Wyspa wróżki Marty - Zuzanna Morawska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 245 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyspa wróżki Marty - Zuzanna Morawska

Barwna opowieść o rozbojach, piratach, morskich podbojach i bitwach autorstwa poczytnej pisarki polskiej z przełomu XIX i XX w. Oprócz niezwykłych przygód bohaterów uwagę przykuwa doskonale opisany wątek miłosny. Aura tajemniczości i sceneria zamkowa sprawiają, że czytelnik podczas lektury tej książki natychmiast staje się świadkiem tych ciekawych wydarzeń. Zuzanna Morawska (1840–1922) zapisała się w dziejach literatury jako autorka powieści dla dzieci i młodzieży. Wykazywała się też niezwykłą aktywnością na polu oświatowym. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci” i „Bluszczem”. Pozostawiła po sobie opowiadania dla dzieci: Z życia małych dzieci, Nasi znajomi, Lalka panny Gosi; powieści historyczne dla młodzieży: Wilcze gniazdo (1885), Giermek książęcy (1890), Jerzy Jaszczur-Bażeński (1898), Król kurkowy (1899), Rotmistrz wybraniecki, Złota ostroga (1901), Na straży (1917). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Wyspa wróżki Marty - Zuzanna Morawska

Fragment ebooka Wyspa wróżki Marty - Zuzanna Morawska





Spis treści

  1. WYSPA WRÓŻKI MARTY
  2. ROZDZIAŁ I  Przybycie
  3. ROZDZIAŁ II Rodzina Zygfryda
  4. ROZDZIAŁ III Hanza
  5. ROZDZIAŁ IV Wigo
  6. ROZDZIAŁ V Wróżka Marta
  7. ROZDZIAŁ VI Okręt
  8. ROZDZIAŁ VII Dymitr
  9. GOŚĆ NIESPODZIEWANY
  10. ZŁOTNIK KRÓLEWSKI
  11. ROZDZIAŁ I  Strzała królewska
  12. ROZDZIAŁ II Dworzanie
  13. ROZDZIAŁ III Skarb
  14. ROZDZIAŁ IV Złotnik królewski
  15. CZAROWNIK
  16. ROZDZIAŁ I
  17. ROZDZIAŁ II
  18. ROZDZIAŁ III
  19. ZŁOTA KULA NA ŚNIEGU
  20. ROZDZIAŁ I
  21. ROZDZIAŁ II
  22. PRZEWOŹNIK
  23. ROZDZIAŁ I  W hotelu
  24. ROZDZIAŁ II Irenka
  25. ROZDZIAŁ III Na morzu
  26. Przypisy
  27. KOLOFON

WYSPA WRÓŻKI MARTY

Opowiadanie z dziejów Hanzy
 


ROZDZIAŁ I

 Przybycie

Mgła czarna, nieprzenikniona, okrywała morze i całe jego wybrzeże. Okryła też swoim płaszczem i niewielki ostrów sterczący opodal stałego lądu – a okryła tak, iż zdawało się, że to jakiś potwór wypłynął na powierzchnię morza i odznacza się czarniejszym jeszcze od całego otoczenia bezkształtnym swym cielskiem. Nie widać też było wśród tej mgły stojącego na ostrowiu zameczka, a tym bardziej drogi prowadzącej do niego; dziwić się więc należało, jakim sposobem nagle, tuż pod samym ostrowem plusnęły wiosła, kilku ludzi z pierwszej zaraz wyskoczyło łodzi i poszedłszy wprost drogą wśród zarośli, od razu trafili do drzwi zamku, nieco w murze ukrytych a mocno na żelazne zasuwy zamkniętych.

Szli zaś z taką pewnością i tak śmiało, jak gdyby nie noc czarna i mgła wznosząca się nieprzeniknioną powłoką, lecz najpiękniejsze słońce im przyświecało. Śmiało też jeden z nich zapukał do drzwi młotkiem, wiszącym u pasa. Pukanie widocznie było dobrze znane, bo w tej chwili rozwarły się ciężkie podwoje i światło pochodni trzymanych przez czterech pachołków oświeciło długi, wąski, sklepiony korytarz i padło na postać wchodzącego.

