Wzięłam pigułę...  Posłuchaj mojej historii - Giorgia Benusiglio - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Jedność Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2011

Wzięłam pigułę... Posłuchaj mojej historii ebook

Giorgia Benusiglio

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 149 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wzięłam pigułę... Posłuchaj mojej historii - Giorgia Benusiglio

Normalna, spokojna dziewczyna z kochającej rodziny. Uczy się, ma chłopaka. Pewnego wieczoru w dyskotece postanawia spróbować ecstasy. Tylko pół pastylki. Wywołuje ona zapalenie wątroby, ratunkiem jest jedynie błyskawiczny przeszczep. Udaje się. Giorgia staje się głosem przestrogi dla innych młodych, by wiedzieli, co zrobić, gdy na ich drodze pojawią się narkotyki. Okazji nie brakuje. Nawet pierwsza, „niewinna” próba może się skończyć tragicznie.

"Wzięłam pigułę" jest wzruszającą, trzymającą w napięciu opowieścią o naiwności, beztrosce, jednej chwili zapomnienia. Prawdziwa do granic wytrzymałości opowieść o chorobie, cierpieniu, otarciu się o śmierć i o złudnym poczuciu bezpieczeństwa, w którym żyją rodzice i ich dzieci. A nade wszystko o obłudzie tych, którzy tworzą prawo zezwalające na używanie niektórych narkotyków, a także o rodzajach narkotyków – nawet takich oferowanych dzieciom, by miały siłę jak najdłużej się bawić…

Tę historię powinien poznać każdy nastolatek, bo nigdy nie jest za wcześnie, by poznać zabójczą moc narkotyków, a także wszyscy rodzice i inne osoby, którym zależy na szczęściu ich podopiecznych, wchodzących powoli w dorosłość.

Opinie o ebooku Wzięłam pigułę... Posłuchaj mojej historii - Giorgia Benusiglio

Fragment ebooka Wzięłam pigułę... Posłuchaj mojej historii - Giorgia Benusiglio







Giorgia Benusiglio i Renzo Agasso

WZIĘŁAM „PIGUŁĘ”…

Posłuchaj mojej historii


Alessandrze
Jej wyjątkowej rodzinie
Mojej wyjątkowej rodzinie
Kocham was


Tytuł oryginału: Vuoi trasgredire?

Non farti!


© EDIZIONI SAN PAOLO s.r.l. 2010 – Cinisello Balsamo (MI)


© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2011


Przekład z języka włoskiego

Krystyna Kozak


Redakcja i korekta

Zofia Korzeńska


Redakcja techniczna

Wiktor Idzik


Projekt okładki

Justyna Kułaga-Wytrych


Zdjęcie na okładce

Giorgia Benusiglio

(wykonał Angelo Radaelli)


ISBN 978-83-7660-556-2


Wydawnictwo JEDNOŚĆ

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży tel. 41 349 50 50

Redakcja tel. 41 349 50 00

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Skład wersji elektronicznej:

Marcin Satro

© Copyright Wydawnictwo JEDNOŚĆ


HISTORIA PRAWDZIWA

Jest to prawdziwa historia, choć przypomina scenariusz filmowy. Historia prawdziwa i trudna, która wydarzyła się w Mediolanie, we Włoszech, w 1999 roku. Wspaniała dziewczyna z porządnej rodziny na dyskotece połknęła pół tabletki ekstazy. Myślała tak samo, jak wielu: jeden raz, to nic takiego… Przecież od połówki tabletki się nie umiera… Wszyscy to robią, ja też spróbuję, jeden raz, cóż się stanie… Przecież od tego się nie umiera… Tak myślała Giorgia Benusiglio 16 października 1999 roku na pewnej dyskotece w Desenzano nad Gardą. Giorgia, która nie ma problemów w szkole. Giorgia, która ma wspaniałą rodzinę. Giorgia, która ma wspaniałego chłopaka. Giorgia, która nie pije, bo tak się nie robi. Przecież od tego się nie umiera – myślała Giorgia owej nocy. Przecież się nie umiera.

Pół tabletki ekstazy. A jednak się umiera, z powodu połówki tabletki ekstazy. Teraz Giorgia to wie. Gdyż Giorgia mogła umrzeć w ciągu kilku godzin. Jak jej wątroba zamordowana przez narkotyk. Musieli ją wymienić, tę wątrobę. Na szczęście natychmiast znalazł się dawca. Inna dziewczyna taka jak ona, Alessandra, z Ankony we Włoszech. Która zginęła w sobotnią noc. Nie brała narkotyków, nie; nie była też pijana. Wypadek, jeden z tysiąca – tysiąca? – spowodowany narkotykami i alkoholem. Te trucizny są utrapieniem i torturą wielu, zbyt wielu rodzin w weekendy.

