Wysoki Zamek - Stanisław Lem - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 195 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wysoki Zamek - Stanisław Lem

"Wysoki Zamek" to jeden z najciekawszych portretów świata dzieciństwa, jaki pojawił się w literaturze polskiej lat powojennych. Pełna błyskotliwego humoru autoanaliza, w której pisarz przygląda się swym początkom, aby odkryć najważniejsze pierwiastki twórczej natury: skłonność do marzeń, oryginalną wyobraźnię i nieposkromioną dociekliwość. Udaje się także Lemowi opisać przedwojenny Lwów – jego wielonarodową i wielokulturową społeczność, charakterystyczne miejsca i postacie, zapamiętane najważniejsze wydarzenia.

Opinie o ebooku Wysoki Zamek - Stanisław Lem

Fragment ebooka Wysoki Zamek - Stanisław Lem




 

Widzę teraz, jak bardzo nie udało mi się urzeczywistnić pierwotnego zamiaru, z którym brałem się do pisania – aby zawierzyć pamięci, pójść posłusznie pod jej komendę, a nawet, powściągając refleksje, wysypywać z niej jak z garnka na stół wszystko, cokolwiek się zdarzyło – w domniemaniu, że skoro utrwaliła to, widocznie jakoś było ważne, więc może ta rozsypka, jak okruszyny kolorowego szkła z rozprutego kalejdoskopu, ułoży się w jakiś wzór znaczący. Albo może nie jednoznaczny wzór, ale ich wielość, wzajem się przenikająca, w której będzie można znaleźć rozmaite uporządkowania, choćby w stanie szczątkowym, nieśmiało aluzyjnym, i że w ten sposób nie tyle powtórzę w skrócie słów moje dzieciństwo, stanowiące wszak dziś tylko pojęcie abstrakcyjne, mnie niby, ale rozmazanego wzdłuż kilkunastu kalendarzy, poprzez wszystkie ich kartki czarne i czerwone, ile nakreślę dzięki takiemu podstępowi portret – czy mechanizm – pamięci, która nie jest przecież ani zupełnie obcym mi schowkiem doskonale biernym, pustką pojemną, biurkiem duszy, z mnóstwem szpar i skrytek, ani mną. Nie jest mną, bo przedstawia samoswoją siłę, nie w tych samych miejscach akurat łapczywą, nie w tych samych miejscach wyczuloną lub obojętną, co ja – niejednego przecież nie utrwaliła z tego, co bardzo bym chciał zapamiętać, i na odwrót, wieleż to razy utrwalała to, na czym mi najmniej zależało. A więc ją chciałem raczej, niż siebie, nakłonić w wyższym stopniu do składania zeznań, aby powstał jej rysopis, za który zresztą gotów byłem wziąć odpowiedzialność, chociaż wcale nad nią nie panowałem i nie panuję. Miał to być eksperyment, którego rezultatów doprawdy byłem ciekaw, zupełnie jakby to nie o mnie szło, nie ze mnie miały płynąć obrazy i relacje, ale z ust kogoś, kim nie jestem. Tak się tylko jakoś złożyło, że ów ktoś siedział we mnie, dawno temu, był niejako schowany, tak jak wewnętrzne słoje drzewa, z czasu jego dzieciństwa i młodości, są otoczone mnóstwem nawarstwień wieku dojrzałości. W tym sensie można już prawie dosłownie uznać, że tamto młode drzewko sprzed dziesiątków lat jest w tym dużym ukryte. Doprawdy nie wiem, kiedy po raz pierwszy nadzwyczaj zdziwiłem się tym, że jestem, a zarazem pewno trochę przestraszyłem się, że mogło mnie wcale nie być albo też mógłbym być jakimś patykiem, albo dmuchawcem, nogą kozy lub ślimakiem. A nawet kamieniem. Chwilami wydaje mi się, że to było jeszcze przed wojną, więc w czasach tu opisywanych, ale nie jestem tego całkiem pewny. W każdym razie zdziwienie to już mnie nie opuściło, chociaż nie stało się monomanią. Napoczynałem je później z różnych stron, rozmaicie się do niego dobierałem, a czasami bywało tak, że prawie już uznawałem to uczucie za kompletny nonsens, za coś, czego należy się wstydzić jak ułomności. Ale potem znów wracało pytanie, dlaczego właściwie myśli idą w głowie w tę, a nie w tamtą stronę, co nimi rozporządza i dyryguje; przez czas jakiś dosyć mocno wierzyłem w to, że duszę – a właściwie świadomość – mam gdzieś około czterech czy pięciu centymetrów wewnątrz twarzy, za nosem, odrobinę niżej, niż znajdują się oczy. Czemu tak, nie mam pojęcia.

