Zakon Dobrego Imienia Pana - Allen Mironov - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 186 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakon Dobrego Imienia Pana - Allen Mironov

 

Zakon Dobrego Imienia Pana opowiada o tajemnym stowarzyszeniu założonym przez biblijnego Józefa z Arymatei, a istniejącym nieprzerwanie do czasów współczesnych. Tytułowy zakon to związek o charakterze masońskim, którego członkowie wyznają wspólną, uniwersalną ,,nadreligię” istniejącą ponad podziałami. Głównym celem bractwa jest dążenie do osiągnięcia trwałego pokoju na świecie, ocalenie go przed zagładą, a przez to spełnienie mesjańskich przepowiedni zaprowadzenia Królestwa Bożego na ziemi.

 

Po tragedii World Trade Center z 11 września 2001 roku członkowie zakonu wespół z ich Wielkim Mistrzem muszą się jednak spieszyć, aby uchronić świat przed realnie bliską zagładą, jaka może spotkać świat ze strony terrorystów.

 

Al Ladini zadziwił się. Kim jest ten człowiek, że śmie go pouczać? Kim jest, że zna największe jego tajemnice? Ale Al Ladini był mądrym człowiekiem. Nie miał zamiaru unosić się, tylko oceniał, szukał odpowiedzi. W końcu rzekł:

 

- W waszym świecie, w Ameryce, w Europie jest dobrobyt - a u nas bieda. To nie jest dobry świat. Jeśli zniknie, nikt nie będzie płakał.

 

- Mylisz się, Al Ladini. Wszyscy będą płakać: ludzie, ryby, drzewa, nawet kamienie i sam Bóg. Zostawmy Allachowi zdolność rozsądzenia tego, co sprawiedliwe. Wszak Bóg nakazał miłować życie… Zmień plan! (...)

 

Opinie o ebooku Zakon Dobrego Imienia Pana - Allen Mironov

Fragment ebooka Zakon Dobrego Imienia Pana - Allen Mironov






Strona redakcyjna


Od autora

Stare powiedzenie mówi, że jeśli chcesz napisać książkę, napisz taką, jaką chciałbyś przeczytać. Jednak w trakcie tego procesu nie można być pewnym, że udało się osiągnąć zamierzony efekt. Zawsze chciałem napisać książkę o teraźniejszości. Podobno to najtrudniejsza sztuka. Więc książka jest o teraźniejszości. Wszelkie podobieństwa postaci są jednak dziełem przypadku.

Książka ta nie powstałaby, gdyby nie kilka osób. Wiele zawdzięczam przyjaciołom, w tym Arturowi Urbańskiemu, z którymi toczyłem owocne dyskusje, a potem znalazło to odzwierciedlenie w napisanych rozdziałach. Bardzo ważny dla mnie był także przychylny komentarz pierwszego i przemiłego recenzenta – Basi. Chcę również podziękować dwóm nieżyjącym już osobom: Janowi Olechowi, mojemu Dziadkowi, który nauczył mnie czytać i pisać, kiedy miałem niecałe pięć lat, i który zafascynował mnie kulturą żydowską, a także jego rówieśnikowi, Izaakowi Bashevisowi Singerowi, nobliście z 1978 r. Pisarz ten rozwinął we mnie wszystko to, o czym opowiadał mi Dziadek. Jego twórczość spowodowała, że zobaczyłem, jak wygląda rzeczywistość widziana oczami człowieka wyznającego inny światopogląd, wypływający z odmienności religijnej. Tak naprawdę ludzie na całym świecie nie różnią się między sobą. Wyznawane przez nich religie nie przywiązują wagi do odmienności. Jedyne, co stara się ich skłócić, to polityka.

Al Mironov


Wstęp

Pewnego czerwcowego przedpołudnia 1997 r. krakowskie Błonia zgromadziły milion siedemset tysięcy ludzi. Wszyscy oni przybyli, aby wziąć udział we mszy świętej odprawianej przez wielkiego papieża – Jana Pawła II.

