Zakazana historia 2 - Leszek Pietrzak - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Penelopa Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 233 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zakazana historia 2 - Leszek Pietrzak

Zbiór artykułów i esejów znanego historyka dr Leszka Pietrzaka, wieloletniego pracownika Urzędu Ochrony Państwa, IPN, a później Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Wszystkie tematy poruszane na łamach książki łączy jedna rzecz: są albo zapomniane, albo w powszechnym odczuciu kontrowersyjne. Tak kontrowersyjne, że autorzy podręczników historycznych od tych dla dzieci i młodzieży zaczynając, a na akademickich książkach kończąc wolą się nimi nie zajmować.

Opinie o ebooku Zakazana historia 2 - Leszek Pietrzak

Fragment ebooka Zakazana historia 2 - Leszek Pietrzak








Contents

  1. Wstęp
  2. Zapomniane zwycięstwo Polaków
  3. Brytyjczycy, czyli druga „rasa panów”
  4. Jak Niemcy wrabiali Polaków w mordowanie Ż
  5. Żydowscy kłamcy Holokaustu
  6. Dziadkowie z Wehrmachtu
  7. Bitwa skazana na zapomnienie
  8. Generałowie po dwu stronach Wisły
  9. Jak Gestapo i NKWD mordowały wspólnie Pola
  10. Katyńskie kłamstwo. Mit założycielski PRL
  11. Wielka bitwa Polaków
  12. Jak sowieci wbili nóż w plecy powstańcom
  13. Druga okupacja Warszawy
  14. Haniebny proces
  15. Rosyjska wojna historyczna
  16. Fikcja rehabilitacji
  17. Układ Warszawski, czyli smycz Moskwy
  18. Historia „polskiej” broni atomowej
  19. Partnerzy i podejrzani, czyli Wojskowe Słu
  20. Pałka „antyrosyjska”
  21. Polski wywiad na Bliskim Wschodzie
  22. Zapomniana opozycja
  23. Zakłamana zbrodnia
  24. Jak torpedowano śledztwo w sprawie zabójst
  25. Generał Kiszczak sterował procesem esbeków
  26. Krótka historia agenta z Polską w tle
  27. Czas walki
  28. Polska wojna Gazpromu

Wstęp

„Zakazana historia 2”, to zbiór artykułów i esejów znanego historyka dr. Leszka Pietrzaka, wieloletniego pracownika Urzędu Ochrony Państwa, IPN a później Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Wszystkie tematy poruszane na łamach książki łączy jedna rzecz: są albo zapomniane, albo w powszechnym odczuciu kontrowersyjne. Tak kontrowersyjne, że autorzy podręczników historycznych od tych dla dzieci i młodzieży zaczynając, a na akademickich książkach kończąc wolą się nimi nie zajmować. Niezależnie od znanych faktów. Tymczasem tylko prawdziwa historia jest, jak mawiali Rzymianie „nauczycielką życia”. Tylko znając i rozumiejąc przeszłość, możemy uniknąć popełniania tych samych błędów co nasi przodkowie w przyszłości. W tej książce można przeczytać coś o czym powinny się uczyć dzieci w szkołach, już od najmłodszych lat. W 1939 r. mieliśmy dwóch równie okrutnych okupantów: Niemców i Rosję Sowiecką, których tajne służby: Gestapo i NKWD urządzały sobie konferencje i planowały wspólną eksterminację Polaków. Pietrzak odsłania także kulisy jednej z najbardziej tajnych operacji niemieckich służb specjalnych rozpoczętej w 1956 r., której celem było zrzucenie części odpowiedzialności za zagładę Żydów na Polskę. W tym celu, za przyzwoleniem ówczesnych niemieckich władz rozpoczęto lansowanie w światowych mediach kłamliwego terminu „polskie obozy koncentracyjne”, na określenie niemieckich obozów zagłady. Z tej książki dowiesz się także o zakazanych tematach w najnowszej historii. Dlaczego niektórzy publicyści idziałacze żydowscy oskarżają kłamliwie Polaków o współudział w Holokauście. Jak polskie tajne służby dorabiały się na prywatyzacjach, a także o co walczy rosyjski gigant gazowy Gazprom w Polsce. Zapraszam do lektury i przemyśleń.


Zapomniane zwycięstwo Polaków

14 lutego minęła rocznica bitwy z armią bolszewików w Mostach. To starcie – mało znane nawet wśród samych Polaków – rozpoczęło wojnę polsko-bolszewicką, która nie tylko zadecydowała o losach II Rzeczypospolitej, lecz także zahamowała pochód bolszewików na Zachód. Bez zwycięstwa Polaków w 1920 r. granice sowieckiej Rosji sięgałyby z pewnością Atlantyku.

To właśnie wówczas Polacy zatrzymali ekspansję komunizmu w Europie, co nigdy nie zostało należycie docenione przez innych. Był ponury zimowy dzień 14 lutego 1919  Mosty – niewielkie miasteczko nad Niemnem, jakich wiele w tamtym rejonie. Jednak to właśnie tutaj mieszkańcy po raz pierwszy usłyszeli wymianę ognia między oddziałami polskiego wojska z grupy dowodzonej przez gen. A. Listowskiego a szpicą jednej z bolszewickich dywizji, która zaatakowała polskich „burżujów” i „ciemiężców”.