Była to zapewne „podfilozofia”, podobnie jak kiedyś, jeszcze wcześniej, zamiast myślenia było jakieś „pod” albo „przedmyślenie”. I to też chciałem razem z całym dobrodziejstwem inwentarza wytrząsnąć z pamięci. Miało się to zrobić samo, trud zaś – ograniczyć się wyłącznie do przypominania, potrząsania niejako owym metaforycznym garnkiem – ale się nie udało. Widzę, że czy chciałem, czy nie chciałem, wspominając, równocześnie to wspominane porządkowałem, i to tak, by układało się w tropy wskazujące dosyć wyraźnie w moją stronę, mnie dzisiejszego, tak zwanego literata, to znaczy człowieka, który wykonuje jeden z mniej poważnych i bardziej żenujących zawodów: szalenie pracowitego zmyślania opatrywanego różnymi uczonymi lub uwyraźniającymi nie wiadomo co nazwami, w rodzaju „warsztatu pisarskiego”. Co do mnie, żadnego takiego warsztatu nie mam. W każdym razie dotąd go nie zauważyłem. A więc, cokolwiek wysypywałem z worka pamięci, od razu, w locie, było kierowane, zapewne bardzo leciutko. Nie ma tu mowy o jakichś drastycznych kłamstwach, o przeinaczeniu. Robiło się to całkiem samo, w każdym razie – nieumyślnie. Zresztą nie usprawiedliwiam się.

Dopiero teraz, wtórnie, jak detektyw idący po śladach popełnionego występku, który polegał na prestidigitatorskim porządkowaniu nawet tego, co, gdy się działo, wcale nie było uporządkowane ani wskazujące w moją dzisiejszą stronę, widzę w całości, która przecież powstała, ową mierzącą we mnie, o ćwierć wieku późniejszego, strzałkę. Jest to tym dziwniejsze, że nigdy nie uważałem, abym się „urodził na pisarza”, aby  h o c  e r a t  i n  v o t i s. Zresztą dalej tak myślę. To znaczy, musiało w owym dzieciństwie i w pozostałej po nim rupieciarni znajdować się całe mnóstwo krzyżujących się tropów, kierunków do odczytania, do wykrycia, przeważnie bezładnych, kończących się ślepo, urwanych, a może to nawet i tropy nie były żadne, a jedynie bardzo dużo przestrzenią i czasem pooddzielanych od siebie wysepek; nie chaos zupełny, przecież już choćby to tylko, że był dom, szkoła, rodzice, że najpierw, zupełnie mały, przylepiałem sobie do nosa zielone „skrzydełko”, a potem byłem większy, w mundurku, już to stwarzało dosyć wyraźny ład. Ale to był chyba taki ład jak na szachownicy pustej, gdzie można zobaczyć albo czarno-białe pasy biegnące wzdłuż, albo w poprzek, albo znów po przekątnej. Wystarczy odrobina wysiłku włożonego we wzrok, aby wszystko tak się przestrukturowało, jak zechcemy. Szachownica nadal pozostaje szachownicą i niczego więcej nie widzimy ponad to, co na niej jest naprawdę – białe i czarne kwadraty na przemian – a tylko porządek, kierunek, dyrektywa zmienia się znienacka. Chyba coś osobliwie podobnego stało się z otwartą tu szachownicą pamięci. Niczego nie dodałem, ale z wielu możliwych do odnalezienia ładów jeden przeakcentowałem. Czy tak się stało, bo mimo woli szuka się leitmotivu, osi wiodącej, konsekwencji życia? Żeby nie zdradzić nawet przed sobą, że tyle podjętych kierunków porzuciło się, zaprzepaściło, zmarnowało? Czy po prostu i tylko dlatego, ponieważ chcemy, aby to, co jest, tak jak i to, co było, zawsze miało jakiś porządny i wyraźny sens, chociaż wcale tak nie musiało być? Jak gdyby nie wystarczyło tylko i po prostu żyć sobie, już nie mówię – w wieku dojrzałym, kiedy amebowatość, brak wyraźnych sensów, nie uchodzi – ale w dzieciństwie? Chciałem dopuścić do głosu dziecko uczciwie, nie przeszkadzając mu, jak się tylko da – tymczasem obłowiłem się na nim, splądrowałem mu kieszenie, szuflady, kajety, żeby pochwalić się przed starszymi, jak dobrze się już zapowiadało, jakimi poczwarkami przyszłych cnót były jego grzeszki nawet, ażeby ten rabunek jakoś usprawiedliwić, zmieniłem go w piękny drogowskaz, w cały system nieomal. W ten sposób napisałem jeszcze jedną książkę – jak gdybym od początku nie wiedział, nie domyślał się, że inaczej być nie może, że wszelkie zamierzenia patronujące protokołowaniu wspominków są ułudą, owe powściągi srogie, aby od siebie nic nie mówić. Mówiłem aż nadto wiele, komentowałem, interpretowałem, z cudzych sekretów i zabawek, bo nie swoich przecież, nie mam ich już, nie istnieją, zbudowałem temu malcowi nagrobek, zamknąłem go w nim, uważnie staranny, spokojny, rzeczowy, jakbym pisał o kimś wymyślonym, kto nigdy nie żył, kogo można urobić wedle kanonów estetycznych, podług woli i planu. To nie było fair. Tak się nie postępuje z dzieckiem.


