Zakochany łajdak     - Rosemary Rogers - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakochany łajdak - Rosemary Rogers

Rosja, Anglia, Egipt. XIX wiek.

Obojgu zależy na zdemaskowaniu szajki trudniącej się handlem młodymi kobietami. Ona szuka uprowadzonej siostry, on chce kary dla herszta bandytów - własnego ojca.

Po śmierci rodziców Emma Linley-Kirow musi szybko dorosnąć, przejmuje bowiem prowadzenie zajazdu i opiekę nad młodszą siostrą Anią. Pewnego dnia Ania, której marzy się lepsze życie, ucieka w towarzystwie dwóch gości zajazdu. Emma natychmiast rusza ich śladem do Petersburga. Postanawia zwrócić się o wsparcie do swojego dalekiego krewnego, doradcy cara. Ku jej uldze, nie odmawia on pomocy i kontaktuje ją z Dymitrem Tipowem, niekoronowanym królem petersburskiego półświatka. Dymitr ułatwia Emmie poszukiwania siostry i wkrótce okazuje się, że trop prowadzi do Anglii…

Opinie o ebooku Zakochany łajdak - Rosemary Rogers

Fragment ebooka Zakochany łajdak - Rosemary Rogers




Rozdział pierwszy

Położony w dorzeczu Wołgi Jabińsk nie wyróżniał się niczym szczególnym. Jak w większości podmoskiewskich wsi pośrodku stała drewniana cerkiew, wokół której skupiały się skromne, lecz solidne domostwa uboższych obywateli. Okoliczni włodarze wznieśli imponujące murowane posiadłości w pewnym oddaleniu. Ich majestatyczne sylwetki majaczyły na pobliskich wzgórzach, a nad brzegiem rzeki cumowały łodzie należące do miejscowych rybaków.

Na skraju osady, tuż przy rozwidleniu dróg wiodących do Moskwy i Sankt Petersburga, znajdowała się gospoda. Budynek nie prezentował się szczególnie okazale, chociaż dach pokryto dachówką i wstawiono nowe okiennice. Wnętrze lśniło czystością i roztaczało zachęcającą woń suszonych kwiatów oraz wosku do polerowania drewna.

Na tyłach stajni stał niewielki domek, składający się z kuchni, bawialni, dwóch sypialni i poddasza. Przedniej jakości meble z cedru i brzozy bardziej pasowały do miejskich salonów niż do skromnych pokoi. Były dziełem świętej pamięci Fiodora Kirowa, znakomitego cieśli, a zarazem ojca obecnej właścicielki domku.

Emma nie pozbyłaby się ich za żadne skarby. Wiedziała, że są warte sporą sumę – swego czasu wyroby pana Kirowa cieszyły się wielkim wzięciem wśród arystokratycznych rodów – mimo to poprzysięgła sobie, że nie sprzeda cennych pamiątek, choćby przyszło jej umrzeć z głodu. Wystarczy, że aby utrzymać siebie i młodszą siostrę, musiała przerobić zakład stolarski ojca na gospodę.

Tego chłodnego jesiennego dnia nie zwracała jednak większej uwagi na sprzęty. Ledwie zerknęła na piękną rzeźbioną kanapę i na kredens, w którym przechowywała angielską porcelanę matki. Przez chwilę przemierzała nerwowo pokój, raz po raz wygładzając dłońmi wysłużoną brązową spódnicę.

W końcu odwróciła się, by napotkać zaniepokojony wzrok dawnej guwernantki, Diany Stanford, która po śmierci pani Linley-Kirow zaopiekowała się osieroconą dziewczynką i wkrótce została jej najserdeczniejszą przyjaciółką i powiernicą.

Diana miała urodę typowej Angielki. Za sprawą płowych loków, błękitnych oczu i bladej cery sprawiała wrażenie istoty kruchej i delikatnej. Na pierwszy rzut oka Emma wydawała się jej całkowitym przeciwieństwem. Związywała złotobrązowe włosy w gruby węzeł na karku i spoglądała na świat orzechowymi oczami, które rzadko bywały pogodne. Z konieczności zazwyczaj pokazywała bliźnim poważne oblicze. Zacięta mina miała onieśmielać każdego, kto zapragnąłby wykorzystać jej trudne położenie.

Decyzja o tym, by stać się niezależną i czerpać dochód z prowadzenia gospody, nie przysporzyła Emmie zwolenników. Wręcz przeciwnie. Dla przeważającej liczby mieszkańców panna Linley-Kirow stała się odszczepieńcem, a w najlepszym razie osobą godną potępienia. Nie mieściło im się w głowach, że młoda kobieta próbuje iść przez życie w pojedynkę.

Cnotliwa panna z porządnego domu nie powinna wybierać takiej drogi, tylko zdać się we wszystkim na mężczyznę. Znaleźli się i tacy, którzy uczynili z Emmy obiekt drwin. Obmawiali ją za plecami i robili, co w ich mocy, by przy okazji większych spotkań towarzyskich czuła się niemile widziana, czasem nawet wykluczona ze społeczności.

Jeszcze do niedawna Emma nic sobie nie robiła z niepochlebnych opinii sąsiadów.

– Jestem pewna, że zaszła pomyłka – stwierdziła z przekonaniem Diana, przerywając pełne napięcia milczenie. – Ania bywa czasem uparta i zapalczywa, nie przeczę...

– Czasem? – przerwała jej Emma. – Dobre sobie.

Na ustach Angielki pojawił się krzywy uśmiech.

Młodsza i o wiele piękniejsza siostra jej wychowanki miała pstro w głowie, a na dobitkę była kapryśna i zmienna niczym pogoda na wiosnę.

– Tak czy owak, zostało jej odrobinę oleju w głowie. Nie opuściłaby domu w towarzystwie obcych mężczyzn, z którymi w dodatku nie łączą jej żadne więzy pokrewieństwa...

Westchnąwszy z rezygnacją, Emma wręczyła przyjaciółce pomięty zwitek papieru. Znalazła go rankiem na pustym łóżku Ani.

– Owszem, obawiam się, że poszłaby z nimi wszędzie, zwłaszcza gdyby okazali się zamożnymi arystokratami i obiecali jej zawrotną karierę na deskach najlepszych teatrów Europy.

Panna Stanford odczytała lakoniczną wiadomość i zmarszczyła brwi.

– Naprawdę miałaby zostać aktorką? – zapytała z niedowierzaniem.

– Wiesz przecież, że marzyła o życiu pełnym blichtru. Rzecz jasna z dala od Jabińska.

– Też mi coś. Każdy podlotek w jej wieku karmi się podobnymi mrzonkami. Czy ona jedna śniła po nocach o pięknym rycerzu, który zjawi się na białym rumaku i powiezie ją ku świetlanej przyszłości? – Diana energicznie podniosła się z miejsca, szeleszcząc żółtą suknią. – Ty sama nie byłaś inna.

Emma skwitowała tę uwagę wzruszeniem ramion.