W jednym z sektorów, oznaczonym jako D – I, położonym naprzeciwko ołtarza, w gruncie rzeczy nie wiedząc o sobie, przebywali: polityk Antoni Kudłaty, ksiądz Witold Pękalski, siostry zakonne ze zgromadzenia pw. Św. Joanny, pewien znany pisarz i poeta rodem z Mazowsza, a także społecznik, profesor kultur i religii starożytnych, wybitny biblista, Józef Aston. Aczkolwiek ten ostatni pod koniec mszy rozpoznał pisarza – kojarząc go jako autora poetyckiej interpretacji Dekalogu. Nic jednak do niego nie powiedział, bo papież właśnie udzielał błogosławieństwa: „Idźcie w pokoju Chrystusa!”.

Relację ze mszy, chociażby w postaci krótkiego newsa, podały wszystkie największe telewizje świata. Widział ją także za pośrednictwem stacji Al Jazeera pewien wyznawca islamu – Al Ladini. Szybko jednak zmienił kanał.

Pozornie te wszystkie postacie nie miały ze sobą wiele wspólnego, pomijając zrządzenie przypadku, że w ten jeden dzień z tysięcy innych przebywały akurat na jednym placu lub przez chwilę oglądały relację ze mszy. Losy ludzi jednak potrafią się tak dziwnie splatać, że czasem nawet niewiarygodnie niemożliwe spotkania stają się faktem. I tak właśnie miało być tym razem. Tych ludzi połączyło doświadczenie istnienia mistycznego zakonu Dobrego Imienia Pana – tajemnego zgromadzenia bezhabitowego, sprzysiężenia niezwykłych ludzi, założonego dwa tysiące lat temu w Judei.

Poza tym w życiu każdego człowieka dane jest spotkać drugiego – co najmniej dwa razy...


Rozdział I Spotkanie

Najtrudniej jest odkrywać wciąż na nowo to, co i tak już wiemy.

Elias Canetti

Tak los pokierował moim życiem, że znów musiałem się przeprowadzić. Po kilku latach spędzonych na nizinnym Mazowszu przyjechałem w świętokrzyskie. Przybyłem do majestatycznego Sandomierza z myślą o pobycie na stałe. Mimo wszystko jednak nie zapomnę przytulnego Płocka, szumu fontanny o wdzięcznej nazwie Afrodyta, zapierającego dech w piersiach widoku ze Wzgórza Tumskiego na leniwie snującą się Wisłę. Starówki Sandomierza i Płocka są bardzo podobne, a oba miasta to stare książęce grody Piastów. Muszę się przyznać, że brakowało mi tego zróżnicowanego, pagórkowatego krajobrazu Gór Świętokrzyskich, którego widok z Tumów był tęsknym westchnieniem. W Sandomierzu miałem wszystko to, o czym marzyłem od dzieciństwa: życie w starym królewskim mieście, pełnym zabytków, bliskie krajobrazy gór i pofalowanych pagórków, przyjaznych mieszkańców, leniwie kontemplujących życie i niespieszących się jak ludzie w dużych aglomeracjach. Z uroków krajobrazowych trzeba też koniecznie dodać, że i Wisła tam, wijąc się, płynie. Czasem przyprawia mieszkańców miasteczka o drżenie serca, gdy zbliża się jej zbyt wysoka fala. Nie wiem, czy gdziekolwiek w Europie można znaleźć drugi tak urokliwy rynek zbudowany na pagórku.

Tam, w ukochanym mieście Jarosława Iwaszkiewicza, już pierwszego dnia wpadła na mnie, na szczęście niegroźnie, śliczna dziewczyna, pędząca przez rynek na rowerze. Kiedy upadałem na bruk rynku, nad sobą ujrzałem piechotę Szkotów, która stała na warcie w samym sercu miasteczka. Powstając po upadku, zaśmiałem się w duchu do siebie, że to miasto musi być nieźle „zakręcone”.

– Nic się panu nie stało? – podnosząc mnie z ziemi, zapytała troskliwie rowerzystka. Miała jasnoniebieskie oczy, a na jej głowie falowała burza hebanowych loków.