Wojna, która zmieniła losy świata

W ten sposób rozpoczęła się wojna polsko-bolszewicka, która tak naprawdę zadecydowała o losach całej Europy. Niewielka bitwa w Mostach, o charakterze raczej potyczki granicznej niż regularnego starcia, dość szybko przerodziła się w następnych miesiącach w regularną wojnę. Polacy musieli ją wygrać za wszelką cenę: stawką była świeżo odzyskana niepodległość, na którą czekali przeszło 120 lat. Jednak chyba nie do końca zdawali sobie wówczas sprawę z tego, że – broniąc z wielkim poświęceniem swojej ojczyzny – tak naprawdę ratują całą powojenną Europę.

Dla bolszewików najważniejsze było wówczas rozpalenie rewolucji na całym kontynencie. To właśnie sprawiało, że wojna była w zasadzie nieunikniona, a pokojowe ustalenie nowej granicy z sowiecką Rosją – po prostu niemożliwe.

Począwszy od grudnia 1918 r. sytuacja na wschodnich rubieżach polskiego państwa wyraźnie zmierzała ku wojnie. Bolszewicy zajęli Mińsk, Wilno, Kowno i parli dalej na Zachód. Na wschodzie stacjonowały jeszcze spore siły niemieckie, które nie zdążyły się ewakuować po podpisaniu zawieszenia broni. Pomimo zawarcia rozejmu 5 lutego 1919 r. obie strony – sowiecka i polska – sposobiły się do wojny. W dniach 9-14 lutego 1919 r. polskie oddziały obsadziły pozycje na linii Niemna. Już jednak 14 lutego 1919 r. doszło do pierwszego starcia – właśnie w Mostach. Konsekwencją bitwy było utworzenie regularnego polsko-bolszewickiego frontu na ziemiach Litwy i Białorusi. Na początku marca 1919 r. oddziały polskie podjęły ofensywę i opanowały Nowogródek, Baranowicze, Lidę i Wilno. Fiasko podjętych rozmów pokojowych było przyczyną nowej ofensywy Polaków, w wyniku której opanowano Mińsk, Bobrujsk i przekroczono linię Berezyny. W lipcu 1919 r. wojna polsko-bolszewicka rozpętała się również na Ukrainie. We wrześniu tego roku Józef Piłsudski zawarł układ z przywódcą Ukraińskiej Republiki Ludowej S. Petlurą w sprawie wspólnej walki z bolszewikami. Nie udało się J. Piłsudskiemu zawrzeć porozumienia z rosyjskim generałem armii białych A. I. Denikinem. W październiku 1919 r. przerwano działania wojenne i rozpoczęto kolejne pertraktacje z bolszewikami, najpierw w Moskwie, potem w Mikaszewiczach. Pod koniec 1919 r. pod polską kontrolą znajdowały się tereny na zachód od rzek Zbrucz, Słucz, Zwiahel, Uborć, Berezyna. W tym samym czasie spore siły sowieckie uwolnione z frontu polskiego przystąpiły do kontrofensywy i rozbiły siły Petlury i gen. Denikina.

Kolejne pertraktacje pokojowe również nie przyniosły zasadniczego przełomu w wojnie. Obie strony sposobiły się do kolejnej ofensywy. 25 kwietnia 1920 r. ruszyła nowa polska ofensywa na Ukrainie. Oddziały gen. E. Rydza-Śmigłego, wspierane przez siły ukraińskie, 7 maja 1920 r. zajęły Kijów, a 9 maja zdobyły przyczółki na Dnieprze. W drugiej połowie maja 1920 r. Sowieci rozpoczęli kontrofensywę nad Dźwiną i Berezyną oraz na Ukrainie. 5 czerwca 1920 r. sowieckie wojska Budionnego przerwały polską obronę pod Samohorodkiem, niemal odcięły polskie oddziały w Kijowie i zmusiły je do wycofania się na zachód. Posuwająca się za Polakami Armia Czerwona dotarła w sierpniu 1920 r. do Wisły i zagroziła bezpośrednio Warszawie. Sytuacja Polski była wówczas najtrudniejsza na przestrzeni całej wojny. Już wcześniej bolszewicy utworzyli w Białymstoku własny Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski i przygotowywali się do „zainstalowania” go w Warszawie. Widmo klęski państwa polskiego pukało do bram. Historia potoczyła się jednak inaczej. Bitwę warszawską stoczoną przez polskie siły 13–25 sierpnia 1920 r. uznano za prawdziwy „cud nad Wisłą”. Polacy nie tylko odparli frontalny atak wojsk bolszewickich na Warszawę, lecz także błyskawicznie przeszli do kontrofensywy znad Wieprza. Dzięki temu manewrowi siły polskie znalazły się na tyłach armii Tuchaczewskiego i zmusiły ją do odwrotu. We wrześniu 1920 r. M. N. Tuchaczewski próbował jeszcze organizować obronę na linii Niemna, jednak i tym razem został pobity. Klęskę poniosły także wojska bolszewickie na południu Polski. Po przegranych bitwach pod Komarowem i Hrubieszowem bolszewicy zostali zmuszeni do frontalnego odwrotu. Do połowy października 1920 r. Polacy osiągnęli linię: Tarnopol, Dubno, Mińsk, Dryssa.

