Zagubiony klejnot - Scott Mariani - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 457 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zagubiony klejnot - Scott Mariani

[color=black][font=Andika]Śmiertelnie niebezpieczny spisek, zawrotne tempo akcji i bohater dręczony wyrzutami sumienia…[/font][/color]

[color=black][font=Andika]Jadąc do mieszkającego we Włoszech przyjaciela z wojska, Ben omal nie przejechał chłopca, który wbiegł na jezdnię tuż przed samochodem. To z pozoru błahe zdarzenie okazało się początkiem kolejnej, wyjątkowo niebezpiecznej misji.[/font][/color]

[color=black][font=Andika]Wkrótce potem chłopiec i jego matka stali się ofiarami napadu na galerię, a Ben postanowił włączyć się w śledztwo. Czy zrabowana, niereprezentująca dużej wartości rynkowej rycina Goi mogła rzeczywiście być jedynym powodem zbrodni?[/font][/color]

[color=black][font=Andika]Niesłusznie oskarżony o morderstwo, Ben musi uciekać przed włoskimi stróżami prawa. Czasu na rozwiązanie zagadki ma jednak coraz mniej…[/font][/color]

Scott Mariani, mistrz powieści sensacyjnych, jest porównywany do Dana Browna i Roberta Ludluma, a bohater jego książek, były komandos SAS Ben Hope, to młodszy brat Jasona Bourne’a.

Opinie o ebooku Zagubiony klejnot - Scott Mariani

Fragment ebooka Zagubiony klejnot - Scott Mariani















SCOTT MARIANI

ZAGUBIONY
KLEJNOT


Tytuł oryginału: The Lost Relic

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Lech Staszkiel

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Orzeszek-Szmytko

Fotografia na okładce

© Mark Owen/Trevillion Images

Originally published in the English language by HarperCollins

Publishers Ltd. under the title The Lost Relic

© Scott Mariani 2011

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Wojciech Jędruszek

ISBN 978-83-7758-727-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Dla Noaha Lukemana


Podziękowania

Mam ogromny dług wdzięczności wobec contessy M. Manzini, której barwne opowieści o Włoszech lat dwudziestych minionego wieku bardzo przybliżyły mi realia tamtej epoki. Chciałbym wyrazić uznanie dla Tima Boswella za fachowe informacje o działalności SOCA i innych służb specjalnych. Dziękuję też wszystkim innym osobom, które przyczyniły się do powstania tej książki.


Prolog

Włochy
październik 1986 roku

Stara kobieta już od wielu lat mieszkała sama w dużej wiejskiej rezydencji koło Ceseny na południu Włoch. Wieczory zazwyczaj spędzała w pracowni, otoczona cennymi malowidłami i pięknymi przedmiotami. Tej nocy kończyła obraz, który uważała za najlepszy, jaki dotychczas wyszedł spod jej pędzla.

Nie wiedziała, że dzieło to miało być jej ostatnim.

Minęła dziesiąta. Myślała właśnie o położeniu się do łóżka, gdy usłyszała brzęk tłuczonego szkła. W chwilę później do pracowni wpadło sześciu uzbrojonych mężczyzn. Złapali ją i brutalnie rzucili na krzesło, a jeden z nich przystawił do jej głowy pistolet. Zauważyła, że ubrany w garnitur barczysty herszt napastników ma złamany nos i przystrzyżone na jeża siwiejące włosy.

Mówił z akcentem, którego nie słyszała od czasów, gdy była piękna i młoda.

– Gdzie to jest? – wykrzykiwał raz za razem mężczyzna w garniturze. Nachylał się nad nią tak bardzo, że niemal mogła wyczuć bijącą z jego twarzy furię. Odpowiadała, że nie wie. Że nigdy tego nie posiadała, nawet nie widziała tego na oczy.

W końcu ją puścili. Nie mogąc złapać tchu, osunęła się na podłogę, a jej ciałem wstrząsnęły konwulsje. Przyciskając dłonie do piersi, próbowała uspokoić oszalałe ze strachu, odmawiające posłuszeństwa serce. Intruzi przetrząsali dom. Robili to z pasją, jakiej nie widziała przez całe siedemdziesiąt osiem lat swojego życia.

Gdy w końcu zorientowali się, że ich wysiłki są bezcelowe, kobieta już nie żyła.

W ręce napastników wpadł pożółkły od starości pamiętnik sprzed sześćdziesięciu lat. Przeglądali go gorączkowo, chciwie wpatrując się w wyblakłe linijki eleganckiego pisma.

Mina starszego mężczyzny w garniturze mówiła wszystko. Poszukiwania dopiero się zaczęły.


Rozdział pierwszy

Zachodnia Gruzja
250 kilometrów od granicy z Rosją
Obecnie

Podmuch ciepłego wrześniowego wiatru poruszył lekko wierzchołkami sosen rosnących w wąwozie. Słodko pachniała żywica, słońce późnego poranka odbijało się od dalekich, pokrytych śniegiem szczytów gór. Wysunąwszy się z lasu, samica rysia ostrożnie podeszła do strumienia. Nie spuszczała z oczu potomstwa baraszkującego w wysokiej trawie.

Nachylona nad chłodną wodą, nagle zesztywniała. Do jej uszu, zakończonych pędzelkami sierści, dotarł nieznany, szybko narastający dźwięk. Zmysły ostrzegły ją przed niebezpieczeństwem i cofnęła się gwałtownie. Wyczuwszy niepokój matki, młode ruszyły w jej kierunku.

Po chwili nad nimi rozległ się ogłuszający hałas. Przerażone zwierzęta skoczyły w głąb lasu w poszukiwaniu schronienia. Dwie ogromne ciemne sylwetki przemknęły po niebie, a dotychczasowy spokój wąwozu prysł jak bańka mydlana. Tak samo nagle, jak się pojawiły, czarne potwory zniknęły.

Tego dnia rysie nie były najgroźniejszymi drapieżnikami, jakie wyruszyły na łowy.

Cztery kilometry dalej, na skalistym wzgórzu za lasem, stał szałas. Na chropowatych kamiennych blokach, z których był zbudowany, czas wyraźnie odcisnął swoje piętno. Sto lat temu, może nawet dwieście, szałas dawał schronienie miejscowym rolnikom lub pasterzom, teraz jednak, i to już od dawna, nikt go nie odwiedzał. Dopiero dzisiaj rano przypomniano sobie o jego istnieniu.

W pozbawionym okien wnętrzu było ciemno i chłodno. Jedynymi sprzętami były trzy drewniane krzesła, ustawione rzędem i prowizorycznie przymocowane do ziemi. Na krzesłach siedziało trzech mężczyzn. Oddychali cicho, żaden z nich się nie odzywał. Choć znali się dobrze, wszystkie tematy do rozmowy już dawno wyczerpali. Wiedzieli, że słowa nic nie zmienią i że nawet gdyby udało im się ściągnąć kaptury z głów czy wyplątać ze sznurów, którymi byli przywiązani do krzeseł, to i tak nie sforsują drzwi zabezpieczonych grubym łańcuchem. Ucieczka była niemożliwa.

Czekali na nieuniknione, każdy z nich zatopiony w swoim świecie. Zrezygnowani, milczący, pogodzeni z losem. Myśleli o żonach i dziewczynach, których już nigdy nie zobaczą, wspominali wspólnie spędzone szczęśliwe chwile. Mieli świadomość, że ich dotychczasowe życie było udane. Wiedzieli też, że dobra passa musi się kiedyś skończyć i że dla nich ten moment właśnie nadszedł. W świecie, który sobie wybrali, tak się działo, nie inaczej.

Mieli nadzieję, że śmierć nie każe czekać na siebie zbyt długo. Było to ich jedyne życzenie.

Para szturmowych śmigłowców Ka-50, nazywanych „Czarnymi Rekinami”, wykonywała swoją misję. Ukryci za lustrzanymi wizjerami piloci spokojnie przyglądali się odczytom instrumentów pomiarowych i przygotowywali do strzału przymocowane pod kadłubami wyrzutnie rakiet. Laserowy system naprowadzania znalazł poszukiwany cel, na monitorach pojawił się kamienny szałas. Mimo odległości dwóch kilometrów obraz był tak ostry, że można było policzyć ogniwa łańcucha, którym były zamknięte drzwi. Piloci odbezpieczyli wyrzutnie.

Baza milczała, więc operacja mogła się odbyć zgodnie z planem.

Odrzut wystrzałów szarpnął kadłubami śmigłowców. Przeciwpancerne rakiety Wichr miały trzy metry długości i ważyły po czterdzieści pięć kilogramów, w locie osiągały ponaddźwiękową szybkość sześciuset metrów na sekundę, a w cel uderzały ze śmiertelną dokładnością. Pociski pomknęły w kierunku kępy drzew, przez trzy długie sekundy zostawiając na błękitnym niebie smugi białej pary. Oślepiające błyski i wybuchy czterech głowic nastąpiły prawie jednocześnie. W jednej chwili szałas i jego lokatorzy stali się chmurą szczątków wirujących w powietrzu.

Piloci Czarnych Rekinów nadlecieli bliżej i ostrzelali ruiny szałasu z działek 30 mm umocowanych pod kadłubami. Z praktycznego punktu widzenia było to całkowicie zbędne, lecz ponieważ szef chciał pokazu siły, piloci posłusznie spełnili jego życzenie. Grad pocisków jak stalowy młot ponownie uderzył w cel, rozbijając wszystko na strzępy. Śmigłowce przemknęły nad zgliszczami, podmuch ich wirników zakręcił unoszącymi się w powietrzu obłokami pyłu. Miejsce, gdzie jeszcze niedawno stał stary kamienny szałas, przypominało zaorane pole.

