Za żadną cenę  - Barbara McCauley - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Za żadną cenę - Barbara McCauley

Milioner Trace Ashton przeżywa zawód, kiedy narzeczona, Becca Marshall, przyjmuje od jego ojca czek na sto tysięcy dolarów, przestaje się z nim spotykać i wyjeżdża. Rozczarowanie zmienia Trace’a w zgorzkniałego, mściwego człowieka. Pewnego dnia Becca ośmiela się powrócić do Napa Valley Trace postanawia wziąć odwet za swoje upokorzenie...

Opinie o ebooku Za żadną cenę - Barbara McCauley

Fragment ebooka Za żadną cenę - Barbara McCauley







Barbara McCauley

Za żadną cenę

Tłumaczyła Małgorzata Dobrogojska

Harlequin


Tytuł oryginału: Name Your Price

Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2005

Redaktor serii: Małgorzata Pogoda

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Maria Kaniewska







© 2005 by Harlequin Books S.A.

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Gorący Romans są zastrzeżone.


Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona


ISBN 978-83-238-4438-9

Indeks 356948


GORĄCY ROMANS – 770

Konwersja: Nexto Digital Services


Witam serdecznie w lutym. Zima to dobry czas na lekturę.

Tak miło jest usiąść w fotelu, gdy na dworze pada śnieg, i otworzyć książkę. W tym miesiącu rozwiążą się wszystkie tajemnice dynastii Ashtonów. Polecam więc ostatnią książkę w tej miniserii: „Za żadną cenę". A oto pełna oferta:

Za żadną cenę – historia miłości Trace’a Ashtona i jego

dziewczyny...

Zemsta czy pojednanie - druga część miniserii „Zaskakujące

dziedzictwo". Drugi z przyrodnich braci, Nick, dostaje spadek. Postanawia wrócić do rodzinnej miejscowości, by rozliczyć się z przeszłością...

Niecodzienna propozycja i Kusicielka (Gorący Romans Duo) – dwie opowieści o miłosnych perypetiach bohaterów z miasteczka Royal... Życzę przyjemnej lektury


Małgorzata Pogoda













Harlequin. Każda chwila może być niezwykła.


Czekamy na listy.


Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21


PROLOG



Dopóki ten moment nie nadszedł, nigdy nie zastanawiał się nad swoją śmiercią. Arogancja i duma nie pozwalały mu dopuścić do siebie myśli o własnym końcu. W wieku sześćdziesięciu dwóch lat wciąż był mężczyzną w pełni sił. Męski, przystojny, bogaty ponad wszelkie oczekiwanie, miał wszystko, czego kiedykolwiek zapragnął, a nawet więcej. Szybkie samochody, eleganckie rezydencje, każdą kobietę, o której zamarzył. Syn pośledniego farmera i zastraszonej wieśniaczki z Podunk w Nebrasce poradził sobie w życiu nadspodziewanie dobrze. A że w drodze na szczyty zdeptał kilka nic nieznaczących ludzkich istnień, to i cóż?

To nie miało dla niego żadnego znaczenia, przynajmniej dopóki w jego piersi nie eksplodowała kula.

Całkowicie zaskoczony Spencer Ashton spojrzał na Wayne’a Cunninghama, szumowinę o przetłuszczonych włosach, który pociągnął za spust, po czym przeniósł wzrok na stojącą za nim kobietę.

Krew z jego krwi.

Odpowiedziała lodowatym spojrzeniem zielonych oczu.

Spencer popatrzył na własną dłoń, którą przyciskał do piersi. Między palcami sączyła się krew. Ciepła, ciemnoczerwona, spływała po jedwabnym krawacie od Armaniego za trzysta dolarów.

Chciał się odezwać, ale z jego ust wydobył się tylko zduszony szept.

– Co mówisz, tatusiu? – Nienawiść jak żółć sączyła się z każdego jej słowa. Szyderczo uśmiechnięta przysunęła się bliżej do skórzanego, biurowego fotela, na którym umierał Spencer. – Cóż to, obcięło ci język?

– Grace – zdołał wykrztusić Spencer w powodzi krwi zalewającej mu płuca.

