Wytwórnia wód gazowanych - Dorota Combrzyńska-Nogala - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 689 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opinie o ebooku Wytwórnia wód gazowanych - Dorota Combrzyńska-Nogala

Fragment ebooka Wytwórnia wód gazowanych - Dorota Combrzyńska-Nogala






Karta tytułowa

Dorota Combrzyńska-Nogala

Wytwórnia wód gazowanych

Wydawnictwo MG


POGRZEB

Babka odeszła w sposób wstrząsająco nieoczekiwany.

Nikt nie spodziewał się, tak szybkiego, wręcz pospiesznego umierania.

Prawdopodobnie nawet ona sama musiała być zaskoczona, prawdopodobnie…

Chociaż… może nawet pomyślała o tym przelotnie, dotknęła tematu lekką, niezobowiązującą myślą, kiedy żegnała się z wnuczką na wieki, dziękując za wszystko i za coś, nie wiadomo, za co, przepraszając. Z drugiej strony, mogła to być jedynie jej słabość do melodramatycznych, teatralnych póz, to szczegółowe omówienie oprawy artystycznej pogrzebu, tuż przed zatrzaśnięciem drzwi karetki pogotowia. W każdym razie, Sara wtedy w ogóle nie wzięła pod uwagę umierania, mimo że początkowo wypadek, któremu uległa jej Babka w tajemniczych okolicznościach, wyglądał naprawdę groźnie. I tak zresztą od jakiegoś czasu każdemu jej niedomaganiu towarzyszył niepokój, czy to już, czy nadszedł już Babki czas, czas umierania. Okazało się, że nadszedł tylko czas śmierci. Ona zawsze miała szczęście, cholerne i diabelskie, jak mówił z podziwem i zazdrością Waldemar brat Eleonory. Chociaż do ostatniej chwili wydawało się, że i tym razem Babce się uda, wywinie się i będzie żyć wiecznie, uwięziona w swej monstrualnej cielesności.

Babka Sary i Lilki – Eleonora Jarecka z domu Pstrońska, została wzięta do szpitala na „przegląd” z powodu dziwnego upadku, kiedy to usiłowała zejść ze stryszku nad starą stajnią, dokąd wdrapała się po lichej drabinie, co graniczyło z szaleństwem przy jej tuszy. A ona wcale nie była szalona… Spadła i leżała nieprzytomna, aż do powrotu wnuczki. I tak cud, że nie zabiła się od razu, na miejscu. Nawet przytomność odzyskała i rozmawiała całkiem jak zwykle. Pogoda była tamtego dnia ciężka. Parne, gorące powietrze utrudniało oddychanie, a przecież dopiero czerwiec. Niskie, ołowiane niebo dociskało ludzi do ziemi. Ale kto mógł przypuszczać? Skoro już mówiła i nic nie złamała.

A potem lekarze, pielęgniarki i chorzy dziwili się szokiem Sary, że Babka na jej oczach, powoli wyłączała się, gasła we śnie, bo przecież to naturalne, że stuletnie staruszki umierają.

Staruszki umierają, zgodziła się Sara, zasmarkując kolejną chustkę i odmawiając przyjęcia tabletki na uspokojenie. Ale przecież jej Babka nie była staruszką. Nigdy! Tylko ciało, ciało za nią nie nadążało, kiedy folgowała swoim kulinarnym, barokowym zachciankom.

I zawsze się udawało. Jednak jasnym stało się, że to możliwe i nieodwracalne, ta śmierć, gdy Babkę zapakowano w czarną folię, a pielęgniarki, tak beznamiętnie, choć delikatnie i ostrożnie, obchodziły się z ciałem. Sara nie mogła uwierzyć w to, co widzi.

A mówiłam, żeby po księdza wołać, czasami pomaga, zrzędzi poważna zakonnica spod okna, choć nie zawsze, zastrzega. Ale jakby się ocknęła, to by się śmiertelnie przeraziła, chlipie Sara. Księdza by się przeraziła? – wyraża zdumienie zakonnica i patrzy na nią i ciało jej Babki podejrzliwie.

No, no, i kto by to pomyślał! A taka żwawa jeszcze wczoraj była, odzywa się chuda kobieta z łóżka naprzeciwko. Przepis miała mi dać na drożdżowe i pączki. Nawet sobie zeszycik w kiosku na dole kupiłam, żeby zapisać. Zasnęła i nie obudziła się już. Nie znasz dnia, ni godziny… A ja jak głupia zostałam z tym zeszycikiem, takim nagle jakby bardziej pustym. Może pani zna przepisy na te pączki i drożdżowe? Chociaż nie, powiedziała chuda stanowczo po zastanowieniu, jednak chyba dziękuję, to nie byłoby to samo. Raczej zostawię ten zeszycik tu w szufladzie. Może się komu następnemu przyda, kiwa głową osadzoną na chudej szyjce, przekonana o słuszności swojej decyzji.

Tak, zgadza się Sara, to faktycznie nie byłoby to samo. Jakoś tak wszystko wokół zastygło. Pozostałe pacjentki, niedawne towarzyszki Babki w chorobie, przyczaiły się, jak zwiędłe ptaki pod sinymi kołdrami. Młody lekarz i lekarka stoją zakłopotani przed Sarą. Pojawia się nawet ksiądz, ale patrzy tylko. Nic tu po mnie, wzrusza ramionami, już po wszystkim. Za późno. A nie mówiłam – zakonnica musi mieć ostatnie słowo.

Salowe wstępnie oporządziły ciało Babki i zawołały dwóch silnych mężczyzn, nie, zastanowiła się, chłopów, ona by tak powiedziała. Ci złapali za rogi prześcieradła, zaparli się mocno, dźwignęli z widocznym wysiłkiem i przenieśli na wózek, a potem powieźli ją na korytarz. Na dwie godziny. Dlaczego na dwie godziny? dziwi się znowu wnuczka. Taka procedura…

Taka procedura? Czy zatem jest szansa, że jednak nie umarła całkiem, że zawróci do tego nagiego, wielkiego ciała w worku na zamek błyskawiczny? W półmroku szerokiego, szpitalnego korytarza widać jej wygładzoną twarz. Jadowicie zielone lamperie, staroświecka stolarka okien i drzwi tworzą teatralną, nieprawdziwą dekorację. Czy to się dzieje naprawdę, czy śni? zastanawia się Sara, stojąc bezradnie przy wózku, a obok jej mąż Aleksander, siostra Lilka i szwagier Marek. Nie wiedzą, co robić. Minuty mijają tak wolno, tak wolno, a cała ta śmierć tak boli i uwiera.

W obliczu martwej Babki, Sara zaczyna nagle widzieć ją wyzwoloną z niewoli zużytego ciała, nie młodą, ale dojrzałą jak sierpniowe lato, piękną kobietę, jak idzie sobie beztrosko piaszczystą, szeroką drogą w jakiejś bardzo ciepłej strefie klimatycznej i nawet się nie obejrzy za swoimi wnuczkami Lilką i Sarą, nie mówiąc już o swoich starych szczątkach. Mało tego, obie są przekonane, że nawet by się do nich nie przyznała i w ogóle zapomniała, co się stało z jej cudownym, napawającym zwierzęcym zadowoleniem ciałem. Idzie wśród łagodnych, pozbawionych drzew wzgórz na zgrabnych nogach i co chwilę zatrzymuje się przy wielkich, przydrożnych kamieniach, które się tam znalazły, żeby właśnie na nich mogła sobie przysiąść i wytrząsnąć kamyki z butów, przypudrować nos i poprawić włosy. A potem wędruje dalej w pełnym słońcu, wymachując beztrosko torebką na długim pasku. Wiatr co chwilę unosi jej powiewną sukienkę w kolorze bladego seledynu. Nie przejmuje się tym wcale. Ma przecież zgrabne, długie nogi i seksowne majtki z koronką. Jest chyba szczęśliwa, a w każdym razie pozbyła się wszelkich trosk. Ważna jest tylko ta sukienka, liliowe klapki i torebka. Delektuje się sobą i tymi ekscytującymi gadżetami elegancji. Co chwilę odrzuca z twarzy bujne włosy, a wiatr bawi się nimi beztrosko.

Co dalej? Co dalej, jeśli naprawdę nie ma nadziei?

Trzeba Babkę pochować w miasteczku – miejscu, gdzie była szczęśliwa, mówi rzeczowa jak zwykle Lilka.

W miasteczku niewiele się przez te wszystkie lata zmieniło… Na cmentarzu, niewiele młodszy od Babki mężczyzna nawet nie wyciągnął ręki w kierunku grubych, szarych rejestrów, tylko zawiesił na chwilę ruchliwy wzrok na Sarze i jej mężu Aleksandrze.

– Jarecka? Eleonora z domu Pstrońska? Zmarło się jej – podsumował krótko, kładąc doskonałą kropkę za życiem Babki. – Ostatnio córka za grób płaciła dwadzieścia lat temu… Ludmiła jej było. Taka spokojna, pogodna kobieta… A tą Jarecką pamiętam. Wysoka, postawna, przystojna kobieta, oj przystojna… – z widocznym rozmarzeniem zapatrzył się na drzewa. – A męża takiego mniejszego miała. Też tu leży pochowany. W rodzinnym grobowcu, razem ze swoimi rodzicami. Ale to bardzo, bardzo dawno temu było. Teraz musicie do kancelarii iść. Do pani Anieli. Tam za kościołem i za domem parafialnym. Od samego rana. Teraz już zamknięte. Jutro, jutro przyjdźcie.

Pani Aniela, jak nic dziewiąty krzyżyk miała na karku.

– To ile lat miała zmarła?

– Dziewięćdziesiąt dziewięć.

– To już piękny wiek. A bardzo się wam uprzykrzyła?

– Słucham? – nie zrozumiała ani Sara, ani Aleksander.

– No, czy uprzykrzyła się? Bo starzy ludzie, to się tak mogą uprzykrzyć. No, bo jakżeby nie, jak robi pod siebie, nie umyje się, nie zje, a wredne to, złośliwe. Aj, umęczą się ludzie czasem, umęczą i tacy są znużeni, jakby to zmaganie się, ich samych śmiertelnie wypaliło. Bo długie umieranie bliskich męczy tak straszliwie, że jak tu już do mnie dotrą, na to stare, wysłużone i twarde krzesło, to jakby w fotelu, na puchowej poduszce siedzieli w jakiejś restauracji. Ale też spokój wielki w sobie mają, chociaż jeszcze do końca nie pojęli, że pan Bóg im to brzemię z ramion zdjął i dalej przygarbieni pochylają się nad moim biurkiem – zamilkła i patrzy na nich wyczekująco.

– Nie uprzykrzyła się. Do końca była sprawna fizycznie i intelektualnie – wyznała Sara.

– To dobrze. To bardzo dobrze – pani Aniela z zadowoleniem pokiwała głową, jakby to było wyłącznie jej zasługą.

Sara nie może za bardzo ogarnąć umysłem faktu, że Babka już nie żyje. Przecież jeszcze niedawno chodziła z nią łaskimi uliczkami. Były nawet w tej samej, starej, zapadającej się w ziemię kancelarii w jakiejś sprawie. Nie pamięta już, jakiej, ale na pewno nie śmiertelnej. Tylko to niedawno, uświadomiła sobie, to prawie trzydzieści lat. Trzydzieści lat temu Babka opuściła miasteczko, na zawsze.

Właściwie dobrze, że jest tyle spraw do załatwienia. Trzeba się nimi zająć i można się na chwilę uwolnić od wszechogarniającego, totalnego poczucia straty. A kiedy załatwili wszystko związanie z pochówkiem Babki w rodzinnym grobowcu na cmentarzu w Łasku, na górce przy kaplicy, pojechali umówić rzecz najważniejszą – stypę w miejscowej knajpce. Przy tej samej ulicy, przy której dawniej tak długo mieszkała, dosłownie parę kroków dalej. Knajpka była oczywiście nowa i nazywała się „Skorpion”. Oczywiście, pomyślała Sara sarkastycznie, między jednym bolesnym skurczem serca a drugim. Jak może nazywać się restauracja, w której Babka, zodiakalny, wredny Skorpion, urządza swoją ostatnią imprezę? Zapłacili zaliczkę i omówili menu. Właścicielka, w zamyśleniu gryząc krótki ołówek, liczyła w swoim małym notesiku, ile będzie trzeba zakupić mięs, warzyw i innych ingrediencji, bo miało być porządnie, żeby Babka nie musiała się wstydzić.

Kobieta wypytywała, co to za uroczystość.

– Ach, stypa po pogrzebie. A kto umarł? Jarecka… Eleonora… Nie znam… Nie mieszkała tu ostatnio? No tak, nic dziwnego, że nie znam, bo ja tu prawie wszystkich w miasteczku znam. To ile lat zmarła sobie liczyła? Dziewięćdziesiąt dziewięć, to prawie sto, piękny wiek… I mówicie państwo, że świetnie się trzymała i zmarła zupełnie przypadkowo i nieoczekiwanie. No, no, nikt nie zna dnia, ni godziny. To na ile osób? Na pięćdziesiąt?! Toż to małe wesele! Na stypy, znaczy konsolacje starych ludzi, mało osób przychodzi. Wymierają bliscy, czasami to nawet pochować nie ma komu. A tu! Znaczy rodzina liczna… Nie bardzo? Towarzyska taka była? – pokręciła głową. – To co mam przygotować?

Potem musiały, Sara z siostrą, wybrać ubranie dla Babki. Wszystko jasne, żadnych czerni ani brązów, bo nie uznawała tych kolorów.