– Jeszcze nie wiem. Ręka trochę boli. Może jednak warto byłoby stracić przytomność, to chociaż mógłbym liczyć na jakiś desperacki akt reanimacji – uśmiechnąłem się, rozładowując napięcie.

– Bardzo pana przepraszam, naprawdę nie chciałam. Tylko widzi pan, kręcą tutaj film ze znanym aktorem i ten tłum sprawił, że akurat się zagapiłam.

– Wybaczam pani, ale nie bezwarunkowo. Chciałbym znaleźć ulicę Staromiejską, a nie wiem, jak tam dojść – rozłożyłem bezradnie ręce.

Muszę przyznać, że zapytanie o drogę zawsze było moim ulubionym fortelem, aby przełamać barierę obcości u kobiet. Wiedziałem, że z reguły dziewczyny lubią opiekować się zagubionymi podróżnikami, a przez to najłatwiej wkraść się w łaski takiej kobietki wprost na ulicy. Oczywiście, że wiedziałem, jak dojść do ulicy Staromiejskiej. Uprzedzę natomiast domysły – rzucanie się pod nadjeżdżający rower nie zawiera się w katalogu moich sposobów na poderwanie ślicznotek.

Jak się okazało, rybka połknęła haczyk.

– Ach, co za przypadek, mieszkam na tej ulicy. Zaprowadzę tam pana. Ręka nie boli?

– Teraz jakby trochę mniej. Będę niezmiernie wdzięczny za wskazanie drogi.

Smukła dziewczyna w krótkich spodenkach zeskoczyła z roweru i zaczęła go prowadzić. Przedstawiłem się jej, podając prawdziwe imię, a potem ona odwzajemniła się tym samym. Nazywała się jakoś egzotycznie. Czy było to jej prawdziwe imię, tego nie mogłem stwierdzić. W drodze dziewczyna opowiadała mi o Sandomierzu, bo oczywiście nie zapomniałem dodać, że jestem tutaj po raz pierwszy. Widać było, że lubi swoje miasto; ożywiała się, gdy o nim mówiła. W trakcie rozmowy okazało się, że dziewczyna jest nie tylko ładna, ale i wesoła, co zawsze wskazuje na inteligencję. Gdy ją straszyłem, że mogę być udającym wędrowca strasznym przestępcą, czyhającym na młode i naiwne, nie wierzyła mi i ujmująco się śmiała.

Przeszliśmy w dół schodkami przez Ucho Igielne i kierując się uroczym wąwozem, dotarliśmy w końcu do Staromiejskiej. Gdy zbliżaliśmy się do celu, okazało się, że adres, pod jakim szukałem domu do obejrzenia przed kupnem, znajdował się po sąsiedzku, dwa budynki powyżej domu dziewczyny. Pożegnała się wcześniej, życząc mi udanej transakcji. Tak czy owak, dziwne było to spotkanie. Przez moment pomyślałem przy furtce, że to może anioł był moim przewodnikiem. A jeśli mimo wszystko była to prawdziwa postać, warto byłoby mieć tak miłe sąsiedztwo.

Kupiłem więc dom, właściwie małą willę, w zacisznym kącie miasteczka, na ulicy, przy której stoi średniowieczny Kościół św. Jakuba i gdzie znajduje się droga prowadząca do wąwozu św. królowej Jadwigi. Miejsce, jakie obrałem za swą siedzibę, nosiło nazwę Wzgórza św. Jakuba, od nazwy tego gotyckiego kościoła dominikanów. Ongiś właśnie tutaj biło serce średniowiecznego Sandomierza, który, jak dzisiaj wiemy, po napadach tatarskich zmienił nieco lokalizację. Snułem fantazje, że w miejscu, gdzie teraz mam dom, stały w XII w. małe domki mieszczan, chronione murem grodziska, dopóki Tatarzyn ich nie zdobył i nie spalił. W każdym razie na pewno był to kiedyś środek dawnego grodu. Sam kościół – perełka, pochodzi z 1236 r., jak się potem dowiedziałem.

