Z ostatniej chwili - Małgorzata Sobieszczańska - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z ostatniej chwili - Małgorzata Sobieszczańska

Tego dnia telewizyjne dzienniki zaczynają się od wiadomości Z ostatniej chwili

Natalia jest dziennikarką, wydawcą wiadomości w dużej prywatnej stacji telewizyjnej. Pewnego dnia, tuż przed głównym dziennikiem, przychodzi wiadomość o strzelaninie, jaka miała miejsce przed sądem. Zginęło w niej dwoje ludzi – były poseł oraz przypadkowy przechodzień. Kiedy na ekranie widać martwe ciała, wiatr porusza przykrywającą je folią i odkrywa twarz zabitego przechodnia. Okazuje się, że to mąż Natalii. W tym momencie jej życie wywraca się do góry nogami, z twórcy informacji zamienia się w jej temat. Niezależnie od śledztwa prowadzonego przez wypalonego prokuratora, Natalia odkrywa tajemnice swego męża. Po pięciu spędzonych wspólnie latach nie wie, kim naprawdę był. Jak zaplątał się w strzelaninę pod sądem? Jaki splot okoliczności doprowadził do jego gwałtownej śmierci?

Małgorzata Sobieszczańska – scenarzystka i dziennikarka. Pracowała m.in. w radiu TOK FM, Canal+, miesięczniku „Cinema”. Jest współautorką scenariusza filmu fabularnego „Anioł i pies”, który powstał na Ukrainie (scenariusz znalazł się w finale konkursu Hartley-Merril). Autorka scenariuszy seriali telewizyjnych, między innymi „Egzamin z życia” i „Tancerze”, a także słuchowisk radiowych „Ostatni akt” oraz „Motel w pół drogi”. Headwriter serialu „Życie nad rozlewiskiem”. Wymyśliła i napisała książki dla dzieci: „Książka do nieczytania”, „Książka do nieczytania 2” oraz „Książka do nieczytania 3” (wydane z audiobookami „Pippi Pończoszanka”) oraz „Książka do nieczytania 4” (wydana z audiobookiem „Dzieci z Bullerbyn”).

Opinie o ebooku Z ostatniej chwili - Małgorzata Sobieszczańska

Fragment ebooka Z ostatniej chwili - Małgorzata Sobieszczańska








Strona redakcyjna


1

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 18:34

Jeżeli nic się nie wydarzy, sama zastrzeli premiera. Albo któregoś ministra.

17:58 – Jutrzejsze spotkanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego zostaje przesunięte z godz. 13:00 na godz. 14:00.

18:06 – Pasjonaci gry na instrumentach pasterskich spotkali się w Ciechanowcu. Tomasz Gryzdał zdobył pierwszą nagrodę w kategorii dorosłych grających na ligawkach.

18:13 – Trzęsienie ziemi w Boliwii miało 8,5 stopnia w skali Richtera. Co najmniej kilka osób nie żyje.

Wściekła odkłada depesze. Co za dzień, kompletna plaża. Zagląda jeszcze na strony internetowe konkurencji, to samo, bryndza. Jak ona ma z tego złożyć wiadomości? Co, do cholery, dać na jedynkę? Rano na kolegium podzielili tematy, ale żaden z nich nie przytrzyma widzów przed telewizorami. Zaczną chyba od trzęsienia ziemi. Daleko, ale... Nie ma nic lepszego niż świeży trup na początek wiadomości.

– Jacek, zmontuj czołówkę. Boliwia na jedynkę. Proces gangu młodocianych na dwójkę.

– A co trzecie?

– Nie wiem, kurwa!

– Pożar w Peru?

– Czy my robimy wiadomości dla Ameryki Południowej? Dobra, daj ten pożar. Połącz go z Boliwią. Proces przesuń na jedynkę. Na dwójkę daj planowane reformy w samorządach, Joanna przysłała materiał z ratusza, Anka powinna już to mieć.

Młody jest, ale kumaty. Sama go przyjmowała. Taki grzeczny, pewnie był najlepszym uczniem. I nigdy nie sprawiał kłopotów rodzicom.

Zostawia Jacka w montażowni i przechodzi do newsroomu, umie poruszać się w tym kłębowisku ciał, wszyscy mają na twarzy to samo napięcie. Jak w ulu, myśli, jesteśmy takimi pszczółkami dymanymi przez złą królową, której na imię oglądalność. Brzęczy jej komórka. Kto, do jasnej?! Marcin.

