Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego - Maciej Berhnardt - ebook
Wydawca: Michał Świgoń PROMOHISTORIA Kategoria: Humanistyka Język: polski

Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego ebook

Maciej Berhnardt

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 425 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego - Maciej Berhnardt

Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego” to niezwykły, rzetelny i emocjonujący opis tego, jak wyglądało powstanie warszawskie, życie przed wojną i podczas okupacji, a także lata powojenne, widziane oczyma jednego z jego uczestników. Fragmenty wspomnień prof. Bernhardta spotkały się z żywym zainteresowaniem dziesiątek tysięcy ludzi.

Powstanie warszawskie z pierwszej ręki. Jedyna w swoim rodzaju opowieść o życiu przed wojną i podczas okupacji. Relacja niezwykłego człowieka, który w szczery i bezpośredni sposób opowiada o prawdziwych ludziach i emocjach. O perypetiach, które wydają się nieprawdopodobne. Książka, która Cię poruszy!

Opinie o ebooku Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego - Maciej Berhnardt

Cytaty z ebooka Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego - Maciej Berhnardt

Zapiski Profesora dotyczące kolejnych lat będziemy publikować w formie elektronicznej na stronach naszego portalu, jako uzupełnienie tej książki. Wszystkie będą dostępne na stronie http://powstaniewarszawskie.histmag.org
Na drugi dzień większość sklepów przy głównej ulicy nie została rano otwarta. Wszystkie kłódki trzeba było przepiłować. Zrobiła się afera na cały kraj. Pamiętam olbrzymi tytuł w żydowskiej gazecie wydawanej w języku polskim (chyba był to „Nasz Przegląd”) o bandyckich wyczynach bojówki ONR -u (skrajnie nacjonalistycznej organizacji). Nikt nie przypuszczał, że był to głupi dowcip rozbrykanych uczniów z II klasy gimnazjum…
Przyznaję, że nie ma chyba drugiego, tak znienawidzonego przeze mnie człowieka, jak on. Mimo, że minęło już ponad 65 lat, nie mogę mu darować zupełnie niepotrzebnej śmierci Hanki i moich najlepszych przyjaciół oraz tak wielu kolegów, a także podłej, tchórzliwej obrony przed zarzutem, że zginęli przez jego głupotę i fanfaronadę.
Podróż przebiegała bez nadzwyczajnych emocji, wyłączając oczywiście opowieści współpasażerów o ostrzeliwaniu pociągów przez partyzantów. Jak się później dowiedziałem, wypadki takie rzeczywiście miały miejsce. Tylko że partyzantka AK i NSZ ostrzeliwała pociągi urlopowe niemieckie, zaś radziecka i podobno także AL -owska strzelały do wszystkiego, co się rusza.

Fragment ebooka Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego - Maciej Berhnardt

Maciej Bernhardt

Z Miodowej na Bracką
Opowieść powstańca warszawskiego

Kraków 2009

Książka dostępna w sprzedaży w przystępnych cenach w wersji elektronicznej i papierowej na stronach portalu Histmag.org.

Jeśli korzystasz z publikacji z naruszeniem praw autorskich, zachęcamy do zakupu oryginału i wsparcia jej twórców.


Redakcja językowa i merytoryczna

Kamil Janicki

Projekt okładki, skład i łamanie

Piotr Pielach

Marketing, koordynacja działań promocyjnych

Michał Świgoń

Wszystkie wykorzystane fotografie zostały udostępnione przez autora
i pochodzą z jego prywatnych zbiorów.

Z Miodowej na Bracką. Opowieść powstańca warszawskiego

Copyright © 2009 by i-Press Piotr Pielach

Copyright © 2012 by Promohistoria Michał Świgoń

All rights reserved

ISBN: 978-83-930226-5-6

Wydanie elektroniczne

Kraków 2012

i-Press Piotr Pielach

www: http://i-press.pl

Portal internetowy „Histmag.org”

e-mail: redakcja@histmag.org

www: http://histmag.org

Przedmowa

Powstanie Warszawskie dało w ostatnich latach początek niezwykłemu mitowi moralnego zwycięstwa. Z dominującą w mediach wizją tego wydarzenia można się zgadzać lub nie. Nie sposób jednak nie dostrzec, że w cieniu masowych imprez kierowanych do młodzieży, wysokonakładowych publikacji popularyzatorskich i przytłaczających rozmachem ekspozycji muzealnych zdarza nam się zapominać o prawdziwych ludziach, którzy wówczas chwycili za broń. Tworzymy z nich herosów, niepoprawnych romantyków lub odrealnione postacie z „opartych na faktach” opowieści. W ten sposób umyka naszej uwadze fakt, że ostatni z nich wciąż żyją i mogą mieć nam coś do przekazania. I wcale nie musi to być sztampowa i oderwana od dzisiejszych realiów opowieść o wielkim narodowym zrywie, ale coś więcej.

Rok temu miałem okazję poznać osobę niezwykłą. Jako redaktor naczelny jednego z największych mediów historycznych w Polsce spotykam setki ludzi, którzy tworzyli historię lub o niej pisali. Wśród nich znajomość z prof. Maciejem Bernhardtem uważam za jedną z najcenniejszych. To człowiek wyjątkowo bezpośredni, skromny i odznaczający się ujmującą erudycją oraz bystrością umysłu. Liczne rozmowy z nim pozwoliły mi spojrzeć na Powstanie Warszawskie w całkowicie nowy sposób. Przestałem widzieć nierzeczywistych, książkowych bohaterów, mosiężne tablice pamiątkowe i tabele z liczbami ofiar. Profesor ukazał mi ludzi prawdziwych, którzy myśleli, czuli, mieli swoje pasje i doświadczali osobistych tragedii. Jednocześnie podobnych i kompletnie innych od nas bo przecież wychowanych w tak odmiennych czasach.

Historia prof. Bernhardta urzekła nie tylko mnie. Publikowane na stronach portalu „Histmag.org” fragmenty jego wspomnień przyciągnęły uwagę tysięcy czytelników i spotkały się z niezwykle ciepłym przyjęciem. Ogromnym błędem byłoby ograniczenie się tylko do tych drobnych wycinków z przeszłości. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się wydać opowieść Profesora drukiem w formie niniejszej książki. Stanowi ona trzon wspomnień tego niezwykłego człowieka i obejmuje okres jego dzieciństwa, lat młodzieńczych, wojny oraz Powstania. Historię zamyka rok 1945. Zapiski Profesora dotyczące kolejnych lat będziemy publikować w formie elektronicznej na stronach naszego portalu, jako uzupełnienie tej książki. Wszystkie będą dostępne na stronie http://powstaniewarszawskie.histmag.org.

Nie jest to książka wyłącznie o Powstaniu Warszawskim. Pozwala spojrzeć z bliskiej perspektywy na przedwojenną Warszawę, codzienne życie młodego człowieka w międzywojniu czy w końcu na to, jak w realiach wojny i okupacji polska młodzież starała się prowadzić możliwie zwyczajne życie. We wspomnieniach prof. Bernhardta znajdziemy barwnie odmalowany obraz kampanii wrześniowej widzianej oczami szesnastolatka, opisy mało znanych aspektów powstańczych walk, ale też historię przyjaźni, miłości czy w końcu swoiste rozliczenie z przeszłością. We wstępie Autor stwierdza, że nie jest literatem i nie ma ambicji artystycznych, ani nie jest w stanie odtworzyć spójnego obrazu Powstania. To kolejny dowód niezwykłej skromności człowieka, spod którego pióra wyszło łącznie z niniejszą siedemnaście książek. W rzeczywistości „Z Miodowej na Bracką” czyta się niczym dobrą powieść. Tyle tylko, że wszystkie przedstawione w tej książce informacje to elementy prawdziwej historii.

Kamil Janicki

Redaktor naczelny „Histmag.org”

Kraków, 16 listopada 2009

Maciej Bernhardt nota biograficzna

Urodzony 16 stycznia 1923 roku w Warszawie w rodzinie inteligenckiej. Syn znanego lekarza Wacława Bernhardta oraz Stefanii z domu Sobolewskiej. Absolwent państwowego gimnazjum im. Tadeusza Czackiego, w 1939 roku uzyskał tzw. „małą maturę”. Uczestniczył w kampanii wrześniowej, wpierw w obsłudze Centralnej Składnicy Meldunkowej Obrony Przeciwlotniczej, a następnie, po wędrówce na wschód Polski, w oddziałach Lubelskiego Batalionu Ochotniczego. Uczeń legalnie działających podczas okupacji: Szkoły Wawelberga i Rotwanda (1940–1942; przemianowanej na Technische Fachschule) oraz Państwowej Wyższej Szkoły Technicznej (1942–1944). Zaangażowany w pracę konspiracyjną, od jesieni 1940 do wiosny 1942 roku w Narodowych Siłach Zbrojnych, następnie w Armii Krajowej. Używał pseudonimów „Zdzisław” i „Zdzich”. Podczas powstania służył w 237 plutonie II kompanii batalionu „Serb” (później „Żubr”) III Obwodu (Żoliborz „Żywiciel”). Przeżył masakrę pod Boernerowem 2 sierpnia, kiedy zginęło 70 proc. żołnierzy 237 plutonu. Wśród poległych byli najbliżsi przyjaciele Autora oraz jego narzeczona Hanna Rychłowska. Brał udział m.in. w drugim ataku na Dworzec Gdański oraz w obronie „Olejarni” na Marymoncie i reduty „Straż Ogniowa”. Kontuzjowany 14 września, ranny w ramię 30 września. Pod gruzami zbombardowanego domu przy ulicy Miodowej 9 zginęła jego matka oraz siostra i jej półtoraroczny synek. Po zakończeniu walk został internowany, ale udało mu się uciec z niewoli i ponownie dołączyć do konspiracji.