Po śmierci matki porzuciła wszelkie marzenia o urodziwym konkurencie i romantycznej miłości.

– Tyle że ja, wzorem większości rozumnych dziewcząt, skończyłam z niedorzecznymi fantazjami, kiedy wyrosłam z lalek – zauważyła Emma. Ogarniał ją coraz większy niepokój. – Przykro mi to stwierdzić, ale Ania wciąż wierzy w bajki. Naturalnie, mogę za to winić wyłącznie siebie, ponieważ ją zaniedbywałam. Kiedy ojciec odszedł z tego świata, nie poświęcałam jej wystarczająco wiele uwagi.

– Na miłość boską, nie wolno ci tak myśleć.

Zapewniłaś siostrze godziwy dom i powinnaś być dumna z tego, co osiągnęłaś.

– Och, tak – odparła z goryczą panna Linley-Kirow. – Moje osiągnięcia są zaiste wybitne. Tylko pozazdrościć. – Wyjrzała przez okno na budynek gospody.

– Nie inaczej, moja droga – stwierdziła stanowczo Diana. – Los cię nie oszczędzał. Byłaś jeszcze dzieckiem, gdy zmarła twoja nieodżałowana matka. Mimo to bez słowa skargi przejęłaś ciężar jej obowiązków i zatroszczyłaś się o wychowanie Ani. Potem straciłaś ukochanego ojca. Niejedna na twoim miejscu starałaby się uciec od odpowiedzialności albo przynajmniej szukałaby wsparcia u innych. Zapewne uczyniłaby tak każda dziewczyna, ale nie ty. Ty nie przyjęłabyś od nikogo jałmużny.

– Istotnie postawiłam sobie za cel zdać się tylko na siebie i przetrwać za wszelką cenę.

– Udało ci się. Z nawiązką.

Diana była niezwykle lojalna. Nie miała serca wspomnieć, że ledwie starcza im na zaspokojenie podstawowych potrzeb, a na skutek „niezwykłych dokonań” Emmy siostry Linley-Kirow de facto znalazły się poza miejscową społecznością.

– Tak, dopięłam swego. Tyle że kosztem Ani.

– Nonsens.

– Sądziłam, że postępuję słusznie, ucząc siostrę samodzielności. Wpajałam jej, że w życiu należy liczyć wyłącznie na siebie. Teraz zaczynam dochodzić do wniosku, że byłam zwyczajnie samolubna.

– Samolubna? – zdumiała się Diana. – Pleciesz androny, miła panno. Ze świecą by szukać drugiej tak wielkodusznej i zacnej młodej kobiety jak ty.

Panna Linley-Kirow odpędziła od siebie wspomnienie pewnej wyjątkowo krępującej i nieprzyjemnej rozmowy, którą odbyła cztery lata temu. Do tej pory nie zwierzyła się nikomu z tej prostej przyczyny, że było jej wstyd.

– Masz o mnie stanowczo zbyt dobre zdanie – oznajmiła. – Wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdybym przyjęła propozycję barona Kostii.

Angielka spojrzała na nią, nie kryjąc zdumienia.

– Czyżby ci się oświadczył?

– Bynajmniej, co nie znaczy, że nie chciał zaciągnąć mnie do łóżka. Taki postawił warunek...

Emma przypomniała sobie przebieg wizyty barona. Przyniósł ze sobą jej ulubiony miodowy biszkopt z morelami. Zapewnił, że pragnie jej pomóc, a ona w bezbrzeżnej głupocie ubrdała sobie, że szlachetny Kostia zainwestuje w gospodę, może nawet zaoferuje Ani posadę pokojówki w swej ogromnej rezydencji. Nie przeszło jej nawet przez myśl, że mógłby obrazić ją żądaniem, by została jego kochanką. W dodatku zagroził, że jeśli nie przyjmie jego łaskawego „wsparcia”, zamieni jej życie w piekło.

– Umyślił sobie uczynić ze mnie utrzymankę. Dodam, że był bardzo hojny.

– Coś podobnego! – oburzyła się Diana, przyciskając dłoń do obfitego biustu. – Teraz rozumiem jego dziwaczne zachowanie. Jednego dnia wychwalał cię pod niebiosa, by nazajutrz...

– ...odsądzać mnie od czci i wiary – dokończyła za nią Emma. Nie musiała dodawać, że postawa barona dodatkowo zachęciła pozostałych mieszkańców wioski, by traktować ją jak zadżumioną.

– Czemu nie wspomniałaś o tym?

Panna Linley-Kirow zaczęła skubać wystrzępiony mankiet. Niegdyś jej rodzina cieszyła się w okolicy wielkim poważaniem. Gdyby tylko zechciała, mogła wówczas przebierać w zalotnikach. Świadomość tego, że Kostia wystąpił z haniebną propozycją, uwłaczała jej godności. Uzmysłowiła sobie, jak nisko upadła w oczach ludzi, i trudno jej było się z tym pogodzić.

– O takich sprawach niełatwo się mówi. Poza tym wolałam uniknąć dalszych plotek.

Diana przyjrzała jej się ze współczuciem. Doskonale rozumiała, na jakie zniewagi naraża się kobieta, która pragnie pozostać panią samej siebie. Wiedziała to z własnego doświadczenia.

– Rzecz jasna, odradziłabym ci rozważenie tej skandalicznej propozycji, niemniej trzeba przyznać, że baron jest niesłychanie bogaty. Z pewnością niczego by ci przy nim nie zabrakło.

– Właśnie. Nie musiałabym się troszczyć o dach nad głową, dzięki czemu spędzałabym więcej czasu z Anią.

– Jest bardzo młoda i podatna na wpływy. Nawet gdybyś zajmowała się nią bez ustanku, nie miałabyś pewności, czy nie popełni jakiegoś głupstwa – orzekła Diana i westchnęła.

– Tak, ale gdyby właściwie nią pokierować, nabrałaby rozsądku. Żyłaby dostatnio, a ja mogłabym się nią należycie zająć. Zbyt często zostawała sama, dlatego jest taka nierozważna.

Angielka chwyciła dawną podopieczną za rękę i zmierzyła ją zatroskanym spojrzeniem.

– Nie osądzaj się tak surowo. To nie twoja wina.

– Owszem, moja. Nie potrafiłam rozstać się ze swoją cenną cnotą, a teraz płaci za to moja siostra. Taki oto pożytek z dumy.

– Skoro koniecznie musisz znaleźć winnego, wypada zrzucić odpowiedzialność na łajdaków, którzy wykorzystali łatwowierność nieopierzonej dzierlatki.

Żaden szanujący się dżentelmen nie postąpiłby w podobny sposób.

Panna Linley-Kirow bezwiednie zacisnęła usta; lęk o siostrę zastąpił gniew.

