Z carskiego imperium - Kajetan Abgarowicz - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 280 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Z carskiego imperium - Kajetan Abgarowicz

Kajetan Abgarowicz, publikujący pod pseudonimem Abgar Sołtan, polski dziennikarz, powieściopisarz i nowelista pochodzenia ormiańskiego. Zbiór szkiców „Z carskiego imperium” napisał w 1892 roku. W swojej twórczości wyrażał zainteresowania kulturą huculską i pokazywał fascynujący świat styku kultur. Utwory autorstwa Abgarowicza często koncentrowały się też na tematyce życia szlachty podolskiej, ukazywały młodych ziemian prowadzących bujne życie towarzyskie i uczuciowe. Wśród najbardziej znanych utworów autora należy wymienić: „Klub nietoperzy” (1892), „Polubowną ugodę” (1894), „Z wiejskiego dworu” (1895), „Dobrą nauczkę” (1896).

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Z carskiego imperium - Kajetan Abgarowicz

Fragment ebooka Z carskiego imperium - Kajetan Abgarowicz




Spis treści

  1. KOLA ROKITIN
  2. VACÂR
  3. KSIĄDZ JAN
  4. JAK WIELU
  5. RUINY
  6. PRZYPISY
  7. KOLOFON

KOLA ROKITIN

Do rosyjskich moich przyjaciół.

Nazwisk waszych nie wymieniam – historia może je kiedyś zapisze.

Wam – z którymi wspólnie marzyłem – z którymi snułem plany szczęsnej przyszłości – nastania ery sprawiedliwości na ziemi – z którymi błądziłem po manowcach i bezdrożach ducha...

Wam – przyjaciołom z pierwszych dni młodości, tę opowieść o losach jednego z Was, poświęcam.

Autor

Wchodziłem do restauracji rozstrojony i w złym humorze; dziś był termin zapłacenia wekslu w banku, a brakowało mi kilkuset rubli do sumy, na którą był wystawiony; w myśli szukałem Żyda, od którego by najwygodniej pożyczyć.

Godzina była dwunasta – do ósmej wieczór weksel musi być zapłaconym, inaczej...

Kazałem podać śniadanie, tymczasem stałem przy bufecie, patrząc na nalany kieliszek starki; nie było do kogo wypić.

W tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł słuszny, piękny mężczyzna, w mundurze urzędnika policyjnego. Twarz jego od pierwszej chwili uderzyła mnie; gdzieś w życiu twarz tę widziałem: te oczy duże, siwe, rozumne, a jakąś dziwną, melancholijną mgłą przysłonięte, te rysy regularne, klasyczne prawie, uśmiech ten sympatyczny – gdzie ja go spotkać mogłem? a jednak na pewno znałem go kiedyś.

Przybyły równie ciekawie patrzył na mnie, ale widać lepszą miał pamięć, bo wkrótce wyraz niekłamanej radości zapanował na pięknej twarzy, ręce wyciągnął jak do uścisku i wnet był tuż przy mnie.

– Ty mienia nie uznał – zawołał na wpół wesoło, na wpół smutnie – nie poznałeś mnie, nie dziwię się, pod tym mundurem trudno poznać.

– Czemuż bym cię poznać nie miał? – odparłem swobodnie, poznając w rzeczy samej dopiero teraz, po głosie. Ciebie nie poznać, ciebie Nikołaja Pawłowicza, ciebie Kolę Rokitina – i wyciągnąłem dłoń do serdecznego uścisku.

– Nie dziwiłbym się był, gdybyś mnie nie był poznał – mówił z wyrazem głębokiego smutku – wielu mnie już nie poznaje, ja sam siebie czasem poznać nie mogę pod tym mundurem, pomyśl tylko, ja, Rokitin, policmajstrem w Kamieńcu!

– Hej! Czeławiek, wódki – zawołał opryskliwie i gwałtownie, jakby pragnąc zagłuszyć smutne myśli. – Napij się do mnie, tak, jak za dawnych czasów – rzekł, zwracając się ku mnie – czasy-bo to były czasy, wesoły wiek młodości, pamiętasz, co?

I wychylił jednym haustem spory kielich oczyszczonej.

– Co u ciebie słychać? – pytał pospiesznie, nie dając mi przyjść do słowa i uprzedzając moje pytania – co porabiasz? Ożeniłeś się?

