Za groszem - Albert Wilczyński - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 232 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Za groszem - Albert Wilczyński

Za groszem jest tomem opowiadań napisanych w lekkim, zabawnym stylu, przedstawiających perypetie i zdarzenia z życia różnych ludzi – mieszczan, włościan, młodych i starszych. Opowiadania są mocno osadzone w realiach XIX-wiecznej Polski. Albert Wilczyński (1829–1900) był prozaikiem humorystą, gawędziarzem. Związany ze Lwowem. Wśród jego publikacji znalazły się m.in. Nowe fotografie społeczne (1884), Humoreski i obrazki z życia (1884), Kłopoty starego komendanta (1885), Galeria dyletantów (1883), Medytacje kawalerskie (1883). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Za groszem - Albert Wilczyński

Fragment ebooka Za groszem - Albert Wilczyński





Spis treści

  1. ZA GROSZEM
  2. ROZDZIAŁ I Instalacja bohatera
  3. ROZDZIAŁ II Rada familijna
  4. ROZDZIAŁ III Franek zaczyna zbierać grosze
  5. ROZDZIAŁ IV Kłopoty pana Wawrzyńca
  6. ROZDZIAŁ V Między młotem a kowadłem
  7. ROZDZIAŁ VI Chleb gotowy, ale bez wdowy
  8. ROZDZIAŁ VII Bóg opiekuje się wdową i sierotami
  9. POCIECHA ARTYSTÓW
  10. ZIĘĆ OBYWATELSKI
  11. ?Kolofon

ZA GROSZEM


ROZDZIAŁ I

Instalacja bohatera

Czy widzicie tego czternastoletniego wyrostka, w płóciennej, obdartej i wyszarzanej kapotce, jak skrada się koło inspektów ogrodowych i zza węgła muru ostrożnie wychyla głowę ku oficynom dworskim? To właśnie jest Franek Podkowa, syn miejscowego ekonoma i przyszły bohater niniejszego opowiadania. Z najeżoną, wypłowiałą czupryną, opalony jak cygan, kościsty, niezgrabny, z błyszczącym spojrzeniem zezowatych nieco oczu, w tej chwili ma wiele podobieństwa do zdziczałego kota, czatującego na gniazdko, w którym mała sikora karmi swoje pisklęta.

Nietrudno się domyśleć, że Franek ma apetyt na inspekty i strach człowieka przejmuje na samą myśl, co się tam stanie z owymi brzoskwiniami, melonami i winogronem, gdy taki drapichrust dostanie się wewnątrz i zacznie gospodarować po swojemu!

Gdyby przeczuwał to wszystko stary Jan ogrodnik, pocący się w tej chwili nad obiadem w oficynie, nie miałby tej uśmiechniętej miny, z jaką podnosi wolno każdą łyżkę barszczu do ust i nie drażniłby się z panią Kluszczyńską, gospodynią, która mu spory kawałek chleba kładzie tuż obok talerza.

Ale nasz Jan uszczęśliwiony jest nad wyraz! Dziś właśnie dojrzał mu wielki pękaty melon z ciemnymi brodawkami, coś oryginalnego w swoim rodzaju, który on z jednego ziarnka przywiezionego przez pana z wystawy paryskiej, wyhodował. Pani ciągle się dopytywała o ten melon, pan tylko kiwał głową i nie wierzył, aby Jan, prosty sobie chłop ogrodnik dokazał tej sztuki – a on swoją drogą wzruszał ramionami i uśmiechał się filuternie, mówiąc:

– Jak Bóg da, jaśnie panie, zobaczymy...

Otóż dziś z rana obmacawszy go po raz ostatni, powąchawszy i delikatnie nakrajawszy w jednym miejscu, postanowił zerwać po obiedzie i zanieść do jasnej pani...

Spodziewano się gości we dworze, więc jakie to będzie dziwowisko, kiedy się zjadą panowie i zaczną oglądać tego pękatego Francuza... A pan zawoła Jana i poklepie go po ramieniu i powie:

– Zuch z ciebie, mój stary, co? Naprzeciwko ciebie za nic ogrodnik Niemiec u księcia, co?