Kiedy dwaj wytworni podróżni pojawili się w gospodzie, nie posiadała się z radości. Nie dość, że bez ociągania regulowali rachunki, to jeszcze szczodrze szafowali napiwkami. Cieszyła się, że dzięki dodatkowym funduszom będzie mogła sprawić siostrze świąteczne podarunki. Teraz jednak przeklinała dzień, w którym ci niegodziwcy zjechali do Jabińska.

– Masz całkowitą słuszność. To nie byli prawdziwi dżentelmeni.

– Chcesz powiedzieć, że mamy do czynienia z oszustami? Podejrzewasz, że podszywają się pod kogoś, kim nie są?

– Nie jestem pewna. Wiem jedno: zamiast siedzieć i deliberować, powinnam zacząć działać.

– A cóż miałabyś zrobić?

Dobre pytanie, pomyślała Emma. Kiedy odkryła nieobecność siostry, była tak wstrząśnięta, że nie potrafiła trzeźwo myśleć. Nie chciała uwierzyć, że Ania dobrowolnie opuściła dom i rodzinne strony, w dodatku w towarzystwie obcych ludzi. W końcu spojrzała prawdzie w oczy. Zebrała się w sobie i nie pozwoliła, by rozpacz i poczucie winy zmąciły jej ogląd sytuacji.

Przekonywała samą siebie, że i tym razem wyjdzie z opresji cało. Nie miała żadnych wątpliwości, że zdoła sprowadzić Anię do domu. Należało tylko obmyślić rozsądny plan.

– Pietia usłyszał w stajni strzęp ich rozmowy.

Wspominali o powrocie do Petersburga. Nie sądził wówczas, że to ważne. Dopiero gdy wszczęłam alarm, powtórzył mi dokładnie ich słowa.

Panna Stanford ścisnęła mocniej dłoń wychowanki.

– Zamierzasz udać się tam za nimi?

– Naturalnie.

– Zaklinam cię, nie rób niczego pochopnie. Nie możesz jechać sama, bez eskorty.

– Nie obawiaj się, wezmę ze sobą Jelenę – odparła Emma. Miała na myśli leciwą pokojową, która pomagała jej w gospodzie. – Wyruszymy jeszcze dziś. Jeśli zdążymy na popołudniowy dyliżans, dotrzemy do celu w ciągu dwóch dni.

– Ale...

– Podjęłam decyzję i nie zmienię zdania – oświadczyła Emma, aby uciąć dyskusję. – Nie próbuj mnie od tego odwieść. Dobrze wiesz, że byłaby to strata czasu.

– Przyjmijmy, że uda ci się dojechać cało do Petersburga – nie ustępowała Diana. – Jak zamierzasz odnaleźć siostrę? Petersburg to nie Jabińsk, w którym wszyscy się znają. To jak szukanie igły w stogu siana.

Panna Linley-Kirow posłała Dianie krzywy uśmiech. Może i jest starą panną z prowincji, ale to jeszcze nie znaczy, że brakuje jej zdrowego rozsądku.

Ani przez chwilę nie oczekiwała, że natknie się na uciekinierkę na ulicy.

– Zwrócę się o pomoc do Herricka Gerhardta – oznajmiła ze stoickim spokojem, jakby to była błahostka.

– Gerhardta? Mówisz o doradcy cara czy się przesłyszałam?

– Nie przesłyszałaś się. Plotka głosi, że ma nieograniczoną władzę i jest doskonale poinformowany o wszystkim, co dzieje się w kraju. Nazywają go Pająkiem, bo w jego misterne sieci wpadają nawet najprzebieglejsi zdrajcy.

Diana spojrzała na Emmę jak na osobę niespełna rozumu.

– Jak słusznie zauważyłaś, to jeden z najbardziej wpływowych ludzi w Rosji. Nie możesz po prostu zjawić się w jego siedzibie i zażądać audiencji.

– Tak się składa, że mogę.

– Emmo, na miłość boską...

– Nie trap się, przemyślałam to. Gerhardt jest spokrewniony z moją matką. Była jego daleką kuzynką. Po śmierci ojca przysłał bardzo uprzejmy list.

Pisał, bym nie wahała się do niego zwrócić, jeśli kiedykolwiek znajdę się w potrzebie.

Panna Stanford nie wyglądała na przekonaną.

– Wyznam, że ten pomysł nieszczególnie przypadł mi do gustu.

Emma sama miała do niego wiele zastrzeżeń.

Niestety, nic lepszego nie przychodziło jej do głowy.

– Ania jest dla mnie wszystkim – powiedziała. –

Oprócz niej nie mam na świecie nikogo. Nie chcę jej znowu zawieść.

 

Całe szczęście, że świeci księżyc, pomyślał Dymitr Tipow, poruszając się bezszelestnie po urządzonym ze smakiem gabinecie. Przykucnąwszy przy mahoniowym sekretarzyku, przesunął smukłymi palcami po rzeźbionym blacie. Chwilę wcześniej zakończył inspekcję szuflad, teraz zabrał się do szukania tajnego schowka. Mężczyźni zazwyczaj pilnie strzegą swoich sekretów, a Piotr Burdzecki miał do ukrycia znacznie więcej niż inni.

Pochłonięty rewizją, niemal przegapił odgłos lekkich kroków na korytarzu. Poderwał się instynktownie i w ostatniej chwili stanął przy oknie, które na wszelki wypadek zawczasu otworzył; wytrawny złodziej zawsze zostawia sobie drogę ucieczki.

Kiedy skrzypnęły drzwi, obrzucił uważnym wzrokiem swoje ubranie. Miał nadzieję, że ciemny surdut i szara kamizelka prezentują się w miarę stosownie i są właściwie pozapinane. Nie mógł mieć co do tego pewności, jako że ubierał się w pośpiechu.

Jeszcze godzinę temu jego garderoba leżała na podłodze damskiej sypialni. Przy odrobinie szczęścia mrok przesłoni pewne niedoskonałości stroju... a jeśli nie... Cóż, znał sposoby, by utrzymać swój pobyt w Petersburgu w tajemnicy. Sięgnąwszy do kieszeni, zamknął dłoń na perłowej rękojeści pistoletu. Przygotował się z zimną krwią do oddania strzału, lecz wtem na progu zamajaczyła smukła sylwetka kobiety.

– Pierre? – rozległo się ciche nawoływanie.

Dymitr zdusił westchnienie i zniecierpliwiony zacisnął na moment powieki. Chciał się wykraść, zanim młoda żona Burdzeckiego się zbudzi. Gdy wymykał się chyłkiem z pościeli, był przekonany, że Lena smacznie śpi. Uwiedzenie jej okazało się dziecinnie prostym zadaniem. Nie musiał się specjalnie wysilać, by zawrócić w głowie niebieskookiej piękności o kasztanowych włosach. Wystarczyło udawać francuskiego dyplomatę i odpowiednio często natykać się na nią „przypadkiem” w operze albo w Gostinnym Dworze1, do którego przychodziła z pokojówką na zakupy. Już po kilku dniach znajomości chichotała na jego widok i rzucała mu zalotne spojrzenia.