Mając cały czas przed oczami tę drogę Babki do zaświatów, do tego jej Boga od wszelkich poruczeń, do Boga od załatwiana spraw wszelkich, małych i dużych, Boga na posyłki, w którego zawzięcie wierzyła, że wszystko załatwi, a który tego dnia jej śmierci tak niefortunnie się zawieruszył, Sara kupiła Babce zgrabne, liliowe pantofelki na wysokich obcasach. Buty do trumny były bardzo wygodne. Sama sprawdzała, czy aby na pewno będzie się jej dobrze wędrowało. Potem przymierzyła Lilka i też przeszła się po sklepie.

– No jak myślisz? – spytała jedna drugą.

– Wygodne są bez dwóch zdań.

– A kolor?

– Kolor taki jak trzeba – stwierdziła stanowczo Sara.

Normalnie, za życia, Babka nie uszłaby w nich nawet paru kroków. Nie wciągnęłaby ich na koniec spuchniętych stóp, ale po śmierci… Nie kupiły przecież butów odpowiednich do jej stuletnich stóp, ale eleganckie, kobiece, szykowne klapeczki w kolorze lila odpowiednie do babczynego jestestwa. Takie, jakie ona sama wybrałaby dla siebie, gdyby nie ograniczała jej tusza i opuchlizna, bo przecież nie lata. Oczywiście, można by jej wsunąć na stopy stare buty, które czasami, na specjalne okazje zakładała, a raczej wciskała, ale jakże to tak, mówiła Sara do męża, ma w takich obrzydliwcach iść w zaświaty? Ona, która zawsze mówiła, że dla eleganckiej kobiety najważniejsze są głowa i nogi. Aleksander przyznał siostrom rację, że takie liliowe klapeczki są jak najbardziej w stylu ich Babki.

Sarze zachciało się płakać, że dopiero teraz natknęła się na sklep z odzieżą XXXL. Do tej pory miały z tym nieustający problem. Majtki na Babkę były albo za ciasne, albo paskudne. Staniki wymagały karkołomnego sztukowania, nie mówiąc już o bieliźnie nocnej i pończochach. Sara robiła sobie wyrzuty, że nie przyszło jej do głowy tu zajrzeć. Za mało się starała, a przecież przejeżdżała tędy tyle razy. Jeszcze jako dziecko przychodziła tu do specjalnego dziecięcego fryzjera. Salonik zniknął dawno temu, ale pojawił się równie specjalistyczny salon dla puszystych. I nie, żeby jakieś upiorne szmaty tu oferowano. Wprost przeciwnie – pełen szyk i klasa. Więc jeszcze dodatkowo bolało Sarę, że nie zapewniła Babce eleganckiej bielizny za życia.

Były też inne sprawy, ważniejsze od bielizny i bardziej kłopotliwe. A mianowicie, razem z bólem i dojmującym poczuciem straty, jednocześnie niemalże, pojawiła się ulga. Podobna do tej, którą czuła po długim umieraniu matki, a potem po długim umieraniu ojca. A przecież ich kochała, byli jej tak bliscy… Może to z nimi było coś nie tak, a może z Sarą… Im bardziej któreś z nich było dla niej ważne, tym większą ulgę czuła. Być może pani Aniela miała rację, że umieranie bliskich wyczerpuje.

Pogrzeb odbył się szesnastego czerwca, w piękną słoneczną pogodę. Na łaski cmentarz przybyły tłumy starych, młodych, najmłodszych, cały przekrój wiekowy. Wszyscy ubrani kolorowo, bo każdy wiedział, że nie znosiła ciemnych barw, zadziwieni wysłuchali ostatniej woli zmarłej. Spoglądali na siebie nieco zdezorientowani, kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki muzyki. Niezbyt pogrzebowej, a nawet wprost przeciwnie, trochę ludowej, ale nie miejscowej. Można było przy niej tańczyć sztajera. Sara tańczyła go tylko w dzieciństwie i już nigdy więcej, ale teraz uznała, że i dziadkowi Józefowi zdecydowanie by się podobała.

Teraz sunie z innymi rytmicznie, w takt i zadaje sobie pytanie, dlaczego potem nigdy już nie tańczyła sztajera. Tak dobrze im było z dziadkiem, choć krótko. Czasami robi się coś raz, ale jest tak doskonałe, że po prostu więcej nie warto, bo to jest właśnie ten pierwszy i ostatni, idealny, jedyny na całe życie. Zastanawiała się również, jakie znaczenie przy wyborze ścieżki dźwiękowej do pogrzebu miało dla Babki, jednej z pierwszych użytkowniczek i entuzjastek antykoncepcji, nazwisko twórcy muzyki – Zach Condon. Babka uznała, że miejsce spoczynku jej ciała jest zbyt blisko kaplicy, więc żałobnicy poszli aż do krzyża na środku cmentarza i z powrotem do grobu i wszyscy szli w rytm muzyki. Cóż, wnuczki też uważały, że pogrzeby są teraz za pośpieszne, ukradkowe, dlatego nawet próbę zrobili, jak tu w rytm posuwać za trumną. Najpierw chcieli zorganizować nagłośnienie, ale okazało się, że lepiej wynająć całą orkiestrę dętą. No, trochę z tym było zachodu, ale efekt osiągnęli naprawdę piorunujący. Sara miałaby ochotę zagrać na organkach, ale przecież nigdy się nie nauczyła. Jakoś dźwięki nie chciały jej słuchać, choć tak się starała… Czuła, że umiejętność jest blisko, ale jakby za gęstą zasłoną, dla niej nieprzeniknioną. Teraz trochę smuci to zaniechanie.

Korowód sunął środkową aleją. Każdy się starał. Średnia wieku uczestników pomogła. Ksiądz z początku nieśmiało kiwał się na boki, chociaż sowicie miał zapłacone, ale potem się wdrożył i od razu wszystkim opornym lepiej poszło. Muzyka brzmiała rzewnie i nostalgicznie, więc można było kroczyć dostojnie i uroczyście. Trąby nadają taki poważny ton, a dzwoneczki i perkusja brzęczą ogłuszająco: nie wszystek umrzesz, nie wszystek umrzesz, nie wszystek ze szczętem, a trochę cię zostanie, to tu, to tam, oj ridi, ridi, oj ridi rada, bum cyk cyk, bum cyk cyk, bum…

Aleksander wygłosił mowę wzruszającą i niebanalną, barwnie opisując przymioty duchowe Babki, którą, co poniektórzy prawie ujrzeli przez łzy, siedzącą frywolnie na parkanie w liliowych klapeczkach na wysokim obcasie.

Potem Sara i Lilka zaprosiły wszystkich na stypę i żałobnicy zgodnie ruszyli. Gości pogrzebowych przywitał wielki transparent z napisem „Szczęść Boże młodej parze”, a sala udekorowana była różowymi balonikami. Właścicielka zdawała się nie zauważać tej niestosowności, ale nikt z gości nawet okiem nie mrugnął. Rozgadane towarzystwo przypomina sobie dawne czasy, opowiadają, co ostatnio robili, kogo pochowali, a komu urodziło się dziecko. Niektórzy nie widzieli się bardzo dawno, a niektórzy nigdy. Zaczęło się zamawianie potraw i wspominanie zmarłej. Prawnuki Babki i inne dzieci, roją się wokół weselnych stołów i biegają. Rodzina przygląda się wszystkiemu i jest pewna, że Babka byłaby z tego rada.

Stypa po Babce coraz bardziej przypominała wesele. Stypy po długim, miłym życiu nigdy nie są smutne. Każdy przecież wie, że nie da się żyć wiecznie, kiedyś trzeba umrzeć. No i jeszcze, kiedy cierpienie nie kładzie się cieniem na śmierci, też jest łatwiej uczestnikom takiego pożegnania, a jakby nawet święta. Czasami jest odwrotnie. Ktoś ginie młodo w wypadku, tak w pół kroku, nieoczekiwanie, albo męczy się długo i straszliwie. Wtedy pogrzeb i konsolacja są smutne, bo każdy myśli ze strachem, że i jemu może się coś takiego przytrafić.

Ale na pogrzebie Babki i potem na przyjęciu było jak na weselu, albo nawet chrzcinach, bo każdy chciałby żyć sto lat i umrzeć bezboleśnie w czasie głębokiego snu. I wszyscy mają nadzieję, że skoro przydarzyło się to Eleonorze Jareckiej, to równie dobrze może być ich udziałem. Takie szczęśliwe, dobre odchodzenie, oczywiście w dalekiej, bliżej nieokreślonej przyszłości. Póki co, karnawał trwa i trzeba cieszyć się tym wołowym zrazikiem, jakiego nie powstydziłaby się sama droga zmarła.

– A kto jeszcze leży w tym grobie? – zaciekawił się Aleksander.

– Mój dziadek Józef i jego rodzice – odpowiedziała Sara. – To wiem na pewno. I może jeszcze ktoś… Pamiętam pogrzeb dziadka z orkiestrą i wielką pompą. Mój ojciec był wściekły na teściową, czyli Babkę. Mówił, że Józef z pewnością nie życzyłby sobie takiego widowiska. A ona sobie życzyła. Całe miasteczko przybyło. Nagle w ziemi, którą sypano na trumnę, pojawił się kieliszek do wódki. Nie wiadomo skąd. Przyjaciele dziadka Czesław z Rękawem, szewc Antoni Zbych i młynarz Franciszek zarzekali się potem na wszystkie świętości, że nic nie wrzucali, ale nie to było dziwne. Któryś z nich mógł upuścić, a potem nie przyznać się. Kieliszek nie dawał się zakopać. Ciągle wyłaził na wierzch. Co go grabarz piaskiem przysypał, za moment już połyskiwał w wątłym świetle przedwiośnia. Wzrok Babki, tak sobie imaginuję, bo stałam trochę z tyłu, rzucał zielone gromy. Mama pewnie zalewała się łzami i nic ją ten kieliszek nie obchodził. Ojciec zapewne uśmiechnął się lekko, rozumiejąc doskonale to frywolne pożegnanie teścia ze światem, które zrównoważyło ten dęty pogrzeb.

– Co z tym kieliszkiem? – spytała Pola.

– Nic. Nawet, jak przyklepywali równiutko i starannie piasek nad Józefem, kieliszek dalej sterczał, wręcz dumnie i zadziornie, na przekór orkiestrze i oficjalnym przemowom. Gdyby nie ze szkła, powiewałby na marcowym, wilgotnym wietrze triumfalnie.

– A Babka?

– Pewnie go prosiła, żeby się nie wygłupiał, bo wstyd i obciach na porządnym pogrzebie, który mu jak prawemu obywatelowi zorganizowała, choć wcale nim pod koniec życia nie był, tylko miejscowym pijaczkiem z gospody. Oczywiście nie posłuchał. Postanowił manifestować do końca. Kieliszek kokieteryjnie łypał zza wieńców. Pchał się na pierwsze miejsce. Tłum zaczynał szemrać i falować w zdumieniu. Do koturnowej powagi zaczęłą się wkradać delikatna na razie, ale wyczuwalna nuta cyrkowej wesołości. Nawet orkiestra zaczęła grać marsze jakby szybciej. No, ale Babka nie byłaby sobą, gdyby sobie z tym nie poradziła.

– I co zrobiła?

– Schyliła się błyskawicznie i złapała kieliszek, zanim się zorientował.

– Jak to, zanim się zorientował? Kieliszek? – dziwili się mąż Sary i ciotka Pola.

– No… Nie wiem. Pewnie by się gdzieś przechował między kwiatami. A tak, złapała, zawinęła mocno w chusteczkę, bardzo wytworną, co nią oczy wycierała, rzuciła pod nogi i zgniotła obcasem na miazgę, na szklany pył. To akurat widziałam między nogami żałobników. Następnie złapała za róg, strzepnęła i schowała chusteczkę do kieszeni, a żałosne resztki kieliszka do wódki zagrzebała nogą w piasku. Moja usmarkana matka niczego nie zauważyła, a ojciec z uznaniem skłonił głowę.

– I to już koniec historii z kieliszkiem?

– Koniec. Dziadek dał za wygraną, ale przecież i tak osiągnął wszystko, o co mu chodziło. Latami wspominano w miasteczku o nie dającym się zakopać kieliszku do wódki na pogrzebie Józefa.

Sara chodzi między gośćmi stypy, a jednocześnie, gdzieś w tyle głowy zaczęło pojawiać się coś nieokreślonego, jeszcze niezupełnie sprecyzowanego, jakby na marginesie tej świeżej żałoby, coś na kształt zawodu. Babka zostawiła Sarę w stanie bolesnego niedosytu. Co prawda, rzuciła łaskawie resztą sopockich pocztówek, z pewnością mile połechtana własną wspaniałomyślnością, przekonana, że zostawiła po sobie spadek iście królewski. Sara nie była niewdzięcznicą. Bardzo ucieszyła się z tego faktu, że może niezbyt dokładnie, bez wchodzenia w niuanse, ale jednak historia ciotki Amelii w Sopocie dopięła się na ostatni guzik. A dotkliwy niedosyt szczegółów może być najbardziej wyrafinowaną częścią schedy po Babce Eleonorze. Sukcesja w postaci tajemnicy przekazywana będzie z pokolenia na pokolenie, nigdy nieskonsumowana do końca jak normalne spadki, wiecznie żywa i niezmiennie budząca ciekawość. Tym bardziej, że w innych kwestiach nieoczekiwanie otworzyła się przed wnuczką sekretna otchłań i niezadane pytania, albo tylko ich mglista zapowiedź, pojawiły się, wprawiając ją w pełne niepokoju zakłopotanie.

