Zabawka diabła - Matt Richtel - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 420 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zabawka diabła - Matt Richtel

Co piętnaście lat podwaja się liczba osób cierpiących na poważne zaniki pamięci. Produkcja pamięci komputerowych podwaja się co dwa lata. Między tymi faktami istnieje silniejszy związek, niż ktokolwiek byłby gotów przypuszczać.

Lane Idle zna pewną tajemnicę, ale jej nie pamięta. Niczego nie pamięta. Ma ponad osiemdziesiąt lat i cierpi na starczą demencję. To niedobrze, tak się bowiem składa, że jeśli jej tajemnica nie zostanie ujawniona, świat czekają ogromne zmiany. Zdecydowanie na gorsze.

Nat Idle jest dziennikarzem śledczym. W miarę możliwości stara się opiekować dotkniętą starczą demencją babcią. Kiedy pewnego dnia wychodzi z nią na spacer do parku, padają strzały. Okazuje się, że to oni byli celem ataku. Uciekając przed gotowymi na wszystko prześladowcami, Nat trafia na trop gigantycznej afery sięgającej korzeniami do samego serca Doliny Krzemowej. Klucz do zagadki, którą musi rozwikłać, by ocalić życie, jest ukryty we wspomnieniach ponad osiemdziesięcioletniej staruszki. Problem w tym, że tych wspomnień – przynajmniej pozornie – już nie ma…

Matt Richtel jest dziennikarzem, mieszka i pracuje w Nowym Jorku. W roku 2010 wspólnie z kolegami z redakcji „The New York Timesa” otrzymał Nagrodę Pulitzera. „Zabawka diabła” otwiera cykl thrillerów z Natem Idle’em w roli głównej.

Opinie o ebooku Zabawka diabła - Matt Richtel

Fragment ebooka Zabawka diabła - Matt Richtel

MATT RICHTEL

ZABAWKA
DIABŁA

Tytuł oryginału: Devil’s Plaything

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Maria Śleszyńska

Copyright © 2011 by Matt Richtel

All rights reserved.

Zdjęcia na okładce © Yolande de Kort/Trevillion Images

© GlebStock/Shutterstock

© Archiwiz/Shutterstock

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Andrzej Leszczyński

ISBN 978-83-7758-744-7

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

Moim dziadkom

Pillarsom

Liczba osób, które dotyka nagła utrata pamięci, podwaja się co piętnaście lat.

Sprzedaż pamięci komputerowych podwaja się co dwa lata.

Czy te dwa fakty ze sobą powiązane?

Bardziej niż odważylibyście się podejrzewać.

Spis treści

PROLOG

JEDEN

DWA

TRZY

CZTERY

PIĘĆ

SZEŚĆ

SIEDEM

OSIEM

DZIEWIĘĆ

DZIESIĘĆ

JEDENAŚCIE

DWANAŚCIE

TRZYNAŚCIE

CZTERNAŚCIE

PIĘTNAŚCIE

SZESNAŚCIE

SIEDEMNAŚCIE

OSIEMNAŚCIE

DZIEWIĘTNAŚCIE

DWADZIEŚCIA

DWADZIEŚCIA JEDEN

DWADZIEŚCIA DWA

DWADZIEŚCIA TRZY

CZĘŚĆ II POŻOGA

DWADZIEŚCIA CZTERY

DWADZIEŚCIA PIĘĆ

DWADZIEŚCIA SZEŚĆ

DWADZIEŚCIA SIEDEM

DWADZIEŚCIA OSIEM

DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ

TRZYDZIEŚCI

TRZYDZIEŚCI JEDEN

TRZYDZIEŚCI DWA

TRZYDZIEŚCI TRZY

TRZYDZIEŚCI CZTERY

TRZYDZIEŚCI PIĘĆ

TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ

TRZYDZIEŚCI SIEDEM

TRZYDZIEŚCI OSIEM

TRZYDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

CZTERDZIEŚCI

CZTERDZIEŚCI JEDEN

CZTERDZIEŚCI DWA

CZTERDZIEŚCI TRZY

CZTERDZIEŚCI CZTERY

CZTERDZIEŚCI PIĘĆ

CZTERDZIEŚCI SZEŚĆ

CZTERDZIEŚCI SIEDEM

CZTERDZIEŚCI OSIEM

CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

PIĘĆDZIESIĄT

PIĘĆDZIESIĄT JEDEN

PIĘĆDZIESIĄT DWA

PIĘĆDZIESIĄT TRZY

PIĘĆDZIESIĄT CZTERY

PIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ

PIĘĆDZIESIĄT SZEŚĆ

PIĘĆDZIESIĄT SIEDEM

PIĘĆDZIESIĄT OSIEM

PIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

SZEŚĆDZIESIĄT

SZEŚĆDZIESIĄT JEDEN

SZEŚĆDZIESIĄT DWA

SZEŚĆDZIESIĄT TRZY

SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY

EPILOG

Przypisy

PROLOG

Transkrypcja Krucjaty Ludzkiej Pamięci.

17 stycznia 2010 r.

Krucjata Ludzkiej Pamięci:

DZIĘKUJEMY.

WYSOKO CENIMY TWÓJ UDZIAŁ W NASZYCH WYSIŁKACH ZMIERZAJĄCYCH DO UTRWALENIA NIEZWYKŁEJ HISTORII TEGO NARODU.

MAMY NADZIEJĘ, ŻE KRÓTKA INSTRUKCJA, JAKĄ OTRZYMAŁEŚ, OKAZAŁA SIĘ POMOCNA. DOWIEDZIAŁEŚ SIĘ Z NIEJ, ŻE STOI PRZED TOBĄ PROSTE ZADANIE. WYSTARCZY, ŻE PRZECZYTASZ PYTANIA I ODPOWIESZ NA NIE DO MIKROFONU. MY SIĘ ZAJMIEMY UTRWALENIEM TWOICH RELACJI ORAZ PRZEKAZANIEM ICH TWOIM DZIECIOM, WNUKOM I KOLEJNYM POKOLENIOM.

PO ZAKOŃCZENIU ODPOWIEDZI NA KAŻDE PYTANIE PROSIMY NACISNĄĆ KLAWISZ ENTER.

JEŚLI NAPOTKASZ KŁOPOTY Z PRZYPOMNIENIEM SOBIE CZEGOŚ, NIE PRZEJMUJ SIĘ. POWIEDZ PO PROSTU: NIE PAMIĘTAM. MOŻESZ RÓWNIEŻ OPUŚCIĆ PYTANIE, JEŚLI OD RAZU NACIŚNIESZ KLAWISZ ENTER.

MIMO ŻE JESTEM KOMPUTEREM I MAM SZTUCZNY MÓZG, ZOSTAŁEM TAK ZAPROGRAMOWANY, ŻEBY WYSZUKIWAĆ W TWOICH ODPOWIEDZIACH KLUCZOWE SŁOWA I UŻYWAĆ ICH DO PROWADZENIA DALSZEJ ROZMOWY, ZATEM TRAKTUJ MNIE JAK PRZYJACIELA.

W ROGU EKRANU WIDZISZ W OKIENKU SWÓJ OBRAZ. JEST ON PRZEKAZYWANY PRZEZ MINIATUROWĄ KAMERĘ ZAINSTALOWANĄ W GÓRNEJ RAMCE MONITORA. JEŚLI TEN OBRAZ NIE ZAJMUJE ŚRODKOWEJ CZĘŚCI OKIENKA, PRZESUŃ SIĘ NIECO W LEWO LUB W PRAWO, ABY ZNALAZŁ SIĘ POŚRODKU.

ZACZNIJMY.

CZY JESTEŚ POWRACAJĄCYM UCZESTNIKIEM?

To nie jest mój pierwszy raz.

PRZEPRASZAM, ALE NIE ZROZUMIELIŚMY TWOJEJ ODPOWIEDZI. CZY JESTEŚ POWRACAJĄCYM UCZESTNIKIEM? TAK CZY NIE?

Tak.

DZIĘKUJEMY. JAK SIĘ NAZYWASZ? JEŚLI TO MOŻLIWE, PODAJ TAKŻE SWOJE DRUGIE IMIĘ.

Elana Liza Idle. Ale używam imienia Lane. Lane Idle.

DZIĘKUJEMY. PODAJ DATĘ URODZENIA I HASŁO. WSZYSTKIE DANE UŻYTKOWNIKÓW POUFNE. POTRZEBUJEMY TYCH INFORMACJI TYLKO DO TEGO, ABY ODNALEŹĆ TWOJE ZAPISY W NASZEJ BAZIE DANYCH.

Urodziłam się 17 czerwca 1924 roku. Moje hasło to… Dlaczego w komputerach zawsze trzeba podawać hasło?

PRZEPRASZAM. NIE ROZUMIEMY TWOJEJ ODPOWIEDZI.

„Gołąb”. Moje hasło to „gołąb”.

DZIĘKUJEMY. PROSZĘ ZACZEKAĆ NA OTWARCIE PLIKU.

LANE IDLE, TWÓJ PLIK ZOSTAŁ ODNALEZIONY W NASZYM SYSTEMIE. BĘDZIEMY KONTYNUOWAĆ OD MIEJSCA, W KTÓRYM SKOŃCZYLIŚMY. TAK WIĘC MASZ 85 LAT?

Między nami mówiąc, wszystkim powtarzam, że mam dopiero 77.

POWIEDZIAŁAŚ, ŻE MASZ 77 LAT?

Nie, to był żart. Wy się nie znacie na żartach.

