Zabić gołębia  - Stephen Kelman  - ebook
Wydawca: Drzewo Babel Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zabić gołębia - Stephen Kelman

Świeżo przybyły z Ghany jedenastoletni Harrison Opoku mieszka z matką i starszą siostrą na dziewiątym piętrze wieżowca w jednym z londyńskich blokowisk. Zupełnie nieświadomy czyhających na niego zagrożeń Harri, wicemistrz swojej klasy w sprincie, pędzi przez nowe życie w butach z trzema paskami Adidasa własnoręcznie namalowanymi czarnym flamastrem.

Równie zafascynowany osiedlowym gangiem, co gołębiem przysiadającym na jego balkonie, Harri przyswaja sobie wiele osobliwych elementów nowego życia w Anglii: obserwuje, słucha i uczy się sztuczek umożliwiających przetrwanie w miejskiej dżungli.

Kiedy jednak na głównej ulicy osiedla, od ciosów nożem ginie chłopiec, i policka apeluje o zgłaszanie się świadków, zapada zmowa milczenia. Harri postanawia wszcząć własne śledztwo. W ten sposób nieświadomie naraża kruchy kokon bezpieczeństwa, jakim matka otoczyła rodzinę.

Zabić gołębia, historia zderzenia niewinności z przemocą, nadziei z brutalnością świata, ukazuje przejmujący portret chłopca u progu dorosłości.

Ta powieść z godnym podziwu mistrzostwem pokazuje przerażonych nastolatków kryjących się pod maskami twardzieli z gangu.

Observer

Historia Harrisona wciąga bez reszty. Jedną z najtrudniejszych rzeczy w literaturze jest pisanie z punktu widzenia dziecka. Stephen Kelman robi to genialnie.

Guardian

Powieść Stephena Kelmana to przejmująca historia, wartka akcja i pełni wdzięku bohaterowie. Żywy portret namalowany uczciwie, życzliwie i dowcipnie.

Daily Telegraph

Opinie o ebooku Zabić gołębia - Stephen Kelman

Fragment ebooka Zabić gołębia - Stephen Kelman














O Autorze

foto © Jonathan Ring

Stephen Kelman

Urodził się w Luton w 1976 roku.

Po studiach pracował między innymi jako magazynier, potem w opiece społecznej, w marketingu i samorządzie lokalnym. W 2005 roku postanowił zająć się pisarstwem na poważnie i od tego czasu napisał sporo scenariuszy filmowych. Jego pierwsza powieść Zabić gołębia została nominowana do nagrody Desmonda Elliotta 2011 i The Man Booker Prize 2011.

Wolałbym uczyć się śpiewu u jednego ptaka,

niż pouczać dziesięć tysięcy gwiazd,

jak mają tańczyć

E. E. Cummings


Stephen Kelman
Zabić gołębia
przełożył
Wojciech Mitura
 



•••

Nie chciało się wierzyć,

żeby zabójca mógł być zwyczajnie

dzieciakiem. To byłby zupełny obłęd.

Rozglądaliśmy się po wszystkich twarzach,

czy ktoś nie ma wzroku mordercy.

Za trudne. Wszyscy wyglądali

po prostu normalnie.

To nie mógł być nikt z nich.

•••


Podróżnikowi


Marzec

Krew. Wszędzie na ziemi przed barem Chicken Joe’s. Jest ciemniejsza, niż by się myślało. Po prostu obłęd.

Jordan: Dam ci milion funtów, jak dotkniesz.

Ja: Nie masz miliona.

Jordan: No to funta.

Chciałoby się dotknąć, ale nie dawało rady podejść dość blisko. Dojście zagradzała policyjna taśma:

PRZEJŚCIA NIE MA

Jeśli przekroczysz tę linię, zamienisz się w proch.

Nie wolno było rozmawiać z policjantem, żeby go nie rozpraszać na wypadek, gdyby zabójca miał wrócić. Widziałem, że ma kajdanki przy pasku, ale broni nie widziałem.

Mama zmarłego chłopca pilnowała tej krwi. Wyraźnie chciała, żeby krew tam zostawić. Deszcz chciał spaść i zmyć krew, ale ona mu nie dawała. I nawet nie płakała. Stała sztywno z groźną miną, zupełnie jakby jej obowiązkiem było odpędzanie deszczu z powrotem do nieba. Nadleciał gołąb i zaczął rozglądać się za czymś do jedzenia. Szedł prosto w krew. Nawet też był smutny, miał takie różowe oczka i martwe spojrzenie.

Kwiaty już oklapły. Obok leżały fotografie zmarłego chłopca w szkolnym mundurku. W zielonym pulowerze.

Mój jest niebieski. Mój mundurek jest lepszy. Jedyna niedobra rzecz, to krawat, za bardzo drapie. Nie cierpię, jak krawat drapie.

Zamiast zniczy stały puszki z piwem, a koledzy zmarłego chłopca zostawiali mu kartki. Wszyscy pisali, że był dobrym kolegą. Niektórzy robili błędy ortograficzne, ale mi to nie przeszkadzało. Jego korki związane sznurowadłami wisiały na ogrodzeniu. Prawie nowe Nike z kołkami z prawdziwego metalu i w ogóle.

Jordan: Mam je zwinąć? Jemu już niepotrzebne.

Udałem, że nie słyszę. Jordan tak naprawdę to by ich nie ukradł, były milion razy za duże. Wyglądały smętnie, kiedy tak wisiały. Chciałbym móc je nosić, ale wcale by nie pasowały.

Ja i ten zmarły chłopiec byliśmy tylko półkolegami, nie widywałem go za często, bo był starszy i nie chodził do mojej szkoły. Umiał jeździć bez trzymanki, ale nawet nikt mu nie życzył, żeby spadł z roweru. W myśli zmówiłem modlitwę. Modlitwa była krótka: przykro mi. Nic innego nie mogłem sobie przypomnieć. Wyobrażałem sobie, że jak będę z całej siły wpatrywał się w tę krew, to ona się ruszy i wróci w postaci chłopca. Mógłbym go w ten sposób przywrócić do życia. Coś takiego się kiedyś zdarzyło. Tam, gdzie przedtem mieszkałem, był wódz i on przywrócił do życia swojego syna. To było dawno, jeszcze zanim się urodziłem. Asweh[1], prawdziwy cud. Tym razem jednak nie udało się. Dałem mu swoją gumową piłeczkę. Nie jest mi już potrzebna. Mam jeszcze pięć pod łóżkiem. Jordan położył tylko kamyk, który znalazł na ziemi.