W 1950 roku poślubił Jadwigę Dzieduszycką. W tym samym roku uzyskał dyplom magistra inżyniera i rozpoczął karierę naukową jako starszy wykładowca Oficerskiej Szkoły Samochodowej w Pile. W 1953 roku został przeniesiony do Wojskowej Akademii Technicznej, gdzie w 1966 roku został docentem i kierownikiem Zakładu Silników. W 1970 roku na własną prośbę został po 20 latach zwolniony ze służby wojskowej w stopniu pułkownika. W latach 1969–1971 prowadził wykłady na Politechnice Gdańskiej, po czym rozpoczął pracę w Centralnym Ośrodku Konstrukcyjno-Badawczym Przemysłu Motoryzacyjnego jako samodzielny pracownik naukowo-badawczy. Po odejściu z Ośrodka w 1977 roku został redaktorem naczelnym miesięcznika „Technika Motoryzacyjna”. W 1980 roku został powołany na stanowisko docenta Politechniki Warszawskiej, gdzie objął kierownictwo Zakładu Silników w Instytucie Pojazdów. W latach 1985–1986 prowadził gościnnie wykłady na Uniwersytecie w Orleanie. W 1987 roku uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego i został dyrektorem Instytutu Transportu Samochodowego. Ze stanowiska zrezygnował z przyczyn zdrowotnych w 1990 roku, do 2002 roku pozostając pracownikiem naukowym na niepełnym etacie.

Działalność naukowa prof. Bernhardta wiązała się z potrzebami wojska oraz przemysłu motoryzacyjnego. Jest autorem i współautorem szesnastu książek i ponad dwustu artykułów naukowych, a także promotorem ośmiu prac doktorskich. Do jego prac należą m.in. Doładowanie silników spalinowych (1958), Teoria silników spalinowych (1963), Silniki wielopaliwowe (1971).

Został uhonorowany licznymi odznaczeniami wojskowymi i cywilnymi, m.in. Krzyżem Armii Krajowej (1972), Warszawskim Krzyżem Powstańczym (1982), Krzyżem Partyzanckim (1982) i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2003). Publikował nie tylko teksty naukowe, ale także poświęcone tematom powstańczym i okołopowstańczym, między innymi na łamach paryskiej „Kultury”. Od 2008 roku jest publicystą portalu historycznego „Histmag.org”. Poświęcone mu artykuły pojawiały się w licznych tytułach prasowych, w 2009 roku m.in. w „Stolicy” i „Życiu Warszawy”.

Zamiast wstępu

Trzykrotnie zaczynałem pisać pamiętnik. Po raz pierwszy jeszcze przed wojną, w szczenięcych latach. Trwało to chyba kilka miesięcy. Zbyt interesowały mnie inne sprawy i na pamiętnik zabrakło czasu, a przede wszystkim wytrwałości. Nie pamiętam co się z tymi zapiskami stało.

W czasie okupacji opisywanie zdarzeń i ludzi było wręcz karygodne, mogło mieć tragiczne następstwa dla opisywanych. Wymyśliłem sobie wówczas własny, jak mi się wydawało, bardzo chytry szyfr do robienia tego rodzaju notatek. Na szczęście pochwaliłem się nim swemu pierwszemu przełożonemu z konspiracji. Obrugał mnie za naiwność. Forma notatek nie pozostawiała najmniejszej wątpliwości, że pisane szyfrem i sprawiała, że były tym bardziej podejrzane. Szyfr ocenił jako dość sprytny, ale oczywiście fachowcowi złamanie go nie sprawiłoby żadnych trudności.

Po raz kolejny zacząłem pisać w styczniu 1945 roku. Zapiski bieżące powstawały w poniemieckim brulionie dość konsekwentnie do kwietnia tegoż roku. Po kilku latach, te robione na gorąco notatki z pierwszych dni po „wyzwoleniu” i świeże jeszcze wspomnienia z ostatnich miesięcy okupacji wydały mi się interesujące. Zniszczyłem je jesienią 1948 roku, gdy w mieszkaniu-kołchozie, w którym mieszkałem razem z Ojcem, siedzieliśmy w tzw. „kotle” pod czułą opieką bezpieki.

Zbyt wiele było w nich myśli „niebłagonadiożnych”, zapisanych w naiwnym przekonaniu, że choć nie o wszystkim należy mówić, to jednak na własny użytek można pisać to co się myśli. Co gorsza zapisałem w brulionie wiele nazwisk i nowych adresów kolegów i znajomych, których udało mi się po wojnie odnaleźć lub trafić na ich ślad.

Stare nawyki konspiracji zadziałały bezbłędnie i poniemiecki brulion zapisany drobniutkim maczkiem ołówkowego pisma częściowo spłynął do Wisły, a częściowo spalił się w piecu kuchennym, pod okiem pilnującego nas ubeka.

Wiele lat później, już jako wykładowca, wyjechałem w tzw. martwym sezonie do domu pracy twórczej Związku Autorów
(
ZAIKS) w Zakopanem, żeby w spokoju nadać ostatni szlif opracowanemu podręcznikowi akademickiemu. W całym domu było tylko kilka, zupełnie mi nieznanych osób, które tak jak i ja zajęte były swoją pracą. Pogoda była fatalna. Lało całymi dniami tak, jak potrafi lać tylko w Zakopanem.

Pewnego wieczoru po kolacji i obejrzeniu dziennika telewizyjnego okazało się, że nikt z gości nie ma już tego dnia zapału do pracy. Zaczęła się ogólna rozmowa i narzekanie na pogodę (a raczej jej chroniczny brak). Ktoś wyciągnął butelkę koniaku, ktoś inny po chwili zaproponował, żeby każdy z obecnych opowiedział jakąś ciekawą historię. Opowieści były różne; niektóre bardzo interesujące, inne mniej. Gdy przyszła kolej na mnie, uprzedziłem, że nie jestem literatem, ani aktorem (jak moi przedmówcy), a tylko nauczycielem akademickim i to nauk ścisłych. Nie mam ambicji literackich i mogę przedstawić jedynie zdarzenie, którego byłem uczestnikiem lub świadkiem.

Opowiedziałem jakąś historię z czasów okupacji. Opowiadanie się skończyło, koniak jeszcze został. Dałem się namówić na jeszcze jakieś wspomnienia. Ktoś z obecnych zauważył: żył pan w ciekawych czasach, znał pan ciekawych ludzi, warto to opisać.

Po powrocie z Zakopanego do domu, podczas rozmowy z moimi dorosłymi synami, ze zdziwieniem, ale i niedowierzaniem stwierdziłem, że niewiele wiedzą o moich rodzicach, których nie znali, o moim domu rodzinnym, a także o moich losach, i to zarówno przedwojennych, dość burzliwych okupacyjnych, jak i powojennych. Rozmawialiśmy nie jeden raz na te tematy. Często bywali u nas moi koledzy ze szkoły, konspiracji i studiów; nie obyło się bez wspominania dawnych czasów. W domu nie było tematów tabu. A jednak okazało się, że moi synowie znają tylko nieliczne fragmenty pogmatwanych losów naszej rodziny, a o niektórych zdarzeniach nie mają niemal nic do powiedzenia.

Postanowiłem wówczas, że muszę napisać wspomnienia, które być może kiedyś oni zechcą przeczytać. Przecież naprawdę żyłem w ciekawych czasach i w środowisku, którego już nie ma, a jego ostatni przedstawiciele właśnie odchodzą. Zdecydowałem, że warto ten świat i czas przypomnieć i przekazać moim synom. Może zresztą nie tylko im, jeśli moje wspomnienia kogoś jeszcze zainteresują. Czy jednak będę umiał je zapisać?

Mam wprawdzie spory dorobek pisarski: ponad 200 artykułów i kilkanaście książek, których byłem autorem i współautorem. Wszystko to były jednak publikacje fachowe. Interesowały mnie zawsze nauki ścisłe. Już w gimnazjum na wszystkich moich wypracowaniach i klasówkach z języka polskiego pojawiała się zawsze niemal identyczna uwaga: „Treść dobra, ale zbyt lakoniczne ujęcie”; ocena na ogół „3+”, rzadko „4”.

Wychowany byłem w domu w kulcie perfekcjonizmu. Ojciec mój często mi powtarzał: „Pamiętaj, że obojętne jest co będziesz w życiu robić. Możesz nawet być szewcem (nie wiem dlaczego szewstwo uchodziło wtedy za wyjątkowo podły zawód), ale musisz robić buty lepsze niż wszyscy szewcy w twoim mieście.”

Wiem, że moje wspomnienia na pewno nie będą lepiej napisane od wszystkich innych w moim mieście. Jeżeli kiedyś ujrzą światło dzienne, to będzie znaczyć, że przeszły przez surową ocenę ludzi, z których zdaniem bardzo się liczę. Jeżeli nie to nikt poza najbliższą rodziną nie będzie o nich wiedział.

Od najwcześniejszych szkolnych lat miałem antytalent do zapamiętywania nazwisk. Niektóre, usłyszane raz, pamiętałem przez lata; inne, powtarzane wielokrotnie, wciąż uciekały mi z pamięci. Nie ułatwi mi to pisania wspomnień. Tak samo jak zacierające się szczegóły. Dlatego też nie będzie to spisany chronologicznie ciąg wydarzeń, lecz raczej zbiór zapamiętanych obrazów i zdarzeń.

Przedstawię je możliwie wiernie, co nie znaczy, że zawsze ściśle. Pamięć płata niekiedy niezwykłe figle. Mogę jedynie zapewnić, że nie będzie w mych wspomnieniach celowo wprowadzonych nieprawdziwych sytuacji i przeinaczeń. Będą zapewne pomyłki i przeoczenia, a także nieliczne przemilczenia. bowiem sprawy oraz zastrzeżone tajemnice, z których zachowania nikt mnie nie zwolnił (choć część z nich wydaje mi się dziś zupełnie nieistotna).