W tej sytuacji 12 października 1920 r. podpisano układ o zawieszeniu broni i rozpoczęto negocjacje pokojowe. 18 marca 1921 r. podpisano traktat pokojowy w Rydze, ostatecznie ustalający kształt wschodniej granicy Polski. Tym samym przypieczętowano koniec wojny, której początkiem było starcie w Mostach 14 lutego 1919 r.

Polacy, pochłonięci wewnętrznymi problemami, słabo wykorzystali swój sukces w starciu z sowiecką Rosją. Propaganda wojenna nigdy nie była zresztą naszą mocną stroną. Dlatego ta wojna była – i z pewnością nadal będzie – ważna jedynie dla nas, choć w rzeczywistości uratowała zachodnie demokracje przed bolszewicką inwazją. Zauważył to tylko francuski generał Louis A. Faury, kiedy stwierdził, że „nad Wisłą i nad Niemnem szlachetny ten naród oddał ponownie światu cywilizowanemu usługę, której nie doceniono”.

Francuzi i Anglicy nie chcieli uznać, że Polacy jako pierwsi pokonali bolszewicką armię, która – gdyby nie polski sukces – z pewnością poiłaby konie nad Atlantykiem. Dla Zachodu była to „wojna karzełków, a nie olbrzymów”. Tymczasem to zwycięstwo nie było wcale gorsze od zwycięstwa Temistoklesa, Aleksandra Wielkiego, Cezara, Gustawa Adolfa, Kondeusza Wielkiego i wielu innych wybitnych wodzów. Tylko lord Edgar D’Abernon uznał za niezbędne „wytłumaczenie europejskiej opinii publicznej, że w roku 1920 Europę zbawiła Polska”.


Brytyjczycy, czyli druga „rasa panów”

Utarło się, że tylko Niemcy przed wojną byli rasistami, głoszącymi wyższość swojej rasy. Niewiele osób dziś wie, że rasizm i przekonanie o wyższości nad innymi nacjami rozwinęły się najsilniej w Wielkiej Brytanii – jako spuścizna ideologii i polityki Imperium Brytyjskiego w czasach królowej Wiktorii. Brytyjczycy nie ukrywali przekonania o swojej wyższości nad innymi narodami i rasami. Byli także pionierami eugeniki, mającej poprawić w przyszłości „jakość” człowieka.

Historia choroby

Królestwo Brytyjskie w XIX w. było najbardziej rozwiniętym cywilizacyjnie krajem świata. To tam rozwijano naukę i dokonywano przełomów w wielu ważnych dziedzinach. Ówczesne brytyjskie osiągnięcia z zakresu nauk przyrodniczych czy medycyny miały istotny wpływ na kształtowanie się wyobrażeń o człowieku. Budowane przez prawie trzysta lat imperium w drugiej połowie XIX w. zapewniło sobie niepodzielne panowanie na morzach i ocenach. Brytyjczycy dokonywali kolejnych odkryć geograficznych i stawiali swoją stopę w niepoznanych jeszcze rejonach świata. Coraz mniej było zakątków kuli ziemskiej, w którym nie mieliby swoich kolonii, protektoratów, dominiów czy zależnych od siebie terytoriów. Do imperium płynęły surowce, szlachetne kruszce, pieniądze, siła robocza, a z kolei z imperium do kolonii eksportowano brytyjską organizację i zdobycze cywilizacyjne. Na straży angielskich interesów stały wojska kolonialne dowodzone przez lorda Chelmsforda i potężna Royal Navy. Gdy w 1837 r. tron objęła królowa Wiktoria, nastał prawdziwy złoty wiek. Za jej długiego panowania (1837-1901) imperium przeżywało okres niebywałej potęgi politycznej i ekonomicznej. Było wówczas prawdziwym hegemonem świata. Ucieleśnieniem potęgi i niekwestionowanej dominacji była sama królowa Wiktoria. W czasach jej panowania mówiło się, że nad Imperium Brytyjskim słońce nigdy nie zachodzi.