Resztkami ludzkich ciał zajęły się zwierzęta.


Rozdział drugi

Siedzący za przyciemnionymi kuloodpornymi szybami terenówki Humvee mężczyzna z uśmiechem zadowolenia obserwował pnący się w niebo słup dymu po drugiej stronie doliny. Odłożywszy lornetkę na bok, zmrużył oczy przed słońcem i odprowadził wzrokiem śmigłowce wracające do bazy, o istnieniu której wiedzieli tylko nieliczni.

Pracownicy i znajomi Grigorija Szykowa zwali go „Carem”. Mimo swoich siedemdziesięciu czterech lat i siwych włosów stary człowiek był twardy jak hartowana stal. W ciągu pół wieku pracy w branży niezmiennie wyznawał dwie zasady: kierować się zdrowym rozsądkiem i dbać o szczegóły. Lubił też porządek. Właśnie usunął trzech ludzi z powierzchni ziemi, bo weszli na nie swoje terytorium.

Obrócił się do siedzącego na tylnym fotelu operatora kamery.

– Nagrałeś to?

– Od początku do końca, szefie.

Szykow skinął głową z satysfakcją. Ostatni klienci byli wyjątkowo wymagający i trudno im było czymkolwiek zaimponować, ale te materiały powinny ich przekonać. Nie miał wątpliwości, że gdy nowe zabawki trafią do ich rąk, znajdą natychmiastowe zastosowanie. Negocjowanie kontraktu wchodziło w decydującą fazę, sukces był na wyciągnięcie ręki, a każdy argument miał cenę złota.

– Okay, w drogę – rzucił do kierowcy. Usłyszawszy dzwonek telefonu, wsunął rękę do kieszeni. Ze względów bezpieczeństwa zmieniał komórki co kilka dni. Ostatnie modele w ogóle mu nie odpowiadały, bo były za małe dla jego szerokich dłoni i grubych palców. Nacisnął klawisz odbioru, mruknął coś na powitanie. Tradycyjnie, rozmowy przez telefon ograniczał do niezbędnego minimum. Wysłuchiwał, co inni mieli mu do powiedzenia, sam najczęściej nie mówił nic. Przyzwyczajeni do takiej formy komunikacji pracownicy wiedzieli też, że Car prawie nie śpi, w ogóle nie mruga i nigdy nie zwleka z podejmowaniem decyzji. Nie dręczyły go wyrzuty sumienia, bo ich nie miał. Będąc – i to od wielu lat – najważniejszą osobą w tym najtrudniejszym biznesie na świecie, nie zamierzał ze swojej pozycji zrezygnować. Choć jego przeciwnicy niejednokrotnie próbowali tę sytuację zmienić, Car pozostawał nieuchwytny i niepokonany.

W trzymanej przy uchu komórce Szykow nie usłyszał głosu, którego oczekiwał, i w pierwszym odruchu natychmiast chciał się rozłączyć. Ale nie zrobił tego. Dzwonił jeden z jego najbardziej zaufanych pracowników, Jurij Majski. Jurij był jego kuzynem, a Szykow, zwłaszcza od śmierci żony trzy lata temu, przywiązywał coraz większą wagę do więzi rodzinnych.

Wysłuchał go cierpliwie. Zrozumiawszy w pełni znaczenie przekazanej informacji, wziął głęboki oddech.

– Na pewno? – mruknął.

Szef ważył każde słowo i nie lubił tracić czasu na rozmowy o niczym. Majski wiedział, że odpowiedź musi być dobrze przemyślana. Drżącym głosem potwierdził.

– Nie mam żadnych wątpliwości. Nasz człowiek nie mógł się pomylić. Twierdzi, że zobaczył to, czego poszukujemy.

Stary człowiek odsunął telefon od ucha i w milczeniu zamyślił się nad właśnie usłyszanymi zaskakującymi wiadomościami.

Wreszcie się pojawił. Po tylu latach czekania…

Cichym, spokojnym głosem zapytał:

– Gdzie jest mój syn?

– Nie wiem – odparł Majski po krótkiej chwili wahania, choć zdawał sobie sprawę, że ustalenie miejsca pobytu Anatolija nie stanowi żadnego problemu. Istniały tylko trzy możliwości. Syn szefa mógł się wylegiwać pijany na pokładzie swojego luksusowego jachtu, przegrywać uzbieraną przez ojca fortunę w kasynie albo obracać w łóżku kolejną kurewkę. Majski uchylił się od odpowiedzi, bo nie chciał nikomu się narazić.

– Znajdź go prędko. Mam dla niego robotę – powiedział Szykow.


Rozdział trzeci

Włochy
Sześć dni później

Jeszcze raz zerknąwszy na szkic mapy przypiętej do deski rozdzielczej, Ben wjechał przez bramę na krętą drogę w dolinie spalonej słońcem. Domu jeszcze nie było widać, zapewne krył się za oddalonym o kilometr wzniesieniem.

Z rozbawieniem pomyślał, że wybór tak trudno dostępnego miejsca przez Boonziego McCullocha wcale nie jest zaskakujący, i pogratulował sobie wynajmu mocnego mitsubishi shoguna z napędem na cztery koła. Mimo późnego popołudnia i górzystego terenu w regionie Campo Basso było tak gorąco, że musiał pootwierać wszystkie okna. Jadąc po skalistej drodze pełnej kolein, rozglądał się po okolicy.

Nieduży wiejski dom znajdował się za kępą drzew i wyglądał dokładnie tak, jak Ben go sobie wyobraził: był prosty, pomalowany na biało, z żaluzjami, drewnianą werandą i dachówkami z czerwonej terakoty. W głębi posiadłości widniały zadbane budynki gospodarskie, jeszcze dalej rozciągało się pole z długim szeregiem szklarni odbijających promienie popołudniowego słońca.

Zatrzymał samochód, wyłączył silnik i wysiadł z pokrytego warstwą pyłu shoguna. Podbiegł doberman, spacerująca po podwórku gromadka kur rozpierzchła się w panice. Gdzieś za domem rozległ się głos kobiety. Pies obwąchał Bena i widocznie ocenił, że przybysz nie stanowi zagrożenia, bo się wycofał.

Drzwi wejściowe otworzyły się, na werandę wyszedł wysoki mężczyzna w dżinsach i luźnej koszuli koloru khaki. Na widok gościa uśmiechnął się pod wąsem.

– Cześć, Boonzie – rzucił Ben.

Przed oczami stanął mu moment ich pierwszego spotkania. Siedemnaście lat temu w siedzibie 22 pułku SAS w Hereford zjawiła się setka młodych mężczyzn marzących o karierze komandosa. Ben był jednym z nich. Wszyscy chcieli nosić w klapie munduru odznakę przedstawiającą sztylet ze skrzydłami, symbol najbardziej elitarnej brytyjskiej jednostki, zaś żylasty sierżant rodem z Glasgow robił, co mógł, by ten pomysł powybijać im z głów. Tradycyjny proces brutalnej selekcji zrobił swoje, po pewnym czasie na placu ćwiczeń został tylko Ben i siedmiu innych posiniaczonych, skrajnie wyczerpanych rekrutów. Niedługo potem szorstki Szkot o kamiennej twarzy stał się dla Bena mentorem i niezawodnym przyjacielem. Podczas ceremonii przyjęcia młodego żołnierza w szeregi pułku budzący postrach sierżant uśmiechał się jak dumny ojciec. Zawsze spokojny i gotowy nieść pomoc, towarzyszył Benowi podczas jego pierwszej misji bojowej.

Walczyli ramię w ramię przez trzy lata, później Boonzie wycofał się z czynnej służby i zajął szkoleniem młodego narybku.

Cztery lata później, gdy Ben dosłużył się w Afganistanie stopnia majora, w 22 pułku SAS gruchnęły wprost niewiarygodne wieści: McCulloch, ten szalony szkocki sukinsyn, zwariował. Zakochał się i opuścił wojsko. Osiadł na południu Włoch, zaczął doić kozy i bawić się w rolnika. Wszystko to wydawało się dziwne i całkiem zaskakujące.

Teraz, gdy rozglądał się po okolicy i patrzył na przyjaciela zbliżającego się z ciepłym uśmiechem na opalonej, pełnej zmarszczek twarzy, Ben zaczął się domyślać powodu decyzji starego żołnierza.

Boonzie dobiegał sześćdziesiątki, przybyło mu siwych włosów, ale nadal był szczupły i żylasty jak rasowy włóczęga. Jak zawsze wyglądał na ciężko harującego człowieka, któremu nic w życiu nie przyszło łatwo. W jego szarych oczach Ben dostrzegł błysk, którego przedtem nie było.

– Fajnie, że cię znów widzę, kolego. – Boonzie był jednym z tych Szkotów, którzy do grobowej deski nie tracą macierzystego akcentu, co więcej – są z niego dumni.

– Dobrze wyglądasz, Boonzie – powiedział Ben. – Wiejskie życie wyraźnie ci służy.

– Trudno uwierzyć, że taki stary ponury pierdoła jak ja też w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi, co?

– Nigdy tak o tobie nie myślałem!

Boonzie uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Co cię tu sprowadza, Ben? Nie chciałeś o tym rozmawiać przez telefon. Powiedziałeś tylko, że musimy się spotkać.

Ben skinął głową. Tak, ta rozmowa powinna się odbyć w cztery oczy.

– Schowajmy się przed słońcem.