Był to średnich lat, olbrzymiego wzrostu mężczyzna: okryty zbroją, jedną ręką podpierał się wielkim łukiem spuszczonym z cięciwy, drugą zaś ukrywał niewielką, misternie wyrobioną skrzynkę pod burką, która go okrywała, od stóp do głowy, a spod której mimo to widać było miecz ogromny.

Przybywał widocznie z podróży do własnego zamku, bo szedł krokiem pewnym, a pachołkowie skłoniwszy się przed nim z uszanowaniem, przyświecali mu. On zaś szedł pewnym krokiem w głąb długiego korytarza. Postąpiwszy jednak kilka kroków, rzekł do idącego z nim tak samo, jak i on uzbrojonego i takiejże samej olbrzymiej postaci towarzysza:

– Zatrzymaj się tutaj, Hunonie, a patrz i słuchaj pilnie!

Towarzysz nic nie odrzekł, tylko pięść zacisnął, czego jednak idący przodem dopatrzeć nie mógł.

Poczekawszy zaś, aż się ów rozkazujący oddalił, Hunon rozpiął na sobie zbroję, rzucił się na kamienną ławę i rzekł półgłosem z niechęcią:

– Poczekaj dumny Witalienie, odpłacisz mi za to!

Potem zaś dodał:

– Och, gdyby nie twoja żona, ta dobra nasza wróżka, gdyby nie Wigo, pierwszy bym oszczep mój na twym łbie roztrzaskał!

I zamilkł. Po chwili znów mruknął:

– Psia służba, niechaj ją morze pochłonie!

– I jego! – dodał ciszej, spojrzawszy w głąb korytarza, w którym zniknął Witalien.

Pod zamkiem tymczasem coraz częściej słychać było plusk wioseł i ciche zbliżanie się przypływających łodzi, potem ludzi idących ciężkimi krokami jak zwykle tych, którzy niosą wielkie ciężary.

Usłyszawszy to, leżący na ławie splunął niechętnie i mruknął:

– Głupcy, dźwigają skrzynie jak gdyby im z tego, co przyszło. Ręczę, że kilkotygodniowy połów nie przyniesie każdemu i setki talarów. Wielkie mi łupy, kilka skrzyń jakiegoś podłego towaru i jedna, jedyna skrzynia pieniędzy.

I splunął znowu, potem rozciągnął krzepkie, odkryte ramiona, aż w nich zatrzeszczało, ziewnął ochrypłym głosem i padłszy na ławę, znów mruknął:

– Czemu ten pies morski zostawił mnie tutaj? On tam sobie teraz używa, zapija złote wino kupcom dawniej zabrane i zajada przez niewiastę smacznie przyrządzone jadło, a ja opiłem się tylko mgły wilgotnej przez całą dobę i marnego nawet piwa hanzeatykom trudno było zabrać! Żeby ich!

Nie dokończył jednak przekleństwa i zatrząsł się cały.

– Brrr! Czuję tę mgłę jeszcze, prześwidrowała mi skórę, weszła do szpiku kości, przesiąkłem nią jak kawał żaglowej zużytej szmaty. Mam tę mgłę we wnętrznościach, mógłbym ją wyparować jak wodę z przedziurawionego okrętu, tfu! Tfu!

I splunąwszy z niechęcią usiadł, przeciągając się znowu.

– Cóż to, ja jego niewolnik, czy co! – mówił dalej mrukliwie – niechaj go całe piekło pilnuje, ja ani myślę! Niechaj go nawet czort na dno piekła w gorącą smołę zawlecze, niechaj go morze pochłonie, co mi tam!

Zamyślił się jednakże, a potem jakby idąc za tymi myślami, mruknął znów niechętnie:

– A co mi tam Wigo i ta niewiasta! Co mnie oni obchodzą! Niechaj i ich morze pochłonie!