Ja: To się nie liczy. Musisz dać mu coś, co należało do ciebie.

Jordan: Nic nie mam. Nie wiedziałem, że trzeba przynieść prezent.

Dałem Jordanowi truskawkowy żelek, żeby miał dla zmarłego chłopca, potem pokazałem mu, jak się przeżegnać. Razem się przeżegnaliśmy. Nie odzywaliśmy się. Czuliśmy nawet, że to coś ważnego. Biegliśmy całą drogę do domu. Łatwo wygrywam z Jordanem. Mogę wygrać z każdym. Jestem najszybszy w naszej klasie. Po prostu chciałem uciec, zanim śmierć nas dogoni.

Domy są tu wszędzie potężne. Mój wieżowiec jest wysoki jak latarnia morska w Jamestown. W jednym rzędzie stoją trzy wieżowce: Luksemburg, Sztokholm i Kopenhaga. Ja mieszkam w bloku Kopenhaga. Moje mieszkanie jest na dziewiątym z czternastu pięter. To nawet nie jest takie przerażające. Mogę teraz wyglądać przez okno i już mi się w brzuchu nie przewraca. Uwielbiam jeździć windą. Masakra, zwłaszcza jak się jedzie samemu. Można się bawić w ducha albo szpiega. Ona tak szybko jedzie, że nawet nie czuje się zapachu sików.

Nieźle wieje na samym dole, robi się tam coś jakby wir. Stoisz pod blokiem, rozkładasz ramiona i możesz udawać, że jesteś ptakiem. Czujesz, że wiatr próbuje cię unieść do góry, prawie jakbyś latał.

Ja: Szerzej ręce!

Jordan: Szerzej się nie da! Pedalstwo jakieś, ja mam dość!

Ja: Żadne pedalstwo, właśnie genialne!

Asweh, to najlepszy sposób, żeby poczuć, że żyjesz. Tyle tylko, że nie chcesz, żeby cię wiatr porwał, bo nie wiesz, gdzie cię upuści. Może w krzaki, czasem w morze.

W Anglii mają na wszystko cholernie dużo różnych słów. Chodzi o to, że jak zapomnisz jakiegoś słowa, to zaraz masz jakieś inne. To bardzo pomaga. Ciota, dupek, frajer – wszystko znaczy to samo. Sikać, lać, siurać – też wszystko to samo (to samo, co iść w pewne miejsce). Jest milion słów na siusiaka. Wiecie, co usłyszałem od Connora Greena, jak tylko zacząłem chodzić do nowej szkoły?

Connor Green: Masz przyjaciela?

Ja: Tak.

Connor Green: Jesteś pewien, że masz przyjaciela?

Ja: Tak.

Connor Green: Ale całkiem pewien?

Ja: Chyba tak.

Ciągle mnie pytał, czy mam przyjaciela. Bez przerwy. Wreszcie zaczęło mnie to złościć. I w końcu nie byłem pewien. Connor Green śmiał się, nawet nie wiedziałem dlaczego. Wtedy Manik powiedział mi, że to taki kawał.

Manik: On cię nie pyta, czy masz przyjaciela, pyta, czy masz penisa. Mówi tak każdemu. To tylko kawał.

Brzmi jak przyjaciel, a naprawdę znaczy penis.

Ha! Penis.

Connor Green: Mam cię! Połknąłeś haczyk!

Connor Green zawsze robi kawały. Po prostu lubi ściemniać. To pierwsza rzecz, jakiej się o nim dowiadujesz. W każdym razie ja nie przegrałem. Mam penisa. Kiedy wszystko się zgadza, to nie ma kawału.

Niektórzy na balkonach suszą bieliznę albo hodują rośliny. Ja z mojego obserwuję helikoptery. Trochę się kręci w głowie. Trudno stać tam dłużej niż minutę, bo można zamienić się w sopel lodu. Widziałem raz z góry X-Fire’a, pisał swoje imię na murze Sztokholmu. Nie wiedział, że go widzę. Był naprawdę szybki, a mimo to litery wyszły mu super. Ja też bym chciał napisać swoje imię takimi dużymi literami, ale farba w sprayu jest bardzo niebezpieczna, bo jak się nią pomażesz, to nigdy nie schodzi i nawet zostaje na zawsze.

Małe drzewka siedzą tu w klatkach. Stawia się klatkę wokół drzewka, żeby go nie ukradli. Asweh, kompletny obłęd. Kto by chciał ukraść drzewko? Kto by zaciukał chłopca, żeby zabrać mu porcję kurczaka z baru Chicken Joe’s?


Kiedy Mama nastawia telefon na głośne mówienie, to słychać, jakby byli daleko. Głos Papy odbija się echem, jakby go trzymali w łodzi podwodnej na dnie oceanu. Wyobrażam sobie, że powietrza starczy mu na godzinę i jeśli w ciągu godziny go nie uratują, to koniec. Zawsze mnie to wnerwia. Póki Papa nie ucieknie, to ja jestem głową rodziny. Nawet tak powiedział. Mam obowiązek pilnować wszystkiego. Opowiedziałem mu o moim gołębiu.

Ja: Gołąb wpadł przez okno. Lydia się przestraszyła.

Lydia: Co? Wcale się nie przestraszyłam.

Ja: Przestraszyła się. Powiedziała, że zwariuje od tych jego skrzydeł. Musiałem go złapać.

Nasypałem sobie trochę mąki na rękę i gołąb usiadł mi na niej. Był głodny i tyle. Zwabiłem go tą mąką. Trzeba się bardzo ostrożnie poruszać, bo jak się ruszysz zbyt gwałtownie, gołąb może zwyczajnie przestraszyć się i odlecieć.

Lydia: Pośpiesz się! Jeszcze kogoś ugryzie!

Ja: Weź ty się! On tylko chce się stąd wydostać. Zamknij się, bo go przestraszysz.