Wnętrze domu, równie proste jak jego fasada, sprawiało wyjątkowo przyjazne wrażenie. Weszli do saloniku, w którym po chwili pojawiła się smagła Włoszka o bujnych kształtach. Znacznie niższa od gospodarza, sięgała mu ledwie do ramienia. Gęste czarne loki, tylko gdzieniegdzie przetkane siwizną, opadały jej na ramiona. Boonzie objął ją i czule przytulił. Spojrzała na Bena, uśmiechając się serdecznie.

– To moja żona, Mirella – oznajmił Boonzie, nachylając się nad nią dumnie.

Ben wyciągnął rękę.

Piacere, signora.

– Mnie też jest miło, że pan nas odwiedził – odparła gospodyni po angielsku, powoli i starannie. – Proszę zwracać się do mnie po imieniu. Chcę ćwiczyć swój angielski, bo odkąd Archibald nauczył się włoskiego, mówi do mnie już tylko w tym języku.

Archibald! Mimo tylu lat spędzonych razem w wojsku Ben nigdy nie poznał prawdziwego imienia sierżanta. Dyskretnie zerknął na przyjaciela z przerażeniem wpatrującego się w żonę i poczuł, że za chwilę wybuchnie śmiechem. Aby tego uniknąć, szybko zmienił temat.

– Macie przepiękny dom.

Zdruzgotany Boonzie szybko pogodził się z dekonspiracją, a Mirella wyszła z salonu, zabraniając mężczyznom wstępu do kuchni podczas przyrządzania kolacji. Ben dostał butelkę zimnego piwa Peroni i wraz z panem domu ruszył na obchód gospodarstwa.

– Dziewięć akrów – rzucił Boonzie z dumą, wskazując niewielką posiadłość. – To miejsce było zwykłym skalistym ugorem, kiedy je znalazłem. Nie zarabiamy tu kokosów, ale na życie starcza. W szklarniach uprawiamy bazylię, na polu pomidory. Te ostatnie są wyłącznie pod moją opieką.

Ben, który nie miał najmniejszego pojęcia o rolnictwie, wzruszył tylko bezradnie ramionami.

– Bazylia i pomidory?

– To nasz mały biznes, rozumiesz – cierpliwie wyjaśniał Boonzie. – Mirella jest świetną kucharką, zna niezwykłe, przekazywane z pokolenia na pokolenie przepisy kulinarne na sos pomidorowy i pesto z bazylią. Prawdziwa rewelacja, mówię ci. Ja zajmuję się uprawą, ona gotuje, potem wspólnie pakujemy wszystko do słoików. Raz w tygodniu rozwożę nasze przetwory po miejscowych restauracjach. Jeżdżę po całym regionie Campo Basso. Dobrze wiemy, że w ten sposób nigdy nie zostaniemy milionerami, ale nie o to nam chodzi. Przyjrzyj się, stary. To miejsce jest prawdziwym rajem na ziemi.

Rozglądając się wokół, Ben zgodził się z gospodarzem. Obok szklarni zauważył ogrodzony taśmą prostokąt świeżo wyrównanej ziemi i łopatę opartą o taczkę. Parę metrów dalej znajdowały się aluminiowe ramy, okna owinięte plastikową folią, sterta worków z piaskiem i cementem oraz betoniarka.

– Kolejna szklarnia – mruknął Boonzie, powoli siorbiąc piwo. – Muszę ją jak najszybciej skończyć, bo mamy coraz więcej klientów.

– Może bym ci trochę pomógł?

Propozycja nie została przyjęta od razu. Dopiero po dłuższej dyskusji gospodarz ugiął się i poszedł do domu po drugą łopatę oraz kolejne butelki piwa. Nie czekając na jego powrót, Ben podwinął rękawy i energicznie wziął się do roboty.

Słońce zbliżało się do horyzontu, szklarnia nabierała kształtów. Nadszedł czas wspomnień.

– Pamiętasz, jak Cole prawie narobił w gacie w łodzi? – zachichotał Boonzie, mocując kolejną część konstrukcji.

Przygoda Cole’a była jedną z ulubionych anegdot jednostki. Wszystko zdarzyło się podczas zimowych manewrów w Szkocji, niedługo po wcieleniu Bena do 22 pułku SAS. Boonzie, Ben i dwóch innych żołnierzy, Cole i Rowson, płynęli łodzią motorową po spowitym mgłą szkockim jeziorze, gdy na samym środku akwenu silnik dinghy niespodziewanie odmówił posłuszeństwa. Dryfowali we mgle gęstej jak mleko, a Boonzie przekornie zabawiał ich opowieściami o dziwnych, strasznych istotach czyhających w głębinach szkockich jezior. Cole, mrucząc z irytacją, żeby Boonzie się zamknął, nachylił się nad silnikiem. Nagle, tuż przed nim, nad powierzchnię wody wyprysnęło masywne czarne cielsko, a zaskoczony i przerażony Cole omal nie wypadł za burtę. Dopiero po chwili okazało się, że „potwór” był zwykłą foką.

Ben, Boonzie i Rowson, twardzi faceci obwieszeni bronią jak świąteczne choinki ozdobami, wyszkoleni w sztuce walki i zabijania, śmiali się tak bardzo, że ledwo byli w stanie doprowadzić łódź na pagajach do brzegu.

Takie historie nosi się w sercu i często z przyjemnością do nich wraca. Mniej chętnie rozmawia się o śmierci przyjaciół, spustoszonych polach walk, okropnościach i bezsensie wojny: tego nikt nie chce wspominać.

– O czym chciałeś ze mną pomówić? – spytał gospodarz, podstawiając taczkę pod betoniarkę, przy której pracował Ben. – Nie przejechałeś takiego szmatu drogi tylko po to, żeby pomachać ze mną łopatą.

– Mirella wygląda na wspaniałą kobietę – odparł Ben, unikając bezpośredniej odpowiedzi na pytanie.

– To była miłość od pierwszego wejrzenia, Ben. Trudno uwierzyć, prawda? Ale tak właśnie było. Wpadłem na weekend do Neapolu, by odreagować codzienną harówkę na cholernych górkach i bagniskach z głupimi jak but rekrutami. Usiadłem w jakiejś małej restauracji, zamówiłem spaghetti. Danie było takie smaczne, że zacząłem się zastanawiać, jak mogłem przeżyć tyle lat, jadając makaron z keczupem. Nagle usłyszałem krzyki i zobaczyłem wybiegającego z kuchni faceta. Uciekał tak szybko, jakby tygrys mu się dobierał do tyłka. Po chwili tuż przy moim uchu świsnął rzucony za nim garnek.

– Coś takiego! – Ben parsknął śmiechem.

– Ruszyłem w stronę kuchni i natknąłem się na coś nadzwyczajnego. Mówię ci, cholerny ósmy cud świata. Stała w drzwiach w roboczym fartuszku. Tak wściekłej kobiety nie widziałem nigdy. Wyglądała przepięknie. Pomyślałem sobie wtedy: Boonzie, to ktoś, na kogo czekałeś całe życie. Po trzech dniach zaręczyliśmy się, zaraz potem złożyłem podanie o pozwolenie na odejście z pułku. W miesiąc później wyjechałem ze starego kraju i od tego czasu nie byłem tam ani razu. Powiem ci więcej, absolutnie nic tam mnie nie ciągnie.

– To widać, przyjacielu. Po prostu znalazłeś swoje miejsce na ziemi.

– Też tak myślę.

– Czy Mirella radzi sobie z życiem na wsi? Przecież wcześniej mieszkała w Neapolu. Nie czuje się tu zbyt samotna?

Boonzie nachylił się, by tylną częścią łopaty wyrównać mokry beton fundamentu szklarni.

– Kiedy zobaczyła to miejsce pierwszy raz, trochę się martwiła o nasze bezpieczeństwo, bo wcześniej ktoś okradł dom jej znajomych w Ricci. – Uśmiechnął się do Bena, w oczach pojawił mu się figlarny błysk. – Szybko jednak zrozumiała, że w moim towarzystwie nie musi się martwić takimi drobiazgami. Lubię spokój i mam go tu pod dostatkiem. Wiesz, o czym mówię, prawda?

Ben wiedział i nie musiał zadawać dalszych pytań.

– A co słychać u ciebie? – rzucił Boonzie.

– U mnie?

– Zahaczyłeś się gdzieś na stałe?

– Tak. Najpierw w Irlandii, teraz mieszkam we Francji.

– Masz jakąś kobietę?

Ben się zawahał. Pomyślał o Brooke. O jej ciepłym uśmiechu, o charakterystycznym geście, którym odgarnia z czoła kasztanowe włosy. Przypomniał sobie zapach jej perfum, dotyk dłoni.

– Tak, mam kogoś – mruknął.

Znów zapadła cisza, którą w końcu przerwał Boonzie.

– Czy wreszcie mi powiesz, dlaczego tu przyjechałeś?

– To już nieaktualne.

– Ben, traktuję cię jak syna. Nie zmuszaj mnie, żebym wyciągnął z ciebie odpowiedź za pomocą łopaty.

Ben wzruszył ramionami.

– Okay, już mówię. Chciałem ci zaoferować pracę.


Rozdział czwarty

Gruzja

Zaproszenie do luksusowego biura w budynku prywatnej przystani Grigorija Szykowa dla jednych było zaszczytem, dla innych oznaczało kłopoty. Gościom zawsze towarzyszyli milczący strażnicy w czarnych garniturach.