I zerwał się, ale na to tylko, żeby potężnym kułakiem uderzyć się w głowę, przy czym zawołał:

– Oj, głupi łbie stary! Oj, niepowściągliwy jęku! Pleciesz, co ci ślina przyniesie, a sam pierwszy wyłbyś jak szakal, gdyby się kobiecie lub Wigowi co stało! Nie, klątwy na nich nie rzucę, ale pójdę stąd choćby na chwilę, aby się trochę pokrzepić! Toć tam przy wydobywaniu owych wielkich łupów – dodał z ironią – może się wierny sługa, szczery przyjaciel i doradca wodza jakim ochłapem pożywi lub gardło napitkiem przepłucze!

Mimo jednak postanowienia, zamiast iść do drzwi, usiadł znów i oparłszy łokcie na kolanach, ujął głowę w szerokie swe dłonie.

Siedząc tak spluwał przed siebie, jakby chciał wypluć mgłę, o której wspominał lub wyrzucić ze śliną złość rozpierającą jego szeroką pierś kudłatą jak u niedźwiedzia.

Wyrzucał też z ust oprócz śliny coraz straszniejsze klątwy, aż nagle w pół wymówionego wyrazu usta jego zamknęła dłoń jakaś, doskonale umiejąca trafiać wśród ciemności i głos młody, chłopięcy zadźwięczał:

– Hunonie, czemu tak brzydko gadasz? Wigo tego nie lubi i matka jego nie lubi takiego gadania. Masz oto dzban z doskonałym gorącym napitkiem, masz chleb i mięso pieczone – dodał, wkładając mu w ręce przyniesione pożywienie. Sam zaś zasiadł obok starego i pieszczotliwie gładził go ręką po nieobeschłej jeszcze z mgły morskiej brodzie.

Hunon złagodniał nagle, a nie kosztując nawet napitku, przygarnął do siebie Wigona i rzekł najmiększym jak umiał głosem:

– Dobry, kochany mój Wigo! Prawdziwy syn... – I nie dokończył rozpoczętego wyrazu, tylko wziął obie ręce chłopca w swoje wielkie dłonie i zarzucił je sobie na szyję.

– Lepiej jedz – odrzekł chłopiec, przytulając się do starego i powtórnie wkładając mu w dłonie dzban, o którym zdawało się, iż w tej chwili zapomniał zupełnie.

Hunon wielkim haustem pociągnął ze dzbana i zapełnił usta mięsiwem. Kilka chwil słychać było tylko mlaskanie językiem, żucie jedzenia i połykanie napitku. Wigo przez cały ten czas nie przerywał swemu przyjacielowi; siedział mu spokojnie na kolanach, oparłszy jedną rękę o jego ramię, a drugą przytrzymywał dzban, który stawał się coraz lżejszy.

– No, nie ma już nic – rzekł wreszcie Wigo, odbierając dzbanek – teraz opowiadaj.

– Cóż chcesz, żebym ci opowiedział? – odrzekł Huno, dogryzając resztę przyniesionego posiłku.

– Słyszałeś już pewnie wszystko od ojca, wielkiego Witaliena, naszego dowódcy – dodał z pewnym szyderstwem.

– Ojciec nic nie opowiadał, na mnie i matkę ledwie spojrzał, zaklął tylko wszedłszy, hałaśliwie, nic nie jadł i nie pił. Zaryglował się w tej izbie, w której zwykle się zamyka, gdy powraca bardzo zmęczony...

– Matki nie wołał za sobą? – zapytał nagle Hunon.

– Gdzież tam, matka nigdy tam nie wchodzi! Zawołał tylko: powiedzieć temu staremu Wilkowi, żeby się ode drzwi nie ruszał! Ja domyśliłem się, że Wilk, to Huno i przyszedłem do niego, ale ze dzbanem, żeby miał co łykać a mnie nie połknął – mówiło chłopię, obejmując znów za szyję swego przyjaciela.

– Widocznie boi się napaści, albo buntu i umyślnie wysłał do mnie chłopaka – pomyślał sobie Hunon.

I zamilkł. A potem znów sobie mruczał:

– Oho, stary Witalien poznał moją słabość do chłopca! Ale Wigona mogę ocalić a jego posłać na pastwę morskim potworom!

