie, chociaż moje serce szalało ze zdenerwowania.

– Śmieszny jesteś – parsknął; wydawał się naprawdę nieźle rozbawiony.

Ja za to byłem wkurzony. I to bardzo.

– Może jestem śmieszny, ale pogódź się z tym, że na weekend ze swoimi prawnikami pojedziesz beze mnie.

– To się jeszcze okaże.

– Załóż się – warknąłem, wchodząc na schody.

– Łukasz – no tak, znałem ten ton. Doskonale. Zaczynało się. Ale tym razem nie miałem zamiaru tego słuchać.

– Oszczędź sobie. Nie jesteś w sądzie. Wcale nie muszę tam z tobą jechać, wydepczesz dla mnie ścieżkę kiedy indziej – powiedziałem przez zęby i pobiegłem do siebie, trzaskając drzwiami tak mocno, że pewnie obudziłem swojego młodszego brata Krzyśka, który miał pokój naprzeciwko mojego.

„Kurwa!” – kląłem w myślach, bo ogólnie rzecz biorąc, nie przeklinałem; wiedziałem, że mama tego nie toleruje. „Czy kiedykolwiek mój ojciec spojrzy na mnie inaczej niż jak na obiekt mający utrzymać rodzinną tradycję i poważanie dla nazwiska Borowski w tym jego śmiesznym świecie?”. Chyba znałem odpowiedź na to pytanie. A przecież zawsze robiłem wszystko, aby był ze mnie zadowolony. Nigdy nie miał ze mną najmniejszych problemów. Nigdy. Uczyłem się dobrze, nie paliłem, nie ćpałem, szanowałem matkę, kochałem brata. A ojciec... też go szanowałem, ale... Czy go kochałem?

Boże...

Oczywiście, że tak. Ale...

Czy on kochał mnie?

*

Krzysiek spojrzał na Łukasza, który wpatrywał się gdzieś w przestrzeń, jakby ciągle miał przed oczami obrazy sprzed niemal trzydziestu lat.

– Kurczę, tego nie pamiętam... To znaczy... czasami, gdzieś w głębokiej podświadomości, przypominam sobie, że gdy wchodziłem do twojego pokoju, grałeś na czymś. Ale bez szczegółów – patrzył na starszego brata, jakby zobaczył go po raz pierwszy w życiu.

– Bo dwa dni po tym zajściu przestałem grać. I już nigdy do tego nie wróciłem... – Łukasz spojrzał Krzyśkowi głęboko w oczy. – Dlatego nie pamiętasz.

*

Gdy nadszedł ten cholerny piątek, po szkole wróciłem do domu, bo chciałem się spakować; następnego dnia z samego rana jechaliśmy do Zielonej Góry. Mamy nie było, gdyż miała jakąś sprawę w innym mieście. Też była adwokatem, ojca poznała na studiach, a teraz razem prowadzili kancelarię. Krzysiek pojechał na weekend do dziadków, którzy mieszkali pod Wałbrzychem. W domu nie było nikogo. Miałem nadzieję, że ojciec pojechał już na ten zakichany prawniczy spęd. Od tamtej rozmowy nie widzieliśmy się, unikałem go, on mnie chyba też. Mama nawet nie zauważyła, co się dzieje, bo przygotowywała się do tej piątkowej rozprawy, poza tym daleki byłem od tego, żeby ją denerwować.

Zjadłem coś na szybko, wykąpałem się i poszedłem zapakować jakieś ciuchy. Przesłuchania miały trwać cały dzień, więc udało nam się zaklepać pokój u kolegi starszego brata mojego kumpla z zespołu. Gdy na górze pakowałem się, jednocześnie rozmawiając z kolegą, a właściwie przyjacielem, Sebą, usłyszałem, że na podjazd wjeżdża jakieś auto.

– O cholera... – mruknąłem. – Seba, muszę kończyć, mój stary wrócił. Nie zaśpij jutro! – rzuciłem do kumpla i odłożyłem słuchawkę na widełki.

Zszedłem na dół i zacząłem ostentacyjnie robić sobie kanapki na podróż. Gdy ojciec wszedł do kuchni, akurat pakowałem je do woreczków i chowałem do lodówki.

– Czyli podjąłeś decyzję? Bo jak widzę, nie jesteś naszykowany – powiedział dziwnie spokojnym tonem.

– Jestem naszykowany. Jadę jutro na przesłuchanie. To moja pasja. Wiesz, co to jest pasja? Miałeś kiedyś coś takiego? – oparłem się o lodówkę i patrzyłem na ojca z góry. Fakt. Przez ostatni rok bardzo wyrosłem – już miałem metr osiemdziesiąt dziewięć i zapowiadało się, że to nie koniec.

– Pasja to jedno, a odpowiedzialność – coś zupełnie innego. Mylisz te dwa pojęcia. Nadajesz im różne priorytety – mój ojciec odsunął się ode mnie, jakby moja obecność nieco go przytłaczała.

– Nie mylę pojęć, tato. Studia są dla mnie bardzo ważne. Przecież chodzę na kursy przygotowawcze i wiesz, że dobrze sobie radzę. Ale kocham moją muzykę. A ty nigdy nawet nie chciałeś posłuchać, jak gram. Nie interesowało cię to – byłem nadzwyczaj spokojny. W środku cały się trząsłem z nerwów, ale mówiłem spokojnym, opanowanym głosem.

– Mnie interesuje twoja przyszłość, a ty i ta trąbka to w moim wyobrażeniu dworzec i kapelusz, do którego przechodnie wrzucają drobniaki.

Parsknąłem.

– Daj spokój, robisz z tego jakiś dramat.

– Mówię, co cię czeka, jeśli nie zaczniesz poważnie podchodzić do swojego życia.