Pan Jan z tymi myślami już barszcz ukończył, rękawem otarł pot z czoła, a gdy się wziął do mięsa, przyszła mu wątpliwość, czy też wszystkie ziarnka z tego melona schowa mu Karol lokaj...

– Sowizdrzał, panie odpuść, pójdę sam z miseczką, gdy będą jedli i durch wyczyszczę ze środka.

Mięso było dość twarde jak na zęby staruszka, więc z okoliczności tej przypomniały mu się dwie wielkie jak głowy dziecka brzoskwinie, wyglądające z pod liści szpalerem rozciągniętego drzewka przy murze inspektowym. Twarde one są jeszcze, ale niech się schowa buzia panny Apolonii, szwaczki we dworze – takie mają przepyszne i puszyste rumieńce. I te są pierwszym owocem brzoskwini, którą on przed trzema laty okulizował... Było ich więcej, ale on poobrywał i tylko dwie zostawił... na co się ma silio biedaczka?... Dziś także obmotał je delikatnie nitkami niby druciarz garnek i końce tych nitek przywiązał do gałęzi...

– Mógłby wiatr oberwać – mówił do siebie – a one i tak prędzej nie będą jak za tydzień... Na liściach winogronowych położę obie gębami do siebie i zaniosę pani...

Szczęśliwy ogrodnik skończył już pracę z mięsem, gdy dziewka przyniosła lemieszczane pierogi ze śmietaną. Stary Jan pasjami lubił te rzeczy, więc zapomniawszy o wszystkim, z prawdziwą młodzieńczą werwą wziął się do nich. Biedny ty mój staruszku, lepiej żebyś dał pokój tym pierogom, bo właśnie w tej samej chwili Franek ekonomczuk, zobaczywszy przez otwarte do ogrodu okno gwałtowne zainteresowanie się twoje jedzeniem, zwrócił się nagle ku otworowi w murze inspektowym, którym zbyteczna woda na zewnątrz wychodziła. Otwór dla bezpieczeństwa od psów i innych szkodników zagrodzony był dębowym kołem, a kół ten wbity jest dosyć głęboko i mocno; ale i chłopakowi sił nie brak. Uchwyciwszy go obiema rękami a nogami oparłszy na murze, dopóty i tak gwałtownie zaczyna nim poruszać, dopóki nie obluzował go w ziemi i nie wyciągnął. Teraz już wejdzie głowa do otworu, a choć dla reszty ciała dość ciasno i chropowato, to on gramoląc się rekami i nogami, niby wąż ślizgający się wśród zeschłej trawy, potrafił się przedostać wewnątrz... Serce bije mu jak młot, oczy się iskrzą... staje nadstawia uszu ku oficynie, z której dolatująco wesoła sprzeczka ogrodnika z Kluszczyńską – i w dwóch susach już jest przy owej brzoskwini... Raz, dwa, mach ręką, a obie siostrzyczki rumiane razem z nitkami już są w jego kieszeni.

Do inspektowych skrzyń tylko trzy kroki stamtąd okna pozdejmowano, a wielki pękaty melon, niby pani Kluszczyńska, leży na samym wierzchu, mając glinianą podkładkę pod sobą. Łodyga gruba i mięsista trzyma go się mocno, Franek zakręci to w jedną to w drugą stronę – jakoś nie chce się oderwać... Przyzywa do pomocy zęby – i tak jeszcze trzyma... a tu z pod starej maty cham, cham, cham... wybiega kudłaty Azorek ogrodnika i obcesem na niego... Frankowi ze strachu mało oczy nie wyskoczą na; wierzch, jednak nie traci przytomności, bo chwyciwszy melon w obie ręce, jak lis ruszony z legowiska, dwoma skokami już jest przy otworze. Azorek ujada energicznie, cała łodyga melona wyrwana z korzeniem wlecze się za nim – on melon wypycha naprzód, a sam, zwężywszy się jak kot, już jest na drugiej stronie muru...