W MŁODOŚCI MIESZKAŁAŚ W DENVER. ZGADZA SIĘ?

Tak.

PODCZAS OSTATNIEJ ROZMOWY POWIEDZIAŁAŚ, ŻE TWÓJ MĄŻ JEŹDZIŁ CHEVROLETEM. ZGADZA SIĘ?

Nie pamiętam. Mam coraz większe kłopoty z pamięcią.

CZY POWIEDZIAŁAŚ, ŻE NIE PAMIĘTASZ, CZY TWÓJ MĄŻ JEŹDZIŁ CHEVROLETEM?

Tak.

NIE MA SPRAWY. CZY ZECHCIAŁABYŚ TERAZ KONTYNUOWAĆ OPOWIEŚĆ O SWOIM DZIECIŃSTWIE W DENVER?

Nie przywykłam gadać z komputerem. Albo do komputera. Nie jestem pewna, jak powinno się to właściwie nazywać. Byłam nauczycielką angielskiego, pewnie już o tym mówiłam. W college’u pisałam pracę dyplomową na temat Huckleberry’ego Finna. Sądzę, że był źle postrzegany. Wszyscy uważają go za zuchwalca. Tak też było. Ale według mnie stanowił odzwierciedlenie przeciętnego Amerykanina. No, wiecie… ciągle w pogoni za czymś lepszym. Przez to miał kłopoty z koncentracją uwagi, jak teraz się mówi we wszystkich programach edukacyjnych w radiu i telewizji. Otóż… Chyba straciłam wątek. O czym to ja mówiłam?

CZY TO JUŻ KONIEC?

JESTEŚ WCIĄŻ NA LINII? CHCIAŁABYŚ KONTYNUOWAĆ SWOJĄ OPOWIEŚĆ?

(Śmiech) Jesteś nieustępliwy. Pod tym względem przypominasz mi mojego brata, Leonarda. Wszystko go ciekawiło, a gdy już wbił sobie do głowy jakiś pomysł, za nic nie chciał z niego zrezygnować. (Pauza) No cóż, wracajmy więc do Denver. Na dobre jeszcze nie zaczęłam opowiadać swojej historii. Denver było wtedy takie spokojne i pełne zieleni, zanim cały świat się zabrukował, pokrył betonowymi płytami, a wszyscy zaczęli narzekać na te głupie telefony. Ale w gruncie rzeczy to nie jest opowieść o Denver, tylko o wojnie. O złych rzeczach, jakie zdarzyły się w czasie wojny, czy też prawdopodobnie z jej powodu. A może wojna stała się tylko wymówką. Ale szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy nadal mam ochotę na opowiedzenie tej historii. Wiem, że to głupie, ale… cóż, zastanawiam się, czy na pewno mogę wam ufać. Czy powinnam oczekiwać, że kupa kabli, plastiku i Bóg jeden wie czego jeszcze, która obrabia moje informacje, zachowa je w sekrecie, jeśli sobie tego zażyczę?

WYDAJE NAM SIĘ, ŻE ZAPYTAŁAŚ, CZY PRZEKAZYWANE NAM INFORMACJE ZOSTANĄ POTRAKTOWANE JAK POUFNE. ZGADZA SIĘ?

Tak. Zgadza się.

WEDŁUG NASZYCH ZAPISÓW WYBRAŁAŚ OPCJĘ, ABY TWOJE INFORMACJE MOGŁY ZOSTAĆ UJAWNIONE DOPIERO PO TWOJEJ ŚMIERCI. ZATEM DOPIERO WTEDY STANĄ SIĘ POWSZECHNIE DOSTĘPNE W RAMACH BIBLIOTEKI WSPOMNIEŃ ORAZ ŻYCIORYSÓW, KTÓRE POMOGĄ PRZYSZŁYM POKOLENIOM ZROZUMIEĆ WIEK DWUDZIESTY I LUDZI ŻYJĄCYCH W TYM OKRESIE.

Czy to oznacza, że moje informacje pozostaną tajemnicą do mojej śmierci?

TE INFORMACJE POZOSTANĄ TAJEMNICĄ DO TWOJEJ ŚMIERCI.

To dobrze. Mogę coś jeszcze dodać?

ZAPYTAŁAŚ, CZY MOŻESZ COŚ POWIEDZIEĆ? JEŚLI TAK, TO MOŻESZ MÓWIĆ WSZYSTKO, NA CO CI PRZYJDZIE OCHOTA.

Musicie zachować moje tajemnice do mojej śmierci.

JESTEŚ TAM JESZCZE?

Proszę.

CZY TO KONIEC? CHCESZ KONTYNUOWAĆ?

Przez to ucierpią ludzie. Wielu ludzi. Na których mi zależy. Nie chcę, by ktokolwiek ucierpiał, zwłaszcza mój wnuk, Nathaniel. Wolałabym za bardzo nie dramatyzować, ale chyba mogę powiedzieć, że moja opowieść jest trochę groźna. Mój wnuk jest… no właśnie, pod tym względem przypomina Hucka Finna. Mógłby wyjść z domu i zrobić coś szalonego. Dokładnie tak, jak jego babka.

JEDEN

Paluch wyłazi mi z buta, a moja towarzyszka pogrążyła się w swoim niezbadanym świecie.

Spoglądam w dół, na czubek palca wystający spod przetartej tkaniny czarnych płóciennych sportowych butów z podwyższoną cholewką. znoszone do cna z powodu graniczącej z patologią niechęci do zakupów oraz tak marnych dochodów dziennikarskiego wolnego strzelca, że ostatnio nawet kupno nowych butów znalazło się poza moim zasięgiem.

Na szczęście ten paluch może się śmiało wietrzyć, bo w parku Golden Gate jest wręcz zaskakująco ciepło, biorąc pod uwagę zapadający zmrok. Ale październik już taki jest w San Francisco, gdzie pory roku równie pokręcone i przekorne jak mieszkańcy.

Jak myślisz, babciu Lane, czy powinienem sobie sprawić nowe buty, czy zadowolić się tylko grubymi skarpetami w nadziei, że naprawdę szybko nastąpi globalne ocieplenie?

Oglądam się na nią z uśmiechem, lecz ona patrzy gdzieś w dal.

Nathanielu, czy nie widzieliśmy już wcześniej tego człowieka? pyta.

Wcale mnie nie dziwi ta niedorzeczna reakcja. Moja babcia cierpi na demencję. W stosunku do niej zmierzch należy traktować dosłownie, wręcz przysłowiowo jej pamięć szybko pogrąża się w zapadającej błogiej nocy. Jakiś miesiąc temu próbowała wyprasować swoją pościel kartonowym pudełkiem chusteczek higienicznych.

Mocno ściska mnie za rękę. Czuję pod palcami fałdy pomarszczonej skóry luźno okrywającej szkielet.

Jakiego człowieka, babciu? pytam.

Tamtego. Wskazuje drugą ręką ponad moim ramieniem.

Oglądam się, zaskoczony ciągłością jej myśli. W zapadającym zmroku dostrzegam sylwetkę mężczyzny znikającego w głębi gęsto zadrzewionej alejki jakieś pięćdziesiąt metrów od nas.

Niebezpieczeństwo szepcze babcia.

W porządku, Lane. Nie ma się czego bać.

Zatrzymuje się i spogląda na mnie.

Wracajmy do domu mówi cicho.

Ma rację. Pora wracać do Magnolia Manor. Spędziliśmy razem cały dzień w ramach akcji „Zapoznaj dziadków ze swoim dniem pracy”. Wykorzystaliśmy go przede wszystkim na długi lunch, wyprawę do jej dentysty, kiedy to pod gabinetem nie chciała wysiąść z taksówki, oraz jej bierne przysłuchiwanie się mojej rozmowie telefonicznej, którą odbyłem z przedstawicielem pewnej firmy farmaceutycznej w ramach poszukiwań informacji potrzebnych mi do pisanego właśnie artykułu. Potem były lody pistacjowe. Dzień z życia dziennikarza medycznego jest nudny, za to pełen niezdrowych przekąsek.

Wspólny spacer po parku to moje ostatnie ustępstwo na rzecz serdecznej przyjaciółki, która musiała się borykać z podwójnymi obowiązkami jako matka mojego ojca. Uwielbia ten park i spacery po nim. Przed czterdziestu laty przeniosła się z Denver do północnej Kalifornii i w przebłyskach świadomości powtarza, że wspaniałości parku Golden Gate stanowią niezaprzeczalny dowód słuszności pionierów, którzy postanowili przemierzyć Amerykę w wozach krytych brezentem. Chętnie bym jej wytknął, że wtedy nie było jeszcze parku Golden Gate, ale przypuszczalnie odpowiedziałaby, sądziła, że jestem wystarczająco bystry, aby zrozumieć, co miała na myśli, i po krótkiej przerwie uśmiechnęłaby się ironicznie.

Ostatnimi czasy coraz częściej zaszczyca mnie tym drwiącym, czasem nawet pełnym życia uśmiechem. Kiedy indziej wydyma wargi, co przyjmuję za wyraz niepewności i zdumienia, jak u przestraszonego dziecka robiącego pierwsze niepewne kroki po schodach. Ale jej niebieskie oczy zawsze pozostają roziskrzone, gęste włosy, ufarbowane na ciepły blond, niezmiennie opadają lokami na ramiona, świadcząc o niezłej kondycji fizycznej. W bufecie domu starców upiera się, że sama zaniesie swoją tacę do stolika, i czyni to bez wysiłku. I te resztki stosunkowo młodzieńczych zachowań stają w jawnej sprzeczności z jej poważnymi schorzeniami neurologicznymi.

