Wyśpiewam wam wszystko  - Urszula Dudziak - ebook
Wydawca: KAYAX Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Wyśpiewam wam wszystko ebook

Urszula Dudziak

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyśpiewam wam wszystko - Urszula Dudziak

E-book w wersji ekskluzywnej, z dodatkowymi plikami audio* i zdjęciami niedostępnymi w papierowej wersji książki!

Niesamowite historie spisane dzięki pamiętnikom Urszuli Dudziak pisanym przez nią od wczesnych lat młodości. Opowieści, przez które przetaczają się niezwykłe osobowości takie jak Jerzy Kosiński, Miles Davis, Sting, Herbie Hencock i wielu, wielu innych. Historia życia - podróży Artystki, lata młodzieńcze spędzone w Polsce, 20 lat życia w Nowym Jorku, niezliczone podróże… Zabawna, poruszająca i pełna emocji opowieść.

Biografia, dzięki której poznajemy historie współczesnego jazzu, ale także poznajemy wspaniałą kobietę, która mimo wielu trudności tak bliskich każdemu z nas potrafi z humorem i ufnością patrzeć na świat. Poznajemy człowieka zakochanego w świecie, ludziach i życiu. Poznajemy Urszulę Dudziak.

* może wymagać aktualizacji czytnika/aplikacji. Pliki audio zawarte są w wersji ePub ebooka.
Odsłuch może być niedostępny w urządzeniach/aplikacjach, których specyfikacja techniczna na to nie pozwala.

Opinie o ebooku Wyśpiewam wam wszystko - Urszula Dudziak

Fragment ebooka Wyśpiewam wam wszystko - Urszula Dudziak



















 
 
 
 
 
W każdej apteczce pierwszej pomocy
powinno być poczucie humoru.
 
 
 
 
Warszawa 2012

 
 

Siedzę w łóżku, w hotelu Rodan w Krzykach koło Kórnika, pod Poznaniem. Grałam w moim ulubionym świątecznym turnieju tenisowym i teraz sobie odpoczywam. Przed chwilą skończyłam sześćdziesiąt osiem lat i mówię głośno i wyraźnie, że jestem w najważniejszym, a może i najpiękniejszym okresie mojego życia.

Dzieci są dorosłe, cieszę się z tego, jakie są. Kocham to, co robię, jestem ciągle zajęta i mam ogromny zasób energii. Czuję wokół siebie dużo dobrych, życzliwych spojrzeń, słyszę wiele ciepłych słów. Czasem ktoś mówi, że odmieniłam jego życie. Dużo podróżuję, ale najczęściej mieszkam w Warszawie. Mam wygodne mieszkanie tuż obok mojej ukochanej restauracji Delikatesy Esencja przytulonej do Teatru Rozmaitości. Przed oknami mam wielkie drzewa, które odgradzają mnie od zgiełku Marszałkowskiej i radośnie machają do mnie gałęziami, kiedy jest wietrznie. Po trzydziestoletnim pobycie w Nowym Jorku Warszawa jest innym światem, ale to jest mój świat.

Czytałam ostatnio w „Wysokich Obcasach” rozmowę z dziewięćdziesięcioletnią panią Alicją Gawlikowską-Świerczyńską. Ta wspaniała kobieta, która przeżyła obóz w Ravensbrück, na pytanie dziennikarza Dariusza Zaborka, czy myśli o śmierci, odpowiedziała: „Jakoś muszę umrzeć, ale na razie traktuję to nierealistycznie. Bo przecież mam dopiero dziewięćdziesiąt lat. Proszę pana, połowa chorób jest w głowie. Wiele w życiu zależy od nas samych, od nastawienia, od sposobu odnalezienia się. Niech mi pan wierzy. W miarę upływu lat jestem coraz zdrowsza. Lekarz, który robił mi echo serca, mówi: Ale piękne młode serce”.

Kocham Panią, Pani Alicjo!!!

Moja była menedżerka Joasia powiedziała kiedyś: „Ula, jak patrzę na ciebie, to sobie wyobrażam, jak wwożę ciebie stuletnią na scenę na wózku i krzyczę ci do ucha: Ula, drzyj się, drzyj!”. Jeszcze nie mam setki, a drę się jak cholera, ile mi sił starczy. Chciałabym mieć te swoje sześćdziesiąt osiem lat przez co najmniej lat dziesięć, a potem włączyłabym wsteczny bieg. A teraz otwieram szeroko drzwi i zapraszam do siebie, w podróż po moim dotychczasowym życiu. Pretekstem do tych opowieści są piosenki, które mi towarzyszyły i towarzyszą. Obok nich umieściłam nazwiska moich ulubionych wykonawców wybranych utworów i to one uruchamiają we mnie wspomnienia, nie chronologia. Zapisałam te opowieści tak, jak lubię, jakbym mówiła. I mówię dalej. Sposób, w jaki napisałam tę książkę, nie zamyka opowieści o mnie, przeciwnie, pozwala mi rozkręcić się w przyszłości. Już teraz, kiedy książka jest praktycznie przygotowana do druku, mam stos notatek do następnych opowiadań.

Kto wie, może w następnej książce napiszę, że mając siedemdziesiątkę, zakochałam się do nieprzytomności.

Kiedy zagalopuję się i mówię, że mam siedemdziesiątkę na karku, moja siostra Danusia oburza się i szybko mnie koryguje: „Ula, ty masz dopiero sześćdziesiąt osiem!”.


