Zagadka śmierci Strufiego - Piotr Czubowicz - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 174 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zagadka śmierci Strufiego - Piotr Czubowicz

Juan, młody chirurg z Barcelony, przyjeżdża na dwumiesięczne wakacje na Lazurowe Wybrzeże. Dzięki zawiłym koneksjom zatrzymuje się w luksusowym apartamencie, będącym własnością rosyjskiego multimilionera – Vladimira.

 

Pewnego dnia, tuż po przebudzeniu, orientuje się, że na jego tarasie leży nieżywy duży i szary kot. Na miejscu pojawia się policja, która sugeruje przeprowadzenie sekcji zwłok, aby określić przyczynę śmierci zwierzaka.

 

W międzyczasie Juan udaje się do nocnego klubu w Monako, gdzie poznaje piękną i tajemniczą Oksanę, a Vladimir składa zdolnemu lekarzowi kilka niemoralnych, acz intratnych propozycji.

 

Od podjętych decyzji będzie zależało przyszłe życie Hiszpana.

 

 

Piotr Czubowicz – ur. w Warszawie w 1981r., z zawodu tancerz i choreograf. Pracował z czołowymi zespołami tańca współczesnego, występował na deskach najważniejszych teatrów w kilkudziesięciu krajach. Uzyskał licencjat na Wydziale Politologii WSSMiA w Warszawie. W roku 2013 rozpoczął Podyplomowe Studia Menedżerskie dla Twórców, Artystów i Animatorów Kultury na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Jest wokalistą i współzałożycielem formacji 100 Billion Cells. Płynnie operuje językiem hiszpańskim, angielskim i francuskim. Zagadka śmierci Strufiego jest jego debiutancką powieścią.

Opinie o ebooku Zagadka śmierci Strufiego - Piotr Czubowicz

Fragment ebooka Zagadka śmierci Strufiego - Piotr Czubowicz





Strona redakcyjna


I

Tego roku, dwa tysiące któregoś, lato zapowiadało się nadzwyczaj gorące. Mówiono o zbliżającym się lecie dekady lub być może nawet lecie stulecia, co po tegorocznej łagodnej zimie i obfitującej w słoneczne dni wiośnie wydawało się na tyle prawdopodobne, co oczywiste. Entuzjazm ogarniał mieszkańców całej półkuli północnej, bowiem ich wszystkich dotyczyły te optymistyczne prognozy. Podniecenie nie omijało Juana, który rozpoczynające się dwumiesięczne wakacje zamierzał spędzić na samym Lazurowym Wybrzeżu.

Właśnie przyleciał. Lot przebiegł spokojnie, bez turbulencji, walizka doleciała szczęśliwie tym samym popołudniowym rejsem. Ciepła kanapka, za którą trzeba było zapłacić tylko kilka euro więcej niż na lądzie, okazała się całkiem smaczna. Stewardesy były miłe, uśmiechnięte, samolot w dobrym stanie i ogólnie rzecz biorąc, jak na lot w cenie pary jeansów, nie można było narzekać. W dodatku wylądowali w Nicei na piętnaście minut przed planowanym przylotem, co trzeba było zaliczyć na wielki plus dla tych stojących na granicy bankructwa tanich linii lotniczych.

Na lotnisku wypożyczył samochód i za pomocą GPS-u trafił pod wskazany adres, gdzie czekała na niego pewna Młoda Włoszka. Ładna i zmęczona. Jej obecność zaskoczyła go trochę, ponieważ zamiast niej spodziewał się starszego Rosjanina o imieniu Vladimir, ale Młoda Włoszka wyjaśniła prędko, że pracuje dla Vladimira od dawna, w tym po godzinach, a on sam nie mógł stawić się dzisiaj osobiście, ponieważ poleciał w nagłej sprawie do Londynu i nie wiadomo, kiedy wróci – prawdopodobnie za tydzień, i dlatego właśnie przyszła ona. Ponieważ jej wyjaśnienia wydały się wystarczające, Juan nie zadawał więcej pytań, a Młoda Włoszka, przechodząc do sedna sprawy i dając wyraźne znaki, że gdzieś się spieszy, wręczyła Juanowi pęk kluczy, objaśniając pokrótce, że ten gruby jest od wejścia głównego, ten krótki od apartamentu, lekko skrzywiony i zardzewiały od piwnicy, a pilot od podziemnego garażu. Numer apartamentu 406 na czwartym piętrze, a numer miejsca postojowego 307 na poziomie minus trzy, po czym zadyszana od nadmiaru mówienia, szybkim krokiem odeszła.