Wyłożony ciemną boazerią gabinet zawierał skarby gromadzone przez gospodarza przez ostatnie czterdzieści lat. Nad znajdującym się za biurkiem masywnym zabytkowym kredensem górowało wspaniałe lazurytowe popiersie Fryderyka Wielkiego. Na blacie osiemnastowiecznej komody z okuciami ze złoconego brązu, autorstwa André Charles’a Boulle’a, stał globus wcześniej będący własnością Adolfa Hitlera. Najcenniejsza jednak była wspaniała kolekcja antyków pochodzących z carskiej Rosji z lat 1721–1917, uważanych przez gospodarza za złotą erę jego ojczyzny. Właśnie z uwagi na ową kolekcję Szykowa nazywano Carem, a przydomek ten pasował do niego jak ulał.

Wielkie wrażenie robił stojący w kącie pokoju zabytkowy ciężki karabin maszynowy. Chłodzony wodą maxim 1910 na oryginalnych kołach celował w fotele ustawione przed biurkiem, skutecznie odbierając gościom chęć do jakichkolwiek sporów czy dyskusji.

Syn Szykowa Anatolij na takie detale nie zwracał uwagi. Młody człowiek o związanych w kucyk blond włosach, pociągłej szczupłej twarzy i ruchliwych niebezpiecznych oczach siedział niedbale w fotelu i słuchał ojca. Oparty o blat biurka stary człowiek opisywał szczegóły misji, jaką chciał mu powierzyć.

Jurij Majski, siostrzeniec gospodarza, w milczeniu stał koło biurka, trzymając splecione dłonie za plecami. Szczupły i żylasty, miał czterdzieści siedem lat. Swój los prawie od początku kariery zawodowej powierzył jednemu pracodawcy. Przerzedzone włosy i głębokie zmarszczki na czole po cichu przypisywał zmartwieniom, jakie niosła ze sobą specyfika pracy, którą wykonywał. Kochał wuja i jednocześnie bardzo się go bał.

Tak samo przerażał go syn szefa. Podczas gdy dla starego człowieka Anatolij był ukochanym dzieckiem, źródłem ojcowskiej dumy i radości, oczy Jurija rejestrowały inną, bliższą rzeczywistości prawdę. Anatolij był po prostu trzydziestoczteroletnim psychopatą, który jak najszybciej powinien trafić do szpitala dla umysłowo chorych. Oczywiście swoją opinią na temat kuzyna Majski nie dzielił się z nikim.

Grigorij Szykow wiedział, że jego syn budzi postrach wśród większości partnerów i pracowników firmy. Fakt ten wcale mu nie przeszkadzał, właściwie nawet wzmagał jeszcze jego ojcowską dumę. Starał się tego nie okazywać, rozmawiając z synem szorstko i zdecydowanie.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – warknął, przerywając swoje wywody.

– Oczywiście.

– Piłeś?

– Oczywiście, że nie – skłamał Anatolij, wiedząc, że ojciec nienawidzi alkoholu. Zmienił nieco pozycję w fotelu, by lepiej się przypatrzeć swojemu nowemu nabytkowi. Przy podwiniętych dżinsach od Armaniego ręcznie wykonane wysokie buty ze skóry aligatora prezentowały się naprawdę imponująco. Szkoda, że nie mogę położyć nóg na biurku starego, pomyślał. – Słucham cię. Mów dalej.

Zlecenia ojca wykonywał już od dawna i bardzo je lubił. Miał kilku znajomych pracujących u swoich rodziców – musieli chodzić do biura, nosić garnitury, brać udział w spotkaniach, sprzedawać jakieś bzdety. Jego sytuacja była inna. Był dumny ze swoich umiejętności i z tego, że mógł być tak przydatny dla swojej rodziny. Potrafił z najlepszym kumplem Spartakiem Gurko torturować zdrajcę ich organizacji przez siedemnaście dni, by wydobyć z niego nazwiska wspólników. Kiedy indziej przywiązał ręce i nogi więźnia do czterech kołków i paląc papierosa, obserwował, jak Spartak wpycha czubek kilofa w odbyt frajera. Tak, kiedy mieli ochotę się zabawić, pomysłów im nie brakowało.

Anatolij uwielbiał swoją pracę, a szczegóły dotyczące branży ojca nie interesowały go wcale. Po pierwsze wiedział, że jakiekolwiek pytania nie są mile widziane, a po drugie było mu najzupełniej obojętne, czym firma się zajmuje i dlaczego działa tak, a nie inaczej. Interesowały go tylko zakupy, przygody łóżkowe i zabijanie. Wszystko, co wykraczało poza te trzy obszary, uważał za niegodne uwagi.

Nowe zlecenie zapowiadało się ciekawie.

– Z wiarygodnego źródła mamy informację, że poszukiwane przez nas dzieło znajdzie się na wystawie – powiedział Majski.

– Chcę je mieć – odpowiedział Szykow zachrypniętym głosem. – Muszę je mieć.

Na biurku leżał plik dokumentów z opisem galerii i jej zabezpieczeń, dostarczony przez eksperta pracującego w moskiewskiej firmie zajmującej się budową elektronicznych systemów zabezpieczeń. By zdobyć potrzebne dane, skorumpowany inżynier wykorzystał swoje kontakty w Mediolanie. Sporządzony przez niego siedemnastostronicowy raport zawierał dane techniczne niedawno zainstalowanego systemu alarmowego oraz szereg zdjęć budynku w różnych ujęciach, zrobionych za pomocą teleobiektywu.

Szykow senior wyglądał na wyjątkowo przejętego.

Niedbale słuchając tego, co mówił ojciec, Anatolij zaczął przeglądać przesłane zdjęcia. Na dole jednego z nich dostrzegł włoski adres. Zauważył też, że ultranowoczesna galeria została dobudowana do znacznie starszego domu. Typowy pomysł jakiegoś nawiedzonego artysty, pomyślał. Prace musiały jeszcze trwać, bo na fotografiach przedstawiających tył budynku widać było rozkopane trawniki, niewykończoną fontannę ogrodową i furgonetkę robotników. Na boku obitego nieco mercedesa można było przeczytać napis „SERVIZI GIARDINIERI ROSSI”.

Włochy. Całkiem nieźle. W tym kraju jeszcze nie był. Posiadał jednak dwa samochody Ferrari, czerwony i biały. Większość jego ubrań też pochodziła stamtąd. Z Ojca chrzestnego zapamiętał kilka włoskich zwrotów, którymi chętnie się popisywał, bo dziewczyny to uwielbiały. Tak, Włochy były w porządku.

Do sztuki podchodził dość wybiórczo, właściwie to lubił tylko nieowijające niczego w bawełnę akty kobiece. Pożądany przez ojca obraz był całkiem inny. Szkoda. Zerknął powtórnie na błyszczące powiększenie zdjęcia z folderu wystawy. Jakiś rozmodlony mydłek na kolanach. Co w tym ciekawego? Mimo wszystko musiał być warty niezłą sumkę, skoro ojciec się nim zainteresował.

– Nie słuchasz mnie, chłopcze.

– Mówiłeś, że system alarmowy to ciężka sprawa.

Majski odchrząknął i włączył się do rozmowy.

– Tak, bardzo ciężka. Posiadłość jest chroniona na najwyższym poziomie, a w budynku znajduje się mnóstwo kamer nagrywających każdego, kto się zbliża. Galerię chroni system fotokomórek na podczerwień reagujących na każdy ruch. Tam nawet karaluchy nie mają szans. Cały system zabezpieczeń jest sterowany automatycznie i może być wyłączony tylko przez kogoś, kto zna listę haseł. Aby zneutralizować system, potrzebne są kody z trzech źródeł. Co więcej, codziennie o innej godzinie komputer w oparciu o zasadę przypadkowości generuje nowe kody. Każde zakłócenie procedury powoduje automatyczne uruchomienie systemu alarmowego i wysłanie sygnału do policji.

– Beznadziejna sytuacja – skwitował Anatolij.

– Nie ma beznadziejnych sytuacji, chłopcze. – Szykow sięgnął po leżącą na biurku zadrukowaną kartkę i podał ją synowi.

Trzy nieznane włoskie nazwiska. De Crescenzo, Corsini, Silvestri. Obok każdego adres i niewielkie zdjęcie. Chudy, łysiejący De Crescenzo. Okrągły, korpulentny Corsini. Wyglądający na zakochanego w sobie gogusia Silvestri.

– Kim oni są?

– To ludzie, którzy znają hasła – odparł Majski.

– Nasz plan przedstawia się następująco – odezwał się Szykow. – Jutro wieczorem ma się odbyć otwarcie galerii. Wstęp tylko z zaproszeniem. Na pewno pojawią się jacyś miejscowi notable, krytycy sztuki i tym podobni. Trzydzieści pięć osób, nie więcej. Faceci od haseł też tam będą. Twój zespół poczeka na zewnątrz, aż impreza się skończy, i pojedzie za nimi. Punktualnie o trzeciej rano wyprowadzacie ich z domów, przywozicie do galerii i zmuszacie do wprowadzenia haseł. Jak to zrobicie, to wasza sprawa, ale nie powinniście ich zabijać.

– Zrozumiałem. Potem wchodzimy i bierzemy to, po co przyszliśmy.

Majski westchnął. Ten bezmyślny gówniarz, pozostawiony samemu sobie, wszystko by schrzanił. Zresztą czego innego można się po nim spodziewać?