A mianowicie, co jeszcze było ukryte wśród rupieci na stryszku? Czego Babka postanowiła nie zostawiać po sobie? Co spaliła? Dlaczego u schyłku życia zdecydowała się na wyczyn niemalże akrobatyczny, niewykonalny przez jej ciało? Co musiało ją napędzać, że prawie udała się Babce sztuczka grubego linoskoczka?

Dlatego dzwoniła do Waldemara i wypytywała o nią, o rodzinę, stare dzieje. Czasami wersje Babki pokrywały się z jego relacją, czasami zupełnie nie.

Okazało się, że po śmierci Babka intrygowała bardziej niż za życia, choć życie z nią wcale do łatwych nie należało. Ale kiedy zupełnie nieoczekiwanie, trzy lata wstecz, wnuczka i Babka – Eleonora Jarecka, z domu Pstrońska nazywana w dzieciństwie Lenorką, znowu razem zamieszkały, nawet tego specjalnie nie pragnąc, przed Sarą przeszłość zaczęła się układać jako ciągła wstęga zapisana historiami, ale również z wieloma białymi, niepokojącymi plamami.


LENORKA

Lenorka Pstrońska rodziła się od wieczora dziewiątego listopada 1909 roku. Jej młodziutka, filigranowa matka wyła na całą wieś, przeklinając swojego męża i ją. Ostatecznie, ważąca pięć kilogramów córka urodziła się jedenastego z samego rana. I być może ten ciężki, pełen bólu poród zaważył na ich późniejszych, trudnych relacjach. Akuszerka Martynowa słaniała się ze zmęczenia na nogach, a ciemne sińce pod oczami uwydatniały jeszcze bardziej ślady po ospie.

– Z następnymi będzie ci łatwiej – pocieszyła młodą matkę, kiwając ze znawstwem głową.

– A niech cię jasna cholera trafi, stara czarownico! Nigdy więcej – warknęła położnica i zapadła w ciężki sen.

Martynowa uśmiechnęła się lekko pod nosem, ale za to bardzo złośliwie. Oparty o drzwi wysoki, pięknie zbudowany mężczyzna odetchnął z ulgą. Kobieta pokazała mu brudne jeszcze dziecko, któremu ledwo co przetarła szmatką buzię. Konstanty Pstroński wyciągnął ręce, uśmiechnął się i pokołysał córeczkę w mocnych ramionach.

– No, udała wam się – westchnęła z uznaniem Martynowa. – W was się Konstanty wdała – objęła łakomym wzrokiem sylwetkę mężczyzny.

Za oknem lunął rzęsisty deszcz, zerwał się porywisty wiatr i zaczął trzaskać okiennicami kowalowego domu.

Matka Lenorki, Brygida, była szczupłą, ruchliwą sekutnicą. Wąską talię podkreślała jeszcze gorsetem i czarnymi, miejskimi sukienkami. Z każdej innej śmialiby się we wsi do rozpuku, a nawet palcami wytykali. Ale Konstanty Pstroński miał poważanie i jego Brygidka też, bo gazety czytała, jedyna na całą okolicę. I na polityce się znała lepiej niż niejeden chłop, a kto wie, czy nie pan. Rozprawiała mądrze kowalowa o wszystkim, unosząc cienki palec w górę i kiwając nim rytmicznie dla podkreślenia wagi wypowiadanych sądów. A jak tylko mogła, rzucała obowiązki domowe, maleńkie dzieci swoje, mężowskie z pierwszego małżeństwa i ruszała po wsi rozprawiać.

Nie lubiła jej.

Nie lubiła jej z całego serca.

Lenorka nie lubiła swojej matki z całego serca.

A matkę Lenorka drażniła. I Lenorka to wiedziała. Czułą całą skórą. Nie tylko wtedy, gdy dostawała ścierą przez plecy. Wystarczyło, żeby Brygida na nią popatrzyła, musnęła nieuważnym spojrzeniem, a już pojawiało się to nieprzyjemne mrowienie w końcach palców i na bokach.

Dzieci ojca z pierwszego małżeństwa, też jakoś nowej jego żony, czyli matki Lenorki, nie zaakceptowały. Nie, żeby jakaś otwarta wrogość, czy awantury, kłótnie… Ale tak jakoś samo wyszło, że najpierw najstarsza Amelia dogadała się z taką jedną ze dworu, że będzie dame de compagne jej córki. Jedynaczce potrzebne było towarzystwo do nauki i zabawy. Amelii potrzebny był nowy dach nad głową. Oj, nie spodobał się ojcu ten pomysł, ale córka uparła się, a naukowy argument w końcu trafił mu do przekonania, ponieważ najstarszej nikt nie potrafił nauczyć czytać i pisać, choć tak bardzo się starała, a przecież bystra była dziewuszka, najbystrzejsza w wiejskiej szkole, a nawet całej okolicy.

Brygida na plany Amelii nie powiedziała nic, tylko sprawnie i szybko spakowała pasierbicę. Lenorka płakała rozdzierająco, czepiała się rozpaczliwie nóg ukochanej siostry, aż zdenerwowana matka syknęła na nią ostrzegawczo. Spłoszone dziecko umilkło, a Amelia obiecała, że będzie ją odwiedzać tak często, jak tylko się da. W końcu odeszła przez rozległy, jesienny sad i dalej miedzą przez pola na skróty. Lenorka odprowadziła ją kawał, aż do drewnianego, rozwalającego się płotu.

Idą, brodząc w opadłych, wilgotnych liściach. Trzyma mocno silną, spracowaną dłoń siostry i jest jej niewypowiedzianie smutno. Nic już nie będzie takie samo, jak było. Wokół sadu unosi się gorzkawy zapach. Amelia przytula ją gwałtownie i wyciska na słonych policzkach siarczyste pocałunki.

– Zostań. Zostań, bo zabłądzisz sama i nie wrócisz. Zostań.

– Zostanę, ale opowiedz mi jeszcze coś. Ostatni raz! Proszę!

Amelia zawahała się.

– …No dobrze. Siądźmy tu, na tej ławce pod drzewem. A co ci opowiedzieć?

– Opowiedz, jak wpadłam do wody.

– Tyle razy już ci opowiadałam.

– Ten będzie ostatni.

– Byłaś jeszcze bardzo mała. Właściwie to dopiero się urodziłaś. A rodziłaś się ciężko, całe dwa dni.

– Dlaczego tak długo się rodziłam?

– Bo byłaś wielka, ogromna. Martynowa mówiła, że na wsi nigdy jeszcze nie urodził się tak wielki noworodek.

– A dlaczego się nie urodził?

– Tego nie mówiła. Może dlatego, że nasz ojciec jest taki duży.

– Ty też taka byłaś?

– Ja nie i mój brat i siostra też nie. W każdym razie twoja matka, która jest chuda i drobna, ledwie cię urodziła. Martynowa usiadła jej na brzuchu i tak cię uratowała i twoją matkę też… Brygidka wyła, jak opętana.

Amelka uśmiechnęła się z ledwie skrywaną satysfakcją. Lenorka ssała długie źdźbło trawy i nie spuszczała intensywnie zielonych, ciemnych oczu z siostry. Błyszczące włosy w kolorze orzechów laskowych, Amelia zaplotła jej w dwa krótkie warkoczyki, które od rana zdążyły się już zmierzwić i niesfornie wymykały się ze splotów na wszystkie strony, tworząc wokół głowy dziecka ciemną aureolę. Próbowała je teraz bezskutecznie przygładzić. W szarych, przejrzystych jak źródlana woda oczach pojawiła się czuła troska.

– A kto mnie będzie czesał, jak pójdziesz?

– Nie wiem. Może twoja matka?

– Nie chcę, żeby mnie czesała! Szarpie i złości się… Dlaczego ona mnie nie lubi?

– Nie wiem. Może przez to ciężkie rodzenie? – zamilkły obie na chwilę.

– A co było potem?

– Potem ojciec wziął cię na ręce.

– Naprawdę?

– Tak.

– I co?

– I pokołysał cię leciutko. Przyjrzał ci się uważnie i powiedział, że jesteś najpiękniejsza i niezwykła.

– Naprawdę tak powiedział?

– Naprawdę. I pokazał mi ciebie. Ale ty wcale nie byłaś śliczna. Byłaś czerwona i posiniaczona.

– Posiniaczona?

– Lenorka! Przecież wiesz. Zadajesz ciągle te same pytania. Opowiedziałam ci to już chyba z tysiąc razy.

– Posiniaczona?

– Posiniaczona – starsza dziewczynka ciężko westchnęła i z rezygnacją podjęła opowieść. – W drodze na świat przez swoją matkę, tak boleśnie się poocierałaś, a ona o ciebie.

– No, ale teraz już nie jestem posiniaczona? – dziecko zaniepokojone potarło brudnymi palcami śniade policzki.

Amelia popatrzyła na nią ciężko.

– Niby ci przeszło…

– Jak to?

– Przeszło ci. Naprawdę jesteś śliczna i nasz tatuś strasznie cię kocha.

– Kocha mnie?

– Bardzo. Jesteś jego ukochaną córeczką.

Lenorka spuściła oczy ze szczęścia i zaczęła wygładzać swój wytarty fartuszek, ale po chwili spłoszyła się i próbowała ukradkiem spojrzeć na siostrę.

– Nie, kochanie, nie jestem zazdrosna – uspokoiła ją Amelia. – Nie jestem o ciebie zazdrosna, bo cię kocham.

Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz małej.

– To dobrze! – odetchnęła z ulgą. – Chcesz, przyniosę ci jabłek? Tu blisko na jednym drzewie są jeszcze takie duże i czerwone – zerwała się, nim siostra zdążyła zaprotestować.

Nad sadem przelatywał klucz dzikich gęsi. Po chwili dziecko wróciło, dźwigając w fartuszku oblepione kolorowymi liśćmi owoce. Oczyściły je rękawami i zatopiły zęby w soczystym miąższu.

– Już lecą! Odchodzą stąd. Jak ty.

– Ja będę blisko.

– Nie za blisko.

– A jednak.

– Będę cię odwiedzała… jak podrosnę.

– Jak ci matka pozwoli.

– Może mi pozwoli… Tata mi pozwoli.

– On pewnie tak.

Zamilkły na chwilę i zadarłszy głowę zapatrzyły się na kolejny klucz ptaków.

– Mimo wszystko – mała wykonała głową nieznaczny gest w górę – niebo jest takie puste. Ziemia za to pełna wszystkiego. Jest jabłko i trawa i drzewo i ty i ja, cała wieś, domy, obora. Nawet pod ziemią gramolą się robaki, kury je wydziobują. Wszystko się zmienia. Jadłam jabłko i ono się zmieniło w ogryzek. Byłam posiniaczona i już nie jestem.

– Na niebie są ptaki.

– Tylko, kiedy latają. W końcu i tak wracają na dół… Opowiadaj!

– Więc – zaczerpnęła głęboko powietrza Amelia – gdzieś tak pod koniec listopada, postanowiono cię ochrzcić. Twoja matka dwa tygodnie leżała w łóżku, ale jak w końcu wstała, była energiczna, tak jak zawsze. Zarządziła huczne chrzciny, żeby jeszcze przed adwentem zdążyć i pochwalić się tobą przed całą wsią i rodziną. Było nie było, jesteś jej pierworodnym dzieckiem i to nie byle jakim, tylko okazałym, zdrowym i rumianym. Oj, zaczęło się rżnięcie prosiaków, wypiekanie kołaczy i ryb wielkie łowienie. Wędzarnik przez kilka dni dymił i zapachy wiatr niósł aż pod las. Pojechali do Zelowa rodzinę Brygidki spraszać. Przy okazji wódek różnych nakupili i łakoci dla dzieci. Jedzenie było, mówię ci, jak w jakim dworze. Pyszne wszystko.

Zamilkła na chwilę i zapatrzyła się w przeszłość, uśmiechając się do tamtych smakołyków, aż ją siostra szturchnęła ponaglająco.

– W dzień chrzcin spadł śnieg i zrobiło się zimno. Pamiętam, bo mi ręce przy studni zgrabiały, a od lodowatej wody zrobiły się czerwone jak raki, a ona, znaczy twoja matka, jeszcze mnie zrugała, że nie uważam i po wszystkim rozlewam. Wylewałam, bo wiadro było ciężkie – rozżaliła się nad sobą. – Ledwie do chałupy dotargałam, a ona jeszcze… A tam… – machnęła ręką. – Dobrze, że studnia głęboka, bo by zamarzła, jak u Szymoników, co śnieg zimą muszą topić. Poszliśmy do kościoła całą gromadą, rodzina i goście. Ty w beciku z koronką. Widział to kto, szeptały staruchy, żeby dla kowalowej córki, jak dla jakiej hrabianki, ksiądz kościół w południe otwierał, bo to w zwykły dzień pracujący było. Ojciec zapłacił, żebyś była jak ta królewna… No pewnie, że nie tylko dla ciebie to wszystko umyślił. Dla niej też. W każdym razie cały kościół miałaś na swoje wrzaski, aż po sklepienie. I świece się paliły wszystkie i blask był i ciepło. Drzwi zawarto, żebyś nie marzła. Z zakrystii wyszedł ksiądz. Stary, bardzo szanowany. Nie znasz go, bo już nie żyje. Zdążył cię ochrzcić i na Wielkanoc roku następnego już nie żył. Przyjrzał ci się i pochwalił, żeś się tak rodzicom udała. Brygidka, twoja matka, aż pokraśniała z radości.