– No, stary, czemu milczysz jak ryba i nie chcesz nic gadać? – zapytał chłopiec zniecierpliwiony milczeniem swego przyjaciela.

– Cóż chcesz, żebym gadał! – odrzekł opryskliwie Hunon.

– Raz ci już powiedziałem: opowiadaj mi, gdzieście byli przez całe trzy tygodnie i coście ciekawego na szerokim świecie widzieli – rzekł Wigo takim stanowczym głosem, jak gdyby to nie chłopiec dziesięcioletni mówił, lecz wódz nakazujący zdać sobie sprawę, z czasu przebytego poza domem.

Hunon też mimowolnie stał się posłuszny temu głosowi.

– Ha, co to gadać, teraz wyprawy to tylko zmarnowanie ludzi i czasu – mruknął jakby do siebie. – Nim się zdobędzie kilka pak marnego towaru, który tylko kąty na próżno zawala, trzeba niemało nauwijać się po morzu! Bryły złota ani srebra nie dadzą: chcesz zdobyć wór pieniędzy, ludzi się natraci, a w miechu, gdy policzysz, po dziesięć sztuk nawet na głowę nie padnie...

– A czemuż to oni teraz dobrowolnie nie chcą ojcu płacić daniny? – zapytał Wigo.

– Daniny, ha, ha, ha! Daniny! – zaśmiał się szyderczo Hunon.

Wigo zdjął rękę ze szyi starego i odsuwając się od niego, zapytał surowo:

– Czemu się tak śmiejesz Hunonie, a nie odpowiadasz na moje pytanie?

Hunon przyciągnął do siebie chłopca i rzekł powstrzymując tajoną jakąś niechęć:

– To nic, stary czasem się i roześmiać musi, nie gniewaj się chłopcze.

Po chwili zaś dodał:

– Od czasu, kiedy kupcy zmądrzeli i trzymają wojsko, to ludzie wielkiego Witaliena jak psy pracować muszą. He, już jak ja sięgnąć mogę pamięcią, trzeba było walczyć z kupcami i wszelakimi handlarzami na morzu i na lądzie, nim się okup zdobyło, a teraz nie tylko walczyć, ale chronić się i uciekać, i ukrywać przed nimi przychodzi.

– Jak to, przecież ojciec mój ma wojsko potężne, jest panem całego morza. Jeżeli jemu się należy od kupców opłata, czemuż ich nie poskromi? – zapytał Wigo.

– Ha, ha, ha! Panem całego morza! Panem! Ha, ha, ha! – zaśmiał się Hunon, zgrzytając zębami.

– Czego się śmiejesz? – zawołał Wigo, zeskakując z jego kolan. – Cóż to, nie wiesz, że jako syn nie mogę pozwolić, żeby się z mego ojca natrząsano? – dodał zaciskając pięści.

– Uspokój się, synu Witaliena, nikt się z twego ojca nie śmieje, a jeżeli mnie staremu wyrwie się jakieś słowo, to tylko dlatego, iż mi ból piersi rozpiera, że dawna świetność wielkiego wodza upada!

I zaśmiał się znowu jakimś śmiechem chrapliwym. Wigo stał przed nim i patrzył wśród ciemności tak roziskrzonym wzrokiem, iż znać było jego świecące się źrenice. Chciał przeniknąć myśl starca, podejrzewał po raz pierwszy w jego mowie jakąś nieszczerość, ale w ciemności nie mógł dojrzeć wyrazu twarzy Hunona ani też dziecięcym umysłem przeniknąć, co się pod tym śmiechem ukrywa. Czuł tylko instynktownie, że stary jego przyjaciel chce coś przed nim zataić, a śmiechem pokryć niezrozumiałe dla niego wyrazy.

I Hunon nie widział też w ciemności roziskrzonego wzroku chłopca, ale poczuł jego siłę, przyciągnął go więc po raz wtóry do siebie i znowu miększym począł głosem:

– Nie pytaj dziś o nic: wyprawa się nie powiodła, a człowiek nie lubi mówić o tym, gdy mu oprócz mgły, ludzie w twarz jakimś smrodliwym dymem naplują. Wiedz tylko, że i wielcy jak twój ojciec, nie zawsze mogą uczynić to, czego pragną – rzekł z pewnym przekąsem. Potem zaś dodał jakby do siebie: – zwłaszcza gdy mają do roboty z silniejszym od siebie.