– Sprawa nie jest taka prosta – powiedział. – Przypadki, w których właściciele galerii mogą wyłączyć instalację alarmową, oczywiście zostały przez twórców systemu uwzględnione, jednak dotyczą sytuacji naprawdę wyjątkowych, bezpośrednio zagrażających zbiorom galerii. Takich jak pożar czy trzęsienie ziemi. Niestety, każda ingerencja tego typu powoduje automatyczne powiadomienie policji. Funkcja ta jest nieodłączną częścią systemu i w żaden sposób nie może być wyłączona z zewnątrz. Generowana informacja jest przesyłana światłowodem zakopanym w ziemi, a w przypadku uszkodzenia kabla – sygnałem radiowym. Reasumując – kontynuował Majski – zanim rozpoczniecie akcję, najpierw musicie unieszkodliwić światłowód. Przy kolejnym kroku będziecie potrzebowali czegoś specjalnego.

Anatolij już od pewnego czasu przyglądał się dziwnemu przedmiotowi leżącemu na stoliku przy ścianie. Do czego może służyć czarne pudło o długości trzydziestu centymetrów z czterema antenami?

– To wyjątkowo mocne, osiemnastowatowe urządzenie do zakłócania sygnału łączności komórkowej – wyjaśnił Majski. – Działa na całym świecie, zgłasza sygnał każdego telefonu, nawet typu 3G, w promieniu stu dwudziestu metrów. Kiedy to włączycie, policja będzie niegroźna, bo o niczym się nie dowie.

– Czyli jak właściciele galerii się postawią i spróbują wysłać komunikat o napadzie, to i tak im się to nie uda – podsumował Szykow.

– W takim przypadku mógłbym ich kropnąć, co?

– Najpierw musisz zdobyć obraz – powiedział Majski tak cierpliwie, jak tylko potrafił. – Kiedy już będziesz w środku, pamiętaj o kolejnym poziomie zabezpieczenia. Każda próba zdjęcia czegokolwiek ze ściany spowoduje uruchomienie innego środka alarmowego.

– No to co? Przecież komunikacja galerii ze światem będzie niemożliwa.

– Mają w zanadrzu jeszcze jeden sposób obrony. Sygnał o włamaniu automatycznie spowoduje hydrauliczne opuszczenie metalowych żaluzji, które zamkną wszystkie wyjścia z budynku. Zapory te są odporne na ostrzał z broni palnej, wysoką temperaturę i narzędzia tnące. Uwięzionego jak szczur w pułapce intruza oswobodzi dopiero policja. Tego elementu zabezpieczeń nie można odblokować żadnym hasłem.

– Czy zrozumiałeś wszystko, chłopcze? – spytał Szykow senior, zza biurka bacznie obserwując syna.

Anatolij wzruszył ramionami. Dał do zrozumienia, że cały ten system to dla niego bułka z masłem.

– Dobrze. Teraz idź i zmontuj zespół. Wybierz najlepszych ludzi, jakich masz. Myślę o Turczynie, Rykowie, Pietrowiczu i…

– I Gurce – szybko podpowiedział Anatolij.

O Boże, pomyślał Majski z przerażeniem. Tylko nie ten koszmarny Gurko! Najlepszy przyjaciel Anatolija, pokiereszowany bliznami były żołnierz specnazu karnie wyrzucony z wojska za zmasakrowanie swojego przełożonego kolbą pistoletu, był typem gangstera, który psuje reputację innym gangsterom. Majski bał się go panicznie, chyba nawet bardziej niż swojego szefa czy jego syna.

– Weź się do roboty, bo wylatujesz do Włoch za dwie godziny – powiedział Szykow. – Na miejscu spotkasz się z naszymi przyjaciółmi.

– Ilu nas będzie?

– Dziesięciu. Ośmiu w akcji, dwóch w odwodzie.

Anatolij skinął głową.

– A zabawki?

– Będziesz miał wszystko, czego potrzebujesz.

Uśmiechnął się z zadowoleniem. W sprawach związanych z bronią ufał ojcu całkowicie.

Kiedy w kilka minut później Anatolij wyszedł z gabinetu, Szykow zebrał rozrzucone dokumenty i wsunął do szuflady, by później oddać je do zniszczenia. Zafrasowany Majski chodził wokół biurka, marszcząc czoło. Natrętne myśli nie dawały mu spokoju. Bardzo chciałby podzielić się z szefem swoimi wątpliwościami, ale nie śmiał. Czy rzeczywiście można zaufać Anatolijowi? Przecież on jest całkowicie nieprzewidywalny i skrajnie nieodpowiedzialny, a jego koledzy to wariaci. Zwłaszcza Gurko. Czy ty tego nie widzisz, wuju?

Zerknął na szefa i kierując się zdrowym rozsądkiem, nie powiedział nic.

Nie tylko Jurij Majski potrafił ukrywać swoje myśli. Podrzucając w dłoni kluczyki samochodowe, Anatolij szedł w stronę swojego ferrari. Syn szefa nie miał żadnych wątpliwości, że plan akcji jest niepotrzebnie skomplikowany i w gruncie rzeczy nudny.

Dlatego na poczekaniu wymyślił coś lepszego.

Aby było zabawniej.


Rozdział piąty

– Praca? – spytał Boonzie, unosząc brwi.

Słońce zmierzało ku wzgórzom na horyzoncie, na niebie pojawiły się czerwienie i fiolety. Ben kiwnął głową. Siedząc w kucki obok budowanej właśnie szklarni, wyjął z kieszeni zapalniczkę Zippo i paczkę ulubionych gauloisów.

– To świństwo cię zabije – mruknął Boonzie.

– Jeśli zdąży. Zapalisz?

– Dlaczego by nie. Rzuć jednego. – Przewrócił taczkę, usiadł na niej i zapalił.

– Osiadłem we Francji i założyłem tam firmę – zaczął Ben. – Mieszkam na wsi, z dala od ludzi. Tak jak ty tutaj. Ale ja nie produkuję sosu pesto, lecz działam w branży walki z PDO. Prowadzę szkolenia w tym zakresie.

Boonzie znał ten skrót. Porwania Dla Okupu. Usadowił się wygodniej i zaczął uważnie słuchać opowieści swojego dawno niewidzianego przyjaciela.

W ciągu siedmiu lat po odejściu z wojska Ben wyspecjalizował się w odszukiwaniu ofiar kidnapingu – często dzieci – i ratowaniu ich z rąk przestępców. Swoją działalność ukrył pod etykietą konsultanta do spraw kryzysowych. Walka z PDO zaprowadziła go w wiele niebezpiecznych zakątków globu, a metody, jakie stosował – może nie zawsze zgodne z prawem – zazwyczaj okazywały się bardziej skuteczne od działań oficjalnych organów państwowych mających dbać o bezpieczeństwo obywateli.

Po wielu spektakularnych sukcesach i ciut zbyt wielu guzach podjął decyzję o wycofaniu się z aktywnej pracy w terenie i założył firmę, w której, wykorzystując swoją wiedzę i nabyte doświadczenie, zaczął uczyć metod zwalczania kidnapingu. Nadal udzielał pomocy ludziom znajdującym się w potrzebie, jednak robił to zza biurka, nie tak jak wcześniej zza muszki pistoletu.

Renoma ośrodka Le Val w Normandii rosła i rosła liczba klientów. Policja, specjalne jednostki wojskowe, specjaliści od odbijania zakładników, pracownicy firm ubezpieczeniowych, służby ochrony osobistej: zainteresowanie oferowanymi szkoleniami okazało się ogromne. Pierwszym pomocnikiem i zastępcą Bena był Jeff Dekker, jeszcze niedawno żołnierz brytyjskiej morskiej jednostki specjalnej SBS, w ośrodku zaczęło też pracować kilku innych byłych wojskowych. Pochodząca z francusko-angielskiej rodziny doktor psychologii Brooke Marcel z Londynu przyjeżdżała do Le Val jako wizytujący wykładowca i konsultant do spraw psychologii zakładnika. Trzy miesiące temu Ben i Brooke, po licznych perypetiach, stali się szczęśliwą parą.

Biznes w Le Val okazał się niekwestionowanym sukcesem. Ośrodek przynosił zysk, zaspokajał bardzo konkretne potrzeby, Ben miał zapewnioną przyszłość.

Po pewnym czasie jednak okazało się, że Benowi to nie wystarcza. Trapiące go wątpliwości stały się tak dokuczliwe, że pod koniec długiego, upalnego lata zaczął cierpieć na bezsenność.

Ben nie miał pojęcia, co było powodem jego stanu psychicznego i jakie demony zagnieździły mu się w głowie. Każdy dzień jednak tylko upewniał go w przekonaniu, że obecne życie we Francji już nie spełnia jego oczekiwań.

Boonzie McCulloch był pierwszym człowiekiem, któremu zwierzył się ze swoich rozterek. Skończywszy długą opowieść o Le Val, wyłożył karty na stół.

– Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy tego wszystkiego po prostu nie zostawić – powiedział, marszcząc brwi. – Broń Boże, nie myślę o sprzedaży, po prostu przekazałbym firmę w ręce Jeffa. Wiem, że by sobie poradził. Na pewno pomogliby mu nasi stali pracownicy i Brooke. Myślałem też o tobie – jeśli byłbyś zainteresowany.

Boonzie zaciągnął się papierosem i w milczeniu spojrzał przed siebie, mrużąc oczy przed oślepiającymi promieniami zachodzącego słońca.

– Byłeś najlepszym instruktorem, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia – kontynuował Ben. – Nie znam nikogo, kto by się lepiej nadawał do objęcia pozycji numer dwa w Le Val.

– A co z tobą? – spytał Boonzie. – Dokąd ty byś poszedł?

Ben zastanawiał się przez chwilę.

– Jeszcze nie wiem – odparł. – Tak w ogóle, to w tej chwili nie jestem pewien, czego chcę. Chyba potrzebuję trochę czasu, żeby wszystko przemyśleć.