– Naprawdę pokraśniała?

– Naprawdę.

– A co to znaczy?

– No… zadowolona taka była, aż policzki jej się zaróżowiły.

– Aha!

– No. A ksiądz popatrzył na naszego ojca i na twoją matkę, pokiwał głową, tak jakoś smutno i powiedział: znałem twojego ojca Konstanty i brata. Dawno, dawno, jeszcze wiesz – zawiesił głos – zanim… ich wywieźli. Może teraz… Słyszałem – rzucił okiem na Brygidkę – żona twoja na polityce się zna, gazety czyta… Chociaż wojna to straszna rzecz, straszna, ale jakby… – Amelia zapatrzyła się w czubki drzew, a potem złapała siostrę za ramię. – Ty Lenorka to z tego nic nie rozumiesz. Nie szkodzi. Jak będziesz większa, to ci powiem, albo Brygidka ci powie. Nie martw się, o takich sprawach politycznych, to ona lubi rozmawiać. Tylko ją za język pociągnij. Spytaj, gdzie jest nasz drugi dziadek, mąż Elenory, jesteś jej imienniczką, stryje i dlaczego nie palimy świeczek na ich grobach. A co do twojego chrztu, było już normalnie – Eleonoro Pstrońska, ja ciebie chrzczę, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Pięknie się odprawiało, mówię ci, i organy grały, tak jakoś inaczej niż zwykle. Długo i rzewnie, aż płakać się chciało… Szymonikowa mówiła, że przyjechał bratanek księdza i ksiądz go prosił, żeby zagrał, bo nasz organista od niedzieli spity leżał w karczmie. Co i dobrze się stało, ponieważ, sama wiesz, że on ledwie gra i beczy, jak koza. Wstyd i obraza boska na takie do mszy granie mówi Brygidka i tu jak raz, ma rację ta twoja matka. W każdym razie, tobie do chrztu grała piękna muzyka, jakiej ja jeszcze nigdy nie słyszałam. A jak jeszcze zaśpiewała żona księżego bratanka, takim anielskim trelem, to szyby zadrżały, a mnie po plecach taki dreszcz poszedł, że aż się wzdrygnęłam, a potem drugi i trzeci i fala gorąca od stóp, aż po samiuteńki czubek głowy. Nawet ty przestałaś wrzeszczeć. Nawet Brygida, przez krótką chwilę, w naszym kościółku wyglądała, jak jaka święta z dzieciątkiem.

Amelia weszła w opowiadanie jak nóż w śmietanę. Trajkotała, w coraz dokładniejsze wchodząc szczegóły, nie zważając, że słońce minęło południe. Zwlekała.

– Od księdza dostałaś medalik na łańcuszku. Złoty! Słyszał to kto, żeby komu dawał takie suweniry?! No, ale to podobno przez tę rodzinę ojca, co z nią w bliskich kontaktach pozostawał i w powstaniu walczył. To był twój pokazowy chrzest, ale ten prawdziwy, to ty miałaś w drodze powrotnej. Twoja matka, zmęczona dźwiganiem, oddała cię swojemu bratu, który jak wiesz, za kołnierz nie wylewa. On już od rana rąbnął sobie kielicha i to zapewniam cię niejednego, a po kościele uraczył się wódką wyciągniętą z kieszeni. Liche słońce schowało się za burymi chmurami i śnieg zaczął rzadki padać, kiedy wracaliśmy gromadą, targani listopadowym wiatrem. I przy przechodzeniu nad rzeczką, twój mocno już chwiejny wuj, poślizgnął się na omszałej desce. Próbował łapać równowagę. Zadudniły na starym drewnie jego ciężkie buciory, jak przy jakim tańcu wariackim nad ranem po weselu. Zmartwieli wszyscy, zastygli, jak te chochoły w ogrodzie. Patrzyli na hołubce wuja z przerażeniem. Nikt nie śmiał się ruszyć. Zresztą, odbyło się to błyskawicznie. Teraz ci opowiadam tak szeroko, to co widziałam, ale to było jak mgnienie oka, no może dwa albo trzy, bo on naprawdę się starał, ten pijany cap, ale nie dał rady. Znieruchomiał nagle w niebezpiecznym przechyle z tobą w ramionach, a potem przy głośnym „aaaach” gromady, przewrócił się na most, o mało nie wpadając do wody. „Aaaach” rozeszło się ponownie, tym razem z ulgą, bo jednak nie wpadł. I tu uważam, że co komu pisane, stanie się. Tak jak tobie Lenorka pisane było, że wpadniesz do tej lodowatej wody, tak wpadłaś. Pijak nie wpadł, bo jemu pisane nie było. Runął swoim zwalistym ciałem na most, aż zadrżał. Ściskał cię mocno, ale jak wyrżnął z całej siły w te oblodzone dechy, to ty Lenorka, wyfrunęłaś z tego hrabiowskiego, koronkowego beta, jak ptak. Weszłaś w zimne powietrze z wrzaskiem, w samym tylko kaftanku, wiązanym na plecach tasiemkami. Leciałaś łukiem, a za tobą te białe sznurki. Stałam zmartwiała z przerażenia, bo to przecież ja cię obiegałam, jak Brygida w długim połogu leżała. Wydawało mi się, bo to przecież nie mogła być prawda, że nagle wyrosły ci wielkie, białe skrzydła, ale nie anielskie, tylko łabędzie i zamiast spaść z pluskiem, ty tylko musnęłaś wodę tasiemkami kaftana. Widziałam lecące z nich krople, a jedna nawet upadła mi na czoło, kiedy zatoczyłaś nad nami koło. To było jak sen na jawie, ponieważ w końcu i tak wpadłaś i na nic zdały się moje pacierze. Stanęłam na samym skraju mostu. W ciszy potężny plusk brzmiał, jak wystrzał. A potem cisza. Zanurzyłaś się szybko, ale i tak zobaczyłam, jak zmieniasz się w pręgowanego, zwinnego szczupaka, a twoje małe stopki w rybi ogon.

Lenorka patrzy na swoje stopy i przełyka ślinę.

– Bo ty Lenorka jeszcze tego nie wiesz, ale ty jesteś jak szczupak nie płoć i jak łabędź a nie kaczka. I to, że ty jesteś jak szczupak, to dla ciebie bardzo dobrze, ale dla innych to nie wiem… W każdym razie nikt tego nie zauważył, tylko ja. Nasz ojciec skoczył do wody, jak wydra szybki i po klatkę zanurzony brodził w rzece. Ty wiesz, kogo innego by zakryło, ale nasz ojciec wysoki jest jak dąb. I tylko do kościoła wyprostowany wchodzi. Znieruchomiał nad czarną, nieprzyjazną wodą. Dobrze, że nie zamarzła. Ona była, ta woda w naszej rzece, jak wrota piekieł. Nie bój się! W końcu cię wyciągnął. Schylił się tylko raz, zanurzył aż po czubek głowy i wyjął cię, mokrą i milczącą, do szmacianej lalki podobną. Rozjazgotała się Brygidka, a za nią wszystkie baby wszczęły lament wielki. Matka twoja po czerwonym pysku brata prała, tak siarczyście plask, plask. On się dosyć niemrawo łokciem zasłaniał, aż jego żona podskoczyła, mężowskiego honoru bronić. Ojciec prędko kożuch zdjął i na nim, suchą szmatką z beta, zaczęli cię z babką nacierać i potrząsać, aż ślepia otworzyłaś, wodą rzygnęłaś i znowu się rozwrzeszczałaś. Brygidka z radości jeszcze raz bratu i szwagierce na odlew przyłożyła. Ale i oni odetchnęli z ulgą, bo nielekkie jest życie, gdy siostrzaną pierworodną w rzece się utopiło, oj nielekkie.

– I co było dalej?

– A co miało być? Wielkie chrzciny przed samym adwentem odprawiły się, jak jaki karnawał huczny. Ty potem się rozchorowałaś oczywiście, ale przeżyłaś. Ojciec woził cię do lekarzy do miasta, a twoja mądra matka – prychnęła Amelia – do znachorów.

– Pamiętam! – pochwaliło się dziecko.

– Nie możesz tego pamiętać!

– Pamiętam – upierała się Lenorka. – Pod samym lasem mieszkała sama jak palec jedna, śmierdząca zielskiem starucha. Wzięła sznurek i wymierzyła mnie od stopy do czubka głowy, a potem od czubka głowy do czubków palców wyciągniętej ręki jednej a potem drugiej. Mruczała coś pod nosem przez cały czas i kredą na brudnej podłodze mazała jakieś znaki, a sznurek wrzuciła do paleniska. Spłonął jasnym ogniem. Chciałam się rozpłakać, ale matka pogroziła mi palcem, więc zaniechałam. Starucha jedno oko miała zielone, a drugie czarne, czarne jak sadza. Jednym, tym czarnym, patrzyła na mnie, a zielonym przeze mnie, na wskroś. Osmalonym korkiem uczyniła znak na moim czole i piersiach. Kiwnęła głową, krótko i zdecydowanie, że już dobrze, żeby mnie matka podniosła z podłogi i zabrała.

– Nie możesz tego pamiętać i koniec – zirytowała się Amelka. – Długo chorowałaś. Jeszcze wiosną ojciec zbierał w lesie wczesne czubki sosnowe na napary i okłady dla ciebie. A latem, bladym świtem wychodził z tobą przed chałupę, rozwijał ze szmatek i na najpierwsze promienie słońca czekał, żeby cię uzdrowiły.

– I co?

– I uzdrowiły… – wzruszyła ramionami Amelka. – Ściemnia się Lenorka… Ja już naprawdę muszę. Leć do domu.

Czarno zrobiło się od chmur. Wiatr gonił je nad sadem i dalej na pola i las. Przynosił zapach dymu ze wsi. Zaczęło mżyć. Amelia podniosła się ciężko i pozgarniała swoje liche bagaże, zmęczonym ruchem ręki starej kobiety.

– Polecę Amelka. Zaraz polecę, tylko popatrzę za tobą.

– Nie, to ja popatrzę za tobą. Idź.

Dziewczynki ściskają się kurczowo, a potem większa popycha lekko drugą w stronę majaczącego za drzewami domostwa. Lenorka jeszcze się ociąga, ale nagle zza płotu wyłania się niespodziewanie ojciec.

– Idź już Lenorka do domu i nie martw się. Odprowadzę Amelkę. Idź.

– Nie becz. Spotkamy się w niedzielę w kościele. Tylko przyleć!

– Przyletę. Na pewno przyletę – chlipnęła dziewczynka.

Po zakończeniu jesiennych prac polowych Brygida miała więcej czasu na czytanie gazet i rozprawianie o polityce.

– Brygidka! Ludzi straszysz – wypominał wieczorem Konstanty Pstroński.

– Wojna będzie! Muszą wiedzieć! Ta wojna jest dla nas ważna, a mężczyźni mogą się zaciągnąć! Ty też wiesz! I nie straszę, tylko mówię. Trzeba wiedzieć! Aby po to, żeby zapasy zrobić.

– A co to da?

– No, na wojnę nie pomoże – zgodziła się. – Ona i tak będzie. Zapasami jej nie odegnamy, ale przynajmniej zabezpieczymy się. Sól się kupi, trochę cukru, świece, naftę…

– No i… – założył jej niesforny kosmyk za ucho i natychmiast tego pożałował, bo już straciła ochotę na rozmowę i co innego jej było w głowie.

– No i… – ponaglił, widząc to rozproszenie w oczach i ciężkość powiek.

– No… i wojna… będzie łatwiejsza… – wymruczała nisko, wsuwając mu drobną dłoń za koszulę i ciągnąc go przez pustą o tej porze sień.

On niby się opierał, taki zimny, niby zmęczony, ale przecież widziała pulsującą szybciej żyłę na mocnej szyi i chętne ręce, wyłuskujące ją ze spódnic, koszul i ciepłej zapaski na chłód, zimnej i ciemnej spiżarni, co wyzwoliło jeszcze gorętsze pragnienie. I tacy byli nadzy i delikatni, niby szkło z księżego kredensu, schowani przed światem i dziećmi, otuleni zapachem suszonych jabłek, cebuli i szeleszczących tak słodko, rytmicznie grochowin, gdy oplotła go w pasie połyskującymi biało nogami.

A kiedy wrócili do ciepłej kuchni, widnej od bursztynowego blasku z pieca i lampy, Lenorka, jak zwykle w takich razach, nie poznała matki w tej ciemnowłosej, wiotkiej pannie z błyszczącymi sytością oczami.

– Zobacz, znowu się mnie przestraszyła – zaśmiała się matka, potrząsając swoimi puszczonymi wolno, lśniącymi włosami.

– Wcale nie – zaprotestowała córka, a ojciec mrugnął do niej porozumiewawczo.

Przytuliła się do niego spontanicznie, pełna żałości, litując się nad nim, przekonana, że dzieje mu się krzywda zawsze, kiedy matka bierze go w swoje posiadanie.

– Ogarnij tu trochę Lenorka! – poleciła Brygida.

– Późno już! Niech idzie spać! – wybronił córkę od pracy Konstanty.

– No, najlepiej, żeby nic nie robiła – parsknęła matka, niespiesznie czesząc włosy, szczotką z kościaną rączką. – Niech chociaż brata przewinie.