Zatrzymujemy się na skraju rozległego trawnika obrzeżonego majestatycznymi eukaliptusami. Pomijając upiora znikającego w oddali, jesteśmy sami, gdyż najwyraźniej ostatni miłośnicy pikników już się poddali. Cisza. Niebo nad głowami przybiera odcień szarego łupku, tylko daleko na zachodzie nad oceanem wisi jeszcze łososiowa smuga.

Najwyżej zdążymy jeszcze raz okrążyć kępę drzew.

Nagle słyszę charakterystyczny trzask.

Zagrożenie.

Niedawno napisałem artykuł o pewnym gigancie z dziedziny biotechnologii, który pragnąc udoskonalić aparaty słuchowe, odtwarzał kształty małżowin usznych żołnierzy o najbardziej wyczulonym słuchu. A najlepsi spośród nich odznaczali się tak wrażliwymi zmysłami, że potrafili rozróżnić stuk zamka przeładowywanej broni.

Na potrzeby artykułu sam wysłuchałem wtedy różnych odgłosów, próbując wyłowić spośród nich stłumiony szczęk ładowanego pistoletu.

Nie chcesz usiąść na trawie, babciu?

Co?

Delikatnie ściągam na ziemię. Może grasuje tu jakiś maniak strzelający po ciemku ze śrutówki.

Nagle w ciemności rozlega się trzask. Kilka metrów za nami impet trafienia wstrząsa drzewem, dokoła sypią się odłamki kory.

Co jest, do…?! wykrzykuję.

Drugi pocisk trafia w to samo drzewo.

Rzucam się na babcię i zakrywam własnym ciałem.

Następne strzały padają szybko po sobie: Bach! Bach! Bach!

Babcia krzyczy na cały głos.

Wszystko w porządku. Nic się nie stało szepczę jej do ucha.

Cisza.

Szaleniec pewnie przeładowuje broń.

Spoglądam na drzewo będące jego celem. To oddalony o kilka metrów najwyższy i najgrubszy z eukaliptusów rosnących wzdłuż alejki. Za drzewami dostrzegam niewielkie zgłębienie o łagodnych stokach, gęsto zarośnięte krzakami. To dogodna kryjówka.

Z sercem łomoczącym z podniecenia, bardziej niż oszołomiony, podnoszę babcię z ziemi, żeby pobiec z nią w tamtym kierunku.

Co ty robisz, Nathanielu?

Zatańczymy.

Padamy z powrotem na ziemię w dole zagłębienia terenu za drzewami. Czuję się zbity z tropu. W parku jest strzelnica łucznicza, ale znajdujemy się daleko od niej, zresztą to nie strzały z łuku latają obok nas. A od najbliższej strzelnicy myśliwskiej dzieli nas wiele kilometrów.

Czyżby ten dureń sądził, że po zmroku w parku jest najlepsza pora na polowanie na ptaki albo duże ssaki? A może to jakiś wyrostek, którego nazbyt zainspirowała gra komputerowa?

Zauważam rozdarcie w bluzce babci.

Jesteś ranna?

Z przejęciem spogląda mi prosto w oczy.

Spłódź dziecko, dopóki nie jest za późno.

Przytykam palec do jej warg. Sprawdzam dokładniej rozdarcie bluzki. Nie widać krwi. Zaglądam jej w oczy, szukając zrozumienia.

Nie ruszaj się i leż cicho nakazuję szeptem.

Wyciągam komórkę i wybieram 911, ale kiedy mam już nacisnąć klawisz połączenia, telefon dzwoni. Odbieram.

Kimkolwiek jesteś, zaczekaj, oddzwonię.

Nathaniel Idle? rozlega się nieprzyjemny metaliczny głos.

Powiedziałem, że oddzwonię.

Kiepska egzekucja pada z drugiej strony.

Słucham?

I żałosny kalambur słowny dodaje nieznajomy. Niezamierzony.

Kto mówi?

Trzask. Połączenie zostaje przerwane.

Kto to?!

Spoglądam na babcię. Od wczesnego dzieciństwa jest dla mnie ostoją, jedyną osobą w rodzinie, przy której nie czuję się jak wieczny szczeniak, ze strachu ociągający się przed stworzeniem trwałego związku. Pewnie przy niej po prostu odnoszę wrażenie, że w takiej postawie nie ma nic złego.

Wysuwa rękę z mojego uścisku. W oczy wpada mi wielki pierścionek z imitacją szafiru, który nosi na palcu wskazującym prawej dłoni. Przypomina mi o jej buntowniczej naturze, przez którą babcia Lane nie za bardzo pasuje do stereotypów Najwspanialszego Pokolenia. Kiedyś w tajemnicy przed dziadkiem zaczęła zbierać pieniądze na zakup sportowego samochodu, a tuż przed pięćdziesiątką zapisała się na kurs karate i zdobyła niebieski pas.

Ze złością przyjmowałem wszelkie objawy jej postępującej szybko demencji i podupadania na zdrowiu. Czuję się wobec nich równie bezradny, jak w zetknięciu z gwałtownym i niespodziewanym zagrożeniem, w jakim się obecnie znaleźliśmy.

Po raz drugi wybieram numer 911. Ale tym razem zanim zdążę wcisnąć klawisz połączenia, wyławiam zawodzenie syren policyjnych. Dobiega od strony bulwaru Lincolna, szerokiej przelotówki biegnącej wzdłuż parku, odległej zaledwie o kilkaset metrów. Wycie syren przybiera na sile, co skłania do wniosku, że jakiś dobry samarytanin usłyszał strzały i zawiadomił policję, może nawet to jej patrol zwrócił uwagę na charakterystyczne odgłosy i wezwał posiłki.

Powinni tu być w ciągu kilku minut.

Zerkam ponad głową babci na odkryty teren widoczny między dwoma najbliższymi eukaliptusami. Mrużąc oczy w półmroku, skupiam wzrok na kępie drzew, w której prawdopodobnie ukrył się łobuz z karabinkiem.

Dostrzegam jakiś ruch. Poruszają się gałęzie. Czyżby zamierzał uciekać? Chylą się kolejne gałęzie zarośli, wreszcie wypada z nich ciemna sylwetka człowieka.

Zaraz wracam rzucam babci.

Może to szaleństwo, ale budzi się we mnie nadzieja, że zdołam dojrzeć strzelca, a potem odegrać rolę bohatera na posterunku policji, co ostatnio nie za bardzo mi się udawało. Bo przecież nie możemy czekać biernie na trawie jak dwie przerażone dzikie kaczki.

Pociąg nie może oddychać mamrocze babcia.

Zostań tutaj. Nie ruszaj się. I bądź cicho.

To ten facet w granatowym ubraniu.

Co?

Wyglądasz na zmęczonego, Harry odpowiada.

Harry to jej znajomy z domu opieki.

Obiecaj mi, że się stąd nie ruszysz.

Obiecuję.

Ruszam biegiem przed siebie, mając nadzieję, że będę mógł z bezpiecznej odległości zostać naocznym świadkiem, choć nie mam pojęcia, jak tego dokonać. Równocześnie przypominam sobie telefon od tajemniczego rozmówcy, co każe mi wrócić myślami do babci.

Niebezpieczeństwo.

Skąd mogła to wiedzieć?

DWA

Nogi plączą mi się w gęstym poszyciu. Pokonuję zaledwie kilkadziesiąt kroków i padam.

Dźwigam się na kolana i odmawiam w duchu krótką agnostyczną modlitwę dziękczynną pod adresem kortyzolu. To „hormon stresu” wydzielany przez korę nadnerczy na równi z adrenaliną, wyostrzający działanie zmysłów.

Dzięki niemu zachowuję orientację w otoczeniu mimo zapadających szybko ciemności. Po prawej dostrzegam sylwetkę babci siedzącej bez ruchu, opartej o pień drzewa.

Niepewnie pokonuję kilka następnych kroków wzdłuż szeregu eukaliptusów, korzystając z ich osłony. Kucam w miejscu, gdzie między nimi otwiera się szerszy widok na zarośla kryjące zamachowca. Mam wrażenie, że znów dostrzegam jakiś ruch.

I nagle wrażenie zamienia się w pewność.

Po lewej z kępy drzew wyłania się ciemna postać.

Przywieram do pnia, pełen obaw, że zamiast uciekać, może pragnąć kontynuować atak. Czyżby zamierzał szerokim łukiem zajść nas z drugiej strony?

Kucam przy ziemi. Co z tobą, kortyzolu?!

Mimo luk w dopływie bodźców nasze umysły próbują zyskać jak najpełniejsze rozeznanie w sytuacji na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Dlatego w ciemności dostrzegam, że człowiek niesie na ramieniu długą i wąską torbę podróżną, że podbiega do samochodu zaparkowanego na skraju parku, otwiera bagażnik, wrzuca do niego torbę, po czym zajmuje miejsce za kierownicą. Chociaż wygląda na spasionego i słabo wysportowanego, wyobraźnia podsuwa mi sylwetkę człowieka muskularnego, ubranego w bluzę dresową z kapturem. A samochód ma lekko poszerzony i podwyższony kufer; z mózgu napływa skojarzenie: toyota prius.