– Nie mam teraz czasu.

Jest Agnieszka!

– Wiem. Natalka, spóźnię się. Nie mogę dojechać.

– Gdzie jesteś?

Przeciska się między stanowiskiem komputerowym a biurkiem. Agnieszka zapamiętale wali w klawisze, jakby od tego zależało, czy za chwilę nie rozstrzelają jej rodziny. Nachyla się do niej, inaczej by jej nie usłyszała.

– W centrum. Straszny korek. – To słowa Marcina w słuchawce. Nie słucha go.

– Napiszesz heady.

– Co?

– Heady.

– Poczekasz na mnie czy weźmiesz taksówkę?

– Kiedy, do cholery?! – Agnieszka odrywa się wreszcie od komputera. Co mówił Marcin? A, już wie.

– Wezmę taksówkę. Na razie. – Koniec rozmowy. Jednej. – Jacek ma materiał.

Odwraca się, zna to spojrzenie. Nienawidzą jej tutaj.

– Kurwa! Skopali mi materiał!

To Artur. Stoi przy przeglądarce.

Nagle przychodzi myśl o ojcu, Natalia wyobraża go sobie tutaj, jego pełną zgorszenia i dezaprobaty minę, o tak, w dezaprobacie był dobry. Nie. Teraz nie. Nie ma czasu na takie myśli.

– Pokaż.

Na ekranie przeglądarki widać niewyraźny obraz z sali sądowej. Artur pokazuje go z dumą. Czy jego pokręciło?

– Cały taki jest?

– Na szczęście nie. Ale sama widzisz.

– Gdzie ten cholerny Krzysiek?

Zirytowana rozgląda się po newsroomie.

– W kiblu albo na fajce.

To Anna, jej niezawodna asystentka. Nigdy się nie unosi, nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Gdzie takie produkują? Ona też tak chce. Nie teraz. Teraz musi znaleźć Krzyśka. Należy mu się opierdol. Odwraca się na pięcie, wpada na jakąś babę, kto to do cholery jest?! Mamrocze coś przepraszająco. Sprzątaczka. Patrzy na nią jak kopnięty pies. Z drogi. Wychodzi z newsroomu, za nią Artur.

– Natalia! Spójrz na czołówkę!

Jacek wychyla się z montażowni. Krzysiek musi za- czekać.

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 18:46

Sala sądowa. Na ławie oskarżonych grupa młodych, krótko ostrzyżonych mężczyzn.

CIĘCIE

Budynek szpitala miejskiego. Podjeżdża karetka.

CIĘCIE

Ruiny domów. Krajobraz po trzęsieniu ziemi. Płaczące kobiety.

CIĘCIE

Płonący dom handlowy w Peru. Strażacy wynoszą na rękach dzieci. Za taśmami przerażony tłum. Na ziemi zniszczona lalka.

Końcówka materiału. Odjazd kamery od lalki do szerszej perspektywy.

Natalia, wpatrzona w ekran, niecierpliwie odgarnia włosy z czoła.

– Zrób zatrzymanie na lalce.

Jacek wykonuje polecenie i cofa materiał.

– Reszta może być. Powiedz Agnieszce, trzeci head to sądny dzień w Ameryce Południowej. Albo nie. Trzęsienie ziemi i dantejskie sceny w centrum handlowym! Niech nie podaje, że to Ameryka Południowa.

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 18:52

Wchodzi do ciemnego, zadymionego pomieszczenia. Taka oaza nieporządku w idealnie industrialnym budynku, niepomalowane, brudne ściany, nikomu niepotrzebne worki cementu w stertach pod ścianą. W oczy szczypie gryzący dym. Mruga, widzi kilka osób stojących wokół popielniczki. Próbuje wyłowić Krzyśka.

– Ale Jóźwika przyjęli, co? Niby nie ma kasy, nie ma etatów, a proszę.

Jest.

– Krzysiek!

– Czego?

– Co z tym gangiem? Pogięło cię? Pierwszy raz kamerę dostałeś do ręki?

– Moja wina, że mamy chujowy sprzęt? Sama sobie rób zdjęcia na tym gównie.

– Ty odpowiadasz za ten materiał.