Córka rzuciła jej wrogie spojrzenie spod opuszczonej nisko głowy.

Wojna przetaczała się przez ich łąki, pola, lasy i wioskę. Lenorka siedziała na drewnianych schodach prowadzących na ganek i bawiła się szmacianą lalką. Brygida stała oparta o filar podtrzymujący dach i od dłuższego czasu nasłuchiwała dźwięków dochodzących z zachodu. Coraz wyraźniej słychać było zgiełk i tępy rytmiczny hałas. Dziewczynka zerwała się gwałtownie i chwyciła matkę za spódnicę. Patrzyły z niepokojem na ciemniejącą linię lasu, która ożyła nagle w promieniach zachodzącego słońca. Teraz już nie tylko słyszą, ale czują potężniejący z każdą chwilą tętent. Brygida z napięciem, ale i ciekawością wpatruje się w sunący piaszczystą, wiejską drogą sznur wojska carskiego. Parskają konie. Wokół nich unosi się wzniecony kopytami pył. Lenorce wydaje się, że to obłok, na którym spłynęli żołnierze. Podziwia zgrabne sylwetki i wspaniałe mundury, wysokie, pokryte kurzem buty, pobrzękujące szable, rozbłyskujące złoto w słońcu i lśniące spoconą sierścią wierzchowce. Jakie to piękne. Straszne, ale piękne. Dziewczynka z podziwu otwiera usta. Utkwione do tej pory w dal oczy konnych, zaczęły zwracać się w kierunku ganku z atrakcyjną kobietą i jej śliczną córką. Spojrzenia ślizgają się po wystających z obcisłego stanika piersiach i po gołych rękach kobiety. Brygida odruchowo prostuje plecy, unosi wyżej podbródek i spod pogardliwie przymkniętych rzęs, obserwuje orszak. Lenorce wydaje się, że to nie jest uciekające w popłochu wojsko, ale pochód oddający honory jej i matce. Czuje się nagle okropnie ważna i stoi prawie na baczność, ściskając za nogę swoją zabawkę.

Od jakiegoś czasu, Konstanty Pstroński również obserwował pochód i rzucał pełne pasji przekleństwa. Niespodziewanie, od kolumny odrywa się jeździec i łamaną polszczyzną rzuca w kierunku ganku:

– Kontrybucja. Na jutrzejszy ranek trzeba dać drób, wieprze i krowę dla wojska. Niech stoją powiązane przy płoci – rozkazał, skinął głową i już go nie było.

– Niedoczekanie wasze cholery, żebym wam choć jedną kaczkę oddał! – wrzasnął poczerwieniały z wściekłości ojciec i z całej siły uderzył otwartą dłonią we framugę drzwi. – W nocy przepędzimy inwentarz wąwozem do leśniczówki, do twojej siostry i szwagra. To daleko od ich szlaku. Nic im nie damy. Sami też musimy tam parę dni posiedzieć, chociaż tyle roboty. Ludzi też gnają podobno ze sobą.

– Pewnie, że nic nie damy – Brygida poparła żarliwie męża i popatrzyła na niego z podziwem. – Masz rację. Przeczekamy. Nadgonimy później.

W nocy w obejściu Pstrońskich zaczął się ruch: łapanie kaczek, kur, gęsi, ładownie prosiąt na wóz i wiązanie bydła. Konstanty sprawnie wydawał rozporządzenia parobkom i dzieciom.

– Tylko cicho ma być – ostrzegł wszystkich. – W okolicy Rosjanie na pewno zostawili czujki, żeby Niemców wypatrywali, dlatego musimy bardzo uważać. Szczególnie na młodsze dzieci. Nie płakać, nie marudzić. Jak będziecie grzeczne, cukierków wam kupię. Dobrze?

Dzieciaki gorliwie pokiwały głowami. Lenorka ze szczególną troską zaczęła zaganiać swoje ulubione gęsi.

Wyruszyli w las długo przed świtem. Między kępami zarośli przesuwały się zwaliste cienie krów. Pokwikiwały prosiaki, gęsi człapały zaspane, kolebiąc się na boki niczym duchy. Nikt się nie odzywa. Lenorka idzie, uważając, by nawet gałązka pod stopą nie trzasnęła. Zwierzęta pojawiają się, to nikną w porannej mgle, jak zjawy ze snu. Białe opary rzedną niespodziewanie, ukazując lśniący srebrem leśny staw. Gęsi Lenorki zwietrzyły wodę i nie zważając na nic pędzą do niej.

– Odpłyną, odpłyną, o Jezu, Jezu, moje gąski! – lamentuje głośno i rozdzierająco dziewczynka.

– Zamknij że się natychmiast! – szepcze ze złością Brygida i brutalnie potrząsa córką.

Lenorka bezradnie usiłuje obronić się przed matczynymi razami. Nagle z pobliskich krzaków wypada rosyjski zwiadowca. Błyskawicznie zbliża się długimi susami i śmiga nahajem kobietę.

– Ty suka, job twoju mat`! – syczy żołnierz i równie gwałtownie jak się pojawił znika we mgle i zaroślach.

Brygida dotyka ręką piekącego policzka i stoi jak skamieniała po kostki w wodzie. Lenorka bezgłośnie szlocha, patrząc na swoje gęsi, pływające beztrosko po stawie.

– Wyłaź mi natychmiast z tej wody i zostaw je, bo jak nie… – w cichym, nienaturalnie spokojnym głosie matki czuje się groźbę.

Kobieta odchodzi za pochodem zwierząt, który znika w ciemnym lesie i nawet nie obejrzy się za Lenorką, która zrozpaczona osuwa się do wody na kolana. Patrzy za matką i na gęsi. Nie może się zdecydować czy wołać je, czy lecieć za rodziną. W końcu rozgląda się z lękiem po szarym lesie, niebezpiecznych zaroślach i rusza biegiem za pochodem, rozchlapując wodę na wszystkie strony.

Słońce stało wysoko, kiedy wreszcie dotarli do leśniczówki. Starsza siostra Brygidy przygotowała już śniadanie. Dzieci dostały ciepłe mleko na rozgrzewkę.

Brygida omija córkę wzrokiem, a brwi ma nadal ściągnięte w gniewnym grymasie. Lenorka z niepokojem patrzy na jej policzek, z którego zdążyła już zniknąć pręga po uderzeniu. Oddycha z ulgą, chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że matka długo będzie jej pamiętała upokorzenie w lesie. Ale na pewno nie powie nic ojcu, bo miałby do niej pretensje, że źle traktuje jego ukochaną córcię. Doszedłszy do takiego uspakajającego wniosku, dziewczynka znad wielkiego, parującego kubka obserwuje już matkę z błyskiem triumfującej satysfakcji w oczach. Od tej pory, jak tylko Brygida narazi się czymś Lenorce, będzie sobie na pocieszenie odtwarzała chwilę nieoczekiwanego pomszczenia krzywdy przez nieznajomego białogwardzistę. Dziewczynka nie włącza się w ożywiony gwar przy stole, tylko myśli: może ten żołnierz ma córkę, albo młodszą siostrę i dlatego mu się jej żal zrobiło? Kto wie, czy je jeszcze zobaczy? Czy przeżyje wojnę? Ruscy przegrywają, cofają się, wieją. Mogliby się poddać i byłby spokój, a może nawet ten sympatyczny zwiadowca przeżyłby wojnę i wrócił do rodziny. Kto wie?

Wrócili do domu jeszcze tego samego dnia wieczorem. Ojciec i matka bali się zostawiać dom bez dozoru, bo jeszcze ktoś przez złość ogień zaprószy. Brygida zrzuciła na córkę całą opiekę nad młodszym rodzeństwem, trochę z zemsty za uderzenie nahajem, ale po prawdzie, to czasu i głowy do nich nie miała. Z ciekawości, co się w świecie dzieje, latała po ludziach i do karczmy zachodziła, by przyjezdnych wypytywać i o gazety się starać.

Kiedy podekscytowana matka pobiegła na wieś, a bracia posnęli, Lenorka wyszła przed płot popatrzeć na świat.

Znowu od lasu znajomo, ale jakby skąpiej, brzmią kopyta. Przelatują wojacy w panicznym odwrocie. Dziewczynka chowa się w krzakach i obserwuje drogę. Nagle jednemu oficerowi, poznała po złotych ozdobach, wypada mapnik. Po prostu niepostrzeżenie zsuwa się po lśniącym, końskim zadzie i niknie w szarym piachu drogi, zadeptany w oka mgnieniu przez następnych jeźdźców. Lenorce świecą się z podniecenia oczy. Nie spuszcza wzroku z miejsca, gdzie zagrzebany został nieoczekiwany skarb, jej skarb. Kiedy wokoło znowu robi się cicho, w samo skwarne, letnie południe wychodzi z cienistych zarośli i rozglądając się wokoło ostrożnie, wygrzebuje skórzany mapnik. Pulchnymi rączkami wyciera starannie z kurzu i zagląda do środka. Na widok papieru wzdycha z głębokim zadowoleniem. Na ganku rozkłada kolorowe, wielkie płachty wojskowych map. To po prostu cud. Jej osobisty anioł stróż zechciał ją tego dnia uszczęśliwić. Było dokładnie tak, jak mówiła babcia. Anioł pilnuje dzieci, żeby nic złego ich nie spotkało i czasami postanawia je specjalnie, szczególnie obdarować. Jej anioł zdecydował, że będzie to dzisiaj i oto jest szczęśliwa. A jeszcze wcześniej, czuwał nad nią w lesie i przybrał postać rosyjskiego zwiadowcy, który natychmiast wymierzył matce karę. Natychmiast! Nie żadne tam „Pan Bóg sprawiedliwy, ale nierychliwy”. Nie, od razu! To bardzo ważne, że natychmiast, a nie w bliżej nieokreślonej przyszłości, albo wtedy, kiedy nie widziałaby tego. Tak jest przyjemniej.

Bracia obudzili się z płaczem równie gwałtownie, jak zasnęli. Starannie zwinęła papiery i schowała pod schody, śpiewając uspakajającą piosenkę. Wyjęła ich z kołyski i wyniosła na ganek, złoszcząc się, że matki jeszcze nie ma, a smarkacze głodne i mokre… A ta znowu z brzuchem. Lenorka dobrze wiedziała, czym to jej osobiście grozi. Będzie miała jeszcze więcej pracy. Samotny jeździec krążył po drodze ze schyloną głową. Podjechał do niej i o coś spytał po rosyjsku. Poznała, że to pytanie, może dlatego, że dobrze znała odpowiedź. Opuściła dolną wargę i przybrała tępy wyraz twarzy.

– Y? – mruknęła jeszcze, marszcząc czoło i brwi z wysiłku.

Mężczyzna popatrzył na nią ze złością i machnął ręką ze zniechęceniem. Odjechał szybko, zacinając nerwowo gniadego konia. Lenorka przywróciła twarzy normalny wygląd i uśmiechnęła się do siebie z satysfakcją. Nikomu nie odda swojego cennego znaleziska. Trzeba było go pilnować. Teraz już dla was za późno.

Wpadła matka i zaczęło się obieranie ziemniaków, noszenie wody i karmienie drobiu. Dopiero pod koniec dnia, kiedy słońce już było nisko, udało jej się wyrwać z domu z mapnikiem i ciężkimi matczynymi nożycami krawieckimi. Poszła na wzgórze obok domu, rozłożyła mapę i wysuwając język, zaczęła starannie wykrawać fartuszek. To nic trudnego. Wiele razy widziała, jak matka to robiła. Mierzyła, rysowała ołówkiem a potem wycinała i zszywała. Lenorka zawsze patrzyła na matkę przy szyciu i krojeniu z najwyższym podziwem, bo trzeba przyznać, Brygida Pstrońska umiała uszyć wszystko. Jej córka też tak chciała, ale matka zawsze skąpiła papieru na dziecięce igraszki, za to teraz Lenorka rozpływa się w spełnieniu. Ścinki poniewierają się po okolicy. Wiatr z nimi tańcuje, co też bardzo jej się podoba. Z lasu wypada dwóch konnych i uważnie przeszukują drogę. Nagle kamienieją, widząc pokryte papierowymi plamami wzgórze. Przez chwilę stoją, jak posągi w czerwonym słońcu. Lenorka zerka na nich, ale dalej wycina, spokojna i wytrwała. Wie, co będzie dalej, ale chce przedłużyć przyjemność, nie uronić ani kropli przez głupi przestrach czy współczucie, ponieważ jednocześnie jest jej niewypowiedzianie żal tych dwóch żołnierzy, bo widzi w ich oczach rozpacz i klęskę, kiedy pochylają się nad nią i pociętymi mapami, bezsilni i przestraszeni. Bezradnie i delikatnie wyjmują z jej rąk kawałki wykroju fartuszka. Czuje ich strach i smutek. Wyobraża sobie ucieczkę, ratowanie życia. U jednego, tego bardziej nerwowego z błyszczącymi oczami, pojawia się na moment dzika furia i złość. Sięga po szablę, ale drugi gwałtownie go powstrzymuje. Zbierają pospiesznie resztki map i znikają w lesie. Wszystko odbywa się w całkowitej ciszy, tylko ptaki polatują beztrosko nad łąką i krowy ryczą na pastwisku. Dziewczynka masuje pęcherz na palcu od nożyczek, ale natychmiast o nim zapomina, zaintrygowana łapaniem ostatnich promieni słońca ich błyszczącą powierzchnią.