Juan bez trudu zaparkował na wskazanym miejscu wypożyczonego, srebrnego peugeota, który prezentował się raczej marnie w towarzystwie wypucowanego do czerwoności lamborghini z jednej strony i zabytkowego rolls-royce’a z drugiej.

Windą wjechał na czwarte piętro, przekręcił klucz w zamku, uchylił masywne drzwi oznaczone numerem 406 i to, co zobaczył, przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Wiedział oczywiście, że apartament jest przestronny, w pełni wyposażony, z tarasem i widokiem na morze, ale jakość wykończenia, wysokie sufity zdobione w sposób godny samego Gaudiego, abstrakcyjne, warte zapewne dziesiątki tysięcy dolarów amerykańskich, nic nieprzedstawiające obrazy, stylowe meble, marmury, ręcznie malowana ceramika, futurystyczne wazony i żyrandole uzmysłowiły mu, jak bardzo zaniżone było jego wyobrażenie o luksusie.

W rogu salonu stał wielki globus na solidnym, drewnianym statywie, jakby z czasów pióra, atramentu i europejskich eskapad przez Atlantyk na podbój Indii, a ponieważ Juan kolekcjonował wszelkiego rodzaju mapy – geograficzne, geologiczne, geofizyczne, historyczne, polityczne, gospodarcze, turystyczne – i uważał, że wpatrywanie się w nie godzinami jest zajęciem bardzo romantycznym, taki globus stanowił dla niego niemałą atrakcję. W dodatku odkrył, że jest podświetlany od wewnątrz żarówką, co wieczorem musiało prezentować się niezwykle efektownie.

W łazience znajdowało się jacuzzi z hydromasażem, prysznic z sauną i wbudowanym radiem, odbierającym bez zakłóceń kilka stacji francuskich i włoskich. Na tarasie znalazło się miejsce na stół z czterema krzesłami i dwa wysokiej klasy leżaki do opalania. „W takich warunkach na pewno można należycie wypocząć” – pomyślał, zachłystując się wszystkim, co go otaczało.

Wieczór upłynął nie wiadomo kiedy. Nazajutrz, gdy tylko się obudził, naparzył dzbanek kawy i wyszedł na taras, by przy wschodzącym słońcu podziwiać piękno zatoki. A widok był niezmiernie malowniczy. Spokojne morze łączące się na horyzoncie z błękitnym niebem, wysokie palmy, polujące albatrosy, kolorowa południowa architektura. W tej bajkowej scenerii naszła go niczym nieprowokowana refleksja nad własnym życiem, jego sensem i celem. Takie refleksje przytrafiają się wszystkim ludziom w różnych okolicznościach miejsca i czasu.

Juan jest świeżo upieczonym chirurgiem. Od września rozpocznie wymarzoną przez ojca pełnoetatową pracę w najlepszym szpitalu w całej Barcelonie. A wcale nie jest to łatwa praca. Oglądanie ludzi od środka, wycinanie ich chorych narządów, rozszywanie, zaszywanie, babranie się we krwi – tego Juan nigdy nie polubił i nie spodziewał się, by coś w tej materii kiedykolwiek uległo zmianie.

Chirurgiem nie został z powołania, a właśnie za namową ojca, który powtarzał mu skutecznie długo, że medycyna to przyszłościowy i pasjonujący kierunek i że ludzie chorują i będą chorować więcej przez tę zmodyfikowaną genetycznie żywność, globalne ocieplenie i zanieczyszczone środowisko. A wiadomo – za leczenie trzeba płacić.

Takie tłumaczenie wydawało mu się logiczne, więc przygotował się do egzaminów i zdał na studia, które ukończył z wyróżnieniem. Wyróżnienie to pozwoliło mu odbyć prestiżowy staż we wspomnianym wcześniej szpitalu w Barcelonie i uzyskać uprawnienia do wykonywania zawodu.