– Chciałam od ciebie sprawiedliwości, ot co! W końcu byłeś nam chyba coś winien – syknęła, uderzając się pięścią w pierś. – Zostawiłeś Granta i mnie kompletnie bez grosza. – Przesunęła dłońmi po brązowych włosach i mówiła dalej. – Nasza matka umarła, bo złamałeś jej serce. Nawet nie pomyślałeś ani o niej, ani o dzieciach, które porzuciłeś. Przeżyliśmy tylko dzięki dobroczynności kościelnej. Chodziliśmy głodni i nosiliśmy stare łachy, a ty mieszkałeś w rezydencji i jadałeś w pierwszorzędnych restauracjach razem z twoją nową żoną i czwórką bachorów, które ci urodziła.

Spencer patrzył na córkę, a ból jak mgła przesłaniał mu oczy. Przez całe lata płacił tej głupiej suce i jej mężowi za milczenie. Ale teraz, kiedy wszyscy już się dowiedzieli o jego pierwszym małżeństwie z jej matką w Nebrasce i o tym, że nigdy się nie rozwiódł z Sally, nie widział sensu w dalszym uleganiu temu szantażowi.

Kiedy Wayne wyciągnął broń, Spencer ani przez moment nie przypuszczał, że to zasmarkane zero odważy się jej użyć.

Ta pomyłka w ocenie sytuacji miała go kosztować
życie.

Wayne wiercił się nerwowo.

– Grace, dziecinko, powinniśmy wyjść, zanim ktoś tu przyjdzie.

– Biuro jest zamknięte od godziny i wszyscy poszli do domu. – Grace odwróciła się, by spojrzeć na Spencera, i uśmiechnęła się lekko. – Nikt nie przyjdzie. – Dziecinko, wiem, ale…

– Wyjdziemy, kiedy skończę, nie wcześniej – warknęła Grace. Jej uśmiech zniknął. Pochyliła się nad biurkiem, by spojrzeć umierającemu ojcu w oczy o barwie jej własnych. – Ale to ci jeszcze nie wystarczyło, ty zachłanny, nieczuły sukinsynu. Musiałeś mieć więcej, więc ją też okradłeś i porzuciłeś jak niepotrzebny śmieć, by ożenić się z inną.

Lila, pomyślał Spencer. Jego trzecia żona była prawdopodobnie jedyną osobą, która go kiedykolwiek ro zumiała. Równie ambitna jak on sam. Dobra żona i piękna kobieta. Dała mu syna i dwie córki. Tolerowała jego przygody, łącznie z ostatnią, która zaowocowała narodzinami dziecka.

Mały Jack. Syn, któremu Spencer nie będzie towarzyszył w dorastaniu.

– Czas, żebyś za to wszystko zapłacił, ty sukinsynu. – Spencer słyszał głos Grace, jakby dobiegał z bardzo daleka.

Do jego żył powoli przenikało zimno, a pole widzenia przesłaniała ciemność. Jednocześnie przyszło zrozumienie, że Grace miała rację, że musi zapłacić za swoje czyny, i przez pamięć przemknęły mu wszystkie łajdactwa, jakich się dopuścił, twarze i obrazy…

Tak wiele… pomyślał. Zbyt wiele.

I wraz z ostatnim oddechem ogarnęła go zimna trwoga. Spencer Ashton zdążył sobie jeszcze uświadomić, że przez całą wieczność będzie się smażył w piekle.






ROZDZIAŁ PIERWSZY



Powinien był przewidzieć, że to nastąpi.

Trace wiedział oczywiście, że widziano ją w mieście. Słyszał jej imię szeptane za jego plecami przy niejednej okazji w ciągu ostatnich kilku dni, słyszał szemranie i widział przelotne spojrzenia rzucane w swoją stronę. Powrót Becki Marshall do Napa Valley był wodą na młyn plotkarzy, a poczta pantofl owa działała tak niezawodnie, jakby to był kwiecień, a nie grudzień. Trace zdawał sobie sprawę, że piwo, które przyjdzie mu wypić, będzie gorzkie.

Wciąż nie był pewien, co przyciągnęło jego uwagę do nakrytego lnianym obrusem stolika w małej kafejce na głównej ulicy. Może burza ciemnokawowych włosów na białym golfie, który miała wówczas na sobie, a może znajomy kształt wysokich kości policzkowych i prostego nosa albo wdzięczny gest długich palców, kiedy zwracała się do drugiej osoby siedzącej już poza zasięgiem jego wzroku.