Wojna się skończyła. Amelka przyjechała do domu ze szkoły w Warszawie. W ogrodzie zbiera zielone pomidory z Lenorką.

– Po co zbieramy zielone? Matka się zdenerwuje – martwi się dziecko.

– Nie zdenerwuje. Pozwoliła.

– Ale po co ci niedojrzałe pomidory?

– Zasolimy z ogórkami, przekładając liśćmi wiśniowemi i koprem, dodając na każdą warstwę ząb czosnku, kilka ziaren pieprzu a także kilka kawałeczków chrzanu. Przegotujemy wodę, wystudzimy, rozpuścimy w niej sól. Trzy deka – Amelka podnosi do góry trzy palce i recytuje zapamiętany przepis – na jeden litr wody. Podane zimą do mięsa lub na sałatę są nieocenione… Tak, nieocenione – powtórzyła dobitnie.

– Acha, nieocenione. Powiedziałaś Brygidce, że są nieocenione i zgodziła się?

– Tak.

– A kiedy dasz spróbować?

– Nie tak prędko. Przecież wiesz, że trzeba poczekać. Zrywaj tylko te najładniejsze. Bez skazy.

Wokół roznosi się ostry zapach pomidorowych liści. Lenorka wącha z przyjemnością swoje palce, a potem zrywa dojrzały, czerwony owoc i zatapia w nim zęby.

– Wolę takie. Też są bez skazy.

– Takie zaraz się skończą, a moje przetrwają do wiosny, jak ich wcześniej nie zjecie.

– A ty? Nie będziesz ich jadła?

– Może w święta. Przecież wyjeżdżam niedługo.

Lenorka żałośnie chlipnęła i na pocieszenie zerwała jeszcze jeden wielki pomidor i zjadła ze smakiem, przełykając jednocześnie słone łzy.

– Patrz Lenorka! Twoja matka węszy za naszym ojcem – Amelka podniosła wzrok znad koszyka i śledzi wzrokiem Brygidę, która uważnie obchodzi zabudowania gospodarskie.

– Ojciec jest chyba w kuźni, słychać go.

– Może to Jasiek, nie on?

– Może.

– Zaraz się przekonamy – uśmiecha się pod nosem Amelka. – Jak Brygidka wypryśnie z kuźni, to znaczy, że Jasiek. A jak nie i zrobi się cicho, to znaczy, że ojciec sam pracuje w kuźni.

– Cicho się zrobiło.

– A widzisz! Znowu pewnie przybędzie nam brat, albo siostra. Już ja znam te jej ruchy, jak ma ochotę. Przeciąga się i idzie tak, że nogi ocierają się ciasno jedna o drugą – Amelka pokazuje siostrze, jak przeciąga się i chodzi jej matka a mała wybucha śmiechem. – Niby włosy ręką przygładza, a ręka aż na kark pieszczotliwie opada i dekolt. A oczy robią się senne, leniwe, ale nie na tyle, żeby go nie wypatrzeć, gdziekolwiek by nie był…

– Biedny tatuś – użala się nad ojcem z wielkim uczuciem Lenorka.

– No nie wiem, czy taki biedny – wyraża wątpliwość siostra.

– Nie?

– Nie. Oni… chłopy to lubią.

– Zawsze?

– Zawsze – mówi z wielkim przekonaniem Amelka.

– Nawet jak jest zmęczony? – niedowierza dziecko.

– Choćby zdychali ze zmęczenia, głodu i choroby!

– Baby też?

– Baby też, chociaż… nie wszystkie aż tak to lubią jak nasza Brygidka.

– To ja też będę to lubiła?

– Też.

– Niemożliwe.

– Możliwe.

– Ale dlaczego?

– Tak już jest – mówi głosem doświadczonej kobiety starsza o kilka lat siostra.

– Ale dlaczego tak jest?

– No… żeby się dzieci rodziły… Chyba… No i jest przyjemnie i dlatego ludzie, baby i chłopy lubią się obłapiać i wsadzać sobie…

– A ty?

– Pewnie też.

– I będziemy, jak moja matka, goniły męża po polu, żeby…

– Tego nie wiem. Zobaczymy…

– Inne baby we wsi nie gonią…

– Daj nam Boże to samo.

– Daj nam Boże! – wzdycha głęboko Lenorka.

Obie dziewczynki z powrotem zabierają się do pracy. Z kuźni wychodzi raźnym krokiem zadowolona Brygida i poprawia na sobie ubranie. Zza ogrodowego płotu śledzą ją z ciekawością oczy dziewczynek.

– Widzisz? – szepcze Amelka.

– Widzę, aż blask od niej bije!

– No.

– To ja też chcę, żeby ode mnie blask bił.

– Będzie, będzie. Nie martw się!

– Na pewno?

– Na pewno.

– Ala ja nie chcę co rok mieć nowego dzieciaka! – denerwuje się Lenorka.

– No cóż… To, niestety, jest z tym związane, ale ty się na razie nie martw. Masz jeszcze dużo czasu na takie troski – pociesza ją Amelka. – Zbieraj raźniej!

– A w szkole to chłopaki na mnie wołali Pstroć! Pstroć! Paproć! – przypomina sobie nieoczekiwanie Lenorka.

– Co w tym takiego złego? Zawsze jakoś przecież przezywają.

– Złości mnie to. Niech sami się przezywają. Ja mam na imię Eleonora Pstrońska, to niech tak na mnie wołają! Albo Lena! Ostatecznie może być Lenorka.

– I co będzie?

– Nic. Już nie wołają! – młodsza siostra wzruszyła ramionami.

– Nie?

– Jak jeden znowu zaczął: Pstroć! Pstroć! Paproć!, to im krzyknęłam: pocałuj mnie w dupę i jeszcze mi zapłoć! I przestali.

– Poradziłaś sobie! – stwierdza Amelka z podziwem.

– No!

– Chodźmy, już chyba dosyć – ocenia w końcu starsza siostra. – Teraz musimy umyć i pokrajać.

Siedzą na oplecionej dzikim winem werandzie i kroją zielone pomidory na wysłużonym, poznaczonym gęsto nacięciami, zakonserwowanym tłuszczem, starym stole kuchennym.

– Kiedy list przyszedł… – zaczyna Lenorka.

Amelia wciąga powietrze i zastyga z nożem w ręku.

– List z Niemiec – kiwa głową dziewczynka, a siostra zaczyna z powrotem oddychać. – Wiesz od kogo?

– Od Witka? – patrzy z wyczekiwaniem.

– Od Witka. Przecież tata ci mówił.

– Mówił, ale nie było mnie przy tym.

– List przyszedł i zanim jeszcze tata przeczytał, już wiedział, że to od Witka. Blady się taki zrobił, aż matka do niego skoczyła, bo myślała, że się co złego z nim dzieje. A on nic, tylko tak ważył w rękach, nie otwierając, jakby się zapadł do środka. A matka stała obok i aż nogami przebierała z niecierpliwości. Mówię ci, komedia. Oczy jej się zrobiły jak spodki, a morda prawie kocia od ciekawości, co ją skręcała. No, myślę sobie, jeszcze chwila, a nie zważając na nic, wyrwie mu po prostu ten list i rozerwie niecierpliwie, bez żadnych uczuć, wetknie ten swój wścibski nos i zacznie czytać, nie oglądając się wcale na tatusia. A potem poleci na wieś, czytać wszystkim o tym wielkim Berlinie i co z naszym Witkiem, bo ludzie od lat ciekawi. Tak sobie stałam pod oknem i myślałam, że nie zdzierży moja matka Brygidka, ale jakoś wytrzymała, cholera…

– Pewnie, że wytrzymała. Zęby zacisnęła, kolana i wytrzymała. Głupia to ona nie jest, ta twoja matka. Nie można powiedzieć – przyznaje Amelka.

– A tata usiadł i milczy, tylko ten list z każdej strony obraca. Znaczki kolorowe ogląda. Po dobrej chwili dopiero wyjął z kieszeni ten swój sprytny kozik i delikatnie, jakby to żywe było, wsunął i rozciął ostrożnie. Matka o mało się nie udławiła, wisząc nad nim jak kat nad dobrą duszą. A on wolniutko zyg, zyg, zyg list otworzył. Delikatnie wyjął złożone w pół kartki w kratkę.

– Widziałam te kartki.

– Otworzył i czytał cicho, a mama chciała ze skóry wyskoczyć.

– I co?

– Witek pisał z Niemiec, że zdrów i tęskni, ale nie zamierza wracać wcale, a wcale.

– I co jeszcze? – Amelka nie spuszcza oczu z ust siostry.

– I, że nie zamierza wracać, chociaż żałuje, że się tak z tatusiem okropnie pokłócił, za co go serdecznie przeprasza, ale ciągnie go w szeroki świat i może nawet dobrze się stało, bo inaczej dalej siedziałby w chałupie na kupie i tego wspaniałego miasta pewnie nigdy by nie zobaczył.

– A tata?

– Tata i ucieszony był, że Witek zdrów i urazy nie chowa, ale trochę się obruszył o to wspaniałe niemieckie miasto.

– Napisał list.

– Napisał. Matka mu na plecach siedziała i jeszcze podpowiadała, co ma pisać, choć to nie jej syn, ale ona też świata ciekawa…

– Pewnie liczy nasza Brygida, że pasierb będzie pisał, a może nawet jaką gazetę wyśle.

– Co ty, po niemiecku?

– No tak… – stropiła się Amelka. – No, ale zawsze jakieś nowiny w liście będą.

– Pewnie tak… A o co oni się właściwie pokłócili?

– Przecież słyszałaś!

– Ty też słyszałaś o liście. A ja wiem jedno, że o starego Jume im poszło i nic więcej, bo ani tata ani mama nic więcej nie chcą gadać, więc ty mi opowiedz dokładnie i ze wszystkimi detalami – zażądała Lenka.

– Z detalami? – zakpiła z siostry Amelka. – Tak cię wyuczyli w tej twojej szkole, czy to od Brygidki te detale?

– Od Brygidki. No, ale opowiadaj, nie zagaduj, bo zaraz przyleci i nas do roboty zagoni i tyle będę słyszała twoją opowieść – dziewczynka pokazała figę.

– Dobrze, tylko kraj te pomidory żywiej… Witek pomagał ojcu w kuźni chętnie, bo lubił tę pracę. No, powiedzmy tylko, że nie wszystko, tylko te trudniejsze, albo jak se coś sam wymyślił. Takie naprawianie podków, zamków, klepanie wideł to żadne ciekawe zajęcia dla niego nie były. I pewnego razu, kiedy klepał jakiś wymyślny wzór roślinny, przyszedł po naprawioną część do bryczki stary Żyd Jume. A nasz Witek, zamiast przerwać robotę i dać mu, po co przyszedł, kazał mu czekać, aż sam skończy, tak się zapamiętał. A stary coś spieszył się, w każdym razie przemówili się… Ja tam przy tym nie byłam, dokładnie nie wiem… Ale od słowa do słowa, jeden na drugiego wrzeszczeć zaczęli. I ten hałas zwabił ojca, który wszedł do kuźni akurat w momencie, jak Witek targał starego Jume za brodę i od parchów wyzywał. W ojca jakby piorun strzelił. To ci mówię już z pierwszej ręki, bo za ojcem przydyrdała z wielkim brzuchem Brygida, akurat wtedy z tobą w ciąży chodziła, a za nią ja. Zbladł jak kreda, złapał Witka za koszulę i cicho, ale tak, że aż mi po krzyżu zimno poszło, kazał Żyda natychmiast w rękę pocałować i przeprosić. A mój starszy brat ani myślał przepraszać. Może jeszcze, gdyby bez tego całowania w rękę, to by się przemógł, ale razem to było dla niego za dużo. No, ale ojciec się zaparł, mówił, że wstyd i hańba starego człowieka znieważać i ma o przebaczenie błagać. A Witek, tak samo jak ojciec, zaparł się jak kamień. Mówię ci, w powietrzu aż iskrzyło od napięcia. Brygidka za plecami męża dawała pasierbowi zachęcające znaki, żeby się nie wygłupiał, tylko przeprosił i będzie po sprawie, ale on tylko wzruszył ramionami na te jej rady. Przemawiał ojciec do niego jeszcze parę razy głosem, co ciepłą jesień chłodem by oszronił, a on nic. W końcu powiedział, że albo przeprosi, albo niech z domu idzie precz, bo on nie chce więcej oglądać syna, co swoim okropnym zachowaniem zhańbił i swój dom i nazwisko. Sam Jume chciał załagodzić rodzinną kłótnię, której stał się nieoczekiwanie przyczyną i wzniósł obie sękate ręce w górę, ty wiesz, w ten ich specjalny, lamentacyjny sposób: ach, panie Pstroński, pan da spokój, młody człowiek ma gorącą krew, ja to rozumiem, ja sam był młody. Ja stary, nie chcę, żeby rodzina, którą szanuję… Ale ojciec sam przeprosił go za syna i więcej nie chciał o tym rozmawiać. Zdania nie zmienił. Witek wystrzelił z kuźni jak z procy. Wpadł do domu, złapał w garść jakieś swoje ubrania i drobiazgi. Uściskał mnie w przelocie, nawet Brygidzie zdążył pomachać na pożegnanie i już go nie było. Zniknął. Po prostu całkiem zniknął.

– Ale nie tak od razu, co?

– Nie tak od razu, bo najpierw staremu Jume wyrwał całe pole późnych ziemniaków. Bardzo starannie i porządnie się tym zajął. I dopiero potem zniknął.

– Może to jednak nie on?