– Masz ich na wcześniejszym ujęciu. Jak wchodzą na salę. I potem, jak siedzą.

Nie ma czasu. Nie ma czasu. Po co ten Artur tu za nią przylazł?

– Słyszałeś? Dodaj jeszcze parę ujęć z wizji lokalnej. I pospiesz się, do cholery!

Artur wychodzi. Zapach dymu. Nie wytrzyma tego.

– Daj papierosa.

Krzysztof podsuwa jej paczkę. Zapala, zaciągając się głęboko, tego właśnie potrzebowała. Nareszcie.

– Cholera, miałam rzucić.

– A to znacie? Rybak wyciąga złotą rybkę, a rybka mówi ludzkim głosem: wypuść mnie, rybaku...

Do przedsionka zagląda Anna.

– Natalia, strzelanina na mieście.

Wiadomość zelektryzowała wszystkich.

– Gdzie?

– Pod sądem. Dwa trupy.

– Sprawdź Joannę, była w ratuszu...

– Już tam jest.

Zaciąga się ostatni raz i gasi papierosa.

– Bóg nad nami czuwa.

– Trochę świeżej krwi zrobi nam to wydanie.

Krzysztof śmieje się z własnego dowcipu. Prymityw. Ale świetny operator, mimo dzisiejszej wpadki.

Musi zadzwonić do Tomasza. Musi pogadać z Aśką. Za nią idzie Anna. Szybko. Szybko.

Sięga po komórkę.

– Podobno jeden z zabitych to Kłosowski, ten były poseł.

Natalia zatrzymuje się.

– Żartujesz!

Ma połączenie.

– Tomasz, była strzelanina w centrum. Wchodzimy z tym na jedynkę. Zamów łącze.

Jest już przy wozie transmisyjnym. Na drzwiach wisi karta: JEŚLI NIE MUSISZ, NIE WCHODŹ!!! Sama ją tam powiesiła. Wchodzi.

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 19:09

Joanna przed gmachem sądu rozmawia z jakimś facetem. Glina czy prokurator? Stawia na tego drugiego. Ile może mieć lat? Czterdzieści? Coś koło tego. Wygląda przyzwoicie, kamera go lubi. Brunet, lekko łysiejący, ale bez przesady, kariery amanta by nie zrobił, na jednorazową setkę z miejsca strzelaniny wystarczy. Przypomina sobie nagle stażystę, który na hasło „zrób setkę” przyniósł wódkę. Uśmiecha się. Artur mu wtedy uprzejmie wyjaśnił, że setka to sto procent gadania na ekranie. O czym ona znowu myśli?

Przygląda się Joannie i facetowi. Pewnie nie zdążyli ściągnąć rzecznika. Będą pierwsi, na monitorze nie widać wozów innych stacji telewizyjnych. Tylko oni. Czuje przypływ adrenaliny, rozpiera ją euforia. Joanna jest doświadczona, powinna sobie poradzić. W razie czego będzie jej mówić, o co ma pytać. Pozostałe materiały są gotowe. Teksty napisane. Wszystko pod kontrolą. Niech ktoś zawoła makeup...

– Piotr! Masz świecące czoło!

Anna jest niesamowita, czyta jej w myślach, dobrze, że wzięła tę dziewczynę. Podczas pierwszej rozmowy kwalifikacyjnej spuściła ją po brzytwie. Czarne włosy, pomalowane na czarno paznokcie, do tego ten makijaż. Gotka, tak się przedstawiła. Super, odpowiedziała. I to był koniec ich rozmowy. Następnego dnia pojawiła się ponownie. Blondynka, w pastelowym kostiumie. Skończyłam produkcję w Łodzi i politologię w Pułtusku...

– Piotr, tekst masz na prompterze!

Musi się skupić. O czym ona w ogóle myśli? Strzelanina. Sąd. Joanna. Prokurator. A może jednak zwykły glina? Co ta Anna mu napisała? Sama teraz włącza interkom.

– Możesz przeczytać?

Piotr, taki idealnie wiarygodny i sympatyczny. Ko- lejny, który jest idolem wszystkich matek niezamężnych córek. Zdziwiłyby się, gdyby zobaczyły, ile potrafi wypić.

– Można trochę powiększyć litery? Za dużo. Okej. Dzięki.

Jest krótkowidzem? Nie wiedziała.