Wycie syren policyjnych staje się ogłuszające. Radiowozy będą tu najdalej za pół minuty. W ciemności rozbłyskują czerwone tylne światła pozycyjne priusa. Samochód powoli wyjeżdża z szeregu zaparkowanych aut. Wyskakuję spomiędzy szpaleru drzew, mając świadomość, że zapewne nie zdołam wytworzyć wystarczająco dużo kortyzolu, żeby odczytać numer rejestracyjny, nie mówiąc już o tym, żeby przelecieć w powietrzu, jedną ręką zatrzymać odjeżdżający samochód i zmusić kierowcę, aby przeprosił moją babcię, gdy już znajdzie się za kratkami.

Przystaję więc i tylko spoglądam za odjeżdżającą toyotą. Zbiera mi się na śmiech wobec skojarzenia, że omal nie padłem razem z babcią statystyczną dla San Francisco ofiarą strzelca, który porusza się samochodem przyjaznym dla środowiska i który był na tyle uprzejmy, żeby zadzwonić na moją komórkę, aby upewnić się, że nie żyję.

Idlesowie przeżyli kolejny dzień mówię babci.

Ja cię znam odpowiada. Uczyłam cię nurkować.

Śmieję się, żeby spalić nieco adrenaliny, od której trzęsą mi się ręce.

Przed trzydziestu laty babcia zabrała mnie na weekend do Santa Cruz nad oceanem. Pojechaliśmy tylko we dwoje. Wzięła na siebie rolę niańki, gdy moi rodzice byli bez reszty pochłonięci opieką nad moim starszym bratem, któremu wycięto wyrostek robaczkowy. A dziadek Irving, wiecznie zapracowany księgowy, został w domu z powodu nawału obowiązków.

Moi rodzice, jak dowiedziałem się później od babci, zasypali stanowczymi nakazami. Żadnej waty cukrowej, oglądania do późna telewizji, kąpieli w brudnym oceanie, zwłaszcza że kiepsko sobie radziłem w wodzie.

Po dwóch dniach pełnych przygód, słodkich łakoci i pluskania się w wodzie babcia zaprzyjaźniła się z emerytowanym ratownikiem, który nauczył mnie, jak zachowywać się w falach i jak wstrzymywać oddech pod wodą. Podobno, jak później wspominała, miałem jej wtedy odpowiedzieć, że już wiem, jak się utopić. Ale wtedy mi nakazała: tylko nie mów rodzicom o pływaniu w morzu, niech to pozostanie naszą tajemnicą.

Zrywa się lekki wiatr, który wychładza mi odsłonięte przedramiona, nie mówiąc już o wystającym przez dziurę w bucie paluchu. Ściągam bluzę, którą miałem dotąd zawiązaną w pasie, i zarzucam sobie na ramiona.

Lane, o jakim człowieku w granatowym ubraniu mówiłaś?

Jestem zmęczona.

Wcześniej powiedziałaś, że pociąg nie może oddychać. Co to miało znaczyć?

Nie odpowiada od razu.

Lubię zupę oświadcza po chwili.

Przypomina mi to rozmowę z dzieckiem, które zna słowa, ale nie rozumie ich znaczenia.

Dzwoni mój telefon. Wyciągam go z kieszeni. To wiadomość tekstowa. Czyżby znów od tego szajbusa? Otwieram ją. „Nagły wypadek w blogosferze. Zadzwoń jak najszybciej”.

Nie jest to wiadomość od tajemniczego nadawcy, od świrusa jeżdżącego autem z napędem hybrydowym, lecz od Pauline Sanchez, kobiety płacącej moje rachunki. Jest wydawczynią Medbloga, strony sieciowej gromadzącej nowości z zakresu medycyny, która płaci mi po 120 dolarów dziennie za trzy nowe posty.

Charakter tej wiadomości, pomijając jej dramatyczny kontekst, nie jest niczym niezwykłym. Pauline jest uzależniona od nowych przekazów, niczym narkomanka, jakby była miłośniczką wiadomości. Nagłówki cytuje z pamięci. Ale z treści e-maila wynika, że chce tylko przyciągnąć moją uwagę. Może jest wściekła, że nie informowałem jej na bieżąco przez ostatnich osiemnaście sekund.

A może chociaż trzymam na dystans chce porozmawiać o chemii fizycznej między nami, z którą chciałaby poeksperymentować?

Mam już ochotę schować telefon z powrotem do kieszeni, kiedy uświadamiam sobie, że najlepsze, na co mogę sobie pozwolić, to zwłoka.

Rzuć to mówi męski głos.

TRZY

Dwaj policjanci stoją między drzewami, skąpani w świetle reflektorów wozu patrolowego.

W rękach trzymają rewolwery wymierzone w moim kierunku.

Chwilę mi zajmuje, aby ich przekonać, że to nie do mnie powinni mierzyć. Ale rozumiem ich reakcję.

Kucam obok przerażonej osiemdziesięciolatki niedługo po tym, jak padły strzały, o czym zapewne powiadomił ich jakiś zaniepokojony przechodzień. Do tego stoję w półmroku i trzymam w dłoni mały srebrzysty przedmiot.

Tak, jedynym pańskim grzechem jest ten zabytkowy telefon mówi jeden z nich z chichotem, chowając broń do kabury. Jak widać, w San Francisco człowiek może napotkać nieprzyjemności z powodu używania bez pozwolenia przestarzałego sprzętu.

Policjant nazywa się Everly. Jest szczupły, ma krzaczaste wąsy i policzki poznaczone bliznami po trądziku młodzieńczym. Jego partnerka to pulchna kobieta o przerzedzonych włosach. Policjantka Thompson cierpi na alopecję, kobiece łysienie plackowate.

Kiedy człowiek poznaje nowych ludzi, skupia się na ich rysach albo nazwiskach. Ja zapamiętuję patologie. To pewnie przykra pozostałość po wykształceniu medycznym, ale mój szósty zmysł jest nastawiony na ocenę czyjegoś przeszłego, obecnego i ewentualnie przyszłego stanu fizycznego. Zapamiętuję więc przypadki parkinsona, objawu Bella, marskości wątroby, łuszczycy, platfusa, cuchnącego oddechu, czarnego języka czy też zawsze rozpoznawalny deficyt uwagi, chociaż ten jest subiektywny, co nasuwa wniosek, że może obecnie wszyscy na to cierpimy, więc to przejaw mało charakterystyczny.

Łysiejąca policjantka sprawdza stan babci i uznaje, że nie trzeba wzywać karetki.

Everly prosi mnie o dokumenty. W ten sposób wieczór z niebezpiecznego staje się frustrujący.

A oto i sam Nathaniel Idle we własnej osobie oznajmia partnerce. Typowy dziennikarz. Słowo „dziennikarz” wymawia z takim obrzydzeniem, z jakim miłośnik zdrowej żywności spogląda na mało organiczny produkt pochodzący z zagranicy.

Większość moich artykułów zaliczam do dziennikarstwa niby-medycznego piszę bzdurne teksty na temat starzenia, urody, odżywiania i firm biotechnologicznych inwestujących w próby zaoszczędzenia nam upokorzeń związanych z naturalnym pogarszaniem się kondycji. W ten sposób zarabiam na życie.

Ale przy zdrowych zmysłach utrzymuję się, pisząc artykuły śledcze. I to przez nie raz za razem narażam się gliniarzom.

Dwa moje artykuły doprowadziły do aresztowania miejscowych policjantów. Jeden, dotyczący wysokiego odsetka zarażeń wirusem HIV wśród prostytutek, ujawniał personalia funkcjonariusza odpowiedzialnego za brutalne pobicie jednej z nich. Drugi demaskował haniebną rolę dwóch gliniarzy próbujących tuszować przyczyny eksplozji w pobliskiej kafejce internetowej.

Ostatnio zbierałem materiały do artykułu o powiązaniach policji z podpaleniami przenośnych toalet, co, z przyczyn raczej oczywistych, wydawało mi się całkowitą bzdurą. W ubiegłych miesiącach doszło do szeregu takich pożarów, głównie na obrzeżach placów budowy. Temat podchwyciłem któregoś ranka, gdy uprawiając jogging, natknąłem się na niekształtną cuchnącą bryłę stopionego plastiku, rozpoznawalną po resztkach niebieskich ścian. Chwilę później pojawił się wóz służb miejskich i pracownicy przystąpili do porządkowania terenu. To od nich się dowiedziałem, że to już dziewiąty przypadek kiblowej piromanii, a ogień jest podkładany w ramach toczącej się batalii o miejskie fundusze między policją a strażakami. Gliniarze mieli jakoby podpalać toalety, żeby pobratymcom ze straży dodać sromotnych obowiązków gaszenia cuchnących obiektów (ale to zarazem czyniłoby strażaków bardziej potrzebnymi, choć może to tylko moja nadinterpretacja).

W efekcie zarobiłem parę dolców na opublikowaniu tej pełnej zagadek historii w „San Francisco Chronicle”. Traktowałem jak niewinny, zabawny przerywnik, a tymczasem stanowa prokurator generalna wszczęła wielkie dochodzenie i oświadczyła publicznie, że korzenie skandalu mogą sięgać do samego komendanta policji. No i dwa tygodnie temu ktoś podrzucił mi na schodach domu kawałek nadpalonego plastiku z liścikiem ostrzegającym: „Przestań wypisywać bzdety o bzdetach albo znikniesz z powierzchni ziemi”.

Gliniarze mnie nie cierpią, przynajmniej ci, którzy szczyt inteligencji osiągnęli w szkole średniej.

W rezultacie muszę się żegnać z nadzieją, że nie dostanę mandatu za przekroczenie szybkości albo nie spotkam się ze zjadliwą ironią, próbując wyjaśnić, że razem z babcią Lane o mało nie zginęliśmy od kul jakiegoś upiora grasującego po parku.