Ale Wigo dosłyszał owe wyrazy.

– Któż jest silniejszym, kto? – pytał chwytając starca za rękę.

– Kto? Ot mgła, ciemność, z którą człowiekowi nie walczyć! – odpowiedział tenże.

– Nieprawda! Zawsze mi mówiłeś, że ojciec jest najpotężniejszym i najsilniejszym, że jest panem mórz wszystkich. Mgła i ciemność nie przerażały was dotąd, bo okręty i łodzie nasze zwykle podczas mgły krążą po morzu, a ojciec powiada, iż najlepszą wtedy i najpewniejszą znajduje drogę. I mnie wśród takiej mgły nieraz, ty i ojciec braliście na morze, chcąc przyuczyć do znajdowania drogi pośród ciemności: a teraz, kłamliwymi wyrazy chcesz oszukać, że ojcu trudno walczyć z tą ciemnością – mówił jednym tchem Wigo, wyrzucając szybko z ust swych wyrazy z siłą niezwykłą dziecięcemu wiekowi. – Ja tej mgły nie lubię, ja chciałbym walki na morzu czy lądzie, ale wśród światła; rozumiesz mnie, ja chcę walki, pragnę jej, ale tych ciemności nie znoszę! Dlatego ojciec się gniewa na mnie i na matkę, bo ja chcę, chcę walki, ale wśród światła! Słyszysz Hunonie, ja tchórzem nie jestem, ale przede wszystkim chcę wiedzieć, dlaczego daninę dawniej płacono, a teraz trzeba ją sobie zdobywać! Ja chcę wiedzieć! Rozumiesz?

I tupnął nogą o kamienną posadzkę korytarza z taką siłą, że aż iskra prysnęła wywołana uderzeniem podkówki jego obuwia.

– O, niechaj cię uściskam, Wigonie mój miły! – zawołał Hunon – ty będziesz kiedyś znakomitym wodzem, oho! Znakomitszym niżeli ojciec twój...

– Będę, będę! Tylko wśród mgły i ciemności nie wyprowadzę moich okrętów, ale będę śmiało walczył wśród dnia jasnego...

– Będziesz więc wodzem, ale nie rozbójnikiem morskim jak twój ojciec – rzekł Hunon ściskając dłoń chłopca.

– Rozbójnikiem? – zapytał Wigo. – Cóż to, czyż to źle być rozbójnikiem? Wszak ty i wszyscy nazywacie się rozbójnikami, a czasem piratami, a ojciec mój jest waszym wodzem. Hunonie, powiedz mi, co ty dziś mówisz? – nalegał Wigo.

Zaśmiał się na to pytanie Hunon, a nagle świst długi, przeciągły, dał się słyszeć poza ciężkimi drzwiami zamku.

Hunon w miejsce odpowiedzi pochwycił wpół Wigona i silną dłonią poniósł go w głąb korytarza. Nagle też rozwarły się drzwi oświetlonej płonącym na kominie ogniem komnaty, a w nich ukazała się niezwykłej urody niewiasta.

Ta wyciągnęła ku Wigonowi ramiona, jakby dziecię malutkie pochwyciła go w swoje objęcia i wszedłszy do komnaty szybko, zaryglowała drzwi za sobą.

Jednocześnie w drugich drzwiach ukazał się Zygfryd Witalien, ten sam, który przed chwilą wszedł znanym nam już korytarzem jako pan do swego zamku.

Ale teraz nie szli z nim pachołkowie, aby mu drogę oświecać; on sam wyniósł pochodnię i ruchem gwałtownym zatknął ją za żelazną kolumnę, będącą w murze ku temu.