Nie, to nie był żaden z tych powodów, pomyślał, patrząc na Beccę. Bo zanim zatrzymał się na chod niku, zanim spojrzał przez ulicę i zauważył ją przez okno kafejki, po prostu wiedział, że ona tam jest. To było tak pewne, jak zapach cynamonu i przypraw dolatujący z piekarni Katie, tak oczywiste jak obietnica deszczu w chłodnym wieczornym powietrzu. Tak właśnie odczuwał jej obecność.

Uświadomił to sobie z uczuciem gniewu, który postarał się szybko stłumić. Wróciła czy nie, to bez znaczenia. To była przeszłość. Stara historia. W końcu oboje byli jeszcze wtedy bardzo młodzi. On zaledwie skończył dwadzieścia jeden, ona dwadzieścia lat. Żartował z niej, że nie może się nawet legalnie napić, a ona z niego, że jest już stary.

Po tym wszystkim, co się zdarzyło w ciągu kilku ostatnich miesięcy – morderstwie ojca, aresztowaniu przyrodniej siostry, która przyznała się do winy, zatargach rodzinnych – Bóg jeden wiedział, że rzeczywiście czuł się chwilami jak starzec.

I do tego wszystkiego jeszcze powrót Becki. Trace stał pod czarną markizą zamkniętego sklepu z antykami wpatrzony w okno kafejki. Odkąd ostatni raz widział Beccę, minęło pięć lat. Łagodne światło kolorowych lampek bożonarodzeniowych rzucało na jej skórę eteryczną poświatę i rozświetlało duże, gęsto ocienione rzęsami oczy barwy złotobrązowego aksamitu, jak pamiętał. Miał tak wiele wspomnień z nią związanych. Pamiętał jej gardłowy śmiech, ciepło smukłego ciała, miodowy smak warg.

Smak teraz gorzki od zdrady.

Lodowaty powiew wpadł mu pod skórzaną kurtkę, ale nie mógł ugasić płomienia w jego wnętrzu. A przecież przyjechał do miasta zjeść obiad z siostrą, a nie błądzić po ścieżkach wspomnień sprzed lat.

Obserwował uniesione w uśmiechu kąciki ust Becki i dołeczki, które pojawiły się na jej policzkach.


Wychodzącą z kafejki w chłodną noc Beccę przywitał dźwięk dzwonków przy saniach i stukot końskich kopyt na asfalcie. Spojrzała na mijającą ją dorożkę i uśmiechnęła się do woźnicy, kiedy w geście pozdrowienia dotknął ronda kapelusza. Siedząca w dorożce, opatulona w płaszcze i kapelusze para pomachała do niej, wykrzykując świąteczne pozdrowienie.

Boże Narodzenie w Napa Valley zawsze było czasem magicznym. Migające lampki w każdym oknie wystawowym, animacja reniferów i Świętego Mikołaja na dachu McIntye Hardware, gigantyczne udekorowane drzewko w centrum Starego Miasta. Becca wciągnęła w płuca ostre nocne powietrze przesycone aromatem sośniny i dymu.

Dobrze być w domu. Wsunęła dłonie do kieszeni płaszcza i powędrowała w dół głównej ulicy. Zauważyła, że w ciągu pięciu lat jej nieobecności nastąpiło kilka zmian. No cóż, zmian nie da się uniknąć. Można z nimi walczyć, można im przeczyć lub od nich uciekać, ale choćby najbardziej się chciało, nie można ich zatrzymać.

Życie to ciągłe zmiany.

Dźwięki muzyki i dzwonków przyciągnęły Beccę przed wystawę małego sklepiku z upominkami. Zatrzymała się, żeby popatrzeć na tańczącego w witrynie bałwanka. Miał na sobie zdobiony, burgundowo-zielony błazeński kapelusz i potrząsał małym dzwoneczkiem do melodii „Jingle Bell Rock". Przed wystawą wpatrzona w bałwanka stała mała, roześmiana, rudowłosa dziewczynka.