Czułem na ręce, jakie ma szorstkie nóżki, jak kurczak. To było bardzo fajne. Postanowiłem, że będzie moim ulubionym gołębiem. Dobrze mu się przyjrzałem, żeby zapamiętać kolory, potem wypuściłem go na balkon i odleciał. Wcale nie trzeba ich zabijać.

Papa: Dobra robota.

Papa miał uśmiechnięty głos. Uwielbiam, jak ma uśmiechnięty głos, bo to znaczy, że zrobiłem coś tak, jak trzeba. Nie musiałem potem myć rąk, mój gołąb nie ma żadnych zarazków. Stale mówią, żeby myć ręce. Asweh, tyle jest zarazków, że trudno uwierzyć! Wszyscy ciągle się ich boją. Zarazki z Afryki są najśmiertelniejsze, to dlatego Vilis uciekł, kiedy chciałem się z nim przywitać, on myśli, że kiedy się nawdycha moich zarazków, to umrze.

Ja nawet nie wiedziałem że przywiozłem ze sobą jakieś zarazki. Nie czuje się ich, nie widzi, ani nic. Adjei[2], te zarazki są okropnie wredne! Vilis może sobie mnie nienawidzić, nawet nie obchodzi mnie to, jest kiepskim obrońcą i nigdy mi nie podaje piłki.

Agnes uwielbia robić bańki ze śliny. Tylko jej to wolno, bo jeszcze jest dzidziusiem. Niech ich nawet robi dużo. Ile zechce i zawsze.

Ja: Halo, Agnes!

Agnes: O!

Jak Boga kocham, kiedy Agnes mówi halo, to w uszach mi dzwoni jak jakiś szalony dzwonek! Ale i tak to kocham. Kiedy Agnes mówi halo, Mama płacze i śmieje się równocześnie – jest jedyną osobą, jaką znam, która to potrafi. Agnes nie mogła z nami przyjechać, bo Mama musi cały czas pracować, więc zamiast Mamy zajmuje się nią Babcia Ama. Tylko do czasu, aż Papa sprzeda wszystko ze swojego sklepu, a potem kupi bilety i znowu będziemy wszyscy razem. Minęło dopiero dwa miesiące od naszego wyjazdu, a zapominać zaczyna się dopiero po roku. To nawet nie będzie tak długo.

Ja: Umiesz powiedzieć Harri?

Papa: Jeszcze nie. Daj jej trochę czasu.

Ja: A co ona teraz robi?

Papa: Dalej robi bańki. No, lepiej już idź.

Ja: Okej. Przyjeżdżajcie szybko. Przywieźcie mi płyty Ahomki, tu ich nie mogę znaleźć. Kocham was.

Papa: I ja

W tym momencie karta telefoniczna się wyczerpała. Nienawidzę tego. To zawsze jest szok, chociaż zdarza się tak za każdym razem. To tak jak wieczorem, kiedy cichną silniki helikopterów i wydaje mi się, że te helikoptery spadną na mnie. Asweh, co za ulga, kiedy znowu je słyszę!

Widziałem raz prawdziwą martwą osobę. To było tam, gdzie przedtem mieszkałem, na targu w Kaneshie. Panią od pomarańczy potrącił bus tro-tro, nikt nawet nie zauważył, że nadjeżdża. Wyobrażałem sobie, że te wszystkie pomarańcze, które się rozsypały dookoła, to jej przyjemne wspomnienia i że szukają teraz kogoś, kto by je przygarnął, żeby się nie zmarnowały. Łobuzy próbowały ukraść trochę pomarańczy, tych nierozjechanych, ale Papa i jeszcze drugi pan kazali im włożyć je z powrotem do koszyka. Łobuzy powinny wiedzieć, że nigdy nie wolno okradać zmarłych. Obowiązkiem porządnych ludzi jest wskazywać bezbożnikom właściwą drogę. Trzeba im pomagać, kiedy tylko się da, nawet jeśli oni tego nie chcą. Myślą, że nie chcą, ale tak naprawdę, to chcą. Można zostać porządnym człowiekiem, jeśli się umie zaśpiewać wszystkie pieśni kościelne z pamięci. Tylko pastor Taylor i pan Frimpong to potrafią, no, ale obaj mają już swoje lata. Pan Frimpong jest tak stary, że ma pająki w uszach. Widziałem na własne oczy.

W kościele odmówiliśmy specjalną modlitwę za zmarłego chłopca. Prosiliśmy, żeby jego dusza znalazła się w objęciach Pana i żeby Pan zmiękczył serca zabójców tak, żeby się przyznali do winy. Pastor Taylor przekazał specjalny komunikat do wszystkich dzieci. Powiedział, że jeśli znamy kogoś z nożem, to trzeba o tym powiedzieć.

Lydia obierała bulwy kasawy na fufu.

Ja: Ty masz nóż! Powiem im o tobie!

Lydia: Idź ty. Czym mam je obierać, łyżką?

Ja: Możesz obierać swoim oddechem. Bucha od ciebie jak od smoka.

Lydia: A od ciebie jak od psa. Znowu lizałeś podogonia?

To nasza ukochana zabawa – zobaczyć, kto wymyśli najgorsze bluzgi. Przeważnie ja wygrywam. Jak dotąd mam tysiąc punktów, a Lydia tylko dwieście. Gramy wtedy tylko, kiedy Mama nas nie słyszy. Podziabałem się widelcem. Zwyczajnie w ramię. Chciałem zobaczyć, czy bardzo boli i jak długo będzie widać dziury. Miałem zamiar powiedzieć wszystkim, że są to magiczne znaki stamtąd, gdzie się urodziłem, i dzięki nim mogę czytać w cudzych myślach. Zniknęły jednak po minucie. Ale cholernie bolało.

Ja: Ciekaw jestem, co się czuje, jak się jest ciukniętym naprawdę. Ciekawe, czy można zobaczyć wszystkie gwiazdy.

Lydia: Chcesz się przekonać?

Ja: Albo ogień. Założę się, że się wtedy widzi ogień.