Nie byłoby to możliwe bez brytyjskiej ideologii będącej zasadniczą podporą mocarstwa. W drugiej połowie XIX w. wśród mieszkańców Wysp Brytyjskich powszechne stało się przekonanie, że biała rasa jest najbardziej wartościowa na kuli ziemskiej i najbardziej rozwinięta cywilizacyjnie. Wszystkie inne rasy były przez nich postrzegane jako gorsze. W ten sposób Murzyni, Arabowie czy Hindusi stali się dla Brytyjczyków „lesser races”, czyli niższymi rasami. Przekonanie to było nadzwyczaj silne w kręgach brytyjskiej arystokracji. W pałacach i rezydencjach zawsze musiały stać białe marmurowe posągi greckie i rzymskie, które miały uosabiać ideał piękna i doskonałości przypisany tylko białej rasie. Inne rasy były postrzegane przez arystokratów nie tylko jako mniej urodziwe, lecz także podrzędne intelektualnie. W szczególności ocena ta dotyczyła rasy czarnej, uznawanej za najmniej wartościową. Właśnie z tych przyczyn brytyjska arystokracja uważała, że niższe rasy powinny być podporządkowane białej. Dla Brytyjczyków jednak biała rasa nie była czymś jednolitym – w ich mniemaniu ona również miała swoją hierarchię. Oczywiście Anglosasi byli na samym szczycie drabiny narodów. Pozostałe nacje uważano za znacznie gorzej rozwinięte i znacznie mniej zdolne do osiągnięcia cywilizacyjnego sukcesu. O ile Francuzi i Niemcy byli niżej w hierarchii białej rasy jedynie od Anglosasów, o tyle Słowianie z Europy Środkowo-Wschodniej czy rozproszeni na całym kontynencie Żydzi byli na samym dole tej drabiny. Zanim rasizm został naukowo sformułowany, jego podstawy tkwiły już w świadomości samych Brytyjczyków. Klasie rządzącej wykładano w prywatnych szkołach, że jest stworzono do rządzenia światem. Takie myślenie powodowało, że Anglosasi postrzegali siebie jako rasę nadrzędną, która nieuchronnie musi nieść „cywilizację” nacjom podrzędnym. Brytyjski sposób myślenia w dobie wiktoriańskiej został niewątpliwie wzmocniony przez naukę. Prawie wszystkie teorie brytyjskich uczonych, jakie zostały sformułowane w odniesieniu do człowieka, nobilitowały rasę białą jako wybraną przez Boga. Już w 1799 r. brytyjski lekarz Charles White (1728-1813) opublikował swoją teorię, według której Europejczyk stoi ponad innymi rasami. White konstatował: „Kto poza Europejczykiem charakteryzuje się tak szlachetnie sklepioną głową, w której zmieścić się może aż tyle substancji mózgowej?”. Problematyką ras zajmował się również Robert Knox. W opublikowanym w 1850 r. dziele „The Races of Men. A Fragment” stwierdzał, że przedstawicieli ras niższych, które nazywał „ciemnoskórymi”, nie można ucywilizować, bo nie pozwalają na to ich naturalne predyspozycje. Przyjmując takie założenie, Knox jasno stwierdzał, że ich los „jest przypieczętowany” i „wszyscy co do jednego muszą umrzeć”. Jednak dopiero w drugiej połowie XIX w. brytyjska nauka stopniowo dochodziła do uporządkowania problematyki rasowej. W 1866 r. Frederick Farrar (1831-1903) dokonał podziału wszystkich ras na ucywilizowane (aryjska i semicka), częściowo ucywilizowane (Chińczycy – zahamowani w rozwoju) i rasy dzikie, które zawsze żyły w niewiedzy i nędzy. Do tej ostatniej kategorii zaliczył m.in. Indian i Murzynów. Do prawdziwego uzasadnienia ideologii o najlepszej brytyjskiej rasie posłużyły teorie naukowe Herberta Spencera (1820-1903) i Karola Darwina (1809-1882), twórców ewolucjonizmu – teorii przyjmującej założenie zmienności postępowego rozwoju całej rzeczywistości, tak przyrodniczej, jak i społecznej, oraz wszystkich dziedzin życia i postępowania. Teoria ewolucji sformułowana w 1858 r. przez brytyjskiego przyrodnika Karola Darwina mówiła, że pewne gatunki w przyrodzie są w stanie przeżyć dzięki większym zdolnościom adaptacyjnym i większej sprawności fizycznej. Ta koncepcja oraz poglądy społeczne i polityczne Darwina posłużyły jako uzasadnienie tezy o wyższości „brytyjskiej rasy”. Sam Darwin dostrzegał wyższość cywilizacji europejskiej i uważał, że brytyjski kolonializm przyczynia się do rozpowszechnienia jej wartości. Sądził również, że eksterminacja dzikich plemion przez Imperium Brytyjskie jest nieuniknioną koniecznością dziejów. A zatem w świetle przekonań Darwina „tępienie” ludności tubylczej w brytyjskich koloniach przestawało być już zbrodnią, a mogło być jedynie nieuniknionym efektem ubocznym postępu, rozumianego jako ewolucja gatunku ludzkiego. Brytyjski imperializm jest zaś biologicznie koniecznym procesem, który – zgodnie z prawami natury – prowadzi do nieuniknionej zagłady ras niższych. W podobnym duchu rozumował Herbert Spencer, który uważał, że instytucje społeczne, tak jak rośliny i zwierzęta, przystosowują się w sposób pozytywny do swojego środowiska. Przyjął też darwinowski pogląd, że w świecie społecznym zachodzi proces doboru naturalnego. W swoich filozoficznych rozważaniach stwierdzał, że przetrwają tylko „społeczeństwa najlepiej dostosowane”, a pozostałe powinny wymrzeć. Dla gorących wyznawców jego teorii w Imperium Brytyjskim było oczywistym, że właśnie Anglosasi mają najlepsze predyspozycje do supremacji, ponieważ natura obdarzyła ich większą odpornością i sprawnością – i dlatego powinni przejąć kontrolę nad tymi grupami, które są z natury słabsze. To wtedy Brytyjczycy zaczęli coraz bardziej nabierać pewności, że nawet nauka uważa ich za istoty wyższe w stosunku do ludów i ras kolonizowanych. Dość szybko teorie Darwina stały się naukowym usprawiedliwieniem rasizmu. Wielu brytyjskich naukowców zastanawiało się również, co zrobić, aby udoskonalić brytyjską rasę. Jednym z nich był kuzyn Darwina Francis Galton (1822-1911), który dowodził, że istnieje możliwość dziedziczenia moralnych i umysłowych cech u ludzi w wyniku odpowiedniego doboru naturalnego. Swoimi teoriami Galton chciał po prostu zachęcić Brytyjczyków, aby zawierali małżeństwa wewnątrz swojej rasy. W 1883 r. Galton nazwał swoje teorie eugeniką, która – jak przekonywał – miała pomóc w doskonaleniu brytyjskiego społeczeństwa w przyszłości. Ani Darwin, ani Galton nie potrafili jednak przewidzieć tragicznych dla świata skutków swoich teorii.