Starsi koledzy po fachu od razu docenili jego nietuzinkowy talent, powierzając mu najgorsze możliwe przypadki. Raz na przykład przywieźli chłopaka, którego potrąciła furgonetka i przejechała tylnym kołem po jego głowie. Nie wyglądało to dobrze. Nikt nie dawał chłopakowi szans na przeżycie i nikt nie chciał podjąć się tej skomplikowanej, skazanej na niepowodzenie operacji na otwartej czaszce. Juanowi się udało. Uratował go. Chłopak mówi, chodzi, słyszy, zaczął malować akwarele, a kolejne operacje plastyczne przywrócą jego twarzy wygląd zbliżony do pierwotnego. Dwa razy Juan przeprowadzał skomplikowaną operację serca i za każdym razem z sukcesem, transplantował nerkę i wątrobę podarowane przez rodzinę młodej ofiary wypadku motocyklowego, dokonał przeszczepu szpiku kostnego i operacji zmiany płci, zatem mimo młodego wieku był już doświadczonym chirurgiem.

Zastanawiał się, czy to właściwa droga. Wiedział, że jest świetnym lekarzem i może uratować życie wielu ludziom, ale wizja spędzenia reszty życia na sali operacyjnej nie wydawała mu się ani trochę atrakcyjna. Gdy stał tak zamyślony, z pustą już filiżanką w dłoni, rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Ponieważ nikogo się nie spodziewał, w stronę drzwi podszedł w lekkim napięciu.

Na korytarzu stała kobieta w średnim wieku, blondynka, wyglądała na serdeczną i mądrą.

– Nazywam się Amanda – rzekła w języku angielskim, a akcent zdradził jej amerykańskie pochodzenie. – Mieszkam obok – kontynuowała. – Zauważyłam, że się wprowadziłeś i pomyślałam, że warto byłoby się poznać.

Juan, trochę zaskoczony, przedstawił się i potwierdził, że przyleciał wczoraj i zostanie tu na okres dwóch miesięcy.

– Jeżeli nie masz innych planów na dzisiejsze popołudnie, zapraszam cię na lunch – zaproponowała, dodając bezzwłocznie, że musi koniecznie poznać jej córkę – Jasmine.

Juan podszedł entuzjastycznie do tej propozycji i umówili się, że wpadnie o trzynastej.

Do trzynastej pozostały jeszcze dwie godziny, zatem miał wystarczająco czasu, by w spokoju wziąć długi prysznic i wybrać się do pobliskiego sklepu, by zrobić jakieś zakupy. Nie wypadało pojawić się u Amandy z pustymi rękami, poza tym lodówka świeciła pustkami.

Po wizycie w supermarkecie zwiedził pobieżnie najbliższą okolicę, by wiedzieć, gdzie znajduje się bank, gdzie poczta, gdzie kiosk z prasą i piekarnia. O godzinie trzynastej zjawił się pod drzwiami Amandy, trzymając w dłoni butelkę białego wina.

Zapukał. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Obok Amandy stała mała dziewczynka, nie- ujawniająca żadnych oznak radości ze składanej przez niego sąsiedzkiej wizyty. Patrzyła nieufnie, jakby z pogardą, sama nie wzbudzając przy tym odrobiny sympatii. Szpiczasty nos, odstające uszy i niepokojąco krzaczaste brwi pozbawiały ją dziecięcego uroku. Juan nie spodziewał się, że kobieta tak urodziwa jak Amanda może mieć tak brzydką córkę. Starał się szczerze uśmiechnąć do małej, ale ona kompletnie ignorowała jego próby. Amanda, by nie przedłużać tej kłopotliwej sytuacji, zaprosiła do środka. Stół był już gotowy i w całym mieszkaniu unosił się zapach pieczonego mięsa.

Usiedli. Amanda poprosiła, by Juan zaczął sobie nakładać i zapytała go, skąd pochodzi. Pytanie to było tyle stosowne, co ciekawskie, ponieważ uroda Juana była tak wschodnia, jak i zachodnia i tak południowa, jak i północna. Miał błękitne oczy, trochę skośne, cerę śniadą i czarne, kręcone włosy do ramion. Taki japoński Szwedokubańczyk.

– Płynie we mnie krew wielu narodowości – odpowiedział. – Mój dziadek od strony ojca był Hiszpanem, a babcia Chinką. Moja matka jest Polką. Ja czuję się Hiszpanem. Urodziłem się i wychowałem w Hiszpanii.