Mój Mustang ma ogień. Mam cztery samochody: Mustanga, Garbusa, Lexusa i dżipa Suzuki. Najlepszy jest Mustang, po prostu super. Niebieski, z płomieniem na masce, i ten płomień jest w kształcie skrzydeł. Nie ma żadnej rysy, bo nigdy nie daję mu się zderzyć. Tylko na niego patrzę. Jak zamknę oczy, to dalej widzę ten ognisty płomień. Tak musi wyglądać umieranie, tyle że ogień nie jest już piękny, bo naprawdę pali.


Papa Manika pokazał mi, jak się wiąże krawat. To był mój pierwszy dzień w nowej szkole. Schowałem krawat do torby. Miałem zamiar powiedzieć, że mi go ukradli. Ale kiedy doszedłem do szkoły, przestraszyłem się. Wszyscy mieli krawaty. Papa Manika był tam z Manikiem i to był jego pomysł.

Papa Manika codziennie odprowadza go do szkoły. Chce go w ten sposób chronić przed złodziejami. Ukradli mu raz adidasy. Ukradł je jeden z Załogi Dell Farm. Kiedy buty nie pasują, to wieszają je na drzewie. Manik nie mógł ich ściągnąć, bo jest za gruby, żeby łazić po drzewach.

Papa Manika: Niech mi tylko znowu spróbują. Następnym razem zobaczą, gnojki jedne.

Papa Manika jest dosyć przerażający. Zawsze chodzi wkurzony. Umie walczyć mieczem. Asweh, cieszę się, że nie jestem wrogiem Manika! Papa Manika założył mi krawat i zawiązał. Pokazał mi, jak go zdjąć bez rozwiązywania. Robi się po prostu taki duży otwór, żeby głowa się zmieściła i wtedy zdejmuje się krawat górą, przez głowę. W ten sposób nie trzeba go codziennie wiązać na nowo. I to nawet działa. Teraz już nigdy w życiu nie będę musiał wiązać krawata. Zwyciężyłem krawat jego własną bronią!

W nowej szkole nie ma śpiewu. Najlepsze w mojej starej szkole było, jak Kofi Allotey ułożył własne słowa.

Kofi Allotey: Do Ciebie Boże

Ręce podnoszę.

Nie zrzucaj mnie ze schodów,

Nie oblej wrzątkiem proszę.

Asweh, dostał tyle batów, że nazwaliśmy go Kofi Bat!

Z początku na przerwach ja i Lydia trzymaliśmy się razem. Teraz trzymamy się z naszymi kolegami. Kiedy widzimy jedno drugie, musimy udawać, że się nie znamy. Kto pierwszy powie cześć, przegrywa. Na przerwach bawię się przeważnie w bombiarza samobójcę albo w zombi. Bombiarz samobójca to jest wtedy, jak z całej siły wpadasz na drugą osobę. Jeśli ta osoba upadnie, dostajesz sto punktów. Jak tylko się zachwieje, ale nie upadnie, masz dziesięć punktów. Ktoś jednak musi być zawsze na czatach, bo bombiarz samobójca jest zabroniony. Jak nauczyciel cię przyłapie, zostajesz za karę po lekcjach.

W zabawie w zombi po prostu odgrywasz zombi. Dodatkowe punkty dostaje się za dokładność.

Kiedy się nie bawimy, to się wymieniamy różnymi rzeczami. Najbardziej poszukiwane są naklejki piłkarskie i słodycze, ale można się wymieniać wszystkim, jeśli się tylko znajdzie chętnego. Chevon Brown i Saleem Khan wymienili się zegarkami. Zegarek Saleema Khana pokazuje czas na księżycu, ale zegarek Chevona Browna jest masywniejszy i zrobiony z prawdziwego tytanu. Oba są klasa. Najpierw byli zadowoleni z wymiany, ale potem Saleem Khan chciał się z powrotem zamienić.

Saleem Khan: Rozmyśliłem się i tyle.

Chevon Brown: Ale przybiliśmy umowę piątką.

Saleem Khan: Miałem skrzyżowane palce, jasna sprawa, no nie?

Chevon Brown: Cipa. Dwie fangi za karę.

Saleem Khan: Nie, koleś, jedna.

Chevon Brown: Ale w głowę.

Saleem Khan: W ramię, w ramię.

Chevon Brown: Pieprzyć to.

Chevon Brown tak przywalił Saleemowi Khanowi, że mu ramię zdrętwiało. Jego wina, bo chciał się wycofać z umowy. Bał się, co będzie, jak się jego mama wkurzy.

Ja nie mam jeszcze zegarka, nie jest mi wcale potrzebny. Dzwonek mówi, gdzie trzeba być, a w klasie jest zegar. Poza szkołą nieważne, która godzina, brzuch ci mówi, kiedy jest pora żarcia. Dlatego nigdy się nie zapomni pójść do domu, bo wracasz tam, jak jesteś głodny.

To ja byłem zmarłym chłopcem. X-Fire uczył nas ciukania. Zamiast prawdziwego noża używał palców. A i tak były całkiem ostre. X-Fire mówi, że jeśli się kogoś ciuka, trzeba się bardzo śpieszyć, bo inaczej samemu też się to czuje.

X-Fire: Kiedy wbijasz w nich nóż, czujesz, gdzie wchodzi. Jeśli w kość czy coś takiego, to obrzydliwe, stary. Najlepiej trafić w coś miękkiego, jak brzuch, bo wtedy dobrze i łatwo wchodzi i nic nie czujesz. Najgorzej było, kiedy pierwszy raz kogoś dziabnąłem. Wszystkie flaki wylazły mu na wierzch. Chora akcja. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, gdzie celować, trafiłem go za nisko, kapujesz? Dlatego teraz staram się trafić w bok, w oponki. Wtedy nie wylatują te świństwa.

Dizzy: Jak pierwszy raz kogoś dźgnąłem, nóż mi się zaklinował. Trafiłem w żebro, czy w coś takiego. Musiałem się, k..., szarpać, niby: oddawaj, dziwko, mój nóż!

Clipz: Jasne. Chcesz to po prostu w niego wbić i k... wyciągnąć z powrotem. Bez ściemy.

Killa się nie wtrącał. Siedział cicho. Może jeszcze nikogo nie ciuknął. A może zaciukał już tylu, że mu się znudziło. Pewnie dlatego nazywają go Killa, Morderca.