Brytyjski rasizm w praktyce

Rasizm stał się jednym z najważniejszych elementów anglosaskiej ideologii imperialnej. Był obecny w retoryce administracji kolonialnej, w polityce zagranicznej imperium i w brytyjskiej opinii publicznej. Był także obecny w brytyjskiej sztuce i literaturze. Zwłaszcza ta ostatnia dostarczała wielu przykładów brytyjskiego rasizmu. Największy pisarz wiktoriańskiej Anglii i późniejszy noblista Joseph Rudyard Kipling (1865-1936) zapisał znamienną myśl: „Dźwignij brzemię białego człowieka, wyślij najlepszych synów swej rasy, aby służyli na trudnym posterunku ludom niespokojnym, dzikim posępnym diabłom i dzieciom na poły!”. Czytając Kiplinga, Brytyjczycy znajdowali kolejne potwierdzenie, że Wielkiej Brytanii pisane jest władanie światem i niesienie cywilizacji ciemnym i prostym ludom, nazywanym przez pisarza „pół-diabłami, pół-dziećmi”. A zatem rasizm mógł skutecznie uzasadniać „zachodnią misję cywilizacyjną” i legitymizować kolonialne panowanie. Większość Brytyjczyków, nawet tych z niższych klas społecznych, wierzyła głęboko, że eksterminowane w brytyjskich koloniach ludy stanowią niższą rasę, która tak czy owak jest skazana na zagładę. Ten sposób myślenia stanowił dobrą glebę do prowadzonej polityki ludobójstwa i niebywałych okrucieństw w koloniach afrykańskich i innych rejonach brytyjskiej dominacji. Opisy przedstawicieli innych nacji prawie zawsze miały rasistowski charakter. Na początku XX w. jeden z opisów australijskiego Aborygena brzmiał następująco: „jego pochodzenie i historia giną w mrokach przeszłości. Nie posiada on żadnych pisanych źródeł i zna niewiele ustnych przekazów. Z wyglądu jest nagim owłosionym dzikusem, a jego twarz ma niekiedy wyraźnie żydowskie rysy. O ile wiadomo, nigdy się nie myje. Nie posiada na własność ziemi, prócz tej, której ślady nosi na własnym ciele, nie czyniąc przy tym większych starań, aby to ukryć. Nie wie, co to religia. Nie ma żadnych tradycji, mimo to pielęgnuje […] pewne odstręczające praktyki i obrzędy, które przejął od swoich przodków, nie zdając sobie sprawy z ich źródła iprzeznaczenia”.

Rasistowski duch panował również w brytyjskiej armii. Był on wynoszony z brytyjskich akademii wojskowych i upowszechniany wśród zwykłych żołnierzy. To sprawiało, że brytyjskie wojska kolonialne i ich dowódcy zachowywali się potem wobec tubylców z nieznaną wcześniej bezwzględnością i okrucieństwem. Zasłynął z tego w szczególności gen. Horatio Herbert Kitchener, który w 1898 r. stanął na czele brytyjskiej ekspedycji wojskowej, mającej stłumić powstanie Mahdiego w afrykańskim Sudanie. Po zwycięstwie nad rebeliantami w bitwie pod Omdurmanem, Kitchener zabronił pomocy rannym jeńcom, a wielu z nich kazał rozstrzelać. Na jego rozkaz sprofanowano również grób wodza powstańców – Mahdiego – aby Kitchener mógł szczycić się jego głową jako zdobyczą wojenną. Nie inaczej postępowały zresztą brytyjskie wojska kolonialne podczas drugiej wojny burskiej (1899-1902) toczonej z burskimi republikami Transwalu i Oranii. W czasie tej wojny Brytyjczycy zorganizowali pierwsze na świecie obozy koncentracyjne, w których internowali burską ludność cywilną z obszarów objętych walkami partyzanckimi. Kilkadziesiąt lat później brytyjskie doświadczenia w tym zakresie wykorzystano w nazistowskich Niemczech. W czasach eksterminacji w południowej Afryce wyrosło całe pokolenie późniejszych angielskich polityków: Arthurem Belfourem, Haroldem Lothermeere, Lloydem George’em i Winstonem Churchillem. Żaden z nich nigdy nie ukrywał swojej niechęci wobec innych ras. Churchill zapytywał wręcz retorycznie: „dlaczego my Anglosasi mamy przepraszać za to, że jesteśmy wyższą rasą? Jesteśmy wyższą rasą!”. Narastający rasizm zaowocował także wieloma pomysłami organizacyjnymi, których celem miało być uporządkowanie sytuacji rasowej w rozległym imperium. Jednym z nich był utworzenie Towarzystwa Higieny Rasy, którego prezesem został syn Darwina – Charles Darwin. Należało do niego wiele wpływowych osobistości.