– Nie! Dotychczas nie.

– To może i szczęśliwiej; ja, ja miałem żonę, nie mam już jej, mam drugą, bez popa się obeszło. Przyjaciółka, druh serdeczny, aż tu za mną przyjechała, w urzędowaniu mi dopomagać, ha! ha! ha! dopomagać.

Rozśmiał się przykrym nerwowym śmiechem.

– Napijesz się jeszcze? Kieliszek jeden, co?

– Nie mogę teraz, mam dziś interesy w mieście. Przyniesiono mi śniadanie, usiadłem przy stole.

– To ja sam się napiję – mówił Rokitin – muszę dziś wypić. Hej! Tam, drugi kieliszek.

Wypił i patrzył na mnie, śmiejąc się nieprzyjemnie.

– A co? Ładnie się urządziłem, spoglądasz na mnie i nie możesz zrozumieć. Rokitin, jeneralski syn, gwardyjski oficer, w policyjnym mundurze, nie maskarada to, nie, ja rzeczywiście jestem policyjny czynownik.

– Różnie się plecie na tym bożym świecie – odparłem bezmyślnie smutnym głosem – i mnie nie tak wesoło, nie tak swobodnie, jak było przed dziesięciu laty. Inne czasy, inni ludzie.

– Przed dziesięciu laty – przerwał mi gorączkowo – oh, przed dziesięciu laty, pamiętasz mnie w huzarskim mundurze, za Dunaj szliśmy, trzy miesiące u ciebie chleb i sól jadłem, gdzie tam, mleka ptasiego nie brakło mi nawet. – Przy tych słowach rozczulił się, rękę mą pochwycił i rozrzewnionym głosem, ze łzami prawie mówił: Wierz mi, że to jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu, czemu ja zostać przy was nie mogłem? co matka twoja porabia?

– Nie żyje! Odparłem smutnie.

– Umarła – powtórzył i głowę na piersi opuścił; smutek prawdziwy dźwięczał w tym jednym słowie; ujął mnie tym za serce. – A siostra?

– Od pięciu lat zamężna, i szczęśliwa.

– Chwała Bogu, chwała Bogu – szeptał cicho.

– Bywaj zdrów, do widzenia – rzekłem powstając, i skinąłem na służbę, by należne za śniadanie pieniądze zapłacić. – Ty Kola zostajesz tu, w mieście, ja tu często bywam dla interesów, zobaczymy się jeszcze nieraz; dziś spieszę, bo mam dużo zajęcia.

– Czy i ty mnie się wstydzisz? – szepnął cichym, ponurym głosem. – Ja wiem, rozumiem doskonale, ten mundur nikomu miłym być nie może. A jednak proszę cię, przez pamięć naszej dawnej przyjaźni, zrób mi tę laskę, zostań dziś ze mną, bo straszny to dzień w moim życiu, oh! Oh, straszny, okropny dzień. Zostań, obiad razem zjemy, może już w życiu nie spotkamy się więcej. Zostań, opowiem ci, co ja dziś przeszedłem?

Taka boleść drżała w tym glosie, takimi błagalnymi oczyma spoglądał, że żal mi się go zrobiło; ale iść musiałem, odparłem więc pospiesznie głosem stanowczym, nie dopuszczającym dalszych próśb:

– Teraz zostać nie mogę, ale jeżeli tego pragniesz, to o piątej, pól do szóstej, jak swoje sprawy załatwię, przyjdę tu na obiad; przyjdź i ty, pomówimy o dawnych czasach, miło mi będzie wspomnieć o nich – do widzenia.

– Czekaj i ja wyjdę, do hotelu cię odprowadzę – odpowiedział, chwytając czapkę i wychodząc wraz ze mną. – Widzisz – mówił idąc – gdybym tam został, tobym musiał pić, a chcę z tobą jeść obiad, chcę przyjść trzeźwym do obiadu.

Prędko przeszliśmy kilkaset kroków, oddzielających jedyną w mieście restaurację od hotelu, w którym zatrzymałem się; przy bramie pożegnałem go i wszedłem do mego mieszkania – czekać na Żyda, od którego miałem nadzieję pożyczenia pieniędzy, brakujących mi do zapłacenia bankowego wekslu.