Na szczęście przynajmniej kilka rzeczy pozostało po dawnemu, pomyślała Becca, obserwując dziecko. Poczuła podobne podniecenie i radość.

Odwróciła się i wpadła na mężczyznę, który wyciągnął ręce, chroniąc ją przed upadkiem.

– Przepraszam… – Słowa zamarły jej na wargach.

O dobry Boże!

Pomimo panującego półmroku wiedziała, że jego oczy są zielone, a włosy piaskowe. Wiedziała, że nad lewą brwią ma dwuipółcentymetrową bliznę – pamiątkę po wspinaczce na drzewo w wieku lat jedenastu. Doskonale pamiętała zmarszczone brwi, zaciśnięte usta i zmrużone oczy. – Cześć, Becco. Trace.

Spodziewała się, że w Napa może dojść do spotkania, ale nie przypuszczała, że tak po prostu wpad nie na niego na ulicy. Całymi tygodniami wyobrażała sobie ten moment i postanawiała, że zachowa spokój i opanowanie. Przygotowała starannie, co powie i w jaki sposób się uśmiechnie. Wypróbowała nawet odpowiedni ton głosu, zupełnie nieprzypominający słabego szeptu, który zdołała teraz z siebie wydobyć.

– Trace – wykrztusiła z trudem.

Wciąż ją podtrzymywał, a ona walczyła z ogarniającą ją paniką. Pomimo ciepłego płaszcza i warstwy ubrania czuła jego ciepło. Walące serce rozsadzało jej klatkę piersiową, a jego łomot odbijał się echem w głowie. Zabawne, a wyobrażała sobie, że jest doskonale przygotowana do spotkania z byłym kochankiem.

Ależ byłam głupia i naiwna, pomyślała.

W końcu opuścił ręce i cofnął się o krok, a ona zaczerpnęła tak potrzebnego powietrza.

– Przepraszam – wydusiła z siebie. – Nie zauważy
łam cię.

– Słyszałem, że wróciłaś.

W obawie, że zauważy, jak bardzo drżą jej ręce, wcisnęła je głęboko w kieszenie płaszcza.

– Przygotowuję projekt dla Ivy Glen Cellars. – To też słyszałem.

– Och. – Właściwie nie powinna się dziwić. Właściciele winnic w Napa stanowili ściśle zamknięty klan. Była tylko ciekawa, co jeszcze słyszał i jak wiele z tego było prawdą.

– Co u ciebie? – Jak banalnie i śmiesznie zabrzmia

ło to pytanie, pomyślała Becca, ale co innego mogłaby
w tym momencie powiedzieć?

– Dobrze, a u ciebie?

– W porządku.

– Kawał czasu, prawda, Becco?

Pięć lat. Omal nie powiedziała tego na głos, ale skinęła tylko głową. Zauważyła delikatne zmarszczki w kącikach jego oczu, mocny, kwadratowy zarys szczęki, zaciśnięte usta. Zaskoczyło ją, jak bardzo mijające lata dodały jego przystojnej twarzy wyrazu dojrzałości. Kiedyś oczarował ją chłopięcym wdziękiem i kpiącym uśmiechem, ale w mężczyźnie, jakim się stał, nie dostrzegała zapamiętanych dawno temu cech.

Napotkała jego wzrok i przeszedł ją dreszcz. To jedno się nie zmieniło, pomyślała z rozpaczą. Nadal przyprawiał ją o drżenie kolan, galopujące tętno i nieutuloną tęsknotę.

Widziała przejeżdżające samochody i słyszała dzwoneczek w witrynie sklepu z pamiątkami, ale dźwięki i obrazy docierały do niej jakby z bardzo daleka.

W centrum jej odczuwania znajdował się Trace. Wszystkimi zmysłami chłonęła każdy znajomy szczegół: szerokie bary, ciemne łuki brwi, lekko garbaty nos.

Pięć lat temu ze śmiechem rzuciłaby mu się w ramiona i ucałowała go z rozmachem. A on roześmiałby się, oddał jej całusa i szepnął do ucha coś lubieżnego, aż oblałaby się rumieńcem.