– Wiesz co? Do swojego życia podchodzę cholernie poważnie. Mam siedemnaście lat, a czuję się, jakbym miał czterdzieści! Nigdy nie dałem ci powodów do niepokoju, nigdy nie zraniłem ani ciebie, ani matki swoim zachowaniem czy jakimś głupkowatym postępkiem. A jak chcę zrobić coś dla siebie, coś, co kocham, co jest we mnie, tutaj! – uderzyłem się zwiniętą pięścią w pierś. – Ty to sprowadzasz do jakiegoś... gówna!

– Łukasz... – ojciec użył swojego ostrzegawczego tonu, ale machnąłem ręką i ruszyłem w stronę holu.

– Gdzie idziesz, jeszcze nie skończyłem! – krzyknął za mną, ale ja byłem już na schodach.

– Ale ja skończyłem! Dzisiaj będę spał u Seby, a jutro rano wyjeżdżam. Uparłeś się na ten swój wyjazd, ale ja też wiem, czego chcę! – krzyknąłem już z samej góry. Otworzyłem drzwi i wpadłem do środka. Założyłem trampki, wrzuciłem na siebie wysłużoną ramoneskę i szarpnąłem zapakowany plecak. Rozejrzałem się w poszukiwaniu saksofonu, ale przypomniałem sobie, że zostawiłem go na dole w salonie. Zbiegłem na dół. Ojca nie było; słyszałem, jak zamknęły się za nim drzwi. Po chwili dobiegł mnie dźwięk odpalanego silnika.

– I bardzo dobrze... – mruknąłem i wbiegłem do salonu.

Czarnego futerału nigdzie nie było. Rozejrzałem się nieco zdezorientowany. Byłem pewien, że zostawiłem pokrowiec oparty o kanapę. Pobiegłem do kuchni – tam też go nie było. Hol, łazienka, gabinet ojca. „Nie... To niemożliwe...” – myśl tak okrutna, tak niedorzeczna, tak... nieprawdopodobna obudziła się w mojej głowie i zanim jej sens zdążył dotrzeć do mnie w pełni, już byłem na podjeździe. Ojciec właśnie wycofywał samochód i wyjechał na ulicę. I wtedy... W świetle latarni, która żółtawym światłem oświetlała ginącą w mroku ulicę, zobaczyłem czarny podłużny kształt na przednim siedzeniu auta. Stałem jak zamurowany, nie mogąc się ruszyć, i patrzyłem, jak ojciec odjeżdża z moim saksofonem w czarną mgłę nocy.

*

Krzysiek patrzył zszokowany na Łukasza, który nalewał kolejnego drinka.

– Kurwa... Łukasz... chcesz powiedzieć, że nasz stary zabrał ci saksofon, wiedząc, jak ważne było dla ciebie granie?

– Dokładnie tak.

– Jezu... Nie mogę tego zrozumieć – pokręcił głową, a jego brązowo-niebieskie oczy otworzyły się ze zdumienia.

– Ja to doskonale rozumiałem. Nasz stary był facetem, który wszystkim zawsze wyznaczał zasady i rysował ścieżki. Ośmieliłem się złamać reguły i zejść z wytyczonej trasy. Stałem się wrogiem, którego należało unieszkodliwić. A na pewno złamać. I wiesz co? – mężczyzna uśmiechnął się uśmiechem, na widok którego Krzyśkowi od razu przeszedł po grzbiecie dreszcz. Bo to był uśmiech człowieka, o jakim młodszy Borowski nie chciał pamiętać.

– Co, Łukasz? – spytał łagodnie, chociaż złość, strach i współczucie gniotły mu gardło i paliły płuca.

– To ja jego złamałem. Wtedy... tej nocy... poszedłem do Drakona, tej speluny niedaleko nas. I tam... – zamknął oczy, wziął głęboki wdech i znowu poczuł ten duszący dym papierosów, trawy, haszu, pomieszany z milionem innych aromatów, które wówczas wypełniały jego płuca, gdy nie myśląc o niczym, udał się w tamto miejsce. – I tam... gdy do środka wszedł Łukasz, to nazajutrz o piątej rano na zewnątrz wyszedł już Lukas... Braciszku...


ROZDZIAŁ 2

Seasons End, Ghost in My Emotion

W Drakonie było tak, jak spodziewałem się, że będzie. Nie żebym znał ten lokal. Stroniłem od knajp, zwłaszcza takich. W sumie nie dlatego, że byłem jakimś odludkiem czy nie lubiłem się zabawić. Miałem mnóstwo kumpli, na brak zainteresowania ze strony dziewczyn też nie narzekałem, chociaż nie spotykałem się z żadną dłużej. Może wynikało to z tego, że trochę je onieśmielałem? A na pewno nie miałbym dla potencjalnej partnerki zbyt wiele czasu, gdyż nauka i ćwiczenia, próby zabierały niemal całe dnie.

Usiadłem przy barze. Muzyka dudniła mi w uszach, dym dusił płuca. Barman obrzucił mnie uważnym spojrzeniem. Zamówiłem piwo; nie miałem z tym problemu, bo wyglądałem dosyć poważnie. Zresztą... w tamtych czasach nie było takich nacisków jak teraz, więc bez kłopotu kupowało się alkohol. Pierwszy raz skorzystałem z tego dobrodziejstwa. Nagle poczułem klepnięcie w plecy.

– Borowski? A co ty tutaj robisz?

Odwróciłem się i spojrzałem w twarz Jarka Maślickiego, zwanego Maślakiem lub po prostu Jarem. Był dwa lata starszy ode mnie i w zeszłym roku został wyrzucony z naszego liceum. Właściwie sam się wyrzucił, po prostu nie chodząc w ogóle do szkoły i doprowadzając nauczycieli do szału. Potem dochodziły mnie słuchy, że Maślak często był widziany pod hotelem Monopol, gdzie zaczepiał zagranicznych turystów. Ogólnie rzecz biorąc, wszedł w jakieś mało ciekawe klimaty. Osobiście lubiłem Maślaka, był zdolnym chłopakiem, w pierwszej klasie wygrał nawet olimpiadę matematyczną, a potem jakby coś w niego wstąpiło.