Sympatia gliniarzy znika do reszty, gdy okazuje się, że babcia ma kłopoty z potwierdzeniem mojej relacji.

Jesteś całkiem przystojny, ale masz za dużo włosów na twarzy mówi do posterunkowego Everly’ego, gdy ten prosi ją, by opisała, co się wydarzyło.

A kiedy pyta, czy także widziała odjeżdżającego priusa, babcia mówi:

Mój mąż jeździ chevroletem.

Na szczęście policja nie może już wykpić ewidentnych śladów na pniu eukaliptusa, za którym się schroniliśmy. Tyle że ciemności uniemożliwiają dostrzeżenie kul w odłupanych kawałkach kory.

Tymczasem zjawiają się dwa następne wozy patrolowe, do tego zbiera się tłumek gapiów. Przygarbiony gliniarz, cierpiący chyba na skoliozę, rozwija żółtą taśmę ostrzegawczą wokół odległej kępy drzew. Próbuję się dowiedzieć, czy znaleźli tam jakieś dowody łuski, ślady butów albo opon samochodowych. Ale słyszę, że to policja jest od zadawania pytań.

Jak opisałby pan głos rozmówcy telefonicznego? pyta Everly.

Był zniekształcony. W jakiś sposób przetworzony.

Everly przyjmuje to bez zdziwienia.

Może kogoś zaniepokoił pański ostatni artykuł podpowiada. Czy ten człowiek nie mierzył przypadkiem z przenośnej toalety?

Bardzo zabawne.

Jednakże, ma się rozumieć, powiązanie tych dwóch rzeczy nie umknęło mojej dziennikarskiej wyobraźni, mającej z definicji skłonności do szukania konspiracji. Czyżby więc ten atak nie był zwykłą, przypadkową strzelaniną?

Gliniarze kończą spisywać nasze zeznania. A właściwie tylko moje. Babcia siedzi z tyłu wozu patrolowego z rękoma skrzyżowanymi na piersi, pogrążona we własnym świecie, bez wątpienia głodna.

W parkach kręci się wielu szaleńców mówi Everly na pożegnanie. Chyba powinien pan bardziej uważać na otoczenie, w które zabiera pan swoją babcię.

Zbywam uwagę milczeniem.

Policjanci na tyle uprzejmi przynajmniej dla mojej babci że podwożą nas do samochodu. Przesiadamy się do mojej starej toyoty. W drodze powrotnej do Magnolia Manor próbuję wysondować, co zapamiętała Lane, dopytując się zwłaszcza o człowieka w granatowym ubraniu i przyczynę, dla której zwietrzyła niebezpieczeństwo. Ale jest mało komunikatywna, bawi się telefonem komórkowym, który dostała w domu opieki. Nie używa go do rozmów, bo nawet nie ma karty do połączenia z którąś siecią, ale korzysta z prostych gier, czasami wręcz obsesyjnie, gdy układa spadające bryły albo przeprowadza myszkę przez labirynt.

Nic mi nie jest oznajmia w końcu wyzywającym tonem.

Ale masz kłopoty z pamiętaniem o różnych rzeczach, babciu. I ja to rozumiem.

Znowu zagryza wargi.

Hej, kto ma ochotę na rogalik z nadzieniem owocowym? pytam.

To nasz stary dowcip, przynajmniej taki był. Nie rozstaję się ze znoszonym zielonym plecakiem pełnym różnych wyrobów mających zaspokoić nieprzewidywalne życzenia babci i zapewnić jej dostawę niezbędnych kalorii. Jeszcze zanim stan jej umysłu zaczął się gwałtownie pogarszać, zaskakiwała mnie różnymi niezwykłymi prośbami, na przykład o kanapkę z plastrem duszonego królika, a zaraz po tym z uśmiechem i puszczeniem oka o rogalik z nadzieniem wiśniowym, snickersa i krakersy orzechowe.

Ale tym razem tylko kładzie swoją kościstą dłoń na mojej i spogląda na mnie.

O co chodzi, babciu Lane?

Odchrząkuje głośno.

Nathanielu, muszę ci coś powiedzieć.

CZTERY

Co takiego, babciu?

Nie odpowiada.

Zajeżdżam przed bramę domu opieki, zatrzymuję wóz przy krawężniku i przestawiam dźwignię biegów na luz. Żelazny dinozaur mimo swego wieku wciąż mruczy miarowo. Mam ochotę zajrzeć w oczy Lane, ale do tego musiałbym zapalić lampkę nad deską rozdzielczą, a to mogłoby wyglądać na wścibstwo. Nic innego tak bardzo nie wyprowadza jej z równowagi. Dlatego siedzimy w mętnym blasku latarni ulicznej.

Co musisz mi powiedzieć?

Przepraszam powtarza.

Za co?

Zrobiłam coś złego.

Co?

Znów milczy.

Babciu Lane, przed chwilą wspomniałaś, że musisz mi o czymś powiedzieć.

To skomplikowane. Uwikłałam się w coś. Sprawy z odległej przeszłości wychodzą teraz na światło dzienne, rozumiesz? Po tylu latach.

No, nie wiem. Możliwe. To zależy, o co chodzi, Lane.

Zrobiłam coś złego powtarza.

Ma śmiertelnie poważną minę. Ale teraz sam już nie wiem, czy warto przykładać jakąkolwiek wagę do jej wywodów, czy w ogóle jej myśli choć trochę spójne. Biorąc pod uwagę obecne okoliczności, wymagałoby to dalszych badań.

Chcesz powiedzieć, że przed laty zrobiłaś coś złego, a skutki zaczynasz odczuwać dopiero teraz?

No cóż, moim zdaniem właśnie tak jest, Nathanielu.

To zwykły frazes. Jednym z objawów demencji jest skłonność do odpowiedzi na stereotypowe pytania przy wykorzystaniu odruchowych, wyćwiczonych reakcji mających zastąpić bardziej złożone procesy myślowe.

Biorę jej dłoń i lekko ściskam. Trochę się opiera, ale zaraz ulega. Pod skórą pobielałą od wieku i upstrzoną ciemniejszymi plamkami od słońca czuję siłę drzemiącą w jej palcach, w zginaczu głębokim i innych mięśniach przedramienia. Babcia wciąż jest do rzeczy pod tym względem.

Babciu Lane, proszę. Ukrywasz coś przede mną? Chcesz o tym porozmawiać?

Nie zadręczaj mnie! rzuca ostro.

Milknę, mając nadzieję, że bezruch sprowadzi na nią spokój i klarowność myśli. Nie umiem powiedzieć, czy w jej mamrotaniu padają jakieś artykułowane słowa i czy niesie ono ze sobą jakiś sens.

Ogląda się na fronton domu opieki.

Mają tu salę gimnastyczną i miękkie poduszki na kanapach mówi. Ale w środku jest dziwnie.

Manor przypomina z wyglądu zamek, co nie tylko jest zdumiewające jak na centrum okręgu Sunset, ale w rzeczywistości dziwne. Można by odnieść wrażenie, że został tu przeniesiony z Transylwanii, zagadkowo skonstruowany, z iglicą niknącą we mgle.

Średniowieczna fasada stanowi duży kontrast z nowoczesnym wnętrzem. Magnolia Manor zapewnia emerytom wszelkie możliwe techniczne udogodnienia. Mieszkańcy mają bezprzewodowy dostęp do sieci, do dyspozycji kilkanaście nowiutkich komputerów z drukarkami, przenośne urządzenia do gier. W salach rozrywki dziesiątki zasuszonych osiemdziesięciolatków spędza mnóstwo czasu z nosami przy ekranach, czy to rozgrywając wirtualne partie golfa, czy prowadząc wideokonferencje ze swoimi wnukami.

Ostatnio wielu mieszkańców, w tym także babcia Lane, wykorzystuje najnowszą technikę do utrwalania relacji o swoim życiu. Siedzą w boksach i opowiadają do mikrofonów o wydarzeniach dwudziestego wieku. Tanie kamerki komputerowe rejestrują ich miniaturowe obrazy. Projekt nosi nazwę Krucjata Ludzkiej Pamięci. Jest dość ambitny, z przygasających wspomnień naszych dziadków tworzy wielką bazę danych.

Wjeżdżam przez bramę na teren.

Rezygnuję z dalszych prób przeniknięcia do twoich myśli, babciu. Przynajmniej na razie.

W recepcji spotyka nas pierwsza pozytywna niespodzianka tego wieczoru.

Macie szczęście, że Vince wyjechał mówi pielęgniarka. Już dawno minęła pora odwiedzin.

Vince Alito, dyrektor domu opieki, to autokrata. Nienawidzi mnie, a przynajmniej tak się zachowuje. Ciągle muszę od niego wysłuchiwać, jakim to jestem mało troskliwym wnukiem i jak niechętnie moja rodzina uiszcza terminowo opłaty za opiekę nad babcią, w tym za usługi dodatkowe, jak jazda samochodem czy dostęp do telewizji kablowej w pokoju.

Mój ojciec mieszka w Denver, dlatego wziąłem na siebie podstawowe obowiązki związane z opieką nad babcią, stając się reprezentantem całej rodziny. I to ja odpowiadam za comiesięczne przelewy ze skromnego funduszu emerytalnego babci na konto domu opieki, tyle że płacenie rachunków w terminie nigdy nie było moją mocną stroną. Mimo wszystko nie umiem zrozumieć powodów urazy, jaką Vince zdaje się żywić do mnie. Kiedyś mu powiedziałem:

Zwykle nie doprowadzam do tak wielkiej irytacji ludzi, którzy nie zdążyli mnie dostatecznie poznać.