Byłem tym zmarłym chłopcem, bo X-Fire mnie wybrał. Miałem stać bez ruchu. Nie podobało mu się, kiedy się ruszałem. Ciągle mnie szarpał. Było mi niedobrze, ale musiałem słuchać. Zresztą nawet chciałem słuchać. To było tak, jak kiedy pierwszy raz jadłem rozgotowany groch: wstrętne, ale musiałem zjeść, bo marnowanie jedzenia jest grzechem.

Nadal czułem jego palce na żebrach, nawet jak już sobie poszedł. Kompletny obłęd. Od X-Fire’a jechało papierosami i mlekiem czekoladowym. Właściwie to nawet się nie bałem.

Zawsze w soboty chodzimy na targ. To jest na dworze, więc nieźle marzniemy, póki Mama za wszystko nie popłaci. Trzeba mieć usta zamknięte, żeby nie szczękać zębami. Ale warto tam iść, bo tyle jest super rzeczy, na które można sobie popatrzeć, na przykład zdalnie kierowane samochody albo miecz samuraja (drewniany, ale i tak można się przestraszyć. Gdybym miał pieniądze, tobym sobie nawet kupił i używał do odpierania najeźdźców).

Najbardziej lubię sklepik ze słodyczami. Sprzedają tam wszystkie rodzaje żelków Haribo – co tylko sobie wymarzysz. Mam ambicję, żeby spróbować każdego. Jak dotąd spróbowałem prawie połowę. Haribo ma milion różnych kształtów. Wszystko, co jest na świecie, ma swoją wersję w żelkach Haribo. Asweh, to prawda. Robią buteleczki coca-coli, robaki, jogurty, misie, krokodyle, jajka sadzone, smoczki, kły, wiśnie, żaby i miliony innych rzeczy. Buteleczki coli są najlepsze.

Ja tylko nie lubię żelków w kształcie ludzików. To okrutne. Mama widuje martwe niemowlęta naprawdę. Widzi je codziennie w pracy. Nigdy nie kupuję żelkowych dzieci, żeby jej nie przypominać.

Mama rozglądała się wszędzie za siatką na gołębie. Modliłem się w duchu, żeby nie znalazła.

Ja: To nie jest fair. Tylko dlatego, że Lydia się ich boi.

Lydia: Spadaj! Nie boję się!

Mama: Nie mogą nam łazić gołębie po całym domu. Są brudne, wszędzie paskudzą.

Ja: To tylko raz było. On był głodny i tyle.

Mama: Dosyć tego, Harrison. Nie będę z tobą dyskutowała.

Niektórzy zakładają na balkonach siatki, żeby gołębie nie przylatywały. Nie mogę się z tym pogodzić, gołębie nie robią nikomu krzywdy. Chcę, żeby ten mój wrócił. Nawet specjalnie dla niego schowałem w szufladzie z majtkami trochę mąki przeznaczonej na fufu. Nie chcę go zjeść, chcę go oswoić, żeby mi siadał na ramieniu. W końcu moja modlitwa została wysłuchana: na targu wcale nawet nie mają siatek na gołębie. Asweh, co za ulga!

Ja: Nie przejmuj się. Jak wróci, to mu powiem, żeby sobie znalazł inny dom.

Mama: Nie wykładaj więcej jedzenia dla niego! Nie myśl, że nie zauważyłam, jak rozsypałeś mąkę po całym balkonie, nie jestem głupia.

Ja: Nie będę!

Nie cierpię, jak Mama czyta w moich myślach! Od dzisiaj będę czekał, aż zaśnie.

Udawałem, że nie widzę, jak Jordan kradnie jednej pani telefon. Nie chciałem, żeby Mama myślała, że to popieram, ona już i tak nienawidzi Jordana, bo on pluje na klatce schodowej. Stałem przy straganie Noddy’ego z ubraniami. Widziałem wszystko, kiedy Mama płaciła za moją koszulkę Chelsea. Byli tam X-Fire z Dizzy’m, i to Dizzy zwinął ten telefon. Cwaniaczki czekały, aż ta pani zacznie z kimś rozmawiać, wtedy na nią wpadli tak, żeby upuściła telefon. Miało to wyglądać na przypadek. Telefon upadł na ziemię, a wtedy Jordan pojawił się nie wiadomo skąd, złapał telefon i uciekł z nim. Wmieszał się w tłum i w sekundę już go nie było. Po prostu znikł, jakby był duchem. Pani rozglądała się za telefonem, ale już go nie było i nic nie mogła zrobić. Szybko się zmyli. Jordan nie dostaje od nich żadnej zapłaty za pomoc, tylko trochę papierosów albo tydzień czy dwa wolności, wtedy go nie próbują zabić. To w ogóle nawet żaden interes. Gdyby o mnie chodziło, to bym domagał się dychy za każdym razem.

Moja nowa koszulka Chelsea trochę drapie. Muszę sobie przykleić plaster na sutki, żeby się nie obtarły. Ale jest klasa. Ten zmarły chłopiec też kochał Chelsea. Miał prawdziwą koszulkę z Samsungiem i nawet ich strój wyjazdowy. Mam nadzieję, że w Niebie są prawdziwe bramki z siatkami, żeby nie trzeba było ganiać nie wiem jak daleko za piłką po każdym golu.


Tu wszędzie jest milion psów. Asweh, prawie tyle psów co ludzi. Większość to pitbulle, bo są najbardziej przerażające, można ich użyć jako broni, jeśli komuś zabraknie naboi. Harvey jest najgorszy. Należy do X-Fire’a. X-Fire każe mu gryźć huśtawki na placu zabaw i przez to jest ekstra przerażający. Zawiesza się zębami na huśtawce i kręci się dookoła w powietrzu jak oszalały helikopter. Kiedy widzę, że Harvey się zbliża, to tylko wstrzymuję oddech, żeby nie wyczuł ode mnie strachu.

Mój ulubiony pies to Asbo. Jest śmieszny i wesoły. Pierwszy raz go zobaczyłem, kiedy graliśmy z Deanem Griffinem w nogę na skwerze, a tu jakiś pies podbiega i zabiera nam piłkę. To był właśnie Asbo. Goniliśmy go i próbowaliśmy go przyblokować, ale był zbyt szybki. Niechcący rozerwał piłkę. I teraz została nam już tylko moja plastikowa. Zawsze nam ucieka, bo jest za lekka. Można się nieźle wnerwić. Niedługo będę miał prawdziwą, ze skóry, więc nie odfrunie.