Naturalnie, nie podejrzewała, że ma do czynienia z bezwzględnym i okrytym złą sławą przywódcą przestępczego światka Petersburga, zwanym carem biedaków. Nie przyszło jej także do głowy, że stanowi dla niego jedynie środek do celu. Dzięki zażyłej znajomości z Leną mógł dostać się bez przeszkód do pilnie strzeżonej rezydencji jej męża.

– Sądziłem, że jeszcze śpisz, ma belle – rzekł, wyłaniając się z cienia.

Posłała mu zdumione spojrzenie i zmarszczyła brwi.

– Co robisz w prywatnym gabinecie mojego męża?

– Zbieram się do wyjścia.

– Zgubiłeś drogę?

Podszedł bliżej i odgarnął jej z twarzy zbłąkany lok.

Była nieprzyzwoicie próżna i zapatrzona w siebie, ale nieszkodliwa.

– Wolałem uniknąć spotkania ze służbą – wyjaśnił nienaganną francuszczyzną. Posługiwali się nią wszyscy rosyjscy arystokraci. Tipow znał także angielski i rozumiał kilka dialektów niemieckich. Jak na złodzieja szczycił się doskonałym wykształceniem, głównie za sprawą matki, która zmusiła ojca, aby opłacał jego edukację. – Miałbym pozwolić, żeby taka piękna dama stała się obiektem niepochlebnych plotek?

Lena przyjęła zręczne kłamstwo za dobrą monetę i zatrzepotała uwodzicielsko rzęsami.

– Naprawdę musisz już iść?

– Obawiam się, że tak. Jeśli zostanę choćby chwilę dłużej, twój mąż gotów pozbawić mnie przyrodzenia.

Wydęła usta i chwyciła go za poły surduta.

– Pierre nie zjawia się przed świtem. Czasem w ogóle nie wraca do domu. Przy odrobinie szczęścia spędzimy razem cały dzień.

– Nie zwykłem się zdawać na szczęśliwy traf, ma belle.

– Zatem kiedy znów się zobaczymy?

– Któż to może przewidzieć? Miejmy nadzieję, że niebawem los ponownie skrzyżuje nasze ścieżki.

– Dziś wieczorem mogłabym...

– Pozostawmy to opatrzności – przerwał Lenie Dymitr, po czym zdjął jej dłonie ze swojego surduta i uniósł je do ust. – Wracaj do łóżka. Pod poduszką czeka na ciebie mały dowód wdzięczności i uznania.

Zareagowała dokładnie tak, jak się spodziewał.

– Sprawiłeś mi prezent? – zapytała podekscytowana.

Oui. Mam nadzieję, że będą ci przypominały o mnie za każdym razem, gdy je włożysz.

– Gdy je włożę? – Jej oczy rozbłysły w radosnym oczekiwaniu. – Co to takiego? Kolczyki? A może rękawiczki?

– Jeśli ci powiem, nici z niespodzianki. Idź do sypialni i przekonaj się sama.

Nie potrzebowała dalszej zachęty. Obróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju.

Tipow uśmiechnął się pobłażliwe, odprowadzając ją wzrokiem. Wprawdzie poślubiła zboczeńca o perwersyjnych skłonnościach, w dodatku dwukrotnie od siebie starszego, niemniej w głębi duszy pozostała niedojrzałym podlotkiem. W niczym nie przypominała kobiet z otoczenia Dymitra. Większości jego znajomych nie dane było zasmakować beztroskiego dzieciństwa.

Upewniwszy się, że Lena odeszła, wspiął się na parapet i zeskoczył do ogrodu. Nie dokończył jeszcze przeszukiwania domu, ale nie chciał ryzykować. Lena z pewnością ściągnęła na siebie uwagę czujnych wartowników. Lepiej, żeby go tu nie przyłapali. Podnosząc się z ziemi, instynktownie ujął w dłoń pistolet.

Ostrzegło go niezawodne przeczucie, które w przeszłości nieraz uratowało mu skórę.

– Pokaż się – warknął nieprzyjaznym szeptem.

Zza marmurowej fontanny wyłoniła się postać w długim płaszczu.

– Umieram z ciekawości – odezwał się irytująco znajomy głos. – Zdradzisz mi, co jej zostawiłeś pod poduszką?

Tipow zerknął na otwarte okno i zacisnął wargi.

Herrick Gerhardt nie musiał zakradać się w ciemnościach i podsłuchiwać prywatnych rozmów, by zdobywać informacje. Z drugiej strony, doradca Aleksandra Pawłowicza2, choć nieprzeciętnie inteligentny, z pewnością nie miał cudownych mocy, które pomogłyby mu przeniknąć ludzkie umysły. Jego metody były znacznie bardziej przyziemne. Dymitr przekonał się o tym na własnej skórze.

– Podarowałem jej kolczyki z brylantami – wyznał niechętnie.

Gerhardt uniósł ze zdziwieniem brwi. Miał krótko przystrzyżone szpakowate włosy oraz brązowe oczy o przenikliwym spojrzeniu.

– Hojny dar, zwłaszcza że zaciągnąłeś ją do łóżka wyłącznie po to, żeby przetrząsnąć gabinet męża.

– Owszem, jest raczej powierzchowna i nie wiedzie żywota mniszki, mimo to nie zasługuje na życie u boku starego zwyrodnialca, którego perwersje nawet mnie przyprawiają o dreszcz obrzydzenia.

Gerhardt zatrzymał wzrok na murach klasycystycznego pałacyku wznoszącego się za plecami Tipowa.

– Wielu uznałoby, że majątek Burdzeckiego rekompensuje jej wszelkie niedostatki małżonka.

– Tak myślą tylko ci, których życie jest zimne i puste niczym kamienna krypta oczekująca na zwłoki.

– Kiedyż to zostałeś filozofem, Tipow?

– Filozofem? Jestem tylko prostym złodziejem.

– Wolne żarty – odparł Gerhardt. – Już dawno zrozumiałem, że nie wolno cię lekceważyć. Zatem czego się dowiedziałeś?

Dymitr skrzyżował ramiona na piersi i zmierzył starszego mężczyznę badawczym spojrzeniem. Kiedy kilka miesięcy temu Gerhardt i książę Huntley zainteresowali się bliżej jego działalnością, mimowolnie stał się sprzymierzeńcem władzy. Od tamtej pory był tajną bronią Romanowa w walce z siejącymi zamęt przeciwnikami cara. Imperatorowi Rosji nie sposób odmówić.

Jednak śledztwo w sprawie Burdzeckiego było jego osobistą sprawą i nie zamierzał dzielić się z nikim swoimi odkryciami.

– Niczego, co mogłoby zwrócić uwagę Aleksandra Pawłowicza – oświadczył stanowczo.

– Zdziwiłbyś się, jak szerokie są zainteresowania cara – odparł Gerhardt.

– Cara czy jego doradcy?

– Czy to nie wszystko jedno?

Tipow zmarszczył brwi.