Śmierć Alessandry stała się życiem Giorgii. Żywa wątroba jednej zastępuje martwą wątrobę drugiej. W tajemniczej, wielkodusznej, a zarazem okrutnej wymianie miłości. Łzy bólu z powodu przerwanego życia. Łzy radości z powodu życia odnalezionego. Część Alessandry na zawsze będzie żyła w Giorgii. Silniejsza od śmierci jest miłość.

Przecież nie umiera się z powodu połówki tabletki ekstazy. Giorgia nie umarła. Dzięki wątrobie Alessandry. Dzięki zręczności lekarzy. Dzięki rodzicom, siostrze, przyjaciołom, z których nikt nie szczędził wyrazów miłości, współczucia i nadziei. Giorgia nie umarła także dzięki Giorgii. Osobie nieustępliwej, kruchej niczym trzcina miotana wiatrem, ale silnej jakąś wewnętrzną i tajemniczą siłą, potężnej i nieustępliwej. Giorgia nie umarła. Ale przeszła całą drogę krzyżową cierpienia. Niczego jej nie oszczędzono. Po przeszczepie powrót pod skalpele. Intensywna terapia z tymi wszystkimi rurami i rurkami powkładanymi w ciało, z wychudzeniem niczym u więźnia z Auschwitz. Tysiące drobnych gigantycznych codziennych problemów. Może nawet pokusa poddania się. Nowotwór macicy. Tysiące środków ostrożności. Nocne lęki. Osamotnienie. Zmarli na sali obok. Przecież nie umiera się z powodu połówki tabletki ekstazy. A jednak…

O czym myślała Giorgia w ciągu tych miesięcy w szpitalu? Czy zobaczyła niczym w filmie – w tej historii, która przypomina scenariusz filmowy – tę chwilę, tę noc, tę połówkę tabletki? Pewnie milion razy zastanawiała się, dlaczego. Dlaczego wpadłam? Dlaczego uwierzyłam, że ujdzie mi to na sucho? Dlaczego chciałam spróbować? Przecież wiedziałam, że narkotyki szkodzą. Dlaczego byłam tak głupia, tak powierzchowna, tak słaba? I dlaczego nikt mnie nie przestrzegł? Dlaczego Ministerstwo do spraw społecznych powiedziało, że wystarczy uważać, jak się bierze te tabletki? Dlaczego w tym kraju nie zwalcza się narkotyków na poważnie, dlaczego społeczeństwo uchyla się od tego kosztem młodzieży, dlaczego ciągle jeszcze mówi się o narkotykach miękkich i narkotykach twardych? Dlaczego nie mówi się, że narkotyki oznaczają śmierć? Dlaczego rzeka narkotyków płynie przez Włochy, a nikt nic nie robi?

Na tym szpitalnym łóżku Giorgia podjęła postanowienie. Muszę coś zrobić. Żeby innym nie przydarzyło się to, co mnie. Żeby nikt już nie mógł powiedzieć: ja nie wiedziałem. Muszę świadczyć o tym, że owszem, umiera się z powodu takiego głupstwa. Z powodu połówki tabletki ekstazy. Umiera się, jeżeli nie ma jakiejś Alessandry, która cię ocala; jeżeli nie ma wspaniałego lekarza, który bierze cię za uszy i przywraca życiu. Umiera się. Pójdzie powiedzieć o tym tam, gdzie jeszcze jest czas. Do szkół. Podstawowych i gimnazjów, gdyż nigdy nie jest za wcześnie, aby mówić o narkotykach. Co więcej, po gimnazjum jest już za późno. W ten sposób Giorgia i jej tato Mario – który stał się ekspertem – chodzą od klasy do klasy, aby odpowiadać na pytania młodzieży i rodziców. Prowadzą profilaktykę. Taką najprawdziwszą. Jest to nowe życie Giorgii Benusiglio; Giorgii, która z bliska oglądała śmierć; Giorgii, która mówiła: przecież od tego się nie umiera. Giorgii, która teraz wie, że się umiera, i która chce, aby wszyscy to wiedzieli, aby dobrze wbili to sobie do głowy. Potem niech robią, co chcą, to ich życie. Ale przynajmniej niech wiedzą.