Za kilka lat, jeśli będzie miał szczęście, przejdzie do redakcji, nikt nie będzie wtedy chciał oglądać jego zapijaczonej gęby. Jeśli nie będzie miał szczęścia, skończy jako sfrustrowany były dziennikarz. Ilu takich włóczy się po knajpach w całym mieście. Prowadzą- cy. Tylko prowadzący. Lalka. Takiego zawsze można wymienić.

– Zaczynamy od informacji z ostatniej chwili. Wieczorem w Warszawie doszło do strzelaniny. Zginęły dwie osoby. Na miejscu jest nasza reporterka, Joanna Albinowska.

Mistrzostwo świata to to nie jest. Musi dopilnować, żeby Annę nauczył ktoś, jak się pisze wiadomości, może Agnieszka. Ile czasu im zostało?

– Trzy minuty!

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 19:14

Dziesięć sekund, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jedna. Nasze!

To jej moment. Wchodzą na antenę. Intro. Przejście na studio. Piotr z lekkim uśmiechem, ale stosowną do okoliczności powagą wita widzów. Jeszcze można na nim polegać. Dobra, teraz podprowadza Joannę.

– Janusz, kurwa, go!

Przełączył, dwie sekundy obsuwu.

Potem mu powie. To chyba nie jest, kurwa, takie trudne, nacisnąć głupi guzik!

– Tu, gdzie w tej chwili jestem, niecałą godzinę temu padły strzały. To skrzyżowanie alei Solidarności z Jana Pawła, samo centrum miasta. W tłumie wracających z pracy warszawiaków bandyci załatwiali swoje porachunki. Dwaj mężczyźni nie żyją. Prawdopodobnie była to egzekucja byłego posła, Janusza K., podejrzanego o korupcję i powiązania z mafią. Jest ze mną prokurator, Michał Bednarz.

Prokurator, jednak prokurator.

– W publicznej ani słowa. – To Anna.

– Wiktor ci tego nie daruje. – Janusz patrzy na nią z podziwem, jakby to ona strzelała pod sądem.

Uśmiecha się z satysfakcją. Uwielbia ten pośpiech, codzienne wyścigi o newsa. I uwielbia zawody z Wikto- rem. Czasami zastanawia się, gdzie byłaby dziś, gdyby nie musiała z nim rywalizować.

Co on, kurwa, robi?!

– Co on kręci?!

Kamera odjechała od Joanny i prokuratora, zatrzymała się na przykrytych czarną folią ciałach ofiar.

Natalia nie słyszy już, co mówi Bednarz. Że co? Tożsamość nie została jeszcze potwierdzona?

– Druga ofiara strzelaniny...

Na zbliżeniu wiatr porusza folią, widać fragment martwej twarzy mężczyzny.

Nie.

Nie.

To nie może być prawda.

Cisza.

Dlaczego ona nic nie słyszy?

I czemu oni, kurwa, tak się na nią gapią?

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 19:19

Coś się stało z jej oczami. Podłoga ucieka. Co to za plama? Nigdy jej do tej pory nie zauważyła. Musi powiedzieć o niej tej sprzątaczce z oczami psa. Gdzieś tu powinna być jej torba, zostawiła ją na krześle, pamięta przecież.

– I patrzę, a za prezenterem zjeżdża logotyp, rozumiesz, na żyłkach był zawieszony. I zanim dobiegłem, logotyp zrobił PANG!

Kto to mówi? Już widzi, Michał, nowy grafik. Bu- fon, od razu go przejrzała. Ale Tomasz się uparł. Otaczające go dziewczyny śmieją się, zaglądając mu przymilnie w oczy. No, kotku, którą dziś przelecisz? Co ją to, kurwa, obchodzi?! Gdzie ta cholerna torba?

– Stało się coś?

Michał stanął przy niej z poważną miną.

– Nic. Nie wiesz, gdzie jest moja torba?

Podaje jej torebkę. Stała obok. Dlaczego te ręce tak się trzęsą? Marcin. Marcin. Ostatnie połączenie. Przedostatnie. Ostatnie było z Tomaszem. Marcin. Od- bierz. Błagam. Marcin...

– Cześć. Tu Marcin. Nie mogę w tej chwili rozmawiać. Ale zostaw wiadomość. Oddzwonię na pewno.

Plamy. Widzi plamy. Jedna z nich zbliża się do niej. Dlaczego tak ciężko jest jej nabrać powietrza?