– Przyszedłeś tu specjalnie po to, żeby się dowiedzieć, czy znalazłem coś ciekawego w papierach Burdzeckiego?

Gerhardt zbył go machnięciem ręki.

– Prawdę mówiąc, szukałem ciebie. Mam z tobą do pomówienia.

Dymitr zmrużył podejrzliwie powieki.

– A skąd, jeśli wolno spytać, wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć?

– Nie ty jeden potrafisz zdobywać informacje, na których ci zależy.

– Nie wątpię, ale... Zresztą, nieważne. Prędzej czy później odkryję i ukarzę zdrajcę. – Wskazał dłonią puste rabatki i zakryte na zimę fontanny. – Wystarczyło przysłać wiadomość. Nie musiałeś zakradać się za mną do ogrodu.

Gerhardt przestał się uśmiechać; a na jego twarzy pojawił się wyraz nieprzejednania.

– Obydwaj wiemy, że odpowiadasz na moje wezwania dość opieszale.

– To dlatego, że nie mam zwyczaju przypochlebiać się władzy.

– Naturalnie, zakładam jednak, że jesteś wiernym poddanym cara. A może się mylę?

Tipow opuścił ramiona i bezwiednie zacisnął pięści. Owszem, miał spore wpływy, ale nie aż takie jak Gerhardt. Wystarczy, że stary szepnie słówko i będzie po nim. Rad nie rad, musiał go wysłuchać, bo nie chciał wylądować w lochu.

– Grozisz mi? – zapytał nie bez urazy.

– Wybacz – odrzekł Gerhardt. – Nieraz potwierdziłeś swą lojalność wobec monarchy.

– A miałem wybór? Czego ode mnie oczekujesz?

– Chcę ci zaproponować pewien układ. Tak się składa, że obydwaj możemy na nim skorzystać.

– Jestem wystarczająco bogaty. Nie potrzebuję dodatkowych zysków.

– To kwestia natury osobistej. Poza tym mam ci do zaoferowania coś znacznie bardziej intrygującego niż pieniądze. – Gerhardt przesunął się w stronę czekającego w bocznej uliczce powozu. – Zechcesz do mnie dołączyć?

Tipow westchnął z rezygnacją. Wiedział, że Gerhardt nie da mu spokoju dopóty, dopóki nie postawi na swoim.

– Coś mi mówi, że będę tego żałował – mruknął pod nosem, wsiadając do powozu.


Rozdział drugi

Dymitr milczał, gdy woźnica smagnął konie i pojazd ruszył ulicami Petersburga. Mimo późnej pory w mieście wciąż panował spory ruch.

– Napijesz się? – zapytał Gerhardt, napełniając kieliszki alkoholem.

Tipow upił łyk i zauważył:

– Musi ci bardzo zależeć na mojej pomocy, skoro częstujesz mnie doskonałą brandy.

Gerhardt rozparł się wygodnie na kanapie powozu i przyjrzał mu się spod oka.

– Jak już wspominałem, ewentualna umowa przyniesie korzyści nam obydwu.

Interesujące, pomyślał Dymitr i rzekł zachęcająco:

– Zamieniam się w słuch.

Gerhardt nalał sobie kolejną porcję brandy.

– Na początek przedstawię ci pokrótce historię swojej rodziny. Jak zapewne wiesz, przyszedłem na świat w Prusach w szanowanej, lecz niezbyt zamożnej rodzinie. Jako siedemnastolatek zostałem wysłany na nauki do Petersburga, gdzie po pewnym czasie zaskarbiłem sobie zaufanie cara. Z kolei mój starszy kuzyn postanowił szukać szczęścia w Anglii. Ożenił się z tamtejszą panną i spłodził kilkoro dzieci.

– Zdumiewające.

– Jedna z córek owego kuzyna zatrudniła się jako guwernantka u Rosjan. Przez jakiś czas uczyła angielskiego, a potem wydała się za rosyjskiego cieślę. Przed śmiercią urodziła dwie córki.

Tipow zaczął bębnić palcami o kanapę.

– Mniemam, że ta zajmująca opowieść ma jakiś finał?

– Starszej córce dano na imię Emma, młodszej zaś Ania – ciągnął niezrażony Gerhardt. – Kiedy osierocił je także ojciec, który zginął z ręki kłusownika, panna Linley-Kirow przerobiła zakład stolarski na gospodę.

Dymitr był znany z bezlitosnego rozprawiania się z mężczyznami, którzy ośmielali się źle traktować kobiety. Mimo to wolał unikać kontaktów z nadmiernie wyemancypowanymi paniami, trudnymi do okiełznania. Zazwyczaj wykazywały ponadprzeciętny hart ducha i ani odrobiny zdrowego rozsądku. Miały także przykry obyczaj ściągania nieszczęścia nie tylko na siebie, lecz także na swoich bliskich lub tych, którym w jakikolwiek sposób na nich zależało.

– Nad wyraz zmyślne posunięcie, słowo daję – skwitował z przekąsem.

– Zmyślne i godne najwyższego podziwu – poprawił Gerhardt. – Niestety, odwaga nie uchroniła Emmy przed dwoma niegodziwymi jegomościami, którzy zatrzymali się na kilka dni w gospodzie.

– Niegodziwymi? Co takiego jej uczynili?

– Wyjechali po kryjomu, zabierając ze sobą Anię.

– Młodszą siostrę?

– Nie inaczej.

– Ile dziewczyna ma lat?

– Dopiero co skończyła szesnaście.

Wysączywszy brandy, Dymitr odstawił kieliszek.

Doszedł do wniosku, że jego dyskretne śledztwa okazały się mniej potajemne, niżby sobie życzył.

– Skąd panna Linley-Kirow może mieć pewność, że uprowadzili ją właśnie owi dżentelmeni?

– Ania powiadomiła ją o tym w liście. Napisała również, że wkrótce zostanie słynną aktorką.

Tipow niczego nie dał po sobie poznać, choć przypomniał sobie, jak jego występny ojciec mamił naiwne dziewczęta.

– Czy wspomniała, że zamierzają udać się do Petersburga?

– Nie, ale ci łajdacy napomknęli o tym w rozmowie, którą niechcący podsłuchał stajenny.

– Emma zdołałaby ich rozpoznać?

– Twierdzi, że tak.

Dymitr wyjrzał od niechcenia przez okno. Nie zdziwił się, gdy przekonał się, że zatoczyli koło i przejechawszy przez Górny Newski3, wrócili w okolice domu Burdzeckiego. Szczycił się tym, że nie traci orientacji w terenie.

– Skąd przypuszczenie, że zafrapuje mnie ta smutna historia? Takie rzeczy zdarzają się przecież nagminnie – rzucił obojętnie.

– Sądziłeś, że twoje żywe zainteresowanie hrabią Newskim i jego kompanią uszło mojej uwagi?