 
 

Jedną z pierwszych piosenek jazzowych, jakie śpiewałam, była amerykańska ballada „Again”. Ten utwór ma tak piękną melodię, że zapamiętałam go w okamgnieniu, nie rozumiejąc tekstu. To tak jak zakochać się w mężczyźnie, o którym nic się nie wie. Nie znałam wtedy angielskiego i śpiewałam ją z polskim tekstem, a jedno tytułowe słowo „Again” pozostało. Czyli brzmiało to tak:

Again
dzisiaj odchodzę od ciebie, niech gwiazdy lśniące na niebie
Prowadzą nas bez słów
Again
tak dzisiaj chce przeznaczenie, że chwile, które minęły
Nie wrócą nigdy już...

 

Byłam pewna, że słowo „Again” to nic innego jak amerykańskie imię męskie. Wynikało to ewidentnie z tekstu. Planowałam wtedy, że jak będę miała rodzinę i urodzę syna, dam mu na imię Again. Wyobrażacie sobie imię i nazwisko: Again Urbaniak?! Na szczęście mam dwie córki.

 
1962 rok, Zielona Góra. Klasa maturalna.
Czy ja naprawdę kiedyś tak wyglądałam? Nie do wiary!
 
1961 rok. Konkurs „Mikrofon dla wszystkich”.
Od lewej: Michał Urbaniak, Ula i Wojtek Karolak.
Zawsze mnie ktoś pchał, odkrywał, chwalił.
Ja słuchałam, dziwiłam się i śpiewałam dalej.

 
 

Artysta musi podróżować. Nie wszyscy artyści to lubią, ale bez tras, wyjazdów nie istniejemy. Każdy wyjazd z Polski był okupiony wielkim wysiłkiem. Walka o paszport, później wizy, których czasem potrzebowaliśmy kilkanaście. Do Nowego Jorku wyjechaliśmy na paszporcie polskim. Po jakimś czasie dostaliśmy paszport konsularny. Żeby legalnie koncertować w Stanach, musieliśmy mieć tak zwaną zieloną kartę, a na wyjazd ze Stanów, na przykład do Europy, był potrzebny tak zwany biały paszport, który upoważniał do powrotnego wjazdu do Stanów i był opieczętowany wieloma wizami. Były też specjalne utrudnienia dla posiadaczy takich paszportów, na przykład żeby dostać włoską wizę, powiedzmy na dwa tygodnie, trzeba było wpłacić tysiąc osiemset dolarów kaucji. W razie przekroczenia daty wyjazdu z Włoch kaucja przepadała i o następnej wizie w przyszłości należało zapomnieć.

La Gare du Nord, dworzec kolejowy w Paryżu, 1984 rok. Michał – mój ówczesny mąż – i ja przylecieliśmy z Nowego Jorku do Europy z naszymi córkami, małą czteroletnią Kasią i dwuipółletnią Miką. Przed nami kilkutygodniowa trasa koncertowa. Czekamy na Orient Express, którym mamy dojechać z Paryża do Monachium, gdzie zaczynało się nasze tournée. W pewnym momencie orientuję się, że skradziono mi etui z wszystkimi dokumentami i gotówką. Panika. Przeczesujemy pobliskie kosze na śmieci. Może złodziej podprowadził kasę, a dokumenty wyrzucił? Nie ma śladu.

 
Lata 70. W podróży po Europie Ula i Michał Urbaniak.
Graliśmy, gdzie się dało. Wszędzie wypadało i się nie krępowało.

Biegniemy na policję, gdzie spisują raport. Nocujemy w pobliskim hotelu. Następnego dnia nerwowa wizyta w ambasadzie amerykańskiej. Michał składa przysięgę, że ja to ja i że ja to jego prawowita żona. Ambasador radzi, żebym jak najprędzej wróciła do Nowego Jorku, wyrobiła nowy paszport i odzyskała kilka wiz, które miano mi wbić po raz drugi do tak zwanego Re-entry Permit, czyli białego paszportu emigracyjnego. Łatwo powiedzieć – przecież następnego dnia mamy zagrać pierwszy koncert w Monachium!

1973 rok, Chateauvallon, Francja.
Od lewej: Michał Urbaniak, Ula i Wojtek Karolak.
Ale przystojniacy!!! A ja? Też fajna.
 

Decydujemy się na partyzantkę. Michał z dziećmi przemyci mnie przez granicę z Francji do Niemiec. Kupujemy bilety pierwszej klasy na nocny pociąg Orient Express, żeby mieć cały przedział dla siebie. Mała nieuwaga konduktora i nie trzy, ale cztery osoby pakują się do przedziału. Ja na samej górze, przyblokowana Kasią, która obiecała siedzieć cicho i udawać, że mamy nie ma. Pociąg rusza. Po kilku godzinach zbliżamy się do granicy. Z przedziału obok słyszymy: „Passport bitte”. Wiem, że czeka mnie areszt, jeśli ktoś zorientuje się, że jadę nielegalnie. Tak musieli się czuć w czasie wojny zagrożeni partyzanci – pomyślałam, trzęsąc się jak osika. Do przedziału weszło dwóch niemieckich policjantów z latarkami, zapytali Michała, z kim podróżuje, sprawdzili trzy paszporty i poszli dalej. Udało się!!!

Co za ulga!