Ulica Staromiejska, przy której zamieszkałem, wiła się w górę, idąc od zamku w kierunku północnym. Dlatego każdy następny dom był położony powyżej poprzedniego, tak jak to zwykle ma miejsce w górach. Prywatne wille zaczynały się powyżej Kościoła św. Jakuba, który zostawał po lewej stronie, a kończyły pół kilometra wyżej, przy wlocie do słynnego wąwozu.

Po kilku dniach, gdy już się rozpakowałem, zacząłem baczniej przyglądać się sąsiadom. Było to kilka osób w średnim wieku. Sprawiały one wrażenie, że mnie nie dostrzegają. Dziewczyny z rowerem nie widziałem wcale, więc wersja z aniołem w mojej wyobraźni stawała się coraz bardziej prawdopodobna. Wyjątkiem wśród sąsiadów był pewien starszy mężczyzna, zamieszkujący dom powyżej mojego. Już pierwszego dnia po przyjeździe dostrzegłem z daleka mężczyznę o gęstych siwych włosach, zaczesanych staroświecko do tyłu, który uśmiechał się do mnie przyjaźnie i ukłonił ze swojego podwórka. Wyglądał prawie jak mój dziadek, dlatego od razu go zapamiętałem. Przez kilka pierwszych dni nie nawiązałem jednak żadnych nowych znajomości. Załatwiałem wówczas tysiące urzędowych spraw i zwykle wracałem po zmroku, a u niektórych sąsiadów o tej porze nawet nie paliło się światło. Kończyła się jesień i dni były krótkie.

Wkrótce, przy okazji spaceru z psem Tiną, doszło do nawiązania pierwszej znajomości. Wróciłem jak zwykle późno. Gdy otworzyłem drzwi, moja suka border collie rzuciła się na powitanie, brudząc mi łapami płaszcz. Trudno. Gorzej, że pomimo mojego zmęczenia domagała się spaceru. Gdy zaczynała skowyczeć, w końcu się zgodziłem i wyszliśmy na ulicę. Doszliśmy do ogrodzenia kolejnego kościoła przy naszej ulicy, który znajdował się obok wąwozu. Podobno znajdowały się w nim te słynne obrazy Prevota, ukazujące zabijanie chrześcijańskich dzieci celem przetworzenia ich na rytualną macę. Jak powiedział mi sprzedawca domu, malowidła zostały przeniesione do katedry, ale dotąd nie miałem okazji ich obejrzeć. Z psem na spacerze tym bardziej nie byłoby to możliwe.

Gdy wracaliśmy już do domu, Tina, zamiast się cieszyć, wydawała się zaniepokojona. Zjeżyła sierść, a potem zaszczekała raz i drugi. Znałem ten jej psi kod – tak szczekała na człowieka, nieproszonego gościa. Zaniepokoiłem się, myśląc o włamaniu do mojego domu. Mimochodem spojrzałem w okno sąsiada. Światło świeciło się i nagle zgasło. Potem usłyszałem huk. Jak mi się wydawało, mógł to być wybuch.

Tina zaczęła ujadać, wyrywając się do bramy sąsiada, która była uchylona. Pobiegłem za nią, żeby złapać smycz. Była jednak szybsza ode mnie. Tak wbiegliśmy przez taras do salonu willi starszego pana. W środku nie było nic widać, było ciemno z powodu braku światła i gryzącego w oczy dymu. Usłyszałem tylko trzaśnięcie balkonowych drzwi. W tym momencie zobaczyłem czarne postury jakichś dwóch mężczyzn, którzy, uciekając, przeskoczyli przez ogrodzenie. Tina pobiegła za nimi i zaraz wróciła. Zapaliłem światło. Całe pomieszczenie przesłaniała zawiesina dymu. Dopiero po chwili zorientowałem się, że w kącie salonu, za kanapą, leżał starszy pan, ciężko charcząc. Na szyi miał zaciśnięty pasek od spodni, który natychmiast uwolniłem. Szybko otworzyłem na oścież okiennice, wpuszczając tlen. Nie miałem już wątpliwości, że byłem świadkiem usiłowania popełnienia zbrodni. Przez myśl przebiegło mi, że chyba zamieszkałem w niezbyt ciekawym otoczeniu...