Na co odparł:

Ja się szybko uczę.

Oddycham z ulgą, ale jestem też zaskoczony nieobecnością Vince’a, który jest jak stały element, synonim tego ekscentrycznego, czasami smutnego przybytku.

Zabieram babcię do jej pokoju. Siadam przy łóżku i przed snem czytam jej fragment Jankesa na dworze króla Artura Marka Twaina. A ona w pewnym momencie szeroko otwiera oczy i uśmiecha się.

Ożeń się i załóż rodzinę mówi. Nie będziesz już młodszy.

Do tej pory babcia Lane nie udzielała mi porad, w każdym razie nie takich. Kiedyś poprosiła mnie, abym zabrał na koncert Tracy Chapman, żeby się przekonać, o co jest tyle szumu. Tuż przed bisem, pochyliła się do mnie i powiedziała szeptem, że oboje jesteśmy z tej samej gliny, zaliczamy się do „obrazoburczych romantyków”.

Jakieś dziesięć lat temu pierwsza dowiedziała się, że rzucam medycynę dla dziennikarstwa. Miałem sporo ponad sto tysięcy dolarów długu, kiedy ostatecznie zamieniłem stetoskop na reporterski notatnik. Kariera medyczna wydawała mi się zanadto oklepana, czarno-biała, a jej zwieńczeniem wydawała mi się pozycja uznanego mechanika samochodowego, który zajmuje się błyskawicznymi ocenami stanu karoserii. Dziennikarstwo miało mi pozwolić na wniknięcie w szare strefy ludzi żyjących w emocjonalnym bagnie.

Domagaj się wyjaśnień od rządu i od żony. Ufaj tylko swojemu fryzjerowi i własnym przeczuciom powiedziała mi wtedy.

Ale teraz miała rację; nie było szans, żebym odmłodniał.

W wieku trzydziestu czterech lat mogę się zaliczyć do grupy, którą fachowcy zwą „Odyseją”. Wciąż testuję życie, trochę się nim bawię, choć już nie tak, jak kiedyś. Krytycy, którzy uwielbiają pakować wszystko do szykowanych na rozmiar szufladek, powiedzieliby pewnie, że przyciąga mnie chaos, dlatego bez końca wypatruję idealnego miejsca do lądowania i używam tego jak wymówki, żeby nie lądować. Dużą część tych krytyków stanowią moi przyjaciele i najbliższa rodzina.

Od strony fizycznej starzeję się całkiem typowo. Odnotowuję coraz większe trudności ze zwleczeniem się z łóżka, zejściem na plac do gry w koszykówkę i powrotem do domu. Mój organizm, mający sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, już nie trawi tak szybko barowego żarcia, jak kiedyś. Coraz rzadziej chodzę do fryzjera, za to po dobrym obcięciu mogę jeszcze uchodzić za takiego, który nie skończył trzydziestki. Odznaczam się mocno zarysowanym nosem, jak babcia. Pauline, która prowadzi blog medyczny, twierdzi, że jestem atrakcyjny dla kobiet, gdyż potrafię ich słuchać. Powtarza, że wystarczyłoby mnie trochę ociosać, a byłbym całkiem niezłym kandydatem na męża.

Dzwoni mój telefon.

To właśnie Pauline. Na ekraniku wyświetla mi się godzina 20.52.

Właśnie myślałem o tobie mówię. Chyba twój telefon czyta w moich myślach.

Nie odpisałeś na moją wiadomość. Zgodnie z regułami obowiązującymi w firmie powinno to oznaczać, że nie żyjesz.

A co powiesz na to, że byłem bardzo zajęty, próbując właśnie uniknąć śmierci?

To znaczy?

Powiem ci później. Co się dzieje, szefowo?

Przyszła do ciebie tajemnicza przesyłka.

Nie mam pojęcia, o co jej chodzi, czuję się zdesperowany i zniechęcony do pracy. Nie powinienem był odbierać telefonu.

To szara koperta ciągnie dalej. Zaadresowana: „Nathaniel Idle. Do rąk własnych”. Jest to napisane grubo, na granatowo, topornymi pochyłymi literami, jakie spotyka się na receptach pijanych lekarzy… a niekiedy także trzeźwych.

To ma być żart. Ale mnie nie bawi.

Czyżbym się myliła, Nat, że całkiem straciłeś poczucie humoru?

Sprawia wrażenie urażonej.

Mam za sobą długi dzień.

Wszystko w porządku?

Spoglądam na babcię.

Jak dotąd tak.

Jestem strasznie ciekawa, co jest w tej kopercie. To może być jakiś niesamowity zapis na pendrivie mówi.

Na pendrivie?

Pauline śmieje się krótko.

Czyżbym zapomniała wspomnieć, że już otworzyłam kopertę? W środku jest dwugigabajtowy pendrive. Mam nadzieję, że z tego powodu nie doniesiesz na mnie jak na zwykłą złodziejkę. Zrobiłam to dla dobra dziennikarstwa, nie mówiąc już o tym, że się nudziłam.

Teraz i ja chichoczę.

Masz naprawdę niezłe zadatki na rasową dziennikarkę, Pauline.

Więc jesteśmy z tej samej gliny.

Podłącz więc pendrive do komputera. Zobaczymy, co na nim jest.

Dzięki, Herculesie Poirot. Już to zrobiłam. Zapis jest zaszyfrowany.

Wzdycham głośno.

W takim razie co poradzę?

Chyba powinieneś znać hasło.

A to niby dlaczego?

Wyjaśnia mi swoje stanowisko, jednocześnie podłączając tajemniczy pendrive do komputera. Po chwili na ekranie pojawia się okienko z dwiema linijkami do wpisania nazwiska użytkownika oraz hasła dostępu. Mówi, że w pierwszym wierszu pojawia się od początku wpis: „Nathaniel Idle”.

Ale miejsce na wpisanie hasła pozostaje puste. Wygląda na to, że tylko ty wiesz, co należy tu wpisać mówi.

Mam złe przeczucia. Nie tylko z tego powodu, że tego dnia pojawia się druga zaskakująca tajemnica, ale głównie dlatego, że jedynie garstka najbliższych znajomych zwraca się do mnie pełnym pierwszym imieniem. A to znaczy, że albo mam kłopoty, albo się zakochałem.

Przyjedź tu, razem posiedzimy nad tym przy jakimś drinku proponuje Pauline. Bo chyba nie masz nic lepszego do roboty w ten czwartkowy wieczór? Poza tym jak często życie podsuwa ci taką zagadkę? Sama jestem zaciekawiona, w dodatku chętnie bym się napiła.

Wyławiam w jej głosie te swawolne ponętne tony, które czynią z Pauline osobę ciekawą, przekonującą i niebezpieczną zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym.

Oglądam się na babcię. Czy istnieje choćby najmniejsza szansa, żeby zapis na pendrivie choć trochę wyjaśnił przyczynę strzelaniny w parku?

Mówię Pauline, że postaram się przyjechać jak najszybciej, i przerywam połączenie.

Wracam myślami do tego, co zdarzyło się w parku. Może policja ma rację, że zostaliśmy przypadkowymi ofiarami maniaka broni palnej? Ale to nie tłumaczy dziwnego telefonu, jaki odebrałem. Czyżbym więc kogoś tak bardzo rozjuszył?

Sięgam myślami do artykułów, nad którymi pracuję. Seria zamachów na przenośne toalety nie może mieć z tym nic wspólnego, bo trudno zakładać, by którykolwiek ze stojących za nią motywów mógł stać się przyczyną zamachu.

Pracuję też nad obszerniejszym materiałem na temat pewnego neurologa ze Stanford, który umieszcza w czaszkach pacjentów specjalnie zaprojektowane magnesy, żeby uwolnić ich od dokuczliwego bólu. Ponadto zbieram informacje na temat badań prowadzonych na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa, w których model ludzkiego mózgu ma służyć udowodnieniu, że kierowca rozmawiający przez telefon komórkowy nie może się jednocześnie skupić na rozmowie i prowadzeniu pojazdu, bo struktura naszego umysłu, w przeciwieństwie do struktury procesora komputerowego, nie jest za bardzo przystosowana do wykonywania dwóch zadań równocześnie. A trzeci mój artykuł ma dotyczyć samej babci. Wydawcy magazynu „Elder Care” poprosili, abym zechciał opisać swoje relacje z „dojrzewającą” Lane. Miałem w tej relacji specjalnie zaakcentować charakter swoich stosunków z babcią przed gwałtownym załamaniem się jej stanu psychicznego. A zanim pamięć zaczęła odmawiać jej posłuszeństwa, nasze rozmowy o jej przeszłości pozwoliły mi zyskać pewien wgląd w to, jak ona widziała nasz związek, kiedy jeszcze sama szukała sobie miejsca w życiu jako młoda kobieta.

Cmokam teraz w czoło. A ona otwiera oczy i gwałtownie łapie mnie za rękę, przelotnie wzbudzając mój strach.

On jest dentystą oznajmia głośno.

Kto, babciu?

Szybko cofa rękę. Wyraźnie jest przestraszona.

A kto jest u dentysty? Co to za mężczyzna w granatowym ubraniu?

Stuka się w czoło.

Teraz i on w tym siedzi.

Babciu?