– Twoja babcia była Chinką? – podchwyciła Amanda.

– Tak, wciąż żyje, ma sto dwa lata. Gdy była młoda, emigrowała z Szanghaju na hiszpańskim statku towarowym. Później otworzyła w Barcelonie jeden z pierwszych gabinetów akupunktury.

– Mówisz po chińsku?

– Mój ojciec dopilnował, bym ja i moi trzej bracia posługiwali się płynnie jak największą liczbą języków, dlatego też babcia mówiła do nas po chińsku, dziadek po hiszpańsku, mama po polsku, a ojciec po angielsku, ponieważ sam jest przysięgłym tłumaczem angielskiego, jak również chińskiego. Opanowanie przez nas tych języków pozwoliło mu poczuć się spełnionym rodzicem. W szkole uczyłem się jeszcze francuskiego, ale moją znajomość tego języka trzeba uznać za bardzo podstawową. Stąd też pomysł, bym spędził dwa miesiące we Francji i podszkolił język. Jedna z koleżanek mojej matki, ciocia Lila, zna właściciela mieszkania, w którym się zatrzymałem, i dzięki jej zabiegom wynajął je po bardzo atrakcyjnej cenie. Nie spodziewałem się tak wspaniałego apartamentu.

– Mówisz o Vladimirze? – zapytała Amanda.

– Tak, jeszcze go nie poznałem, ale spodziewam się jego wizyty w najbliższych dniach. Pragnę go poznać i osobiście mu podziękować. Mam dla niego również przesyłkę od cioci Lili. Znasz go? – zapytał.

– Znam. Jest właścicielem również mojego mieszkania, jak i dwudziestu innych w tym budynku. To bardzo bogaty człowiek. Podejrzewam, że robi brudne interesy. Nikt uczciwą pracą nie dorobił się tylu milionów.

– A ty skąd pochodzisz? – zapytał Juan, zgrabnie zmieniając temat.

– Pochodzę z Dakoty Południowej. Mieszkałam z rodzicami niedaleko Watertown – odparła. – Nie jest to zbyt atrakcyjne miejsce. Moja mama była nauczycielką w szkole, a ojciec dyrektorem poczty. Wiedliśmy tam dość monotonne życie. Planowaliśmy przeprowadzkę na Florydę lub do Kalifornii, ale gdy miałam siedemnaście lat, rodzice zginęli w katastrofie awionetki, którą pilotował mój ojciec. Moje życie legło w gruzach. Zostałam zupełnie sama. Nie miałam rodzeństwa ani żadnej dalszej rodziny. Dziadkowie od strony ojca odeszli wcześnie, a mama wychowała się w domu dziecka, nie poznawszy nigdy swoich biologicznych rodziców. Po ich śmierci zapragnęłam wyjechać. Dostałam się na studia na Harvardzie, potem po trzecim roku akademickim pojechałam na wakacje do Europy, gdzie poznałam ojca Jasmine. Przeprowadziłam się do Francji, studiów nigdy nie dokończyłam. Zabrałam się za pisanie książek. Piszę powieści erotyczne. W swoim dorobku mam już czternaście pozycji i wszystkie sprzedały się w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy.

Po tych słowach wskazała biblioteczkę, na której stały równo poustawiane dziesiątki książek, wszystkie tej samej wielkości, ale w różnych kolorach. Biblioteczka znajdowała się w zasięgu wzroku, więc Juan bez trudu dostrzegł, że wszystkie są autorstwa Amandy Rebekki Burger.

– Chętnie przeczytam którąś z twoich książek – powiedział, nie kryjąc podziwu i dodał, że jeszcze nigdy nie poznał żadnego pisarza.

– To proza głównie kobieca – skromnie intrygowała Amanda, zaznaczając jednak, iż wie, że wielu mężczyzn sięga po jej powieści.

W tym momencie Jasmine zaczęła przeraźliwie krzyczeć w nieznanym dla Juana języku, tupiąc przy tym i rwąc włosy z głowy raz swoje, raz niczemu niewinnej lalki Barbie. Wyglądało to jak jakiś chorobliwy napad agresji lub zaawansowanego i nieleczonego ADHD. Jej wrzask sprawiał, że Juan czuł ciarki na plecach i ponieważ swobodne prowadzenie dalszej rozmowy nie było możliwe, Amanda musiała zainterweniować.