– Natalia, wezwać lekarza?


2

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 20:47

Zdjął znienawidzone gumowe rękawice i z ulgą włożył dłonie pod kran, zimna woda zmywała z nich cały upiorny dzień. Przyglądał się wzorom, jakie tworzyła odpadająca emalia w zlewie, trochę przypominała twarz, ale pod innym kątem pysk psa. Wolał nie patrzeć na swoje dłonie, wielkie, jak on. Wysoki, potężny. Zawsze się tego wstydził, gdziekolwiek wchodził, natychmiast wypełniał sobą całe wnętrze. Nienawidził siebie do momentu, kiedy spotkał Kalinę. Jeszcze chwila, dziesięć minut i wyjdzie stąd. Na całą noc. Od sześciu miesięcy to jego ulubiona pora. Ciekawe, co tym razem Kalina zrobiła na kolację. Są razem prawie pół roku. I jeśli istnieje coś takiego, jak szczęście, on jest z nią szczęśliwy.

Nie jest dobrze. Za długo tu pracuje, żeby nie wiedział, co oznacza ten huk. Hałas narastał, aż do potężnego uderzenia w metalowe drzwi. Z korytarza wjechały wózki z ciałami. Mężczyzna przy zlewie odwrócił się, z trudem ukrywając niechęć.

– Jeszcze jeden?

– Dwóch. Strzelanina na mieście.

– Jasna cholera, chyba do jutra stąd nie wyjdę.

Musi wysłać Kalinie SMS-a. Nie będzie zachwycona. On też. Co za dureń musiał strzelać o tej porze? Nie mógł poczekać? Pół godziny chociaż.

Mężczyzna westchnął ciężko, w milczeniu przyglądał się, jak sanitariusze układają ciała na wolnych miejscach, obok pozostałych. Tak mocno zatęsknił nagle do Kaliny. Jest taka malutka, że może ją schować pod ramieniem.


3

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 23:47

Nie płakała od trzydziestu trzech lat. Kiedy skończyła dwa lata, uznała, że ta forma komunikacji ze światem i własnymi emocjami jest zwyczajnie głupia. Rodzice byli zachwyceni. Nie przyszło im do głowy, że może to nie jest normalne.

Leżała sama na wielkim łóżku, po przyjściu do domu zrzuciła kurtkę, buty i w ubraniu padła. Nie czuła swojego ciała, jakby to była obca materia, w którą przypadkiem ją wepchnięto. Ona, Natalia, była zupełnie gdzie indziej. W jakiejś cholernej czarnej dziurze. W której od dziś nie ma Marcina.

Nie potrafi w to uwierzyć. Jak to możliwe, że jeszcze wieczorem rozmawiała z nim przez telefon, nieuważna, zajęta idiotycznym headem, a kilka godzin później pojechała identyfikować jego ciało?

Nie będzie płakać. Gdyby tylko mogła oddychać. Sięgnęła po butelkę, postawiła ją przy łóżku. Jeden łyk, drugi, trzeci. Wystarczy. Czuła, jak po jej ciele rozchodzi się znajome ciepło. Pali i gryzie. Nabrała powietrza. Nareszcie.

Pająk. Widzi pająka. Marcin uważał, że są w porządku. Okej, nie zabije drania, niech sobie łazi i chwyta te swoje muchy.

Zamknęła oczy i znów znalazła się w prosektorium.

PONIEDZIAŁEK, 20.01, dwie godziny wcześniej

Wzdrygnęła się, wchodząc. Wyjątkowo obskurne miejsce. Wszystko było tu z poprzedniej epoki, szarozielone ściany, odpadająca lamperia, brudna i zniszczona. Wzdłuż ścian stały piętrowe metalowe łóżka, prawie wszystkie zajęte przez martwe ciała. Do tego jaskrawe jarzeniówki. Po minucie przebywania w tych ścianach miała ochotę podciąć sobie żyły. Wielki facet w kitlu, wygląda jak gospodarz tego miejsca, patrzył na nią jednocześnie ze współczuciem i chyba ze złością. Prokurator, jak mu tam? Bednarz. Krzysztof? Tomasz? Nie, tak samo jak ten imbecyl grafik. Michał. Podszedł do jednego z łóżek, odchylił folię. Duszno. Za nią stało dwóch mężczyzn. Przedstawił ich. Jeden to glina. Drugi to policyjny psycholog. Na co jej psycholog? Dlaczego podłoga znów się rusza? Powinna zacząć jeść porządne obiady. Co ona dzisiaj zjadła?