Na szpitalnym łóżku narodziła się nowa Giorgia. A może lepiej: po prostu odrodziła się dawniejsza Giorgia. Przeżyła niejako drugie narodziny. Coś, co nie wszystkim się zdarza. Ona o tym wie. I chce oddać część tego, co otrzymała. Nigdy nie będzie mogła oddać wątroby – a zatem życia – Alessandrze. Ale może będzie mogła sprawić, że ten czy tamta przynajmniej ustrzeże się, pozostanie poza obiegiem narkotyków, nie da się weń wciągnąć, nie będzie myśleć jak ona i wielu innych: przecież od tego się nie umiera, z powodu takiej błahostki.

Giorgia była wspaniała, gdyż zechciała wyjść na otwarte pole. Podjąć nierówną walkę. I niepopularną. Bo przyznajmy: ulegliśmy narkotykom. Godzimy się na współistnienie z nimi, pogodzeni. Ostatecznie – myśli wielu – nie jest to największe zło. Jeśli ktoś wykituje, tym gorzej dla niego; jest to naturalna selekcja i słabi giną, zawsze tak było. A Giorgia chce prowadzić wojnę z wiatrakami. Łatwo przewidzieć uśmieszki współczucia: biedaczka, to zrozumiałe, sparzyła się, a teraz chce robić z siebie Joannę d’Arc. Stracony czas dla poprawnie myślących (kto wie, dlaczego nazywamy ich poprawnie myślącymi, skoro myślą źle?).

I Giorgia rzuca wyzwanie wiatrakom. Bez zbytnich kalkulacji, nie oczekując cudownych rezultatów. Po prostu sieje. Zawsze coś zapuści korzenie, wyrośnie i wyda owoc. Nie zamknęła się – co mogła zrobić i nikt nie miałby jej tego za złe – w tumiwisizmie: ja z tego wybrnęłam, inni niech sobie radzą. Mogła wyjść z tego z nienawistnymi uczuciami zamknięcia na świat. Ale przeciwnie, otworzyła się jeszcze bardziej. Ze swego prywatnego cierpienia uczyniła narzędzie odkupienia dla wszystkich. To niemało. Zwłaszcza dla tak młodej dziewczyny.

Ta książka jest kolejnym wkładem Giorgii w walkę z wiatrakami. Jest kroniką tych długich i straszliwych dni, tego życia, które umykało, a zostało uchwycone. To długa historia, owszem. Także historia cudów medycyny i przeszczepów. Ale przede wszystkim jest to historia miłości. Miłości bezinteresownej, która ocaliła Giorgię. Miłości, którą teraz ona bezinteresownie zwraca. Jest to odważna i szczera opowieść o słabości i kruchości człowieka. O prawdziwej historii zrekonstruowanej przez jej bohaterów: Giorgię, mamę, tatę i dwóch niezwykłych lekarzy. Wszyscy oni wspominają te dni, przywołując swój punkt widzenia. Wszyscy opowiadają o przeżywanych uczuciach, emocjach, lękach i radościach. Wszyscy potwierdzają słowa pozostałych. Małe puzzle wrażeń, które pozwalają nam zrozumieć, jak cenne jest życie i że nie można go zniszczyć połówką tabletki ekstazy.

Na tych stronnicach narkotyki zawsze pozostają w tle, nigdy nie są na pierwszym miejscu. Ale to wszystko, co się zdarzyło i co książka dokumentuje, jest z winy narkotyków. Każda chwila cierpienia Giorgii i innych bohaterów, każda chwila walki lekarzy o życie, każda łza i kropla potu – wszystko od nich się wywodzi. Od tej połówki tabletki ekstazy. Od narkotyków. Od przeklętych narkotyków, z którymi wszyscy dziś żyjemy, nie oburzając się, nie gorsząc, już nie walcząc. Ta książka jest niczym dzwonek alarmowy czy znak drogowy: wskazuje na niebezpieczeństwo. Narkotyki zabijają.

Ktoś zaprotestuje: dobrze, Giorgia miała pecha, wielu bierze ekstazę i całe mnóstwo innego świństwa i nie umiera. Ale to nie kwestia pecha. A poza tym: co to jest pech? Nie, rzecz w czym innym. Kto, biorąc narkotyki, może powiedzieć: mnie nigdy nic się nie przydarzy? Wystarczy, że w danym środku jest coś, czego jego organizm nie toleruje. Kto tak naprawdę wie, co się znajduje w tabletkach, i w jakiej ilości? Kto może powiedzieć, jak zareaguje jego ciało? Ile takich Giorgii uratowano, a ile nie? Czy warto rzucać takie wyzwanie życiu?