– Piję – wzruszyłem ramionami, ściskając jego dłoń. Spojrzałem na towarzyszącego mu mężczyznę. Facet miał około trzydziestki, krótkie, obcięte na jeża włosy i był nawet nieźle ubrany. Maślak też wyglądał całkiem przyzwoicie, a na jego nadgarstku połyskiwał gruby złoty łańcuch.

– Możemy się przyłączyć? – spytał Jarek, patrząc na mnie z uśmiechem.

– Jasne – kiwnąłem głową. Nawet nie wiedziałem, że tym samym przypieczętowuję swój los na najbliższe lata.

*

Krzysiek wpatrywał się w trzymaną w ręku szklankę z whisky i głęboko się nad czymś zastanawiał.

– O czym myślisz? – Łukasz przyniósł z dołu kanapki i zakąski, które naszykowała Magda, zanim zawiózł ją do Kaśki.

– Przypominam sobie to i owo. Wiesz... kojarzę coś z tamtego okresu. Pamiętam ojca, jak się na ciebie wydzierał, jak trzaskałeś drzwiami, wychodziłeś z domu i nie wracałeś. Tak. Pamiętam też, jak mama z ojcem się kłócili, oskarżali wzajemnie. A potem...

– Potem odpuścili. Zajęli się tobą, bo na mnie nie mieli już siły – dokończył Łukasz obojętnym tonem. – Wiem, że zachowywałem się jak skurwiel. Ale wtedy... było mi z tym bardzo dobrze i czułem się wreszcie dostrzegany. I potrzebny.

– Pamiętam, jak przerwałeś naukę.

– Tak, na drugim roku studiów. Nie było mi to potrzebne. Maślak wciągnął mnie w swój biznes. Gdy skończyłem dwadzieścia lat, wyprowadziłem się z domu. Handlowałem walutą, złotem, czym się dało. Potem doszły prochy. A nieco wcześniej, gdy zdałem maturę, na imprezie w klubie Maślaka, bo on ­wówczas miał już swój lokal, poznałem kogoś, kogo dobrze znasz – Łukasz uśmiechnął się, patrząc w pochmurne oczy brata.

*

Odebrałem świadectwo dojrzałości i od razu ze szkoły pojechałem do „U Jara”. To była knajpa Maślaka, mojego dobrego kumpla. Dzięki niemu od niemal dwóch lat byłem znany na mieście. Jako człowiek, u którego można kupić niemal wszystko. Jako człowiek, któremu można zaufać. Jako człowiek, który nie lubi przemocy, ale gdy nadchodzi potrzeba wytłumaczenia pewnych rzeczy niewerbalnie, świetnie wykonuje takie zadanie. Jako facet o ksywce Lukas, człowiek Jara, który z kolei podlegał Wasylowi, a tutaj już zaczynały się pojawiać coraz bardziej „wschodnio” brzmiące nazwiska. Nie przeszkadzało mi to. Najważniejsze były teraz dla mnie dwie rzeczy: kasa i mój ojciec. Od tamtej pamiętnej nocy nie zliczyłbym, ile razy próbował ze mną porozmawiać. Ale ja... nie miałem na to najmniejszej ochoty. Oddalałem się coraz bardziej. Od niego. Od matki. Nawet od brata, chociaż z tym miałem największy problem. Ale wszelkie drgające we mnie sentymenty skutecznie dusiłem w zarodku, nie pozwalając im już nigdy wydostać się na zewnątrz i zapanować nade mną. Bo życie to walka. Nie było miejsca na uczucia, na przemyślenia, na zastanawianie się nad tym, co będzie. Bo co miałoby być? Gówniane życie, a potem śmierć. Dla mnie liczyło się tu i teraz. A tu i teraz... zaczynałem się coraz lepiej bawić. Wtedy... gdy mój ojciec zrobił to, co zrobił, odjechał spod domu nie tylko z moim saksofonem. O nie. On odjechał z całymi pokładami dobroci, jakie przecież miałem w sercu. Zabrał to ze sobą i wywiózł nie wiadomo gdzie. Nie wiem. Nie byłem w stanie tego odnaleźć. Mój zespół się ­rozpadł, straciłem kontakt z Sebą i resztą grupy. I wcale nie było mi z tego powodu przykro. Teraz miałem inne priorytety.

W knajpie Jara było już trochę ludzi. Przywitałem się z wszystkimi; byłem już tutaj dobrze znany. Na pewno w przełamaniu pierwszych lodów pomógł mi mój wygląd, bo wszyscy raczej ostrożnie podchodzili do faceta takiej postury. A poza tym byłem człowiekiem Jara, jego prawą ręką, a on naprawdę wiele znaczył na mieście.

Poszedłem do odseparowanej loży, w której siedzieli Jaro, Wasyl, Buźka, ten sam, którego spotkałem wtedy w Drakonie, i jeszcze jakiś jeden nieznany mi facet. Koleś był pewnie niewiele starszy ode mnie, ostrzyżony na jeża i trochę przypakowany. I prawie tak wysoki jak ja. Kiwnąłem do wszystkich głową, a Jaro, gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko i zawołał:

– Lukas, gdzie byłeś, sukinsynu?

– Świadectwo odbierałem – mruknąłem.

– Co, kurwa? – parsknął śmiechem.

– Nieważne. Jakieś plany? – zerknąłem na wielkoluda, który gapił się na mnie; trochę mnie to wkurzało.

– Jest taka mała dyskoteka. Niedaleko rynku. Pan właściciel nie chce współpracować. Zaproponowaliśmy mu ochronę, dziewczyny, pewność, że klub nie spłonie od przypadkowo zaprószonego ognia, ale frajer jest strasznie uparty.