– To pani mąż?

Zupę pomidorową. Z torebki. Zrobiła sobie w redakcyjnej kuchni. Właśnie ją zwymiotowała na buty psychologa.

PONIEDZIAŁEK, 20.01, godz. 23:56

Zimny chów. Kto tak powiedział? Matka Marcina. Zaraz po pierwszym spotkaniu. Roentgen w oczach, można powiedzieć. Żałosne. Chyba dziś nie zaśnie.

Miała jeszcze paczkę fajek. Kupiła dwie po wyjściu z prosektorium. Przecież jej się to nie śniło. Napoczęta paczka powinna być też w rzeczach Marcina, które dał jej ten prokurator. Niewiele tego, portfel, klucze od domu i samochodu, telefon na razie zatrzymali. Powinna pojechać po auto. Nie chce jej się.

Zakręciło jej się w głowie. Od alkoholu czy z głodu? Wszystko jedno. Jest paczka. Trzęsącymi się dłońmi wyjęła papierosa. Zapaliła. Gwałtownie nabrała dymu w płuca. Lepiej. Trochę mniej boli.


4

LIPIEC. PÓŁ ROKU WCZEŚNIEJ

W życiu tak już jest, raz lepiej, raz gorzej, pomyślał z filozoficzną zadumą całych swoich dziesięciu lat, kopiąc kamień po piaszczystej drodze. Słońce stało wysoko, musiało zbliżać się południe. Było mu to obojętne, i tak nie zamierzał wracać do domu przed zmrokiem. Jeśli w ogóle tam jeszcze kiedyś wróci. A co tam. Niech się trochę pomartwią. Las to całkiem fajne miejsce, zjadł trochę jagód, znalazł nawet kilka kurek, ale zostawił je, niech rosną, powie mamie, gdzie są, to przyjdzie po nie jutro. Jakie jutro?! On już tam nie wróci. Postanowił i już. Idzie w świat. Kopnięty przez niego kamień poleciał na pobocze, nie znajdzie go wśród wysokiej trawy i krzaków. Ciekawe, ile czasu błąka się po okolicy. Dalej niż do szkoły nigdy sam nie chodził, pewnie jest już blisko Klimontowa. Niedługo żniwa się zaczną, tata obiecał, że tym razem da mu na traktorze pojeździć. To by dopiero było! Pokazałby tej całej Tośce. Powiedziała mu wczoraj, że tu u nich, na wsi, nuda taka. Nie to, co w Warszawie. No to zdobył terpentynę. I co? Stchórzyła, uciekła i go zostawiła. A mama już zza obory wychodziła, to co miał robić? Puścił Norkę i w długą. Bo mówili we wsi, że jak psu tyłek terpentyną posmarować, to lata potem jak głupi. A jakby mama go złapała i terpentynę znalazła, to on wtedy jak ten głupi by latał. To na co mu było czekać? Zwiał i już.

Szkoda, że bluzy nie złapał, zimno się zaczyna robić. I zjadłby coś. Na samych jagodach daleko nie zajedzie, a mama już pewnie obiad stawia, pierogi od rana kleiła, z serem i jagodami. Głupia Tośka, wszystko przez nią. Kopnął z całej siły kolejny kamyk, prosto na podkłady. Wskoczył na szynę, szanowni państwo i ty, głupia Tośko, przed wami akrobata światowej sławy! O kurczę! Ledwo zdążył zeskoczyć z torów. Zapomniał, że teraz ten do Krakowa jedzie. Jakaś kobieta wygląda przez okno, ciemne włosy szarpie jej wiatr. Uśmiechnęła się do niego, widział wyraźnie. Skąd on ją zna? Gdzieś ją już widział, na pewno. W telewizji może? No nic, najważniejsze, że przed pociągiem zdążył. Szkoda że Tośka tego nie widziała. W ostatniej chwili skoczył. Jak Superman.