Winien jestem jeszcze pewne wyjaśnienie: Nie potrafię opowiadać obcym, a nawet przyjaciołom, o moich bardzo osobistych przeżyciach i uczuciach. Nie będzie więc ich w tych wspomnieniach; czy może raczej prawie ich nie będzie. Czytelnik znajdzie w nich jedynie opis zdarzeń.

Przy ulicy Miodowej mieszkałem od urodzenia do Powstania Warszawskiego. Przy Brackiej mieszkam teraz (od ponad pięćdziesięciu lat), gdy porządkuję stare zapiski i usiłuję uzupełnić wspomnienia o zdarzenia z ostatnich lat.

03-ulica-miodowa

Ulica Miodowa

Sam nie mogę w to uwierzyć, ale najdawniejsze moje wspomnienie dotyczy babki Sobolewskiej. Umarła w 1924 roku, nie powinienem więc nic z tego okresu pamiętać. Miałem wówczas niecałe dwa lata. Mam jednak przed oczyma, utkwiło to głęboko w mojej świadomości, siebie, stojącego w nogach łóżka, na którym leżała moja umierająca babka. Nie przypominam sobie jej twarzy, ale widzę siebie trzymającego się oburącz za niklowane pręty łóżka, zakończone błyszczącymi kulkami, które tak łatwo dawały się odkręcać. Nie przypominam sobie śmierci babki, ani jej pogrzebu. Czyżby to wspomnienie było tylko przywidzeniem?

Nieco późniejsze wspomnienia to spacery. Najciekawsze prowadziły nie do Łazienek czy znacznie bliższego Ogrodu Saskiego, lecz nad Wisłę, obok mostu Kierbedzia oraz na Plac Saski, później nazwany Placem Piłsudskiego. Nadbrzeże Wisły nie było jeszcze pokryte płytami kamiennymi. W zwałach piasku, wydobywanego przez piaskarzy z dna Wisły i wyrzucanego tu na brzeg, można było znaleźć śliczne kolorowe kamyki.

Pamiętam też strzelaninę w czasie przewrotu majowego i przerażenie Mamy, gdy strzały słychać było coraz bliżej. Mama wyniosła mnie z salonu, którego okna wychodziły na ulicę, do pokoju stołowego, a następnie do korytarza prowadzącego do kuchni i całkowicie pozbawionego okien. Miałem wtedy trzy lata i cztery miesiące.

To są najdawniejsze zapamiętane przeze mnie wspomnienia, ale chyba trzeba zacząć od czasów jeszcze dawniejszych, aby całość tematu jako tako uporządkować.

„Dobra” ulica

Od urodzenia do Powstania Warszawskiego mieszkałem z rodzicami przy ulicy Miodowej 9 w mieszkaniu nr 5 na drugim piętrze. Było to mieszkanie rodziców mojej Mamy. Dziadek był rejentem (Emilian Sobolewski zmarł w 1921 roku, babka — Walentyna z domu Zielińska — w 1924). Na ulicę Miodową sprowadził się jeszcze przed pierwszą wojną światową, żeby mieć blisko do swej kancelarii w hipotece. Do hipoteki było rzeczywiście bardzo blisko: jeden dom (nr 11) do ulicy Kapucyńskiej, a potem tylko kilkanaście domów na tej śmiesznie zakręconej, ślepej uliczce i już była hipoteka. Dziadzio nie musiał nawet przechodzić przez jezdnię. Dom nasz stał dokładnie w tym miejscu, gdzie dziś jest wylot tunelu trasy W-Z.

W okresie, w którym dziadkowie wprowadzili się na Miodową, była to „dobra ulica”, zamieszkana głównie przez przedstawicieli palestry, z racji bliskości sądów. Pod numerem 15 (obecne Ministerstwo Zdrowia) w pałacu Paca mieścił się sąd okręgowy, przy placu Krasińskich — drugi, nie pamiętam jakiego szczebla, a ponadto bardzo blisko — wspomniana już hipoteka. Były tu także miejskie rezydencje wielu właścicieli ziemskich. Oczywiście mówię o mieszkaniach frontowych, bo w oficynach mieszkali na ogół urzędnicy różnych szczebli, emeryci, itp.

Przy ulicy Miodowej stało kiedyś 17 pałaców. W okresie międzywojennym zostało ich tylko 10. Niektóre z nich zostały tak zeszpecone sklepami pomieszczonymi na parterze, że trudno było domyśleć się, że to pałace. Inne nie budziły najmniejszej wątpliwości.

Ulica Miodowa początkowo zaczynała się od Senatorskiej. W latach 1887–88 przebito połączenie do Krakowskiego Przedmieścia. Nową jej część nazywano Nowomiodową. W roku 1921 obie ulice połączono, nazwano Miodową i wprowadzono jednolitą numerację. W wyniku tego zabiegu nasz dom zmienił numer 5 na 9.

W latach międzywojennych Miodowa stopniowo przestawała być „dobrą ulicą”. W parterach pałaców coraz więcej pojawiało się sklepów, a następnie nawet małych żydowskich sklepików i to niemal wyłącznie branży futrzarskiej. W oficynach było coraz więcej zubożałej inteligencji, a do mieszkań frontowych wprowadzali się dorabiający się kupcy.

Oprócz sklepów z futrami były oczywiście i inne. Szczegóły zatarły mi się w pamięci. Pamiętam jednak, że na rogu Koziej i Miodowej mieściło się przedstawicielstwo fabryki samochodów Lancia. Wiele czasu spędziłem z nosem przylepionym do szyb wystawowych podziwiając wystawione tam cuda.

Podejrzewam, że większość klientów była podobnego rodzaju, gdyż ku mojemu wielkiemu żalowi, salon samochodowy dość prędko zlikwidowano, a na jego miejsce powstała restauracja o nazwie „Raj”. Szczyciła się tym, że pomieszczenie kuchenne było oddzielone szklaną ścianą od sali restauracyjnej i można było obserwować jak pracują kucharze.

Byliśmy tam dwa czy trzy razy, gdy z powodu jakichś awarii nie gotowało się obiadu w domu. Pewnego razu Mama zobaczyła, że kucharz sprawdzał czy kotlet (nasz kotlet!) został posolony, przykładając go sobie do języka. Była to nasza ostatnia i gwałtownie zakończona wizyta w „Raju”.

Mniej więcej naprzeciwko mieścił się sklep z materiałami piśmiennymi pana Sybilskiego. Tuż przed wojną przeniósł się na róg Miodowej i Senatorskiej (dziś jest tam parking). Nowy sklep był naprawdę wspaniały: elegancko wyposażony i bardzo dobrze zaopatrzony. Egzystował tylko kilka miesięcy. Dom ten został całkowicie spalony we wrześniu 1939 roku.

Pod numerem 6 mieściła się cukiernia Trojanowskiego. Lokal był bardzo staroświecki i niemal zawsze świecił pustkami. Stałymi klientami byli emeryci czytający gazetę przy szklance herbaty lub kawy.

Fot. 1. Ulica Miodowa widoczna na wycinku planu przedwojennej Warszawy.

Cukiernia ta była natomiast znana z tego, że przed Pierwszą Wojną rzucono z niej bombę na przejeżdżającego policmajstra. Nie wiem czy zamach się udał i co się stało z zamachowcami. Pamiętam natomiast odsłonięcie w połowie lat 30. tablicy upamiętniającej ten zamach.

W domu nr 8 — naprzeciw naszego — miał siedzibę Związek Zawodowy Pracowników Miejskich. W oficynie mieściła się dobrze wyposażona związkowa biblioteka, z której przez ostatnie dwa lata przed wojną wypożyczałem książki beletrystyczne.

W tym samym domu, obok bramy, naprzeciw okna i balkonu sypialni rodziców, znajdował się mały żydowski sklep z futrami. Nazwiska właściciela już nie pamiętam. Sklep ten i sylwetki jego właścicieli utkwiły mi dobrze w pamięci z racji pewnego szczeniackiego kawału, który im zrobiłem.

Zamocowałem na naszym balkonie, pomiędzy prętami ozdobnej balustrady, coś pośredniego pomiędzy procą a prymitywną kuszą, wycelowaną w szybę nad drzwiami wejściowymi sklepu. Doszedłem wkrótce do wprawy i strzelając z grochu trafiałem w zasadzie bez pudła, doprowadzając biednych właścicieli do szału. Nie mogli przy tym zorientować się skąd lecą „pociski”, gdyż urządzenie miotające było schowane za ozdobną, kutą kratą balkonu, a „mechanizm spustowy” uruchamiałem za pomocą sznurka przeciągniętego pod drzwiami balkonu. Przez ażurową balustradę widać było zamknięte drzwi balkonowe i pusty balkon, a co jakiś czas rozlegało się głośne „bang” — uderzenie grochu o szybę.

Trapił mnie przy tym jeden problem techniczny — konieczna była obserwacja chodnika, aby przypadkiem nie trafić przechodnia. W tym celu skonstruowałem z dwóch kieszonkowych lusterek prymitywny peryskop, przez który, siedząc za drzwiami balkonu, obserwowałem ulicę i w odpowiedniej chwili pociągałem za sznurek.

Nie udało mi się natomiast rozwiązać problemu „powtarzalności” mojej broni. Po każdym strzale konieczne było wyjście na balkon, naciągnięcie gumy i włożenie nowego „pocisku”. Domownicy byli bardzo w tym czasie zdziwieni moim niesłychanym zainteresowaniem licznymi roślinami w skrzynkach i doniczkach na balkonie. Wciąż do nich zaglądałem, podlewałem niezwykle sumiennie, nawet jeżeli akurat kropił deszcz.