Po II wojnie światowej, w czasie której – w imię wyższości własnej rasy – Niemcy przeprowadzili eksterminację dziesiątków milionów ludzi, rasizm stał się „niemodny”. Odejście od tej ideologii doprowadziło do dekolonizacji i rozpadu Imperium Brytyjskiego. Inaczej być nie mogło, bo tylko ideologia rasistowska mogła być usprawiedliwieniem okupowania i drenowania kolonii przez Brytyjczyków.


Jak Niemcy wrabiali Polaków w mordowanie Żydów

Na początku 1956 r. Alfred Benzinger, były nazista, a zarazem szef supertajnej komórki zachodnioniemieckiej służby kontrwywiadowczej „Agencja 114”, wpadł na pomysł, jak zmniejszyć odium ciążące na Niemcach za wojnę i Holokaust Żydów. Benzinger (zwany „Grubasem”) zaproponował, aby rozpocząć w mediach propagowanie terminu: „polskie obozy koncentracyjne” w odniesieniu do niemieckich obozów zagłady na terytorium Polski. „Odrobina fałszu w historii, po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę” – przekonywał. Plan zyskał wysoką ocenę i akceptację Reinharda Gehlena, szefa zachodnioniemieckiego wywiadu (nazywanego wówczas Organizacją Gehlena). Rozpoczęta wówczas operacja zrzucania winy na Polaków odniosła sukces, o którym nie marzył twórca. Tylko w 2011 r. trzy wysokonakładowe niemieckie gazety użyły sformułowania „polski obóz koncentracyjny”. Na świecie było kilkadziesiąt takich przypadków.

Esesmani do zadań specjalnych

Agencja 114 była jedną z najbardziej tajnych komórek wywiadu. Głównie, dlatego, że zajmowała się rozpracowywaniem radzieckich agentów. Do tych celów Benzinger potrzebował sprawdzonych i pewnych ludzi. Dlatego zatrudniał praktycznie wyłącznie byłych członków Gestapo, SS i SD, w tym zbrodniarzy wojennych takich jak Konrad Fiebig, oskarżony o mord 11 tysięcy białoruskich Żydów, czy Walter Kurreck ze szwadronu śmierci SS Einsatzgruppe D, odpowiedzialny za dziesiątki tysięcy mordów na wschodzie. Kiedy w latach 50. brytyjska prasa napisała o „Gestapo boys” zatrudnianych przez niemiecki wywiad, o sprawie został szczegółowo poinformowany kanclerz Adenauer. 1 grudnia 1953 r. Gehlen przedstawił raport komisji ds. bezpieczeństwa Bundestagu. Poinformował, że 40 jego pracowników ma za sobą przeszłość w Służbie Bezpieczeństwa Reichsführera SS. Dyskretnie przemilczał fakt, że stworzył całą armię swoich tajnych współpracowników rekrutujących się z byłych zbrodniarzy, w tym tak „wybitnych” jak szef Gestapo w Lyonie i SS-Hauptsturmführer Klaus Barbie, znany jako „Kat z Lyonu”, który został w 1947 r. zaocznie skazany we Francji na karę śmierci. Jako Klaus Altaman został zwerbowany przez wywiad Gehlena (nadano mu pseudonim „Adler”, nr rejestracyjny V-43118). Altaman dostarczał ważnych informacji o sytuacji politycznej w Ameryce Południowej. Wszyscy współpracownicy byli oceniani przez Gehlena jako „zdecydowani antykomuniści” o „rdzennie niemieckim światopoglądzie”.

Geniusze public relations

Pod koniec lat 50. zespół tych wybitnych fachowców stanął przed trudnym zadaniem poprawy wizerunku Niemiec. Stawką było nie tylko dobre imię nowego państwa, lecz także pieniądze. Na przykład przez pewien czas w krajach dotkniętych wojną nikt nie chciał kupować niemieckich towarów.

Gehlen i jego ludzie zastanawiali się, jakie działania propagandowe podjąć, aby temu zaradzić. Opracowanie planu (dziś użylibyśmy sformułowania kampanii reklamowej) Gehlen polecił swoim najbardziej zaufanym ludziom, pracownikom Agencji 114. To oni pod kierownictwem Benzingera, czyli „Grubasa”, opracowali koncepcję, aby posłużyć się semantyczną manipulacją i wprowadzić do obiegu medialnego termin „polskie obozy zagłady”. Zarzuty o manipulację postanowiono odpierać tłumaczeniem, że taki właśnie termin jest skrótem odnoszącym się do hitlerowskich obozów zagłady w Polsce. W rzeczywistości jednak termin „polski obóz koncentracyjny” subtelnie zmieniał ofiary, w tym wypadku Polaków, w oprawców.