Wiedzieliście, że psy potrafią kichać? Asweh, to prawda. Widziałem na własne oczy. Asbo kichnął potężnie. Najpierw był szok. Nikt się tego nie spodziewał. A potem kichał tak ze sto razy. Nie mógł przestać po pierwszym razie, po prostu seria z karabinu maszynowego. Nawet sam Asbo był zdziwiony. Nie mógł przestać i trwało to całe wieki.

Terry Nawynos: Jest uczulony na piwo, no nie?

Terry Nawynos nalał sobie na rękę trochę piwa i dał Asbo, żeby się napił, ale Asbo nie chciał. Najpierw zrobił smutną minę i odwrócił łeb. I wtedy zaczął kichać. Z nosa leciały mu bańki.

Mówi się na niego Terry Nawynos, bo zawsze coś wynosi. To po prostu inna nazwa na złodzieja. Ile razy go widzisz, zawsze niesie coś, co właśnie ukradł. Przeważnie DVD albo telefon komórkowy, bo to najłatwiej. Pyta cię, czy chcesz kupić, nawet jeśli jesteś dzieciakiem i nie masz pieniędzy.

Terry Nawynos: Chcesz kupić? Prawdziwa miedź, warte kupę kasy.

Dean: A co ja zrobię ze stosem miedzianych rur?

Terry Nawynos: Bo ja wiem? Mógłbyś sprzedać.

Dean: Czemu ty ich nie sprzedasz?

Terry Nawynos: Właśnie próbuję, nie?

Dean: To spróbuj sprzedać komuś, komu się przydadzą.

Terry Nawynos: Dobra, dobra, spoko synek, przyhamuj. Spytać nie wolno?

Co on z tym hamowaniem? Przecież się nie śpieszyliśmy! Asweh, Terry Nawynos jest świr. A to dlatego, że pije piwo na śniadanie.

Uwielbiam ulżyć sobie po tym, jak Mama wpuści do muszli klozetowej środek wybielający. Robią się wtedy wielkie bąbelki i jest tak, jakby człowiek załatwiał się na chmurze. Specjalnie się wstrzymuję, żeby dużo poszło. Nikomu nie wolno spuszczać spłuczką chmury, dopóki nie zrobię na nią specjalnego siku. Wyobrażam sobie, że niby jestem Panem Bogiem i załatwiam się na moją ulubioną chmurę. Widziałem, jak jest na chmurze. To było wtedy, kiedy lecieliśmy samolotem. Właściwie byliśmy nad chmurami. I wiecie co tam jest? Jeszcze więcej nieba. Asweh, to prawda. Niebo i niebo, nigdzie się nie kończy. Ale Niebo przez duże N jest jeszcze nad niebem.

Mama: Nie widzi się Nieba, aż przychodzi na człowieka czas. Dlatego Pan Bóg je ukrywa.

Ja: Ale gdzieś tam jednak jest.

Mama: Oczywiście, że jest.

Chciałbym je teraz zobaczyć. Chciałbym zobaczyć, co porabia Dziadek Solomon.

Ja: Założę się, że gra w papier, kamień, nożyce z Jezusem.

Lydia: Założę się, że oszukuje.

Ja: Niby jak! To nie jest nawet w ogóle oszukiwanie!

Lydia: A weź ty się!

Dziadek Solomon uważał, że nożyce wygrywają z kamieniem, bo w końcu kamień jest tak zmęczony tym dźganiem, że się rozpada. Każdy, kto mówi, że kamień wygrywa z nożycami, jest po prostu zbyt leniwy, żeby poczekać do końca. Tylko tyle pamiętam z tego, co mówił, bo umarł, jak byłem jeszcze mały. Ale to prawda. Każdy kto mówi, że to oszukiwanie, jest po prostu głupi.

Lydia myślała, że samolot się rozbije. Ten drugi, z Kairu do Anglii. Siedzieliśmy przy samym skrzydle. Widać było, jak drgało w czasie lotu. Ja się nie bałem. Kiedy samolot ma się rozbić, to najlepsze miejsce jest przy skrzydle, bo tam jest najmocniejszy. Nawet Papa to mówił. Jak się chybocze, to jest normalne.

Ja: Zobacz! Jeszcze bardziej się chybocze! Zaraz odpadnie!

Lydia: Przestań!

Mama: Harrison! Dosyć tych bzdur. Zapnij pas.

Wcale się nawet nie rozbiliśmy. Przed startem modliłem się, żeby do tego nie doszło.

Kiedy wracałem ze szkoły do domu przed blokami stała policja. Dwa samochody policyjne i mnóstwo glin zaglądających w krzaki i do śmietników, jakby zgubili coś specjalnego. Była też wśród nich pani glina. Asweh, obłęd jakiś. Jakby chciała być mężczyzną. Miała taki sam gliniarski mundur i w ogóle. Wypytywała dzieciaki, nikomu nie wolno było iść do domu, wszyscy musieli odpowiadać na pytania. Masakra. Uważam, że panie gliny to dobry pomysł. Zamiast cię lać cały czas, po prostu z tobą rozmawiają.

Obszczymurek: Pani pokaże, jak się zakłada kajdanki. Byłem niegrzeczny, chyba powinienem dostać lanie.

Pani glina: No, no!

Pani glina pytała nas o zmarłego chłopca. Czy wiemy, gdzie był tego dnia i czy ktoś za nim chodził. Czy zauważyliśmy coś dziwnego. Mówiliśmy, że nie. Nic nie wiedzieliśmy. Żałowaliśmy, że nie wiemy, ale nic na to nie mogliśmy poradzić.

Dean: Macie jakieś tropy?

Ja: Ona nie jest myśliwym, nie tropi zwierzyny.

Dean: Kryminalne tropy, dupku.

Pani policjantka: Pracujemy nad tym.

Dean: Jak czegoś się dowiemy, to wyślemy esemes. Jaki pani ma numer?