Podeszła do rozwścieczonej dziewczynki, uklękła przy niej i spytała przepełniona rodzicielską wyrozumiałością, co się stało. Poprosiła również, by mała zwracała się do niej w języku angielskim, bo przecież dobrze wie, że ona nie rozumie ani słowa po bengalsku.

Mała nie przestawała krzyczeć i zamachnąwszy się, kopnęła Amandę z całych sił w brzuch, co spowodowało, że ta upadła na plecy i wylądowała w mało zgrabnej pozycji. Skuliła się w kłębek i zażenowana zachowaniem córki, zwalczała ból w ciszy. Juan pomyślał, że powinien jakoś zareagować, ale ani nie czuł się kompetentny w wychowywaniu tak brzydkich i nieznośnych dzieci, ani takie interwencje już przy pierwszym spotkaniu nie wydawały mu się taktowne względem samej Amandy, która mogłaby źle przyjąć porady wychowawcze od młodego, bezdzietnego, ledwo co poznanego kawalera. Gdy zdołała się podnieść, powiedziała stanowczo Jasmine, by w tej chwili udała się do łazienki. Mała nie stawiając większego oporu, ruszyła, a Amanda dotrzymała jej towarzystwa.

Juan pozostał sam. Sprawiłby małej niezłe lanie, ale od strony łazienki nie dochodziły żadne odgłosy przemocy rodzicielskiej. Wszystko wskazywało na to, że Amanda obrała bezstresową formę wychowawczą i prawdopodobnie już płaciła cenę tego głupiego wyboru.

W tym czasie podszedł do biblioteczki, by przejrzeć książki Amandy. Każdy tytuł był w kilku egzemplarzach, a wśród nich: Senegalski kochanek, Purpurowy sen, Czternaście dni i piętnaście nocy, Wszystkie sekrety Cathrine von Bloom. Gdy chwycił tę ostatnią i zaczął czytać pierwszy akapit, którego treść wydała mu się dość zabawna, drzwi łazienki otworzyły się i mała z zaczerwienionymi od płaczu oczami, świeżo uczesana i wyciszona, choć wciąż naburmuszona, ruszyła prosto w kierunku swoich zabawek, nie zwracając na Juana podczas tego marszu najmniejszej uwagi. Amanda, przepraszając za chwilową nieobecność, powróciła do stołu.

– Jestem w trakcie rozwodu – powiedziała cicho. – To dlatego Jasmine jest taka nieznośna. Nie może przyjąć do wiadomości, że rodzice się już nie kochają i nie mogą być dłużej razem. Kocha ojca ponad wszystko, ale nie chcę, by to on wychowywał moje dziecko. On zabił człowieka – powiedziała jeszcze ciszej i zrobiło się jakby ciemniej i chłodniej. – Małżeństwo z nim było pomyłką – kontynuowała. – Byłam młoda, zagubiona, naiwna, bardzo wiele nas dzieliło: kultura, język, nawyki, światopogląd. Poza tym w trakcie kilkuletniego wspólnego życia zorientowałam się, że jest kompletnie niezrównoważony, że w atakach furii, które miewa dość regularnie, staje się agresywny i nieobliczalny. Boję się, że któregoś dnia porwie Jasmine. Tylko ja wiem, że ten nieszczęśliwy wypadek, za jaki uważa się śmierć jego kolegi, był zwykłym morderstwem. On wie, że ja wiem i boi się, że go sypnę. Obawiam się, że może chcieć mnie zabić. A mała cały czas mówi, że chce do taty, że chce do taty. Była z nim w zeszłe wakacje w Bangladeszu i wróciła kompletnie oczarowana. Powtarza, że chce zamieszkać w Bangladeszu na stałe, że chce się bawić tylko z bengalskimi dziećmi, grać tylko w bengalskie gry i mówić tylko po bengalsku. Tłumaczę jej, że jest również Amerykanką. Chcę, by wyrosła na normalnego człowieka. Chcę ją zainteresować kulturą Zachodu, ale mówi, że nie interesuje jej żaden Nowy Jork ani Las Vegas, ani Wielki Kanion, ani Floryda, ani Kalifornia, ani żadne Hollywood. Jestem zaniepokojona. Twierdzi nawet, że najpiękniejsze plaże są w Bangladeszu i tak samo z górami, a ja czytałam, że to kraj wybitnie nizinny. Ludzie mają tam problem z dostępem do wody pitnej. To jest kraj Trzeciego Świata! Jak może się jej tam podobać?