– No i? – kiwnąłem do kelnerki, która przyniosła mi whisky, wiedząc, że to ulubiony trunek Lukasa. Gdy stawiała przede mną szklankę, otarła się sporym biustem o moje ramię. Uśmiechnąłem się i wsunąłem banknot do kieszonki jej fartuszka.

– No Lukas, Ewa na ciebie leci – Buźka poruszał brwiami w górę i w dół. Zmierzyłem go zimnym spojrzeniem, które wielu sadzało na miejscu i skutecznie zamykało usta.

– Dobra, Ewą Lukas zajmie się później, teraz słuchajcie – Wasyl przejął pałeczkę od Jara i zaczął wyjaśniać cel spotkania.

Zadanie było proste. Miałem jechać do tej dyskoteki i wyjaśnić właścicielowi w klarowny sposób, na czym polega współpraca z grupą Wasyla. Że im się nie odmawia i że jest się przyjaźnie nastawionym. Nie stanowiło to dla mnie większego problemu – już kilka razy byłem na takich „rozmowach”, więc i tym razem wiedziałem, że nasze negocjacje zostaną uwieńczone sukcesem.

– Nie ma problemu, pojadę z Buźką – skrzyżowałem ramiona i patrzyłem na mojego szefa.

– Nie. Pojedziesz z nim – Jaro kiwnął głową w kierunku tego nieznajomego kolesia, który siedział milczący i gapił się na mnie z zainteresowaniem.

– A kto to, kurwa, jest? – spytałem zimno, nawet nie patrząc na faceta, o którym rozmawialiśmy.

– Tomek, przedstaw się – Jaro spojrzał na chłopaka. Stwierdziłem, że chyba jednak jesteśmy równego wzrostu.

– Tomek Misiak jestem – i podał mi rękę.

– Lukas – mruknąłem i uścisnąłem mu dłoń. Odwróciłem się i spojrzałem na Jara. – Wolę jechać z Buźką, a nie z jakimś żółtodziobem.

– Tomek daje radę. Niech się wykaże. Ty też kiedyś byłeś żółtodziobem. Zajmij się nim, Lukas, wytrenuj go. To będzie twój człowiek. Mam plany wobec ciebie – Wasyl spojrzał na mnie i wiedziałem, że będzie tak, jak on chce.

– Dobra. To posłuchaj mnie... Fazi – zwróciłem się do tego całego Misiaka, który drgnął na dźwięk ksywki, jaką właśnie mu nadałem, ale nic nie powiedział, tylko nie spuszczał ze mnie oka. – Robisz to, co ci mówię, i nie wychylasz się. Kumasz? – uniosłem brew.

Wielkolud kiwnął głową i powiedział niskim, dudniącym głosem:

– Kumam, szefie.

Spojrzałem na Wasyla, a ten uśmiechnął się szeroko.

– I czy nie jest idealny?

*

Krzysiek przewrócił oczami.

– Taa, Fazi, mój ulubieniec. Można powiedzieć, że wychowałeś go na własnej piersi.

– Chyba pięści – uśmiechnął się Łukasz. – Ale wbrew wszystkiemu Fazi okazał się naprawdę dobrym żołnierzem. I w sumie nie tylko. To był naprawdę... dobry kumpel.

– Wiesz, co teraz się z nim dzieje?

– Pewnie, że wiem. Zajęliśmy się z nim z Ratajczakiem. Nie mogłem go przecież zostawić. Ma dziewczynę, dziecko. Czasami nawet nam pomaga. Fazi kochał szybkie, ryzykowne życie, pod warunkiem... że ja też tam byłem. Teraz zmieniły mu się priorytety. I bardzo dobrze. Taki moment miał nadejść i nadszedł – Borowski pokiwał głową jakby do siebie.

– Szkoda, że wcześniej tak nie myślałeś.

– Braciszku, wcześniej to ja myślałem o milionie różnych rzeczy, ale na pewno nie o swojej przyszłości. Wcześniej myślałem, przykładowo... o dziewczynach. Taaak. O nich myślałem naprawdę dużo – Łukasz pokręcił głową i Krzysiek uśmiechnął się półgębkiem, bo to akurat dobrze pamiętał.

*

Takie akcje, jak tamta w dyskotece koło rynku, zdarzały nam się coraz częściej. Zgraliśmy się z Fazim: ja mówiłem, on wykonywał moje polecenia, a bił się równie dobrze. Do tego zawsze był z nami Buźka. W krótkim czasie rozeszła się po mieście pogłoska, że Lukas zaczyna mieć coraz większy zasięg. I tak właśnie było. Byłem wtedy chyba na drugim roku studiów prawniczych, na które dostałem się bez problemu. I bez przekonania. Nie zrobiłem tego dla niego, ojca, tylko dla mamy. Widziałem, że próbowała w jakiś sposób do mnie dotrzeć, przekonać mnie, pogodzić z ojcem, ale na próżno. Może... gdyby on wykazał się chociaż niewielkim entuzjazmem lub odrobiną dobrej woli, może... Nie ma co gdybać. To nigdy nie nastąpiło i wiedziałem, że nie nastąpi. W każdym razie moja władza rosła, poważanie wśród kumpli także. I u kierownictwa, jeśli można tak nazwać naszych bossów.

Gdy udało mi się w krótkim czasie przejąć trzy kluby pod zasięg działań naszej grupy, dostałem ekstrapremię od Wasyla. W jednym z tych klubów zorganizował takie party, że dwa dni po jego zakończeniu dochodziliśmy do siebie. Dla mnie to było niesamowite. Wciągałem się w ten świat coraz bardziej. Jeździłem niezłym, jak na tamte czasy, samochodem, wszyscy mnie znali, a jeśli nie, to już wkrótce mieli poznać. No i dziewczyny. O ile wcześniej nie korzystałem z tego dobrodziejstwa, to teraz miałem go w nadmiarze. Laski były chętne, wodziły za mną oczami i zrobiłyby wszystko, żebym tylko przewiózł je moją bryką. I robiły. Co tylko chciałem.