I

Czy pamiętacie inwentarz zagadkowych rzeczy, jakie Laputańczycy znaleźli w kieszeniach Guliwera? Owe przedmioty tajemnicze i fantastyczne, jak grzebień-palisadę, ogromny zegarek wydający rytmiczny hałas i wiele innych o przeznaczeniu zupełnie już ciemnym? Ja także byłem kiedyś Laputańczykiem. Zapoznawałem się z ojcem, wdrapując się na niego, kiedy siedział na krześle o wysokim oparciu, i penetrowałem te z kieszeni jego czarnego, pachnącego tytoniem i szpitalem ubrania, do których mnie dopuszczał. W lewej kieszonce kamizelki nosił metalowy cylinder, podobny do pocisku na grubego zwierza, który rozkręcał się, ukazując w swym wnętrzu małą piramidkę nasadzonych, jeden na drugi, lejeczków niklowanych; każdy następny miał średnicę mniejszą od poprzedniego. To były wzierniki. Sąsiednia kieszeń zawierała ołówek wypisany już prawie do końca w czasie pierwszych moich badań, w złotej oprawce, która naciśnięta – ale z siłą większą niż ta, na jaką się mogłem zdobyć – pstryknąwszy, wysuwała z siebie ołówkowy ogryzek. W surducie znajdowało się pudełko metalowe kłapiące dosyć groźnie, z aksamitną wyściółką, tamże leżał maluteńki pugilaresik, nie na monety, bo w ogóle niczego nie zawierał, oprócz płatka zamszu, który sam się jakoś rozkładał po rozpięciu guziczka. Było tam też maleńkie srebrne pudełeczko z prztyczkiem na wieczku, w którym leżała jakby srebrna płytka z przytwierdzoną do niej od spodu płaską gumką ciemnofioletową, ale tam nie wolno było wtykać palców, ponieważ od razu stawały się atramentowe, a po przeciwległej stronie, w surducie – okrągłe lustro z dziurką w środku, pęknięte, na czarnej gurtowej taśmie ze sprzączką. To lustro powiększało energicznie moją twarz, czyniło z oka rodzaj ogromnego stawu, w którym jak okrągła ryba pływała piwna tęczówka, a obrastającym staw tatarakiem były masywne rzęsy. Na dewizce złotej zakotwiczony był, w kamizelce znowu, płaski zegarek, też złoty, z trzema kopertami. Miał cyfry, zwane rzymskimi, i mały sekundnik. Otwierać kopert odwrotnej strony sam nie umiałem i nie zawsze można to było robić. Żyły tam małe kółka z rubinowymi oczkami, świecąc sobie i chodząc. W ten sposób poznałem ojca; z bliska. Nosił białe koszule w cienką czarną kreskę, o mankietach przypinanych guziczkami, z także przypinanym, ale już spinkami, sztywnym kołnierzykiem. Sporo takich starych już kołnierzyków leżało po szufladach bieliźniarki. Były miłe w dotknięciu przez swoją sztywność elastyczną i miałem zawsze wrażenie, że można by zrobić z nich coś ciekawego, pożytecznego, ale nie doszedłem tego, co by to mogło być. Krawat ojca był miękki, czarny, wyglądał jak szarfa, wiązał się w rodzaj kokardy. Kapelusz miał szerokie miękkie kresy i doskonałą do naciągania gumkę. Laski były dwie, jedna się czasem gdzieś gubiła; były to laski dość zwykłe – interesującą miał wujek, ze srebrną końską głową, a jakaś osoba niewymownie stara i ledwo się ruszająca, która przychodziła czasem, używała jeszcze innej laski, o gałce z kości słoniowej. Jednakże z bliska nie widziałem jej nigdy, bo się przed owym przybyszem chowałem; wydawał przerażające sapanie. Nie wiedziałem, że wcale nie próbuje mnie w ten sposób przerazić. Miał to być podobno też jakiś wujek, zdaje się, że prawujek, ale w moim przekonaniu zupełnie nie wyglądał na wujka.