Od tego się nie umiera. Zbyt wielu młodych ludzi – pomimo tego wszystkiego, co dzisiaj wiadomo, a czego wcześniej jeszcze nie wiedziano – ma ciągle takie szalone myśli, które urzeczywistnia w każdy weekend. Przecież od narkotyków się nie umiera. Przecież od alkoholu się nie umiera. Przecież od szybkości się nie umiera. A jednak tak, umiera się. Do tego coraz częściej uśmierca się innych, bierne ofiary, które nie mają z tym nic wspólnego. Istnieje jakaś obojętność wobec życia własnego i innych, która staje się pogardą dla siebie i dla innych. Gra się nim jak w ruletkę, zamiast je przeżywać. Zamiast oddać je na służbę innym. Zaangażować w jakąś słuszną sprawę. Szokująco lekko marnuje się największe dobro.

Giorgia – i dzięki Bogu wielu takich jak ona – mówi nam, że inne życie jest możliwe. Bez narkotyków i dopalaczy. A tymczasem młodzi ludzie umierają, zabijają siebie i zabijają innych. Sert (Servizi per le Tossicodipendenze: agenda systemu opieki zdrowotnej we Włoszech zajmująca się zapobieganiem, leczeniem i rehabilitacją osób uzależnionych od narkotyków i alkoholu – przyp. tłum.) ponosi porażkę, wspólnoty pustoszeją z powodu braku pieniędzy, ale też i dlatego, że już nikt nie czuje się narkomanem, zatem skąd potrzeba wychodzenia z tego? A poza tym wychodzenia z czego?

Właśnie, narkotyki stały się symbolem statusu, kokaina krąży na porządnych (przepraszam, złych) salonach, w biurach, w lokalach zamkniętych, w miejscach uprawiania polityki, w świątyniach finansjery. W telewizji żartują: Czym się zaciągnąłeś? Co paliłeś? Jeśli potem pojawi się jakiś trup, tym gorzej dla niego, kto się tym interesuje. Aż do następnego. Choć ostatnio nawet zmarli nie robią wrażenia. Chyba że są nie tylko pod wpływem narkotyków, ale też pijani, bez prawa jazdy, spoza Unii Europejskiej i zabiją pięcioro dzieci na przejściu dla pieszych.

W tak nieszczęsnym kraju Giorgia i inni (oraz inne) jak ona nie poddają się. Więcej, stawiają opór, stawiają opór, stawiają opór.

Renzo Agasso


TYLKO RAZ, NIC SIĘ NIE STANIE

16 października 1999 roku, niedawno skończyłam 17 lat. Urodziłam się w Mediolanie 27 lipca 1982 roku. Mam o trzy i pół roku starszą siostrę, Carlottę. Tato ma na imię Mario, a mama Giovanna, po prostu Gio. Mój ojciec zawsze powtarzał, że w naszym domu obowiązywała zasada kwalifikacji. Trzeba było dobrze się uczyć w szkole. Jeżeli uczysz się dobrze – wychodzisz; jeżeli nie uczysz się dobrze – nie wychodzisz. Dlatego uczyłam się tyle, by przynosić do domu dobre oceny i móc wychodzić. Dużo rozmawiałam z rodzicami, zawsze mieliśmy doskonałe relacje. W tym czasie miałam chłopaka, nasze rodziny znały się. Koledzy to ci ze szkoły. Wiele lat chodziłam na taniec klasyczny, potem trzy czy cztery na nowoczesny.

Zapisałam się do liceum językowego, gdyż mój ojciec prowadził biuro podróży, zamierzałam więc podjąć u niego pracę. I rzeczywiście potem próbowałam, ale nie odnalazłam się w tym. Zrozumiałam, że to nie moja droga, że nie tego tak naprawdę chciałam. Miałam dwa koty. Musiałam oddać je siostrze. Po przeszczepie nie mogłam mieć z nimi kontaktu, gdyż jedno ich drapnięcie mogło być dla mnie fatalne.