Na jednej z imprez Wasyl zawołał mnie do swojego gabinetu i poczęstował dobrym alkoholem.

– Siadaj, Lukas. Chciałem z tobą pogadać z dala od tego całego burdelu.

– Jasne, szefie – wziąłem od niego szklankę z wódką i usiadłem w skórzanym fotelu.

– Doceniamy twój wkład i zaangażowanie. Jesteś zdolny, cholernie zdolny – Wasyl zaczął, patrząc na mnie uważnie.

Taaak. Zdolny. Po prostu byłem szybki, wielki i często wkurwiony. Ale to akurat zatrzymałem dla siebie. Pokiwałem głową i mruknąłem:

– Dzięki.

– Koledzy ze Wschodu zaczynają się o ciebie dopytywać. Wiesz, że to dobrze?

– Jeśli tak twierdzisz... – wzruszyłem ramionami.

Mój szef i pozostali już mnie znali. Nie mówiłem wiele, za to robiłem dużo. Czasami sprawiałem wrażenie odludka, ale potrafiłem podporządkowywać sobie ludzi. Kiedy już zaczynałem mówić, wszyscy mnie słuchali, a gdy zaczynałem bić, krwawili. Byłem idealny. Dla nich, ludzi pokroju Wasyla. I w sumie kręciło mnie to. Cholernie.

– Oj, Lukas, ty skurwysynu – w ustach Wasyla to był największy komplement. – Mamy dla ciebie propozycję.

– To znaczy?

– Chcemy, żebyś zajął się prowadzeniem trzech nowo przejętych klubów.

– To znaczy?

– Proste. Potrzebujemy szefa. Takie teraz modne słowo z Zachodu: menedżera. Wydajesz się idealny. Zbierz sobie zespół. Wiem, że na pewno weźmiesz ze sobą Faziego – Wasyl popatrzył na mnie ze zrozumieniem.

– No, nie ma innej opcji – odparłem.

– Tak myślałem. Będzie nam łatwiej kontrolować to, co się tam dzieje, jeśli ty będziesz miał nad tym pieczę. Poza tym szykuje się nowa partia towaru, trzeba to jakoś rozprowadzić.

Wziąłem głęboki wdech. Narkotyki. To było to, co najmniej mnie w tym wszystkim pociągało. Kurwy, szlugi, alkohol, złoto, waluta... To było dla ludzi. Ale dragi... Byłem ich cholernym wrogiem. Lecz wiedziałem, że w tym biznesie nie ma sentymentów. Albo wchodzisz we wszystko, albo wąchasz tapicerkę bagażnika czyjegoś samochodu.

– Jasne, szefie. Zajmę się tym – kiwnąłem głową.

– Wiedziałem, że możemy na ciebie liczyć – Wasyl uśmiechnął się i rzucił w moim kierunku jakieś klucze. – To teraz twoje mieszkanie. Tu masz adres – podał mi zapisaną kartkę.

Zerknąłem na nazwę ulicy.

– W samym rynku – pokiwałem głową z uznaniem.

– Będziesz miał blisko do pracy – zarechotał. – Możesz jechać już dzisiaj. Mieszkanie jest w pełni umeblowane.

– Dzięki – mruknąłem, podałem mu rękę i wyszedłem. Tam czekała już Anka... czy Anita... Sam nie wiedziałem, jak ona właściwie ma na imię.

– Lukas, szukałam cię – uśmiechnęła się i przylgnęła do mojego ramienia. Była szczupłą szatynką z niezłymi cyckami. Przeleciałem ją już dwa razy, raz na zapleczu klubu, a raz w samochodzie. Nie była zbyt lotna, ale umiała się pieprzyć.

– No to znalazłaś. Jedziemy do mnie – objąłem ją, a ona, szczęśliwa, nie mogła uwierzyć, że spojrzałem na nią łaskawszym okiem i w dodatku zamierzałem zabrać ją do siebie.

– Do ciebie? – pisnęła i wtuliła się we mnie mocniej. Zacisnąłem dłoń na jej pośladku i popchnąłem w kierunku wyjścia.

I jak, kurwa, miałem z tego zrezygnować? Jak? I w sumie... po co mi były te studia?

*

– Ja pierdolę – Krzysiek odstawił pustą butelkę, ale Łukasz skoczył szybko na dół i zaraz pojawiła się następna.

– No, tak wyglądały początki. Podobało mi się takie życie. Nie będę cię okłamywał, Krzysiek, tak właśnie było. Wiesz, nienawidziłem narkotyków, uzależnienia od czegokolwiek, ale... – uśmiechnął się z przekąsem i spojrzał bratu prosto w oczy. – Przecież sam byłem doskonałym przypadkiem uzależnienia. Od tego całego bagna, w którym spędziłem kilkanaście ładnych lat.

– Gdy zrezygnowałeś ze studiów...

– No właśnie, a propos... Studia... Z tym też było wesoło – Łukasz uśmiechnął się swoim dawnym, „Lukasowym” uśmiechem i zapatrzył w przybrudzoną ścianę.

*

Ojciec chciał mnie widzieć. Nie mieszkałem już w domu, odkąd Wasyl dał mi to mieszkanie na mieście. Wpadałem od czasu do czasu, żeby pogadać z Krzyśkiem i z mamą. Z ojcem niekoniecznie. A teraz on chciał pogadać. No dobrze. Przyjechałem, ciekawy, co tym razem wymyślił. Zdusiłem w sobie iskrę nadziei, że może chciał wyciągnąć rękę na zgodę. Po co się potem rozczarować?