Mieszkaliśmy przy ulicy Brajerowskiej, pod czwartym numerem, na drugim piętrze. Chodziliśmy na spacer – ojciec i ja – zazwyczaj do Ogrodu Jezuickiego albo w górę alei Mickiewicza, w kierunku cerkwi Świętego Jura. Nie wiem, po co ojciec nosił laskę, bo się na niej wtedy nie opierał. Zimowymi przedpołudniami, kiedy w ogrodzie było jeszcze zbyt wiele śniegu, przechadzaliśmy się Marszałkowską, przed Uniwersytetem Jana Kazimierza, gdzie zadarłszy głowę, mogłem oglądać ogromne półnagie postacie kamienne w osobliwych, też kamiennych kapeluszach; spełniały nieruchomo swoje niepojęte funkcje: jedna siedziała, druga trzymała otwartą księgę, oparłszy ją o gołe kolano. Stałe zadzieranie głowy byłoby męczące, więc zasadniczo obserwowałem kroczącego obok ojca gdzieś do wysokości kolan – niewiele wyżej. Razu jednego zauważyłem, że ojciec nosi nie swoje zwykłe, sznurowane buciki, ale jakieś całkiem mi nieznane, gładkie, bez śladu zapięcia. Znikły też jego kamaszki, z którymi się nie rozstawał. Skąd masz takie buciki? – spytałem zaskoczony, a wtedy z wysokości rozległ się obcy głos: A cóż to za śmiałość!

To nie był wcale ojciec, ale jakiś zupełnie obcy pan, do którego przyłączyłem się, nie wiedzieć jak; ojciec szedł kilkanaście kroków z tyłu.

Struchlałem. Było to nadzwyczaj niemiłe przeżycie, skoro tak dobrze udało mi się je zapamiętać.

Ogród Jezuicki nie był szczególnie wielki, ale i tak raz się w nim zgubiłem; było to jednak tak dawno, i taki byłem mały, że właściwie nie jest to własne moje wspomnienie, a tylko mi o tym opowiedziano. Między wysokimi krzakami, chyba leszczynowymi, bo miały czerwone witki, znajdowała się w pewnym miejscu wielka beka z wodą; zdaje się, że przeniosłem ją w trzydzieści lat później do opowiadania Ogród ciemności. Prawdę mówiąc, Ogród Jezuicki nie stanowił żadnej atrakcji. Inaczej park Stryjski. Było tam jeziorko o kształcie ósemki, a z prawej strony otwierała się alejka wiodąca na koniec świata. Może dlatego, że nigdy się tamtędy nie chodziło, nie wiem. Może mi ktoś tak powiedział. Ale chyba jednak sam to wymyśliłem i nawet dość długo skłonny byłem w to wierzyć. Park Stryjski miał topografię zawiłą – jak również wspaniałe sąsiedztwo wystawowego terenu Targów Wschodnich. Zimą i latem królowała nad nim wieża Baczewskiego, czworoboczna, cała obłożona rzędami kolorowych pełnych butelek. Byłem ciekaw, czy tam jest prawdziwy likier, czy tylko kolorowa woda, ale nikt tego nie wiedział.