Zagraliśmy kilka koncertów w Niemczech i przed przekroczeniem następnej granicy musiałam polecieć do Nowego Jorku po paszport i wizy. Dzień przed wylotem graliśmy koncert we Frankfurcie. Po koncercie siedzieliśmy z grupką fanów, opowiadając naszą historię z Orient Expressu, zastanawiając się, jak wytłumaczyć oficerowi przy kontroli paszportów na lotnisku we Frankfurcie moją obecność w Niemczech. Przecież paszport ukradziono mi w Paryżu. Jeden z fanów zaproponował pomoc. Okazało się, że pracował na lotnisku we Frankfurcie. Obiecał przysiąc, że to on jechał samochodem z Francji do Niemiec, ja spałam z tyłu i nie sprawdzano moich dokumentów. Znowu się udało. Wyrobienie nowego paszportu i odzyskanie wiz trwało kilka dni, trasa została uratowana.


 
 

Ten znakomity standard jazzowy skomponowany przez Duke’a Ellingtona był sygnałem audycji „Voice of America Jazz Hour” nadawanej z Waszyngtonu przez Willisa Conovera dla fanów jazzu zza żelaznej kurtyny przez długi czas od lat pięćdziesiątych. Piękny, superseksowny głos Willisa wstydliwie rozpalał moją wyobraźnię. „Voice of America” rozumiałam jako „Boys of America”. Czyli chłopcy od małego do dużego grają w Ameryce jazz. Co to za kraj? Prawdziwy raj! – kontemplowałam zachwycona. Conover był naszą wyrocznią, gwiazdą przewodnią, guru, mistrzem świata. Dla nas, fanów jazzu, grał najpiękniejszą muzykę na świecie. Sygnał audycji: „Take the »A« Train” Duke’a Ellingtona, do dziś przywołuje piękne wspomnienia. Ze starszym bratem Leszkiem siedzieliśmy przy odbiorniku co wieczór zasłuchani po uszy.

Pewnego dnia pojawił się w naszym domu japoński magnetofon. Tatuś pożyczył go z pracy. Trzymałam w ręku mały mikrofon i nagrywałam to, co leciało z głośnika, jednocześnie nagrywając własny wokal. Zamykałam oczy. Stałam na dużej scenie z tyłu big-band Count Basiego, przede mną mikrofon i pełna sala zasłuchanych fanów. Gdzie? Nie wiem. Wtedy jeszcze nie śmiałam marzyć o Ameryce. Naśladowałam Ellę Fitzgerald. Śpiewałam po angielsku, nie znając języka. Później próbowałam rozszyfrować tę moją angielszczyznę i wydawało mi się, że po trzydziestoletnim pobycie w Nowym Jorku i z niezłą już znajomością angielskiego nie będzie to trudne. Miałam zapisane fonetycznie: „I liwisi, newer egein egein, hous hył ai em he lof begen, helowe hylzyn lof begen łizju”. Nie dałam rady i niech już tak zostanie.

 
1956 rok, Zielona Góra. Przed domem.
Wyglądam jak aniołek, a w ręce trzymam czekoladę,
którą przed chwilą podprowadziłam
mojej młodszej siostrze Danusi.
1957 rok, Międzyzdroje.
Ula, mama, tatuś, młodsza siostra Danusia i znajoma.
 

Mijają lata i jestem z Michałem w nowojorskim mieszkaniu Willisa Conovera. Siadamy do kolacji przygotowanej przez jego żonę Shirley. Obok mnie siedzi wspaniały aranżer i kompozytor Gil Evans ze swoją żoną Anitą. Willis chwali płytę „Newborn Light”, którą nagraliśmy w duecie z Adasiem Makowiczem, a która została uznana za wybitną przez prestiżowy magazyn „Down Beat” i nagrodzona maksymalnymi pięcioma gwiazdkami. Po chwili Willis oznajmia, że w najbliższej swojej audycji „Voice of America Jazz Hour” zaprezentuje ją w całości dla fanów jazzu. Stał się cud! Marzenie się spełniło! A to był dopiero pierwszy etap mojej wielkiej amerykańskiej przygody z muzyką.

 
1960 rok, Zielona Góra. Szkoła średnia.
Strzelam z procy. Dodaję sobie mocy. A potrzebuję, bo mam same dwóje.

 
 

Przepiękna ballada, najpiękniej zaśpiewana przez jedną z moich niedoścignionych mistrzyń, Sarah Vaughan. Mimo że od lat eksperymentuję głosem i po macoszemu traktuję słowa, tę balladę śpiewam do dzisiaj i chyba już tak zostanie. Lata temu w Nowym Jorku, śpiewając w klubie Zanzibar, zauważyłam wśród publiczności moją kochaną duchową siostrę Anię Bogusz-Horowitz. Był to dzień jej urodzin. Szybko rzuciłam zespołowi: gramy „You’ve Changed”! Podeszłam do mikrofonu i z wielkim zaangażowaniem zadedykowałam następny utwór Ani. Słowa tej ballady w moim luźnym tłumaczeniu:

 

You’ve changed – zmieniłaś się
The sparkle in your eyes is gone – nie masz już błysku w oczach
Your smile is just a careless yawn – twój uśmiech przypomina bezmyślne ziewanie
You’re breaking my heart – łamiesz mi serce
You’ve changed – zmieniłaś się

 

Już po kilku słowach zorientowałam się, że to nie jest „happy birthday song”. Składałam jej życzenia po angielsku i wszyscy obecni byli zdziwieni, na pewno zastanawiali się, co jest grane. Czy to chytry podstęp, dowalenie koleżance, czy przykład skrajnego roztargnienia, grzechu nieuwagi? Ania była tym faktem rozbawiona, za co jej do dziś dziękuję.