Tipow zerknął z roztargnieniem na Pałac Aniczkowa, niegdyś rezydencję księcia Potiomkina, faworyta carycy Katarzyny II, obecnie siedzibę Gabinetu Imperium, przerobioną do tego celu przez Giacoma Quarenghiego4. W przeciwieństwie do innych petersburżan wolał nową, znacznie mniej dekoracyjną kolumnadę gmachu. Stara zawsze wydawała mu się nazbyt pretensjonalna. Naturalnie cara Aleksandra niewiele obchodziło jego zdanie w tej materii.

– Zatem odgadłeś, że hrabia jest moim ojcem – stwierdził Dymitr, niechętnie przenosząc wzrok na Gerhardta.

Niemiec uśmiechnął się nieznacznie, z rozmysłem przypatrując się urodziwej twarzy Dymitra, jego arystokratycznemu nosowi i wysokim, typowo słowiańskim kościom policzkowym.

– Trudno nie zauważyć takiego podobieństwa.

Tipow wiele razy wykorzystywał męski urok do własnych celów, ale bynajmniej nie był dumny z tego, że przypomina ojca, szubrawca, który gwałtem porwał z domu bezbronną dziewczynę, jego matkę.

– Mamy niemal identyczne twarze – oznajmił lodowatym tonem – ale niech cię to nie zwiedzie. Nie odziedziczyłem po nim niczego więcej.

Gerhardt skinął głową.

– Tego także nie sposób przeoczyć. Właśnie dlatego zdziwiło mnie, że nieustannie go obserwujesz.

Uznałem, że pragniesz zdobyć konkretne informacje.

Dymitrowi nie spodobało się to, co usłyszał. Zwykle to on szpiegował innych, nie na odwrót.

– Wykazujesz niebywale denerwujący zwyczaj wtrącania się w moje osobiste sprawy.

– Obawiam się, że mieszanie się w cudze sprawy należy do moich obowiązków.

– Prowadzisz bardzo niebezpieczną grę.

Gerhardt wzruszył ramionami. Najwyraźniej niewiele sobie robił z groźby, która pobrzmiewała w głosie Tipowa.

– Tak się składa, że podobne gry to także twoja specjalność, prawda, chłopcze? Idę o zakład, że hrabia będzie bardzo nierad, kiedy się dowie, że jeden z jego bękartów podejrzewa go o ciemne sprawki.

Przez chwilę Dymitr poważnie rozważał, czy nie wrzucić uprzykrzonego Prusaka do pobliskiego kanału Fontanki. Wkrótce jednak poniechał ów zamiar.

Miło byłoby zburzyć niezachwiany spokój Gerhardta i zafundować mu zimną kąpiel w rzece, ale mimo wszystko gra nie była warta świeczki. Skrócono by go za to o głowę, a nie było mu szczególnie pilno na tamten świat. Poza tym miał teraz coś lepszego do roboty.

– Czego ode mnie oczekujesz?

Gerhardt wychylił się w jego stronę. Jego bystre oczy błyszczały złowieszczo w blasku księżyca.

– Spotkaj się z Emmą Linley-Kirow. Coś mi się widzi, że szukacie odpowiedzi na te same pytania.

– Wiedziałem, że rychło pożałuję tej rozmowy – rzekł z westchnieniem Tipow.

 

Emma wyjrzała przez okno powozu i zatrzymała wzrok na jasnym budynku z kolumnadowymi portykami. Przypuszczała, że mieszczą się w nim kwatery dla mężczyzn. To by tłumaczyło obecność sporej grupki panów, którzy stali w pobliżu i obserwowali bacznie ulicę. Naprzeciwko wypatrzyła stoliki ustawione przed wejściem do niewielkiej kawiarenki.

– Jesteśmy na miejscu – zwróciła się do towarzyszki.

Jelena zrobiła kwaśną minę. Uważała, że nie godzi się, aby młoda kobieta odwiedzała cara biedaków.

Takich jak on należało unikać jak ognia piekielnego.

Prawdę mówiąc, leciwa służąca miała ostatnio znacznie więcej powodów do niezadowolenia. Nie pochwalała nieroztropnego postępowania chlebodawczyni; w szczególności nie przypadł jej do gustu pomysł wyjazdu do Petersburga. Kiedy już znalazły się w mieście, zaczęła spoglądać nieufnym okiem na pana Gerhardta, który zgotował im nadspodziewanie ciepłe przyjęcie. Uznała jego postępowanie za „cokolwiek podejrzane”. Nie pomogło nawet to, że umieścił je w domu swojej bliskiej przyjaciółki, Wani Pietrowej – właścicielki przepięknej rezydencji położonej nad brzegiem Fontanki.

W przeciwieństwie do Jeleny, Emma była Gerhardtowi niewypowiedzianie wdzięczna. Powitał ją serdecznie, co więcej, obiecał solennie, że uczyni wszystko, by dopomóc jej w odnalezieniu Ani.

– Nie wygląda mi to na siedlisko rozpusty – zauważyła Jelena. – Jest panienka pewna, że trafiłyśmy pod właściwy adres?

– Czasem pozory mylą – odparła panna Linley-

-Kirow. – Przekonałam się o tym dość boleśnie na własnej skórze – dodała. – Nie sądziłam jednak, że będzie to lokal publiczny.

– Ma się rozumieć, że publiczny – żachnęła się służąca, wydymając wargi. – Nie uchodzi spotykać się z mężczyzną w jego prywatnych pokojach, zwłaszcza bez uprzedniej prezentacji.

Emma uśmiechnęła się, choć nerwy miała napięte jak postronki.

– Zamierzam błagać o ratunek znanego w całej Rosji złoczyńcę, a ciebie martwi tylko to, że nie zostaliśmy sobie należycie przedstawieni?

– Mam także wiele innych zgryzot – odparła z wyrzutem służąca.

– Wybacz, moja droga – powiedziała ze skruchą Emma, poklepując towarzyszkę po pomarszczonej dłoni. Jelena była jedną z nielicznych osób, które wytrwały u jej boku po śmierci ojca. – Nie chciałam cię urazić. To dlatego, że jestem podenerwowana.

– Wiele panienka przeszła w tym tygodniu – złagodniała służąca. – Święty by tego nie przetrzymał.

W rzeczy samej, pomyślała z westchnieniem panna Linley-Kirow. Nie miała najmniejszej ochoty wspominać koszmarnej podróży ani dojmującego niepokoju, który ją ogarnął przed spotkaniem z Gerhardtem.

Postanowiła teraz skupić się na kolejnej ciężkiej przeprawie.

– Poczekaj tu na mnie – poleciła Jelenie, gdy lokaj otworzył drzwiczki powozu pożyczonego na tę okazję od Wani Pietrowej.

– Ależ, panno Emmo! – zaprotestowała służąca.

– Dość o tym. Dano mi wyraźnie do zrozumienia, że mam zjawić się sama. Poza tym kto mnie uratuje, jeśli wezmę cię ze sobą? Zostań i wyglądaj mojego powrotu. Jeśli zabawię dłużej niż godzinę, ruszaj do jaskini lwa i wyrwij mnie z jego łap.