– A kto?

– No, kto inny, kto też na niego złość miał.

– A kto mógł mieć na niego złość? Jume nikomu nie szkodził. Lubili go. I faktycznie cała ta awantura jakaś taka głupia była, bo sam Witek przecież lubił sobie z nim porozmawiać. Ale czasem zdarzają się chwile, kiedy człowiek da się ponieść, a potem nie ma już odwrotu. Czasem to sobie tak myślę, że Witkowi może w domu było za ciasno i sam tak… A ojciec i dorastający syn, no wiesz, jak w stadzie. Każdy walczy o pierwszeństwo, więc może tak musiało być i akurat trafiło na Jume?

– Może i tak? – zamyśliła się Lenorka.

Choroba spadła na wieś znienacka.

– Wojna przywlokła to dziadostwo – mówiła Brygida i nie pozwalała dzieciom wychodzić z domu. Lenorka złościła się na matkę, ale ona sama dawała im przykład, zaprzestając swojego zwyczaju rozprawiania o polityce, końcu wojny i świeżej niepodległości. W obejściu siedziała markotna i pilnowała tak, że córka za nic nie mogła się wymknąć. W każdej chałupie ktoś umierał na hiszpankę. U Pstrońskich młodsze dzieci się pochorowały, ale na szczęście szybko doszły do zdrowia. Brygida codziennie kazała im jeść kapustę z wielkiej beczki, co ją każdego roku kwasili. Na samym dnie Konstanty układał małe główki czerwonej, swojej ulubionej. Ostatniego lata zrobili dwie beczki, bo przyjechała Amelia i przekonała ich, że trzeba więcej, bo zdrowe.

– Wiem, że zdrowe. Nie musisz mnie pouczać – Brygida jak zwykle musiała mieć ostatnie zdanie, ale potem mówiła, że coś ją wtedy tknęło, żeby jednak posłuchać pasierbicy i przygotowano dwie beczki pod dyktando dziewczynki. Jedną wstawiono do piwnicy na koniec zimy i przedwiośnie.

– Ta dopiero w styczniu się wyprawi – oznajmiła Amelia kategorycznie, a macocha przewróciła oczami.

– Myślałby kto, że nas musisz oświecić, bo nie wiemy, że w zimnym wolniej dochodzi – parsknęła, zaciskając denko na drugiej, stojącej w kuchni beczce.

I teraz ta styczniowa, dłużej dojrzewająca, doczeka się wreszcie swojej kolejki, kiedy zjedzą czerwone główki tej kapusty z samego dna.

Lenorka z nudów kroi ją najdrobniej jak potrafi, wióry rozkładają się za nożem, błyszczące i nasycone intensywnym amarantem. Myśli o ludziach, którzy umierają wysuszeni gorączką. O chorobie słuchała w kuźni u ojca, gdzie bez względu na to, co się działo, przychodzili klienci. Siedziała cicho, schowana w kącie, bawiąc się wystruganymi przez siebie zabawkami, grając w wymyśloną grę i opowiadając sobie cicho zmyślone historie. Wszystkie kończyły się albo bardzo dobrze albo bardzo źle, w zależności od jej humoru. Jadła suszone śliwki, które rozgryzała i od aromatycznego, intensywnego smaku słodyczy i kwaśnej, wyraźnej nuty, dostawała przyjemnych dreszczy. Z płóciennych worków na strychu wybierała jabłka i gruszki, wyglądające jak wielkie skwarki, ale smakowały zupełnie inaczej. Matka mogła jej szukać, drąc się na całe obejście, a ona siedziała niewzruszona nawet wtedy, kiedy tamta stawała na progu kuźni i rozkazującym gestem, przywoływała do siebie. Opierała się wygodniej o skrzynię z metalowymi odpadami i nie podnosząc wzroku kontynuowała zabawę, rzucając metalowym kółkiem w wyrysowany na klepisku wzór. Brygida dopadała ją długim, zwinnym susem i podrywała na nogi gwałtownym szarpnięciem. Ojciec odchodził od paleniska i próbował tłumaczyć, ale matka i córka patrzyły na siebie tak samo zielono i wściekle. Lenorka obserwowała cienie, jakie w trójkę rzucali na ścianę. Zauważyła, że cień matki był jeszcze bardziej gwałtowny niż ona sama rzeczywista, agresywny i ruchliwy mały zadziora, próbował sobie zrekompensować energią swój mizerny wzrost.

Jeśli na dworze było ciemno, wnętrze kuźni czerwieniało i brązowiało ciepłem. A z kolei w dzień wypełniało się kolorem niebieskawym, a ogień złocił się w szarościach i czerniach zalegających kąty. Czasem wchodziła na stryszek i nawet ojciec nie wiedział, że tam jest. Przychodzili ludzie i opowiadali o wszystkim, co się w okolicy wydarzyło, kto umarł, komu się krowa ocieliła, kto się z kim pokłócił i jakie trzeba odmawiać pacierze, żeby rzucić klątwę. Tego ostatnio nie dosłyszała i starała się dopytać matkę.

– Połupię trochę orzechów. Dobrze, mamusiu?

– Musisz ze strychu przynieść. I flaszkę oleju – odpowiedziała Brygida spoglądając na Lenorkę podejrzliwie.

– A czy można rzucić klątwę? – pyta matkę, niby niedbale, zgniatając wielkim dziadkiem orzechy włoskie.

– A pewnie, że można! – odpowiada Brygida.

– A jak?

– A są na to sposoby.

– Jakie?

– Trzeba cierpliwie odmawiać pewne modlitwy przez określony, najczęściej dosyć długi czas, myśląc intensywnie o tym, co się chce wywołać.

– I Bóg nas wysłucha?

– Ty mi Boga do tego nie mieszaj! – obruszyła się matka, a Lenorka zmarszczyła czoło i wpakowała sobie do ust kolejną połówkę orzecha, smakując goryczkę ze skórki. – Słyszał to kto, żeby do rzucania klątwy Boga mieszać?!

– To co trzeba zrobić? – drąży dziecko.

– Ja ci dam klątwy rzucać! Za smarkata jesteś! I powiem ci – wycelowała w nią swój chudy palec – nie wolno tego robić!

– Dlaczego?

– Dlatego, że można komuś zrobić krzywdę.

– Ale przecież dlatego rzuca się klątwy! – zdziwiona podniosła na matkę zielone oczy. – Żeby komuś zaszkodzić!

– Komu?

– Komuś, kto nas skrzywdził.

– Ktoś cię skrzywdził?

– No nie… – odpowiedziała po dłuższym namyśle. – Ale lepiej wiedzieć. Na przyszłość.

– Zemsta nie jest dobra. Można przesadzić!

– Jak to?

– Można przesadzić – powtórzyła dobitnie. – Nie rób tego nigdy! Może wrócić! Do ciebie! – pochyliła się nad córką, patrząc jej prosto w oczy. – Kiedyś, jak byłam dzieckiem, takim jak ty teraz, pewna kobieta rzuciła klątwę na drugą…

– Dlaczego?

– Nie wiadomo dokładnie, ale z pewnością nie było to nic takiego…

– Nic takiego? – dziewczynka przełknęła głośno ślinę.

– Nic takiego okropnego, co usprawiedliwiłoby straszną zemstę, bo rozpętało się prawdziwe piekło. Ta kobieta, na którą rzucono klątwę, szybko zmarła, a potem zaczęli wymierać wszyscy członkowie jej rodziny, sporej rodziny… – dodała z naciskiem, siadając przy stole naprzeciwko Lenorki. – Nie! – pokręciła głową przecząco w odpowiedzi na nieme pytanie w oczach córki. – Nie było żadnej zarazy w mieście.

– I co? Umarli wszyscy? – szepnęła dziewczynka.

– Wielu. Zbyt wielu. Sama mściwa kobieta była przerażona, że klątwa tak się powiodła, ale już nic nie mogła zrobić. Wszystko działo się już bez jej udziału i nie chciało przestać. W końcu ta kobieta umarła na serce. Sumienie ją zabiło – dodała na koniec grobowo. – Ale przynajmniej uratowała swoją duszę – dodała pocieszająco. – Nie rób tego nigdy!

– Dobrze. Nie będę – obiecała, pakując sobie całą garść orzechów do ust na pocieszenie po takiej smutnej historii. – Ale ty wiesz?

– Wiem.

– Powiesz mi kiedyś?

– Nie. Lepiej nie wiedzieć, żeby nie kusiło.

Wiosną, Duda zabrał swojego syna Staśka na wóz i wyruszyli na łąkę pod lasem. Lenorka szła akurat ze szkoły skrajem drogi, więc zwolnili.

– Dlaczego nie przyszedłeś do szkoły? – spytała go.

– Nie widzisz? Robotę ma – odpowiedział za syna ojciec, pokazując jednocześnie gromadzące się na horyzoncie ciemne chmury.

– Widzę, widzę – pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Jedziesz z nami? – spytał Stasiek z nadzieją w głosie. – My pod las po słomę.

Konie Dudów człapały wolno, wzbijając kurz na suchej jak pieprz drodze. Lenorka zastanowiła się chwilę nad poważnymi konsekwencjami późnego powrotu do domu.

– Jadę – powiedziała krótko, wzruszając ramionami.

Wóz zatrzymał się i ojciec Staśka podał jej rękę. Odbiła się od ziemi jak piłka i zadowolona usiadła na ławce między Dudami. Ściśnięte paskiem książki położyła pod stopami.

– Dostanie ci się od matki, oj dostanie – skomentował flegmatycznie ojciec, poganiając konie delikatnym ruchem lejc.

– Chyba tak – zgodziła się z nim.

– Szybciej niż ci się zdaje – szepnął do niej i dyskretnie ruszył głową.

Z oplecionego winoroślą domu, który właśnie mijali, wypadła Brygidka Pstrońska i zbliżała się do nich jak strzała, prawie przydeptując swoją ciemną spódnicę.

– A dokąd to się panna wybiera? – spytała jadowicie, ledwo skinąwszy głową sąsiadom.

– Na łąkę pod las – odpowiedziała córka, nie zamierzając się nawet ruszać z ławki.

– Złaź mi natychmiast! Mało to w domu roboty? – zielone oczy rzucały groźne spojrzenia na Lenorkę i na Dudę, który śmiał ją zabrać na wóz.

– Dużo! Za dużo. Dlatego jadę na łąkę, żeby odpocząć – butnie odpaliła matce Lenorka, aż strapiony Stasiek szturchnął ją bok.

– Ja ci dam odpoczywać! – wrzasnęła matka. – Złaź, pókim dobra!

Stary Duda dyplomatycznie nie wtrącał się do rodzinnego sporu, ale kiedy Lenorka parsknęła śmiechem, natychmiast po brygidkowym pókim dobra, uśmiechnął się pod nosem i zwrócił się do dziewczynki pojednawczo.

– Może pojedziemy innym razem, a teraz pomóż matce, kiedy prosi – powiedział, patrząc Brygidzie prosto w oczy.

Kobieta stała wyprostowana jak struna, z uniesioną wysoko ręką, przygotowaną do brutalnego ściągnięcia Lenorki z wozu. Dziewczynka odczekała kilka długich, pełnych napięcia sekund i jak gdyby nigdy nic, schyliła się po książki, pożegnała z Dudą i zeskoczyła lekko na ziemię, po stronie przeciwnej niż stała matka i natychmiast, nie oglądając się za siebie ruszyła w drogę powrotną do domu.

– A tknij mnie chociaż palcem, to powiem ojcu! – rzuciła przez ramię do matki, która jak żmija szykowała się już do ataku.

Szły przez wieś tak samo ponure, jak dwie gradowe chmury, które ciemniejąc z godziny na godzinę, nadciągały od pól.

Ledwo zakrzątnęły się wokół gospodarstwa, ledwo Konstanty z kuźni do domu zajrzał, przyleciała z krzykiem Martynowa i zanim jeszcze zdążyła im ręką pokazać, sami poczuli swąd spalenizny, a potem zobaczyli czarny słup bijącego w niebo dymu. Cała rodzina oraz parobcy wylegli na drogę i patrzyli w stronę lasu.

– Dziwny jakiś ten dym – zaniepokoiła się Brygida. – Ciężki!

– Wiatru nie ma, to ciężki – zauważył Konstanty.

– Nie ma wiatru, to jedno, ale… ciężki jakiś. Dziwny! – upierała się żona. – Trzeba jechać. Zaprzęgajcie!

– Tam przecież żadnej chałupy nie ma! – wzruszyła ramionami Martynowa.

– Dudy po słomę, co ją na łące pod lasem w stogach trzymają, pojechali – wyjaśniła Brygida. – A ten dym jakiś taki ciężki! Niedobrze jest! A ty cholero, chciałaś z nimi jechać! – wrzasnęła do Lenorki.