 
1981 rok, Nowy Jork. Ania Bogusz-Horowitz i ja.
Kobiety do kochania.

 
 

Zielona Góra, lata sześćdziesiąte, jestem w dziesiątej klasie, zbliża się koniec roku szkolnego. Do Teatru Ziemi Lubuskiej przyjeżdża Teatrzyk Tingel Tangel. Aktorzy Stasiu Młynarczyk, Krysia Sienkiewicz, Sława Przybylska i zespół jazzowy, czyli trio Krzysztofa Komedy. Po spektaklu wszyscy idą na kolację do restauracji Piastowska. Tam z kolei przygrywa do tańca miejscowy zespół pianisty Mietka Puzickiego. Już wtedy podobno mówiono, że ta Ulka ze szkoły przy Chopina fajnie śpiewa jazz. Mietek podszedł do Krzysia siedzącego przy stoliku i zarekomendował mnie, namawiając, żeby tę Ulkę przesłuchał. Krzysiu, nie chcąc być nieuprzejmy, zgodził się. Wiadomość dotarła do mnie następnego dnia podczas przerwy lekcyjnej.

W szkole udałam ból zęba i w te pędy w granatowym szkolnym mundurku z białym kołnierzykiem poleciałam do Piastowskiej. Przy pianinie siedział Krzysiu, obok stała jego żona Zosia. „Co chcesz zaśpiewać?” – zapytał. Wymieniłam moje trzy ulubione standardy z repertuaru Elli Fitzgerald: „Stompin’ At The Savoy”, „Goody Goody” i „A Foggy Day”. Zaśpiewałam wszystkie. Chwila ciszy... Krzysiu powoli podniósł głowę znad klawiatury i zapytał: „Jakie masz plany na wakacje?”. Zaniemówiłam. „Przyjedź do Warszawy i zaśpiewaj z moim zespołem w piwnicy jazzowej Pod Hybrydami” – dodał. W ogóle nie pamiętam, co powiedziałam. Wiem jedno – byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Pamiętam, że Zosia Komedowa chciała porozmawiać z moją mamą i poszła ze mną do domu przy Dąbrowskiego. Zapewniała, że w Warszawie się mną zaopiekuje i że jestem w dobrych rękach.

Kilka tygodni później siedziałam w pociągu do Warszawy. Jechał ze mną mój brat Leszek. Przed nami cały dzień podróży. W torbie kanapki z domowym smalcem, jabłka złota reneta z naszego ogrodu i termos z herbatą z sokiem malinowym. Pociąg ruszył, a Leszek: „Po co ja z tobą jadę? Eskorta czy co?”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, ale czułam się raźniej. Na miejscu zamieszkałam u Komedów, na Mokotowie. Zosia zajęła się moim wizerunkiem, a perkusista z zespołu, Andrzej „Synek” Zieliński – moim repertuarem. U fryzjera w Bristolu obcięto mi włosy na krótko, czyli z Beethovena przeobraziłam się w modną wtedy aktorkę Jean Seberg z fryzurą simonką. Zosia wytłumaczyła mi, że mam szwabskie imię i przegrane nazwisko. Musimy to zmienić, żeby lepiej brzmiało i łatwiej się wymawiało za granicą – przekonywała. W gablocie ogłoszeniowej Hybryd wisiał więc plakat: „Debiut wielkiej nadziei polskiej wokalistyki jazzowej: Dorota Cedro”. Po kilku dniach Zosia oświadczyła, że wybór nazwiska i imienia jest nietrafiony. Dowiedziała się, że należy do słynnej już wtedy pływaczki.

 
1961 rok, Warszawa. W piwnicy Pod Hybrydami.
Podświadomie przygotowuję się do robienia w przyszłości za gwiazdę.

fot. Jerzy Płoński
 

Wymyśliła nazwisko May, a imię pozostało Urszula. Za kilka dni kolejna zmiana. Zosia pod presją znajomych zdecydowała, że jednak zostanę Urszulą Dudziak.

W dniu mojego debiutu przysłuchiwali się moim popisom: ceniony i znany z ostrego dowcipu Andrzej Kurylewicz ze słynną Wandą Warską, Roman Waschko – propagator jazzu i dziennikarz, oraz awangardowy literat w ciemnych okularach Leopold Tyrmand. A na scenie ja. Siedemnastolatka z gigantyczną tremą prezentująca tak zwane kozie vibrato, czyli paniczne drżenie głosu. Zosia podpytała „gniewnych”, co o mnie sądzą. Jedną tylko opinię zapamiętałam. Podobno Wanda Warska powiedziała: „Jest infantylna, ale nie jest źle”.

Mija kilka lat i ląduję w Warszawie w Studiu Nagraniowym Polskiego Radia przy Myśliwieckiej, w reżyserce siedzi Krzysiu Komeda, ja wpatrzona w niego nagrywam jego utwór „Nie jest źle” z tekstem Agnieszki Osieckiej. Przepiękny aranż napisał mój przyszły mąż Michał Urbaniak. Śpiewając, obserwuję Krzysia. W pewnym momencie zawieszam głos na wysokim C, otulając go łagodnym vibrato. Krzysiu zdumiony i wyraźnie zachwycony wstaje z krzesła i bije mi brawo. Po skończeniu nagrania mówi cicho i dobitnie: „Jesteś niesamowita, a ten twój wysoki głos przepiękny”. Od tego czasu polubiłam mój sopran i obnoszę się z nim dumnie do dzisiaj.