– Cielęcina była wyśmienita – Juan pochwalił kuchnię Amandy, nie mogąc wymyślić nic lepszego do powiedzenia.

Współczuł Amandzie i z powodu dziecka, i z powodu męża, ale znał ją zbyt krótko, by cokolwiek jej doradzać. Przez chwilę pomyślał nawet, że dla swojego dobra powinna zrzec się praw rodzicielskich na rzecz ojca Jasmine i wysłać ich obydwoje do Bangladeszu, ale oddawanie dziecka w opiekę osobie, która zdolna była zabić kolegę, nie wydawało się rozwiązaniem zbyt rozsądnym.

– Którą książkę mi polecasz? – zapytał, wciąż trzymając w dłoni egzemplarz Wszystkich sekretów Cathrine von Bloom.

– Ta jest jedną z najlepszych – zarekomendowała. – Cathrine jest szefową agencji reklamowej w Chicago. Zresztą co ja ci będę opowiadać. Przeczytaj i opowiedz mi o swoich wrażeniach. To zawsze bardzo interesujące słuchać, w jaki sposób inni interpretują twoją literaturę.

Jasmine siedziała w tym czasie w miarę spokojnie na podłodze i bawiła się klockami. Próbowała ustawić z nich wysoką wieżę, ale ponieważ układała klocki w sposób niestaranny i bezmyślny, zanim wieża osiągała imponującą wysokość, upadała z łomotem. „Architekta z niej nie będzie” – pomyślał Juan, spoglądając na nią z lekkim politowaniem i zastanawiając się, czy Jasmine może mieć jakikolwiek talent w jakiejkolwiek dziedzinie.

Amanda zebrała talerze i zaproponowała szklaneczkę martini. Gdy zaczęli rozmawiać o nowej książce Amandy, którą właśnie pisze i której akcja toczy się nad rzeką Missisipi, Jasmine ponownie o sobie przypomniała – zaczęła płakać i krzyczeć w języku bengalskim. Był to znak, że czas zakończyć tę przemiłą wizytę.

Przed wyjściem Amanda zdążyła jeszcze poprosić Juana, by przechował u siebie zapasowe klucze do jej mieszkania. Widział w jej oczach strach, gdy prosiła, by przyszedł, jeśli usłyszy jakieś krzyki lub walenie w ścianę. Spodziewała się męża i można było wywnioskować, że jego wizyta jest raczej nieunikniona.

Wrócił do siebie. Resztę popołudnia postanowił spędzić na plaży. Nie mógł się doczekać, aż wejdzie do ciepłego morza. Jeszcze przed przyjazdem obiecywał sobie, że będzie to pierwsza rzecz, którą zrobi, gdy tylko odstawi walizki, ale przebywając w tym pięknym apartamencie, zupełnie zapomniał o reszcie świata.


II

Plaża była kamienista. Niewygodnie się po niej chodziło i niewygodnie się na niej leżało. Patrząc na innych plażowiczów, zaopatrzonych w leżaki, parasole, mobilne lodówki i specjalne obuwie, stwierdził że niezbyt dobrze się na te okoliczności przygotował. Nie zniechęcił się jednak. Położył ręcznik na kamieniach, zdjął buty, koszulkę i wszedł do morza.

Woda była fantastyczna. Tak czysta, że nawet na głębokości powyżej trzech metrów widać było wyraźnie dno i przepływające ławice ryb. Jedna ryba musnęła go nawet w brzuch, co go rozbawiło. Lubił ryby z każdego powodu. Podziwiał je jako formy życia, lubił je łowić i lubił je jeść. W wodzie sam czuł się jak ryba. Nurkował, robił podwodne fikołki, skakał, co chwilę zmieniał styl pływacki. Poczuł, że jest na wakacjach, a to wspaniałe uczucie zdarza się tylko raz w roku. Nigdzie się nie spieszył, nie miał żadnych obowiązków, słońce świeciło, a on kąpał się w Morzu Śródziemnym na jednym z najpiękniejszych wybrzeży na świecie.