– Matko Przenajświętsza! – przeraziła się Jelena. –

W pojedynkę?

– Tylko się z tobą droczę. Bądź dobrej myśli.

Zobaczysz, pójdzie jak z płatka.

Chwilę potem Emma znalazła się na ulicy i ruszyła w stronę kawiarni, wmawiając sobie, że nie paraliżuje jej strach.

Boże, spraw, żeby udało mi się go przekonać, modliła się w duchu.

Weszła do środka i, zgodnie z instrukcją, zajęła miejsce przy stoliku ustawionym najbliżej okna. Całe szczęście, że włożyła ciepłą wełnianą suknię i owinęła głowę grubym szalem. Gdyby ubrała się lżej, zmarzłaby na kość. Wprawdzie pośrodku pomieszczenia znajdował się kominek, w którym napalono, w pobliżu drzwi panował jednak dojmujący chłód.

Przycupnęła niepewnie na drewnianym krześle i, rozejrzawszy się dookoła, stwierdziła z ulgą, że wnętrze jest niemal puste. Po trzech kwadransach zniecierpliwiona bębniła palcami o blat, po upływie kolejnej godziny samotność zaczęła jej wyraźnie doskwierać.

Gdzie, do diaska, podziewa się ów Tipow? Czyżby ściągnął ją tu tylko po to, żeby się przekonać, czy prowincjuszka postawi wszystko na jedną kartę i narazi na szwank reputację? Car biedaków najwyraźniej zabawiał się jej kosztem. A może rozliczne obowiązki nie pozwoliły mu przybyć na spotkanie o wyznaczonej porze?

Zacisnęła zęby, czując, że wzbiera w niej wściekłość. Przywykła do tego, że ludzie ją ignorują albo nie okazują należnego szacunku. Przełknęłaby jakoś i tę gorzką pigułkę, lecz nie miała czasu na niedorzeczne gierki. Musiała ratować siostrę. Skoro szanowny pan Tipow nie zamierza jej pomóc, mógłby chociaż wykazać odrobinę przyzwoitości i ją o tym powiadomić.

Już miała się podnieść i wyjść, gdy raptem wyrósł przed nią wysoki osobnik w wypłowiałym płaszczu i ciężkich butach. Nie czekając na zaproszenie, przysunął sobie krzesło.

– Proszę, proszę, kto by się spodziewał – rzekł.

Kwadratowa szczęka i kaprawe oczka znalazły się stanowczo zbyt blisko twarzy Emmy. – Łakomy z ciebie kąsek, ptaszyno. Ciekaw jestem, czy smakujesz równie dobrze, jak wyglądasz.

Emma z odrazą odsunęła się od zwalistego natręta.

– Proszę mnie przepuścić – zażądała stanowczo.

Na jego ustach pojawił się obleśny uśmieszek.

– Przepuścić? Takiej ślicznotce? Nic z tego. Zaprowadzę cię raczej w ustronne miejsce i zakosztuję twoich rozkosznych wdzięków.

Panna Linley-Kirow z pewnością by się wystraszyła, ale wciąż była wściekła. Chwyciwszy filiżankę z parującą kawą, którą zamówiła, zmroziła natręta lodowatym spojrzeniem.

– Zostaw mnie w spokoju, ordynusie, bo nie ręczę za siebie – zagroziła. – Za moment obleję ci przyrodzenie wrzątkiem. Może to cię oduczy zuchwałego narzucania się pannom, które miały wątpliwą przyjemność napotkania cię na swej drodze.

Intruz wlepił w nią zdumiony wzrok.

– Że co?

Ledwie otworzył usta, gdy wtem zbliżył się do nich mężczyzna. Był znacznie szczuplejszy niż odrażający natręt, ale biegnąca wzdłuż jego policzka podłużna blizna sprawiała, że wyglądał bardziej złowieszczo. Znajomek przybysza widać podzielał ten pogląd. Zbladł, a na jego czole pojawiły się kropelki potu.

– Siemion, wracaj do doków. Miałeś dopilnować wyładunku. Wiesz, że nasz chlebodawca życzy sobie, aby wszystko odbyło się z zachowaniem całkowitej dyskrecji.

– Tak... oczywiście... – Osiłek wstał i ukłoniwszy się niezgrabnie, ruszył do wyjścia.

– Panna Linley-Kirow?

– A kto pyta? – odparła nieprzyjaźnie Emma, której nie przeszła złość. Najpierw kazano jej czekać bez mała dwie godziny, a potem obraził ją jakiś nieokrzesany impertynent. – Nie mam zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi.

– Nazywam się Josif – przedstawił się. – Kazano mi panią odprowadzić.

– Odprowadzić? Dokąd, jeśli można wiedzieć?

Machnął dłonią i wskazał niedbale drzwi. Najwyraźniej nie był szczególnie zadowolony z misji, którą mu powierzono.

– Do prywatnych pokoi na górze. Nie ma powodu do obaw.

– Nie boję się, jestem zwyczajnie wściekła. Zdaje pan sobie sprawę z tego, od jak dawna tkwię przy stoliku?

Josif popatrzył na nią z niedowierzaniem, po czym oznajmił ozięble:

– Dymitr Tipow to bardzo zapracowany człowiek.

Powinna się pani cieszyć, że w ogóle zechciał się z panią zobaczyć.

– Naturalnie – prychnęła z drwiną. – Nie posiadam się wręcz z radości. Jestem zaszczycona, że wielki car biedaków łaskawie zgodził się udzielić mi audiencji.

Josif wymamrotał pod nosem przekleństwo, po czym ruszył w głąb sali.

– Tędy – warknął, nie oglądając się za siebie.

Poprowadził ją schodami na półpiętro, a kiedy znaleźli się na górze, wskazał jej niewielkie pomieszczenie wyposażone we wzorzystą kanapę i dwa krzesła.

– Proszę tu poczekać – polecił, a sam udał się do pokoju mieszczącego się w przeciwległym końcu korytarza. Nie zamknął za sobą drzwi, Emma postanowiła więc zapomnieć o dobrym wychowaniu i podeszła bliżej, aby bezczelnie podsłuchać rozmowę, która toczyła się wewnątrz.

– Przyjechała? – zapytał dźwięczny męski baryton.

– Niestety – mruknął Josif.

– Niestety? Czemuż to?

– Ta dziewka to sekutnica. Skwaszona jak zsiadłe mleko.

– Zapewne martwi się o siostrę, ot i wszystko.

– Zmartwienia zwykle nie zmieniają kobiet w zionące ogniem piekielnice. Powiadam ci, to jędza, taka, co to uwielbia rozstawiać ludzi po kątach, i sądzi, że należy jej się bezwzględny posłuch.