Pani glina: Nie pozwalaj sobie.

Potem gliny musiały jechać. Harvey próbował odgryźć lusterko przy jednym z ich samochodów. X-Fire nawet go namawiał do tego. Killa i Dizzy mu kibicowali. Odczepili się dopiero, jak gliny wyciągnęły gaz łzawiący i chciały psiknąć Harveyowi w pysk. Ludzie od tego tylko ślepną, ale psy giną w pięć sekund.

Ja: Widziałem, gdzie tego zmarłego chłopca zabili, wszędzie była krew.

Dean: Żałuję, że ja nie widziałem.

Lydia: Ja nie chcę tego widzieć.

Ja: A właśnie, że chcesz. Jesteś zła, że nie widziałaś. To było jak rzeka. Można było w tym pływać.

Lydia: Weź ty się.

Chciałem się w tym pluskać jak ryba. Gdybym wstrzymał oddech, mógłbym zanurkować na samo dno i gdybym wypłynął z powrotem i dalej żył, to tak, jakby ten zmarły chłopiec był nadal wśród nas. Mógłby być moim powietrzem albo światłem, które bym zobaczył, kiedy znowu otworzę oczy. Wstrzymałem oddech i próbowałem poczuć, jak krew we mnie krąży. Jakoś nawet nie czułem. Gdybym wiedział, że krew wypłynie ze mnie za pięć minut, to wypełniłbym te pięć minut tym, co najbardziej lubię. Zjadłbym mnóstwo ryżu po chińsku, a potem zrobił siku na chmurę i rozśmieszył Agnes śmieszną miną, taką, kiedy robię zeza i dotykam językiem nosa. Jakby się wiedziało, to przynajmniej można by się było przygotować. Bo inaczej to nie fair.


Paradidel to zwyczajnie wprawka na werblu. Moje ulubione słowo na dzisiaj. Na muzyce graliśmy na perkusji. Paradidel jest wtedy, kiedy uderzasz w werbel dwiema pałeczkami tak szybko, żeby długo było słychać. Kocham słowo paradidel, bo brzmi tak, jak dźwięk, który wydaje. Asweh, sprytna sprawa.

Duży bęben (bęben wielki) na dole ma pedał. Właściwie gra się na nim stopą. Ale masakra. Ludzie przeważnie walą w bębny zbyt mocno, jakby mieli je rozwalić. To dla nich tylko zabawa. A ja uderzam tylko tyle, żeby wydobyć dobry dźwięk. Pokazałem Poppy Morgan, jak poruszać stopą, żeby bęben trzymał rytm. Łatwiej jest, jak się w myśli liczy. Zawsze liczy się do czterech. Uderzasz za każdym razem w pedał. O tak:

1 2 3 4

1 2 3 4

I po prostu powtarzasz tyle razy, ile wydaje ci się, że dobrze brzmi. Albo możesz uderzyć pedał na jeden i trzy, żeby rytm był szybszy:

1 2 3 4

1 2 3 4

Ale wtedy jest trochę za szybko i może się zakręcić w głowie, jakby się miało upaść. Kiedy pokazywałem Poppy Morgan, jak się gra na wielkim bębnie, poczułem niechcący zapach jej włosów. Po prostu za bardzo się przybliżyłem i wtedy poczułem. Pachniały miodem. Poppy Morgan ma włosy żółte jak słońce. Kiedy się do mnie uśmiecha, to mam motyle w żołądku, wcale nie wiem nawet, dlaczego.

Z mojego balkonu widać tylko parking i pojemniki na śmieci. Nie widać rzeki, bo zasłaniają ją drzewa. Widać domy, domy i więcej domów. Wszędzie całe sznury domów jak wielkie kłębowisko węży i jeszcze takie mniejsze domki, gdzie mieszkają starzy ludzie i nienormalsi (mama Jordana mówi nienormalsi o ludziach, którzy mają nie całkiem po kolei w głowie. Niektórzy tacy się urodzili, a innym tak się porobiło od picia za dużo piwa. Niektórzy wyglądają jak prawdziwi ludzie, tyle że nie umieją liczyć ani normalnie mówić).

Mama i Lydia obie chrapały jak szalone wieprzki. Założyłem kurtkę i wziąłem trochę mąki. Było bardzo późno. Daleko na niebie słychać było helikoptery, znowu szukały złodziei. Zimny wiatr wżerał mi się w kości jak wściekły pies. Drzewa za wieżowcami szumiały, ale rzeka spała. Papa i Agnes i Babcia Ama, wszystkim im się śniłem, oglądali mnie jak w telewizji. Gołąb czuł, że na niego czekam, miał zamiar przylecieć tej nocy, wiedziałem.

Czekałem, żeby wiatr poszedł sobie dalej i wtedy rozsypałem sporą kupkę mąki na balustradzie. Rozsypałem ją na całej długości, żeby gołąb zauważył z daleka. Adjei, a niech to, wiatr wrócił, raz-raz się zawinął i zdmuchnął mąkę! Mogłem mieć tylko nadzieję, że on przejrzy mój plan i wróci. Lubię te ich pomarańczowe nóżki i jak poruszają łepkami, kiedy spacerują, zupełnie jakby słuchały niewidzialnej muzyki.

Uwielbiam mieszkać na dziewiątym piętrze. Można sobie patrzeć w dół i jeśli nie za bardzo się wychylać, to nikt tam na ziemi nawet nie wie, że ktoś jest na górze. Już miałem napluć, kiedy zauważyłem kogoś przy śmietniku, więc szybko przełknąłem ślinę. Ukląkł na ziemi przy pojemniku na butelki. Włożył rękę pod pojemnik, jakby coś mu tam wpadło. Nie widziałem twarzy, bo naciągnął kaptur.

Ja: Może to złodziej! Szybko, helikopterze, masz go tu! Poświeć na niego reflektorem, tuuu niżej! (Tak sobie tylko mówiłem w myśli.)