Co roku w lipcu spędzałam sama trzy tygodnie w Anglii, w niewielkim miasteczku. Moja mama nie chciała pozwolić mi na Londyn. Uczyłam się, poznawałam nowych ludzi. W sierpniu mój ojciec organizował wyjazdy zagraniczne dla całej rodziny. Wiele podróżowaliśmy. Lubiłam podróże. Od najmłodszych lat. Kiedy miałam sześć lat, zabrano mnie do Grecji. Rodzinnego kraju taty. Wraz z upływem czasu zapominasz. Ale pozostaje wspaniały bagaż kulturalny.

W dzieciństwie brakowało mi dziadków. Dwoje zmarło, zanim się urodziłam, jeden, gdy byłam mała. Babcia ze strony ojca chorowała na Alzheimera, starano się, bym się z nią spotykała.

Pogodna rodzina, zawsze żyło mi się w niej dobrze. Istniały pewne reguły. Zachowanie się przy stole. Rozkład dnia. Jako dzieci – spanie o dwudziestej pierwszej. Jeżeli był jakiś dobry film, na przykład Indiana Jones, tato pozwalał mi oglądać razem z nim do wpół do jedenastej. Ale wcześniej musiałam umyć zęby, w ten sposób byłam gotowa wskoczyć do łóżka. Coca cola była w domu zakazana, jednak w restauracji mogłam o nią poprosić. Surowe reguły, ale z pewną elastycznością. Rodzina jak najbardziej normalna.

W wieku 17 lat, jak prawie wszystkie dziewczęta, mogłam czasami wychodzić wieczorem na tańce. Dużo rozmawialiśmy o tym z rodzicami. Ufali mojemu chłopakowi. Oczywiście przestrzegali mnie przed narkotykami. Zawsze bardzo się ich bałam. Jako mała dziewczynka oglądałam kreskówki na ten temat i przeraziły mnie. Pamiętam, że zapytałam mamę: „Czy narkotyki istnieją?”. „Tak, istnieją”. Byłam przerażona. Z upływem czasu tato i mama mówili mi o kokainie, heroinie, marihuanie. Trzymałam się od tego z daleka.

Wiedziałam, że ekstaza to narkotyk. Przed szkołą rozdawano ulotki wydane przez Ministerstwo do spraw społecznych. W celu zmniejszenia niebezpieczeństwa. Przekaz był taki: bierzesz tylko pół tabletki, popij obficie wodą, nie mieszaj alkoholu. Rady do „panowania” nad substancją. Pomyślałam: zaszkodzi, ale raz nic się nie stanie, jest to tylko przekroczenie, pozostanie moją małą tajemnicą, nikt się nie dowie, nadal będę przynosiła dobre oceny, będę się zachowywała porządnie. Taki niejasny przekaz spowodował, że chciało się spróbować. Latem dwukrotnie przeprowadziliśmy eksperyment, dzieląc pomiędzy wszystkich jedną tabletkę. Potem 16 października 1999 roku na jednej z dyskotek w Desenzano nad Gardą wzięłam połówkę. Jedną ćwiartkę i drugą ćwiartkę. Nie chciałam ryzykować. Tańczyłam bez problemów. Następnego dnia źle się poczułam. Zaczęłam odczuwać dolegliwości. Nic wielkiego. Pomyślałam: to normalne po sobotnim wieczorze. Spokojnie. Prześpię się, zjem coś i będzie dobrze. I tak się stało. W poniedziałek poszłam do szkoły. Chodziłam wówczas do św. Augustyna, aby powtórzyć rok stracony po tym, jak nie dostałam promocji. Zemdlałam. Byłam bardzo szczupła, ważyłam zaledwie 45 kilogramów. Wyglądałam na chorą. Poszłam do dyrektorki i powiedziałam: źle się czuję, idę do domu. Czułam się na przemian dobrze i źle. Mój ojciec był na pewnym służbowym wyjeździe, a mama razem z nim, jak to czasami robiła. Byłam z moją siostrą i Francescą, która pomagała nam w domu. Mdlałam. Brakowało mi tchu. Pewnego dnia to właśnie Francesca poszła ze mną do apteki, aby zmierzyć mi ciśnienie. Ale w tym momencie czułam się dobrze, zatem było doskonałe. Nadal jednak miałam niepokojące oznaki. W tym czasie bardzo mało jadłam. Im gorzej się czułam, tym mniej jadłam. Pewnego wieczora zrobiłam sobie makaron z sosem i postanowiłam zjeść wszystko. Na siłę. Wtedy po raz pierwszy miałam objawy najostrzejsze. Ucisk podobny do tego, kiedy skacząc do wody, idziesz na dno i czujesz, jak gdyby ze dwadzieścia osób cię przygniatało. Takie miałam wrażenie. Siedziałam na kanapie, dzwonił telefon, a ja nie potrafiłam go odebrać. Przeraziłam się. Coś niezrozumiałego: chciałam się ruszyć, a nie mogłam. Nagle raptem mi przeszło. Minęło. Chwyciłam telefon. Mój chłopak chciał mi powiedzieć, że idzie grać w piłkę.