 
1961 rok, Warszawa, piwnica Pod Hybrydami. Od lewej: Adam Skorupka, Krzysztof Komeda.
Z sufitu wisi nitka, a ja pluję do sitka.


 
 

Przyjęcie. Podchodzi do mnie pan w średnim wieku. „Ula, pamiętasz mnie?” Wpadam w panikę, bo nie mam pojęcia, kto to jest. Nie, nie pamiętam. „Jak to – ciągnie mój nierozpoznany rozmówca – spędziliśmy noc na Manhattanie”. Może dlatego nie pamiętam – odgryzłam się. Zaśmiał się i kontynuował. „Byłem u was, na 58. ulicy, lata siedemdziesiąte, gadaliśmy do rana w waszej kuchni”. W końcu się przedstawił – Wiktor Osiatyński. O rany!!! Przecież pamiętam ten wieczór. Byłam zafascynowana tym wspaniałym, mądrym facetem o niezwykłym poczuciu humoru. Miał wtedy bujną ciemną czuprynę i nieźle w czubie, prawdę mówiąc, ja też. Zmieniło się to, że Wiktor od wielu lat jest propagatorem trzeźwości, ja dopiero od czterech. „Nie przejmuj się, Ula. To, co masz, nie jest żadną chorobą, tylko kłopotliwą wadą organizmu. Nazywa się prozopagnozja. Mylą się twarze, nazwiska...” Szybko zapisałam w notesie.

Jakiś czas później jestem w Hiszpanii, w Saragossie, na Expo 2008. Reprezentuję Polskę i śpiewam z Zielonogórskim Jazzowym Big-Bandem. Są też moje córki Kasia i Mika. Opiekowała się nami moja ówczesna menedżerka Grażyna Miśkiewicz. Dojechała też moja kuzynka Susann z Oslo, zawodowa reżyserka i świetna kamerzystka. Przywiozła profesjonalną kamerę i filmowała to, co się działo. Po próbie, a przed koncertem, odpoczywamy w polskim salonie.

Nagle otwierają się drzwi, do pokoju wchodzi prezydent Lech Kaczyński – od razu zauważyłam, że jest w świetnym humorze – a za nim żona Maria i obstawa. Serdecznie się witamy, a ja przedstawiam wszystkich po kolei. Przy przedstawieniu Susann prezydent zachwyconym głosem powiedział: „A ja panią znam”. Powtórzył to jeszcze dwa razy, trzymając jej rękę. Odezwałam się: „Panie prezydencie, to niemożliwe”. Ale on nalega: „Ja panią znam”. „Panie prezydencie, proszę się nie martwić, bo to, co pan ma, to nie jest żadna choroba, to kłopotliwa wada organizmu, prozopagnozja”. Pani prezydentowa szepnęła mi do ucha: „Mój mąż ma problem z błędnikiem”. Zrobiło mi się głupio. Co ja chrzanię?! Mówiono nieżyczliwie, że nasz prezydent ma alzheimera, problem z alkoholem, a ja mu jeszcze dokładam jakąś prozopagnozję.

Rok później, w Pałacu Prezydenckim w Warszawie, prezydent Kaczyński wręcza mi Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Zastanawiam się, czy zapamiętał, o co posądziłam go w Saragossie. Przy wpinaniu mi orderu do bolerka uśmiechnął się do mnie życzliwie. Odetchnęłam z ulgą.


 
 

Miałam w życiu miłości platoniczne, o których nikt nic nie wiedział (może jedna lub dwie przyjaciółki i moja siostra Danusia). Zresztą bardzo lubiłam być zakochana. Wtedy odżywałam. Pięknie śpiewałam, ślicznie wyglądałam, pisałam wiersze i wymyślałam wyjątkowej urody melodie. Jednym z moich obiektów westchnień był reżyser z Oscarem w kieszeni (za animowany film „Tango”) Zbyszek Rybczyński. Miał świetną żonę Wandę i tworzyli wspaniałą parę, czyli sytuacja była dla wszystkich bezpieczna – przez myśl mi nie przeszło, żeby się wychylić i dać jakiś sygnał Zbyszkowi.

Minęło wiele lat, jestem singielką, a smak niespełnionej pasji nie minął. Jestem z zespołem Vocal Summit w Cannes, śpiewamy na festiwalu jazzowym. Mamy próbę i widzę, że w grupie techników obsługujących festiwal jest facet, no klon Rybczyńskiego. Idę na całego, uwodzę go, szepczę do ucha, w jakim hotelu mieszkam i w jakim pokoju. Wracam po koncercie i gadam do siebie: co ja wyprawiam, czy zwariowałam? To nie w moim stylu.

Zawsze się dziwiłam, jak można pójść do łóżka z kimś, kogo się w ogóle nie zna, aż tu sama zainicjowałam tak zwany one night stand. Facet okazał się czułym, troskliwym, dbającym o moją seksualną satysfakcję kochankiem. Wiem, że był Holendrem, ale nie wiem nawet, jak miał na imię. Jeśli już nigdy mi się nie przydarzy taki ekspresowy seks, to one night stand mam zaliczony.