Najpierw poszedłem prosto do brata, który właśnie wrócił z rowerem z podwórka. Krzysiek nauczył się jeździć, gdy miał cztery lata. Od tamtego czasu rower był jego ulubionym towarzyszem zabaw. W sumie to ja nauczyłem go jazdy. Swego czasu spędzaliśmy dużo czasu razem, teraz, oddalając się od tego domu, oddaliłem się też od młodszego brata; to mnie bardzo męczyło.

Porozmawiałem z Krzysiem, obejrzałem jego zeszyty, zostawiłem mu kieszonkowe i obiecałem, że przyjadę za tydzień i ruszymy razem na wycieczkę do naszego parku. I teraz zszedłem na dół, wiedząc, że w gabinecie czeka na mnie ojciec. Wziąłem głęboki wdech i wszedłem do środka.

– Witaj – powiedziałem, siadając na krześle po drugiej stronie dębowego biurka, które wskazał ojciec.

A więc byłem nikim więcej, jak tylko petentem. Klientem. Tak...

– Widzę, że znalazłeś czas, żeby się ze mną spotkać. To dobrze – zaczął.

– O co chodzi?

– Załatwiłem ci przeniesienie na Uniwersytet Warszawski. Wyjedziesz do Warszawy. Mój kolega, mecenas Żak, weźmie cię pod swoje skrzydła. Trzeci rok zaczniesz tam.

Patrzyłem na niego. Jak sądzę, miałem w tamtej chwili mało inteligentny wyraz twarzy.

– Potem będziesz mógł u mecenasa Żaka robić aplikację.

– To też już uzgodniłeś? – odzyskałem wreszcie głos.

– Oczywiście.

– Super. To egzamin na aplikację też już za mnie zdałeś?

– Nie bądź złośliwy. Daję ci szansę.

– Na co?

– Na wyrwanie się ze środowiska, w jakim się teraz obracasz. Myślisz, że nie wiem, czym się zajmujesz, gdzie bywasz i z kim?

– Myślę, że doskonale wiesz, ale średnio mnie to obchodzi – w kłamstwach byłem jednak mistrzem.

– I tym razem moja opinia o tobie okazała się trafna – ojciec zmierzył mnie surowym wzrokiem.

– To znaczy?

– Jesteś głupi i nieodpowiedzialny. Zachowujesz się jak szczeniak.

– Jasne. Wiesz, że w życiu musi być równowaga? – pochyliłem się do niego i oparłem łokciami o kosztowne dębowe biurko. – Jeśli przez siedemnaście lat zachowywałem się jak dorosły, to teraz czas na trochę zabawy.

– Łukasz, daj spokój – ojciec chyba się zorientował, że uderzył w złe tony, więc teraz zaczął dla odmiany grać dobrego glinę.

– Tobie? Nawet od zaraz. Tylko czy ty dasz spokój mnie?

– Łukasz, kupiłem ci nowe auto. Kluczyki leżą w twoim dawnym pokoju. Jest tam też coś specjalnego dla ciebie. Idź i zobacz. Zrób to dla mnie i dla matki – dodał szybko, widząc moją zaciśniętą szczękę.

Jak zawsze wykorzystywał moją słabość. Czyli matkę. Albo Krzyśka. Zerwałem się z krzesła i pobiegłem do swojego dawnego pokoju. Najchętniej wybiegłbym z tego domu, wsiadł do auta i pojechał w cholerę, ale nie chciałem robić przykrości bratu. Otworzyłem drzwi i spojrzałem na łóżko. Widok, jaki ukazał się mym oczom, sprawił, że ogarnęła mnie tak wielka wściekłość pomieszana z żałością, że chciało mi się płakać i rozwalać wszystkie przedmioty znajdujące się w tym pokoju. Bo na łóżku oprócz kluczyków do bmw leżał nowiutki, błyszczący saksofon.

– Kurwa... – szepnąłem, złapałem za klamkę, niemal wyrywając ją z drzwi, i zeskakując po trzy schody, zbiegłem na dół. Wpadłem do gabinetu ojca, oparłem się o jego biurko i powiedziałem spokojnym głosem, chociaż emocje rozrywały mnie od wewnątrz: – A więc na tyle mnie wyceniasz: nowe auto i nowy saksofon? Myślisz, że odkupisz to, co spierdoliłeś dwa lata temu, gdy zostawiłeś mnie na tej ciemnej ulicy, odjeżdżając z moimi marzeniami, z moimi pragnieniami, z moją pasją? Mnie nie da się kupić, mecenasie Borowski. Ja jestem Lukas, chłopak z miasta, wyznaję zasadę oko za oko, ząb za ząb. I bądź pewien, że jeszcze ci się nie odpłaciłem. A te dwie łapówki – wskazałem palcem w górę – przekaż dla biednych. Albo dla jakiegoś innego młodego, obiecującego studenta prawa, bo ja już nim nie jestem, tato!


ROZDZIAŁ 3

System Of A Down, ATW

Łukasz zamyślił się na chwilę, a młodszy Borowski cały czas przetrawiał to, co usłyszał. Pamiętał tamten okres niezbyt dobrze. Jedyne, co utkwiło mu w głowie, to to, że z jego starszym bratem były ciągłe kłopoty, ojciec wieszał na nim psy, matka za nim płakała, a on, Krzysiek, tęsknił. I cieszył się każdą chwilą, jaką udało mu się z nim spędzić. A było tych chwil coraz mniej, w miarę jak Krzysiek rósł, a Łukasz coraz głębiej i dalej wchodził w ten swój świat zwany półświatkiem. A potem... poznał Gośkę i już wszystko się spieprzyło.

– Zamyśliłeś się – Łukasz patrzył uważnie na młodszego brata.