Starszy pan długo nie mógł złapać oddechu. Był prawie siny i mocno wystraszony. Podałem mu szklankę wody.

– Dziękuję – ledwo słyszalnie wyszeptał, nie podnosząc się z podłogi.

– Kim byli ci ludzie? Czego od pana chcieli? Dzwonię na policję i po pogotowie – oznajmiłem, przejmując dowodzenie akcją ratunkową.

Starszy mężczyzna nie odzywał się. Leżał na podłodze i ciężko oddychał. Zanim przyjechało pogotowie, poczuł się lepiej. Wstał w końcu, a następnie ożywił się nagle i jednym susem dopadł do sejfu umieszczonego w ścianie. Jak się okazało, sprawcy byli zainteresowani właśnie tą skrytką; próbowali ją wysadzić. Solidna konstrukcja dopuściła jedynie do rozerwania pierwszych drzwiczek sejfu, drugich nie zdążyli otworzyć. Widziałem, że starszy pan odetchnął z ulgą.

– Nie udało im się wykraść tajemnicy – rzekł jakby sam do siebie, trzymając w ręku jakąś starą, oprawioną w skórę księgę oraz kilkadziesiąt kartek zapisanych odręcznie notatkami. Wyglądało, jakby rzeczy te stanowiły dla niego największy skarb. Uspokojony oględzinami sejfu, w końcu usiadł na kanapie. Wtedy pełnym dobroci wzrokiem popatrzył w moim kierunku. Wówczas dowiedziałem się, jak nazywał się ten człowiek i jakiej sceny byłem świadkiem.

– Jestem panu niezmiernie wdzięczny. Nazywam się Józef Aston. Jestem profesorem historii religii.

– Paweł Mirado – przedstawiłem się i dodałem nieco sarkastycznie: – Ale panie profesorze, chyba nie ma pan jakichś porachunków przestępczych?

Gdy zaprzeczył, powiedziałem:

– W takim razie wydawać by się mogło, że wykonuje pan raczej bezpieczny zawód. Skąd więc taki napad? Chodziło o pieniądze?

– Nie – ponownie zaprzeczył, popijając wodę ze szklanki.

– Nie chcę być zbytnio natarczywy, ale... czy ci osobnicy chcieli coś wykraść z pana sejfu?

– Tak – odrzekł profesor i patrząc za okno, zręcznie zmienił temat: – Ale słyszałem o panu... – rzekł.

– Doprawdy?

– Tak. Mój poprzedni sąsiad, ten mężczyzna, który sprzedał panu dom, mówił mi, że to właśnie pan, ten znany literat, będzie nowym mieszkańcem.

– Jest pan bardzo miły, ale to zbytnia kurtuazja.

– Przeciwnie, uważam, że jest pan wielce utalentowanym poetą i pisarzem. Przeczytałem chyba wszystko, co pan do tej pory napisał, i jestem szczerze pod wrażeniem. Wydaje mi się również, że kiedyś już gdzieś pana widziałem. Pamiętam pana twarz, ale teraz sobie nie przypomnę, gdzie to było. Mam fotograficzną pamięć do twarzy.

– Hmm, to jest możliwe. Często podróżuję. Aczkolwiek przyznam się, że i pan przypomina mi kogoś znajomego... z przeszłości. Ale mniejsza o to. Chociaż nieczęsto zdarza mi się przywiązywać wagę do pochwał, to jednak miło mi usłyszeć komplement dotyczący mojej twórczości, i to z ust profesora. Czy jakiś fragment mojego pisarstwa utkwił panu w pamięci?

– Zdecydowanie Dekalog. Myślę, że pana dzieło jest oryginalne, nikt do tej pory nie zdobył się na taką literacką interpretację. To ciekawe, ludzkie spojrzenie.

Popatrzyliśmy na siebie w milczeniu. Wówczas Józef Aston rzekł:

– Mam wielu wrogów. Próbowali mnie zabić, gdyż... cóż, stoję po przeciwnej stronie barykady... Chcieli upozorować moje samobójstwo... Hmm, znowu będę musiał zmienić lokum. Nie sądziłem, że mnie tutaj znajdą.