Zabawa ta trwała długo; z niewielkimi przerwami chyba z miesiąc. Przerwałem ją, gdy przestraszyłem się jej skutków. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale właściciele „bombardowanego” sklepu i zmobilizowani przez nich obserwatorzy nie wykryli przez cały ten czas źródła pocisków. Nie czyniły one żadnej szkody, ale widać było, że denerwują ich ogromnie.

Ulica Miodowa była przed wojną bardzo ruchliwa. Chodniki były w dzień pełne przechodniów, Środkiem jeździły tramwaje i to sześciu czy siedmiu linii, a ponadto był spory ruch samochodów, motocykli i rowerów a także wozów konnych i dorożek.

Pewnego dnia roku 1936 wystrzeliłem jak zwykle do mojej ofiary. Ze sklepu wyskoczyło kilka osób rozglądając się w poszukiwaniu agresora. Chodnikiem przechodziło akurat kilku studentów w czapkach Uniwersytetu Warszawskiego. Uznali, że to jest atak na nich, a może tylko okazja do rozróby i zaczęła się bijatyka, w której przybywało stopniowo uczestników po obu stronach. Incydent zakończyła interwencja policji (komisariat był na końcu ulicy Kapucyńskiej). Przy okazji poleciało kilka szyb w sąsiednich sklepach i chyba niejeden z eksponatów z wystaw sklepowych zmienił właściciela.

Natychmiast rozmontowałem moje urządzenie strzelające i, ku rozczarowaniu Mamy, przestałem się nagle interesować rozwojem flory balkonowej. Byłem naprawdę przerażony, że taka niewinna — zdawałoby się — zabawa mogła mieć tak opłakane skutki.

Obok nieszczęsnego sklepu z futrami, uruchomiono kilka lat przed wojną nowoczesny sklep Agrilu. Było to przedsiębiorstwo sprzedające bardzo dobrej jakości nabiał produkowany w podwarszawskim majątku.

Za Agrilem był sklepik z napojami chłodzącymi i słodyczami, do którego z wiadomych powodów chodziłem niezwykle chętnie, choć mój Ojciec nie wyrażał się o nim z uznaniem, bo dwukrotnie „pomylono się” tam przy wydawaniu reszty, oczywiście na niekorzyść Ojca.

Na rogu Kapitulnej mieściła się restauracja Arkuszewskiego, ciesząca się dużym wzięciem u przedstawicieli palestry. Chodziliśmy tam całą rodziną na obiady w czasie różnych kataklizmów domowych w rodzaju generalnego odnawiania mieszkania, przestawiania pieca kuchennego, a także, gdy nasza gosposia Marynia wyjeżdżała na urlop dzień czy dwa przed nami.

Wizyty w tej restauracji bardzo lubiłem. Szalenie podobali mi się kelnerzy gnący się w ukłonach i sam pan właściciel, konfidencjonalnie doradzający „naszemu panu doktorowi i szanownej pani doktorowej”, co dziś najlepiej wybrać z karty. Tam też nauczył mnie Ojciec, że „za dobrą obsługę należy dać dobry napiwek; ale jeżeli cię oszukają, nawet na jeden grosz, to zrobisz awanturę i nie dasz żadnego napiwku”. Zasady tej staram się trzymać do dziś.

Dalszy ciąg ulicy Miodowej w stronę Długiej był nieciekawy. Po nieparzystej stronie jedynie kościół Kapucynów i sąd okręgowy, po parzystej kościół unicki, tak schowany w bloku domów, że łatwo było go przegapić z jadącego tramwaju.

Na rogu Kapucyńskiej i Miodowej (nr 11) mieścił się sklep z dewocjonaliami. Nigdy nie widziałem w nim żadnego ruchu. Dopiero w wiele lat po wojnie przeczytałem w książce poświęconej polskiej masonerii, że mieściła się tam loża masońska.

W naszym domu po jednej stronie bramy był sklep — oczywiście z futrami — pana o nazwisku Złotykamień, a po drugiej — pod naszym mieszkaniem — apteka mgra Dobrzańskiego. Byłem w niej częstym klientem, a Ojciec, jako lekarz, miał w niej otwarty rachunek. Ku zdumieniu innych kupujących zabierałem nieraz z lady całą baterię pudełek i flaszek dla potrzeb praktyki Ojca, a nieraz także i dla domu (na recepcie „pro domo sua”), mówiłem „dziękuję” i wychodziłem nie podchodząc do kasy.

Brama domu nr 7 na Miodowej miała po obu stronach kamienne występy (istnieją do dziś w odbudowanym budynku), a w każdym z nich po trzy okrągłe otwory, które niegdyś służyły podobno do zatykania płonących pochodni.

Dom nr 5 był domem przechodnim, można było wejść od ulicy Miodowej i wyjść na Senatorskiej, mniej więcej w połowie odcinka pomiędzy Miodową i Daniłowiczowską, omijając bardzo ruchliwy narożnik Miodowej i Senatorskiej.

Tyle zapamiętałem z mojej ulicy. Część jej od Kapucyńskiej do Długiej nie pozostawiła u mnie niemal żadnych śladów, ani wspomnień. Tak samo nie potrafię sobie przypomnieć, jak wyglądały, tak liczne na tej ulicy, sklepy z futrami. Prezentowały się na ogół niezbyt okazale, choć, jak twierdził mój Ojciec (chyba jednak trochę przesadzając), w każdym z nich było towaru za grube tysiące (przedwojennych) złotych.

Pamiętam tylko, że przed większością sklepów stał ekspedient lub ekspedientka i dosłownie siłą ciągnęli przechodniów do wnętrza. Znali oczywiście stałych mieszkańców i nas ta metoda łapania klientów nie dotyczyła. Pewnego razu ekspedient, widocznie nowy, koniecznie usiłował zaciągnąć do sklepu moją Mamę, zachwalając, że w sklepie na pewno jest towar przez nią poszukiwany. Mama szła na zakupy zupełnie innego rodzaju, odpowiedziała więc „wątpię”. „Jest, jest, świeże wątpię, jeszcze nie rozpakowane!” — usłyszała w odpowiedzi. Powiedzonko to do końca istnienia naszego domu kursowało między nami.

Pamiętam, że wszystkie wystawy sklepowe zasłaniane były po godzinach handlowych dokładnie do siebie dopasowanymi i numerowanymi deskami, dociśniętymi następnie grubą stalową sztabą (albo i dwiema), zamkniętą na wielką kłódkę. Zamknięcie takie chroniło dość skutecznie przed wybiciem szyby wystawowej i rabunkiem sklepu. Stosowano je niemal na wszystkich ulicach — nawet tych eleganckich.

Muszę tu jeszcze wspomnieć o kilku sklepach mieszczących się na sąsiednich ulicach, ale odwiedzanych, lub chociaż tylko oglądanych, tak często, że zasługują na wzmiankę.

Najlepiej zapamiętałem, ze zrozumiałych względów, lodziarnię włoską Gelatteria Italiana. Mieściła się przy ulicy Senatorskiej, na odcinku pomiędzy Miodową i Daniłowiczowską (placem Teatralnym); mniej więcej w tym miejscu, gdzie dziś znajduje się tablica ku czci ofiar masowej publicznej egzekucji podczas okupacji.

Lodziarnia była otwarta tylko przez 5–6 miesięcy w roku. Prowadził ją autentyczny Włoch — czarny i kudłaty. Lody miał znakomite i zawsze duży ruch w lokalu. Za ladą i na zapleczu widać było kilka młodych dziewczyn, co roku innych, ale zawsze w tym samym typie: jasne blondynki przy kości, o klasycznej wiejskiej urodzie typu „krew z mlekiem”.

Na drugim miejscu muszę wymienić sklep z zabawkami pana Brzozowskiego, mieszczący się na Krakowskim Przedmieściu — mniej więcej naprzeciw dzwonnicy kościoła św. Anny (Bernardynów). Właściwsze byłoby określenie „sklepik”, gdyż lokal był niewielki. Ale za to jaki był wybór zabawek!

Po tej samej stronie ulicy, bliżej Miodowej, znajdował się zakład fotograficzny pana Bietkowskiego, naszego „nadwornego” fotografa. Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze zdjęcia do wszelkiego rodzaju dowodów i dokumentów, a także z różnych uroczystych okazji, cała nasza rodzina robiła w tym zakładzie. Dom ten został całkowicie zniszczony podczas Powstania. Po wojnie pan Bietkowski otworzył swój zakład na Nowym Świecie, naprzeciwko Kościoła św. Krzyża. Robiłem tam zdjęcia do legitymacji uczelnianych, a także ślubne. Tradycji stało się zadość.

Wreszcie na rogu Miodowej (po stronie nieparzystej) i Krakowskiego Przedmieścia był sklep Złoty Róg, w którym było tyle dobrych rzeczy, że nieraz usłyszałem od zniecierpliwionej ekspedientki grzeczne pytanie „czy kawaler już się zdecydował?” Zdecydować się było bardzo trudno.

Prawie naprzeciwko Złotego Rogu, po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia, pod filarami obok kościoła Św. Anny było kino. Pierwotnie nazywało się Urania. Następnie z nieznanych mi powodów zmieniło nazwę na Los. Pierwsze moje wizyty w Uranii związane były z porankami dla dzieci. Mama jednak przestrzegała twardo zasady, że do kina można iść jedynie wówczas, gdy pogoda wyklucza spacer. Bardzo w tym czasie martwiła mnie dobra pogoda, gdy w Uranii był ciekawy program, to znaczy „Pat i Pataszon” lub zestaw kreskówek. Chodziłem też na filmy „normalne”, ale jeszcze nieme. Urania miała doskonałego tapera (pianistę) i z przyjemnością słuchałem kawałków granych przez niego na fortepianie w czasie przerw, a następnie repertuaru umiejętnie dobranego do akcji na ekranie.