Czy go tam Azorek dopędził przy owej rejteradzie i trochę zębami poturbował, ani on ani ja, czytelniku, nie możemy nic powiedzieć. Strach ma bardzo wielkie oczy, więc chłopak, zerwawszy się jak oparzony na nogi z owym melonem, buch w maliny. Z malin już tylko kilka kroków do rowu, otaczającego ogród, a za rowem ogromny łan kartofli na jego szczęście w tym roku niezmiernie wybujałych. Odetchnął dopiero, ujrzawszy się tutaj, a położywszy się plackiem w bruździe, i pchając przed sobą melon, pełzał i pełzał, wychylając kiedy niekiedy głowę, czy go tam z ogrodu nie gonią.

W życiu swoim Franek nigdy nie jadł melona, więc jak tylko oddalił się od ogrodu i uczuł bezpiecznym, z żarłocznością głodnego wilka rzucił się na swoją ofiarę... Noża nie miał z sobą, więc szarpał i tłukł rękami, świdrował palcem dopóty, dopóki go nie rozdarł... Żółtawy sok polał się na ziemię, łakomy chłopak zaczął go pić z chciwością – niestety zawiódł się... próbował ugryźć sam melon – również mu nie smakował...

– Mają też panowie, nad czym się delektować! – zawołał wściekły z doznanego zawodu.

I odrzuciwszy w bruzdę poszarpany kadłub melona, wziął się do brzoskwini. Jedna była na nic zgnieciona, a w smaku cierpka i kwaśna... jadł pomimo to i krzywił ustami... zaś drugą zachował dla matki...

Tymczasem ogrodnik usłyszawszy szczekanie Azorka w inspektach, zerwał się od pierogów, jakby go coś tknęło, i nie obtarłszy nawet wąsów ze śmietany, z całych sił pobiegł do ogrodu. Biegnąc już, wydobywa kluczyk od kłódki, na którą furtka od inspektów jest zamknięta, ręce mu drżą, nie może trafić do otworu, a tu Azorek ujada, a starowina z prędkości pcha drzwi, nie zdjąwszy wrzeciądza ze skobla... Nareszcie wpada, a zobaczywszy, że nie ma melona, i cały krzak wywleczony ze skrzyni – staje jak wryty...

Gdyby tego rodzaju ludzie ze wsi, jak nasz ogrodnik, mieli nerwy cokolwiek słabsze od postronków, mógłbym powiedzieć, Jan na widok tego spustoszenia w inspektach, co najmniej zemdlał, albo padł trupem...

Ale że nie mają, więc stary nasz, załamawszy tylko ręce, zaklął, ale tak zaklął, że ja tylko przytoczyć mogę zakończenie tej klątwy:

– A bodajże ci ręce uschły, szelmo ekonomczuku!... Tak jest, od razu wymówił imię Franka...

Ze spuszczoną głową, jak winowajca jaki skazany do ciężkich robót, szedł wolnym krokiem do dworu, niosąc w rękach resztkę polarnej łodygi z małym jak pięść i niedojrzałym melonikiem...

Pani siedziała w ganku, rozmawiając z panem, gdy nasz ogrodnik stanął przed nimi...

– Co się to stało? – zapytała pani, zobaczywszy tak desperacką minę staruszka.

– Jaśnie pani... – tyle tylko mógł wymówić, składając na schodach nieszczęsne resztki melona... – Bodaj on się nie urodził, jaśnie panie!

– Kto? – odzywa się sam dziedzic – czy melon?

– Bogać tam melon, ten Franek ekonomczuk... Bodajże cię, bodaj ty wisielcze jakiś...

– A gdzież on jest?

– Wciornoscy go tam wiedzą, gdzie on jest. Że też to łajdactwo jeszcze święta ziemia nosi – mówi wzdychając ciężko i łzy ocierając ogrodnik. – Taki melon, taki melon ż samego Paryża...

– Podobno już dojrzały, mówił Karol, że miałeś go dziś zerwać...

– Miałem, miałem, jaśnie pani... ale go już zerwał kto inny...

– Któż taki?

– Toż rzekłem, że Franek ekonomczuk. Żeby mi bestia, Panie odpuść, była powiedziała: Janie daj oko, dałbym, Janie daj rękę, Bóg widzi dałbym... Ale tak zmarnować i jaśnie pana i moją pracę... A bodajże ci ręka uschła psi synu...