– Każdy z nas powinien gdzieś zapuścić korzenie, Ben. Od tego się nie ucieknie.

– Może w ogóle nie jestem z tych, co szukają stabilizacji. Bóg mi świadkiem, że próbowałem. Mimo dobrych chęci jakoś to mi nie wychodzi.

– Zawsze odżywałeś wtedy, kiedy miałeś lont pod tyłkiem. – Boonzie uśmiechnął się, lecz po chwili spoważniał. – No, a ta dziewuszka, Brooke? Odniosłem wrażenie, że się dobrze dogadujecie.

Ben spuścił wzrok.

– Mnie też się tak wydawało – mruknął. – Ale mam coraz więcej wątpliwości. Ostatnio Brooke zachowywała się tak jakoś… – Zamilkł, zagryzając wargi.

– Jak?

Ben wziął głęboki oddech.

– Słuchaj, nie chcę cię męczyć swoimi problemami. Co myślisz o mojej propozycji? Czy uważasz ją za ciekawą?

Boonzie milczał. Zamyślony, zgasił papierosa na dnie przewróconej taczki.

Ben znał już odpowiedź Boonziego. Znał ją od początku pobytu, była tak przewidywalna, że Ben prawie zrezygnował z zadania pytania, z którym tutaj przyjechał. Nie zdziwił się więc ani trochę, gdy Boonzie, po dłuższym milczeniu, z nieszczęśliwą miną pokręcił głową.

– Twoja propozycja jest dla mnie zaszczytem…

– Ale z niej nie skorzystasz…

– To prawda. To, co mam tutaj, odpowiada mi całkowicie. Przykro mi, Ben.

– Nie musisz mówić nic więcej, przyjacielu.

– Czy na moim miejscu postąpiłbyś inaczej?

– Rozsądek by mi na to nie pozwolił. – Ben wstał i otrzepał spodnie z pyłu.

– Nie gniewasz się, co? – rzucił Boonzie z niepokojem w głosie.

– Nie wygłupiaj się. Jestem zadowolony, że znalazłeś szczęście w życiu.

– Mimo wszystko zostaniesz na kolację i przenocujesz u nas, prawda?

– Oczywiście.

W opowieściach Boonziego o talencie kulinarnym żony nie było przesady. Na kolację Mirella podała tagliatelle z intensywnie zielonym sosem pesto, posypane tartym parmezanem, do tego miejscowe wino. Posiłek był najprostszy, jaki można było sobie wyobrazić. Ku zadowoleniu szefowej kuchni gość zjadł ogromną porcję, a później stwierdził, że nigdy w życiu nie jadł czegoś równie smacznego. Siedzieli przy prostym dębowym stole w jadalni do późnej nocy, kłopoty zeszły na dalszy plan. Boonzie opowiadał, wino lało się strumieniami. Przez otwarte okna wpadało świeże nocne powietrze, w ogrodzie głośno grały cykady. O pierwszej nad ranem Ben pomógł gospodarzom uprzątnąć naczynia ze stołu i poszedł do sypialni.

Nie spał długo, obudził się jeszcze przed świtem. Czując niepokój, postanowił wstać. Wyślizgnąwszy się z domu, przez godzinę biegał po okolicznych polach. Zatrzymał się tylko raz, by popatrzeć na wschód słońca. Wrócił, wziął prysznic. Włożył czyste dżinsy i lekką koszulę na podarowany mu przez Brooke granatowy T-shirt z napisem „TYRELL Genetic Replicants – More Human than Human”. Brooke uwielbiała Łowcę androidów, stąd ci „genetyczni replikanci – bardziej ludzcy niż ludzie”. Jeszcze nie znalazł czasu, by ten film obejrzeć.

Śniadanie zjedli w kuchni. Jajecznica z jajek przed chwilą przyniesionych z kurnika, masło, tosty. Mirella pilnowała, żeby wszyscy zjedli swoje porcje. Na nic zdały się zapewnienia Bena, że nie jest głodny i że frykasy, które zjadł wczoraj na kolację, wystarczą mu na najbliższy tydzień.

Gdy usiedli nad kubkami z parującym espresso, Boonzie wrócił do wczorajszej rozmowy.

– Nie gniewasz się, że ci odmówiłem?

– Nie ma sprawy, Archibaldzie.

– Igrasz z ogniem, kolego! Ale zmieniając temat: dokąd teraz jedziesz? Z powrotem do Francji?

Ben pokręcił głową.

– Mam rezerwację na samolot z Rzymu do Londynu. Lecę jutro po południu.

– Biznes?

– To dłuższa historia.

Boonzie i Mirella odprowadzili gościa do samochodu i pomachali mu na pożegnanie. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na ich prywatny raj, uruchomił silnik shoguna i ruszył wyboistą drogą w kierunku szosy.


Rozdział szósty

Jechał na południowy zachód, wschodzące słońce świeciło mu w plecy. Kierował się na Neapol, później zamierzał skręcić w stronę zachodniego wybrzeża Włoch. Do Rzymu chciał dotrzeć drogą nadmorską, wiodącą przez liczne miasteczka i wioski.

Zazwyczaj działał z zegarkiem w ręku, realizując precyzyjnie zaplanowane scenariusze. Ten dzień zapowiadał się całkiem inaczej. Ogarnęło go dziwne uczucie. Dziwne i przyjemne. Nie śpieszyło mu się nigdzie. Prawdę mówiąc, nie miał zbytniej ochoty nawet na spotkanie z Brooke. Jeszcze miesiąc wcześniej pędziłby do Londynu jak na skrzydłach, dzisiaj nie to było najważniejsze.

Co się stało? To pytanie nie dawało mu spokoju. Chyba już po raz setny analizował w myślach ich ostatnie kontakty. Czy nie powiedział czegoś, co mogło Brooke zirytować? A może zrobił coś niewłaściwego? Żadne wytłumaczenie nie przychodziło mu do głowy. Nadal dobrze się rozumieli, nie kłócili się, przez ostatnie trzy miesiące byli w szczęśliwym, ciepłym związku, opartym na wzajemnym uczuciu.

Dlaczego Brooke nagle tak się zmieniła? Dlaczego się przed nim zamknęła? Przecież jeszcze całkiem niedawno wykorzystywali każdą okazję do bycia razem, regularnie podróżowali między Londynem i Le Val. Raptem, według Bena bez najmniejszego powodu, Brooke zaczęła coraz rzadziej się odzywać, zamknęła się w swoim mieszkaniu w Richmond i odwołała najbliższą serię wykładów z psychologii zakładnika dla klientów ośrodka Le Val. Trudno było się do niej dodzwonić, a gdy to się udało, w głosie kobiety pobrzmiewały nowe nuty. Co prawda nie zostało powiedziane nic nowego, ale Ben był przekonany, że Brooke coś przed nim ukrywa.

Nie był pewien, czy zaplanowana na dzisiaj podróż do Londynu i niespodziewana wizyta u Brooke to dobry pomysł. Co właściwie chce osiągnąć? Zażądać od niej prawdy? Wyznać miłość? Poprosić o litość?

A może przyczyn kłopotów należałoby szukać całkiem gdzie indziej? Może problem wcale nie dotyczył Brooke, lecz tkwił w jego głowie? Przecież to on przyjechał do Włoch, by porozmawiać z przyjacielem o chęci zmiany dotychczasowego życia, to on pragnął porzucić swoją mozolnie zbudowaną stabilizację. Czyżby Brooke to wyczuła, zauważyła jego wahanie, brak przekonania o słuszności dokonanych wyborów? Ta myśl bardzo go zabolała.

Znajomy paryski gliniarz, Luc Simon, powiedział coś, co Benowi zapadło w pamięć na całe życie.

Faceci tacy jak my nie nadają się do związków. Jesteśmy samotnikami. Szukając miłości, tylko ranimy kobiety. A one odchodzą…

Jechał lokalnymi drogami. Próbował utrzymywać umiarkowane tempo, ale co chwilę łapał się na podświadomym wciskaniu pedału gazu. Po pewnym czasie przestał z tym walczyć i przyśpieszył. Włączył radio, znalazł stację grającą live jazz i otworzył okno. Wiatr rozwiewał mu włosy, ostry frenetyczny rytm zawodzących saksofonów i dudniących bębnów pasował do jego nastroju.

Parę godzin szybkiej jazdy przez malownicze, skąpane w słońcu wzgórze dostatniej Kampanii trochę go wyciszyło. Późnym popołudniem zobaczył migotliwy błękit Morza Tyrreńskiego, usianego białymi punkcikami żaglówek. Pojechał dalej krętą drogą wzdłuż wybrzeża, wreszcie na północ od Mondragone znalazł starą, jeszcze nie całkiem zepsutą przez turystów osadę rybacką. Zatrzymał się, by odpocząć i rozprostować nogi. Sprawdził telefon; od Brooke nadal nie było żadnej wiadomości.

Po kilkuminutowym spacerze wyboistymi uliczkami znalazł małą restaurację nad samym brzegiem morza. Rodzinne, spokojne miejsce z małymi stolikami, obrusami w kratę i domową kuchnią równie smaczną jak w Casa McCulloch. Po posiłku wypił niecały kieliszek wina i ruszył dalej.


Rozdział siódmy

Samochód nie rzucał się w oczy. Zwykła brudnobiała furgonetka marki Mercedes, mocno sfatygowana, z wytartym napisem „SERVIZI GARDINIERI ROSSI” na bokach. Niczym specjalnym nie wyróżniał się również kierowca i jego dwóch siedzących w szoferce kompanów. Beppe, Mauro i Carmine pracowali w małej firmie z siedzibą koło Anzio zajmującej się architekturą krajobrazu i sprzedażą materiałów ogrodniczych. Ich ostatnim zadaniem na dzisiaj było dostarczenie ozdobnych kamiennych płyt i krawężników jednemu z większych klientów – znajdującej się poza miastem szkole sztuk pięknych, Akademii Giordani.