Dźwięk otwieranych drzwi sklepu z pamiątkami wytrącił Beccę z transu. Na chodnik wyszła kobieta obładowana kolorowymi paczkami, spojrzała na zegarek i oddaliła się pospiesznie. Becca wzięła głęboki oddech i odważyła się spojrzeć na Trace’a.

– Przykro mi z powodu twojego ojca – powiedziała.

Siedem miesięcy temu cała prasa i stacje telewizyjne doniosły o zamordowaniu Spencera Ashtona. – Chciałam zadzwonić, ale…

Znowu rozproszył ją dźwięk dzwonków. Z sanek, które zatrzymały się po drugiej stronie ulicy, wysiadali pasażerowie.

Trace zdawał się niczego nie zauważać.

– Ale co? – zapytał.

Stchórzyłam.

– Nie chciałam się narzucać.

– Rozumiem.

Sarkazm w jego głosie dotknął ją do żywego. Zapragnęła przebić skorupę jego poprawności i wytłumaczyć mu, że właśnie nic nie rozumie, ale tylko mocniej otuliła się płaszczem.

– Naprawdę nie sądziłam, że ci zależy na moich
kondolencjach – powiedziała spokojnie. – Zwłaszcza
po tym, co zaszło między nami.

Jego usta zacisnęły się.

– Dlaczego mówisz o „nas", Becco? To ty odeszłaś.

Miał rację, oczywiście. Ale ulica pełna przechodniów i samochodów nie była odpowiednim miejscem do tej rozmowy. Poza tym Becca w ogóle nie chciała rozmawiać na ten temat. Ani tu, ani gdzie indziej. – Proszę cię…

Patrzył na nią przez długą chwilę. Przed pięciu laty umiałaby wyczytać coś z jego oczu, wiedziałaby, co myśli i co czuje. Teraz już nie. Uświadomiła sobie, że Trace się zmienił. Był teraz zupełnie innym człowiekiem. Z trudem go rozpoznawała. Ona zresztą też nie była już tą samą kobietą.

– Słyszałem, że twoja matka kupiła pub – odezwał się Trace niespodziewanie.

– Prowadziła go od piętnastu lat. – Wdzięczna za zmianę tematu Becca zdobyła się na uśmiech. – To oczywiste, że Joseph sprzedał go właśnie jej, odchodząc na emeryturę. W przyszłym tygodniu mamy wielkie otwarcie.

Zdawała sobie sprawę, że plecie byle co, żeby tylko odwrócić uwagę od innego tematu. Trace i jego rodzina byli właścicielami jednej z największych i najlepszych winnic w Napa Valley. Cóż mogło go obchodzić nawet największe otwarcie pubu Elaine Marshall? – Mieszkasz u matki?

– Tylko przez dwa lub trzy tygodnie, do ukończenia pracy nad projektem.

– Ivy Glen to pierwszorzędna winnica. Musiałaś zrobić na nich wrażenie.

Oboje dobrze wiedzieli, jak nieprawdopodobnie trudno było dostać się na rynek fotograficzny w Napa Valley. Dla małej firmy, która jeszcze nie wyrobiła sobie renomy, było to osiągnięcie graniczące z cudem.

– Cieszę się, że dali mi szansę. – Kiedy nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w nią przenikliwie zielonymi oczami, poruszyła się niespokojnie. Nie mogła dłużej znieść tej grzecznej, powierzchownej rozmowy. – Muszę już iść.

Skinął i odsunął się.

– Uważaj na siebie, Becco.

– Ty też, Trace.

W jakiś sposób, na zupełnie miękkich nogach, zdołała utrzymać pion i odejść, nie rzucając się do ucieczki.


Z pięściami wbitymi w kieszenie Trace stał przed sklepem i czekał, aż minie mu ucisk w żołądku.

Idiota.

Co on sobie, u diabła, wyobrażał? Że do niej podejdzie, popatrzy w oczy, zamieni kilka słów, a złość i żal przepełniające go od jej odejścia nagle wyparują?

Zamiast wyparować nasiliły się, a węzeł w jego żołądku zacisnął się mocniej.

Czy gdyby spróbowała przepraszać, poczułby się inaczej? Wzruszył ramionami i potrząsnął głową. Chyba nie. To nie miałoby znaczenia. Raczej by go to rozgniewało.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com