Długiego czasu było potrzeba, nim państwo mogli się dowiedzieć od Jana, co rzeczywiście zaszło, a że sama pani lubiła bardzo ogrodnictwo i dyrygowała robotami, zgniewała się przeto i zmartwiła tym wszystkim...

– Mówiłem ci, Justyniu, nieraz – odzywa się na to dziedzic – że u nas szkoda zachodu na takie rzeczy, bo nic się w ogrodzie nie utrzyma. Jan już jest stary i nie dopatrzy...

– Ale, stary? – powtarza z nachmurzoną miną ogrodnik – stary... dobrze jaśnie paniczowi tak mówić, kiedy jest sam młody... Ja bym jaśnie panu dał klucz od inspektów i kazał pilnować... Niechby jaśnie pan spróbował, czy upilnuje takiego hultaja... poszedłem na obiad, bo juści muszę iść, wedle tego, że sam obiad do mnie nie przyjdzie, a Kluszczyńska też swoje dziewki jakby na jaki rarytas chowa, a któż się spodziewał, żeby ten, jakże on to się zwie, Franek, tak wypenetrował... No niech jaśnie pan pójdzie zobaczyć, jaką on to wlazł dziurą... noga ludzka nie przejdzie, a ten smyk przelazł Tyle razy gadałem, jaśnie panie, dać żelazną kratę, a jaśnie pan powiada: zabić kołkiem. Ma teraz, jaśnie pan kołek, tak ma! Wyciągnęła bestia... Niech jaśnie pan zobaczy...

Jaśnie pan nie chciał zobaczyć, ale poszła sama pani i sprawdziła wszystko i wróciła okropnie zirytowana.

– Mój drogi Stasiu – rzecze do męża – każ zawołać ekonoma i powiedz ty jemu słowa prawdy...

– Eh, albo to kto widział, że to jego syn?...

– A któżby jak nie on... Ten hultaj całej wsi nie daje spokoju... Po drzewach łazi za ptakami, kotom przewiązuje pęcherze, od dzieci naszych wszystkie zabawki wymania... Przed tygodniem wytropił siedzącą, na jajach pawicę i jaja zabrał, a wszędzie go pełno i wszędzie musi coś zbroić.

– Jak chcesz, to kaź go zawołać.

Lokaj poszedł do ekonoma mieszkającego w drugiej oficynie, a że pani kazała żeby i Franka z sobą przyprowadził, więc za parę minut zjawiają się oba przed obliczem pańskim. Ekonoma widocznie zbudzono ze snu, bo jeszcze przez drogę poprawia włosy i surdut zapina, Franek zaś postępuje za nim o dwa kroki i czyści zawzięcie klapy swej katanki z żółtych plam pozostałych od soku melona.

– Franek – rzecze pani, zszedłszy z ganku na dziedziniec – spojrzyj no mi w oczy!

Mimo to, że pani Stanisławowa jest śliczną kobieciną i że każdy z czytelników na moją wiarę, z przyjemnością zajrzałby w te szafirowe jak niebo włoskie i migotliwe jak błyskawica oczy pani dziedziczki, to jednak Franek nie umie poznać się na tym, skoro pochyliwszy głowę ku ziemi, obserwuje końce podartych swoich butów.

– Przyznaj się, ty zerwałeś melon w inspektach? Chłopak milczy, coraz bardziej wykrzywiając i tak już brzydką twarz swoją niby do płaczu.

– Tfu! – splunął stary ogrodnik – prosił ja bym go, prosił... A niech no jaśnie pani zobaczy, jak zawalany w biocie, kiedy lazł przez kanał... Oj, żebyś ty był moim synem, dał ja bym ci dał... Skórę bym darł z ciebie...

Ekonom, który jakoś przyszedł już ze snu do przytomności, oglądał się zdziwiony to na panią, to na ogrodnika, to na syna. Jest to dawny i uczciwy sługa państwa, więc oburza go to wszystko, co pani o Franku wypowiada. A gdy kochany synek nie śmie zaprzeczyć, z miny zaś jego miarkuje, że winien – jak go chwyci za surducik, jak nie zacznie okładać na wszystkie strony, to aż pani ucieka do ganku. Ekonom nie żartuje, Franek krzyczy tak przeraźliwie, że sam pan wdać się musiał w tę sprawę, rozdzielając ojca od syna.