– Kim pan jest, panie Aston? – zapytałem bez ogródek, skoro mój rozmówca wiedział już tak dużo o mnie.

– Nie mogę panu powiedzieć. Przepraszam, ale przynajmniej dzisiaj nie zrobię tego.

Byłem zaskoczony całą tą sytuacją i treścią rozmowy, która zmęczyła nas obu. Milczałem. Po przyjeździe lekarza zabrałem Tinę do domu. Nie spałem całą noc. Myślałem o tym, że wydałem straszną sumę pieniędzy, żeby kupić dom w cichym i uroczym miejscu, a natrafiłem na okolicę przestępczych porachunków. Straciłem życiowy impet.

Minęło kilka dni, podczas których nie widziałem ani Józefa, ani dziewczyny – przewodniczki. W sobotę po południu, gdy przechodziłem przez werandę, sąsiad zawołał:

– Halo, panie Mirado! Zapraszam pana do środka. Proszę się nie obawiać, mam do pana pewien interes...

– Interes? – nie kryłem zdumienia. Raczej wolałem zachować rezerwę.

– Taaak, pewną sprawę, która dotyczy pana jako pisarza i która być może będzie stanowić dla pana jakieś literackie wyzwanie.

Poszedłem więc. Dostrzegłem, że na posesji przed domem stało dwóch silnie zbudowanych mężczyzn, którzy bacznie zlustrowali mnie wzrokiem. Wyglądali i rozglądali się jak ochroniarze.

Poprzez ogród i kamienne schodki weszliśmy do obszernego domu. Widać było zmianę w wyglądzie salonu – na podłodze stał szereg pudeł, jakby gospodarz już się pakował.

– Ma pan więcej pudeł niż ja – zagaiłem.

– Cóż, muszę opuścić to miejsce. Szkoda, bo polubiłem Sandomierz.

Józef Aston nalał soku do szklanek i usiedliśmy w fotelach.

– Czym mogę służyć? – spytałem.

– Och, to trochę dłuższa historia – rozpoczął Józef niepewnie. – Nie wiem, czy dysponuje pan czasem, gdyż aby wszystko wyjaśnić, muszę naprawdę zrobić pewien wstęp.

– Jeśli o to chodzi, to mam naprawdę sporo czasu i chętnie posłucham.

Gdy Józef Aston usłyszał te słowa, wstał z fotela i zaczął przemierzać pokój. Po pewnym czasie zatrzymał się i rzekł:

– Po pierwsze: uratował mi pan życie. Chciałbym to panu jakoś wynagrodzić.

– Każdy na moim miejscu zrobiłby tak samo.

– Nie byłbym tego taki pewien – powątpiewał Józef.

– Jest pan pisarzem, a ja od dawna podziwiałem pana twórczość. Dodatkowo uratował mi pan życie. Wtedy zadał mi pan kilka pytań, na które nie mogłem udzielić odpowiedzi. Jednak po głębszym zastanowieniu stwierdziłem, iż mam wobec pana olbrzymi dług wdzięczności, dlatego pozwolę sobie być całkowicie szczery. Opowiem panu historię, która – choć wyda się nieprawdopodobna – jest absolutnie prawdziwa... Dlaczego akurat panu? Na tym polega właśnie cała sprawa, więc proszę, by mnie pan wysłuchał. Panie Pawle, widział pan równie nieprawdopodobną scenę, więc może łatwiej uwierzy pan, iż to, co wydaje się z pozoru nierzeczywiste, istnieje naprawdę. Proszę mnie tylko wysłuchać...

– Ten wstęp brzmi naprawdę ciekawie, więc, zgoda. Oczywiście, proszę mówić – powiedziałem zachęcająco.

– Otóż... jestem członkiem pewnego zakonu. Istnieje on od dość dawna i ma bardzo wielu członków. Nasz zakon tak naprawdę jest tajny i mówić o nim tak otwarcie osobie, która nie doznała wtajemniczenia, może tylko jeden człowiek – mistrz zakonu, i to tylko w użytecznym dla zakonu celu.