Do parku Stryjskiego zwykle się jechało dorożką, a do Ogrodu Jezuickiego zwyczajnie się szło. A szkoda, ponieważ jezdnia przed Uniwersytetem była wyłożona specjalną kostką – drewnianą – i kopyta końskie, uderzając w nią, wydawały osobliwy dźwięk, zupełnie jakby pod spodem kryła się jakaś wielka przestrzeń. Nie znaczy to, aby przechadzki tak bliskie nie sprawiały mi przyjemności. U wejścia do ogrodu siedział człowiek z kołem szczęścia. Udało mi się kilka razy wygrać blaszane papierośnice z żółtawymi w środku wstążeczkami do przytrzymywania papierosów, ale najczęściej tylko dwustronne lusterka kieszonkowe. Były tam też wózki z lodami, których nie wolno mi było jeść. A potem, gdy byłem trochę większy, spotykałem tam czasem Anusię. Staruszeczka, niewiele ode mnie wyższa, w drucianych okularach, z koszem precli, kiedyś była pierwszą moją piastunką. Precle były albo dwa za pięć groszy, i te wolałem, albo grube, sztuka za piątaka. Na dziesięć groszy mówiło się „szóstak” – była to poważna gotówka.

Do domu wracało się z ogrodu albo prosto, albo drogą okrężną przez plac Smolki, z jego kamienną osobą pośrodku; a to w tym celu, aby w sklepie Orensteina kupić owoców albo nawet wiśniowy kompot w blaszanej puszce, który był rzadkim rarytasem. Na wystawie leżały zawsze piramidy rumianych jabłek, pomarańcze i banany z owalną nalepką opatrzoną napisem „Fyffes”. Zapamiętałem to słowo, ale nie wiem, co by mogło znaczyć. Troszkę dalej, gdzie zaczynała się już ulica Jagiellońska, było kino Marysieńka. Bardzo go nie lubiłem, ponieważ chodziłem tam z matką, kiedy, zdaje się, nie miała co ze mną począć. Tego, co się działo na ekranie, nie rozumiałem. Strasznie mnie to nudziło. Kończyło się nieraz tak, że powolutku, ukradkiem zsuwałem się z fotela na podłogę i zaczynałem na czworakach penetrować chłodne pobliże ziemi, łażąc między nogami ludzi, lecz i to też szybko się przykrzyło. Musiałem więc czekać, aż się film skończy. Panowie i panie na płótnie otwierali i zamykali usta, nie wydając głosu, przygrywała tylko muzyczka. Zrazu fortepianowa, później chyba z gramofonowych płyt.

Ale mieliśmy wszak wracać do domu. Z placu Smolki szło się przez Podlewskiego, ulicą nieciekawą, a potem przez małe uliczki, Szopena i Moniuszki, gdzie silny zapach kawy z palarni zwiastował już, że zaraz ukaże się nasza kamienica. Żelazna brama była czarna i ciężka, dalej kamienne stopnie. Tylnymi schodami, tymi kuchennymi, nie należało chodzić. Były spiralne, więc bardzo kręte, i wydawały głuchy blaszany pogłos. Coś mnie tam ciągnęło, lecz podobno na podwórzu, przez które należało pierwej przejść, żyły szczury. Raz jeden naprawdę pojawił się aż w naszej kuchni, ale wtedy miałem już chyba dziesięć, a może jedenaście lat. Straszny był – kiedy poszedłem na niego z pogrzebaczem, skoczył mi na piersi; uciekłem i nie wiem, jak się jego losy potoczyły dalej.