– Panie Podkowa, któż tak robi!...

– A bodaj go już raz zabił, a bodaj go święta ziemia pokryła! Co on mi też zmartwienia zawsze narobi... A będziesz ty chodził do ogrodu, a będziesz! – syczy już prawie, wyrywając się do Franka.

– To, to, to... – dogaduje ogrodnik, tak samo wywijając ręką i przytupując nogami, jakby go także bił razem z ekonomem.

– Uciekaj Franek! – zawoła przestraszona pani, widząc, że ekonom znowu się zabiera do bicia.

Chłopakowi nie trzeba było dwa razy tego powtarzać, bo wsadziwszy głowę między ramiona, puszcza się jak sarna przez dziedziniec i przesadza płot za płotem dopóty, dopóki zmęczony stary, grożąc mu i krzycząc ochrypłym głosem, nie przestał gonitwy.

Przyznaję w pokorze ducha, że nie szczególny wybrałem moment z życia mojego bohatera do przedstawienia go czytelnikom; ale cóż zrobię, kiedy rzeczywiście tak było. Czasami z tego rodzaju wisusów bywają ludzie, czasami idą marnie, a co z naszego się zrobiło, w dalszym ciągu opowiem.

Po operacji tej z Frankiem, w mieszkaniu ekonoma nastąpił prawdziwy sąd Boży. Matka jego, osoba z lepszego stanu, miała bowiem rodzonego brata proboszcza w Węchadle, okropnie się spłakała na tę wiadomość, że syn jej ukochany został tak poturbowany przez ojca. Już w późnym wieku wyszła ona za mąż za pana Podkowę, który pochodził z rodziny kowali, a zatem był grubianinem; całą więc osłodę jej życia stanowił Franus jedynak, oczko w głowie u mamy, którego sama uczyła i nad którym rozpływała się, odnajdując w nim wszystkie przymioty, jakie podług jej zdania chłopiec w tym wieku mieć może.

Teraz nawet, choć nie przyznała się przed mężem, zupełnie usprawiedliwiała Franka, będąc przekonania, że on dla zrobienia jej przyjemności zerwał brzoskwinię, którą też istotnie oddał jej po kryjomu.

Ekonom zirytowany do żywego, poszedł do swojej roboty w polu, a biedna kobieta nieustannie wyglądała oknem, czy jej faworyt nie wraca. Minęło całe południe przyszedł wieczór i ojciec już wrócił na kolację, a jego nic ma. Milcząc zasiedli do wieczerzy.

– Cóż u licha wzdychasz i wzdychasz, jakby się co wielkiego stało? – odzywa się ekonom. – Gdzież Franek? Nie bój się, nic mu tam nie zrobiłem... dostał parę razy...

– Może gdzie umarł...

– Jak to? Nie ma go?

– Niema. Ani się pokazał. Mówił Jacuś ze dworu, że widzieli go, jak szedł do rzeki... Może się utopił – dodaje, ocierając łzy z oczu. – To tak, jedno się ma dziecko, i to się jeszcze prowadzi do zguby...

Ekonom zasępił się trochę na tę wiadomość, a choć był głodny i zmęczony, jakoś stracił apetyt, łyżkę położył i wstał...

– Nie bój się, wróci on, wróci; źle złego nie weźmie... A poco kanalia lezie tam, gdzie nie potrzeba? Wolałbym, żeby bestia przyszedł do mnie i powiedział: daj tata złotówkę a ja sobie kupię, niż narażać mię na taką przykrość. Myślisz, że to jest rzecz przyjemna stawać tam jak winowajca?

– Było też za co; urwał tam jakąś brzoskwinię, zwyczajnie jak dzieciak. Ale oni zaraz z byle czego robią takie historię, jakby się świat walił... A to ten Jan wszystkiemu winien. Stary niedołęga i przychlebca...