5

WTOREK, 21.01, godz. 7:36

Dwa trupy, jeden z nich to były poseł Kłosowski, szemrana postać, od dawna mieli na niego oko. Za- mieszany w narkotyki, prawdopodobnie jeden z pośredników w handlu bronią. Z tego, co o nim wiedzą, nie zlecał zabójstw. Przynajmniej oni mu tego nigdy nie udowodnili. Narkotyków też nie, ale to akurat było kwestią czasu. Zbieranie dowodów przypomina układanie puzzli, tu coś znajdą, tam ktoś coś powie, a potem prezentuje się cały, pełny obraz, wysoki sądzie, oto przestępca, wrzód na dupie społeczeństwa.

Kłosowski to prosta sprawa, jeśli można tak powiedzieć, bandzior, może trochę wyżej w hierarchii. Śledztwo tak nudne, że aż ziewnął na samą myśl. Dla nikogo w branży nie było zaskoczeniem, że wreszcie zginął. Jak nie on, wypadek miałby pewien Ukrainiec. Jurij, kilkorga nazwisk, znany jako Dobraczenko, pewnie sam już nie pamiętał, jak było jego ojcu.

W sumie mógłby siedzieć cicho w swoim pokoju i cierpliwie czekać, aż sami oczyszczą miasto. Najbardziej skuteczny sposób walki z przestępczością: nie przeszkadzać im.

Bednarz przystanął na przejściu dla pieszych, zatrzymany przez czerwone światło. Myśl odpłynęła, przypomniał sobie, że miał zapłacić matce rachunek za telefon, zadzwonić do szpitala i umówić jej wizytę u okulisty. Narzekała też ostatnio na bóle brzucha, warto to sprawdzić, w jej wieku nigdy nie wiadomo. Zielone, ruszył.

Kłosowski to jasne, trzeba znaleźć dowody na winę Dobraczenki. Na początek muszą ustalić, co robił w sądzie. Przydałoby się obejrzeć, co jest w kamerach. I rozmowa z żoną. Rutyna. Interesujące jest to, co nie pasuje do układanki. Wszelkie anomalie, odchylenia, to, co sprawia, że przestaje się rozumieć świat. Jego interesuje Orłowski. I Orłowska. Natalia.

WTOREK, 21.01, godz. 10:13

Trzeciej paczki nie ma. Musi kupić. Musi wyjść z domu. Kto może dzwonić o tej porze? Rzeczywistość docierała do niej jak przez mgłę, musi wszystko nazywać, jak za pierwszym razem, kiedy uczyła się mówić.

– Halo.

– Natalia? Tu mama. Dowiedzieliśmy się właśnie z tatusiem. Karolinka do nas dzwoniła. Martwimy się o ciebie, córeczko. Jak sobie radzisz?

Świetnie. Zajebiście. Po prostu bomba. A właśnie, wczoraj zginął mój mąż.

– W porządku.

– Chcesz, żebyśmy przyjechali?

O nie, tylko nie to.

– Nie ma takiej potrzeby. Spieszę się. Na razie.

Odłożyła słuchawkę. No proszę, mamusia i tatuś zadzwonili. Nawet są gotowi przylecieć z Mediolanu. Każda rozmowa z rodzicami kosztuje ją więcej niż starcie ze wszystkimi ministrami świata. Dlaczego ona tak źle o nich myśli? Może to dobrzy ludzie są? Gówno ją to obchodzi. Teraz chce kupić papierosy. Jedna sprawa na raz, bo oszaleje.

WTOREK, 21.01, godz. 11:25

Słońce świeciło jaskrawo. Jak reflektor w teatrze. Padało na brudne markizy, porozrzucane wszędzie śmieci, zdechły śnieg, śliwki, ogórki, pomidory, melony, awokado... Pod halą Banacha można kupić wszystko. Ciekawe, co na to sam Banach, biedny bękart z Krakowa i genialny matematyk. Mieszkańcom Warszawy kojarzy się głównie z ziemniakami, tanimi ciuchami z Chin i wielkim bazarem. Co, na Boga, ma wspólnego z kangurem, logo hali?

– Powiedział: spierdalaj.

Minęły ją dwie dziewczyny. Miały może po siedemnaście lat i ostry makijaż.

– Nie spierdalaj, tylko: idź sobie.

– Słyszałam, powiedział: spierdalaj!