 
 

Nasze grania w skandynawskich lokalach w latach sześćdziesiątych były urozmaicane przeróżnymi niespodziankami. Oto jedna z nich. Nasz stały pianista Włodek Gulgowski pokłócił się z kierownikiem zespołu, czyli Michałem Urbaniakiem, i jak małe dziecko spakował zabawki i uciekł. Za dwa dni mieliśmy rozpocząć granie w ekskluzywnym Grand Hotelu, w pięknym norweskim miasteczku Bergen. Sytuacja była dramatyczna. W południe mamy mieć próbę z pianistą znalezionym z ogłoszenia, wieczorem granie. Nagle wchodzi jakiś facet w kapeluszu, radiowej urody. Z przodu dziurawe, popsute zęby, nos zadarty a la Piggy, twarz koloru ziemi, lśniąca od potu, do tego tłusty i niemal łysy. Nieśmiało się przedstawił: Nils Brenstein.

 
1963 rok, Warszawa. Zdjęcie promocyjne artystów Pagartu (Polskiej Agencji Artystycznej).
Od lewej: Ula, Leszek Dudziak (mój brat), Stasiu Zwierzchowski, Adam Makowicz, Michał Urbaniak.
Jesteśmy gotowi do podbicia światowych rynków muzycznych!
 

Miał ze sobą organy kiepskiej firmy Lawley. Zaczynamy próbować i okazuje się, że on gra tylko w jednej tonacji, w dodatku fatalnie! Michał z nerwów się rozpłakał i zarządził w panice stan wyjątkowy. Kazał mi siadać do pianina i ratować sytuację. Pokazał mi trzy utwory, żeby od czegoś zacząć. Nils zestresowany siedział z boku, za tymi marnymi organami, i nagle nieśmiało zagadnął: „Michael, I want to sing something” (chciałbym coś zaśpiewać). Michał powiedział do nas: „Jeżeli on tak śpiewa, jak gra, to mamy dramat do kwadratu”. Nils powtórzył swoją prośbę kilka razy. W końcu Michał niechętnie się zgodził. „Ale co chcesz zaśpiewać?” – „I’ve Got You Under My Skin” – odpowiedział Nils. Przysunął mikrofon i zaczął śpiewać, akompaniując sobie na organach. Włosy stanęły mi dęba. Głos jak Sinatra, piękna jazzowa podziałka, czysto, idealnie. Michał zapytał: „A co jeszcze grasz i śpiewasz?”. Nils odpowiedział: „Mam w repertuarze kilkaset standardów amerykańskich”. Co za ulga.

Kilka dni później nasz szwedzki menedżer Per Norberg przyjechał sprawdzić, jak sprawuje się jego zespół. Nasz skandynawski Sinatra go zachwycił. Michał postanowił pomóc Nilsowi i od tamtej pory uczył go godzinami harmonii i grania w różnych tonacjach. Nils często wykrzykiwał: „O rany, jak to pięknie brzmi!”. Był bardzo wdzięcznym uczniem. Rewelacyjnie śpiewał utwory z musicalu „The Sound of Music”. Uczył też angielskiego mojego brata Leszka, perkusistę. A angielski znał znakomicie, bo w przeszłości pracował w wojsku jako urzędnik ONZ w Gazie. Po pewnym czasie zwierzył się, że tamtego dnia, kiedy pojawił się ze swoimi organami, przeżył prawdziwy szok, gdy wchodząc na próbę, usłyszał Michała rozgrywającego się na saksofonie. Wtedy ta reszta włosów stanęła mu dęba i chciał uciekać.

 
1965 rok, Norwegia, Stavanger, Hotel Grand.
Włodek Gulgowski – piano, Michał Urbaniak – soprano sax, Ula,
Leszek Dudziak (brat) – perkusja, Stasiu Zwierzchowski – kontrabas.
Nie tylko graliśmy świetnie, ale również wyglądaliśmy pięknie, czy nie?

 
 
 
1968 rok, Skandynawia. Od lewej: Andrzej Dąbrowski, Wojtek Karolak, Michał Urbaniak i z przodu Ula.
Tutaj, tutaj jest kamera, wystaw ryja do pikczera...
 

W Skandynawii bywały okresy, kiedy pracowaliśmy bardzo ciężko. W sztokholmskiej restauracji Gondolen graliśmy do lunchu, od dwunastej do czternastej, potem do tańca, od dwudziestej do pierwszej w nocy, następnie szybkie pakowanie i transport instrumentów, z bębnami i organami Hammonda włącznie, do klubu Artist na Drottninggatan w centrum miasta. Mieliśmy na to pół godziny. W klubie rozpakowanie instrumentów i granie od pierwszej trzydzieści do czwartej rano. Przychodziło tam supertowarzystwo. Sami artyści, po spektaklach i koncertach. Dołączali świetni muzycy. Odbywały się tam fantastyczne jamy. Przegrywałam fortunę w ruletę, a jeśli coś nam zostawało, to Michał przepił. W ten sposób się dorabialiśmy.

 Pewnego wieczoru, a właściwie bliżej rana, do klubu weszły cztery przepiękne dziewczyny. Spekulowaliśmy, czy przypadkiem nie wracały z konkursu Miss Świata. Weszły więc pięknie ubrane, w stylowych sukienkach, na bardzo wysokich szpilkach. Siadły przy stoliku i gestykulując, żywo o czymś rozprawiały. Ściągały na siebie wzrok zaciekawionych facetów i zazdrosnych kobiet. Towarzystwo tańczyło, one nie. Zamawiały drinka za drinkiem, śmiały się głośno, a po każdym naszym utworze entuzjastycznie nas oklaskiwały. A może to dziewczyny z jakiegoś słynnego zespołu? Bez wątpienia znają się na dobrej muzyce. Tak kombinowaliśmy podczas krótkich pauz między utworami. Były wyraźnie rozbawione i nagle wyszły na parkiet. Zaczęły tańczyć. Robiły to rewelacyjnie.