Sala kinowa mieściła się na pierwszym piętrze i była bardzo duża. Bilet normalny kosztował złotówkę i 9 groszy, a ulgowy 59 groszy. Kasa, choć bez entuzjazmu, wydawała grosz reszty.

Dom rodzinny

Do sieni naszego domu prowadziła dwuskrzydłowa oszklona brama. Kuta, ozdobna krata nie zasłaniała widoku, ale uniemożliwiała przejście, nawet po ewentualnym wybiciu szyb. W prawym skrzydle (od ulicy) były małe drzwi, przez które wchodziło się do sieni. W jej połowie, po prawej stronie było wejście na klatkę schodową: najpierw jeden stopień, potem trzy, podest i w lewo schody. Piękne, marmurowe po 14 stopni w każdym ciągu.

Skąd pamiętam takie szczegóły? Przecież tu uczyłem się chodzić po schodach, a następnie biegać po dwa i trzy stopnie do góry i w dół oraz zjeżdżać na czubkach obcasów, trzymając poręcz pod pachą. Ta właśnie liczba schodów — czternaście, niepodzielna przez trzy, psuła rytm biegu po trzy schody!

Na pierwszym piętrze mieszkał przed wojną po jednej stronie pan Złotykamień, właściciel sklepu z futrami, a pod nami pan Lewin, bardzo dystyngowany stary Żyd, który przy każdym spotkaniu z moim Ojcem lub Matką rozpoczynał typowo grzecznościową rozmowę o niczym. Mówił bez akcentu żydowskiego, a ze sposobu wyrażania się i prowadzenia rozmowy słychać było, że musiał otrzymać bardzo staranne wykształcenie. Kiedyś Ojciec mój wtrącił w rozmowie jakieś przysłowie łacińskie. Pan Lewin spokojnie przeszedł na łacinę i dalsza rozmowa odbyła się w tym martwym języku. Panowie dogadali się, że obaj kończyli gimnazjum klasyczne (to znaczy z łaciną i greką). Wtedy po raz pierwszy (i jeden z nielicznych) w życiu słyszałem rozmowę prowadzoną po łacinie.

Czym zajmował się pan Lewin i mieszkający naprzeciw nas w siedmiopokojowym mieszkaniu stary kawaler, pan Szpinak — nie wiem. Kto mieszkał nad nami na trzecim piętrze — nie pamiętam. Nie interesowało mnie to. Nigdy też nie dochodziły stamtąd żadne hałasy. Na pewno nie było tam dzieci, ani młodzieży.

Podczas okupacji w mieszkaniu naprzeciw nas zamieszkał dentysta Strzelecki z rodziną. Nie utrzymywaliśmy z nimi bliższych kontaktów, poza normalnymi sąsiedzkimi grzecznościami i drobnymi przysługami. Nie wiem kto zamieszkał pod nami po wyprowadzeniu się pana Lewina. Musieli to być bardzo spokojni lokatorzy i bezdzietni.

Na drzwiach naszego mieszkania umieszczona była dość duża mosiężna tabliczka:

Wacław Bernhardt dr med.

Przyjmuje od 1 do 2 oraz od 5 do 7 pop.

Przedpokój był niewielki. Po prawej stronie, obok drzwi wejściowych, wisiały liczniki elektryczny i gazowy, dalej były drzwi do salonu, a po lewej stronie do gabinetu Ojca. Dalej wieszak, podręczny stolik, a naprzeciwko drzwi wejściowych dwuskrzydłowe drzwi do pokoju stołowego. Ze stołowego w prawo przechodziło się do sypialni rodziców, na lewo do korytarza, w którym kolejno po lewej stronie wchodziło się do WC, łazienki, pokoju dziecinnego, pokoju służbowego i wreszcie na końcu korytarza — do kuchni. Nie wiem, jaka była powierzchnia mieszkania. Nigdy przed wojną nie spotkałem się z wymienianiem liczby metrów kwadratowych. Mówiło się: mieszkanie bardzo duże, duże, średnie, małe. Dziś, szacując z pamięci, oceniam je na około 200 m2.

Największym pokojem był trzyokienny salon, zwany także palais de glace (pałac lodowy), gdyż przy silnych mrozach były kłopoty z jego ogrzaniem. O jego wielkości najlepiej świadczy fakt, że gdy w 1933 roku klasa mojej siostry Danuty miała urządzać studniówkę to okazało się, że żadna z jej koleżanek nie dysponuje większym salonem i uroczystość, po kilku wstępnych przymiarkach, odbyła się u nas. W salonie — po otwarciu dwuskrzydłowych drzwi do sypialni rodziców — mogło tańczyć bez tłoku blisko pięćdziesiąt osób. Nie pamiętam dlaczego studniówka nie mogła odbyć się w szkole (gimnazjum im. Konopnickiej). Urządzenie jej w lokalu publicznym nie wchodziło wówczas w rachubę.

Na co dzień salon spełniał rolę poczekalni dla pacjentów Ojca, a w związku z tym fotele i krzesła były ubrane w białe pokrowce, zdejmowane, gdy powracał do swej uroczystej formy. Między trzema oknami salonu stały dwie szafy biblioteczne. Po lewej bardzo stara mahoniowa, po prawej nowsza i nieco mniejsza — orzechowa. Stara szafa była pięknie oszklona. Patrząc od przodu widać było jedynie cienkie listewki framug drzwi i samo szkło, kryształowe o skośnie szlifowanych krawędziach, łamiących efektownie światło żyrandola. Wewnątrz znajdowała się literatura piękna w języku polskim i francuskim — wydania z XIX i pierwszych lat XX wieku, ładnie oprawione i utrzymane we wzorowym stanie.

Podczas okupacji zrobiłem kiedyś szczegółową „rewizję” w tej szafie. Zbyt mało wiedziałem wówczas na temat literatury i książek, aby móc wyrobić sobie pogląd o guście tych, co te książki kompletowali, jak też ocenić ich wartość. Natomiast znalazłem pewną ciekawostkę, choć nie literacką.

W jednej z książek poświęconej filozofii indyjskiej i liczącej w chwili jej przeglądania 101 lat (było to w roku 1940 lub 1941) znalazłem banknot 100-rublowy — w okresie przed I wojną światową była to suma ogromna. Ojciec mój, gdy przyniosłem mu swoje znalezisko, stwierdził, że była to niemal kwartalna pensja niższego urzędnika pocztowego.

Wywiązała się przy kolacji rodzinna dyskusja na ten temat. Ojciec wspominał ceny różnych artykułów z czasów swej młodości; ja stwierdziłem, że banknot pewnie schowała Babcia na czarną godzinę. Tu Mama jednak stanowczo zaprotestowała twierdząc, że byłoby to całkowicie sprzeczne z jej zwyczajami. Raczej pieniądze te wsunął do książki — może specjalnie po to pożyczonej — ktoś kto miał jakieś porachunki finansowe z Dziadkiem Sobolewskim i od kogo Dziadek nie chciał (z nieznanych mi powodów) ich przyjąć. Jeżeli wersja ta była prawdziwa, to intencja dłużnika pozostała niezauważona, a duża suma pieniędzy zmarnowała się.

W tej starej bibliotece znalazłem też jedno z pierwszych wydań (niestety nie pamiętam już roku wydania) dwutomowej encyklopedii Larousse’a. Przez pewien czas wieczorami zaczytywaliśmy się w wybranych jej hasłach. Znaleźliśmy wiele ciekawostek, których niestety nie potrafię powtórzyć, a także hasła tak zdezaktualizowane, że stanowiły kącik humoru. Język tej encyklopedii był przy tym tak archaiczny, że pomimo znakomitej znajomości języka francuskiego przez mego Ojca i bardzo dobrej przez Mamę, natrafialiśmy na hasła, których nie tylko nie umieliśmy przetłumaczyć, ale nawet zrozumieć o co w nich chodzi.

W drugiej szafie bibliotecznej na górnych półkach stały książki medyczne Ojca, przeważnie w języku niemieckim i francuskim. Niżej były encyklopedie i dzieła klasyków polskich oraz trochę moich cenniejszych książek, których kiedyś nie wolno mi było trzymać w mojej podręcznej biblioteczce.

Na ścianie po prawej stronie okien stało olbrzymie, sięgające sufitu tremo. Odbijający się w jego lustrze obraz stwarzał wrażenie, że salon jest jeszcze dużo większy niż w rzeczywistości. Na przeciwległej ścianie wisiało drugie ogromne lustro w ciężkiej ozdobnej ramie. Obok niego moja ulubiona lampa — stary kinkiet naftowy, przerobiony na elektryczny. Klosz z matowego szkła, uformowany w kształcie kielicha kwiatu, dawał przyjemne światło. Lubiłem siadać pod nim w fotelu z dobrą książką, a później, w latach okupacji, z papierosem i kieliszkiem czegoś mocniejszego. Pod lustrem stał mahoniowy stół o blacie w zasadzie owalnym, ale o skomplikowanym rysunku krawędzi. Odparty był na czterech niesłychanie wymyślnie ukształtowanych nogach, które mniej więcej w połowie wysokości łączyły się ze sobą, a następnie rozchodziły, dając mu solidne podparcie. Stół ten stanowił dumę mojej Mamy — był w doskonałym stanie i wykonany z masywnego mahoniu (niefornirowany). Dookoła stały potężne i solidne fotele w stylu empire, pokryte materiałem w ciemnozielonym kolorze. Siedziało się na nich niezbyt wygodnie, a zawiły kształt oparcia powodował, że trudno było dopasować do nich pokrowce i wyglądały w nich trochę tak jak młody człowiek w spodniach z młodszego i marynarce ze starszego brata. Pomiędzy szafą biblioteczną a tremem stał drugi stół z kompletem foteli, krzeseł i taboretów. Całość była w stylu Ludwika XIV. Fotele, krzesła i taborety były kryte bladożółtym brokatem w delikatne pasy. Siedziało się na nich wygodnie, były bardzo miękkie, a pokrowce pasowały na nie idealnie. Nie wiem dlaczego bardziej lubiłem mniej wygodne meble empirowe.