Spoglądam jej w oczy i widzę, że podstawowe przebłyski widoczne w zwężonych niebieskich źrenicach wydają się przez demencję skryte jak za szkłem. Jeszcze niespełna rok temu była całkiem przy zdrowych zmysłach. Ani trochę się nie przejąłem tym, że wróciła z baru z całym plikiem papierowych serwetek zamiast swoich sztucznych zębów. Niecały tydzień później na tak długo zamknęła się w łazience, że wyważyłem drzwi i zastałem przy bezskutecznej próbie założenia nowej rolki papieru toaletowego na srebrzysty trzpień podajnika zamocowanego na ścianie.

Kocham cię, babciu Lane.

Ja ciebie też kocham.

Kim był ten mężczyzna w granatowym ubraniu? Widziałaś go dzisiaj? Może podczas wizyty w gabinecie dentystycznym? Pamiętasz? Tego samego mężczyznę widziałaś później w parku? Możesz mi to powiedzieć?

Powoli zamyka oczy.

Czekam dziesięć minut, żeby się obudziła. Gładzę po ręku. Wracam myślami do strzelaniny. Jakbym znów słyszał głuchy trzask pocisków wbijających się w pień drzewa. I mam przed oczyma zjawę widzianą w kępie drzew. Wyczuwam w tych wspomnieniach niepokój związany ze stresem pourazowym. Czuję mimowolną potrzebę, by rzucić się do ucieczki i poszukać schronienia. Ale zarazem przeczesuję wyboistą topografię mojego umysłu w poszukiwaniu tego, co mogło mi umknąć. Czy samochód strzelca miał jakąś nalepkę na tylnym zderzaku? Czy na tablicy rejestracyjnej były kalifornijskie numery?

Nie znajduję odpowiedzi na te pytania.

Jeszcze raz cmokam babcię w czoło.

Gaszę lampkę przy jej łóżku i ruszam w drogę, aby rozszyfrować zawartość tajemniczej przesyłki.

PIĘĆ

Poza babcią Lane w moim życiu jeszcze trzy ważne kobiety. Dwie z nich nadal żyją.

Ta zmarła to Annie. Była moją pierwszą wielką miłością. Zakochałem się w niej zaraz po rzuceniu studiów medycznych. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem jej śmiech, zabrzmiał w moich uszach jak muzyka. Nasz związek był tak samo gwałtowny, jak nieokreślony. Już parę sekund po spotkaniu z nią czułem się porzucony.

Ostatecznie Annie mnie zdradziła czy może raczej ja sam zdradziłem siebie. Łącząca nas miłość okazała się ulotna. Kilka lat później Annie utopiła się w pewnym jeziorze w Nevadzie, co pozwoliło mi się uwolnić od złudzeń na temat różnicy między prawdziwą miłością a wyobrażeniem o niej. Tak przynajmniej sobie wmówiłem.

Pikantne potrawy, choćby na bazie papryczek jalapeño, zawierają kapsaicynę. Ten związek chemiczny drażni i paraliżuje wszystkie kubki smakowe. Istnieje teoria, według której z wiekiem mamy coraz większą ochotę na pikantniejsze potrawy, bo kapsaicyna stopniowo ogłusza nasze zmysły, jedno burrito po drugim, dopóki ostatecznie nie zabije w nas zmysłu smaku. Annie była więc dla mnie jak za duża dawka kapsaicyny, która całkiem zniszczyła mi smak. Od chwili jej śmierci żaden związek emocjonalny nie wydawał się dostatecznie intensywny.

Ale mam też prawdziwą przyjaciółkę. Drugą kobietą w moim życiu jest Wiedźma. Naprawdę nazywa się Samantha Leary. Jest uzdrowicielką dusz, masażystką, Matką Ziemią, maniaczką New Age. Traktuje mnie jak siostra, dość niezwykła starsza siostra, która ciągle podsuwa mi tofu. Razem za swoim mężem Dennisem którego wszyscy znają jako Bycze Oko miłośnikiem baseballu mającym obsesję na punkcie nowoczesnej techniki, ale towarzysko niewyrobionym, jakby nieco autystycznym, dla mnie solidnym zakotwiczeniem i jako stali bywalcy pobliskiego pubu barowymi terapeutami.

Ostatnio sporo się dowiedzieli na temat Pauline, mojej kobiety w bramce numer trzy.

Ta tłumaczka ścieżek dialogowych seriali dwa lata temu założyła Medblog i szybko stała się, jak sama mówi, „ukochanym dzieckiem CNN i «New York Timesa» w zakresie nowinek medycznych, regularnie porzucanym i przygarnianym przez Twittera”. Obecnie jest moim wydawcą i źródłem pożyczek. Pauline mierzy wysoko. I osiąga cele. Jest zantropomorfizowana internetowo, ciągle w ruchu, i to coraz szybszym.

Odznacza się tak smukłą sylwetką, że przy stu osiemdziesięciu centymetrach wzrostu wydaje się jeszcze wyższa. Jej długie do ramion ciemnoblond włosy śmiesznie podskakują przy każdym kroku, jak na reklamach szamponów. Będąc jeszcze w szkole podstawowej, pojawiła się na okładce katalogu Whartona z pucharem, który zdobyła w zawodach triatlonowych, i zawstydzającym uśmieszkiem, jakby chciała powiedzieć: „Widzicie, jakie to proste?”.

Znajomi poznali nas przed rokiem i natychmiast zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem moje uczuciowe kubki smakowe nie odzyskały choć trochę sprawności. Niespodziewanie miesiąc temu doszło między mną a Pauline do „starcia zmysłów”, czyli do gorączkowego aktu płciowego w jej gabinecie, po czym bezzwłocznie opanowałem swoje emocje razem z (krótkim) zablokowaniem dostępu telekomunikacyjnego, jako że nie byłem pewien, co ta schadzka mogła znaczyć, szczególnie dla istotnego źródła moich dochodów.

A ona, najwyraźniej speszona, przysłała mi listę „Sto najlepszych wymówek od zawiązania trwałego związku”, zawierającą: (poz. 17) Całowanie jest przyczyną rozprzestrzeniania zarazków, (poz. 44) Stabilizacja jest przyczyną nudy i przedwczesnej śmierci, jak też (poz. 100) Odczuwasz paniczny lęk przed stabilnymi związkami.

Obecnie jestem pracownikiem Pauline rozdartym wewnętrznie co do uczuć żywionych wobec pracodawcy.

Ale dowiaduję się kolejnej konkretnej rzeczy na jej temat, gdy przyjeżdżam do biura Medbloga, żeby sprawdzić zawartość tajemniczej przesyłki: Pauline nie ma w gabinecie.

Biuro mieści się w sąsiedztwie South Park, niedaleko stadionu baseballowego San Francisco Giants. To getto dotcomu, prawdziwa kopalnia żył złota. Osiedle, założone sto pięćdziesiąt lat temu, zostało przekształcone tak, że odrestaurowane kamienice stanowią dziś miejsca pracy wielkookich gigantów internetu. Mając wsparcie żarłocznych kapitalistów, zakładają nowe pokolenia firm tworzących oprogramowanie z zakresu publikacji i technicznej obróbki danych. A wydajność ich pracy można mierzyć wielkością sprzedaży poczwórnych porcji karmelowego latte. Cała dzielnica dygocze od typowego dla Dzikiego Zachodu optymizmu podsycanego przez najmłodszych magistrów organizacji i zarządzania, dla których największym problemem jest ograniczony zakres wyobraźni twórców Google.

Biuro Medbloga zajmuje dwa niewielkie pokoje na tyłach wiktoriańskiej kamienicy, w której mieszczą się jeszcze trzy inne firmy. Już z daleka, gdy idę wyłożonym kafelkami korytarzem, widzę, że za okienkiem w drzwiach wejściowych biura zalega ciemność. Wszystkie światła pogaszone.

Pukam. Nikt nie odpowiada. Naciskam więc klamkę. Drzwi otwarte. Zaglądam do środka.

Pauline? odzywam się nieśmiało.

Cisza.

Przeciągam dłonią po gładkiej ścianie na prawo od wejścia i odnajduję włącznik. Zapalam światło.

Na wprost znajdują się drzwi do pomieszczeń gospodarskich, z obu stron obrzeżają je ciągnące się do sufitu ciemne regały pełne książek, głównie specjalistycznych pozycji lekarskich oraz podręczników biznesowych. Na lewo od wejścia stoi pięknie odrestaurowane zabytkowe biurko dębowe, wiecznie zawalone stertami papierów starannie poukładanymi po obu stronach smukłego iMaca w metalicznej obudowie. Wiem, że zamiast wygaszacza ekranu pojawia się zdjęcie szympansicy z niemowlęciem na rękach zrobione przez Pauline kilka lat temu w Tanzanii.

Drugie biurko stoi naprzeciwko po prawej stronie pokoju. Wyłożoną klepkami podłogę między nimi częściowo zakrywa przyjemny dywan w pomarańczowe, brązowe, czerwone i żółte kwadraty. W powietrzu unosi się cierpki cytrusowy zapach, będący niewątpliwie skutkiem nieco obsesyjnego nastawienia Pauline na codzienne dokładne sprzątanie biura.

Podsumowując, ten dość skromnie urządzony pokój stanowi prawdziwe centrum informacyjne dwudziestego pierwszego wieku, jest spadkobiercą tradycyjnej zmory imperium prasowego, z iście gargantuiczną strukturą wydatków, zabytkowymi maszynami w rodzaju pras drukarskich, pracownikami zatrudnionymi na pełny etat z rozległym zakresem świadczeń socjalnych.