Wyciągnął coś spod pojemnika. Jakieś zawiniątko. Rozejrzał się na wszystkie strony, rozwinął je i zobaczyłem coś błyszczącego. Widziałem to coś tylko przez sekundę, ale to musiał być nóż. Jedyna rzecz, która przychodzi mi do głowy, żeby była błyszcząca i spiczasta. Zawinął to z powrotem, wsadził do kieszeni spodni i raz-raz dał gazu w stronę rzeki. Dziwna sprawa. Helikoptery nawet go nie zauważyły. Nie poleciały za nim ani nic, były zbyt wysoko. Biegł śmiesznie, jak dziewczyna, odstawiając łokcie na boki. Założę się, że jestem od niego szybszy.

Chciałem śledzić go dalej na wypadek, gdyby coś innego miało się jeszcze zdarzyć, ale za bardzo chciało mi się iść w pewne miejsce. Trzymałem, ile się dało. Nie wiem, czemu gołąb nie przyleciał. Myśli, że chcemy go zabić, ale my wcale nie chcemy. Ja po prostu chcę mieć coś żywego, coś co mógłbym karmić i uczyć sztuczek.


Przyglądałem się, jak słońce wschodzi, a potem odprowadziłem chłopca do szkoły. Każdy dzień zaczynam czując w dziobie smak jego snów. Smak wszystkich waszych snów. Stąd, z góry, wyglądacie tak niewinnie, tak się uwijacie. Kiedy się gromadzicie wokół czegoś, co was ciekawi, albo spłoszeni rozpraszacie się! Jesteśmy do was podobni bardziej, niż by wam się wydawało. Ale nie za bardzo podobni.

To ja wysoko na dziewiątym piętrze, siedzę na parapecie, trawię resztki kaszy z mojego ostatniego posiłku. To ja współczuję wam, że wasze życie jest takie krótkie i nie ma w nim sprawiedliwości. Nie znałem chłopca, który zginął, nie był mój. Ale wiem, jak wygląda rozpacz matki, wiem, że przywarła do niej jak te czepliwe jeżyny, które tak świetnie sobie radzą przy autostradzie. Przykro mi, i w ogóle. Teraz uważajcie na swoje głowy, muszę za potrzebą. Poleciało. Nie strzelajcie do posłańca.

Za każdym razem, kiedy ktoś bardzo mocno trzaska drzwiami, moje mieszkanie całe się trzęsie. Czuje się to. Kiedy jedna osoba zamyka drzwi, wszyscy inni to czują. Normalnie masakra, bo to tak, jakby wszyscy mieszkali w jednej wielkiej chacie. Można sobie wyobrażać, że niby jest trzęsienie ziemi. Pan Tomlin mówił, że trzęsienie ziemi zdarza się tylko w tych częściach świata, gdzie skały mają łaskotki. Wszyscy się śmiali. Pan Tomlin jest bardzo śmieszny. Opowiada nawet lepsze kawały niż Connor Green.

Ja tylko nie lubię, kiedy krzyki stają się za głośne. Mało nie wyskoczę wtedy ze skóry. Zupełnie jakby jacyś najeźdźcy wpadli i chcieli nas pozabijać. Kiedy wrzaski są gdzieś blisko, nastawiam głośniej telewizję, żeby ich nie słyszeć.

Gdyby mieli pojawić się najeźdźcy, to ja jestem tym, kto ma ich odeprzeć. Od tego jest w domu mężczyzna. Zawsze zamykamy drzwi na wszystkie zamki i na łańcuch, żeby nie mogli się wedrzeć. Jeśli się dostaną do środka, będzie trzeba ich ciukać widelcem (nie można nożem, bo to jest morderstwo. Widelcem można. Widelce to po prostu samoobrona). Zasłonię Lydię, żeby jej bronić. I Mamę też, jeśli będzie akurat w domu. Kiedy ja będę walczył z najeźdźcami, Lydia albo Mama wezwą policję. Będę celował w oko, bo to najdelikatniejsze miejsce. Po prostu od tego oślepną. Wtedy nie będą nic widzieli i wypchnę ich za drzwi do windy. Winda jest bezpieczna.

Ale to wszystko wtedy, kiedy najeźdźcy się pojawią. To się nie musi nawet zdarzyć.

Wyjrzałem przez judasz. E tam, tylko Miquita i Chanelle. Otworzyłem zamki i wpuściłem je do środka.

Miquita: A to co, ochrona?

Lydia: Weź i wpuść je, Harrison.

Ja: Nie mów na mnie Harrison, nie jesteś Mamą.

Asweh, Lydia zawsze się rządzi, kiedy przychodzą jej koleżanki. Zawsze się popisuje i każe mi iść do swojego pokoju odrabiać lekcje. Nie chcę iść do swojego pokoju. Ona tylko dlatego mnie przegania, bo chcą oglądać Życie w Hollyoaks. Uważają, że to najlepszy serial. A tam cały czas się całują. Czasem nawet chłopak całuje drugiego chłopaka. Jak Boga kocham, to prawda! Są obrzydliwi.

Ja: Powiem Mamie, że oglądałyście, jak się chłopaki całują. Ohyda.

Lydia zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Czeka, żebym był tuż pod drzwiami, i wtedy trzaska nimi. To bardzo wredne. Dawniej nigdy nie zamykała mi drzwi przed nosem. Teraz robi to stale, żeby jej głupie koleżanki śmiały się ze mnie.

Ja: Wpuść mnie!

Lydia: Miquita nie chce, żebyś tu wchodził. Ciągle ją szczypiesz w tyłek.

Ja: Nie gadaj głupot! Wcale nie szczypię.

To nawet nie jest prawda. Nigdy nie uszczypnąłem Miquity w tyłek. Wolałbym wsadzić palce w mrowisko z czerwonymi mrówkami. Miquita i Chanelle obie są porąbane, zawsze się przechwalają, ilu to chłopakom ssały (to znaczy, całowały się na ostro). Miquita ma wiśniową szminkę. Faktycznie ma wiśniowy smak. Zawsze sobie maluje nią usta. Mówi, że chce mieć przyjemny i słodki smak, kiedy się będzie ze mną całowała.

Ja: Nigdy mnie nie pocałujesz. Po prostu zwieję.

Miquita: Dokąd? Nigdzie nie uciekniesz. Nie ma nic strasznego w tym, że tak bardzo mnie kochasz.

Ja: Wcale cię nie kocham. Życzę ci, żebyś wpadła do jakiegoś dołu.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.