Tuż przy drzwiach stał jeszcze jeden „nijaki” stół. Był pokryty serwetą i leżały na nim, rozrzucone dla oczekujących swej kolejki pacjentów Ojca, kolorowe czasopisma, a także wielobarwne, kilkutomowe wydanie „Historii Polski i Dziejów Porozbiorowych Narodu Polskiego”. Były to książki dużego formatu, wydane bardzo starannie jeszcze przed I Wojną Światową. Zawierały wiele ilustracji. Jako mały chłopiec oglądałem je wielokrotnie, a następnie w latach szkolnych przepisywałem z nich całe fragmenty do moich wypracowań domowych z historii. Budziły zazdrość kolegów swą objętością, a szczegółami zaskakiwały nawet belfrów. Z tego powodu miałem w szkole opinię dobrego historyka, choć wówczas nie lubiłem tego przedmiotu, jak wszystkich tych, które wymagały zapamiętywania dużej liczby informacji.

Na ścianach salonu wisiało kilkanaście obrazów. Cztery stare obrazy szkoły holenderskiej (albo udane kopie?) przedstawiały typowe jej tematy: dwa pejzaże wiejskie z chłopcami ubranymi w stroje holenderskie na pierwszym planie, widok z Delft oraz widoczek z żaglowcem, którego nie potrafię już bliżej opisać. Jeden mały pejzażyk wiejski Chełmońskiego oraz kilkanaście obrazów współczesnych polskich malarzy, którzy w ten sposób regulowali honorarium Ojca, nie mając gotówki. Były wśród nich tzw. dobre nazwiska, których nie wymienię, dochowując tajemnicy zawodowej Ojca. Obok trema wisiała rzeźba ślicznej główki dziewczęcej — również honorarium. Dziewczyna była piękna i wprost promieniała radością życia. Wydawało się, że za chwilę zacznie tańczyć, flirtować. Wielokrotnie przyglądałem się jej z zachwytem.

Nie wiem czy wynikało to z przyzwyczajenia, czy też rzeczywiście dobór mebli dwóch różnych stylów i obrazów różnych epok i konwencji, w gruncie rzeczy zapewne przypadkowy, był także przez przypadek udany, że salon nie robił wrażenia magazynu czy graciarni, lecz z rozmysłem zaprojektowanej całości. Jego fragmenty miały zupełnie odmienny charakter, jednak pasowały do siebie.

Być może sprzyjała temu jego wielkość. Dla jej zobrazowania warto dodać, że w czasie okupacji, oprócz opisanych mebli, znalazło się w nim jeszcze pianino i tapczan, a wciąż było dużo wolnego miejsca. Można było bez przeszkód tańczyć. Podłoga salonu zrobiona była z klepki ułożonej w duże kwadraty, w których znajdowały się ośmioramienne gwiazdy o smukłych promieniach wykonane z hebanu, drewna nieznanego mi gatunku o niemal białym kolorze. Wypełnienie kwadratów (obok gwiazd) było dwukolorowe: z dębu i — o ile pamiętam — grabu.

Ściany pokryte były zielonkawą tapetą z bladozłotymi ornamentami, które mam przed oczyma, ale nie potrafię ich opisać. Wydaje mi się, że poznałbym je natychmiast. Tapeta ta była położona w roku 1928 (śmierci babki Bernhardt). W roku 1944, czyli po 16 latach, była nadal w idealnym stanie, nigdzie nie odchodziła od ścian i trzeba było się dobrze przypatrzeć, aby zobaczyć ślady od oparć foteli lub krzeseł. Zabrudzenia przy wyłącznikach lamp skutecznie czyszczono chlebem.

Wreszcie ciekawostka, a w latach mego wczesnego dzieciństwa najbardziej pasjonująca rzecz w salonie: była to spora, złocona klatka z kanarkiem. Kanarek był wypchany, ale sprytny mechanizm uruchamiany mało widoczną dźwignią u spodu klatki powodował, że ruszał się jak żywy i śpiewał, niemal idealnie naśladując oryginał.

Wiele osób dawało się w pierwszej chwili nabrać, że to śpiewa żywy kanarek, choć brakowało mu jednego piórka w ogonie, wyrwanego przed laty przez moją siostrę. Pamiętam, że ku mojej ogromnej radości jakaś daleka kuzynka, przybyła z odległej prowincji, pytała mnie ze zdumieniem, jak utrzymujemy w tak wzorowej czystości podłogę klatki pokrytą zielonym pluszem.

Naprzeciw salonu był gabinet Ojca. Biurko pod oknem, na nim duża stojąca lampa, fotografie: Mamy, Siostry w szkolnym fartuszku i moja w wieku ok. 5 lat (jeszcze uczesany jestem z grzywką). Pod ścianami umywalka, białe oszklone szafki z narzędziami i lekarstwami, leżanka, parawan. Typowy gabinet lekarza.

Trudno mi dziś samemu w to uwierzyć, ale w gabinecie Ojca byłem dosłownie kilkanaście razy w życiu. Od najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam stanowczy zakaz wchodzenia do gabinetu, dotyczący zarówno mnie, jak i siostry starszej ode mnie o osiem lat. Wchodziłem do gabinetu jedynie, gdy wzywał mnie tam Ojciec, co zresztą zdarzało się bardzo rzadko.

Z salonu można było przejść do sypialni rodziców. Szerokie dwuskrzydłowe drzwi były jednak zamknięte na klucz. Otwierano je jedynie z okazji wielkich przyjęć. Sypialnia stanowiła wówczas przedłużenie salonu.

W sypialni stały dwa niklowane łóżka rodziców, obok nich szafki nocne z małymi lampkami. Obok drzwi na balkon toaletka Mamy; na przeciwległej ścianie wielka mahoniowa szafa na ubrania. Pokój sypialny był „nijaki”; podobne widywałem u wielu naszych krewnych i znajomych. Jego jedyną niewątpliwą ozdobą był stary, wielki i ciężki żyrandol z brązu ze śmiesznymi wisiorkami z kryształowego szkła. Żyrandol przewidziany był na 12 grubych świec. Zapalało się je za pomocą specjalnego pręta z nawiniętym na końcu lontem, a gasiło umieszczonym obok lontu stożkiem zwiniętym z blachy. Świece te zapalane były dość rzadko. Musiała być ku temu specjalna okazja. Normalnie w matowym kloszu pod środkową częścią żyrandola świeciła się jedna silna żarówka.

Światło żarówki i świec odbijało się i załamywało w kryształowych, podłużnych wisiorkach. Bardzo lubiłem przyglądać się tęczowym refleksom światła, a także patrzeć przez te kryształowe wisiorki, gdy zdejmowano je w celu umycia w wodzie z mydłem. Obraz był śmiesznie zdeformowany, a nieostre kontury osób i rzeczy mieniły się wszystkimi barwami tęczy. Mycie wisiorków nie mogło odbywać się bez mego udziału, nawet wówczas, gdy byłem już niemal dorosły.

Z przedpokoju i sypialni wchodziło się do pokoju stołowego o klasycznym układzie dla kamienic z przełomu XIX i XX wieku. Wielki prostokątny pokój miał w jednym rogu drzwi wejściowe na balkon i dwa przylegające do nich po obu stronach wąskie okna wychodzące na podwórze. W drugim rogu — po przekątnej — stał olbrzymi piec z kominkiem, zbudowany z ozdobnych kafli w kolorze ciemnowiśniowym.

Nad kominkiem znajdowała się półka z kafli, na której stał stary zegar. Wybijał cichutko godziny. Na jego złoconej tarczy znajdowały się dwa amorki. Jeden bił wówczas młotem w kowadło, na którym drugi trzymał miecz. Nigdy nie dowiedziałem się, co mają wspólnego amorki z kuciem mieczy.

Na początku pierwszej okupacyjnej zimy do pieca tego został dostawiony piec na trociny, popularnie zwany trociniakiem. Były wówczas wielkie trudności z zakupem węgla. Ktoś z naszych znajomych, czy krewnych przypomniał, że na Wileńszczyźnie stosowano piece trocinowe do ogrzewania stajni i obór. Naszkicował jego konstrukcję, a blacharz ze Starówki wykonał ją bezbłędnie. Był to znakomity pomysł, piec grzał bardzo dobrze, ciepła wystarczało na dobre ogrzanie pokoju stołowego i sypialni nawet podczas największych mrozów (a zimy okupacyjne były ostre!). Nie było to urządzenie dekoracyjne; raczej wręcz przeciwnie, ale w warunkach okupacyjnych nie takie rzeczy widywało się w dawnych eleganckich mieszkaniach.

W pierwszym roku dostaliśmy trociny za darmo; kosztował jedynie transport. W następnych latach trzeba było już za nie płacić, ale nie był to duży wydatek. Przynoszenie trocin z piwnicy, „nabijanie” pieca i rozpalanie go było dość kłopotliwe i zajmowało trochę czasu. Za to później grzał przez wiele godzin; nawet do dwudziestu — zależnie od regulacji spalania. Na trociniaku stał zawsze duży czajnik. Wrzątek na herbatę był do dyspozycji niemal bez przerwy. Gorzej za to, zwłaszcza w późniejszych latach, było z herbatą. Trzeba się było zadowalać ziołową lub rozmaitymi namiastkami.

Na początku trociniak sprawiał trochę kłopotów. Trzeba było nauczyć się go obsługiwać i poznać jego humory. Nie lubił mglistej pogody bez wiatru. Zdarzało się, że wtedy dymił.