– Jak poznałeś Gośkę? – ten spytał nieoczekiwanie.

Borowski drgnął na sam dźwięk jej imienia. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie normalnie myśleć o tej dziewczynie – była przecież jego pierwszą miłością. Potrząsnął głową.

– Opowiem ci. Ale później. Zanim ją poznałem, w moim życiu działo się wiele chorych, dziwnych, a czasami szalonych rzeczy.

*

Gdy przyjąłem propozycję Wasyla, bo przecież nie miałem innej opcji, moja osoba w mieście stawała się coraz bardziej znana i poważana. Oznaczało to, że miałem swobodne wejście do niemal każdego klubu, że coraz więcej wolnych strzelców chciało się do nas przyłączyć, a moi szefowie szykowali się do rozszerzenia naszego zasięgu i rodzaju świadczonych usług. Jeśli można to było oczywiście nazwać w taki właśnie sposób. Bo usługi były naprawdę zróżnicowane. Dla każdego coś dobrego. Rzecz jasna, oprócz rosnącej palety przyjemności, powiększała się nasza sfera wpływów, na co miałem bezpośrednie oddziaływanie. Dlatego też, zanim ukończyłem dwudziesty pierwszy rok życia, jeździłem najnowszym modelem BMW. Auto kupiłem sobie sam, bez pomocy mojego usłużnego ojca, podobnie jak mieszkanie w śródmieściu, które wyremontowałem i urządziłem wedle własnego pomysłu.

Pod moim kierownictwem działało już sześć klubów we Wrocławiu. W jednym z nich urządziłem swoje biuro i ogólnie byłem cholernie zadowolony z życia. Kasa nie stanowiła problemu, miałem grupkę zaufanych żołnierzy, którymi zarządzał Fazi, będący moją prawą ręką. Nie był głupi, o nie. Ale znał hierarchię i przyjmował ją bez szemrania. Za to naszymi ludźmi od czarnej roboty zarządzał naprawdę doskonale. Można by powiedzieć, że to urodzony kierownik sekcji. I o ile ja byłem dyrektorem działu, a Wasyl dyrektorem departamentu, o tyle nadal nie znałem prezesa. Ale bardzo chciałem go poznać. I z tego, co wiedziałem... on coraz bardziej chciał poznać mnie.

Jaro przestał się liczyć i widziałem, że czasami miał do mnie pretensje, ale nigdy nie robił nic, co spowodowałoby jakąkolwiek reakcję z mojej strony. W sumie lubiłem tego gościa i wolałem nie psuć układów między nami. I lepiej, żeby on też tego nie chciał. Bo niestety... nie byłem człowiekiem, który kierowałby się sentymentami. Nie w tym życiu i nie w tym biznesie. Czy byłem zimnym draniem? Na pewno. Przynajmniej wtedy. Z czasem wiele się zmieniło, ale wówczas, na początku mojej drogi... Taaak. Byłem świetnym kumplem, szczerym aż do bólu, ale zawsze można było na mnie liczyć. Potrafiłem wszystko załatwić i szybko budowałem sobie szacunek. Ale gdy ktoś mnie wkurwił... Nie było zmiłuj się. I w sumie... Tak zostało do dzisiaj.

Oczywiście nie wszystko układało się jak po maśle. Takie życie było pełne ryzyka. I to nie tylko ze strony stróżów prawa, z którymi jak na razie nie miałem na szczęście do czynienia, ale wiedziałem, że już wkrótce trafię na ich listę i stanę się obiektem, o ile nie zainteresowania, to na pewno obserwacji. Byłem o tym przekonany i godziłem się na to. Można by powiedzieć, że to efekt uboczny działalności albo, jak kto woli, ryzyko zawodowe. Ale oprócz niewątpliwego ryzyka związanego z życiem na granicy prawa pojawiały się jeszcze inne zagrożenia. Tak jak w normalnej organizacji, kiedy pniesz się do góry i musisz uważać na zazdrosnych konkurentów, tak samo było u nas, w naszej zorganizowanej grupie, zwanej niekiedy przestępczą. Zupełnie niesprawiedliwie. Przecież my tylko dawaliśmy ludziom to, czego chcieli. Zapewnialiśmy im szeroko pojętą rozrywkę, a także ochronę i bezpieczeństwo. Byliśmy taką polisą ubezpieczeniową. I w dodatku niekiedy nawet nie trzeba było płacić składek. Wystarczyło, że właściciel klubu zgodził się zatrudnić naszych chłopców do ochrony, a nasze dziewczyny do towarzystwa. I tak czerpaliśmy z tego kasę. Panienki robiły swoje, chłopcy umożliwiali handel rozmaitościami, a zyski z tego wpadały do naszych kieszeni. Byłem twórcą tego autorskiego programu i w sumie mogłem sprzedawać licencję. Ogólnie rzecz biorąc, najwyższym szefom spodobało się to tak bardzo, że zaczęli wprowadzać podobny system u nich, na Wschodzie i Południu. Gdybym pracował w normalnej firmie, na normalnym stanowisku, dostałbym pewnie awans i jakąś podwyżkę. A w mojej... firmie dostałem w sumie to samo. Tylko o wiele większej wartości. Bo kasa na pewno była o niebo większa, a i stanowisko wyższe. No i jeszcze te wartości dodane. Imprezy integracyjne, na których integrowałem się z żeńską częścią personelu wielokrotnie i w różnorakich konfiguracjach. A niekiedy nawet robiłem sesje grupowe, bo uważałem, że skoro amatorek zacieśniania znajomości jest tak wiele, to należy uwzględnić je wszystkie – i to nawet w tym samym czasie. Taaak. Byłem doprawdy hojnym i otwartym szefem.