Mieszkaliśmy w sześciu pokojach, a jednak nie miałem własnego. Przy kuchni był pokój przejściowy, z łazienką za drzwiami malowanymi tak samo jak ściana, starą kanapką, kredensem też starym, brzydkim, i szafkami podokiennymi, w których matka trzymała zapasy. Dalej korytarz, a z niego drzwi do jadalni, gabinetu ojca i sypialni rodziców; osobne prowadziły do strefy wyłączonej – poczekalni pacjentów i ordynacji ojca. Mieszkałem więc niby wszędzie, niby nigdzie. Najpierw sypiałem z rodzicami, potem na tapczanie w jadalni, usiłowałem się w jakimś miejscu osiedlić na stałe, ale jakoś nic z tego nie wychodziło. Kiedy było ciepło, okupowałem mały balkon kamienny, na który wychodziło się z gabinetu ojca. Przypuszczałem zeń ataki do okolicznych kamienic, bo kominy ich, dymiąc, zamieniały je w okręty wojenne. Chętnie również bywałem tam Robinsonem albo właściwie sobą na bezludnej wyspie. Zainteresowania moje jak powój wiły się od samego początku wokół doznań gastronomicznych, więc sprawą centralną było gromadzenie żywności. A więc ziarna wyłuskane kukurydzy w małych papierowych tutkach albo i bób nawet, gdy przyszła pora – czereśnie, surowiec amunicyjny, bo pestkami ich dawało się nieźle strzelać z broni krótkiej lub zwyczajnie, ścisnąwszy je palcami. Czasem ciągnące się kawowe hopjesy, czasem resztki obiadowych legumin eskamotowane ze stołu. Otaczałem się talerzykami, woreczkami, tutkami i rozpoczynałem trudne i pełne niebezpieczeństw życie samotnika. Grzesznik, przestępca nawet, miałem o czym rozmyślać. Nauczyłem się wszak włamywania do środkowej szuflady jadalnego kredensu, gdzie matka przechowywała placki i torty; wyjmowałem górną szufladę i nożem obrabiałem kręgi słodkiego ciasta z takim obliczeniem, aby nie dało się na pierwszy rzut oka dostrzec ich uszczuplenia. Potem zbierałem i zjadałem okruszki, a nóż, narzędzie występku, starannie oblizywałem dla zatarcia śladów. Niekiedy rozwaga walczyła we mnie z ponurą namiętnością do kandyzowanych owoców, jakimi przystrojone były wyroby cukiernicze, i niejednokrotnie łupiłem lukrowaną powierzchnię. Ogołacałem ją z zielonego, skrzypiącego słodko w zębach tataraku i skórek pomarańczowych, cykat, stwarzając łysiny nie do ukrycia. Oczekiwałem potem skutków fatalnego czynu z poczuciem beznadziejności, a zarazem ze stoicką desperacją.

Sąsiadami moich sjest balkonowych były dwa oleandry w dużych drewnianych kubłach zakwitające jeden biało, a drugi różowo; współżyłem z nimi na prawach neutralności, ani mnie ich obecność ziębiła, ani grzała. Wewnątrz mieszkania też było trochę roślin-degeneratów, tych dalekich skarlałych krewniaków flory południa, jakaś palma, co wciąż umierała rdzawo, ale nie mogła skonać ostatecznie, filodendron o blaszastych liściach i maleńka sosenka czy też jodełka może, nie wiem, wypuszczająca co roku bladozielone, pachnące pęczki młodego igliwia.

W sypialni były dwie rzeczy, z którymi wiążą się moje najwcześniejsze rojenia – sufit i wielka skrzynia żelazna. Sypiałem tam jeszcze jako całkiem małe dziecko i często wpatrywałem się w ów sufit, gdzie sztukatura gipsowa udawała dębowe liście i między nimi – żołędzie, wyraźnie uwypuklone. Moje przedsenne majaki poplątały się jakoś z tymi żołędziami i wiele o nich myślałem, czy raczej kontemplowanie ich zajmowało sporo miejsca w mojej psychicznej egzystencji. Bardzo chciałem je sobie pozrywać, ale nie naprawdę – jakbym już wtedy pojmował, że intensywność marzeń ważniejsza jest od ziszczeń. Zresztą coś z owej infantylnej mistyki przeszło na prawdziwe, zwykłe żołędzie; zdejmowanie z nich czapeczek wydawało mi się przez lata aktem szczególnym, odmykającym coś osobliwego, rodzajem ważkiej przemiany. Mozolę się nad wyjawieniem, jakie to było dla mnie istotne – chyba daremnie.