Następnego dnia znowu zemdlałam, tym razem w autobusie. Z powodu tłoku nie upadłam i w ciągu kilku sekund ocknęłam się. Niepokojące oznaki, które mnie stresowały. Których jednak najzupełniej nie łączyłam z połówką tabletki owego sobotniego wieczoru. Myślałam: coś nienormalnego się ze mną dzieje. Gdy przyszłam do szkoły, znowu zemdlałam. Wezwała mnie dyrektorka. Wbiła sobie do głowy, że jestem anorektyczką, chciała rozmawiać z moimi rodzicami. Powiedziałam, że są nieobecni. Zadzwoniła do domu i odebrała moja siostra. Było mi bardzo nieprzyjemnie.

Dwa ciastka ze śliwką na anoreksję

Carlotta nie chciała słyszeć o anoreksji. Można było o tym mówić wszystkim w rodzinie, ale nie jej. Zaniepokoiła się, pokłóciłyśmy się na całego. Wyrzucała mi: jak to możliwe? Czułam się bardzo źle. Zaczęłam myśleć: mówią, że anorektyczki nie zdają sobie sprawy ze swojej anoreksji, jeszcze wyjdzie na to, że jestem nią naprawdę. Zjadłam dwa ciastka ze śliwką. I powtarzałam: nie jestem anorektyczką, nie jestem anorektyczką, nie jestem anorektyczką, co też mówicie? I jadłam, jadłam. W ten sposób zadałam cios wątrobie. Razem z Francescą wróciłam do apteki. Wszystko było w porządku. Wówczas pomyślałam: jestem anorektyczką, im prędzej siebie o tym przekonam, tym prędzej się wyleczę. I przeniosłam się do mamy mojego chłopaka, która mnie bardzo lubiła. Tam się uczyłam. Ale czułam się coraz gorzej. Moi rodzice często telefonowali, nigdy jednak w chwili kryzysu. Jak się czujesz? – a ja odpowiadałam, że dobrze, tylko trochę brzuch mnie boli.

Pewnego dnia naprawdę źle się czułam. Miałam trudności z oddychaniem. Wezwałam lekarza rodzinnego, Carla Agnoletta, tatę Vittoria. Poradził mi, abym przegłodziła żołądek. Pomyślałam: idę do szpitala. Do kliniki św. Józefa poszedł ze mną mój chłopak. Po niekończącym się oczekiwaniu nareszcie mnie przyjęto. Powiedziałam, że od kilku dni nie byłam w toalecie. Dali mi kroplówkę. Zapytałam, co to. Pielęgniarka odpowiedziała: nie martw się, skarbie, to tylko woda z odrobiną cukru, nie utuczy cię. Odesłali mnie do domu z diagnozą obstrukcji z wstępnymi objawami anorektycznymi. Wtedy pomyślałam: wbij sobie do głowy, że tak jest, że jesteś anorektyczką. W rzeczywistości jednak byłam przybita, wydawało mi się to absurdalne: nie, wcale tak nie jest, nie jestem anorektyczką.

W tym okresie był przy mnie pewien kolega. Starał się poprawić mi nastrój. Chodził ze mną po sklepach. Pewnego dnia, gdy źle się czułam i wymiotowałam, wezwał taksówkę i obwiózł mnie po Mediolanie. W ten sposób próbował mnie rozerwać. Przeżywałam na przemian chwile dobrego i złego samopoczucia. Pewnego wieczora zemdlałam w barze Magenta. Było mi zawsze zimno. Nakładałam nawet po cztery swetry. Odczuwałam niechęć do robienia makijażu, eleganckiego wyglądu. I to właśnie ja, która przedtem zawsze przykładałam dużą wagę do wyglądu, do stosownego ubrania. Zawsze elegancka dla wszystkich, czy to wychodząc do szkoły, czy na spacer z koleżankami. Całkowite zobojętnienie. Najgorsze zaś było to, że nikt mi nie wierzył. Dla wszystkich byłam anorektyczką, zatem to moja wina, zatem jestem głupia.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.