Początkowo pojęciem tym zaczęły posługiwać się opiniotwórcze niemieckie media: głównie gazety i stacje telewizyjne (w tym celu szeroko wykorzystywano agenturę w tych środowiskach). Dość szybko termin przeniesiono do USA. Władze komunistycznego PRL nie przywiązywały do tej sprawy większej wagi. Uznały, że jest to jedynie przejaw imperialistycznej propagandy. Unormowanie stosunków polsko-niemieckich w 1970 r. zepchnęło problem semantycznego kłamstwa ludzi Gehlena na dalszy plan. Tymczasem operacja odniosła niebywały sukces, a kłamstwo rzucone przez byłych esesmanów było coraz częściej powtarzane.

Pożyteczne kłamstwo

Sprawa „polskich obozów koncentracyjnych” wróciła z nową siłą, gdy w 1989 r. Polska odzyskała niepodległość. Miało to w znacznej mierze związek z problemem restytucji mienia zrabowanego przez komunistów, które w dużej części należało do Żydów zamieszkałych kiedyś w Polsce (lub ich krewnych). Relacjonując problem, amerykańskie media zaczęły ponownie operować terminem stworzonym przez ludzi Gehlena. Od tej pory wszedł na trwałe do obiegu informacyjnego. W ostatnich latach według polskiego MSZ termin „polskich obozów koncentracyjnych” został użyty kilkaset razy w zagranicznych mediach i stacjach telewizyjnych. Szczególnie często stosowano go w odniesieniu do nazistowskiego obozu Auschwitz-Birkenau. Jednostkowe interwencje polskich placówek dyplomatycznych nie odnoszą pożądanego skutku. Ich skuteczność można porównać do zwalczania komarów przy pomocy kapcia: można liczyć na pojedyncze sukcesy, ale wojny w ten sposób się nie wygra. Największym polskim sukcesem w tej sprawie był fakt, że w 2007 r. kwestią zajęła się ONZ i zmieniono nazwę obozu Auschwitz na „Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady (1940–45)”.

Propagandowego sukcesu pozazdrościli najlepsi spece od dezinformacji na świecie – Rosjanie. 24 maja 2011 r. rosyjska telewizja publiczna ORT w głównym wydaniu wiadomości pokazała reportaż na temat „polskich obozów koncentracyjnych”, w których zgładzono rzekomo 30 tysięcy jeńców sowieckich z czasu wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Cel akcji Rosjan jest jasny: tak często powtarzać termin „polskie obozy koncentracyjne”, aż uzyska się międzynarodowy rezonans. Opinia międzynarodowa, a zwłaszcza operujące terminem polskich obozów koncentracyjnych media światowe nie zauważą różnicy pomiędzy obozami jeńców sowieckich z lat 20. (których nikt nie mordował) i niemieckimi obozami koncentracyjnymi w Polsce w czasie II wojny światowej. Wszystkie staną się „polskimi obozami koncentracyjnymi” albo „polskimi obozami śmierci”, a to skutecznie popsuje wizerunek Polski w świecie. Zwłaszcza że dla młodych ludzi na całym świecie cała prawda o II wojnie światowej ogranicza się do kilku zdań z Twittera i innych stron internetowych, a te najczęściej mówią o „polskich obozach koncentracyjnych”.


Żydowscy kłamcy Holokaustu

Od kilku dziesięcioleci część środowisk żydowskich, zamiast upowszechniania rzetelnej wiedzy o holocauście, wykorzystuje Zagładę do kreowania fałszywego wizerunku Polski i Polaków.

W izraelskich mediach ukazuje się coraz więcej publikacji, które przypisują Polakom współudział w hitlerowskiej zagładzie Żydów. Co chwila powraca kłamliwy termin „polskie obozy zagłady”. Tylko ostatnio pojawił się, bez żadnej krytycznej reakcji na stronie www.ourjeruselem.com. Ironią losu jest, że termin wymyślili byli naziści, pracujący dla służb specjalnych zachodnich Niemiec w połowie lat 50. Posługiwanie się tego typu określeniami ma kreować konkretną świadomość Holokaustu, zwłaszcza wśród młodego pokolenia Izraelczyków. Obecność współwiny Polaków za Holokaust w zbiorowej świadomości ułatwia części środowisk żydowskich zgłaszanie materialnych roszczeń wobec Polski.

Jakie ta polityka przynosi skutki, widzieliśmy w połowie 2011 r. Izraelczyk grający w Wiśle Kraków publicznie przyznał, że chciałby grać w narodowej drużynie Polski. „Chce reprezentować kraj, w którym przed siedemdziesięciu laty większość jego obywateli dokonała mordu na jego dziadku i babci, i w ogóle na społeczności, kraj, który będzie nam przypominał hańbę światową” – pisał jeden z publicystów. „Odrzucić patriotyzm? Reprezentować kraj, na którego ziemi zginęły miliony Żydów i który do dziś zmaga się z antysemityzmem? Powinien to przemyśleć dwa razy” – dodał znany izraelski trener. Polskie władze w żaden sposób oficjalnie nie zaprotestowały.