W sypialni, w której spałem, tak, chyba w niej, umarli moi dziadkowie. I po dziadku właśnie została żelazna skrzynia, przedmiot bardzo ciężki, wielki, nieużyteczny, rodzaj domowego skarbczyka z czasów, w których nie było jeszcze zawodowców-kasiarzy, a tylko rabusie ze wszech miar prymitywni, w niewinności swojej posługujący się najwyżej jakąś pałką czy maczugą. Skrzynia żelazna była przystawiona do wiecznie głucho zamkniętych drzwi dzielących sypialnię rodziców od poczekalni chorych. Miała dwoje rozłożystych uszu i płaską pokrywę rzeźbioną w jakieś liście, z kwadratową w środku klapką. Kiedy się tę klapkę z boku specjalnym sposobem nacisnęło, odskakiwała, ukazując otwór dla klucza – chytrość jego schowania wzruszająco była poczciwa, jak to teraz widzę. Wtedy jednak wydawała mi się czarna skrzynia dziełem wyrafinowanych jakichś specjalistów, a już podziw nadzwyczajny budził klucz do niej, wielki jak moje przedramię. Do tego, aby móc obrócić nim w zamku, dorastałem długo, niecierpliwie, aż raz wreszcie, dzięki oburęcznemu chwytowi i nadzwyczajnym wysiłkom, to mi się udało.

Co prawda wiedziałem, że w skrzyni nie ma prawdziwych skarbów. Leżało tam na dnie nieco starych, pożółkłych gazet, papierów i pudło drewniane pełne przepięknych banknotów tysiącmarkowych z czasów wielkiej inflacji. Próbowałem się nawet bawić tymi banknotami, a także sturublówkami, które były jeszcze od marek ładniejsze, niebieskawe, dość wesołe, gdy marki brunatną tonacją przypominały trochę pewne tapety. Jakaś niezrozumiała historia wydarzyła się nad owymi pieniędzmi, pozbawiając je nagle wszechmocy. Gdyby mi ich chociaż nie chciano dawać, może uwierzyłbym w to, że resztka potęgi, gwarantowana cyframi, pieczęciami, znakami wodnymi, portretami w owalu mężów koronowanych i brodatych, pozostała w nich i tylko śpi do czasu. Ale mogłem robić z nimi, co chciałem, i dlatego budziły tylko wzgardę, jaką zwykle odczuwa się wobec świetności, która jako prawdę ostateczną objawiła pustkę. Na banknoty te nie mogłem zatem liczyć, jedynie na to, co mogłoby zajść we wnętrzu czarnej skrzyni, kiedy długo była zamknięta, a zamknięta była właściwie zawsze, za moim milczącym przyzwoleniem, o które naturalnie nikt nie pytał. Tak, tam w ciemności samego środka mogło się jednak coś stać. Dlatego jej otwieranie było aktem znacznej wagi. Także i dosłownie. Wieko było ogromnie ciężkie. Z trzech jego stron wysuwały się długie rygle, należało unieść je i podeprzeć szeregiem zastawek specjalnych: inaczej mogło – jak mnie o tym zapewniono, a w co chętnie wierzyłem – spadając, obciąć głowę. Po takiej skrzyni można się było tego spodziewać. Nie była wcale sympatyczna ani przyjemna, ani ładna nawet. Raczej ponura i brzydka, niemniej długo na jej własną moc wewnętrzną liczyłem. Miała wywiercone przemyślnie w dnie szeregi otworów, aby ją można przyśrubować na głucho do podłogi; koncept wyborny. Ale nie było już śrub, zbędnych teraz; po jakimś czasie okryto ją starym dywanikiem, w ten sposób została ostatecznie sprowadzona do rzędu pokątnych mebli, zdegradowana, przestała się liczyć. Już tylko czasem pokazywałem komuś z rówieśników klucz do niej – mógł być kluczem do bram miejskich. Aż i on się gdzieś zawieruszył.

Następny za sypialnią pokój, gabinet ojca, mieścił jego wielką szafę biblioteczną, oszkloną, zamykaną, wielkie fotele skórzane i okrągły stolik, którego nogi dosyć były ciekawe – przypominały kariatydy, bo u góry kończyła się każda z nich główką metalową, a dołem wystawały spod drzewa, jakby z trumienki, bose, też metalowe, stopy ludzkie. Jednakże wcale nie wydawało mi się to makabryczne, żadnych w ogóle nie budziło skojarzeń. Po prostu po kolei oddłubałem pracowicie wszystkie głowy, puste odlewy brązowe, potem zaś, niezdarnie na powrót osadzone, chwiały się pod płytą stolika przy każdym jego przesuwaniu.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.