– Czy to pan jest tym... guru?

– Tak, to ja – odpowiedział Józef – choć częściej nazywają mnie mistrzem.

– Dlatego chcieli pana zabić?

– Tak. To byli nasi przeciwnicy. Chcieli upozorować moje samobójstwo, żeby zdyskredytować nie tylko mnie, ale i całą naszą organizację. Działają swoimi metodami. Dodatkowo chcieli wykraść wyniki mojej pracy, a poświęciłem jej bez mała połowę życia. Czy pan zdaje sobie sprawę, co kryły te notatki, które wyjąłem z sejfu? To praca nad rozwiązaniem tajemnicy Apokalipsy. Jestem bliski poznania tego, co uwiecznił w swojej wizji św. Jan. Ta ostatnia księga biblijna to ostatni bezpośredni boski przekaz, zawierający w sobie odpowiedź na pytanie o czas końca świata, nadejście mesjasza i Królestwa Bożego. Dlatego nasi przeciwnicy tak bardzo chcieli wykraść moją pracę i spisaną równolegle do Nowego Testamentu Księgę Zakonu. To dlatego zapewniono mi ochronę i będę zmuszony opuścić to miejsce. Cały zakon z niecierpliwością oczekuje, iż dokończę dzieła rozwikłania tajemnicy Apokalipsy. Zaręczam panu, że i ja niczego więcej w życiu nie pragnę. Niemniej jednak jako mistrz zakonu muszę dbać o to, aby idea Królestwa Bożego nie została zniweczona przez człowieka, zanim przepowiednie Apokalipsy mogłyby się ziścić. Tak więc moim głównym obowiązkiem jest zachowanie pokoju na świecie dla przyszłych pokoleń. Mówiąc ściślej, musimy tego dokonać co najmniej do czasu przyjścia jednego pokolenia, tego ostatniego, „czasu Apokalipsy”. Niech się pan nie obawia, ze strony tamtych akurat panu nic nie grozi. Polują tylko na mnie, bo jako przywódca przeciwników i odkrywca kluczowych tajemnic, jestem dla nich bezcenny.

– Kim jesteście? Czy stanowicie jakąś sektę? I skąd się w ogóle wziął wasz „zakon”? – spytałem z lekką ironią.

– Dobre pytania, ale po kolei. Czy jesteśmy sektą? To zależy, jak na to spojrzeć. Bo jeśli kryterium ma być liczba członków i czas istnienia – to absolutnie nie. Jest nas bardzo wielu i istniejemy ponad dwa tysiące lat. Jesteśmy po prostu zakonem... bractwem czy stowarzyszeniem ludzi miłujących pokój. Rozwijamy nieznaną oficjalnie, w porównaniu z rozwijaną przez człowieka przez całe tysiąclecia, sztuką wojny – naukę o pokoju, a ja specjalnie nazywam ją z greckiego paksologią. Niech się pan nie śmieje. Proszę zauważyć, jak wiele sił, środków finansowych i zdolności ludzkość poświęciła na udoskonalanie sztuki wojny, broni, w tym atomowej, usprawnianie procesu zabijania, a jak niewiele – na naukę o źródłach pokoju i sposobach unikania konfliktów... Tym się właśnie zajmujemy. Czynimy tak dlatego, aby wypełniło się wszystko, co zapisano w Świętej Księdze. Pragniemy tego, bo wierzymy, że Apokalipsa, która nieuchronnie nadejdzie, otworzy nowy rozdział w dziejach świata – po niej przyjdzie mesjasz, nastanie Królestwo Boże na ziemi i wieczysty pokój. Aby jednak tak się stało, musimy tylko prawidłowo odczytać czas i miejsce. A kluczem jest prawidłowa interpretacja ostatniej biblijnej księgi i odczytanie symboli w niej zawartych.

– W porządku, ale skoro istniejecie już tak długo i jest was wielu, to dlaczego dotąd o was nie słyszałem?

– Muszę naprawdę opowiedzieć wszystko od początku. Proszę, aby mnie pan wysłuchał.