Na środku pokoju stołowego stał owalny stół, który w złożonym stanie mieścił wygodnie osiem osób. Pod ścianą od strony korytarza znajdował się duży stół prostokątny, we wnęce od strony gabinetu Ojca mieściło się pianino, zaś przy ścianie naprzeciw — dwa wielkie kredensy obok siebie. Jeden mojej Mamy, drugi Ciotki Rzewnickiej (pozostawiony u nas, gdyż nie mieścił się w jej skromnym mieszkaniu na Tamce). Po przeprowadzce Rzewnickich na aleję Niepodległości Ciotka kredens swój zabrała. Wydawało się nam wtedy, że pokój jest dziwnie pusty… Przed drzwiami balkonu stał jeszcze duży kwietnik zastawiony doniczkami i skrzynkami z ozdobnymi roślinami.

Nad drzwiami do sypialni wisiały dwa wielkie gliniane talerze. Płaskorzeźby na ich dnach przedstawiały scenki z typowej niemieckiej piwiarni. Jeden z nich spadł z ogromnym hukiem w okresie okupacji — gruby sznur, na którym wisiał, sparciał całkowicie. Nie było mnie wtedy w domu; domownicy opowiadali, że huk był przy tym, jak przy wybuchu granatu. Szczęśliwe nikt nie przechodził w tym momencie z sypialni do stołowego, bo skutki mogłyby być tragiczne; talerz ważył z 10 kilogramów, a mieszkanie było bardzo wysokie.

We wnęce nad pianinem wisiał duży obraz przedstawiający wnętrze kaplicy. Po obu jej stronach siedzieli w stallach w kilku rzędach zakonnicy. W głębi widać było ołtarz. Obraz był bardzo stary, chyba pędzla nie najlepszego malarza. Podobno był w rodzinie Sobolewskich „od zawsze”. Między pianinem i oknem wisiał szafkowy zegar firmy Le Roi. Chodził doskonale, ale nie znosił najmniejszego poruszenia podczas nakręcania.

Pod zegarem na ścianie wisiał staroświecki telefon w drewnianej obudowie. Zjawił się u nas w roku 1928 po śmierci Babki Bernhardt. Odziedziczyliśmy telefon i numer 23–61. Po wprowadzeniu centrali automatycznej (chyba w roku 1932) dodano nam jeszcze jedną dwójkę na początku, tak że mieliśmy numer 223–61. Numer ten pamiętam doskonale (podobnie jak kilka innych przedwojennych), a także pewne zdarzenie z nim związane. W połowie lat 60., a więc 20 lat po tym, jak dom nasz przestał istnieć, telefonowałem do mego mieszkania przy ulicy Brackiej. Byłem czymś zdenerwowany i bardzo się spieszyłem. Chciałem zawiadomić żonę, że wrócę do domu później niż się umówiliśmy. Wykręcałem numer kilka razy i nie uzyskiwałem połączenia. W pewnej chwili zorientowałem się, że wykręcam przedwojenny pięciocyfrowy numer 223–61, a w Warszawie były wówczas już wyłącznie numery sześciocyfrowe.

Z drugiej strony okna balkonowego wisiały, w wąskich czarnych ramkach, klasyczne w swej formie fotografie: maturalna klasa mego Ojca oraz grupa studencka dziadka Sobolewskiego. Fotografie uczniów i studentów miały kształt owalny, a pod każdą z nich było wypisane imię i nazwisko. Fotografie belfrów były nieco większe i kwadratowe. Fotografię dyrektora wpleciono w herb szkoły, a rektora (dziekana?) w inicjały uniwersytetu.

W kilka lat po wojnie poznaliśmy z Ojcem pana Andrzeja Sperla, wnuka profesora Sperla z kieleckiego gimnazjum, nauczyciela mego Ojca. Uratował on notatniki swego dziadka z nazwiskami uczniów, stopniami, uwagami itp. W jednym z nich figurowało nazwisko Ojca i rzeczywiście tylko bardzo dobre oceny.

Oglądając maturalną fotografię Ojca trudno mi było uwierzyć, że ten smarkatowato wyglądający młodzieniec z bujną czupryną i mój Ojciec łysy jak kolano (innym go nie pamiętam) to ta sama osoba. Po oczach tylko można było poznać, że nie ma pomyłki na fotografii. A właściwie była: w podpisie pod owalem zgubiono literę „t” na końcu nazwiska. Historia lubi się powtarzać. Wielokrotnie w moich różnych bardziej i mniej ważnych dokumentach i pismach także gubiono tę literę.

Z pokoju stołowego wchodziło się do bardzo długiego korytarza, z którego na lewo kolejno znajdowały się drzwi do WC, łazienki, pokoju dziecinnego (zwanego też “małym”), pokoju służbowego i kuchni. Po prawej stronie, tuż przy drzwiach, znajdowała się dwupalnikowa kuchenka gazowa. Ułatwiało to przygotowywanie kawy i herbaty, a także podgrzewanie różnych wyszukanych specjałów przed ich wjazdem na stół. Na końcu korytarza była duża kuchnia z piecem węglowym, z którym ciągle były jakieś kłopoty. Wielokrotnie była mowa o zastąpieniu go nowoczesną kuchnią gazową, ale nigdy do tego nie doszło.

W kuchni, pomiędzy oknem i drzwiami na kuchenną klatkę schodową, stała największa dla mnie i nigdy nie wyjaśniona tajemnica naszego mieszkania. Był to duży, bardzo staroświecki drewniany kufer z solidnymi okuciami, zamknięty na kłódkę. Wielokrotnie pytałem Mamę, co się w nim znajduje. Mama odpowiadała niechętnie, że stare szpargały i graty i zawsze zmieniała temat rozmowy. Kilkakrotnie ustalaliśmy termin porządków w kufrze, ale zawsze okazywał się on niemożliwy do dotrzymania. Do dziś nie wiem, co było w środku. Może naprawdę nic ważnego, jak mówiła Mama.

Frontowa część naszego domu miała trzy piętra. Oficyny — cztery. Wysokość budynku była jednak wszędzie jednakowa. Mieszkania w oficynach były niższe niż frontowe. Z tego powodu schody na klatce kuchennej miały bardzo skomplikowaną konstrukcję. Zdarzyło mi się kiedyś (a nie byłem już wtedy małym chłopcem), że dzwoniłem z uporem do sąsiadów pod nami, będąc przekonanym, że jestem przed kuchennymi drzwiami naszego mieszkania.

Skrytki

W stołowym pokoju nad stołem wisiała wielka, stara lampa naftowa, przerobiona na elektryczną. Miała abażur z lekko marszczonego blado-żółtego materiału i mosiężną, szeroką blaszaną obręcz pod abażurem. Pod tą obręczą wisiały krótkie sznury mlecznych paciorków, rozmieszczone tak gęsto, że tworzyły jakby dodatkowy dolny abażur. Prosty system, trzech ozdobnych mosiężnych łańcuchów, trzech kółek pod sufitem i przeciwwagi w postaci dużej kuli, umożliwiał podnoszenie i opuszczanie lampy w zakresie około pół metra. Przeciwwaga wytłoczona z mosiężnej blachy składała się z dwóch części skręconych ze sobą. Wewnątrz znajdował się śrut ołowiany, taki, jakiego używano w nabojach do dubeltówki, przeznaczonych np. na zające.

Na początku okupacji śrut ten został wymieniony na podobny, może tylko nieco grubszy, ale odlany ze złota i bardzo starannie pokryty warstwą czarnego matowego lakieru. Ten ostatni zabieg okazał się zbyteczny, gdyż podczas kilku rewizji jakie odbyły się podczas okupacji w naszym mieszkaniu, nikt nigdy nie zajrzał do wnętrza przeciwwagi.

Źródłem surowca dla nowego śrutu była stara, bardzo już zniszczona złota papierośnica, jakieś stare obrączki, uszkodzone broszki i kolczyki oraz złote pięciorublówki tzw. świnki. Nie wiem, ile ważył ten „skarb”, myślę, że ponad kilogram, gdyż lampa była dość ciężka i inaczej przeciwwaga nie spełniłaby swego zadania. Nie zostałem dopuszczony do tajemnicy podczas przygotowywania i chowania „skarbu”. Musiało to być zrobione bardzo sprawnie, gdyż w tym czasie trudno było przede mną ukryć cokolwiek w domu. O tajemnicy dowiedziałem się dopiero w połowie 1942 roku.

Drugi schowek, o zupełnie innym przeznaczeniu, znajdował się w WC. Istniał tam jeszcze przed pierwszą wojną. Nie wiem, czy został przygotowany przez dziadka Sobolewskiego, czy też urządził go jeszcze poprzedni lokator. Mieścił się pod samym sufitem — mieszkanie, przypomnę, było bardzo wysokie: miało 12 stóp (ok. 370 cm). Z sufitu wystawały fragmenty rur kanalizacyjnych i wodociągowych. Jedna z nich dawała się stosunkowo lekko odkręcać. Miała jednak „lewy” gwint i trzeba było nią kręcić w odwrotną stronę niż przy odkręcaniu pozostałych. Po odkręceniu odsłaniała głęboki schowek w rurze tkwiącej w suficie. Oczywiście nie miała ona żadnego połączenia ani z kanalizacją, ani z siecią wodociągową.

Ubikacja miała pod sufitem niewielkie okienko do łazienki. Jego matowa, i chyba nigdy w czasie okupacji nie myta szyba, przepuszczała tak niewiele światła, że nawet w najbardziej słoneczne dni w ubikacji było bardzo ciemno i zarysy rur pod sufitem były ledwo widoczne. Lampa elektryczna wisiała na dość długim sznurze i od góry była osłonięta blaszanym białym talerzykiem. Tak więc nawet po jej zapaleniu pod sufitem panował zawsze półmrok.