No nie! To zawodowe tancerki! – pomyślałam. Nikt nie miał śmiałości przeszkodzić im na parkiecie. Tańczyły same, a wszyscy byli w nie wpatrzeni. W pewnej chwili stanęły na rękach. Zanim dokończyłam myśl... że to przecież gimnastyczki, nagle spod szerokich spódniczek wynurzyły się wyjątkowej urody okazałe członki. Cała sala wybuchła głośnym śmiechem, a dziewczyny (transwestyci) z gracją ukłoniły się i przeniosły do baru. Mężczyźni byli rozczarowani, a ich kobiety odetchnęły z ulgą.


 
 

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych do naszego zespołu grającego w Skandynawii dołączyli Wojtek Karolak i Andrzej Dąbrowski. Wojtek cholernie przystojny, świetny muzyk, zawsze oryginalnie ubrany, pachnący, z niezwykłym poczuciem humoru. Po prostu facet z wielką klasą. Byłam zakochana w Michale, ale wiecznie podkochiwałam się w Wojtku, podkreślam, platonicznie i nikt o tym nie wiedział. Tworzyli z Michałem bliźniaczy związek. Razem popijali i razem marzyli o podbiciu Ameryki. To picie nieraz mnie wkurzało.

Pamiętam, zwierzałam się żonie Wojtka Bożenie, że Michała gorzała trzyma do rana, bo jak się budzę, to ciągnie od niego alkoholem, jakby przed chwilą wychylił setkę. Bożena twierdziła, że ma to samo z Wojtkiem. Później wydało się, że po graniu i garden party, czyli po wieczornej balandze, nasi mężowie chowali przed żonami alkohol w krzakach, umawiali się, że wstaną w nocy, na przykład o czwartej, niby na siku, wypijali flaszkę w ogrodzie i wracali do łóżek, jak gdyby nigdy nic.

 

1985 rok, Warszawa. Ula z Wojtkiem Karolakiem.
Pasujemy? Pozujemy? Oj, jak miło! Będzie mi się miło śniło, marzyło...


 
 

Podczas naszego „knajpowego” pobytu w Szwecji zaczęła panować moda na dzwonienie na nitkę. Dwaj polscy inżynierowie mieszkający w Szwecji ukradli całą budkę telefoniczną, przytargali ją do domu i rozebrali na części. Znaleźli sposób oszukiwania automatu. Przyklejało się taśmą klejącą do jednej szwedzkiej korony nitkę długości około trzydziestu centymetrów, wrzucało przyczepioną do nitki monetę do automatu i pociągało nitką, dotykając delikatnie klapki otworu, do którego automatycznie wpadały korony przy braku połączenia. Tym sposobem symulowało się wrzucanie tylu monet, ile było pociągnięć nitką tej jednej monety. To wymagało precyzyjnego wyczucia i synchronizacji pociągania monetową nitką z dotknięciem klapki otworu na monety.

Z czasem w ten sposób prawie wszyscy muzycy dzwonili ze Szwecji do Polski. Czasami komuś urwała się nitka z przyklejoną monetą i cały komplet zostawał uwięziony w środku automatu. Szwedzi o tym wiedzieli, ale widocznie nie opłacało się im wymieniać wszystkich automatów. Z biegiem lat jednak zamontowano nowe budki i skończyły się czasy dzwonienia za jedną koronę.


 
 

Z początkiem lat siedemdziesiątych wyruszyliśmy z naszym zespołem na Zachód, pograć w europejskich klubach jazzowych. Mój ówczesny mąż Michał Urbaniak (skrzypce i saksofon), Adam Makowicz (keyboardy), Czesław „Mały” Bartkowski (bębny), Paweł Jarzębski (kontrabas), no i ja. Mieliśmy peugeota 404 kombi i przyczepę załadowaną instrumentami. Wzięliśmy namioty, żeby zaoszczędzić na hotelach, często spaliśmy na polach kempingowych. Mieliśmy masę przygód, najczęściej na granicach.

Kiedyś, jadąc z Niemiec do Metz we Francji, na pytanie celnika, kim jesteśmy, odpowiedzieliśmy dumnie: „Zespołem jazzowym”, a to skojarzyło mu się z bałaganem, hałasem i narkotykami. Zapytał, czy mamy więcej niż jeden instrument na muzyka. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że lider zespołu to wybitnie uzdolniony multiinstrumentalista i ma dwie pary skrzypiec, saksofon tenorowy i sopranowy, a pianista ma dwa keyboardy: Fender Rhodes i Clavinet. Okazało się, że każdy muzyk może wwieźć do Francji tylko jeden instrument. Celnicy nas zatrzymali i kazali zapłacić kaucję w wysokości trzydziestu tysięcy franków.

Byliśmy zrozpaczeni. W takich sytuacjach Michaś był nie do pobicia. Dodzwonił się do mera miasta Metz i w ciągu dwóch godzin przyjechał kurier z furą pieniędzy, żeby nas wykupić. W przyszłości na wszelki wypadek wycenialiśmy na deklaracji celnej nasze instrumenty po swojemu, na przykład skrzypce Michała na sto złotych, pianino elektryczne i perkusję na dwieście.