Po kilkudziesięciominutowej kąpieli położył się na ręczniku, by wyschnąć i zaczerpnąć słońca, ale ponieważ kamienie go uwierały, takie leżenie nie należało do przyjemności. Szybko więc uznał, że zasłużył na zimne piwo. W dodatku na plaży było wiele rodzin z dziećmi, które zupełnie niekontrolowanie lub właśnie z intencją, co chwilę rzucały coś w kierunku Juana. Raz piłkę, raz wiadro, raz łopatkę, które notorycznie musiał odrzucać, co matki niewychowanych bachorów odbierały jako serdeczną uprzejmość. Dziękowały, uśmiechając się jak głupie, za każdym razem, gdy coś odrzucił, nie próbując nawet zwrócić uwagi swoim podopiecznym, by nie rzucali w stronę innych plażowiczów plastikowych wiaderek wypełnionych po brzegi słoną morską wodą. „Takie wychowanie nie ma przyszłości” – pomyślał, zwijając ręcznik i zawiązując buty.

W sąsiedztwie plaży znajdował się bar o dość egzotycznej na tutejsze okoliczności nazwie Alaska. Jako budynek nie prezentował się zbyt ekstrawagancko. Była to jakby buda cyrkowa na kółkach, tylko bez kółek, na solidnym cementowym fundamencie. Musiano jej nie remontować od lat, ponieważ schodziła z niej farba, a metalowe elementy zaczęła zżerać rdza. Z budą zintegrowany był spory taras z ruchomym dachem, rozkładanym zapewne w przypadku deszczu lub nadmiernego słońca. Na tarasie znajdowało się kilkanaście plastikowych stolików w kolorze pomarańczowym.

W samej budzie, w której mieściło się całe zaplecze barowo-kuchenne, na pierwszy rzut oka nie przestrzegano podstawowych zasad higieny. Było tam ciasno, brudne naczynia stały obok czystych, a kolor ścierki, którą jedna z barmanek przecierała świeżo wymyte talerze, skutecznie zniechęcił go od zamawiania tu czegokolwiek do jedzenia.

Wśród klientów było raczej niewielu turystów. Zgromadzeni w małych grupach, starzejący się alkoholicy wyglądali bardziej na lokalnych niż przyjezdnych. Juan usiadł przy jednym ze stolików, z którego miał dobry widok na morze. Piwo przyniesiono natychmiast, co bardzo go ucieszyło, ponieważ poczuł wzmożone pragnienie. Siedział samotnie, ciesząc oczy widokami wybrzeża, gdy zagadnęła go kobieta siedząca przy sąsiednim stoliku, zupełnie niepasująca do reszty klientów. Zadbana i elokwentna.

– Na wakacjach? – spytała uprzejmie i z uśmie-chem.

– Tak – odpowiedział Juan i przedstawił się, podniósłszy się z krzesła.

Powiedziała, że nazywa się Melinda, ale nienawidzi tego imienia i nigdy nie zapomni matce, że właśnie tak ją nazwała. Poprosiła, by zwracać się do niej per MeliBoo lub po prostu Meli.

Ponieważ różnica wieku między nimi była dość spora, Juan początkowo czuł się trochę spięty, ale im bardziej rozmowa się rozwijała, tym bardziej odczuwał, że może rozmawiać z nią jak z rówieśnikiem. Dowiedział się, że MeliBoo jest wyśmienitą pianistką, że grała w orkiestrach w Hongkongu, Londynie, Sydney, San Francisco i Szanghaju, że nagrała kilkanaście albumów, w tym dwa jazzowe, i jeden, jeszcze w czasach wczesnej młodości, z muzyką punkową. Dowiedział się również, że ma nieślubnego syna, który mieszka i studiuje żeglugę śródlądową w Melbourne. Juan opowiedział jej o sobie, o tym, że jest chirurgiem, Hiszpanem, ćwierć-Chińczykiem i pół-Polakiem, wspomniał również o swojej pasji do gry na gitarze. MeliBoo zaproponowała, by któregoś dnia wpadł do niej i wspólnie trochę pomuzykują, co Juan naturalnie uznał za propozycję nie do odrzucenia. Nieczęsto miał okazję obcowania z profesjonalnymi muzykami i bardzo nad tym faktem ubolewał.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.