Resztę rozmowy zagłuszył huk przejeżdżających samochodów. Spieszą się, szybciej, szybciej, załapie- my się na zielone przy Pawińskiego. Tramwaj z łoskotem zahamował na przystanku, tłum ruszył szturmować drzwi. Prędzej, są jeszcze wolne miejsca. Płacz dziecka. Jakaś kobieta ciągnie je za rękę. Wygląda na zmęczoną i zdeterminowaną.

– Najbardziej rano, kiedy wstaję...

Przechodząca obok starsza kobieta uderzyła ją w ramię. Nawet się nie obejrzała. Druga pokiwała głową. Doskonale się rozumieją. I są identyczne. Obie w płaszczach, kapeluszach, z siatkami z zakupami. Łowy były udane, siatki są pełne.

– ...jeden bilet... ulgowy...

Jakiś młokos przy kiosku.

– ...wczoraj wieczorem...

Kto to powiedział? Wysoki, świszczący głos należał chyba do szczupłej kobiety, która stała przy straganie z owocami. Natalia odwróciła głowę.

– ...mówiłem, kurwa! No nie mówiłem?!

To koleś w skórzanej kurtce. Do stojącej ze spuszczoną głową dziewczyny.

– ...nie wrócił na noc...

Zatroskana twarz. Dlaczego one wszystkie mają ten sam wyraz twarzy cierpiącej Madonny?

– ...ćwierć kilo...

– ...dwanaście pięćdziesiąt...

– ...dwa pomidory...

Poczuła, że znowu kręci jej się w głowie. Głosy wirowały, mieszały się, nie wytrzyma tego. Dzwonek komórki, sięgnęła po nią odruchowo.

– Natalia? Właśnie się dowiedzieliśmy. To straszne, był taki młody... Chorował na coś? Bardzo mi przykro. Dzwonię złożyć kondolencje. Od całej naszej redakcji.

Co to za zapach? Mięso. Słodkawy, ostro wdzierał się w nozdrza. Na jednej z szalek leżało małe piórko, sprzedawczyni, sama mięsista jak jej towar, wielka i rubaszna, szeroko uśmiechnęła się do klienta, starszego, małego mężczyzny.

– Pół kilo serc!

Rzuciła pakunek na drugą szalkę. Piórko pofrunęło i powoli opadało. Gdzie ona to widziała? Gdzieś w zakamarkach pamięci tkwi ten obraz, serce i pióro, serce musi być lżejsze od pióra, by ocaleć od niepamięci. Strusie pióro Maat, ostateczna prawda wszechświata. „Rzeka płynie na północ, wiatr dmie na południe. Każdy człowiek ma swoją godzinę” [1]. Pamięć przywołuje pojęcia. Przedsionek Dwóch Prawd. Egipcjanie.

Brama do nieśmiertelności albo otchłań zapomnienia, jeśli nie dość dobrze przeżyłeś swoje życie...

– Natalia? Jesteś tam? Halo!

BACH! Ktoś mocno uderzył ją w ramię. Obejrzała się, jakiś pijaczek wygrażał jej, mamrocząc pod nosem. Gwar wokół niej zamienił się w jeden wielki szum, w którym nie słyszała poszczególnych słów.

Marcin. To niemożliwe. Chce wymazać wczorajszy dzień.

WTOREK, 21.01, godz. 11:45

Właśnie oficjalnie dostał tę sprawę. Jemu przypadł Orłowski, młodemu rozpracowanie Kłosowskiego. W ścisłej współpracy, rzecz jasna, i pod jego nadzorem. Nie będzie narzekać. W końcu sam sobie wybrał zawód. Ile to już? Kilkanaście lat, czternaście? Nie zauważył, kiedy zleciały. Zrobiły mu się zakola. I nie może pozbyć się cieni pod oczami.

Ale wciąż pamięta ten dzień. Matka, kiedy jej o tym powiedział, załamała ręce i pobiegła do kościoła. Marzyła, że syn będzie księdzem, któremu robiłaby rano śniadanie, a potem czekała na jego powrót z obiadem. I opiekowałaby się nim w kolejnych parafiach. To jest uczciwe życie, płakała po powrocie. Synu, synu, co ty robisz?

– ...łuska naboju ostrego w kolorze „miedzianym” kaliber osiem milimetrów, osmolona, ze zbitą spłonką...

Czuwam nad spokojem obywateli, mamo. Żeby idąc spać i wstając rano, czuli się bezpieczni. A tak serio, zarabiam grosze na parszywe życie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.