Obiecałem, że już nie będę przerywał. Wówczas Józef Aston zaczął snuć swoją historię.

– W czasach, gdy żył Jezus z Nazaretu, w Jerozolimie i w okolicach wprost kotłowało się od ludzi, którzy oczekiwali na mesjasza, czekali na Królestwo Boże lub żarliwie modlili się do Boga, a w swoim życiu starali się realizować wszystko, co jest zapisane w świętych księgach. Jednym z nich był uczony mąż, Józef z Arymatei, członek Wysokiej Rady, człowiek światły, który wierzył w Królestwo Boże i bardzo go wyczekiwał. To on – a nie nikt inny – po śmierci Jezusa wykupił jego ciało z rąk Rzymian i złożył je w kamiennym grobie. To on jako pierwszy z osób związanych z ruchem Chrystusa zrozumiał, co się stało, i gorzko zapłakał... To on mógłby wreszcie zaświadczyć, co stało się później z ciałem Jezusa, ale nikt go o to nie zapytał. Dlatego na żadnych kartach z przekazu historycznego czy też biblijnego nie znajdzie pan nic na ten temat. Józef z Arymatei napisał więc własną Księgę Zakonu. Zawarł w niej najważniejsze wskazówki, pochodzące podobno od samego mesjasza, dzięki którym można rozszyfrować każdą księgę Biblii. Są tam również wymienione uświęcone zasady życia naszego zakonu. Niestety, wobec faktu, iż Apokalipsa św. Jana powstała w czasie, gdy Józef z Arymatei już nie żył, komentarze z objaśnieniem tej księgi pochodzą od jego ucznia, drugiego mistrza zakonu i, niestety, są bardzo lakoniczne. Dlatego przekaz na temat apokalipsy stanowi legendę znaną tylko nam, ale wciąż niejasną. Stąd właśnie wzięła się potrzeba mojej pracy badawczej. Wiedza ta nie jest powszechna, gdyż Księgę Zakonu chroni najściślejsza tajemnica. Jedynie członek zakonu, znając kod innych ksiąg biblijnych, zawarty w tym dziele, jest w stanie prawidłowo zinterpretować tę ostatnią księgę Biblii.

Józef z Arymatei po śmierci Jezusa żył dalej. Śmierć Chrystusa upewniła go tylko w kwestii tego, co należy dalej robić. Zebrał wokół siebie ludzi miłujących Boga, pokój, tolerancję, życie i wszystkie wartości, które – jak dziś powiedzielibyśmy – są uniwersalne. Część Żydów zakładała wówczas chrześcijaństwo, a to nie podobało się z kolei innym Żydom... Rzymianie i Grecy mieli swoich bogów. Ale Józef z Arymatei był człowiekiem skrojonym ponad czasy, w jakich żył. Stwierdził, wraz ze swoimi towarzyszami, że przede wszystkim Bóg istnieje. Przecież świat ze swoją różnorodnością w naturze jest tak złożony i skomplikowany, że nie miał prawa powstać z chaosu. Potem Józef przyjął jako naczelną zasadę stwierdzenie, że ludzie, którzy wierzą w Boga, choćby różnili się w poglądach, są braćmi. Potem dostrzegł, że człowiek naprawdę wierzący nie może być zły. To oznaczało, że nie wystarczy mówić, że się jest wyznawcą jakiejś tam religii, tylko trzeba swoim życiem pokazać, że stosuje się w życiu jej zasady. To w wielkim skrócie oznacza, że jeśli ktoś podaje się za człowieka, który wierzy, to przede wszystkim: rozmawia z Bogiem, kocha innych ludzi, nikogo nie krzywdzi, nie zabija istot żywych, miłuje pokój, przebacza, nie kłamie, nie wchodzi na drogę przestępstwa... Innymi słowy: tylko taka osoba zdaniem Józefa może zostać uznana za wierzącą, jeśli stosuje w życiu, jak dziś powiedzielibyśmy, podstawowe i szczegółowe standardy moralne, a nie tylko taka, która mówi, że wyznaje jakąś wiarę, a niewiele z tego wynika.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.