Schowek ten był bardzo kłopotliwy, gdyż umieszczenie drabiny w ciasnej ubikacji było zadaniem nie mniej trudnym niż wejście na nią i odkręcenie rury. Nadawał się do ewentualnego dłuższego przechowywania niezbyt dużych przedmiotów lub zwiniętych w rulon dokumentów.

Przed wojną Mama chowała w nim swoją biżuterię i papiery wartościowe, gdy wyjeżdżaliśmy wszyscy na wakacje i urlopy, a mieszkanie pozostawało puste. Co tam było podczas okupacji — nie wiem. Mama nie mówiła, ja nie pytałem. Nauczono mnie, że niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć.

O robocie konspiracyjnej nigdy w domu nie rozmawialiśmy. Oczywiście rodzice orientowali się, że i ja, i moja starsza siostra byliśmy w coś zaangażowani, ale temat ten stanowił tabu. W jakiejś konspiracyjnej działalności „medycznej” brał także udział Ojciec. Pojawiali się zupełnie nietypowi pacjenci. Przynoszono i wynoszono paczki lekarstw, środków opatrunkowych, podstawowych narzędzi lekarskich. Ponieważ nie dawało się tego ukryć przed domownikami, oficjalnie nazywało się, że to koledzy Ojca wysiedleni z Pomorza czy Poznańskiego dorabiają sobie (jak większość ludzi w tym czasie) handlem tymi artykułami, a Ojciec im w tym trochę pomaga. Była to oczywista nieprawda. Ojciec nigdy nie zajmował się żadnymi interesami handlowymi. Jak sam o sobie mówił, miał taką głowę do interesów, że gdyby zaczął handlować trumnami, to ludzie przestaliby natychmiast umierać.

Wydawało mi się przez długi czas, że Mama nie była zaangażowana w żadną robotę konspiracyjną. Nie było nigdy tajemniczych wizyt, telefonów, nagłych wyjść z domu itp. Mama była zajęta wyłącznie kłopotami dnia codziennego, których w tym czasie nie brakowało. Dopiero pod koniec 1943 lub może na początku 1944 roku, wróciwszy niespodziewanie wcześniej do domu, zastałem Mamę z trudem wyciągającą drabinę z ubikacji. Pomogłem przy tej operacji i pamiętam doskonale każde słowo, jakie przy tym padło: „Mamo, zupełnie zapomniałem o tej skrytce, przecież teraz może się nam doskonale przydać”. „Zapomnij jeszcze raz i to zupełnie, na pewno nie ma tu ani pieniędzy, ani kosztowności” — odparła. Wiedziałem, że w takich sytuacjach nie należy więcej pytać, zwłaszcza Mamy. Podejrzewam, że w ubikacji musiała się znajdować tzw. „martwa skrzynka”, czyli miejsce dłuższego przechowywania dokumentów, obsługiwana przez osobę, która na co dzień nie była pozornie w nic zaangażowana.

W 1945 roku, po powrocie do Warszawy, poszedłem na ulicę Miodową, na ruiny naszego domu. Resztki ruin sięgały zaledwie pierwszego piętra. Nasze mieszkanie było na drugim. Jedynie wypalone ściany łazienki i WC częściowo pozostały, ale nie było nad nimi stropu, a schowek był w suficie. Zresztą, jeżeli nawet zostały w nim jakieś dokumenty — choć raczej myślę, że podczas Powstania Mama je wyjęła — to i tak uległy spaleniu, jak cały dom i ci, co w nim zginęli.

W stołowym pokoju, w kredensie, w głębi za ozdobnymi kryształowymi szklankami, stał niepozorny, srebrny kubeczek ozdobiony skromnym wzorkiem. W kubeczku tym odkręcało się podwójne dno: wewnątrz mieściła się pieczęć Rządu Narodowego z czasów powstania styczniowego. Był to stalowy krążek o grubości ok. 3–4 i średnicy 35–40 milimetrów z głęboko wyrytym dużym orłem polskim oraz mniejszą pogonią litewską i archaniołem ruskim. Dookoła biegł napis „Rząd Narodowy”.

Była to rodzinna pamiątka Sobolewskich, bardzo przez Mamę ceniona. Zaszczyt oglądania pieczęci przysługiwał bardzo nielicznym i tylko kilku moich kolegów, szczególnie lubianych przez Mamę, go dostąpiło. Mama niezbyt chętnie wyjmowała kubek z kredensu, zawsze sama, ostrożnie odkręcała denko i wyjmowała pieczęć, którą po obejrzeniu i starannym wytarciu z podobnym namaszczeniem następnie chowała.

Podobno za młodych lat Mamy pod pieczęcią znajdował się jakiś dokument, który wypełniał pustą przestrzeń i uniemożliwiał poruszanie się pieczęci. Dokument ten przepadł w okresie pierwszej wojny światowej. Za mojej pamięci rolę wypełniacza spełniał krążek kartonu wycięty z pudełka do butów…

Goście

Dom rodziców był bardzo gościnny i przewijało się przez niego sporo ludzi. Z okazji imienin Ojca i Mamy odbywały się przyjęcia. Były też fajfy, brydże, kinderbale i zwyczajne wizyty towarzyskie. Imieniny rodziców obchodzono bardzo uroczyście. Za moich wczesnych lat dziecinnych przychodziło z tej okazji nawet po kilkadziesiąt osób. Do pomocy naszej gosposi „wypożyczano” wówczas, od rodziny, jeszcze dwie kucharki.

Część gości przychodziła po południu, popijała kawę i zajadała różne znakomite słodkości w salonie. Inni przychodzili na kolację.

Kolacje bywały niezwykle wystawne. Na stół wjeżdżały bażanty w piórach. Niestety nie brałem w nich udziału, bo byłem za mały. Pamiętam jednak doskonale gorączkowe przygotowania; kręciłem się po kuchni i w stołowym, byłem naprzemian to karcony za to, że przeszkadzam, to znów karmiony różnymi smakołykami podsuwanymi przez gosposię i jej pomocnice: „Niech też wie, że w domu są imieniny”. Pióra bażancie znakomicie przydawały się później w zabawie w Indian.

Po kolacji — zwłaszcza na imieninach Ojca — w salonie grano w brydża na dwa lub trzy stoliki. Rozkładane stoliki były kryte zielonym suknem, na którym zapisywano wyniki gry. Służyła do tego specjalna kreda prasowana w cienkie wałeczki. Zapis ścierano za pomocą odpowiednich szczoteczek.

W wieku 13–14 lat bardzo lubiłem przyglądać się grze w karty, a ponieważ nie przeszkadzałem i nie odzywałem się, pozwalano mi na to. Pewnego razu Ojca odwołano od stolika do telefonu. Było już po licytacji i rozgrywali przeciwnicy. Oddał mi swoje karty i powiedział ze śmiechem „dokładaj do koloru, chyba potrafisz”.

Rozmowa telefoniczna Ojca przeciągała się. Rozdano ponownie karty. Zebrałem karty Ojca i uporządkowałem je; ktoś wyrwał się z licytacją, włączyłem się do niej i wypadło to zupełnie nieźle. Tak przynajmniej stwierdził Ojciec po powrocie do gry. Przy następnych okazjach coraz częściej zdarzało mi się zastępować Ojca w grze. Brydż pasjonował mnie coraz bardziej. W ostatnich dwóch latach przed wojną grywałem dość często z kolegami. Uchodziłem w tym towarzystwie za dobrego gracza. Mama była z tego bardzo niezadowolona, gdyż, jak twierdziła, uczniacy nie powinni grać w karty.

W okresie okupacji grywałem bardzo dużo, często przez całą noc. Wczesna godzina policyjna zmuszała nieraz do pozostawania na noc, a ponieważ nie u wszystkich znajomych i kolegów były warunki do przenocowania, zdarzało się, że graliśmy w karty do rana. W tym miejscu trzeba przypomnieć, że nie było wówczas telewizji, a posiadanie radioodbiornika było zabronione pod karą śmierci (obozu koncentracyjnego w „najlepszym” przypadku).

Grywałem w brydża jeszcze w pierwszych latach powojennych, choć niezbyt często i nie tak zapamiętale jak dawniej. Później karty wręcz mi obrzydły, gra mnie nudziła i w latach pięćdziesiątych przestałem grać zupełnie.

Z czasów studenckich przypominam sobie pewną przygodę brydżową. Udzielałem się wówczas w Kole Młodych Automobilklubu. Któregoś dnia, czekając na kolegów, z którymi mieliśmy pomagać przy organizacji jakiejś imprezy sportowej, przyglądałem się grze w karty. Grały rekiny owych czasów: jakieś fisze urzędowe i wybrańcy prywatnej inicjatywy (jak się później dowiedziałem, na ogół współpracujący lub wręcz pracujący w bezpiece). Ktoś z grających wyszedł i zabrakło czwartego. Zaproponowano mi udział w grze. Wiedziałem, że grają wysoko i że nie są to partnerzy dla moich możliwości finansowych. Wyłożyłem im moje obiekcje. Odpowiedzieli, że grają dla przyjemności i że ustalimy stawkę symboliczną. Trochę mnie to peszyło, ale wiedziałem, że jeżeli nie popełnię kardynalnych głupstw i nie będę miał wyjątkowego pecha, to ewentualna przegrana może stanowić wyrwę w moim budżecie, ale będzie jeszcze do wytrzymania.

Przebieg gry był przeciętny. Po trzech robrach byłem nieznacznie wygrany. I wówczas okazało się, że moi partnerzy liczą nie „duże” lecz „małe” punkty, czyli stawka jest 100 razy większa. Moja mała wygrana okazała się więc całkiem duża w złotówkach, ale lepiej nie myśleć co by było, gdybym przegrał. Na szczęście przyszli już koledzy, na których czekałem. Przeprosiłem i odszedłem od stolika nie ryzykując dalszej gry.

Podobno gra w karty była jednym ze sposobów werbowania współpracowników UB