– Uczciwy starowina...

– U ciebie wszyscy uczciwi, a to filut dworak, co mu już z oczu patrzy... Niech no ja go spotkam kiedy, to mu tak nawymyślam, że mnie popamięta... Skarżyć o lada głupstwo na dzieciaka!

– Moja droga, ależ ma rok piętnasty...

– Wielka rzecz, kiedy delikatnego zdrowia. Widzisz przecie, jak on mało co je, bo zaraz mu szkodzi. Mój Boże, co się tam dziać z nim musi... Wierz mi, jakie on ma dobre serce, to trudno szukać lepszego dziecka...

– A jednak – rzecze po chwili ekonom – trzeba by coś z nim zrobić. Tak dalej wałęsać się nie może. Czybyś ty Marysiu nie pojechała do księdza dziekana jakoś się naradzić i do brata mego Wawrzyńca? Ja przyrzekłem panu, że go wyprawię ze wsi, a on toż sama powiedział, że szkoda chłopaka, bo jest sprytny, a tak się bez nauki zmarnuje...

Choć to się nie podobało bardzo pani ekonomowej, jednak zgodziła się na podróż do księdza brata, którego życzeniem było od dawna, aby Franus, ukończywszy szkoły, oddał się stanowi duchownemu. Ekonom znowu miał rodzonego brata obywatelem zamożnym w miasteczku, który posiadał dom własny i kwartę gruntu, a był bezdzietnym. Kilka razy juz przedtem, kiedy się zgadało o Franku, to stryj Wawrzyniec zawsze się obiecywał dopomóc do jego edukacji, teraz więc był czas, aby to uczynił.

We dworze juz pogaszono światła, panu ekonomowi ziewa się coraz częściej, a Franek nie powraca. Zaniepokojony, wziąwszy latarkę, puścił się do młyna, gdzie przed wieczorem miano spotkać wałęsającego się chłopaka. Chodził, zaglądał w krzaki po nad rzeką stojące, nawoływał – nigdzie go niema. Matka ze swej strony obeszła całe zabudowania dworskie, prosiła: „Franusiu, moje dziecko, nie bój się, pójdź, odezwij się, ojciec się już nie gniewa” – lecz tak samo nikt nie odpowiada. Zdesperowana wraca do domu i proszę sobie wystawie jej przestrach, gdy wchodząc do stancji, spotyka na progu rozczochranego jak diabeł i całego oblepionego sianem chłopaka, który dopiero, co zlazł ze strychu, gdzie najwygodniej w świecie spał sobie zakopany w sianie. Powrócił i ojciec prawie w rozpaczy, więc nic dziwnego, że odnalazłszy zgubę, zapomniał już o gniewie i dał się przeprosić. Matka zastawiła mu zaraz kolację, która się grzała ciągle na kominie, a gdy chłopak jadł z wilczym apetytem, ekonom prawił mu ciągle morały, przywodząc znaną między ludem powiastkę o Franku, który od łyczka do rzemyczka, powoli znalazł się na szubienicy.

W kilka dni potem, na wysokim wozie, gdzie umieszczono łóżko i kufer z manatkami Franusia, jechał on z matką do miasteczka, albowiem na radzie familijnej z księdzem dziekanem uchwalono, aby oddać go do szkół do Pińczowa. Ksiądz dziekan wziął na siebie zapłacenie wpisu, kupno książek i dostarczenie szkolnego ubrania, a co się tyczy stancji, miano się porozumieć z panem Wawrzyńcem, bratem ekonoma, do którego właśnie jechała pani ekonomowa.

Powiedzmy prawdę, że cała wieś odetchnęła swobodniej, zobaczywszy Franka na furze; zanadto, bowiem dawał on się wszystkim we znaki, żeby się z jego odjazdu nie cieszono. Stary Jan ogrodnik, zobaczywszy to oknem, tylko się żegnał przysięgając, że zaraz w niedzielę da na niszę świętą z przyczyny tego wyjazdu, i powtarzał każdemu:

– Niech go tam uczą i co chcą z nim robią, a ja powiadam, że jak amen w pacierzu, skończy źle chłopczysko!