Gdy w lutym 2011 r. szef polskiego MSZ Radosław Sikorski udzielił wywiadu opiniotwórczej izraelskiej gazecie „Haaretz”, nic nie wskazywało, że przyciągnie to jakiekolwiek zainteresowanie. Sikorski unikał jak mógł drażliwych kwestii i podkreślał jedynie pozytywne aspekty polsko-żydowskiej przeszłości. Prowadzącemu wywiad Adarowi Primorowi nie udało się także wciągnąć polskiego ministra do dyskusji wokół niedawnej książki Tomasza Grossa „Złote żniwa” i sformułowanych w niej oskarżeń pod adresem polskiego społeczeństwa. Jednak wywiad z Sikorskim od razu spotkał się z ogromną ilością komentarzy izraelskich internautów. Wszystkie z nich miały jeden wspólny mianownik: przypisywały Polsce i Polakom udział w mordowaniu Żydów zamieszkałych w Polsce, a nawet mianowały Polaków największymi pomocnikami nazistów w zagładzie. Komentarze internautów były próbką świadomości historycznej młodego pokolenia Izraelczyków, która nie wyrosła w próżni i musiała zostać przez kogoś świadomie ukształtowana.

Młodzi Izraelczycy już w szkole średniej aktywnie uczestniczą w programach edukacyjnych poświęconych Holokaustowi, jakie są realizowane w izraelskich szkołach. W ich ramach odbywają się wycieczki do Polski, w czasie których młodzież poznaje miejsca zagłady Żydów. Stałym elementem jest udział w Marszu Żywych, w trakcie którego demonstrują swój patriotyzm. Izraelczycy w czasie uczestniczenia w tych programach otrzymują wyselekcjonowaną wiedzę, która ma doprowadzić ich do samodzielnej – ale założonej z góry – interpretacji wydarzeń przed siedemdziesięciu lat. Programy te wyposażono bowiem w odpowiednio dobraną literaturę, która ma miedzy innymi pomóc zrozumieć polski udział w holocauście. Nauczyciele izraelskich szkół dbają o jej właściwy dobór. „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego czy „Urywki. Z dzieciństwa 1939-1948” Binjamina Wilkomirskiego należą do klasyki literatury Holokaustu, a książki obydwu autorów wymieniane są w jednym rzędzie z dziełami Primo Leviego, Eli Wiesela, czy Imre Kertesema. „Malowany ptak” Kosińskiego stał się w ogóle jedną z najważniejszych pozycji na zajęciach poświęconych tematyce Holokaustu. Jest traktowany niemal jak dokument historyczny na temat Zagłady. Dla młodych Izraelczyków ta książka stanowi też ważne źródło wiedzy o „Polsce pod okupacją niemiecką”. Obraz Polaka, jaki został w niej naszkicowany, to obraz psychopaty wyrażającego radość z powodu gazowania i palenia Żydów. Według autora, dla polskiego chłopa Holokaust jest jedynie karą Boga za zabicie Jezusa przez Żydów oraz za mordowanie chrześcijańskich niemowląt i picie ich krwi. Skrytym marzeniem każdego Polaka jest przyłączenie się do Niemców i wymordowanie wspólnie z nimi wszystkich Żydów. Ale nie są to tylko marzenia. Kosiński opisuje wiele historii, które pokazują, jak polski chłop morduje Żydów i wyładowuje na nich swoją nienawiść. Na pewno u młodych Izraelczyków opisy zachowań Polaków wywołują szok. Nie inaczej wygląda naród polski naszkicowany w „Urywkach” Wilkomirskiego. Tutaj również Polacy nienawidzą Żydów i nie mogą wybaczyć tym nielicznym, że przeżyli Zagładę. Opis okrucieństw jest tak drastyczny, że czytającemu „Urywki” przewraca się w żołądku. To na pewno dodatkowo potęguje odbiór Polaków jako współodpowiedzialnych za niebywałe w historii okrucieństwa na Żydach.

Książki Kosińskiego i Wilkomirskiego pokazują podobną historię, z tym, że obie z nich są literacką fikcją. Konfabulacje Wilomirskiego zostały ośmieszone, bo okazało się, że autor nie tylko nie przeżył Holokaustu, lecz nawet nie był Żydem. I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie fakt, że te książki nadal uchodzą za najlepszą literaturę faktu na temat Holokaustu. I właśnie to sprawia, że skutecznie serwują młodym Izraelczykom oszustwo na temat Polski i Polaków i wytwarzają u nich przekonanie o polskiej odpowiedzialności za Holokaust. Ale według twórców programów edukacyjnych na temat Zagłady najważniejsze jest, że „Malowany ptak” i „Okruchy” napisane zostały „z wielką szczerością i wrażliwością” i właśnie dlatego najlepiej nadają się do edukacji młodego pokolenia.

Młode pokolenie Izraelczyków czerpie wiedzę o Holokauście także z izraelskiej prasy i internetu. A w tych mediach bardzo często, kiedy jest mowa o Holokauście, pojawia się nieodłączny element polskiej odpowiedzialności: Polacy byli najlepszymi pomocnikami Hitlera, chcieli rozwiązania kwestii żydowskiej, zanim Niemcy napadły na Polskę. Krótko mówiąc: Polska jawi się jako kraj współodpowiedzialny za Holokaust. Z tego powodu w naturalny sposób pojawia się przekonanie, że Polska to naprawdę wrogi Żydom kraj, i to prawie od zawsze. Trzeba zachowywać nieustanną ostrożność względem Polaków, bo oni zawsze byli antysemitami i dzisiaj nadal nimi są. Przecież wszyscy na świecie o tym wiedzą.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.