Ciemny korytarz zajaśniał czerwoną łuną, Witalien zaś w jednej ręce trzymał potężny oszczep, jakby się do obrony gotował, drugą wyjął świstawkę, przytknął ją do ust, lecz głosu z niej nie wydobył, tylko pomiędzy wargami zatrzymał.

Hunon tymczasem ukrywszy Wigona, był już przy drzwiach wejściowych; kołatanie się wzmagało... Zdawało się, że pod uderzeniami młota pękną ciężkie, dębowe, okute żelazem podwoje, z poza których dochodziły zmieszane groźne okrzyki.

– Ukryjcie się z powrotem w izbie! – zawołał Hunon, ujrzawszy Witaliena.

– Co? Ja mam się ukrywać! – krzyknął tenże. – Jednym cięciem miecza powalę pierwszego śmiałka.

– A inni przejdą po waszym trupie – rzekł Hunon, wlepiając wzrok w mówiącego.

– I tyś z nimi w zmowie! – zawołał gwałtownie Witalien.

– Gdybym był, nie kazałbym się wam ukrywać – odrzekł Hunon spokojnie, kładąc dłoń na ciężkiej u drzwi zasuwie.

– Co chcesz czynić? – wrzasnął Witalien, wstrzymując rękę Hunona.

– Nie ma czasu na wyjaśnienia: jeżeli chcecie syna waszego i żonę ocalić, odejdźcie – odrzekł olbrzym, zastawiając drzwi sobą.

Zmierzyli się wzrokiem: z oczu Witaliena sypały się iskry gniewu, Hunon patrzył na niego wciąż wzrokiem spokojnym, chociaż wśród tego spokoju migotały jakieś blaski, które gdyby Witalien mógł dojrzeć zza wściekłych swych spojrzeń, byłby zapewne ciężki miecz swój spuścił na głowę olbrzyma.

– Odejdźcie, chwila jeszcze, a nie uratujecie nawet kości waszego syna!

Witalien zgrzytnął zębami.

Musiała być jednak wielka siła w głosie Hunona, kiedy wódz przyzwyczajony dotąd do wydawania rozkazów, tego głosu usłuchał i spiesznym krokiem usunąwszy się w głąb korytarza, zniknął za drzwiami swojej komnaty.

Hunon gwałtownym szarpnięciem odsunął zasuwę. Woń wilgotnej mgły zmieszanej z ziejącym wściekłością oddechem ludzkim, wtargnęła wraz z podniesionymi do walki ramionami. Nie zląkł się ich jednak Hunon, owszem, śmiałym i spokojnym głosem zawołał:

– Cicho! Wieść niespodziewana! Za dni kilka gotuje się wielka wyprawa!

– Z której nic nie dostaniemy jak i z dzisiejszej! – odezwały się głosy.

– Ale zgnębimy część wojsk hanzeatyckich! Jakiś zbieg, który dostał się na ostrów, przyniósł do zamku wieści o siłach hanzeatczyków i wielkiej ilości bogatego towaru, prowadzonego do Lubeki lądową i morską drogą: nasza będzie wygrana.

– A kto wróci życie ludziom, których Witalien tylu w dzisiejszej wyprawie utracił?

– Tych już trzeba złożyć na ofiarę morzu. Po wyprawie, gdyby się nie udała, weźmiemy życie Witaliena i zamek, teraz bierzmy, bracia, baryłki z drogocennym winem, które wódz kazał nam zabrać.

– Wódz! Wódz! – zabrzmiały szydercze okrzyki.

– Wódz nie umie na łupy załogi prowadzić! – krzyczano.

– Chcemy jego krwi, nie wina! – zawył jakiś głos wdzierający się do wnętrza korytarza, wraz z silnym ramieniem.

– Pójdźcie, bierzcie co chcecie, ale wiedzcie o tym, że z chwilą zburzenia zamku, zburzymy i potęgę piratów, którą już i tak Hanza ze szczętem podkopała! – wrzasnął Hunon.

I odstąpił od drzwi, zostawiając wolne wejście tłoczącym się towarzyszom. Żaden jednak nie wtargnął.

Ujrzawszy wolne wejście, stanęli przy drzwiach, jakby się namyślali, co czynić dalej.