– Można było się spodziewać, że Gerhardt będzie chciał się pozbyć kłopotu. Po co się męczyć z uciążliwą kuzynką, skoro można przysłać ją do mnie? Nie ma nic gorszego niż zgorzkniała stara panna. Tfu, niech to licho! Gerhardt siedzi sobie teraz pewnie przy kominku i odpoczywa w spokoju, a mnie przyjdzie się użerać z gderliwą wiedźmą.

Emma poczuła się urażona, choć robiła, co w jej mocy, by się do tego nie przyznać. Nie przyjechała przecież do Petersburga po to, żeby oczarować miejscowych złodziei. Przestąpiła próg i omiotła wzrokiem wnętrze niewielkiego gabinetu. Przy ścianach stały w rzędzie regały wypełnione książkami, pośrodku izby umieszczono ceramiczny piecyk oraz dwa skórzane fotele. Nie zdążyła dostrzec niczego więcej, bo zza biurka podniósł się wysoki mężczyzna. Odwrócił się ku niej, a kiedy zajrzała mu w twarz, oniemiała.

Był niewiarygodnie urodziwy. Miał smukły nos, wydatne zmysłowe wargi i wysokie kości policzkowe.

Idealnie zarysowane brwi i związane na karku kruczoczarne włosy sprawiały, że wydawał się odrobinę demoniczny. Najbardziej urzekły ją złotobrązowe oczy. Uzmysłowiła sobie, że niebezpieczna mieszanina męskiej siły i urody, którą uosabiał Tipow, może doprowadzić do zguby każdą kobietę.

Gdy taksującym spojrzeniem zmierzył jej drobną postać, poczuła gwałtowny dreszcz podekscytowania, który niemal natychmiast zamienił się w bezgłośny jęk zawodu. Jego usta wykrzywiły się bowiem z wyraźną dezaprobatą. Ileż to razy widywała u mężczyzn podobne oznaki niechęci? Czego się spodziewałaś? – wyrzucała sobie w duchu. Że pełen zachwytu padnie ci do stóp? Że jest inny niż wszyscy i nie będzie osądzał twoich śmiałych poczynań?

Zapewne wzorem ogółu uważał, że płocha niewiasta nie powinna samodzielnie stawiać czoła rzeczywistości. Przecież nie tak urządzono ten świat. Odpędziwszy niechciane myśli, nakazała sobie spokój. Dystans i opanowanie były jej jedyną bronią.

– Może i jestem starą panną – zaczęła lodowatym tonem, patrząc prosto w piękne oczy Tipowa – ale za to nauczono mnie dobrych manier, czego nie można powiedzieć o panu i pańskich odrażających sługusach.

 

Dymitr uznał, że sytuacja jest rodem z farsy. Ta drobna kobietka opatulona w co najmniej siedem warstw wełny sięgała mu zaledwie do podbródka i ważyła nie więcej niż jego ulubiony chart. Mimo to śmiało wparowała do gabinetu i już na wstępie zwymyślała go niczym rozbisurmanionego wyrostka.

Powinien być rozbawiony, lecz gdy spoglądał na wystające spod szalika miodowe loki, alabastrową cerę i orzechowe oczy, nie było mu do śmiechu.

Targały nim zgoła odmienne, sprzeczne emocje.

Odczuwał nieprzepartą pokusę, by się do niej zbliżyć i patrzeć na nią z góry dopóty, dopóki skuli się ze strachu i pokonana, odwróci wzrok. Pragnął oznajmić jej bez ogródek, że jest bezdusznym tyranem, który wymaga od innych bezwzględnego posłuszeństwa. Jednocześnie zapragnął przycisnąć ją do piersi i trzymać przy sobie tak długo, aż jej zuchwałe spojrzenie zmięknie, a delikatne usta rozchylą się w niemym zaproszeniu...

– A nie mówiłem? – mruknął z niesmakiem Josif. –

Kwaśna jak zsiadłe mleko.

– Możesz zostawić nas samych – rzekł Tipow, nie spuszczając wzroku z twarzy panny Linley-Kirow.

– Jesteś pewien? Nie masz większej zarazy niż rozjątrzona baba...

– Dziękuję, przyjacielu – uciął Dymitr. – Zrobiłeś nawet za dużo, żeby mnie ostrzec. – Odczekawszy, aż służący zniknie za drzwiami, przysiadł na brzegu biurka.

Skrzywił się, kiedy Emma powiodła zaciekawionym spojrzeniem po jego szytym na miarę brązowym surducie, kremowej kamizelce z satyny i finezyjnie zawiązanym fularze z brylantową szpilką. Najwyraźniej spodziewała się zobaczyć dzikusa w łachmanach, a nie mężczyznę o wyrafinowanym guście, który mógł bez trudu uchodzić za wytwornego dżentelmena nawet w najświetniejszych domach, mimo że nie był nim z urodzenia.

– Pewne mądre powiedzenie mówi, że kiedy się podsłuchuje, raczej nie słyszy się pochlebnych opinii na swój temat – stwierdził z przyganą.

– Nie dbam o to, co pan o mnie myśli, panie Tipow.

– Dymitr – poprawił stanowczo.

– Słucham?

– Jak sama była pani łaskawa zauważyć, brak mi ogłady, możemy zatem darować sobie konwenanse.

Proszę zwracać się do mnie po imieniu.

Emma zacisnęła wargi. Dymitr pomyślał, że zadziorna panna nie znosi, gdy ktoś jej rozkazuje, albo nie ma ochoty się z nim spoufalać. Jedno z dwojga, lecz trudno mu było rozsądzić.

– Skoro pan... skoro nalegasz – przystała w końcu niechętnie.

– Owszem, nalegam.

– Czy możemy przejść do rzeczy i omówić sprawę mojej siostry? Zmarnowałam już dziś dość czasu – zakończyła wyzywającym tonem Emma.

Tipow zmrużył powieki, po czym dopadł jej w nie więcej niż dwóch susach. Cofnęła się instynktownie, kiedy pochylił lekko głowę i wbił w nią natarczywy wzrok. Nareszcie udało mi się zmazać jej z twarzy ten nieznośny władczy grymas, pomyślał z niekłamaną satysfakcją, jednocześnie zadając sobie pytanie, czemu ta kobieta wzbudza w nim tak gwałtowne uczucia.

Co tu kryć, zachował się jak nieokrzesany grubianin, i wprawiło go to w niejakie osłupienie. Co się z nim dzieje, do diaska? Skąd ta popędliwość?

Zapędził ją pod ścianę i zmusił, by oparła plecy o bibliotekę. Potem uniósł ramiona i chwyciwszy po bokach półki, odciął jej jedyną drogę ucieczki.

– Sądzę, że najpierw powinniśmy przedyskutować kwestię – powiódł spojrzeniem po jej ponętnych ustach – naszych wzajemnych stosunków, Emmo.

Policzki panny Linley-Kirow objął ognisty rumieniec, lecz jej oczy ciskały gromy.

– Nie ma mowy o żadnych stosunkach! – zaprotestowała. – Niefortunny splot okoliczności zmusił nas, byśmy na jakiś czas połączyli siły, ot i wszystko.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com