Gdy niedługo po czwartej wreszcie skręcili w wąską wiejską drogę, tuż za nimi pojawiło się czarne audi Q7, które przez kolejne kilka kilometrów nie chciało ich wyprzedzić. Beppe co rusz z dezaprobatą zerkał w boczne lusterko, bo potężny czarny SUV nie zachowywał bezpiecznej odległości. Mauro spokojnie palił papierosa, wykorzystując chwilę przerwy w pracy. Wiedział, że zaraz znów będzie musiał włożyć rękawice robocze i wziąć się do rozładunku towaru. Siedzący przy oknie zamyślony Carmine jak zwykle przebywał we własnym świecie.

Nagle, trzydzieści metrów przed nimi, z bocznej drogi wyjechał duży pick-up. Beppe ostro zahamował, zapominając o irytującym audi wlokącym się z tyłu. Zaskoczony Mauro przechylił się do przodu, upuszczając papierosa na kolana.

– Ożeż kur…

Pick-up nieśpiesznie przejechał kilka metrów i wreszcie stanął, blokując całą jezdnię. Był to masywny terenowy nissan navara z pięcioma mężczyznami w środku. Wściekły Beppe nacisnął klakson. Na nic się to zdało, bo kierowca stojącego w poprzek drogi samochodu tylko lekceważąco spojrzał w jego stronę. Przez opuszczoną szybę nissana było widać oparte o drzwi przedramię, grubsze od kija bejsbolowego. Kierowca wyglądał na faceta, który pół życia spędził na siłowni, a jego szeroka szczęka mogła świadczyć o sięganiu po sterydy. Oczy miał ukryte za przylegającymi do twarzy lustrzanymi okularami przeciwsłonecznymi, zdawał sie spoglądać ze spokojem na ich furgonetkę.

– Co tu się dzieje? – rzucił przestraszony Mauro.

– Z drogi, głupku! – krzyknął Beppe, potrząsając pięścią. Gdy to nie przyniosło żadnego skutku, ciskając przekleństwa, otworzył drzwi i wyskoczył z szoferki. Po krótkiej wymianie spojrzeń Carmine i Mauro poszli jego śladem. W chwilę potem otworzyły się przednie drzwi pick-upa i na jezdnię, bez pośpiechu, wyszło dwóch mężczyzn, którzy ruszyli w ich kierunku. Olbrzymi kierowca nissana był o głowę wyższy od swojego towarzysza. Przerażony Mauro głośno przełknął ślinę.

– Nie widzisz, kretynie, że blokujesz drogę? – wrzasnął Beppe. Carmine i Mauro trzymali się za jego plecami, mimo wszystko gotowi w każdej chwili udzielić mu wsparcia. Ekipa z nissana była coraz bliżej, konfrontacja drogowa w wydaniu włoskim wisiała w powietrzu. Dla ekipy z mercedesa nie było to nic nowego, jednak – oczywiście oprócz zaskakującego rozmiaru przeciwnika – niepokoiło ich coś innego. Dlaczego faceci z nissana zachowywali się tak spokojnie? I dlaczego zostawili w pick-upie trzech kompanów, wyglądających na całkowicie znudzonych? Beppe zwolnił kroku. – Przesuniecie tę brykę czy nie? – Uznał, że lepiej negocjować, niż atakować.

Olbrzym uśmiechnął się i nagle wyrzucił z siebie taką wiązankę przekleństw, że pod pracownikami firmy ogrodniczej ugięły się nogi. Włoska wojna drogowa nabrała rozmachu, obelgi pofrunęły w powietrzu jak zatrute strzały. Uspokojeni koledzy Beppego wyszli zza pleców kompana i stojąc w szeregu na środku drogi, z werwą włączyli się do awantury.

Pokrzykiwania, groźby i przepychanki tak ich zaabsorbowały, że całkowicie zapomnieli o samochodzie, który zatrzymał się za ich furgonetką. W audi Q7 także podróżowało pięciu mężczyzn. Dwóch z przodu, trzech z tyłu. Drzwi czarnej terenówki uchyliły się cicho, siedzący z przodu mężczyźni wysiedli.

Elegancki Anatolij Szykow był pasażerem, ostrzyżony tuż przy skórze Spartak Gurko kierowcą. Lewą stronę twarzy Spartaka, od skroni do szczęki, przecinała nierówna szrama, będąca pozostałością po wybuchu granatu rozpryskowego podczas pierwszej wojny w Czeczenii. Wykrzywiająca usta blizna powodowała, że wyglądał na jeszcze bardziej wściekłego, niż był w rzeczywistości.

Zadowolony z siebie Anatolij uważał, że dzięki wprowadzonym do planu ojca poprawkom akcja nabierze rozmachu. Na pomysł wykonania telefonu do firmy ogrodniczej z prośbą o dostawę kolejnej partii materiałów do Akademii Giordani wpadł podczas lotu do Rzymu. Włoscy partnerzy uznali, że jest to polecenie samego Cara, więc nikt nie zadawał zbędnych pytań.

Tak, teraz na pewno będzie zabawniej.

Okay, miał świadomość, że zmiana jednego czy dwóch szczegółów planu może starego zirytować, ale przecież, u licha, liczył się efekt. Jeżeli użyte środki okażą się skuteczne, nikt nie będzie mu czynił wymówek. Ojciec, kiedy jeszcze piął się w górę, też robił wariackie rzeczy, które przeszły do legendy. Anatolij wiedział, że Szykow senior był największym sukinsynem, jaki kiedykolwiek działał w brutalnej branży handlu bronią. Syn po prostu nie chciał być gorszy, to wszystko. No i przy okazji nie zamierzał zmarnować szansy na nieco rozrywki.

Powoli wysiadł z samochodu i ze Spartakiem podszedł od tyłu do zawzięcie kłócących się Włochów. Skinął głową do kierowcy pick-upa. Olbrzym nazywał się Rocco Massi i był jednym z zaufanych ludzi na tym terenie. Anatolij domyślał się, że szef Massiego jest przyjacielem ojca. Pozostałych Włochów – nazywali się Bellomo, Garrone, Scagnetti i Caracciolo – nie znał. Prawdopodobnie wszyscy byli godni zaufania, ale na pewno nie tak jak jego ludzie. Gurko, Rykow, Pietrowicz, Turczyn – to dopiero był zespół. Pietrowicz mówił po włosku, Rykow sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie mówił w żadnym języku. Jednak o przynależności do zespołu nie decydowała umiejętność porozumiewania się z otoczeniem. Byli to najgroźniejsi, najbardziej niebezpieczni przestępcy w całej Rosji – oczywiście pomijając jego ojca.

Anatolij sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, wyjął z niej automatyczny pistolet z podłużnym tłumikiem. Nie zatrzymując się, wyprostował rękę i wypalił. Wystrzelony z bliska pocisk trafił Beppego w tył głowy, robiąc w niej dziurę wielkości pięści.

Odgłos eksplozji na otwartej przestrzeni zabrzmiał jak głuche klaśnięcie.

Beppe runął na twarz.

Zanim Mauro i Carmine zdążyli zareagować, Spartak Gurko wyciągnął pistolet z kabury ukrytej pod marynarką, w tej samej chwili identyczna broń ukazała się w masywnej dłoni Rocca Massiego. Kula Spartaka trafiła Carminego między oczy, Massi postrzelił Maura w klatkę piersiową. Carmine zginął na miejscu i upadł na leżące przed nim ciało Beppego. Krew zabitych wymieszała się i wsiąkła w pył drogi.

Mauro nie umarł od razu. Jęcząc z bólu, zaczął się czołgać w kierunku mercedesa, jakby chciał dotrzeć do szoferki i uciec. Rocco Massi już podnosił pistolet, by dobić swoją ofiarę, kiedy Anatolij go powstrzymał.

– Ja to zrobię. – Włoski Rosjanina był prymitywny, lecz zrozumiały.

Podszedł do umierającego, czubkiem kosztownego buta ze skóry aligatora przewrócił go na plecy i przez chwilę przyglądał mu się z ciekawością. Bezbronny Mauro leżał na wznak, z trudem łapał powietrze, z dziury po pocisku sączyła się krew. Oprawca uniósł prawą nogę, uśmiechnął się i opuścił obcas buta na gardło nieszczęśnika, rozgniatając mu tchawicę tak, jak się rozgniata karalucha. Z ust Maura trysnęła krew, jego oczy uciekły do góry. Nie żył.

Droga nadal była pusta. Pozostali bandyci wyszli z samochodów, wszyscy zabrali się do uprzątania miejsca zbrodni. Włosi i Rosjanie, w niemal całkowitej ciszy, pracowali szybko i sprawnie. Ofiary mordu wniesiono do pick-upa, gdzie już czekały plastikowe worki na ciała. Plamy krwi na drodze zostały zasypane ziemią. Nie upłynęły dwie minuty, a po zabójstwie nie było śladu.

Cztery obszerne, wyładowane po brzegi torby z audi trafiły do furgonetki. Anatolij i Gurko weszli do części bagażowej mercedesa, ich śladem podążyli Rykow, Turczyn i Scagnetti. Rocco Massi usiadł za kierownicą furgonetki, obok niego przycupnęli Bellomo i Garrone. Caracciolo i Pietrowicz zajęli miejsca w nissanie i audi. W gorącym, nieruchomym powietrzu rozległ się trzask zamykanych drzwi, konwój ruszył w drogę.