 Pamiętam też ciężkie przeprawy z celnikami na granicy niemiecko-szwajcarskiej. Kiedy zobaczyli organy Hammonda, kazali nam zapłacić ogromną kaucję. Wycofaliśmy się z granicy, twierdząc, że zostawiamy organy u przyjaciół w Niemczech, i próbowaliśmy przejechać jakimś innym, bardziej przyjaznym przejściem albo wmawialiśmy celnikom, że jedziemy tranzytem do Austrii.

Michał przestudiował przepisy celne i okazało się, że zespoły folklorystyczne zwolnione są z przepisu pozwalającego mieć jeden instrument na muzyka. Od tego czasu dojeżdżając do granicy, krzyczeliśmy z daleka: „Folklore polonaise!”. Przepuszczali nas bez problemu, nie zaglądając do samochodów.

1972 rok, Niemcy. Od lewej: Ula, Wojtek Karolak, Adam Makowicz,
siedzą: Michał Urbaniak (w czapce), Czesław Bartkowski.
Lubię to zdjęcie. Jesteśmy tacy fajni, niewinni, prawdziwi, gotowi na samo dobro.


 
 

Nasz ślub z Michałem odbył się w polskim konsulacie w Oslo. Po ceremonii zrobiliśmy balangę w hotelu Grand, a ciąg dalszy był u Randi Hultin, znanej norweskiej dziennikarki, wielkiej fanki jazzu. Michał, uciekając przed stresem, dał nieźle w szyję i był wyraźnie znieczulony.

 
 
23 grudnia 1967 roku, Norwegia, Oslo, Grand Hotel.
Od lewej: Wojtek Karolak, Randi Hultin, para znajomych, ja z Michałem, przy stole Karin Krog z mężem.
Ale jazz! Wszyscy na delikatnym rauszu, oprócz jednego delikwenta, który ledwo się trzyma na nogach ze... strachu.
 

Jego matka Irenka na wieść o naszych poważnych zamiarach straszyła samobójstwem. Płakała zawiedziona, bo jej kochany Michaś, jedynak, kiedy był mały, obiecał, że się z nią w przyszłości ożeni. Przyjechała do nas do Trondheim, do Norwegii, z moim tatusiem, sprawdzić, czy Michasiowi nie dzieje się krzywda. Tatuś tłumaczył dobitnie, że jej synowi świetnie się powodzi, ponieważ to ja zarabiam kasę, a Michaś co zarobi, to zaraz przepije. Przychodzili razem do restauracji, w której graliśmy, i tatuś liczył, ile razy Michaś leci do kelnera i zamawia rum z coca-colą. Potem to przeliczył po cenie restauracyjnej – a alkohol w Szwecji w tych czasach mógł zrujnować niejeden budżet – i z satysfakcją machał Irence przed nosem swoją wyliczanką. Tatuś triumfował, Irence rzedła mina.

 
23 grudnia 1967 roku, Norwegia, Oslo. Ślub cywilny w polskiej ambasadzie.
Od lewej: Wojtek Karolak, pan młody Michał Urbaniak, panna młoda Ula, Leszek Dudziak, ambasador Łobodycz, Małgosia Dąbrowska, Andrzej Dąbrowski.
Nie wiem jeszcze, co mnie czeka, wyjście za tego człowieka.
 

 
 

Nie zapomnę pewnej nocy w Malmö. Było lato 1967 roku. Po ostatnim graniu Michał dostał miesięczną wypłatę dla całego zespołu. Akurat były u nas moja mama i siostra Danusia. Leżałyśmy już w łóżkach, Michała nie było, aż nagle wchodzi po cichu, żeby nas nie budzić, i wyjmuje coś z szuflady. Historia powtarzała się co kilkadziesiąt minut. Nad ranem Michał wrócił i wszedł pod kołdrę. Zastanawiałam się, co się działo tam, gdzie mnie nie było.

Sprawa wyjaśniła się następnego dnia. Otóż kierownik zespołu dał się namówić na pokera. Wśród graczy był nasz dobry znajomy, właściciel klubu Artist, w którym graliśmy niejeden raz – Steve Golkovic, wytrawny pokerzysta. Michał przegrał całą wypłatę dla zespołu. Oczywiście, jak już przegrał, to wpadł w rozpacz. Steve, widząc to, poprosił Michała na bok i powiedział: „Skombinuj mi parę piw i wracamy do stołu. Ale ty nie grasz!”. Michał stanął na głowie, skombinował kilka heinekenów i przyglądał się, jak Steve odbiera przegrane przez niego pieniądze. Steve oddał Michałowi całą kasę i kazał przysiąc, że nigdy w życiu nie zagra w pokera, bo nie ma o tym zielonego pojęcia, a zestaw kart ma wypisany na twarzy.

 

1965 rok, Skandynawia. Na scenie śpiewa Ula.
Przy stole od lewej: Leszek Dudziak, Michał Urbaniak, Włodek Gulgowski, Stasiu Zwierzchowski.
Oczywiście nikt mnie nie słucha, ale przecież to nie były kociokwiki jak teraz!!!


 
 

1968 rok, Szwecja, Stenungsund.
Michał Urbaniak, Andrzej Dąbrowski i Wojtek Karolak wchodzą do wody w ubraniach estradowych.
Wrócą z wody trzy golasy, koniec już knajpianej trasy.

 

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.