Wreszcie ten sam głos, który domagał się krwi Witaliena, zawołał:

– Gdzie są beczułki? Dawaj! Ale biada tobie, Hunonie, jeżeli nas oszukałeś.

– Biada, jeżeli wyprawy nie będzie! – wołali inni.

– Moją głową za to odpowiadam! – zawołał Hunon i wyszedł, zostawiając drzwi na rozcież otwarte.

Nikt jednak nie wszedł do zamku. Rzesza pociągnęła za Hunonem, on zaś szedł teraz jak wódz na ich czele. Musiał zaś tę drogę znać dokładnie, a ludzie wraz z nim idący musieli mieć wzrok koci, bo wśród ciemności szli śmiało jakby wśród dnia białego.

– Zatrzymać się! – zawołał Hunon, gdy stanęli u wejścia do składów, będących w podziemiach po drugiej stronie zamczyska.

Czuł on teraz, że tej rzeszy rozkazywać może. Nieraz zastępował Witaliena, teraz zaś zrozumiał, iż może przyjść chwila, w której na jego miejscu stanie zupełnie.

Myśl ta napełniała serce jego rozkoszą i dodawała mu odwagi, zawołał więc śmiało:

– Jedną tylko beczułkę wziąć wam wolno! Gdybyście weszli całą chmarą, spilibyście się od razu, a niejeden życie by wśród pijatyki postradał. Wy trzej za mną! Reszta stać w miejscu! – dodał rozkazująco.

Wrzeszcząca i niesforna rzesza stała się posłuszna temu głosowi: trzej wskazani przez niego ludzie weszli do wielkich składów, gdzie na legarach leżały beczki rozmaitej wielkości.

Hunon znał je widać dokładnie, od razu bowiem poszedł i po ciemku uderzywszy w wierzch jednej, rozkazał ją wynieść, pomagając im w tej pracy. Beczka niemałą ilość zawierała napitku, bo niosąc ją we czterech na legarach, uginali się pod jej ciężarem.

– I wam to mówić o porządnym napitku! Wam, co nawet dźwigać go nie umiecie! – mówił Hunon, dopomagając im jedną ręką.

Wkrótce tak trzy beczułki, jedną po drugiej, na podwórze wyniesiono.

Hunon zaś zamknął składy na zamek, którego tajemnica otwierania jemu tylko była wiadoma, i zawołał na czekających na ucztę:

– Zanieście to do wielkiej izby! Dość mamy tej mgły, powietrza morskiego i ciemności. Pohulamy teraz w ciepłej izbie, przy świetle komina!

– Bierzmy je! – odezwały się wesoło głosy.

Teraz chętnych do dźwigania ciężaru znalazła się cała gromada. Jednocześnie gdy rozweseleni towarzysze nieśli beczki, Hunon korzystając z gwaru, spojrzał nieznacznie ku górze, gdzie z jednego okna świeciło słabe światełko. W oknie tym dojrzał przyciśniętą do maleńkiej szyby twarz kobiety, a przy niej Wigona. Wyciągnął wtedy z zanadrza chustkę białą i trzy razy nią powiał ku ziemi. Rozwiana chusta wyglądała jak biała smuga wśród nieprzeniknionych ciemności nocnych; widocznie ją spostrzeżono, bo światło i twarz kobieca znikły zza szyby. Hunon zaś szedł dalej, wykrzykując razem z towarzyszami.

Po chwili w wielkiej izbie, gdzie się cała banda Witaliena zwykle dla odpoczynku i hulanki zbierała, na wielkim rosochatym pniu ku temu wkopanym pośrodku izby, stanęła beczułka.

Ogień płonął na kominie, obrzucając czerwonym blaskiem całą izbę i napełniając ją dymem, wyrzucanym za każdym silniejszym podmuchem wiatru. Nie przeszkadzało to jednak hulaszczej wesołości zebranych piratów, którzy podstawiając kubki pod kran beczułki, raczyli się owym ciemnozłotym płynem, wyrzucając przy tym straszne przekleństwa i śpiewając pieśni pełne grozy i zachęty do rozboju.