Tylko teraz brakuje w nim Pauline.

Zamykam drzwi i podchodzę do drzwi prowadzących na zaplecze. Nie ma jej ani w łazience, ani w magazynku danych zastawionym szeregami serwerów i twardych dysków służących do przechowywania i obróbki wszystkich danych Medbloga.

Wracam więc do głównego pokoju i wyjmuję swój telefon. Wybieram numer Pauline. Włącza się poczta głosowa. Wbijam tekst e-maila: „Gdzie jesteś?”.

W zetknięciu z rzeczywistością ogarnia mnie lekka panika. To, że drzwi biura nie były zamknięte, powinno oznaczać, że Pauline wyszła tylko na chwilę, żeby wziąć coś z samochodu. Albo żeby kupić nam jakiegoś drinka, choć może zrobiła to pod wpływem innego impulsu. To byłoby bardziej do niej podobne.

Ale po wydarzeniach w parku Golden Gate jej nieobecność podsuwa mi wniosek, że mogą tu być zaangażowane jakieś bardziej konspiracyjne siły.

A jeśli naprawdę coś się przydarzyło pierwszej od lat napotkanej przeze mnie kobiecie, która nie sądzi, że moje poglądy muszą zostać naprostowane przez jakiegoś psychiatrę albo szamana? Ma zwyczaj powtarzać, że nie zmieniłaby mnie ani trochę, gdyby nie to, że posługuję się wymówką o wyprawie w nieznane, aby uniknąć drugiej randki. Ale zarazem pomaga mi utrzymać mój mózg w stanie podwyższonej gotowości. Kiedyś, gdy usiedliśmy naprzeciwko siebie w pewnej śródmiejskiej kafejce, przetoczyła się obok nas zwalista kobieta z naciągniętą głęboko na oczy baseballową czapeczką z emblematem Giantsów i rozsiadła się przy sąsiednim stoliku. Daszek czapeczki skrywał całą jej twarz, a do piersi przyciskała czarną płócienną torbę. Od nadgarstka do łokcia miała długą bliznę po cięciu chirurgicznym, a wzdłuż jej brzegów gromadziły się inne drobne różowawe blizny. Wyglądały jak podręcznikowe rany po postrzale grubym śrutem. Bliższa lustracja pozwoliła mi rozróżnić etui na dużą ciężką baterię zdolną zastąpić mały generator. Kiedyś wyszedłem cało z zamachu bombowego w kawiarni, toteż teraz od razu powiadomiłem Pauline o moich powodach do zmartwień, ale obróciłem to w żart. A ona przedstawiła się kobiecie, która okazała się mechanikiem i kiedyś przeżyła eksplozję silnika spalinowego, nie tylko została ranna od jego odłamków, ale także poparzona gorącym olejem. Pauline bez namysłu zleciła jej dokonanie przeglądu swojego bmw, chcąc mi zarazem przypomnieć, jak to ujęła, „że lepiej się pomylić, niż zwariować”.

Mam wrażenie, że teraz, gdy rozglądam się po pustym biurze, powiedziałaby mi to samo, dźgając mnie palcem wskazującym pod żebra. Jestem pewien, że lada moment wróci z jakiegoś krótkiego wypadu i będę mógł przystąpić do ostrożnego zbadania przesyłki wysłanej na mój adres.

Zrzucam z ramion plecak, odsuwam spod biurka jej ergonomiczny obrotowy fotel i rozsiadam się w nim, czekając na ciąg dalszy.

Na biurku leży pokaźny stosik kartonowych teczek. oznakowane nalepkami z napisami w rodzaju „Q1 finanse” albo „Analizy porównawcze”.

Obok niego stoi elegancka srebrzysta ramka z pocztówkowym czarno-białym zdjęciem uśmiechniętego faceta o zapadniętych policzkach i włosach przyciętych jak pod garnek. Wiem, że to brat Pauline, Philip, narkoman prowadzący ostrą walkę ze swoim uzależnieniem od krystalicznej amfetaminy.

Tuż przy ramce stoi kalendarz z zapisanymi maczkiem terminami najbliższych spotkań. Chyba nie zwróciłbym na niego uwagi, gdyby nie to, że jest wciąż ustawiony na wrzesień, miniony miesiąc, a w nim wyróżnia się zakreślona na czerwono data dwudziestego siódmego.

Ale ja rozglądam się po biurku za tym, czego tu nie ma, to znaczy za kopertą zaadresowaną do mnie, z dopiskiem „do rąk własnych”.

Zastanawiam się, czy nie powinienem zadzwonić na policję. Tylko co miałbym zgłosić? Że moja szefowa się spóźnia z drinkami na spotkanie ze mną?

Dzwonię po raz drugi. Znów włącza się poczta głosowa.

Zerkam na ekran komputera Pauline. Stoi przy nim solidna tuba odkażacza do rąk. W dzisiejszych czasach to już nie jest oznaka hipochondrii, tylko standardowe wyposażenie biura. W ubiegłych latach goście mogli się zetknąć z zapachem alkoholu z ust pracownika. Teraz czeka ich wyłącznie strumień odwaniacza z aerozolu. Naciskam grzybek dozownika i zbieram solidną porcję środka na podstawioną prawą dłoń, po czym wcieram w palce i zaczynam się kołysać na krześle, obracając nim w lewo i w prawo i obmyślając kolejne posunięcie.

Wreszcie dostrzegam kopertę.

Jej brzeg wystaje spomiędzy dwóch opasłych podręczników lekarskich na półce w regale. W tym uporządkowanym i schludnym otoczeniu wyróżnia się jak coś, co zostało tam wetknięte w pośpiechu.

Wstaję, podchodzę do regału i wyciągam list. Jak mówiła Pauline, jest zaadresowany odręcznym pismem: „Nathaniel Idle, Nadzwyczaj Zajęty Wędrowiec po Świecie”. O tej drugiej części nie wspomniała przez telefon.

Na kopercie nie ma adresu zwrotnego ani nawet stempla pocztowego.

W środku znajduje się moduł pamięci. Wtykam go do gniazda w komputerze.

Na monitorze pojawia się okno logowania. W nagłówku znajduje się napis „zawartość zabezpieczona hasłem”. W pierwszym wierszu dane użytkownika już wstawione: „Nathaniel Idle”. Drugi, do wpisania hasła, jest pusty. Wszystko się zgadza z opisem Pauline.

Wstawiam kursor do pustego wiersza i wpisuję: „Annie”. Od lat wykorzystuję imię dziewczyny jako hasło, jakby to była tajemnica, którą dzielę się z komputerem ponad mocą, jaką Annie wciąż ma nade mną. Ale tu nie działa.

Próbuję więc „HippocratEATs”. Mój wiecznie głodny kot ma na imię Hipokrates. Także nic.

Wpisuję zatem różne warianty własnego imienia, a następnie „LaneIdle” i „W1tch”, bo przypominam sobie, że takich haseł też kiedyś używałem. Nadal bez powodzenia. Zresztą nie jestem pewien, dlaczego sądzę, że któreś z nich mogłoby zadziałać, skoro nie mam powodu, aby wierzyć, że ktoś naprawdę zna używane przeze mnie hasła.

W końcu wędruję myślami do znaczenia ukrytego za zwrotem „Nadzwyczaj Zajęty Wędrowiec po Świecie”. Czy to nie jest przypadkiem chwyt reklamowy wymyślony przez jakieś dupocałuśne biuro podróży albo spółkę do spraw kontaktów z klientami?

Nawet z tyłu wyglądasz na sfrustrowanego odzywa się jakiś głos.

Musi należeć do mężczyzny, który posługuje się głębokim dźwięcznym basem.

Odwracam się. Gość jest niski i brzuchaty, ale z masywną dolną szczęką.

Do tego w przebraniu mordercy. Jeśli nie liczyć obuwia.

SZEŚĆ

– Sfrustrowanego – powtarza. – I ewidentnie nie jesteś Polly.

Ma na sobie elegancki brązowy garnitur, który kosztuje tyle, że wolę się nie domyślać, ale na nogach ma japonki, znane mi z własnego doświadczenia, kosztujące sześć dolarów w marketach Walgreens. Skóra na jego twarzy i dłoniach jest jak gdyby chropowata. Ale wykończenie – krótko obcięte, lecz starannie wymodelowane włosy i ten drogi garnitur – świadczą o wytworności. Oceniam go na trzydzieści parę lat.

– Więc jest nas już dwóch niepodobnych do Pauline – odpowiadam.

Chichocze.

– Jest gdzieś niedaleko? – pyta. Pozuje na rozluźnionego, agresywnie nonszalanckiego, jak jego obuwie.

– Sam się nad tym zastanawiam.

Podchodzi bliżej i wyciąga dłoń.

– Chuck Taylor, jak ten od pańskich butów z cholewkami.

Wstaję i ściskam mu rękę. Odznacza się silnym stanowczym uściskiem, który trwa trochę za długo.

– Nat Idle. – W zapadłej ciszy odnoszę wrażenie, że powinienem się wytłumaczyć. – Jestem wolnym strzelcem, pisującym dla tej firmy.

– Wiem, kim pan jest.

Nasze spojrzenia spotykają się na krótko. Moją uwagę zwraca drobny jęczmień pod jego lewą powieką, który kłóci się z aurą doskonałości.

Dostrzega, że skupiam wzrok na drobnych słowach wytatuowanych pod szyją, tuż powyżej krawędzi kołnierzyka nienagannie białej nakrochmalonej koszuli. Układają się w zwrot: „Zawsze wierny”.