Dokładnie siedem minut po napadzie mercedes znów jechał w wyznaczonym kierunku. Zgodnie z planem mieli stanąć jeszcze raz, by odbyć końcową naradę.

Dotychczas akcja przebiegała bez zakłóceń.


Rozdział ósmy

Ben Hope uwielbiał plaże. Nie te koszmarne, od maja do września pełne przypieczonych ciał i zapachu olejku do opalania, lecz miejsca, gdzie można było usiąść samotnie, usłyszeć szum morza i swoje myśli. Po lunchu ruszył nad wodę. Z butami w rękach spacerował po piasku, chłodne fale obmywały mu stopy. Patrzył pod słońce na wody Zatoki Gaetańskiej, chroniąc dłonią oczy. Najbliższą wyspą w kierunku zachodnim była Sardynia.

Do samochodu wrócił tą samą trasą. Otrzepał się z piasku, usiadł za kierownicą i ruszył dalej.

Dochodziła szósta po południu, słońce wisiało już nisko nad horyzontem, gdy wjechał do malowniczej wioski oddalonej o sześć kilometrów od miasteczka Aprilia. Całodzienne siedzenie za kierownicą zmęczyło go. Czy nie powinien stanąć, zaparkować gdzieś i poszukać przyjemnego, cichego hotelu? Pokusa była bardzo silna. Nie chciał znaleźć się w Rzymie zbyt wcześnie. Nie uśmiechało mu się bezczynne siedzenie w upale i zgiełku wielkiego miasta, czekanie na popołudniowy lot następnego dnia do Londynu. I zastanawianie się, co powiedzieć Brooke.

Do cholery, coś złego dzieje się ze mną, pomyślał. Nagle na jezdnię przed samochodem, z niewidocznej szczeliny w rosnącym wzdłuż drogi żywopłocie, wyskoczył czarny kot.

A tuż za kotem dziecko.

Ben z całej siły nacisnął na hamulec, czując pod podeszwą buta szarpnięcie systemu ABS. Opony shoguna prawie wgryzły się w zakurzony asfalt i po krótkim poślizgu auto zatrzymało się dwa metry przed dzieckiem.

Chłopiec, który jak wryty stał na środku drogi i patrzył z osłupieniem na wysoki kwadratowy przód czarnego mitsubishi, mógł mieć dziewięć, dziesięć lat. Ben szarpnięciem otworzył drzwi, wyskoczył z samochodu i podbiegł do przerażonego dziecka.

Czarny kot po drugiej stronie drogi na chwilę się zatrzymał, spojrzał za siebie, po czym zniknął w krzakach.

– Czy matka nie nauczyła cię przechodzić przez jezdnię? – krzyknął Ben po włosku. – Przecież mogłeś zginąć!

Na widok rozzłoszczonego dorosłego chłopiec opuścił głowę i wbił wzrok w ziemię. Miał przydługie jasne włosy, niebieskie oczy i twarz pobladłą ze strachu. Pożałowawszy chłopaka, Ben przykucnął.

– Jak masz na imię? – spytał już łagodniej.

Chłopiec przez chwilę nie odpowiadał, wreszcie podniósł wzrok i wymamrotał, że Gianni.

– Czy to był twój kot?

Pokręcił głową.

– Mieszkasz tutaj? – Dziecko było ubrane zbyt starannie, by mieć za sobą dłuższą podróż. Nie wyglądało też na ulicznego urwisa.

Gianni machnął ręką w stronę lasu przy drodze.

– Czy rodzice są w domu?

Gianni milczał. Przeczuwając, dokąd ta rozmowa prowadzi, chciał uniknąć kolejnej bury. Pociągnął nosem. Dolna warga niebezpiecznie zadrżała, w oczach błysnęły łzy.

– Nie martw się, nikt cię nie skrzyczy – pośpiesznie zapewnił go Ben. – Przyrzekam ci. – Wyprostował się i rozejrzał po okolicy. Nie zobaczył nikogo. W tym miejscu wioska dopiero się zaczynała, dom dzieciaka musiał znajdować się gdzieś za zagajnikiem. – Myślę, że powinniśmy poszukać twojej mamy – powiedział Ben, prowadząc chłopca na skraj szosy. – Poczekaj tutaj, nigdzie się nie ruszaj. – Szybko wskoczył do samochodu, zjechał na pobocze. Ponieważ panował upał, skórzaną kurtkę zostawił na fotelu pasażera. – Chodźmy. – Ujął chłopca za ramię, delikatnie, lecz stanowczo. Zamknął drzwi mitsubishi pilotem, ruszyli w drogę.

Po mniej więcej stu metrach spaceru skrajem szosy Ben zauważył imponująco wielki dom. Rezydencję otaczał park prześwitujący przez zieleń drzew odgrodzony od świata kamiennym murem. Z boku starego budynku stała ultranowoczesna przybudówka. Choć konstrukcja ze szkła i stali wyglądała na ukończoną, jej otoczenie ewidentnie jeszcze wymagało pracy ogrodnika.

W zasięgu wzroku nie było żadnych innych domów.

– Tutaj mieszkasz? – Ben spojrzał na chłopca.

Milczenie.

– Nie jesteś zbyt rozmowny, prawda? – rzucił Ben. Odpowiedzi znów nie otrzymał, więc tylko się uśmiechnął. – W porządku, nie musisz mi niczego mówić.

Doszli do zakrętu. W murze otaczającym posiadłość ukazała się otwarta na oścież dwuskrzydłowa brama z kutego żelaza. Tuż za nią zaczynała się kręta prywatna droga, prowadząca do samotnego domu zatopionego w zieleni.

Sądząc po dużej liczbie samochodów zaparkowanych na dziedzińcu i dwóch mężczyznach w ciemnych garniturach, spacerujących wzdłuż przystrzyżonego żywopłotu, w budynku odbywało się jakieś większe spotkanie lub konferencja.

– To tu? – spytał Ben. Zrezygnowany i pogodzony z nieuniknionym Gianni lekko skinął głową.

Ruszyli w stronę rezydencji. Z bliska Ben zobaczył sporą grupę osób stojących w holu starego budynku. Powitania, uśmiechy, uściski rąk, uniesione w ferworze rozmów głosy. I brak choćby najmniejszej wskazówki co do charakteru spotkania. Ben z chłopcem byli już przed drzwiami, gdy jeden z ubranych na ciemno strażników opuścił swoje miejsce przy żywopłocie i zbliżył się do nich. Krótko przystrzyżone włosy, twarz szeroka jak paszcza krokodyla, małe oczka bez wyrazu, ręce skrzyżowane na brzuchu, garnitur tani i zmięty: szeregowy ochroniarz, jakich Ben w swoim życiu widział już tysiące.

– Czy mogę zobaczyć pańskie zaproszenie?

– Nie mam zaproszenia – odparł Ben, patrząc prosto w nieruchome oczy strażnika. – Znalazłem tego chłopca na drodze i chciałbym się zobaczyć z jego rodzicami.

– To prywatna wystawa, wstęp bez zaproszenia jest niemożliwy – odpowiedział ochroniarz jak zaprogramowany.

– Nie interesuje mnie wystawa. – Ben nawet nie próbował ukryć irytacji. – Czy nie wyraziłem się dostatecznie jasno? Chcę oddać chłopca w ręce rodziców, to wszystko. I nie zamierzam stąd odejść, zanim z nimi nie porozmawiam. Proszę albo mnie wpuścić do środka, albo ich tu przyprowadzić.

Zbliżył się wąsaty kolega ochroniarza.

– Czy mogę w czymś pomóc?

Ten wyglądał trochę lepiej od kolegi, ale Ben już stracił cierpliwość.

– Kto jest tutaj kierownikiem?

– Signor Corsini.

– Więc chciałbym porozmawiać z signorem Corsinim.

– Niestety, jest bardzo zajęty.

Zirytowany Ben już miał na czubku języka mało elegancki komentarz, gdy przez gwar rozmów przebił się energiczny głos, a tłum rozstąpił się w pośpiechu przed jakąś kobietą. Miała około trzydziestu lat i była ubrana w jasnożółtą sukienkę, z ramienia zwisała jej modna torebka na złotym pasku. Podobieństwo kobiety do Gianniego było uderzające: niebieskie oczy, ten sam odcień jasnych, równo przyciętych włosów. Podbiegła do chłopca, szeroko rozkładając ręce.

– Tak się martwiłam! Gdzie ty byłeś? – Jej wzrok spoczął na Benie. – Signor, czy to pan go znalazł?

– Tak. I to w dosyć niecodziennych okolicznościach. Pani syn o mały włos nie wpadł mi pod samochód.

Kobieta spojrzała srogo na syna, opierając ręce na biodrach.

– Gianni, czy to prawda?

– Tak, mamo.

– Pamiętasz, co ci mówiłam na temat drogi?

– Pamiętam, mamo.

– Poczekaj tylko, powiem o tym ojcu – zagroziła. Ramiona chłopca opadły jeszcze niżej rozwój sytuacji potwierdzał jego najgorsze obawy. Na twarzy kobiety malowała się jednak bardziej ulga niż złość. Patrząc na Bena z niekłamaną wdzięcznością, zaprosiła go na kieliszek wina. – Nie wiem, jak inaczej panu podziękować. Błagam pana, niech pan nie odmawia.

Podziękował i zerknął na ochroniarza o wyglądzie zbira, który nadal kręcił się w pobliżu.

– Czy nie potrzebuję zaproszenia?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.