Pojechali. Martynowa z dziećmi została, a Lenorka u ojca wyprosiła, żeby ją też zabrał. Cała wieś za nimi też pospieszyła zaciekawiona, czemu stary Duda swoje wielkie stogi pali. Wiatru dalej nie było, niebo jeszcze bardziej pociemniało, a pod lasem widniał już nie jeden czarny słup dymu, ale drugi i trzeci, żywym ogniem zajęte. Stanęli ludzie półkręgiem wokół trzech ogromnych ognisk na skraju czarnego lasu, zupełnie jak na świętego Jana i patrzą. Iskry czasem polecą z trzaskiem, coś się w ogniu zapadnie, syknie i cisza. Nikt nic nie mówi. Stary Duda stoi samotnie, z osmalonym kijem w dłoni. Ktoś do niego woła po imieniu, a on nic, stoi jak kamień, nawet nie drgnie, głowy nie obróci. Nic. Tylko z tego jednego, co już się dopala, dalej idzie ten dziwny, gryzący teraz w oczy ciemny dym. Lenorka rozgląda się za Staśkiem, ale nigdzie go nie widać. I Brygida coś nerwowo się rozgląda po okolicy, spódnicę lekko w górę podnosi. I każe Lenorce na wóz siadać, tym swoim głosem nie znoszącym sprzeciwu, ale powtarzać tym razem nie musi, bo córce mróz po plecach idzie i w jednej chwili siedzi grzeczniutko na ławce.

– Ludzie! Cofnijcie się na drogę – krzyczy Brygida. – Żmije! Żmije się od stogów rozłażą!

I, prawie świętojański krąg, rozsypuje się w jednej chwili. Konstanty Pstroński łapie na widły wijący się ciemny, połyskujący miedzią kształt i w ogień ciska. Ludzie włażą na wozy i dalej patrzą na dogasający ogień, słuchają jak kwili, szczęście, że nie na ich domostwach. W końcu słomę można przeboleć i wypaloną wkoło trawę, choć to strata, nowa wyrośnie. Tylko ten Duda! Osuwa się na kolana, a potem na plecy i leży tak na wznak, jak martwy żuk, chociaż żyje, bo nawet z drogi widać, jak mu się koszula w trudnym oddechu podnosi i opada. Leci ku niemu z krzykiem żona i kilku silnych chłopów. Wynoszą go usmolonego z pogorzeliska, które jeszcze niedawno, będzie raptem ze dwie godziny temu, było najlepszą łąką w okolicy.

– Gdzie Stasiek? – Dudowa potrząsa mężowskim ramieniem.

I wtedy ludzie poruszyli się przejęci do głębi. Brygida pokiwała głową i popatrzyła na zmartwiałą na wozie córkę. Wreszcie, prawie równo z powszechnym zrozumieniem, lunął deszcz, co czaił się od samego świtu tuż nad linią horyzontu, ale nie spieszył się, jakby czekając na dramatyczny rozwój wypadków i przyszedł, na samo zakończenie, żeby dołączyć do głośnych lamentów i żalu za młodym Staśkiem Dudą, co wszyscy go lubili i tak dobrze się zapowiadał.

Stali w strugach wody nad nieszczęśliwym ojcem, który zmożony jakimś odrętwieniem nic nie mówił, tylko patrzył z bolesnym zaskoczeniem w płaczące niebo, leżąc na wznak na piasku, który w jedną chwilę, na skutek rzęsistej, wiosennej ulewy, zamienił się w ospałe błoto. Dudowa chodziła od jednego do drugiego gasnącego w deszczu stogu z oczami przerażająco suchymi, jakby martwymi.

Cała wieś solidarnie stała i mokła czekając. Ktoś przyniósł lampę naftową, ktoś pochodnie, bo nagle zrobiło się zupełnie ciemno. Rozgarniali czarny popiół delikatnie, z namaszczeniem. Kobiety przyniosły białe prześcieradło i na nim złożyli to wszystko, co zostało ze Staśka. Z kląśnięciem, od którego wszyscy wzdrygnęli się, wyciągnęli Dudę z błota i umieścili na wozie. Tak samo, jak jego skuloną z bólu żonę. Niedowierzająco ściskała w ramionach białe zawiniątko. Milczący kondukt niespiesznie ruszył do wsi.

Martynowa o mało ze skóry nie wyszła, kiedy wreszcie zajechali na podwórze. Posadzili osowiałą Lenorkę przy piecu. Ojciec pomógł jej zdjąć mokre ubranie i otulił wełnianą zapaską. Matka wcisnęła jej do ręki kubek z gorącym mlekiem i miodem.

– O mały włos! O mały! – mruczała pod nosem ciskając się po kuchni. – O mały włos byłyby dwa trupy! Ale coś mnie tknęło, jak ją zobaczyłam na tym wozie między nimi. Najpierw miałam machnąć ręką. Niech jedzie. Później się z nią policzę. Nawet Kazia mówiła, żebym dała spokój. Akurat do niej zaszłam po czarne nici, co mi się skończyły do szycia. Zobacz! – powiedziała do męża, podnosząc do góry cienki palec. – Akurat czarne! Na ziemi pełno jest znaków. Trzeba się tylko ich słuchać, a uchronią nas od wszelkiego złego – przeżegnała się szybko. – A jak ją zauważyłam, to też przez okno wyjrzałam, żeby dokładniej się przyjrzeć tej chmurze, co nad polami od Zelowa zalegała od rana. I patrz, ta chmura – zrobiła znaczącą przerwę – …też czarna! Nawet się ucieszyłam, że będzie deszcz, bo coś sucha ta wiosna. Patrzę, a tu Dudy jadą i nasza Lenorka z nimi – Brygida grzechocze garnkami, synów przewija, poprawia zapaskę córce i za nic nie może się uspokoić.

– Daj spokój – prosi Konstanty. – Usiądź wreszcie. Na szczęście dla nas nic się nie stało.

– Gdybym tylko nie wyskoczyła, chociaż Kazia mówi, daj dziewusze spokój niech se odetchnie, ale mnie aż dźgnęło od środka. A ta smarkata jeszcze mi pyskowała. Ledwie z wozu zlazła, jak jaka księżniczka. Myślałam, że nie zdzierżę, ale wytrzymałam. Takie nieszczęście u sąsiadów! O Matko Boska! – tym razem przeżegnała się pod obrazem. – Ale co tam się właściwie stało?

– Tego nie wiemy.

– Duda głosu z siebie nie wydał. Może już nigdy się nie odezwie. Tak bywa.

– Mam nadzieję, że nasza córka w końcu się odezwie – zaniepokoił się Pstroński.

– Odezwie się, odezwie – machnęła ręką. – Chociażby po to, żeby mi pyskować.

– Nie wiem.

– Ale ja wiem.

– Skąd możesz wiedzieć?

– Takie rzeczy po prostu się wie. Ja wiem – odpowiedziała Brygidka kategorycznie.

Amelia przyjechała w odwiedziny do domu i Lenorka opowiedziała jej ze szczegółami o strasznej śmierci Staśka Dudy. Poszły nawet na wypaloną łąkę pod lasem. Stały w samym środku, ponurego teraz miejsca, w blasku zachodzącego słońca, w porywach letniego wiatru, który targał im niemiłosiernie włosy. Lenorka z przejęciem relacjonowała wydarzenia.

– Przyjechali po słomę, co jeszcze z ubiegłorocznych żniw tu była w wielkich jak stodoła kupach. Stasiek wdrapał się na górę, a ojciec podał mu z dołu widły, żeby zrzucał od razu na wóz. Robota szła im wartko, kiedy nagle chłopak zniknął. Był na czubku stogu, kiedy Duda odbierał wiązki, a kiedy podniósł głowę do góry, już go nie było. Przepadł bez śladu, bez najmniejszego dźwięku nawet. Stary rozgląda się, a tu cisza, nic. Woła: Stasiek, co żarty sobie z ojca robisz, jeszcze się zaśmiał, a tu nic. I nagle ze środka wielkiego jak stodoła, co tam stodoła, jak dom w mieście stogu, dobiegł przerażający krzyk.

– Jezu! – westchnęła przejęta grozą Amelka, próbując wcisnąć za ucho nieposłuszne włosy.

– Krótki, ale taki, że staremu krew podobno zmroził i włosy wszystkie, co je jeszcze na głowie miał, postawił. A potem zrobiła się taka cisza, co była jeszcze gorsza niż ten ostatni krzyk Staśka. Już chciał włazić na czubek i słomę rozgarniać, kiedy ze stogu, na wszystkie strony zaczęły się rozłazić żmije! – Lenorka zrobiła dłuższą pauzę dla lepszego efektu.

– Straszne, straszne – powtarzała wstrząśnięta Amelka.

– Te najgorsze żmije, co jak cię jedna w lesie ukąsi, to do domu już raczej nie wracasz.

– Te z zygzakiem?

– Te same. W starym stogu, jeszcze od ubiegłego roku, legowisko wielkie sobie zrobiły. Zlazły się chyba z całej okolicy. Tyle ich było. Ludzie mówili, że jeszcze czegoś takiego u nas nie było. A jakie wielkie! Nasz ojciec jedną złapał i w ogień rzucił. Mówił, że jak obszył, prawie metr miała. A gruba! Na myszach z pola tak się spasły podobno i żabach z tej strugi, co obok łąki Dudów płynie. I Stasiek w sam środek tego ich wielkiego, jak świat nie widział i nie słyszał, legowiska wpadł.

– Matko Boska!

– I też bym z nim wpadła, gdyby mnie matka w ostatniej chwili z wozu nie ściągnęła – pochwaliła się Lenorka siostrze.

– Słyszałam. Brygida wszystkim opowiada, że cię od śmierci uchroniła.

– Jak raz prawdę mówi. Uchroniła, chociaż wcale nie dlatego, że przeczucie jakieś miała, tylko chciała, żebym do domu, do roboty wracała.

– Pewnie tak. A może i jedno i drugie. Ja jednak zauważyłam, że ona trochę przepowiadająca jest, ale się z tym kryje.

– A mnie się tak nie chciało do domu iść, więc jak mnie Stasiek poprosił, to mi się lekko na duszy zrobiło i przyjemnie, bo ja tego Staśka strasznie lubiłam i nie mogę odżałować, że go te żmije w słomianej ciemności pogryzły i że go jeszcze na koniec ojciec spalił jak jakiego poganina.

– Potem miał przecież chrześcijański pogrzeb!

– Miał, miał. Cała wieś przyszła i z innych okolicznych też. Nawet z Zelowa poprzyjeżdżali. Ksiądz do Dudów codziennie przychodził, bo Duda żyć nie chciał po tym wszystkim. Podobno mówił księdzu na spowiedzi, właściwie to krzyczał wniebogłosy i wszyscy w kościele słyszeli, jakby się całej wsi spowiadał a nie tylko naszemu księdzu, że jak przebrzmiał krzyk syna w tym stogu, to on wiedział, że to już koniec, że nie pozostaje mu nic innego, jak to plugastwo podpalić, żeby sczezło. Na wozie miał lampę naftową, więc wylał i zapałkę rzucił. Zajęło się szybko, bo wiosna tego roku u nas sucha, ale dym czarny leciał w górę, pogrzebowy, prosty.

– Dobrze zrobił.

– Dobrze. Ksiądz mu to samo powiedział, ale Duda mówił, że teraz śni mu się po nocy, że Stasiek nie do końca martwy był i żywcem razem ze żmijami spłonął.

– Ach, to byłoby straszliwe!

– Ksiądz go pociesza, że na pewno już nie żył.

– Żeby tak było Panno Przenajświętsza! – przeżegnała się Amelia. – I chwała Jej, żeś ty się dała z tego wozu Brygidzie ściągnąć!

– No! Wlazłabym za Staśkiem, jak amen w pacierzu, tak mi się strasznie podobał.

– Ty masz szczęście – z przekonaniem powiedziała Amelka. – Ja już wtedy wiedziałam, jak się w rzece nie utopiłaś w swoje chrzciny.

– Matka mówi, co ma wisieć, nie utonie… Szkoda Staśka, szkoda, żeby jeszcze jakoś tak normalniej umierał…

– Jak można normalniej umierać? – zdziwiła się Amelia.

– No, jak się jest starym, albo we śnie. Mnie się czasem śni, jak z nim jestem na tym stogu. Dotykamy się i jest nam bardzo przyjemnie i nagle wpadamy do środka, ale dalej jest nam przyjemnie, a nawet jeszcze bardziej…

– Ach! – otwiera szeroko oczy przerażona siostra.

– Nie bój się – uspakaja ją Lenorka. – Bo wtedy się budzę.

– To dobrze, że się budzisz. Dziwny ten sen, niby koszmar, ale skoro jest przyjemnie… A tam, „sen mara, Bóg wiara”, jak mówi twoja babcia, matka Brygidki.

– Tak mówi – potaknęła Lenorka. – Na koszmary zawsze pomaga.


LENA

Spragniona wolności Lena, która już nigdy nie chciała być Lenorką, uciekła z domu do miasteczka i zatrudniła się w sklepie z artykułami żelaznymi. Brygidka nie mogła jej tego darować. Pojawiły się kolejne dzieci i potrzebna była każda para rąk do pracy, ale córka miała dosyć młodszych braci i zdecydowała się żyć na własny rachunek.

Szczęśliwa królowała za wielką ladą sklepu, delektując się zapachem smaru, dźwiękami sypanych na wagę gwoździ, szelestem tłustych pergaminów, w które zawinięte były zamki i jakieś inne precyzyjne mechanizmy. Na początku nie znała ich przeznaczenia, ale uczyła się bardzo szybko, tak, że właściciel ani razu nie pożałował, że dał się tak omamić dziewczynie i nie przyjął do pracy doświadczonego w branży metalowej subiekta, tylko ją.

Każdy ranek jej szesnastoletniego życia wydawał się zapowiedzią fascynującego dnia. I każdy przeżywany był, jako jej osobisty – a nie dopiero oczekiwany, że będzie własny – samodzielnie przez nią zaplanowany i dopilnowany, żeby przebiegł najbardziej przyjemnie z uwzględnieniem niespodzianek, które zawsze były mile widziane.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com