Moja siła, poważanie u szefów rosły, a równocześnie poszerzała się grupa osób, które zaczynały życzyć mi źle i chętnie widziałyby mnie na dnie rzeki. Zdawałem sobie z tego sprawę i mocno pilnowałem tyłów. Dbanie o dupsko było podstawą w tym biznesie. I oczywiście nie chodziło tu o podtekst seksualny. Nie tym razem.

Wprowadzaliśmy właśnie nową partię towaru na nasz rynek – trawa, koka, LSD. Nie bawiłem się w szkolnych detalistów, bo może nie byłem mistrzem moralności, ale uważałem, że dilowanie w takich miejscach to kurestwo. Zabraniałem tego ludziom będącym w mojej sferze wpływu. Ale jeszcze nie miałem aż tak wielkiej władzy. A poza tym moi ludzie też korzystali z usług tak zwanych płotek, często uczniów szkół średnich, którzy w ten sposób starali się podnieść nieco swoje kieszonkowe. I na to też nie pozwalałem, moi najbliżsi współpracownicy doskonale o tym wiedzieli. Wasyl śmiał się z tego mojego „dziwactwa”, ale nie starał się jakoś na mnie wpłynąć, wiedząc, że i tak nic by nie wskórał, tylko mnie wkurwił. A na zyski z tego, co mu dostarczałem, nie mógł narzekać.

Nie wszystkim się to podobało. I pewnego pięknego dnia, gdy wracałem do swojego mieszkania w śródmieściu, mijałem sąsiadujące z moją ulicą liceum. Zobaczyłem tam jednego z ludzi Buźki, który przechadzał się tam i z powrotem w wiadomym celu. Wkurwiłem się strasznie, zatrzymałem gwałtownie samochód, wyskoczyłem z niego i podbiegłem do kolesia. Nawet nie wiedziałem, jak go nazywają, ale nie to było teraz ważne. Gdy mnie zobaczył, ujrzałem w jego oczach strach. Oczywiście wiedział doskonale, kim jestem. Chciał uciec, ale dopadłem go w pół sekundy i wrzuciłem do mojego samochodu. Nie chciałem robić przedstawienia na ulicy. Usiadłem za kierownicą i spojrzałem na chłopaka. Mógł mieć góra dziewiętnaście lat.

– Dla kogo pracujesz? – spytałem cicho. Ci, co mnie znali, wiedzieli, że gdy mówię cicho, nie jest dobrze.

– Dla Buźki.

Czyli i tym razem się nie pomyliłem.

– To twoja samowolka?

– Nie, skąd, Lukas, on mi kazał. Zawsze tutaj diluję – chłopak się trząsł.

– Buźka zlecił ci ten teren? – upewniałem się.

– Tak, Lukas, przysięgam...

Czy drżały mu ręce? O tak!

– Dobra, wierzę ci. Oddawaj towar i spierdalaj!

Chłopak bez słowa wysypał wszystko, co miał w torbie, i uciekł tak szybko, że zastanawiałem się, czy nie ma jakichś nadprzyrodzonych mocy. Pojechałem do domu i wieczorem miałem zamiar skoczyć do minikasyna, które należało do Mareczka. Stwierdziłem, że najwyższy czas obić Buźce jego śliczną buźkę. Wiedziałem, że Wasyl wkurzy się na mnie za samowolną akcję, ale miałem to w dupie. Byłem szefem Buźki, a ten wyraźnie nie przestrzegał zasad, które wprowadziłem. I musiał ponieść karę. Nie mogłem przecież dać mu, kurwa, nagany!

Wieczorem umówiłem się z Fazim, który oczywiście o nic nie pytał. Powiedziałem mu, że jedziemy do Marka, czyli Buźki, bo muszę z nim pogadać. Fazi już trochę mnie znał i domyślał się, jakiego rodzaju rozmowę mam na myśli. Był naprawdę doskonałym żołnierzem.

Przyjechaliśmy do klubu. Gruby ochroniarz wpuścił nas bez szemrania. Jeśli nawet jeszcze ktoś nie wiedział, jak wyglądam, wystarczyło, że wymówiłem swoje imię, a raczej ksywkę, i od razu drzwi stawały przede mną otworem. Coś w stylu magicznego „Sezamie, otwórz się”. Udaliśmy się na górę, do kanciapy, w której urzędował szef tego gównianego kasynka. W środku byli Buźka i jego trzech przydupasów. W jednym z nim rozpoznałem dilera spod szkoły.

– Lukas, stało się coś? – Marek uśmiechał się niewyraźnie, chociaż w jego oczach zobaczyłem wrogość.

– Dobrze wiesz – odparłem cicho, nie spuszczając z niego wzroku. – Chyba się trochę zagubiłeś.

– Nie wiem, o czym mówisz – Buźka objął się ramionami i patrzył na mnie już bez uśmiechu.

– Mam ci wyjaśnić? – uniosłem brew. – Naprawdę tego chcesz?

– Lukas, przychodzisz do mojego klubu i od wejścia się przypierdalasz. Robię, co do mnie należy.

– Łamiesz zasady – powiedziałem, obserwując jego ludzi, którzy spoglądali na mnie niepewnie.

– Weź wyluzuj, Lukas. Świata nie zbawisz. Dzieciaki i tak kupią towar, jak nie od nas, to od ludzi Myszaka. Tego chcesz? Nie wiem, czy Wasylowi by się to spodobało.

– Wasyla zostaw mi. Ty masz wykonywać moje polecenia. Rozumiesz? Czy naprawdę chcesz, żebym się poważnie wkurwił? – oparłem się dłońmi o jego biurko i patrzyłem na niego z góry. Zauważyłem, że zaczął się pocić.

– Lukas, daj spokój. Chłopak się zapędził pod szkołę – Buźka zaczął uderzać w miękkie tony. Widziałem, jak dzieciak, któremu zabrałem towar, popatrzył na mnie z autentycznym przerażeniem.

Uśmiechnąłem się.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.